p

Nigdy dość. Mózg a uzależnienia - Judith Grisel

Kup ebooka

37.90 zł
29.56 zł (29,56 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Miałam wtedy dwa­dzie­ścia dwa lata. Przy­pad­kiem wyszłam bar­dzo korzyst­nie na kupo­wa­niu pro­chów. Jed­nego ranka pod koniec 1985 roku na tyłach pew­nej knajpy na Flo­ry­dzie Połu­dnio­wej diler dał mi i mojemu kum­plowi nie­wła­ściwą torebkę. I tak wygra­łam na tej trans­ak­cji: w moje ręce tra­fiło dużo wię­cej pro­chów, niż mia­łam prze­ka­zać kum­plowi kum­pla ze Środ­ko­wego Zachodu.

Mój towa­rzysz i ja, w tam­tym cza­sie bez­domni, wylą­do­wa­li­śmy w końcu w tanim motelu w Deer­field Beach. Jak można było się spo­dzie­wać, zuży­li­śmy zarówno nad­wyżkę, jak i to, co nie nale­żało do nas. Pod koniec balangi, kiedy z naszego zapasu lito­ści­wie nic pra­wie nie zostało, a my oboje byli­śmy na skraju wyczer­pa­nia i zaczy­nało nam odbi­jać, mój towa­rzysz wypa­lił nagle bez związku, że dla nas koka­iny nie będzie "ni­gdy dość". Mimo kom­plet­nego oszo­ło­mie­nia dotarło do mnie, jak dużo prawdy jest w tym skąd­inąd bez­sen­sow­nym pro­roc­twie. Dni, kiedy dozna­wa­łam "haju", nale­żały już do odle­głej prze­szło­ści, bo tak to jest z wszyst­kimi uza­leż­nio­nymi. Bra­łam nar­ko­tyki kom­pul­syw­nie, bar­dziej po to, by uciec od rze­czy­wi­sto­ści, niż spra­wić sobie przy­jem­ność. Wali­łam głową w mur od dawna i w końcu zro­zu­mia­łam, że nie wyda­rzy się już nic nowego - no chyba że ucieknę w spo­sób osta­teczny, czyli po pro­stu umrę. I szcze­rze powie­dziaw­szy, było mi to obo­jętne.

Jakieś pół roku póź­niej - raczej dzięki serii zda­rzeń niż auto­re­flek­sji czy sile cha­rak­teru - po raz pierw­szy od lat byłam "czy­sta" i trzeźwa, więc i nie tak odrę­twiała. I dla­tego zro­zu­mia­łam, że muszę wybrać mię­dzy życiem a śmier­cią. Mogłam albo na­dal funk­cjo­no­wać pod dyk­tando cho­roby psy­chicz­nej, która nie­ubła­ga­nie mnie wynisz­czała, albo poszu­kać innego spo­sobu na życie.

Z doświad­cze­nia wie­dzia­łam, że mało który uza­leż­niony posta­wiony przed taką alter­na­tywą wybiera życie; z początku zresztą dołą­czy­łam do więk­szo­ści. Koszty abs­ty­nen­cji wyda­wały mi się zbyt wyso­kie: jak tu żyć bez nar­ko­ty­ków? A jed­nak, jak przy­stało na czynną nar­ko­mankę, mia­łam w sobie mnó­stwo uporu i w końcu zaświ­tało mi w gło­wie, że jestem w sta­nie zna­leźć inną drogę. Prze­cież nie raz sta­wia­łam czoło trud­nym sytu­acjom: kupo­wa­łam nar­ko­tyki w opusz­czo­nych budyn­kach, tra­fia­łam na poste­runki poli­cji, widy­wa­łam wyce­lo­waną broń, lądo­wa­łam w miej­scach, gdzie nie zna­łam nikogo i niczego. Uświa­do­mi­łam sobie wresz­cie, że ist­nieje coś takiego jak medyczny model uza­leż­nie­nia, i zrozumia­łam, że moja cho­roba to pro­blem bio­lo­giczny, który da się roz­wią­zać. Posta­no­wi­łam wyle­czyć się z uza­leż­nie­nia i dzięki temu pozbyć się kło­po­tów, w jakie wpa­dłam przez alko­hol i nar­ko­tyki.

Zapi­sa­łam się na stu­dia dok­to­ranc­kie z psy­cho­bio­lo­gii, by dzięki temu stać się eks­per­tem w dzie­dzi­nie neu­ro­bio­lo­gii, che­mii i gene­tyki zacho­wań nało­go­wych. Ktoś może uznać, że wyka­za­łam się wyjąt­ko­wym har­tem ducha, zwłasz­cza że wyrzu­cano mnie kolejno z trzech uczelni. To moje osią­gnię­cie jed­nak wyda się pew­nie mało zna­czące więk­szo­ści osób uza­leż­nio­nych, które wie­dzą z pierw­szej ręki, że nie ma takiej rze­czy, któ­rej by nie zro­biły - że poświę­ci­łyby dosłow­nie wszystko - byle tylko móc odda­wać się nało­gowi. Osta­tecz­nie ukoń­cze­nie stu­diów zabrało mi sie­dem lat, w tym rok dra­ma­tycz­nych prze­mian zapo­cząt­ko­wa­nych tera­pią w ośrodku uza­leż­nień, a potem jesz­cze sie­dem zro­bie­nie dok­to­ratu.

Niniej­sza książka jest stresz­cze­niem tego, czego się nauczy­łam przez ostat­nie dwa­dzie­ścia parę lat jako badacz neu­ro­bio­lo­gicz­nych pod­staw uza­leż­nień. Z żalem stwier­dzam, że pro­blemu nie roz­wią­za­łam mimo gran­tów na bada­nia otrzy­my­wa­nych od Natio­nal Insti­tu­tes of Health [NIH; Naro­dowe Insty­tuty Zdro­wia] i pozwo­le­nia na sub­stan­cje nie­le­galne od Drug Enfor­ce­ment Admi­ni­stra­tion [DEA; Admi­ni­stra­cja Legal­nego Obrotu Lekami]. Zgro­ma­dzi­łam jed­nak sporą wie­dzę o tym, jak róż­nią się od innych ludzie tacy jak ja, jesz­cze zanim się­gną po pierw­szą sub­stan­cję psy­cho­ak­tywną, i o tym, co sub­stan­cje uza­leż­nia­jące robią z naszym mózgiem. Mam nadzieję, że dzie­ląc się tymi infor­ma­cjami, pomogę człon­kom rodzin i opie­ku­nom osób uza­leż­nio­nych oraz twór­com poli­tyki spo­łecz­nej doko­ny­wać bar­dziej świa­do­mych wybo­rów. I że to z kolei pomoże samym cho­rym, bo nie wąt­pię, że w tej kwe­stii nie ma łatwych roz­wią­zań.

W chwili obec­nej uza­leż­nie­nia to kata­stro­falne zja­wi­sko o roz­mia­rach epi­de­mii. Nawet jeśli ktoś nie jest ofiarą żad­nego uza­leż­nie­nia, to przy­naj­mniej zna kogoś, kto zmaga się z wewnętrz­nym przy­mu­sem zmie­nia­nia kształtu swo­ich doświad­czeń poprzez aktywne wpły­wa­nie na funk­cjo­no­wa­nie mózgu. Kon­se­kwen­cje tego roz­po­wszech­nio­nego bez­li­to­snego pędu zarówno dla jed­no­stek, jak i dla całych spo­łecz­no­ści są tak wiel­kie, że trudno je ogar­nąć. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych około 16 pro­cent popu­la­cji mło­dzieży w wieku od dwu­na­stu lat wzwyż wyka­zuje objawy zabu­rzeń zwią­za­nych z uży­wa­niem sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych; przy­czyną mniej wię­cej jed­nej czwar­tej wszyst­kich zgo­nów w tym kraju jest nad­uży­wa­nie sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych. Każ­dego dnia na świe­cie umiera wsku­tek uza­leż­nie­nia od sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych dzie­sięć tysięcy osób. Tej dro­dze do grobu towa­rzy­szy ciąg pora­ża­ją­cych strat: utrata nadziei, god­no­ści, związ­ków, pie­nię­dzy, pro­duk­tyw­no­ści, rodziny, miej­sca w struk­tu­rze spo­łecz­nej i wspól­no­to­wego wspar­cia.

