1
- A MOŻE POWINNAŚ OD RAZU USYPAĆ stos z banknotów i podłożyć pod niego ogień?
- Ha, ha, powiedział, co wiedział - odparła Maggie, starając się przekrzyczeć zawodzenie Aerosmith dobiegające z głośników.
Przyzwyczaiła się już do przesadnej troski, z jaką Dean przyglądał się jej budżetom na renowację, oraz do niezmiennego braku wiary z jego strony w jej umiejętność zmieniania koszmarów w marzenia.
Dom stał przed nimi - widzieli go przez zalaną deszczem szybę pick-upa, który przeciskał się przez gąszcz porastający obie strony drogi pociętej głębokimi koleinami. Parter i dwa piętra. Olbrzymia weranda skręcająca na jednym końcu za załom budynku. Kryty gontem dach i rzeźbienia w drewnie pokrytym kilkoma warstwami liszajowatej farby walczyły ze sobą o to, które z nich pierwsze przyciągnie wzrok obserwatora.
Nic jednak nie mogło konkurować z wieżyczką. Jej część na parterze stanowiła część werandy, a na pierwszym piętrze pełniła funkcję balkonu. Drugie, a zarazem ostatnie piętro było zabudowane, ozdobione owalnymi oknami i zwieńczone stożkowatym dachem z iglicą. Maggie domyślała się, że widok stamtąd oszołomiłby nawet pragmatycznego Deana.
Tymczasem opadł on z powrotem na swoje miejsce i potrząsnął głową.
- Niech to lepiej będzie pierwszy i ostatni raz, kiedy kupujesz nieruchomość, nie dokonawszy oględzin.
W jego głosie dało się słyszeć poranną chrypkę, jak zwykle kiedy Maggie zdarzało się wyrwać go z regenerującego snu.
To niezupełnie tak, że nie widziała wcześniej tej nieruchomości, ale wątpiła, czy prawda dodałaby ufności jej wspólnikowi.
- Oglądałam zdjęcia - powiedziała więc, nie wdając się w szczegóły.
- Ja też oglądałem te same zdjęcia i pamiętam wyraźnie, że próbowałem odwieść cię od tego zakupu.
- Zostaw narzekania na później - poradziła mu Maggie, gdy wysiadali z pick-upa.
Ziemia pod ich butami roboczymi była miękka i wilgotna.
Tam, gdzie niegdyś musiał się znajdować elegancki podjazd osłonięty szpalerem drzew, teraz ciągnęła się ledwie ścieżka w gęstwinie chaszczy. Zaniedbane drzewa i krzewy zdawały się zdeterminowane, by za wszelką cenę przywrócić tę posiadłość naturze.
Jeśli jednak chodzi o sam dom, to pod maską pozorów kryła się prawdziwa magia. Maggie dostrzegała jej przebłyski pod warstwami przegniłego drewna i farby, zapewne ołowiowej. Niczym zakopany skarb, który tylko czeka, aż ktoś go wydobędzie.
Maggie pochyliła na bok głowę i przyglądała się fasadzie. Krople deszczu bębniły na daszku jej czapki.
"Może i jest ekstrawagancki. Na pewno zaniedbany".
- Nie jesteśmy już na plaży w Oregonie, Toto - powiedział Dean, patrząc podejrzliwie na domiszcze.
- To prawda, nie jesteśmy - zgodziła się z nim i wsunęła dłonie do kieszeni, żałując, że nie ma klucza.
Przed kilkoma dniami sprzedała swój najnowszy odrestaurowany dom, uroczy bungalow przy plaży. Nadal czując w kieszeni żar rachunku wystawionego na najwyższą jak dotąd kwotę, spakowała manatki i ruszyła w dalszą drogę, na poszukiwanie nowej przygody na wschodzie kraju.
- Co to w ogóle jest, do diabła? - zapytał Dean, podciągając suwak kamizelki aż pod brodę. - Co to tu robi?
Dokładnie ów fakt, że ta niegdyś okazała kamienica pasuje do okolicy jak pięść do nosa, zaważył na tym, że Maggie się w niej zakochała. W tej części Idaho roiło się od drewnianych chat, schludnych bungalowów nad jeziorami oraz kiczowatych domów z cegły i desek w porządnych dzielnicach śródmiejskich. Ale tutaj, nad rzeką, w otoczeniu gór i lasów osikowych, królowała wiktoriańska kamienica w stylu królowej Anny.
