p

O naturze rzeczy. Współczesne wprowadzenie do buddyzmu - Lama Ole Nydahl

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (26,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Budda miał przed 2550 laty wyjąt­kowe moż­li­wo­ści naucza­nia -?żył w cza­sie wspa­nia­łego roz­kwitu kul­tury w pół­noc­nych Indiach i był oto­czony bar­dzo zdol­nymi uczniami. Dzięki temu mógł przez czter­dzie­ści pięć lat po osią­gnię­ciu oświe­ce­nia wska­zy­wać innym drogę do peł­nego roz­woju umy­słu. Dla­tego rów­nież jego nauki są tak róż­no­rodne: Kan­dziur -?zbiór słów samego Buddy, które zostały spi­sane po jego śmierci -?składa się ze stu ośmiu tomów zawie­ra­ją­cych osiem­dzie­siąt cztery tysiące pomoc­nych wyja­śnień. Póź­niej­sze komen­ta­rze do nich, napi­sane przez jego uczniów -?Ten­dziur -?obej­mują dal­sze dwie­ście pięć­dzie­siąt cztery grube księgi. To wyja­śnia ostat­nie słowa Buddy, które wypo­wie­dział, umie­ra­jąc w wieku osiem­dzie­się­ciu lat: "Mogę umrzeć szczę­śliwy. Nie zatrzy­ma­łem żad­nej nauki w zamknię­tej dłoni. Dałem wam już wszystko, co może wam przy­nieść poży­tek".

Zgod­nie z tą wypo­wie­dzią prze­ka­zał on coś, co można natych­miast zasto­so­wać w życiu. Kiedy ludzie pytali Buddę, dla­czego i czego naucza, odpo­wia­dał zawsze tak samo: "Nauczam, ponie­waż wy i wszyst­kie istoty pra­gnie­cie osią­gnąć szczę­ście i unik­nąć cier­pie­nia. Nauczam o natu­rze rze­czy".

Od tam­tej pory z prze­ka­za­nych przez niego wska­zó­wek wyło­niło się wiele szkół, które łączy jedna wspólna cecha: wszyst­kie mają za cel pełny ludzki roz­wój. Prak­ty­ku­jący w tych szko­łach pró­bują roz­sąd­nie uży­wać ciała, mowy i umy­słu, zgod­nie z przy­kła­dem i zale­ce­niami Śakja­mu­niego.

Ponie­waż nauka Buddy jest tak bogata i opiera się na doświad­cze­niu, a nie na wie­rze, samo opi­sa­nie jej tre­ści nie wystar­czy. Jej szcze­gólne cechy będziemy mogli dostrzec w pełni dopiero wtedy, gdy przyj­rzymy się róż­ni­com dzie­lą­cym ją od innych świa­to­po­glą­dów. Warto rów­nież podejść do niej bez sztyw­nych wyobra­żeń, ponie­waż nie­moż­liwe jest opi­sa­nie pełni mądro­ści Buddy w kate­go­riach "to, ale nie tamto".

Wielu ludzi sądzi na przy­kład, że bud­dyzm jest filo­zo­fią. Czę­ściowo jest to prawda, gdyż jest cał­ko­wi­cie logiczny. Przej­rzy­stość i wol­ność myśli są nie­zbędne na bud­dyj­skiej dro­dze i pogłę­biają się na niej coraz bar­dziej, jako rezul­tat uda­nego roz­woju. Nauki powo­dują pełny roz­kwit wszyst­kich zdol­no­ści umy­słu, w tym także umie­jęt­no­ści logicz­nego myśle­nia. Dla­czego jed­nak nie można ich pomimo wszystko nazwać filo­zo­fią?

Nie jest to wła­ściwy ter­min, ponie­waż dzięki naukom zmie­niamy się w spo­sób trwały. Z filo­zo­fią pra­cuje się na zewnętrz­nym pozio­mie pojęć i wyobra­żeń -?cie­szy nas zręcz­ność logicz­nych wywo­dów, potem jed­nak odsta­wiamy książki z powro­tem na półkę. Nauki Buddy wykra­czają nato­miast poza poję­cia. Spra­wiają, że w naszym ciele, mowie i umy­śle zacho­dzą trwałe zmiany. Zawarte w naukach wyja­śnie­nia dają nam klucz do tego, co każ­dego dnia dzieje się w naszym wnę­trzu i wszę­dzie dookoła -?sta­jemy się świa­domi. Dzięki zasto­so­wa­niu bud­dyj­skich poglą­dów i metod, które pasują do róż­nych życio­wych sytu­acji, roz­pusz­cza się naj­pierw wiele sztyw­nych poglą­dów. Następ­nie wzra­sta w nas zaufa­nie, że wyda­rze­nia mają sens, co pro­wa­dzi z kolei do stop­nio­wych, pozy­tyw­nych zmian. Dzięki temu dzia­łamy z coraz więk­szym roz­luź­nie­niem, w opar­ciu o pogłę­bia­jącą się wewnętrzną rów­no­wagę.