Jak świat długi i sze­roki uza­leż­nie­nia są praw­do­po­dob­nie naj­po­waż­niej­szym pro­ble­mem zdro­wot­nym, doty­ka­ją­cym mniej wię­cej co piątą osobę w wieku powy­żej czter­na­stu lat. Ujmu­jąc kwe­stię w ter­mi­nach czy­sto finan­so­wych: to zja­wi­sko gene­ruje ponad pię­cio­krot­nie wyż­sze koszty niż AIDS i dwa razy wyż­sze niż rak. W samych Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie­mal 10 pro­cent wszyst­kich wydat­ków na opiekę zdro­wotną prze­zna­czo­nych jest na zapo­bie­ga­nie uza­leż­nie­niom oraz na dia­gno­zo­wa­nie i lecze­nie ludzi cier­pią­cych na cho­roby zwią­zane z uza­leż­nie­niem; te sta­ty­styki są podob­nie prze­ra­ża­jące w więk­szo­ści innych kra­jów Zachodu, prze­ra­ża­jące tym bar­dziej, że mimo ogrom­nych pie­nię­dzy i wysił­ków przy­padki sku­tecz­nych wyzdro­wień nie są wcale licz­niej­sze niż pięć­dzie­siąt lat temu.

Ist­nieją dwa pod­sta­wowe powody, które tłu­ma­czą te nie­zwy­kle wyso­kie, wyni­ka­jące z naj­roz­ma­it­szych przy­czyn i upo­rczy­wie nie­da­jące się ogra­ni­czyć koszty. Po pierw­sze, nad­uży­wa­nie sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych jest zja­wi­skiem zaska­ku­jąco powszech­nym, poko­nu­ją­cym bariery geo­gra­ficzne, eko­no­miczne, etniczne i gra­nice płci. Po dru­gie, uza­leż­nie­nia są wysoce oporne na lecze­nie. Trudno wpraw­dzie uzy­skać wia­ry­godne sza­cunki, nie­mniej więk­szość eks­per­tów jest zgodna, że zale­d­wie 10 pro­cent osób uza­leż­nio­nych potrafi pozo­stać "czy­stymi" przez tyle czasu, że byłoby to godne wzmianki. Na tle innych cho­rób ten wskaź­nik jest nie­mal oso­bli­wie niski: cho­rzy na raka mózgu mają mniej wię­cej dwu­krot­nie wyż­sze szanse na prze­ży­cie.

Mimo sta­ty­stycz­nie ponu­rych per­spek­tyw ist­nieją też dane doda­jące otu­chy. Zda­rzają się osoby uza­leż­nione, jak się wydaje nie­ule­czal­nie, które jed­nak cał­ko­wi­cie zry­wają z nało­giem i pozo­stają czy­ste, a nawet żyją twór­czo i szczę­śli­wie. I choć neu­ro­nauka wciąż nie jest w sta­nie zgłę­bić do końca mecha­ni­zmów sto­ją­cych za tą prze­mianą, to sporo już wiemy o przy­czy­nach uza­leż­nień. Wiemy na przy­kład, że uza­leż­nie­nie powstaje na sku­tek zło­żo­nego splotu czyn­ni­ków, obej­mu­ją­cych pre­dys­po­zy­cje gene­tyczne, oddzia­ły­wa­nia w okre­sie roz­wo­jo­wym i wpływ śro­do­wi­ska. Uży­wam słów "zło­żony splot", ale każdy z tych czyn­ni­ków jest rów­nież bar­dzo zło­żony. Zaan­ga­żo­wane są tu setki genów i nie­zli­czone wpływy śro­do­wi­skowe. A poza tym jedne czyn­niki są zależne od dru­gich. Na przy­kład jakaś kon­kretna nić DNA może wzmac­niać podat­ność na uza­leż­nie­nie, ale tylko przy obec­no­ści (lub nieobec­no­ści) innych spe­cy­ficz­nych genów i razem z okre­ślo­nymi eks­po­zy­cjami śro­do­wi­sko­wymi w fazie roz­wo­jo­wej (pre­na­tal­nej i post­na­tal­nej) oraz w spe­cy­ficz­nych kon­tek­stach. Tak więc, mimo że wiemy dużo, zło­żo­ność tej cho­roby spra­wia, że na­dal nie jeste­śmy w sta­nie prze­wi­dzieć, czy u danej osoby roz­wi­nie się uza­leż­nie­nie.

Osta­tecz­nie do uza­leż­nie­nia może wieść tyle samo dróg, ile jest osób uza­leż­nio­nych, ale ist­nieją ogólne zasady funk­cjo­no­wa­nia mózgu, które leżą u pod­staw kom­pul­syw­nego uży­wa­nia sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych. Napi­sa­łam tę książkę, by podzie­lić się swoją wie­dzą o tych zasa­dach i rzu­cić świa­tło na bio­lo­giczną ślepą uliczkę: przej­ście od uży­wa­nia danej sub­stan­cji do uza­leż­nie­nia, czyli do stanu, w któ­rym tej sub­stan­cji nie ma się "ni­gdy dość", co wynika z zasad­ni­czo nie­skoń­czo­nej zdol­no­ści mózgu do ucze­nia się i adap­to­wa­nia. I tak to, co wcze­śniej było nor­mal­nym sta­nem prze­ry­wa­nym spo­ra­dycz­nymi okre­sami odu­rze­nia, nie­ubła­ga­nie prze­obraża się w stan despe­ra­cji tylko cza­sowo przy­tłu­mio­nej przez daną sub­stan­cję. Dzięki zro­zu­mie­niu mecha­ni­zmów sto­ją­cych za każ­dym doświad­cze­niem osoby uza­leż­nio­nej staje się oczy­wi­ste, że oprócz śmierci albo dłu­go­trwa­łej abs­ty­nen­cji nie ma innych spo­so­bów na stłu­mie­nie roz­dzie­ra­ją­cego głodu, który odzywa się mię­dzy jed­nym a dru­gim zaży­ciem sub­stan­cji. W momen­cie, gdy pato­lo­gia deter­mi­nuje zacho­wa­nie, więk­szość osób uza­leż­nio­nych umiera, pró­bu­jąc zaspo­koić nie­za­spo­ko­jony nałóg.