Dom, noszący nazwę Old Campbell Place, z dumą i bez cienia wstydu zajmował miejsce nad urwiskiem, od dobrze ponad stu lat za nic mając wszelkie działające na niego żywioły. Maggie kupiłaby go, nawet gdyby nie wiedziała o jego przelotnym związku z jej własną historią rodzinną.
- Zbudował go Aaron Campbell dla swojej żony Avy, która podobno była wielką romantyczką - zaczęła, przygotowując grunt pod właściwy temat.
- O, losie. Szykuje się dłuższy wykład.
- Rodzina pana Campbella miała w posiadaniu sieć sklepów jubilerskich oraz zarządzała tartakiem w tej okolicy.
- Mordowanie drzew musiało im zapewniać spory dochód - rozmyślał głośno Dean, niepewnie testując pierwszy stopień schodów na werandę.
- Właściwie źródłem pieniędzy Campbella było piętnaście powieści westernowych, które napisał.
Dean jęknął.
- Jak ja nie cierpię domów, które mają niezwykłą historię. To zawsze sprawia, że bardziej szastasz pieniędzmi.
- Campbellowie poświęcili cztery lata budowie tego domu, bo zależało im, żeby każdy jego centymetr kwadratowy był idealny.
- A potem zmarli tragicznie na tyfus albo zatrucie ołowiem z farby? - próbował zgadnąć Dean.
Maggie dała mu lekkiego kuksańca i tanecznym krokiem wbiegła po schodach na werandę.
- Nie. Żyli tu szczęśliwie ponad czterdzieści lat, hojnie wspierając budżet miasta. Wychowali rodzinę. Wydawali bajeczne przyjęcia.
- I dopiero potem umarli.
- I potem umarli. Romantycznie, w odstępie kilku miesięcy od siebie. Dom przekazywano sobie z pokolenia na pokolenie... z lepszym i gorszym skutkiem, jeśli chodzi o gust. Kilka pokoleń później rodzinna fortuna się wyczerpała, a dom w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku przekazano pod zarząd miasta.
- W jaki sposób miasto się nim zajęło? - zapytał sceptycznie Dean.
Potrząsnął balustradą, po czym zerknął na Maggie tak, jakby coś jej właśnie udowodnił, bo dwie tralki odpadły i wylądowały na ziemi.
- Dam radę to naprawić - zapewniła go.
- Władze miasta utworzyły w nim Muzeum Rodziny Campbellów i prowadziły je ponad dziesięć lat. Dlatego też w środku znajduje się mnóstwo pamiątek rodzinnych.
- Nawet nie próbuj mnie prosić, żebym wystąpił jako skarbnik podczas wyprzedaży garażowej. Przykro mi, Magpie, tego dnia jestem bardzo zajęty.
- Oj, nie kryguj się. Ostatnim razem tak słodko się handryczyłeś z tą babką od kościelnego bingo w Aberdeen, że wszyscy byli tobą zachwyceni.
Maggie osłoniła oczy dłońmi, pochyliła się do jednego z zarośniętych brudem okien przy drzwiach wejściowych i zajrzała do środka. Tapeta. Cudownie szkaradne złoto-niebieskie bażanty oblazły ściany gabinetu niczym nader inwazyjny bluszcz. Palce Maggie rwały się, żeby jej dotknąć. Od patrzenia na ten agresywny wzór tak bardzo szczypały oczy, że mógł się tu sprawdzić jako ozdoba. Maggie zauważyła kilka przedmiotów dekoracyjnych, między innymi obraz, który wyglądał na portret, nad poczerniałym kominkiem. Potarła szybę przemoczonym rękawem, ale uzyskała jedynie tyle, że rozmazała grubą warstwę brudu.
- A skoro już przy tym jesteśmy, to kiedy zamierzasz ogłosić rozpoczęcie tego nowego projektu, który zagwarantuje ci bankructwo i stratę wszystkich obserwujących na YouTubie? - zapytał Dean, głośno tupiąc na schodach.