Nie­któ­rzy zwra­cają uwagę przede wszyst­kim na ten aspekt nauki, dla­tego twier­dzą, że są one psy­cho­lo­gią. Cóż można na ten temat powie­dzieć? Cel psy­cho­lo­gii jest jasny: wszyst­kie jej szkoły pra­gną, żeby codzienne życie ludzi stało się lep­sze. Zmie­rzają ku temu, by każdy czło­wiek był poży­teczny dla spo­łe­czeń­stwa, żeby ludzie spra­wiali sobie i innym jak naj­mniej trud­no­ści w cza­sie owych sie­dem­dzie­się­ciu czy dzie­więć­dzie­się­ciu lat życia, które obec­nie spę­dzają na świe­cie oby­wa­tele kra­jów zachod­nich. Nauki Buddy mają podobne cele, włą­czają jed­nak do tego pro­cesu świa­do­mość prze­mi­jal­no­ści wszyst­kiego, co uwa­run­ko­wane.

Dla­tego wpro­wa­dzają one do gry war­to­ści ponad­cza­sowe -?jeżeli tylko ludzie potra­fią myśleć abs­trak­cyj­nie i je zro­zu­mieć. Bud­dyzm uznaje prawdy za osta­teczne tylko wtedy, gdy mogą nas one prze­pro­wa­dzić przez cho­robę, sta­rość, śmierć i utratę.

Zasad­ni­czo Budda wyja­śniał swoją "psy­cho­lo­gię" w odnie­sie­niu do wielu żywo­tów. Nauczał, że wyda­rze­nia i doświad­cze­nia, któ­rych przy­czyny trudno jest bez­po­śred­nio dostrzec w obec­nym życiu, mogą sta­no­wić rezul­taty dzia­łań z wcze­śniej­szych żywo­tów. W ten sam spo­sób przez obecne myśli, słowa i dzia­ła­nia okre­ślamy także przy­szłość, w któ­rej się odro­dzimy. Ta wykra­cza­jąca poza obszar jed­nego życia zasada przy­czyny i skutku zwana jest w bud­dy­zmie karmą.* Wyja­śnia ona, dla­czego zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne uwa­run­ko­wa­nia istot są tak różne.

Ponie­waż zgod­nie z naukami Buddy każdy doświad­cza swo­jej wła­snej karmy, czyli rezul­ta­tów wcze­śniej­szych myśli, słów i dzia­łań, praw­dziwa praca z umy­słem zaczyna się od świa­do­mego prze­ję­cia odpo­wie­dzial­no­ści za wła­sne czyny i roz­wi­nię­cia samo­dziel­no­ści. Nie wszyst­kim łatwo jest to zro­zu­mieć, szcze­gól­nie wtedy, gdy ktoś znaj­duje się w trud­nym życio­wym poło­że­niu. Budda naucza jed­nak, że przy­czyną cier­pie­nia nie jest zło, lecz nie­zro­zu­mie­nie. Dla­tego cho­dzi przede wszyst­kim o usu­nię­cie nie­wie­dzy, spra­wia­ją­cej, że postę­po­wa­nie istot pro­wa­dzi je czę­sto do cier­pie­nia zamiast do trwa­łego szczę­ścia, któ­rego każdy nie­ustan­nie szuka. Nauki Buddy uka­zują drogę do tego celu.

Tak więc zarówno psy­cho­lo­gia, jak i bud­dyzm zmie­niają nas. Tera­pia psy­cho­lo­giczna pozo­staje jed­nak w ogra­ni­czo­nym obsza­rze codzien­no­ści i koń­czy się w momen­cie uzy­ska­nia pew­nego wewnętrz­nego nad­miaru, dzięki któ­remu możemy cie­szyć się życiem. Bud­dyzm wkra­cza dokład­nie w tym momen­cie: wycho­dząc poza wszel­kie prze­ci­wień­stwa, wska­zuje na to, co ponad­cza­sowe i nie­stwo­rzone, na to, co roz­po­znaje zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne światy -?na samego prze­ży­wa­ją­cego, na postrze­ga­jący umysł. Celem nie jest więc tutaj spo­kojne prze­ży­cie swo­ich dni aż do śmierci, lecz nie­ustanne pogłę­bia­nie wglądu w naturę umy­słu. Tylko temu sta­nowi można osta­tecz­nie zaufać.

W któ­rym momen­cie ludzie nabie­rają chęci, by świa­do­mie pokie­ro­wać wła­snym życiem? Pra­gnie­nie to poja­wia się samo z sie­bie albo wtedy, kiedy zro­zu­mieli już prawo przy­czyny i skutku i chcą unik­nąć cier­pie­nia, albo wów­czas, gdy nagro­ma­dzili już tak wiele dobrych wra­żeń, że chcą przy­no­sić poży­tek innym. Świa­do­mość, że nie­wiele potra­fią zro­bić dla innych, dopóki nie zaczną pano­wać nad swo­imi uczu­ciami, myślami, sło­wami i dzia­ła­niami, pomaga im sku­tecz­nie zasiąść za ste­rami wła­snego życia. Jesz­cze inni są tak zain­spi­ro­wani żywym przy­kła­dem nauczy­ciela, który przy­bliża im swo­bodną grę otwar­tego, peł­nego zdol­no­ści i nie­ogra­ni­czo­nego umy­słu, że po pro­stu chcą tylko stać się tacy jak on.