Moja histo­ria

Kiedy w wieku lat trzy­na­stu upi­łam się po raz pierw­szy, czu­łam się tak, jak pew­nie musiała się czuć Ewa po skosz­to­wa­niu jabłka. Albo jak ptak zamknięty w klatce, któ­rego nie­spo­dzie­wa­nie wypusz­czają na wol­ność. Alko­hol przy­niósł mi fizyczną ulgę i oka­zał się ducho­wym anti­do­tum na upo­rczywe pode­ner­wo­wa­nie, któ­rego nie potra­fi­łam ziden­ty­fi­ko­wać i z któ­rego nie potra­fi­łam nikomu się zwie­rzyć. Wypi­łam w piw­nicy u kole­żanki pra­wie dwa litry wina i nagle zmie­niła mi się per­spek­tywa, pozwa­la­jąc uwie­rzyć, że wszystko będzie dobrze - i z życiem, i ze mną. Tak jak ciem­ność pomaga dostrzec świa­tło, a smu­tek radość, tak dzięki alko­ho­lowi do mojej nie­świa­do­mo­ści dotarło wresz­cie, że roz­pacz­li­wie szu­kam samo­ak­cep­ta­cji i celu w życiu, że zupeł­nie nie potra­fię się poru­szać w skom­pli­ko­wa­nym świe­cie sto­sun­ków mię­dzy­ludz­kich, stra­chu i nadziei. Jed­no­cze­śnie cała ta sytu­acja dostar­czyła mi - na saty­no­wej podu­szeczce - klucz do moich roz­kwi­ta­ją­cych lęków egzy­sten­cjal­nych. Nagle uwol­niona od codzien­nych tru­dów i nudy, naresz­cie odkry­łam, czym jest luz.

Nie­wy­klu­czone zresztą, że nie był to luz, a raczej znie­czu­le­nie, tyle że wtedy i jesz­cze przez kilka kolej­nych lat nie tylko nie dostrze­ga­łam tej róż­nicy, ale też nic mnie ona nie obcho­dziła. Zanim alko­hol po raz pierw­szy tra­fił do mojego żołądka i mózgu, nie zda­wa­łam sobie sprawy, że jedy­nie trwam, ale tam­tego wie­czoru, kiedy wychy­li­łam się przez otwarte okno w pokoju kole­żanki, żeby popa­trzeć na gwiazdy, mia­łam wra­że­nie, jak­bym po raz pierw­szy w życiu zro­biła kilka praw­dzi­wie głę­bo­kich wde­chów. Jakiś czas póź­niej w pew­nym barze zoba­czy­łam tabliczkę pre­cy­zyj­nie opi­su­jącą to doświad­cze­nie: "Alko­hol spra­wia, że czu­jesz się tak, jak powi­nie­neś się czuć, kiedy nie pijesz alko­holu". Ta mak­syma bar­dzo mnie wtedy zdzi­wiła - to w takim razie dla­czego ludzie nie piją wię­cej i czę­ściej?

I tak zaczę­łam pić - z entu­zja­zmem, a nawet z deter­mi­na­cją. Piłam, ile się dało i jak czę­sto się dało - dosłow­nie przez pra­wie całą siódmą klasę, bo w moim świe­cie przed­mieść zamiesz­ka­nych przez klasę śred­nią szkoła ofe­ro­wała naj­lep­sze oka­zje do wyry­wa­nia się spod rodzi­ciel­skiej opieki. Naj­wy­raź­niej posia­dam podziwu godną wro­dzoną tole­ran­cję na alko­hol, bo piłam przed lek­cjami, pod­czas lek­cji i po lek­cjach (jeśli mogłam). Pra­wie ni­gdy nie wymio­to­wa­łam ani też nie mia­łam kaca - być może dzięki mojej mło­dej wątro­bie - i nawet w sta­nie upo­je­nia mogłam poka­zy­wać się publicz­nie. I cho­ciaż ni­gdy wię­cej nie osią­gnę­łam tego prze­moż­nego poczu­cia wewnętrz­nej har­mo­nii, któ­rego doświad­czy­łam za pierw­szym razem, to jed­nak alko­hol dalej dawał mi ciche zado­wo­le­nie. Zmie­niony stan świa­do­mo­ści za każ­dym razem wyda­wał mi się rady­kalną poprawą w porów­na­niu z sza­rym i nud­nym życiem, w któ­rym stale trzeba się było cze­muś pod­po­rząd­ko­wy­wać.

Od tak dawna, jak się­gam pamię­cią, czu­łam się osa­czona i ziry­to­wana, że coś mnie wiecz­nie ogra­ni­cza od zewnątrz i od wewnątrz. Zawsze u pod­stawy mojej samo­świa­do­mo­ści kryła się tęsk­nota za czymś innym, za czymś, czego nie znam. I na­dal tak jest - pod moją maską opie­kuń­czej przy­ja­ciółki, wier­nej part­nerki, zde­ter­mi­no­wa­nego naukowca i rodzica ubó­stwia­ją­cego swoje dzieci kryje się roz­pacz­liwe pra­gnie­nie pogrą­że­nia się w nie­by­cie. Tak naprawdę nie potra­fię powie­dzieć, przed czym szu­kam ucieczki ani dokąd chcę uciec; po pro­stu wiem, że okowy prze­strzeni, czasu, oko­licz­no­ści, zobo­wią­zań, wybo­rów (i nie­wy­ko­rzy­sta­nych oka­zji) napeł­niają mnie przy­tła­cza­ją­cym poczu­ciem bez­na­dziei. Zwy­kle jestem prze­świad­czona, że mar­nuję czas, ale też prędko przy­znaję, że nie mam poję­cia, co z sobą począć. Czas pły­nie jak we śnie, a ja jałowo anga­żuję się w kolejne bez­sen­sowne zada­nia, stale tłu­miąc nara­sta­jące uczu­cie paniki. Snuję wizje, że zmie­rzam w stronę nie­zna­nego wyj­ścia albo że otwie­ram odrzwia jakiejś zamor­skiej świą­tyni i wkra­czam do świata, w któ­rym nikt przy­naj­mniej nie udaje, że wszystko jest inne, niż się jawi.

O co tu cho­dzi? Co ja wła­ści­wie robię? Tego typu pyta­nia musiały się poja­wić już wśród moich pierw­szych świa­do­mych myśli. Jeżeli pró­bo­wa­łam je komuś zada­wać, to oczy­wi­ście sły­sza­łam nakazy, że "mam być grzeczna", "przy­kła­dać się do pracy", "uśmie­chać się" i "nie dać się przy­ła­pać". Nie rozu­mia­łam, dla­czego inni nie są rów­nie jak ja prze­ra­żeni, a przy­naj­mniej skon­ster­no­wani, bo prze­cież wszy­scy pod­le­ga­li­śmy takim samym kapry­śnym pra­wom egzy­sten­cji, sty­ka­li­śmy się z tymi samymi dowo­dami na ist­nie­nie irra­cjo­nal­nych sił. Byłam zdu­miona, że mało kto to dostrzega, a goto­wość innych ludzi do mar­no­tra­wie­nia życia na kupo­wa­niu przed­mio­tów, pla­no­wa­niu imprez, sprzą­ta­niu i spraw­dza­niu "new­sów" wzbu­dzała we mnie odrazę.

Mnó­stwo ludzi boryka się z uczu­ciem pustki i roz­pa­czą, ale ja o tym wtedy nie wie­dzia­łam i może nawet prze­czy­ta­łam kilka cie­ka­wych utwo­rów prozą albo wier­szem poru­sza­ją­cych ten temat, nie przy­po­mi­nam sobie jed­nak, żebym dostrze­gła jakie­kol­wiek prze­jawy zagu­bie­nia u kogoś w moim oto­cze­niu, dopóki nie zaczę­łam wkra­czać w doro­słość. Pierw­sze się­gnię­cie po alko­hol pozor­nie poka­zało mi łatwą drogę przez trudy dora­sta­nia i minęło sporo czasu, zanim sta­łam się na tyle świa­doma, by obej­rzeć się wstecz i zasta­no­wić nad przy­czy­nami, dla któ­rych wybra­łam tę drogę. Osta­tecz­nie to, co tak uwiel­bia­łam w alko­holu - jego zdol­ność tłu­mie­nia egzy­sten­cjal­nych lęków - bez­względ­nie mnie zdra­dziło. Szybko się oka­zało, że alko­hol w żaden spo­sób nie pomaga na alie­na­cję, roz­pacz i pustkę, mimo że pod tym wzglę­dem tak bar­dzo w niego wie­rzy­łam.