Zdaniem Maggie, ten facet zdecydowanie za dużo czasu poświęcał liczbom. Budżetom. Statystykom obserwujących jej kanał - obecnie miała ich ponad 900 tysięcy - i dolarom z reklam. Jednak dlatego ich współpraca układała się tak dobrze. Dean miał obsesję na punkcie cyferek na papierze, ona zaś zmieniała koszmary w domy marzeń.
Ruszyła z nim za załom domu i znaleźli się na nierównym tarasie. Kamienne płyty tutaj wymagały ułożenia na nowo.
- Mamy przygotowane jeszcze trzy odcinki dotyczące bungalowu przy plaży. Ale już zacznę pokazywać na Instagramie zajawki tego domu.
Dean potknął się, zatoczył, po czym kopnął w kamień, który złośliwie wpadł mu pod but.
- Poczekaj do jutra, kiedy to miejsce będzie należeć do nas i zacznie obowiązywać ubezpieczenie, a potem możesz sobie do woli padać na twarz i rozkwaszać nos - doradziła mu Maggie.
- A to co, do diabła?! - Zaskoczony Dean wyciągnął rękę w kierunku betonowego pomnika.
Maggie uśmiechnęła się od ucha do ucha.
- Fontanna.
W środkowej części podstawy fontanny stały cztery kamienne rumaki niemal naturalnych rozmiarów. Jeden stawał dęba z uniesionymi kopytami, a pozostałe zastygły w galopie.
- To wygląda jak konie czterech jeźdźców Apokalipsy stojące na straży zalążka epidemii gorączki zachodniego Nilu - zauważył Dean, przyglądając się czarnej, mętnej brei w basenie fontanny.
Mimo tych złośliwości, wywołanych w dużej mierze deficytem kofeiny, Maggie zauważyła, że jej gderliwy partner zaczyna tajać... na razie tylko minimalnie. Dean miał słabość do ekstrawagancji. To dlatego od tylu lat tolerował Maggie.
- Proszę, powiedz, że siusiają wodą.
- Na pewno da się to zorganizować - odparła zamyślona.
Dean mruknął pod nosem i poszedł na drugi koniec tarasu, w kierunku ogrodu za domem.
- Mamy tu sporej wielkości problem - rzekł, zatrzymując się nagle.
Maggie obeszła go i jej wzrok padł na świerk leniwie wsparty o tylną ścianę domu. Tego nie było na żadnym zdjęciu.
- Mogę się tym zająć - zaszczebiotała, już sobie wyobrażając ławeczkę albo krzesło z odzyskanego drewna.
Nie przesadzała. Bynajmniej. Maggie Nichols jeszcze się nie zdarzyło takie wyzwanie, którego by nie pokonała. Wybierała coraz bardziej zaniedbane nieruchomości i chociaż pod wpływem tych decyzji Deanowi podchodził na jakiś czas żołądek do gardła, to jednak ostatecznie się do nich przekonywał. Zwłaszcza na końcu, kiedy przekazywali klucze nowym właścicielom w zamian za bardzo satysfakcjonujące czeki.
- Samo zapanowanie nad otoczeniem domu pochłonie cały nasz budżet - narzekał.
- Dean, Dean, Dean - westchnęła Maggie. - Kiedy ty wreszcie zaczniesz ufać mojej wizji?
Dostrzeganie potencjału nieruchomości nigdy nie należało do mocnych stron jej partnera, ale nie miała mu tego za złe... w każdym razie już nie.
- Wreszcie trafiła kosa na kamień, Magpie - marudził, trącając czubkiem buta wilgotną kępę paproci.
Kobieta posłała mu ironiczny uśmieszek.
- Myślisz, że to będzie pierwszy dom, którego nie uda mi się doprowadzić do porządku?
- Jestem absolutnie pewien, że tym razem ugryzłaś więcej, niż jesteś w stanie przełknąć. Osiemnaście pokoi, czytałem ogłoszenie. A do tego zabudowania gospodarcze, które - sądząc po tej ruderze - na pewno będą się nadawały tylko do rozbiórki. Nie ma mowy, żeby ci się udało. Poza tym żadnemu z twoich fanatycznych kibiców nie będzie się chciało śledzić tak wielkiego projektu. Już na samym usuwaniu ohydnych dywanów i zdzieraniu tapet zejdą ci całe tygodnie. Jak, do diabła, chcesz ich utrzymać przed monitorami?!