Nie­za­leż­nie od tego, co nami powo­duje, metody bud­dyj­skie są źró­dłem odwagi, rado­ści, aktyw­no­ści i wszel­kich poży­tecz­nych odmian miło­ści, oraz nie­ustanną przy­czyną wzro­stu wszel­kiego bogac­twa w umy­śle. Natu­ral­nie wyzwa­la­jące jest przede wszyst­kim rosnące zro­zu­mie­nie, że wszystko przez cały czas się zmie­nia. Ani w fizycz­nym ciele, ani w myślach czy uczu­ciach nie można zna­leźć żad­nego trwa­łego "ja". Możemy rów­nież zaob­ser­wo­wać, że ludzie sta­rają się osią­gnąć podobne cele - każdy pró­buje doświad­czać piękna i uni­kać nie­przy­jem­no­ści, zatrzy­mać to, co atrak­cyjne, i jakoś pora­dzić sobie z trud­no­ściami. Jeśli prócz tego uzmy­sło­wimy sobie, że liczba istot jest nie­ogra­ni­czona, pod­czas gdy my sami jeste­śmy tylko jed­nostką, w natu­ralny spo­sób zaczniemy myśleć przede wszyst­kim o innych. Sta­niemy się dzięki temu coraz bar­dziej nie­oso­bi­ści i nie będziemy się czuli tak podatni na zra­nie­nie, jak­by­śmy byli tar­czą, do któ­rej mie­rzą wszyst­kie istoty i zja­wi­ska. Jeżeli nasze prze­ży­cia nie mogą nas już trwale zra­nić, osią­gamy tak zwane "wyzwo­le­nie". W ten spo­sób usu­nięta zostaje pod­stawa wszyst­kich prze­szka­dza­ją­cych uczuć i cier­pie­nia, które jest ich rezul­ta­tem.

Dru­gim i osta­tecz­nym kro­kiem jest "oświe­ce­nie", pełne urze­czy­wist­nie­nie natury umy­słu. Ozna­cza ono roz­luź­nione, ale w pełni świa­dome spo­czy­wa­nie w Tu i Teraz. Ten samo­pow­stały, wolny od wysiłku stan poja­wia się po wyzwo­le­niu, dzięki roz­pusz­cze­niu się wszyst­kich ogra­ni­czo­nych wyobra­żeń i pojęć. Kiedy myśle­nie "albo-albo" traci na sile i poja­wia się dość prze­strzeni dla "zarówno to, jak i tamto", roz­wi­jamy nowe zdol­no­ści umy­słu, któ­rych poten­cjał zawsze był w nim zawarty. Wielu z nas zna ten smak z krót­kich, peł­nych szczę­ścia chwil w życiu. Nagle doświad­czamy jed­no­ści ze wszyst­kim i ze wszyst­kimi. Prze­strzeń, która ota­cza wszel­kie rze­czy i istoty, nie jest już oddzie­le­niem, lecz staje się "pojem­ni­kiem". Prze­ka­zuje ona infor­ma­cję oraz nadaje zja­wi­skom zna­cze­nie i ogar­nia je. Wraz z oświe­ce­niem chwila postrze­ga­nia staje się tysiąc­krot­nie jaśniej­sza i bar­dziej pory­wa­jąca niż wszystko, co możemy sobie wyobra­zić lub co możemy prze­żyć, a doświad­cze­nie rado­ści i inspi­ra­cji już ni­gdy nas nie opusz­cza.

Nie­któ­rzy twier­dzą wresz­cie, że bud­dyzm jest reli­gią. Zasad­ni­cza róż­nica staje się jed­nak wyraź­nie widoczna już wtedy, gdy przyj­rzymy się pier­wot­nemu zna­cze­niu łaciń­skiego słowa, które jest źró­dłem tego ter­minu. Re ozna­cza po łaci­nie "znowu", a ligare -?"zjed­no­czyć". Tak więc reli­gie, pocho­dzące z Bli­skiego Wschodu i panu­jące od tysiąca lat na Zacho­dzie, pró­bują odna­leźć powtór­nie coś dosko­na­łego. W prze­ci­wień­stwie do tego w bud­dy­zmie nie ma żad­nej dosko­na­ło­ści, z którą można by się powtór­nie połą­czyć; nie ma raju, z któ­rego kie­dyś wypa­dli­śmy. Umysł, od nie­ma­ją­cego początku czasu pomie­szany odno­śnie do swej praw­dzi­wej natury, odkrywa w momen­cie oświe­ce­nia po pro­stu tego, kto prze­żywa naj­róż­niej­sze wra­że­nia -?swoją wła­sną ponad­cza­sową esen­cję. Jak mogli­by­śmy w ogóle zaufać powtór­nie wytwo­rzo­nemu sta­nowi? Z jed­nej strony ozna­cza­łoby to, że pier­wot­nie nie był on dosko­nały, z dru­giej zaś -?że można by go kie­dyś znowu utra­cić.