Geo­rge Koob, szef Natio­nal Insti­tute on Alco­hol Abuse and Alco­holism [Kra­jowy Insty­tut ds. Nad­uży­wa­nia Alko­holu i Alko­ho­li­zmu], twier­dzi, że alko­ho­li­kiem można zostać na dwa spo­soby: albo się taki rodzisz, albo dużo pijesz. Dok­tor Koob nie pró­buje tu niczego trak­to­wać lek­ce­wa­żąco - każ­dego z nas może z wyso­kim praw­do­po­do­bień­stwem doty­czyć jedno albo dru­gie, co w jakiś spo­sób tłu­ma­czy, dla­czego ta cho­roba jest taka powszechna. Zga­dzam się, że wielu z tych, któ­rzy skoń­czyli jak ja, miało na to zadatki jesz­cze przed wypi­ciem pierw­szego łyka, zga­dzam się też, że sku­teczna eks­po­zy­cja na dowolną sub­stan­cję psy­cho­ak­tywną wytwa­rza tole­ran­cję i stały przy­mus zaży­wa­nia - cechy cha­rak­te­ry­styczne uza­leż­nie­nia - u każ­dego, kto posiada układ ner­wowy. Ale nie­stety aktu­al­nie nie ist­nieje żaden model naukowy, który wyja­śniłby, dla­czego tak szybko i z tak strasz­nym skut­kiem osu­nę­łam się w bez­dom­ność, bez­rad­ność i skrajne osa­mot­nie­nie.

Odej­ście w nie­byt

Kolejne dzie­sięć lat mojego życia było pod­po­rząd­ko­wane pro­stej filo­zo­fii i pro­stym czyn­no­ściom: szu­ka­łam wszel­kich oka­zji do zaży­wa­nia sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych nie­za­leż­nie od kosz­tów. Tylko ta wio­dąca zasada nada­wała sens moim dzia­ła­niom; wła­ści­wie każda chwila mojego życia była ukie­run­ko­wana na ucieczkę od trzeź­wo­ści. Tamto pierw­sze porządne upi­cie się ofia­ro­wało mi poczu­cie spo­koju, nato­miast ten pierw­szy raz, kiedy zazna­łam haju, był po pro­stu zabawny. Alko­hol spra­wiał, że życie robiło się zno­śne, dzięki trawce sta­wało się prze­śmieszne! Z kolei dzięki koka­inie sta­wało się "sek­sowne", dzięki mecie1 eks­cy­tu­jące, nato­miast na kwa­sie oka­zy­wało się inte­re­su­jące... I tak oto, żeby móc far­ma­ko­lo­gicz­nie zakli­nać rze­czy­wi­stość, prze­han­dlo­wy­wa­łam sie­bie kawa­łek po kawałku. Wiele doświad­czeń z tego for­ma­tyw­nego okresu ule­ciało mi cał­ko­wi­cie z pamięci, ale pamię­tam kilka komicz­nych albo nie­rze­czy­wi­stych zda­rzeń, jak tam­ten wie­czór tuż przed egza­mi­nami koń­co­wymi, kiedy rzu­ci­łam pomysł wycieczki samo­cho­dem z St. Louis do Nashville. Zda­rzały się też sytu­acje wsty­dliwe albo nie­bez­pieczne: na przy­kład pro­wa­dzi­łam che­vro­leta sub­ur­ban moich dziad­ków z głową wysta­wioną za okno, bo wyda­wało mi się, że latar­nie prze­ka­zują znacz­nie wię­cej infor­ma­cji niż deska roz­dziel­cza albo znaki dro­gowe, przy czym wio­złam na dachu kil­koro zna­jo­mych - wszy­scy oczy­wi­ście byli na tri­pie, łącz­nie ze mną. Innym razem w Miami wsia­dłam do cudzej moto­rówki, bo chło­pak, z któ­rym się umó­wi­łam, mnie znu­dził. Więk­szość tych epi­zo­dów była jed­nak bole­snym doświad­cze­niem.

Fan­ta­zjo­wa­łam wpraw­dzie, że będę stu­dio­wała na jakiejś uczelni sta­no­wej w Kali­for­nii, ale osta­tecz­nie wylą­do­wa­łam w jezu­ic­kim col­lege'u w cen­trum kraju, bo to matka skła­dała poda­nia w moim imie­niu, nie ja. Mia­łam tam kil­koro zna­ko­mi­tych wykła­dow­ców i w pierw­szym seme­strze jakoś sobie pora­dzi­łam, ale prędko zna­la­złam zna­jo­mych mojego pokroju. Już na początku dru­giego seme­stru zała­twi­łam sobie pod­ro­biony dowód toż­sa­mo­ści, bo nie mia­łam jesz­cze 21 lat, i dowie­dzia­łam się, gdzie można kupić mari­hu­anę - znowu byłam tą samą osobą, która koń­czyła liceum na Flo­ry­dzie Połu­dnio­wej pośród nie­koń­czą­cego się ciągu imprez alko­ho­lowo-nar­ko­ty­ko­wych. Na pewno nie tylko dla mnie stu­dia były oka­zją do wydo­sta­nia się spod czuj­nego rodzi­ciel­skiego spoj­rze­nia, a wol­ność robie­nia tego, na co mia­łam ochotę, oka­zała się wyjąt­kowo ożyw­cza. Całymi dniami piłam i impre­zo­wa­łam; uczy­łam się albo szłam na zaję­cia jedy­nie w osta­tecz­no­ści.

Dokąd pro­wa­dziła ta wol­ność? Wciąż widzę taki obra­zek: leżę w łóżku, mimo że dawno minęło połu­dnie, naćpana i pogrą­żona w roz­pa­czy. Zza okna albo może z kory­ta­rza dobie­gały mnie strzępy roz­mów innych stu­den­tów; mia­łam do wyko­na­nia prace pisemne, nie­które już po ter­mi­nie, i zdaje się byłam umó­wiona na kola­cję z przy­ja­ciółmi. A tym­cza­sem przy­tła­czało mnie poczu­cie pustki i jało­wo­ści sil­niej­sze niż zwy­kle. Nie mam poję­cia, co się wtedy przy­czy­niło do tego kry­zysu; nawet dzi­siaj uwa­żam, że moja nar­ko­ma­nia i alko­ho­lizm - zwłasz­cza we wcze­snych sta­diach - były w takim samym stop­niu tera­pią jak przy­czyną. W każ­dym razie tam­tego dnia z jakie­goś powodu ujrza­łam całe swoje życie jako pozba­wiony celu bieg wyda­rzeń - z pul­su­ją­cymi punk­ci­kami wyzna­cza­ją­cymi klę­ski i osią­gnię­cia - napę­dzany instynk­tem samo­za­cho­waw­czym i myśle­niem o jakiejś karie­rze w przy­szło­ści: zaczy­nał się nie wia­domo gdzie i pro­wa­dził doni­kąd, na zasa­dzie odru­chu, na ślepo. Mało tego, wyda­wało mi się, że moje życie niczym się nie różni od życia innych ludzi. Że jeste­śmy jak te ryby, które łączą się w ławice i pły­wają w kółko, nie zwra­ca­jąc uwagi na wodę - obo­jętni na wszystko, co znaj­duje się poza naszym ego­istycz­nym wewnętrz­nym świa­tem. Pamię­tam do dziś szarą, bez­kształtną jamę, która powstała w moich pier­siach i brzu­chu na sku­tek tych myśli. Myśli, że każdy z nas jest zupeł­nie osa­mot­niony i że nasze wysiłki sku­piają się głów­nie na pod­trzy­my­wa­niu uro­jeń pozwa­la­ją­cych nam zacho­wać zdro­wie psy­chiczne aż do śmierci.