- Zdajesz sobie sprawę, że mówisz to samo o każdym projekcie? - Maggie szturchnęła go w kierunku skarpy.
- Słowo honoru, mam poważne wątpliwości co do twoich decyzji. Przechodzisz kryzys wieku średniego czy co? Nie wystarczyłoby, żebyś kupiła sobie sportowy kabriolet i zrobiła nową fryzurę? Albo poszła na randkę z kolejnym facetem, który wciąż mieszka u mamusi?
- Stajesz się nieznośny, kiedy brakuje ci kawy - skarciła go Maggie. Przekroczyli powalony pień, po czym weszli w kępę zdziczałych róż i jeżyn. - Zresztą powiedziałam ci, że Bobby wyglądał na starszego, kiedy odwracał czapkę daszkiem do tyłu.
- Ty i te twoje daszki. - Dean prychnął. - Auć! Cierń.
- Co ja poradzę, że mam słabość do słodziaków w bejsbolówkach zwróconych daszkiem do tyłu?
- Przypomnij mi, bo zapomniałem. Ile lat miał Bobby w czapeczce daszkiem do tyłu? - drążył Dean, udając amnezję.
- Dwadzieścia cztery. - Ledwie dziesięć lat mniej niż ona. - Tylko nie mów mi znowu o wykradaniu niemowląt z kołyski. Mężczyźni non stop umawiają się z kobietami młodszymi od siebie. Poza tym było fajnie, dopóki się nie posypało.
"Fajnie, dopóki się nie posypało" - to definiowało wszystkie związki Maggie. Ten trwał dokładnie tyle, ile trzeba, by się zorientować, że jej słodziak z Kalifornii koczował w piwnicy u swoich rodziców i kolejny rok "szukał natchnienia", które podpowiedziałoby mu, jak wykorzystać swój dyplom z ochrony środowiska.
- Nie widzę problemu w tym, że spotykasz się z facetami dziesięć lat młodszymi od siebie... pod warunkiem, że ty miałabyś pięćdziesiątkę na karku, a oni stałą pracę i własny kąt. Przydałoby się jeszcze, żeby wiedzieli, do czego służą wkłady zapachowe do suszarki.
- Nie powinnam ci o tym mówić - burknęła Maggie.
- Wiesz, co sądzę?
- Nie. Ale to jeszcze nigdy nie powstrzymało cię przed podzieleniem się swoją opinią.
Dean odczekał chwilę dla wzmocnienia efektu.
- Sądzę, że nie wierzysz w miłość ani w romantyczne uczucia. Ani w happy endy.
Maggie wbiła w niego wzrok.
- Oho, ho, ho, przyganiał kocioł garnkowi.
- Słuchaj no, garnku, ja jestem zblazowanym człowiekiem. Realistą. Cynikiem, jeśli tak wolałabyś mnie nazwać. Ale ty kupujesz takie rudery jak ta i zmieniasz je w pałace. Ktoś taki powinien wierzyć w romantyczne uniesienia. Powinnaś chodzić na randki, zakochiwać się, ustatkować i dawać mi wolne weekendy.
- Aha! Teraz rozumiem, do czego zmierzasz. Zgrywasz mi tu Danny'ego Kaye'a - powiedziała Maggie, nawiązując do Białego Bożego Narodzenia, świątecznego filmu, który od wielu lat starała się znielubić, ale nigdy jej się to do końca nie udało.
- Zawsze uważałem się raczej za Binga Crosby'ego niż za Danny'ego Kaye'a. - Dean pociągnął nosem.
- No więc posłuchaj, Bingu, Danny, czy kim ty, u diabła, jesteś. Nigdzie nie zagrzewam miejsca na tyle długo, żeby poznać ulubioną markę piwa faceta, nie mówiąc już o jego ulubionej pozycji seksualnej albo stanie oszczędności na koncie emerytalnym.