Jeśli uży­wamy w odnie­sie­niu do bud­dy­zmu ter­minu "reli­gia", musimy zda­wać sobie sprawę z tego, że ist­nieją dwa różne rodzaje prze­ko­nań reli­gij­nych. Pierw­sze z nich to inge­ru­jące sil­nie w życie ludzi "reli­gie wiary" -?na przy­kład juda­izm, chrze­ści­jań­stwo i przede wszyst­kim islam -?któ­rych oso­bowi bogo­wie posia­dają naj­wy­raź­niej bar­dzo ludz­kie cechy. Zupeł­nie inne są nie­do­gma­tyczne "reli­gie doświad­cze­nia", takie jak hin­du­izm adwajta-wedanty, tao­izm i bud­dyzm, któ­rych celem jest ludz­kie urze­czy­wist­nie­nie. Te dwa rodzaje reli­gii róż­nią się od sie­bie zasad­ni­czo, zarówno jeżeli cho­dzi o cel, jak i pod wzglę­dem metod.

Wszyst­kie panu­jące obec­nie na świe­cie reli­gie wiary powstały na małym obsza­rze Bli­skiego Wschodu. Ich poli­tycz­nym punk­tem zapal­nym jest współ­cze­sne mia­sto Jero­zo­lima. Opie­rają się one na Sta­rym Testa­men­cie, który przy­jął obecną formę przed dwoma tysią­cami pię­ciu­set laty. Spo­łe­czeń­stwa Bli­skiego Wschodu okre­ślała -?i okre­śla do dzi­siaj - nie­ustanna walka o prze­trwa­nie. Dla­tego nasta­wione są one na męskie prze­wod­nic­two, dla utrwa­le­nia swo­jej pozy­cji dążą do powięk­sze­nia liczby wyznaw­ców i zabez­pie­czają swą egzy­sten­cję z pomocą praw poda­nych przez Boga. Z powodu tych warun­ków mogła się na tym tere­nie umoc­nić idea stwa­rza­ją­cej, osą­dza­ją­cej i karzą­cej zewnętrz­nej siły -?musiała być ona rów­nież praw­dziwa w wyż­szym stop­niu niż czło­wiek. Ponie­waż prawdy takiej nie można spraw­dzić, prze­żyć ani osią­gnąć, należy w nią uwie­rzyć. Zada­nie wier­nych polega więc na speł­nia­niu życzeń owej zewnętrz­nej siły lub jej przed­sta­wi­cieli. Dla­tego wyznawcy reli­gii wiary pra­cują z dogma­tami, nawra­ca­niem, zaka­zami i naka­zami i muszą trzy­mać się nie­zgod­nego z życiem wyobra­że­nia, że jedna droga jest praw­dziwa i dobra dla wszyst­kich, a inne są błędne i pełne zła.

Reli­gie doświad­cze­nia Dale­kiego Wschodu powstały mniej wię­cej w tym samym cza­sie w pół­noc­nych Indiach i Chi­nach, jed­nak pod znacz­nie mniej­szą pre­sją -?nie były tak sil­nie zwią­zane z walką o prze­trwa­nie. Dobrze zazwy­czaj wykształ­cone spo­łe­czeń­stwa tych kra­jów były co prawda o wiele mniej poko­jowe, niż wiele osób chce to przy­znać, ich kul­tury cecho­wały się jed­nak z pew­no­ścią nad­mia­rem i bogac­twem. Znano tam wiele kie­run­ków filo­zo­ficz­nych i pano­wała auten­tyczna wol­ność duchowa. W takich warun­kach reli­gie przyj­mują zupeł­nie inny kie­ru­nek. Ich celem staje się w tym przy­padku roz­wój czło­wieka, jego umysł. Z tego powodu towa­rzy­szy im znacz­nie mniej pocho­dzą­cych "z zewnątrz" ogra­ni­czeń, mają­cych za zada­nie zmu­sić wszyst­kich do podą­ża­nia w tym samym kie­runku. Zamiast uży­wać nie­pod­le­ga­ją­cych jakiej­kol­wiek kry­tyce dogma­tów wiary, reli­gie doświad­cze­nia uznają różne prawdy za poży­teczne w okre­ślo­nych warun­kach i dla kon­kret­nych ludzi. Budda odra­dzał na przy­kład swoim uczniom przyj­mo­wa­nie jego słów na wiarę. Chciał, żeby zada­wali pyta­nia, spraw­dzali jego nauki w opar­ciu o wła­sne doświad­cze­nia i w ten spo­sób potwier­dzali je cią­gle od nowa na wła­sny uży­tek. Pra­gnął on i pra­gnie dla każ­dego tylko jed­nej rze­czy -?trwa­łej rado­ści oświe­ce­nia.

W przy­padku pra­wie każ­dego z nas naj­lep­sza jest tutaj stop­niowa ścieżka, dopóki nie zbu­du­jemy nie­wzru­szo­nej postawy wewnętrz­nej sta­bil­no­ści, współ­czu­cia, rado­ści i świa­do­mo­ści. Potem wszystko toczy się coraz szyb­ciej i jakby samo z sie­bie, ponie­waż szczę­ście, któ­rego poszu­ku­jemy, jest już w nas obecne. Nie jest ono niczym innym, jak tylko naszym wła­snym umy­słem. Na dro­dze do tego doświad­cze­nia Budda ufał zawsze samo­dziel­no­ści i zdol­no­ściom ludzi; trzy­mał przed nimi po pro­stu wyzwa­la­jące zwier­cia­dło swo­jej nauki i poka­zy­wał nie­ustan­nie, jakie moż­li­wo­ści tkwią już w nich samych. Obecny w umy­śle każ­dego czło­wieka poten­cjał oświe­ce­nia nazwał naturą Buddy. Zaufa­nie to jest cha­rak­te­ry­styczne zarówno dla drogi, jak i dla celu bud­dy­zmu i sta­nowi pod­sta­wową róż­nicę pomię­dzy nim a innymi reli­giami.