Stwier­dzi­łam, że jedy­nym racjo­nal­nym wyj­ściem jest popeł­nie­nie samo­bój­stwa, ale potem dotarło do mnie, że z przy­czyn este­tycz­nych byłoby to żało­sne. Niby uwa­ża­łam, że wszystko to mar­ność, ale wciąż byłam dość próżna, a zresztą wyska­ki­wa­nie z okna nie leżało w moim stylu. Nie­mniej tamto popo­łu­dnie stało się punk­tem zwrot­nym dla mojego uza­leż­nie­nia. Entu­zja­zmo­wa­łam się używ­kami od samego początku, a teraz już byłam im oddana całą duszą. Sta­łam się lek­ko­myślna i na łeb na szyję gna­łam w stronę życia, które byłoby spójne z moimi poglą­dami egzy­sten­cjal­nymi. Czyli w stronę bez­dusz­nego sza­leń­stwa.

Ujmu­jąc rzecz ina­czej: kiedy przy­tło­czyła mnie ta potworna pustka, po pro­stu w nią wsko­czy­łam. Z barów w East St. Louis zwle­ka­łam się do domu bla­dym świ­tem, samotna, pijana i naćpana. Kilka tygo­dni spę­dzi­łam na blo­ko­wi­sku z grupą miej­sco­wych, z któ­rymi nie łączyło mnie nic oprócz upodo­ba­nia do fre­ebase (bo wtedy jesz­cze nie było kraku2), pod­czas gdy "ich" kobiety i dzieci prze­sia­dy­wały przed tele­wi­zo­rami w sypial­niach bez okien. Lądo­wa­łam spon­ta­nicz­nie w naj­roz­ma­it­szych obskur­nych norach, prze­ko­nana, że zmie­rze­nie się z tym, co się tam będzie działo, to mniej nudny spo­sób na zabi­cie czasu przed śmier­cią, z któ­rej wizją wciąż flir­to­wa­łam.

Na uczelni stwier­dzili, że powin­nam wziąć urlop, a rodzice zro­zu­mieli, że ich nacią­gam. Pamię­tam tam­ten dzień, kiedy sta­łam na pod­jeź­dzie przed naszym domem i słu­cha­łam, jak mówią, że nie będą mnie już wspie­rać finan­sowo. Chcia­ła­bym przy­znać, że było mi wstyd, zwłasz­cza że mój młod­szy brat, krzepki lice­ali­sta i gracz fut­bolu, wywrza­ski­wał coś na środku ulicy, ale tak naprawdę pamię­tam tylko swoją radość. Dość ogra­ni­czeń! Dość zado­wa­la­nia tych, któ­rzy mają nade mną wła­dzę! Przy­ja­ciółka, która pod wie­loma istot­nymi wzglę­dami była jak moja bliź­niaczka, pod­je­chała po mnie samo­cho­dem i razem wylą­do­wa­ły­śmy w tanim sie­cio­wym hotelu, wcze­śniej zrzu­ciw­szy się na blen­der, sok i sie­dem litrów wódki! Moje wej­ście w doro­słość miało wspa­niały posmak.

Przez mniej wię­cej trzy kolejne lata miesz­ka­łam i pra­co­wa­łam to tu, to tam, czę­sto ucie­ka­jąc się do kłamstw i uni­ków, żeby jakoś się utrzy­mać na powierzchni. Jedyną stałą w moim życiu było bra­nie i picie. Obo­jęt­nie, czy mia­łam pracę, dom lub inne kon­wen­cjo­nalne zabez­pie­cze­nie, zawsze znaj­do­wa­łam spo­sób, żeby się upić i naćpać. Zanim mnie wylano za pod­bie­ra­nie pie­nię­dzy z kasy, pra­co­wa­łam w Tips Tavern, pod­rzęd­nym dwor­co­wym barze. W piąt­kowe popo­łu­dnia poja­wiali się tam stali bywalcy z wypłatą, żeby ure­gu­lo­wać to, co wzięli na zeszyt, i zazwy­czaj pod koniec wie­czoru zacią­gali nowy dług. Rodzice naprawdę się ode mnie odcięli, więc rzadko widy­wa­łam rodzinę. Led­wie pamię­tam pogrzeb dziadka, bo się nafa­sze­ro­wa­łam meta­kwa­lo­nem i mia­łam wiel­kie trud­no­ści z przybra­niem odpo­wied­niej miny, tym bar­dziej że nie czu­łam abso­lut­nie nic. Musiało upły­nąć sporo czasu od momentu, gdy prze­sta­łam brać i pić, zanim byłam w sta­nie kogo­kol­wiek i cokol­wiek opła­ki­wać, w tym rów­nież dziadka.

Któ­re­goś razu cze­ka­łam aku­rat na zmianę świa­teł, zajęta zacią­ga­niem się gru­bym skrę­tem z trawki, i kiedy spoj­rza­łam w lewo: zauwa­ży­łam swo­ich rodzi­ców z rękami zasty­gnię­tymi w geście pozdro­wie­nia. Pamię­tam do dziś tam­ten sło­neczny dzień i radość prze­obra­ża­jącą się w smu­tek na ich twa­rzach, gdy wszy­scy troje prędko odwra­ca­li­śmy głowy. Niby dziwne, że spo­tka­li­śmy się na tym samym skrzy­żo­wa­niu, ale nie było to duże mia­sto, i prawdą jest, że ni­gdy nie wsia­da­łam do samo­chodu bez przy­naj­mniej jed­nego jointa i kilku piw albo goto­wego drinka w puszce. Fale wstydu zale­wały mnie tylko przez tę jedną chwilę, któ­rej potrze­bo­wa­łam, żeby wrzu­cić bieg i wziąć kolej­nego bucha. Dzi­siaj, z per­spek­tywy czasu, patrzę na swoje kom­pul­sywne "ja" z takim samym współ­czu­ciem jak na rodzi­ców.

Do momentu, w któ­rym od wbi­cia sobie igły po raz pierw­szy dzie­liło mnie dzie­sięć sekund, byłam prze­ko­nana, że ni­gdy nie wstrzyknę sobie nar­ko­tyku. Tak jak więk­szość ludzi koja­rzy­łam strzy­kawki z hard­co­rową nar­ko­ma­nią. Dopóki nie zaofe­ro­wano mi działki. Pamię­tam do dziś tamto prze­lotne uczu­cie tuż przed przy­ję­ciem "daru", że prze­cież mam jakiś wybór; nie pomy­śla­łam, że prze­kro­cze­nie tej gra­nicy jest czymś nie­od­wra­cal­nym i że drugi raz będzie już nale­żał do serii n-tych razów, tylko tłu­ma­czy­łam sobie, że po pro­stu chcę spró­bo­wać. Naj­pierw pozna­łam smak i brzmie­nie koki: tę nie­zwy­kłą cierpką nutę na języku i dzwo­nie­nie w uszach przy­po­mi­na­jące alarm poża­rowy. A potem poczu­łam ją! Oblał mnie gorący stru­mień eufo­rii, o wiele inten­syw­niej­szy niż przy wcią­ga­niu nosem, a moje ciało i mózg stały się jed­no­cze­śnie cie­płe, wil­gotne i zain­te­re­so­wane - i byłam wdzięczna za to, że życie jest takie cudowne. Nie prze­sa­dzam, mówiąc, że kilka minut póź­niej prze­ję­łam dowo­dze­nie, czę­ściowo po to, żeby mieć pew­ność, że nie prze­pad­nie mi kolejka. Po roku z okła­dem apli­ko­wa­nia sobie koka­iny z pomocą strzy­kawki przed­wcze­śnie się­gnę­łam dna.