- Ale mogłabyś. Gdybyś wzięła sobie trochę wolnego między kolejnymi domami. Mogłabyś wyjechać na wakacje i zakochać się w instruktorze nurkowania.
- Mam lepszy pomysł. Mogłabym odnowić ten dom, wymuskać go na bóstwo i zarobić dla nas nieprzyzwoicie dużo forsy.
Tak właśnie robili i w ten sposób wypracowała sobie wolność oraz niezależność finansową, o których zawsze marzyła.
- Ty już zarabiasz nieprzyzwoicie dużo forsy - przypomniał jej Dean.
- Zdaje się, że mamy zupełnie inne pojęcie o tym, ile to jest "nieprzyzwoicie dużo".
- Sprawdź swoje konto w banku i wtedy pogadamy. Wskoczyłaś na kolejny poziom i nawet tego nie zauważyłaś.
- Czy ty próbujesz mnie namówić na podwyżkę? Bo mogę ci ją dać, jeśli dzięki temu przestaniesz ciągle jęczeć.
- Nie chcę więcej pieniędzy... To znaczy, nie odmówiłbym. Ale raczej potrzebuję więcej czasu. Ty też powinnaś go sobie dać. Po co wciąż coraz więcej zarabiać i prowadzić własny biznes, jeśli to znaczy, że nie możesz się cieszyć owocami swojej pracy.
- Cieszę się - zaprotestowała Maggie. - Uwielbiam to, co robię.
- Oby to była prawda, bo renowacja tego budynku zajmie ci sześć lat.
- Trzy miesiące - sprostowała. Zobaczyła jego sceptyczną minę. - No dobra, maksymalnie cztery.
- Płacisz mi za praktyczne porady - przypomniał jej, ostrożnie odsuwając łodygę dzikiej róży, która uczepiła się jego rękawa. - No więc muszę ci powiedzieć, że niepraktyczne jest to, że wolne masz tylko te dni, które spędzasz w samochodzie, jadąc z jednego domu do następnego. Nie możesz już zawsze tak żyć.
- Przyjmuję twój praktyczny osąd. A tymczasem zaufaj mojej wizji - odparła, idąc jak burza przez chaszcze w kierunku jedynej rzeczy zdolnej zamknąć mu usta.
- Wizji tak, ale nie halucynacji.
Maggie przemilczała tę uwagę i wskazała na skalisty brzeg urwiska. Oczy Deana zrobiły się okrągłe.
- O kurde.
- No właśnie. O kurde.
Stali ramię przy ramieniu i patrzyli na rozciągające się przed nimi pofałdowane przedgórze i kaniony. Pod nimi wiła się rzeka Payette, zielona, o wartkim nurcie, którym spływała woda z topniejącego śniegu. Miasto, zwarte i przytulne, zdawało się wtulone w jej ostre zakole na północy. Znajdujące się dalej jezioro zasilało rzekę oraz branżę turystyczną, wabiącą do zachodniej części Idaho turystów z utartych szlaków oraz kurortów narciarskich na postrzępionych wierzchołkach gór.
- Zastanawiam się nad poszerzeniem tego widoku - powiedziała Maggie, nadal obserwując wielokilometrową połać wyrzeźbionego przez naturę krajobrazu. - Warto by nieco przerzedzić roślinność. Może usunąć parę drzew.
- To się nie zmieści w budżecie.
Dean szybko otrząsnął się z zachwytu. Nie był romantykiem, którego urzekają zapierające dech w piersiach widoki oraz walory historyczne. Ale Maggie przynajmniej przekonała się, że był gotów poflirtować z tym widokiem wartym wiele milionów dolarów.
- Możemy za to dostać dwa razy więcej, niż zainwestowaliśmy - zauważyła, kusząc go językiem zrozumiałej dla niego miłości.
- Dwa razy więcej? Ha! Przede wszystkim musisz ocenić, ile wyniesie absolutne minimum środków, które chcesz wpompować w doprowadzenie tego miejsca do ładu i do stanu, w którym da się je sprzedać. A potem, mając na uwadze, że ty to ty, musisz zdecydować, jak bardzo poniesie cię fantazja i jak bardzo przestrzelisz ten plan. No i wreszcie będziemy musieli wytrzasnąć z kapelusza jakiegoś kupca, który połakomi się na siedmiocyfrowej wartości mauzoleum w Dupiejewie w Idaho.