W rów­nie wyraź­nym stop­niu uni­kał Budda tego, co nazywa się obec­nie ezo­te­ryką. Cho­ciaż sta­ra­nia o ura­to­wa­nie ludz­kiego cie­pła lat sześć­dzie­sią­tych XX wieku na prze­strzeni póź­niej­szych -?i chłod­niej­szych emo­cjo­nal­nie -?dzie­się­cio­leci są poru­sza­jące, to jed­nak samo uczu­ciowe nasta­wie­nie do świata nie­stety nie wystar­czy. Musimy jasno wie­dzieć, co się wyda­rza. Mie­sza­nie ze sobą okru­chów pocho­dzą­cej z róż­nych źró­deł ducho­wej wie­dzy i sprze­da­wa­nie ich jako ponad­cza­so­wych prawd w nowym opa­ko­wa­niu, bez spraw­dze­nia poprzez wła­sne wie­lo­let­nie doświad- cze­nie, powo­duje jedy­nie dez­orien­ta­cję. Takim praw­dom można z pew­no­ścią zaufać w stop­niu jesz­cze mniej­szym niż sta­ro­daw­nym naukom reli­gii wiary, które dys­po­nują jed­nak set­kami lat prak­tycz­nego doświad­cze­nia.

Na czym więc polega ponad­cza­so­wość nauki Buddy? Wyja­śnia on, że prawda sta­no­wiąca pod­stawę wszyst­kiego musi być taka sama wszę­dzie, żeby rze­czy­wi­ście była prawdą. Nie mogła zostać stwo­rzona, nie da się jej powięk­szyć, nie spo­sób jej rów­nież zaszko­dzić -?w prze­ciw­nym razie nie byłaby osta­teczna. W swej isto­cie nie­od­dzielna od prze­strzeni, prze­nika ona wszystko, co ist­nieje i nie ist­nieje. Może ją urze­czy­wist­nić każdy, kto stwo­rzy nie­zbędne ku temu warunki. Winę za to, że aż do oświece- nia albo nie doświad­czamy tej prawdy wcale, albo prze­ży­wamy ją tylko czę­ściowo, ponosi decy­du­jąca wada każ­dego nie­oświe­co­nego umy­słu - nie­zdol­ność do roz­po­zna­nia swej praw­dzi­wej natury. Zamiast tego nie­wy­ćwi­czony umysł działa podob­nie jak oko, które postrzega wszystko, co zewnętrzne, nie potrafi jed­nak zoba­czyć samo sie­bie.

Wszyst­kie nauki Buddy nakie­ro­wane są na umysł i drogę do jego peł­nego urze­czy­wist­nie­nia. Poszu­ku­jąc tego, co ponad­cza­sowe i nie­znisz­czalne, tego, co wła­śnie patrzy przez nasze oczy, jest świa­dome i prze­żywa zja­wi­ska, nie znaj­dziemy w żad­nej rze­czy. Dla­tego Budda opi­sał naturę umy­słu sło­wem "pusty". Ter­minu "pusty", w zna­cze­niu "wolny od cze­goś", uży­wano wów­czas do wyra­że­nia faktu, że przy­tom­ność, którą badano, nie posiada żad­nych okre­ślo­nych wła­ści­wo­ści. Budda nie opi­suje w ten spo­sób nico­ści czy też "czar­nej dziury", lecz zwraca uwagę na to, że prze­żywający wszystko umysł nie posiada wiel­ko­ści, dłu­go­ści, sze­ro­ko­ści ani wagi, które czy­ni­łyby go "czymś".

Mate­ma­tyk okre­śliłby być może tę esen­cję umy­słu mia­nem "neu­tral­nego ele­mentu prze­ży­wa­nia". Nauko­wiec wspo­mniałby chyba o "poten­cjal­nej moż­li­wo­ści", rze­mieśl­nik mógłby powie­dzieć, że "nie jest to rzecz", a kocha­nek lub wojow­nik, odbie­ra­jący świat jako prze­dłu­że­nie swych zmy­słów, doświad­czyłby umy­słu naj­prawd­po­dob­niej jako "otwar­tego jak prze­strzeń".

To wszystko ozna­cza, że cho­ciaż ciała umie­rają, a myśli przy­cho­dzą i odcho­dzą, sam prze­ży­wa­jący ani się nie naro­dził, ani nie został zło­żony lub stwo­rzony. Dla­tego też nie może umrzeć, roz­paść się ani znik­nąć. Umysł jest jak prze­strzeń -?to ponad­cza­sowy zbior­nik, który umoż­li­wia wyda­rza­nie się wszyst­kich zja­wisk, ogar­nia je i łączy ze sobą.