Mimo że kra­dłam w skle­pach i przy­własz­cza­łam sobie cudze karty kre­dy­towe, gdy mia­łam oka­zję, wciąż twier­dzi­łam, przy­naj­mniej na swój uży­tek, że jestem zasad­ni­czo przy­zwo­itą osobą. Do pew­nego stop­nia mogłam liczyć na zna­jo­mych, a oni na mnie. Uży­wam frazy "do pew­nego stop­nia", bo wszy­scy dobrze wie­dzie­li­śmy, że w kwe­stiach, w któ­rych cho­dzi o coś naprawdę waż­nego (czyli nar­ko­tyki), będziemy kła­mać, oszu­ki­wać i okra­dać się wza­jem­nie. Kiedy na przy­kład zro­bi­li­śmy zrzutkę na towar, to naj­lep­szym roz­wią­za­niem było iść po niego razem. W sytu­acjach, kiedy szła tylko jedna osoba albo część grupy, nale­żało się spo­dzie­wać, że torebka po dro­dze zrobi się odro­binę lżej­sza. Na nikim nie można było pole­gać! Pamię­tam pewien incy­dent, kiedy razem z moim chło­pa­kiem posta­no­wi­li­śmy, że poje­dziemy do pobli­skiego mia­steczka na pokaz sztucz­nych ogni z oka­zji Czwar­tego Lipca. Nasz zna­jomy, bodajże z pracy, nie miał żad­nych pla­nów, więc zapro­si­li­śmy go, by poje­chał z nami. Czu­łam, że jestem wspa­nia­ło­myślna: facet był samotny i tro­chę też smutny, a my w swo­jej dobroci pozwo­li­li­śmy mu spę­dzić z nami ten wie­czór. We trójkę pili­śmy i pali­li­śmy jointy. Następ­nego dnia zna­la­złam na tyl­nej kana­pie samo­chodu zwi­tek bank­no­tów. Trzy­sta dola­rów. Prze­dys­ku­to­wa­łam to z moim chło­pa­kiem i posta­no­wi­li­śmy zatrzy­mać pie­nią­dze. Wie­dzia­łam, że to nie­uczciwe, nawet według moich obni­żo­nych stan­dar­dów, i że nie da się tego uspra­wie­dli­wić; ale tłu­ma­czy­li­śmy sobie, że pomo­gli­śmy face­towi, no i zale­ga­li­śmy z czyn­szem. Gdy jakiś czas póź­niej zapy­tał o te pie­nią­dze, wyraź­nie niczego nie podej­rze­wa­jąc, spoj­rza­łam mu w oczy i powie­dzia­łam: "Nie, nie widzia­łam ich... co za pech". Zda­wa­łam sobie sprawę, że on tych pie­nię­dzy potrze­buje, że to, co zro­bi­łam i powie­dzia­łam, to po pro­stu pod­łość. Osta­tecz­nie kupili­śmy za nie działkę koki.

Inna histo­ria: w naszym sąsiedz­twie, w nędz­nej norze na tyłach budynku liceum, miesz­kał Johnny, wete­ran wojny w Wiet­na­mie. Łagodny, bez­radny facet, tak samotny, że był gotów dzie­lić się swo­imi nar­ko­ty­kami. Johnny marzył o szpi­tal­nym łóżku, na któ­rym będą mu poda­wali nar­ko­tyki przez kro­plówkę. W innych oko­licz­no­ściach może nawet byśmy się zaprzy­jaź­nili, ale przy­jaźń polega na zaufa­niu i wza­jem­nym wspie­ra­niu się. Któ­re­goś dnia wcią­ga­li­śmy kokę w jego obskur­nym pokoju, gdy nagle dostał oczo­pląsu, a potem upadł na pod­łogę tar­gany kon­wul­sjami. Nawet nie zare­ago­wa­łam; pomy­śla­łam tylko: "No to pew­nie nie będzie chciał swo­jej następ­nej kre­ski". Johnny nie umarł tam­tego dnia, ale z trójki osób, która wtedy znaj­do­wała się w jego pokoju, tylko ja jedna wciąż żyję.

Dzielę się tymi histo­riami nie po to, by wzbu­dzić zakło­po­ta­nie u czy­tel­ni­ków (i prze­pra­szam, jeśli czują się zakło­po­tani), ani wyłącz­nie po to, by przed­sta­wić sie­bie jako zatwar­działą nar­ko­mankę. Opi­suję swoją histo­rię przede wszyst­kim dla­tego, że chcę zilu­stro­wać głę­bię - a w póź­niej­szych roz­dzia­łach także róż­no­rod­ność - doświad­cze­nia z uza­leż­nie­niem. Nie uwa­żam na przy­kład, że jestem zasad­ni­czo dobrym czło­wie­kiem, który się zaplą­tał w złe towa­rzy­stwo, ani że dosta­łam w życiu nędzne karty, jeśli idzie o geny, neu­ro­che­mię, rodzi­ców albo sprawy oso­bi­ste (acz wszyst­kie te ele­menty z pew­no­ścią ode­grały jakąś rolę). Nie sądzę też, że jestem fun­da­men­tal­nie gor­sza ani że po pro­stu się róż­nię od innych ludzi: od tych, któ­rzy spę­dzają swój przy­dział dni pod mostami albo w wię­zie­niach, względ­nie stoją na czele szkol­nego komi­tetu rodzi­ciel­skiego lub ubie­gają się o posadę w pań­stwo­wym urzę­dzie. Wszy­scy doko­nu­jemy nie­zli­czo­nych wybo­rów i nie ma żad­nej wyraź­nej linii oddzie­la­ją­cej dobro od zła, porzą­dek od entro­pii, życie od śmierci. Być może w wyniku pod­po­rząd­ko­wy­wa­nia się zasa­dom lub nor­mom spo­łecz­nym niektó­rzy ludzie żyją w złu­dze­niu, że są nie­winni, bez­pieczni albo że zasłu­gują na swój sta­tus dobrze odży­wio­nych oby­wa­teli. Ale jeśli dia­beł ist­nieje, to żyje w każ­dym z nas. Jed­nym z moich naj­więk­szych osią­gnięć było uświa­do­mie­nie sobie, że mój główny wróg nie kryje się gdzieś poza mną, tylko we mnie, i z tego powodu jestem wdzięczna za to, co prze­szłam. Wszy­scy posia­damy zdol­ność do czy­nie­nia zła; ina­czej nie byli­by­śmy wolni.

Nauczy­łam się, że prze­ci­wień­stwem uza­leż­nie­nia jest nie trzeź­wość, tylko wybór. Na wiele osób takich jak ja używki dzia­łają niczym potężne narzę­dzia prze­sła­nia­jące wol­ność. Ist­nieją jed­nak nie­zli­czone spo­soby, na jakie dowolny czło­wiek mógłby się wyko­leić, odrzu­ca­jąc zna­jome szaty swo­jej pro­fe­sji i rodziny albo inne prze­bra­nia. Jak ujął to James Bal­dwin: "Wol­ność jest trudna do udźwi­gnię­cia"; ci, któ­rzy nie widzą, jakie to wszystko jest kru­che, powinni się modlić, by ich nawyki, konta ban­kowe i inne rekwi­zyty pozo­stały tam, gdzie są, nie­na­ru­szone.