Maggie poklepała go po ramieniu.
- To się nazywa duch walki. Och, aha, i więź.
- Jaka znowu więź?
- Kinship znaczy "więź". To Dupiejewo w Idaho nazywa się Kinship, czyli więź. A teraz, jeśli obiecam, że postawię ci w mieście dwie olbrzymie kawy, będziesz grzeczny i wyłączysz już tego burczącego drona?
Dean, w dalszym ciągu sarkając, odwrócił się i zaczął przedzierać z powrotem przez wybujałą przyrodę.
- Nie cierpię cierni! - krzyknął, zerkając przez ramię. - Pieprzone...
Maggie zaśmiała się pod nosem, kiedy jego ciemna głowa zniknęła w wilgotnym kłębowisku wysokich paproci.
- Uważaj, gdzie stawiasz stopy! - poniewczasie ostrzegła go śpiewnym tonem, ruszając jego śladem.
- W tej chwili nie bardzo cię lubię.
Kiedy wspólnik maszerował z powrotem do ogrodu, najwyraźniej nadal śledzony przez swoją burczącą zabawkę, Maggie zwróciła się ku domowi. Z kciukami zaczepionymi o kieszenie spodni przyglądała się mu, nie zważając na to, że deszcz już kompletnie zmoczył jej krótki kucyk wystający nad paskiem czapki bejsbolowej. Trzy przestronne piętra. Osiemnaście pomieszczeń. Cztery kominki. Zdecydowanie za mało łazienek.
Farba w co najmniej sześciu różnych kolorach - tyle zdołała naliczyć - łuszczyła się w wielu miejscach. Podwórko opanowały chwasty i wybujałe rośliny. Po północnej ścianie, sąsiadującej z małym domkiem gościnnym, piął się okazały i zdrowy trujący bluszcz.
Weranda zdawała się zapadnięta z prawej strony co najmniej dziesięć centymetrów. Wypaczone drzwi wejściowe były o wiele za wąskie dla tak wielkiego domu.
Maggie czuła pulsowanie krwi w żyłach. Głęboki pomruk ekscytacji, którą daje na linii startu nowe wyzwanie, nowa przygoda. Trochę jak w chwili znalezienia skarbu ukrytego w ruinach. Tyle że w tym przypadku same ruiny były skarbem. Wydobywanie go kawałek po kawałku było ulubioną przez Maggie częścią projektu. Uwielbiała przywracać mu dawny urok i nadawać współczesną funkcjonalność. Każdy projekt miał się stać czyimś wymarzonym domem. Maggie zaś robiła wszystko, co w jej mocy, żeby spełnić to marzenie.
Jednak ten dom, Old Campbell Place - niezmiennie od ponad wieku pisany wielkimi literami - miał być szczególny. Już taki był. I prezentował się jeszcze lepiej, niż go pamiętała.
Poczekała, aż Dean zniknie ze swoim burczącym groźnie dronem za murem, po czym wyciągnęła telefon i ustawiła się do selfie z domem w tle.
Taki miała zwyczaj. Przy każdym projekcie. Tylko ona i dom na samym początku ich wspólnej podróży. Tych zdjęć nigdy nie udostępniała publicznie. Zdawały jej się zbyt osobiste - jakby stawała twarzą w twarz z własnymi marzeniami i prosiła je, żeby się spełniły.
- Umowę będzie można podpisać dopiero jutro, Magpie - powiedział Dean, kiedy do niej wrócił. - Jeszcze masz czas, żeby się rozmyślić.
Maggie usłyszała nadzieję w jego głosie i uśmiechnęła się szeroko.
- Niezła próba. Ale koła już poszły w ruch.
Dean westchnął heroicznie.
- W porządku. Wobec tego zamówiłem już kilku lokalnych fachowców na jutro po podpisaniu dokumentów. Pomyślałem, że będziesz chciała od razu przystąpić do oceny zakresu prac.
- Prawidłowo pomyślałeś. Chodź. Wlejemy w ciebie trochę kofeiny na poprawę humoru. Może pozwolą nam się wcześniej zameldować w hotelu.