Dla­tego nie ist­nieje rów­nież nic zewnętrz­nego, w co nale­ża­łoby uwie­rzyć. Wielu ludziom uła­twia to dostęp do nauk Buddy. Jego wypo­wie­dzi są tylko pomoc­nymi wska­zów­kami, które spra­wiają, że pozna­jemy lepiej samych sie­bie i sta­jemy się na dłuż­szą metę bar­dziej zrów­no­wa­żeni, kocha­jący i szczę­śliwi. Każdy jest sam odpo­wie­dzialny za wła­sny roz­wój na dro­dze. Budda ucie­le­śnia poprzez swój przy­kład osta­teczny cel, osią­galny dla wszyst­kich. W ten spo­sób otrzy­mu­jemy praw­dziwe schro­nie­nie, któ­rego zna­cze­nie uświa­da­miamy sobie cią­gle od nowa -?od początku prak­tyki aż do oświe­ce­nia. W bud­dy­zmie przyj­mu­jemy schro­nie­nie w peł­nym roz­woju umy­słu, to zna­czy w Bud­dzie (ewen­tu­al­nie w sta­nie Buddy), w jego naukach (meto­dach pro­wa­dzą­cych do oświe­ce­nia), w przy­ja­cio­łach, któ­rzy razem z nami podą­żają drogą, i w nauczy­cielu, któ­rego przy­kład musi być prze­ko­nu­jący, który powi­nien inspi­ro­wać i budzić w nas zaufa­nie do naszej praw­dziwej natury.

Tak więc klu­czem do trwa­łego szczę­ścia jest zna­jo­mość nauk Buddy. On sam poja­wia się jako nauczy­ciel, straż­nik i przy­ja­ciel istot. Z pomocą jego metod można uwol­nić się od cier­pie­nia i osią­gnąć trwałe szczę­ście. Dzięki nim możemy coraz wyraź­niej się roz­wi­jać i poma­gać w tym rów­nież innym. Budda przed 2500 laty sam wybrał słowo, które naj­le­piej opi­suje jego naukę -?w san­skry­cie brzmi ono: dharma, a po tybe­tań­sku czio i ozna­cza "naturę rze­czy".

Życie i nauka Buddy

Życiorys Buddy

Narodziny i młodość na dworze

Rzut oka na życie Buddy przy­bliży nam jego naukę. Uro­dził się ponad dwa i pół tysiąca lat temu w kró­lew­skiej rodzi­nie i cho­ciaż więk­szość z wyobra­ża­ją­cych go posą­gów i malo­wi­deł ma azja­tyc­kie rysy twa­rzy, w rze­czy­wi­sto­ści wyglą­dał raczej jak Euro­pej­czyk. Jego naród dotarł do pół­noc­nych Indii z tere­nów dzi­siej­szej Ukra­iny kil­ka­set lat wcze­śniej, w cza­sie wiel­kich wędró­wek ludów. Budda nale­żał do kasty wojow­ni­ków, a tek­sty podają, że był wysoki, silny i miał nie­bie­skie oczy1. Zie­mie jego rodzi­ców leżały na połu­dnio­wych obrze­żach dzi­siej­szego Nepalu, wokół ówcze­snego mia­sta Kapi­la­wa­stu. Oko­lica ta była w owym cza­sie zdu­mie­wa­jąco bogata i nie­prze­lud­niona. Wyko­pa­li­ska dowo­dzą, że roz­kwi­ta­jąca tam w V wieku p.n.e. kul­tura nie tylko uży­wała pod­ziem­nego sys­temu odpro­wa­dza­nia zuży­tej wody, lecz także posłu­gi­wała się spraw­nym sys­te­mem ogrze­wa­nia. W dzi­siej­szym Nepalu naj­wy­raź­niej tego bra­kuje.

Budda nie był owo­cem dzie­wi­czego poczę­cia, lecz ostat­nią szansą swo­ich rodzi­ców na posia­da­nie dziecka i co za tym idzie, następcy tronu. W prze­ciw­nym razie ich kró­le­stwo wkrótce musia­łoby upaść.

Nadej­ście Buddy prze­po­wie­dział wyraźny sen jego matki. Gdy wkrótce uro­dziła ona nie­zwy­kle sil­nego i pięk­nego chłopca, radość rodzi­ców była ogromna. Wkrótce zaczęli się jed­nak nie­po­koić, ponie­waż wokół ich syna działy się rze­czy nie­wy­tłu­ma­czalne. Na przy­kład, kiedy posta­wił pierw­sze kroki, pod jego sto­pami zakwi­tły kwiaty. Paso­wało to o wiele bar­dziej do poety, marzy­ciela lub filo­zofa niż do upra­gnio­nego przez rodzi­ców mło­dego wojow­nika i gene­rała, który miał sca­lić pań­stwo. Dla­tego zapro­szono do pałacu trzech mędr­ców; mieli oni prze­po­wie­dzieć przy­szłość chłopca -?Sid­dhar­thy Gau­tamy. Wszy­scy powie­dzieli dokład­nie to samo: "Chło­piec jest kimś bar­dzo szcze­gól­nym. Jeśli nie zetknie się z cier­pie­niem świata, spełni wszyst­kie wasze ocze­ki­wa­nia, jako wojow­nik i boha­ter pokona sąsied­nich kró­lów i będzie­cie z niego bar­dzo dumni. Jeżeli jed­nak uświa­domi sobie, że świat jest uwa­run­ko­wany i dla­tego nie można w nim zna­leźć trwa­łego szczę­ścia, porzuci wszystko. Roz­wi­nie nowy, oświe­ca­jący świa­to­po­gląd i podzieli się nim ze świa­tem".