Cię­żar zmiany

Podobno musisz się­gnąć dna, żeby zacząć zdro­wieć. W moim przy­padku zakrawa na cud, że nie dosta­łam tego, na co sobie zasłu­ży­łam, i ta świa­do­mość jest znacz­nie lep­sza od prze­ko­na­nia, że zasłu­guję na wię­cej, niż dosta­łam. U mnie począ­tek końca wyzna­cza ten przy­pa­dek na tyłach nie­cie­ka­wej restau­ra­cji przy dro­dze nr 1, gdy diler się pomy­lił i wrę­czył nie­wła­ściwą torebkę, a potem mój kum­pel zaska­ku­jąco prze­ni­kli­wie stwier­dził, że dla nas koka­iny nie będzie ni­gdy dość.

Praw­do­po­dob­nie trą­ciło to jakąś głę­boko ukrytą strunę, bo w gło­wie wciąż sły­szę echo słów Steve'a. Kre­ski łączące kropki są zama­zane, ale wiem na pewno, że wtedy po raz ostatni w życiu tak mocno naćpa­łam się koka­iną. W rezul­ta­cie nie tylko unik­nę­łam wirusa HIV, ale byłam w sta­nie jako tako wyjść na pro­stą z finan­sami i w końcu z pomocą paru zna­jo­mych uzbie­ra­łam na pierw­szy czynsz i kau­cję za kawa­lerkę. Miało to swoje dobre strony w porów­na­niu z miesz­ka­niem pod mostem, choćby taką, że mogłam w pry­wat­no­ści ukry­wać stosy pustych bute­lek i inne dowody roz­pu­sty. W miesz­ka­niu była też lodówka, zazwy­czaj pod­łą­czona do prądu, w któ­rej dawało się sku­tecz­nie schło­dzić piwo, i dzięki temu mogłam się prze­rzu­cić z dużych bute­lek na mniej­sze puszki. No i ma się rozu­mieć była też łazienka: miej­sce, w któ­rym zoba­czy­łam, na jakie dno spa­dłam. Wpraw­dzie nie­spe­cjal­nie chciało mi się upięk­szać, ale któ­re­goś dnia tuż po wsta­niu (czyli w samym szczy­cie mojej wewnętrz­nej far­ma­ko­pei) mia­łam prze­ra­ża­jące spo­tka­nie - z wła­sną osobą. Popa­trzy­łam sobie z bli­ska w oczy i natknę­łam się na wyra­zi­stą wizję bez­den­nej otchłani w moim wnę­trzu. Poczu­łam się tak, jak­bym zaj­rzała sobie do duszy i zde­rzyła się z czymś gor­szym - o wiele gor­szym niż ta pustka, od któ­rej pró­bo­wa­łam uciec.

W reak­cji na to oczy­wi­ście natych­miast się­gnę­łam po fajkę wodną, ale nie mogłam się otrzą­snąć z tego przy­pra­wia­ją­cego o dresz­cze uczu­cia ani tam­tego dnia, ani jesz­cze długo potem. Prze­ra­ża­jąco smutna prawda tak bar­dzo nie dawała mi spo­koju, że wszel­kie moje próby sto­so­wa­nia uni­ków wyglą­dały jak deko­ra­cje na szu­bie­nicy. Chyba od lat nie przy­glą­da­łam się sobie z tak bli­ska i nawet jeśli to, co zoba­czy­łam, to nie byłam cała ja, ta chwila przed lustrem sku­tecz­nie znisz­czyła wiele moich uro­jeń - dla­tego uwa­żam, że zoba­czy­łam wtedy swoje dno. Przez kolejne trzy mie­siące z okła­dem nie byłam w sta­nie wyrzu­cić z pamięci tam­tego obrazu - obo­jęt­nie ile wypi­łam albo zaży­łam.

Tama wresz­cie pękła pod­czas spo­tka­nia z ojcem. Zdzi­wi­łam się, kiedy zapro­sił mnie na kola­cję z oka­zji moich dwu­dzie­stych trze­cich uro­dzin, ponie­waż od dawna z sobą nie roz­ma­wia­li­śmy. A jed­nak bar­dzo trudno się wyrzec więzi rodzin­nych, dla­tego cho­ciaż trwa­łam w nie­do­pusz­cza­ją­cym do dys­ku­sji gnie­wie, na­dal pra­gnę­łam jego miło­ści i apro­baty i chęt­nie przy­ję­łam zapro­sze­nie.

W dniu, w któ­rym mie­li­śmy się spo­tkać, musia­łam się zmie­rzyć z pro­ble­mem, jakie i czego przy­jąć dawki, żeby nie popsuć tego wie­czoru, a jed­no­cze­śnie pozo­stać przy­tomna. Naprawdę mia­łam powód do zmar­twie­nia. Zdą­ży­łam już stra­cić pra­wie wszyst­kich zna­jo­mych, więc nie mogłam się do nikogo zwró­cić o pomoc, wie­dzia­łam też, że prze­cież nie prze­śpię całego czasu do tej wcze­snej kola­cji, zwłasz­cza że pra­wie codzien­nie budzi­łam się po dwu­na­stej w połu­dnie. Auten­tycz­nie nie mia­łam poję­cia, co zro­bić z tymi czte­rema czy pię­cioma godzi­nami mię­dzy pobudką a kola­cją, skoro nie mogłam się nawa­lić. Tak czy owak, do samo­chodu ojca wsia­dłam tylko odro­binę nagrzana, darem­nie licząc, że tego nie widać. Kilka minut póź­niej dotar­li­śmy do restau­ra­cji, którą to ja wybra­łam, knajpki, gdzie ser­wo­wali sushi przy kilku nie­wiel­kich sto­li­kach i gdzie bar był raczej sym­bo­licz­nej wiel­ko­ści. Nie czu­łam się jakoś szcze­gól­nie bez­bronna, ale też nie spo­dzie­wa­łam się wiele. Dla­tego ojciec zupeł­nie zbił mnie z tropu, kiedy ni stąd, ni zowąd powie­dział, że życzy mi po pro­stu szczę­ścia. Praw­do­po­dob­nie były to ostat­nie słowa, jakie spo­dzie­wa­łam się usły­szeć; mógł mi życzyć, żebym wró­ciła na stu­dia, nie gar­biła się, spła­ciła swoje długi albo bar­dziej dbała o zęby. Ale żebym była szczę­śliwa? Czy on spadł z księ­życa? (Ojciec dzi­siaj nie pamięta tam­tej roz­mowy i nikt też ni­gdy wię­cej nie usły­szał od niego takich nie­ty­po­wych życzeń). A jed­nak mówiąc to, w jakiś spo­sób prze­bił się przez mój pan­cerz ochronny i wtedy nagle zaczę­łam szlo­chać do mojej czarki miso, jak nie­sa­mo­wi­cie jestem nieszczę­śliwa! Niby uło­ży­łam sobie życie po swo­jemu, eli­mi­nu­jąc ogra­ni­cze­nia i obo­wiązki, non stop impre­zu­jąc - ale jestem kom­plet­nie roz­cza­ro­wana. Mimo ogrom­nej wprawy w demon­stro­wa­niu bra­wury nie potra­fi­łam się zdo­być nawet na odro­binę swej zwy­kłej aro­gan­cji, kiedy ojciec razem z innymi gośćmi restau­ra­cji, kel­ne­rami i praw­do­po­dob­nie nawet kucha­rzem patrzyli, jak się roz­kle­jam.

Kiedy sta­wi­łam się w ośrodku, gdzie mia­łam być pod­dana tera­pii, bra­ko­wało mi zro­zu­mie­nia i akcep­ta­cji wobec tego, co mnie tam cze­kało. Nie mia­łam poję­cia, na co się zapi­sa­łam (trudno uwie­rzyć, ale wyobra­ża­łam sobie, że ten ośro­dek to jakieś spa), po pro­stu jak zawsze rzu­ci­łam się na szansę ucieczki. Jedną z cech doro­sło­ści jest zdol­ność do widze­nia wię­cej, niż to poka­zuje wła­sna ogra­ni­czona per­spek­tywa, a tym­cza­sem zgod­nie ze wstępną oceną prze­pro­wa­dzoną w ośrodku bar­dziej nada­wa­łam się do pro­gramu dla dzieci; nie wąt­pię, że mieli rację. Na całe szczę­ście rodzice wywieźli mnie aż do Min­ne­soty. Gdy­bym znaj­do­wała się bli­sko cze­goś lub kogoś zna­jo­mego, to z całą pew­no­ścią dała­bym nogę, zamiast zmie­rzyć się z tym wszyst­kim, co robi­łam na wła­sną zgubę. I tak spę­dzi­łam w ośrodku dwa­dzie­ścia osiem dni, a potem jesz­cze trzy mie­siące w przej­ścio­wym domu dla kobiet, słusz­nie nazwa­nym Doliną Postępu. Co tu dużo mówić - wyjąt­kowo sro­gie wpro­wa­dze­nie do rze­czy­wi­sto­ści: był to dawny klasz­tor bli­sko auto­strady mię­dzy­sta­no­wej, pełen roz­pusz­czo­nych bacho­rów takich jak ja, gdzie obo­wią­zy­wały zasady odno­śnie do wszyst­kiego, poczy­na­jąc od drze­mek, a koń­cząc na spodkach do fili­ża­nek.

A jed­nak to tam wła­śnie zaczęło do mnie docie­rać, że moje wstępne intu­icje na temat alko­holu i innych uży­wek są zupeł­nie nie­tra­fione. Zamiast dostar­czać mi roz­wią­za­nia pro­ble­mów z życiem, nisz­czyły kawa­łek po kawałku każdą poja­wia­jącą się szansę na cokol­wiek, aż w końcu z mojego życia pozo­stał tylko lichy strzę­pek. Szu­ka­łam zdro­wia, a tym­cza­sem się roz­cho­ro­wa­łam; szu­ka­łam zabawy, a żyłam w sta­nie nie­usta­ją­cego prze­ra­że­nia; szu­ka­łam wol­no­ści, a dałam się znie­wo­lić. W dzie­sięć lat moje źró­dła pocie­sze­nia cał­ko­wi­cie mnie zdra­dziły, ryjąc głę­boki kanion, w któ­rym nie dało się żyć. Nar­ko­tyki i alko­hol ruj­no­wały wszel­kie aspekty mojego życia, a mimo to bra­łam i piłam od rana do wie­czora, aż do utraty świa­do­mo­ści.

Mia­łam zale­d­wie dwa­dzie­ścia trzy lata, a dzie­liły mnie wieki od cza­sów, gdy potra­fi­łam prze­żyć dobę bez drinka, tabletki, działki albo jointa. Tak jak już nie wie­dzia­łam, co to jest zabawa i pod­nie­ce­nie, tak też nie mogłam zro­zu­mieć, skąd się u mnie wzięła ta cho­roba, która wymu­siła doży­wot­nią abs­ty­nen­cję. Wiem teraz, że używki dawały jed­nak tę nie­skoń­cze­nie małą moż­li­wość ucieczki, tym samym ofe­ru­jąc bar­dziej atrak­cyjne wyj­ście niż sta­wia­nie czoła żywio­łom życia bez przy­go­to­wa­nia i zupeł­nie na trzeźwo. Nie­mniej takie powolne umie­ra­nie, dzień po dniu, oka­zało się nie­zno­śnie bole­sne. Zabrnę­łam w końcu w ślepą uliczkę, gdzie nie byłam w sta­nie żyć ani z sub­stan­cjami psy­cho­ak­tyw­nymi, ani bez nich. Ta ponura sytu­acja opi­suje stan wielu, jeśli nie wszyst­kich, uza­leż­nio­nych i poka­zuje, dla­czego sto­sun­kowo nie­wielu odzy­skuje zdro­wie. Są wyczer­pani, a mimo to koszt abs­ty­nen­cji wydaje im się zbyt wysoki: po co ci życie, jeśli nie ma w nim uży­wek?

Osta­tecz­nie dwa czyn­niki zmo­ty­wo­wały moje pra­gnie­nie wyj­ścia z uza­leż­nień. Po pierw­sze, zaczę­łam się tro­chę zasta­na­wiać, jakie byłoby życie na dość mi obcym tery­to­rium trzeź­wo­ści. Mio­ta­łam się na pozio­mie piw­nicy od tak dawna, że pomysł spe­ne­tro­wa­nia jakie­goś innego miej­sca wydał mi się cie­kawy. Uwa­ża­łam się za osobę odważną (mia­łam czel­ność patrzeć w twarz obłą­ka­nym dile­rom i agen­tom DEA) i wła­śnie na równi odwaga i cie­ka­wość skło­niły mnie do pod­ję­cia decy­zji, że spró­buję z abs­ty­nen­cją. Obie­ca­łam sobie, że jeśli trzeźwa nie będę mniej nie­szczę­śliwa niż naćpana, to wrócę do nałogu. Z grub­sza wie­dzia­łam, że zmiana stylu życia przez jakiś czas będzie nie­przy­jemna, dla­tego mój plan zawie­rał kon­kretną datę, kiedy doko­nam ponow­nej oceny. A mówiąc dokład­niej, zosta­wi­łam sobie tylne wyj­ście.

Po dru­gie, posta­no­wi­łam, że znajdę lekar­stwo. Do dziś mnie zdu­miewa aro­gan­cja tego pomy­słu. Myślę jed­nak, że część cech oso­bo­wo­ści, które stały za moim uza­leż­nie­niem, pomo­gła mi także zostać dobrym naukow­cem. Nie­ogra­ni­czona cie­ka­wość, goto­wość do podej­mo­wa­nia ryzyka oraz upór, któ­rym zawsty­dzi­ła­bym bul­doga, przy­czy­niły się razem do moich suk­ce­sów jako neu­ro­nau­kowca.

Poszu­ki­wa­nie i przy­swa­ja­nie sobie wie­dzy o sub­stan­cjach psy­cho­ak­tyw­nych, uza­leż­nie­niu i mózgu obu­dziły we mnie przede wszyst­kim współ­czu­cie dla ludzi takich jak ja, któ­rzy ska­zali się na swój roz­pacz­liwy los. Sama wytrzeź­wia­łam i pozo­staję "czy­sta", bo zro­zu­mia­łam pro­blem i to mi pomaga świa­do­mie doko­ny­wać lep­szych wybo­rów. Mam nadzieję, że moja książka wyja­śni, czym jest pozorne sza­leń­stwo aktyw­nego wcho­dze­nia w nałogi, które nie tylko nie przy­no­szą rado­ści, ale są także śmier­tel­nie groźne, i że dzięki temu uda mi się poka­zać innym ludziom, jak może wyglą­dać droga do wol­no­ści.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Meta/metam­fe­ta­mina, w Pol­sce sto­so­wana rzadko, w odróż­nie­niu od popu­lar­nej amfe­ta­miny (przy. tłum.). [wróć]

Fre­ebase, krak - dwie formy koka­iny (przyp. tłum.). [wróć]