Ponie­waż rodzice Sid­dhar­thy pra­gnęli władcy, a nie arty­sty czy myśli­ciela, zadzia­łali natych­miast. Oto­czyli dora­sta­ją­cego księ­cia wszyst­kim, co cie­szy zdro­wego, mło­dego męż­czy­znę: pię­ciu­set pięk­nymi kobie­tami, moż­li­wo­ściami upra­wia­nia sportu i sztuk walki, prze­ży­wa­nia sil­nych wra­żeń i naj­lep­szymi warun­kami do kształ­ce­nia umy­słu. Dosta­wał natych­miast wszystko, czego tylko zapra­gnął. Ponie­waż jego świa­do­mość maga­zy­nu­jąca była wolna od prze­szka­dza­ją­cych wra­żeń z poprzed­nich żywo- tów, pro­blemy nie mogły rów­nież wyło­nić się z wnę­trza jego umy­słu i prze­żył bez­tro­sko dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, doświad­cza­jąc tylko naj­róż­niej­szych rodza­jów rado­ści. Wtedy jed­nak jego świat sta­nął nagle na gło­wie.

Rozczarowanie i poszukiwanie sensu

Przez całe lata na dwo­rze dbano, żeby młody książę nie zetknął się z niczym nie­przy­jem­nym. Trwało to do dnia, w któ­rym w wieku dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu lat po raz pierw­szy opu­ścił pałac. Dla­tego dostrzegł przy­kre strony życia dopiero bar­dzo późno, lecz za to w całej oka­za­ło­ści. W cza­sie trzech kolej­nych dni zoba­czył naj­pierw pogrą­żo­nego w bólu, cier­pią­cego cho­rego, potem ugi­na­ją­cego się pod brze­mie­niem wieku starca i wresz­cie zmar­łego. Odkry­cie, że cier­pie­nia te są czę­ścią każ­dego życia, bar­dzo go poru­szyło i nie dawało mu spo­koju. Po powro­cie do pałacu spę­dził w nim trudną noc: o czym­kol­wiek by pomy­ślał, nie znaj­do­wał niczego, co mógłby zapro­po­no­wać swoim naj­bliż­szym jako praw­dziwe schro­nie­nie. Nie dostrze­gał w niczym osta­tecz­nego opar­cia. Sława, rodzina, przy­ja­ciele i bogac­two -?wszystko to było nie­trwałe. Zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz ist­niało tylko to, co prze­mi­ja­jące. Nic nie było rze­czy­wi­ste i nie ist­niało naprawdę.

Następ­nego dnia rano książę zoba­czył czło­wieka pogrą­żo­nego w głę­bo­kiej medy­ta­cji. Kiedy ich oczy się spo­tkały, przy­szły Budda doznał praw­dzi­wego wstrząsu - zro­zu­miał nagle, że męż­czy­zna ten tra­fił na ślad tego, czego on sam poszu­kuje. Jego spoj­rze­nie odzwier­cie­dlało coś ponad­cza­so­wego. Dzięki niemu Sid­dhar­tha zbli­żył się do pro­mie­niu­ją­cego lustra za odbi­ciami, poczuł morze pod falami. Musiał oto ist­nieć prze­ży­wa­jący, który postrzega rze­czy. Jedy­nie umysł mógł posia­dać zdol­ność ogar­nię­cia zarówno myśli i uczuć, jak i warun­ków oraz świa­tów. Przy­szły Budda zro­zu­miał nagle, że poza wyobra­że­niami i wra­że­niami, i pomię­dzy nimi, ist­nieje coś wię­cej.

Miał teraz trop i uświa­do­mił sobie, że można zaufać tylko prze­ży­wa­ją­cemu, ale nie jego prze­ży­ciom; temu, co stałe, ale nie temu, co zmienne; zwier­cia­dłu, ale nie obra­zom na jego powierzchni. Spoj­rze­nie medy­tu­ją­cego męż­czy­zny pomo­gło Bud­dzie zro­zu­mieć, że postrze­ga­jący umysł jest nie­znisz­czalny, wszystko wie i umoż­li­wia, a jego pro­mie­niu­jąca przej­rzy­stość gra swo­bod­nie sama ze sobą, spra­wia­jąc, że zja­wi­ska się wyda­rzają oraz że nie­ogra­ni­czona miłość utrzy­muje rze­czy w cało­ści. A więc to było to! W mgnie­niu oka książę pojął, że nie­uwa­run­ko­wana prawda, któ­rej poszu­ki­wał, to nic innego jak tylko jego wła­sny umysł. Jed­nak ta czy­sta wie­dza o prze­ży­wa­ją­cym była oczy­wi­ście nie­wy­star­cza­jąca. Budda znał teraz cel, na­dal jed­nak musiał odna­leźć drogę do niego.

W jego cza­sach nie ist­niała jesz­cze żadna "ścieżka na skróty", która włą­cza­łaby w pro­ces roz­woju wszyst­kie aspekty życia -?kocha­nie się, sen, ucze­nie się, pro­wa­dze­nie samo­chodu i tak dalej. Naj­sku­tecz­niej­sze środki Budda mógł poda­ro­wać światu dopiero po osią­gnię­ciu oświe­ce­nia. Nauki te, które wyko­rzy­stują każdą życiową sytu­ację jako zwier­cia­dło dla umy­słu, noszą miano Wiel­kiej Pie­częci lub w san­skry­cie Maha­mu­dry i sta­no­wią serce Dia­men­to­wej Drogi. Jako że w owych cza­sach nie można było pro­wa­dzić pory­wa­ją­cego życia i jed­no­cze­śnie galo­po­wać na tygry­sie bez­po­śred­niego doświad­cze­nia aż do uzy­ska­nia osta­tecz­nego wglądu, książę nie miał wyboru. Musiał podą­żyć o wiele wol­niej­szą drogą wyrze­cze­nia. Wyma­gała ona ogra­ni­cze­nia ilo­ści wra­żeń, docie­ra­ją­cych do jego umy­słu. Porzu­cił więc natych­miast swe bogate życie wśród ludzi i wyru­szył nocą z pałacu w stronę lasów i wzgórz pół­noc­nych Indii. Miał teraz przed sobą wielki cel -?urze­czy­wist­nie­nie ponad­cza­so­wej natury umy­słu.

Pra­gnąc osią­gnąć jak naj­szyb­ciej pełen wgląd w umysł dla dobra wszyst­kich, przy­szły Budda pró­bo­wał naj­su­row­szych nawet ćwi­czeń i bez dumy uczył się od każ­dego. Sześć następ­nych lat było dla niego trudne; ten czas dał mu jed­nak wiele doj­rza­ło­ści. W pew­nym momen­cie na przy­kład zaak­cep­to­wał skrajny pogląd, że ciało jest czymś złym. Pościł więc tak długo, że zagło­dził się pra­wie na śmierć. Cho­ciaż osła­bie­nie wra­żeń zmy­sło­wych miało spo­tę­go­wać jasność jego umy­słu, zamiast tego odkrył, że będąc tak bar­dzo osła­bio­nym, nie może przy­nieść pożytku ani sobie, ani innym. Zaczął więc znowu jeść i szybko wró­cił do sił.

Już wtedy w pół­noc­nych Indiach obecne były wszyst­kie znane dzi­siaj kie­runki myśle­nia. Sid­dhar­tha nie tylko uczył się u naj­zna­mie­nit­szych nauczy­cieli, lecz także szybko ich wszyst­kich prze­ra­stał. Znów jed­nak, każdy z tych guru prze­ka­zy­wał mu tylko duali­styczne wyja­śnie­nia, które nie pro­wa­dziły do osta­tecz­nego celu. We wszyst­kich krę­gach kul­tu­ro­wych naj­zdol­niejsi nawet nauczy­ciele wyobra­żali sobie nie­zli­czone i nie­da­jące się udo­wod­nić przy­czyny powsta­nia świata i spo­soby jego funk­cjo­no­wa­nia. Jed­nakże tylko Budda, podob­nie jak współ­cze­sny mu Hera­klit w Euro­pie, kie­ro­wał się jedy­nym prze­ko­nu­ją­cym poglą­dem, że prze­strzeń gra po pro­stu sama ze sobą i zawiera wszyst­kie moż­li­wo­ści. Kiedy sta­wało się jasne, że kolejny nauczy­ciel rów­nież nic nie wie o ponad­cza­so­wej natu­rze prze­ży­wa­ją­cego i nie potrafi mu wska­zać niczego trwa­łego i god­nego zaufa­nia, Budda dzię­ko­wał mu i uda­wał się do następ­nego sław­nego mędrca w oko­licy.

Jedną z 32 fizycz­nych cech Buddy są oczy: o nie­bie­skich oczach Buddy wspo­mina Utta­ra­tan­tra-Sza­stra (tyb. rGyud bla ma) patrz Fuchs (2000): Bud­dha Nature: The Mahay­anan Utta­ra­tan­tra Sha­stra with Com­men­tary by Arya Maitreya, comm. by Jam­gon Kong­trul Lodro Thaye, trans­la­ted by Rose­ma­rie Fuchs, Ithaca: Snow Lion, s. 227: "Hispure eyes are like blue lotu­ses, his eyela­shes (dense) as those of an ox". W tybe­tań­skich komen­ta­rzach patrz s. 230: "Since he has looked upon all beings with loving eyes, as if each were his only child, hispure eyes are like blue upala lotu­ses" i Thrangu Rin­po­che (1994): The Uttara Tan­tra, a Tre­atise on Bud­dha Nature. A Com­men­tary on the Uttara Tan­tra Sha­stra of Asanga, trans­la­ted by Ken and Katia Hol­mes, Delhi: Sri Sat­guru Publi­ca­tions, s.158: "The24th mark is that Bud­dha's eyes are pale deli­cate like blue lotu­ses". [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki