Wstęp
Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata.
Przypadkiem wyszłam bardzo korzystnie na kupowaniu prochów. Jednego
ranka pod koniec 1985 roku na tyłach pewnej knajpy na Florydzie
Południowej diler dał mi i mojemu kumplowi niewłaściwą torebkę. I tak
wygrałam na tej transakcji: w moje ręce trafiło dużo więcej prochów, niż
miałam przekazać kumplowi kumpla ze Środkowego Zachodu.
Mój towarzysz i ja, w tamtym czasie bezdomni, wylądowaliśmy w końcu w tanim motelu w Deerfield Beach. Jak można było się spodziewać, zużyliśmy
zarówno nadwyżkę, jak i to, co nie należało do nas. Pod koniec balangi,
kiedy z naszego zapasu litościwie nic prawie nie zostało, a my oboje
byliśmy na skraju wyczerpania i zaczynało nam odbijać, mój towarzysz
wypalił nagle bez związku, że dla nas kokainy nie będzie "nigdy dość".
Mimo kompletnego oszołomienia dotarło do mnie, jak dużo prawdy jest w tym skądinąd bezsensownym proroctwie. Dni, kiedy doznawałam "haju",
należały już do odległej przeszłości, bo tak to jest z wszystkimi
uzależnionymi. Brałam narkotyki kompulsywnie, bardziej po to, by uciec
od rzeczywistości, niż sprawić sobie przyjemność. Waliłam głową w mur od
dawna i w końcu zrozumiałam, że nie wydarzy się już nic nowego - no
chyba że ucieknę w sposób ostateczny, czyli po prostu umrę. I szczerze
powiedziawszy, było mi to obojętne.
Jakieś pół roku później - raczej dzięki serii zdarzeń niż autorefleksji
czy sile charakteru - po raz pierwszy od lat byłam "czysta" i trzeźwa,
więc i nie tak odrętwiała. I dlatego zrozumiałam, że muszę wybrać między
życiem a śmiercią. Mogłam albo nadal funkcjonować pod dyktando choroby
psychicznej, która nieubłaganie mnie wyniszczała, albo poszukać innego
sposobu na życie.
Z doświadczenia wiedziałam, że mało który uzależniony postawiony przed
taką alternatywą wybiera życie; z początku zresztą dołączyłam do
większości. Koszty abstynencji wydawały mi się zbyt wysokie: jak tu żyć
bez narkotyków? A jednak, jak przystało na czynną narkomankę, miałam w sobie mnóstwo uporu i w końcu zaświtało mi w głowie, że jestem w stanie
znaleźć inną drogę. Przecież nie raz stawiałam czoło trudnym sytuacjom:
kupowałam narkotyki w opuszczonych budynkach, trafiałam na posterunki
policji, widywałam wycelowaną broń, lądowałam w miejscach, gdzie nie
znałam nikogo i niczego. Uświadomiłam sobie wreszcie, że istnieje coś
takiego jak medyczny model uzależnienia, i zrozumiałam, że moja choroba
to problem biologiczny, który da się rozwiązać. Postanowiłam wyleczyć
się z uzależnienia i dzięki temu pozbyć się kłopotów, w jakie wpadłam
przez alkohol i narkotyki.
Zapisałam się na studia doktoranckie z psychobiologii, by dzięki temu
stać się ekspertem w dziedzinie neurobiologii, chemii i genetyki
zachowań nałogowych. Ktoś może uznać, że wykazałam się wyjątkowym hartem
ducha, zwłaszcza że wyrzucano mnie kolejno z trzech uczelni. To moje
osiągnięcie jednak wyda się pewnie mało znaczące większości osób
uzależnionych, które wiedzą z pierwszej ręki, że nie ma takiej rzeczy,
której by nie zrobiły - że poświęciłyby dosłownie wszystko - byle tylko
móc oddawać się nałogowi. Ostatecznie ukończenie studiów zabrało mi
siedem lat, w tym rok dramatycznych przemian zapoczątkowanych terapią w ośrodku uzależnień, a potem jeszcze siedem zrobienie doktoratu.
Niniejsza książka jest streszczeniem tego, czego się nauczyłam przez
ostatnie dwadzieścia parę lat jako badacz neurobiologicznych podstaw
uzależnień. Z żalem stwierdzam, że problemu nie rozwiązałam mimo grantów
na badania otrzymywanych od National Institutes of Health [NIH;
Narodowe Instytuty Zdrowia] i pozwolenia na substancje nielegalne od
Drug Enforcement Administration [DEA; Administracja Legalnego Obrotu
Lekami]. Zgromadziłam jednak sporą wiedzę o tym, jak różnią się od
innych ludzie tacy jak ja, jeszcze zanim sięgną po pierwszą substancję
psychoaktywną, i o tym, co substancje uzależniające robią z naszym
mózgiem. Mam nadzieję, że dzieląc się tymi informacjami, pomogę członkom
rodzin i opiekunom osób uzależnionych oraz twórcom polityki społecznej
dokonywać bardziej świadomych wyborów. I że to z kolei pomoże samym
chorym, bo nie wątpię, że w tej kwestii nie ma łatwych rozwiązań.
W chwili obecnej uzależnienia to katastrofalne zjawisko o rozmiarach
epidemii. Nawet jeśli ktoś nie jest ofiarą żadnego uzależnienia, to
przynajmniej zna kogoś, kto zmaga się z wewnętrznym przymusem zmieniania
kształtu swoich doświadczeń poprzez aktywne wpływanie na funkcjonowanie
mózgu. Konsekwencje tego rozpowszechnionego bezlitosnego pędu zarówno
dla jednostek, jak i dla całych społeczności są tak wielkie, że trudno
je ogarnąć. W Stanach Zjednoczonych około 16 procent populacji młodzieży
w wieku od dwunastu lat wzwyż wykazuje objawy zaburzeń związanych z używaniem substancji psychoaktywnych; przyczyną mniej więcej jednej
czwartej wszystkich zgonów w tym kraju jest nadużywanie substancji
psychoaktywnych. Każdego dnia na świecie umiera wskutek uzależnienia od
substancji psychoaktywnych dziesięć tysięcy osób. Tej drodze do grobu
towarzyszy ciąg porażających strat: utrata nadziei, godności, związków,
pieniędzy, produktywności, rodziny, miejsca w strukturze społecznej i wspólnotowego wsparcia.
Jak świat długi i szeroki uzależnienia są prawdopodobnie
najpoważniejszym problemem zdrowotnym, dotykającym mniej więcej co piątą
osobę w wieku powyżej czternastu lat. Ujmując kwestię w terminach czysto
finansowych: to zjawisko generuje ponad pięciokrotnie wyższe koszty niż
AIDS i dwa razy wyższe niż rak. W samych Stanach Zjednoczonych niemal 10
procent wszystkich wydatków na opiekę zdrowotną przeznaczonych jest na
zapobieganie uzależnieniom oraz na diagnozowanie i leczenie ludzi
cierpiących na choroby związane z uzależnieniem; te statystyki są
podobnie przerażające w większości innych krajów Zachodu, przerażające
tym bardziej, że mimo ogromnych pieniędzy i wysiłków przypadki
skutecznych wyzdrowień nie są wcale liczniejsze niż pięćdziesiąt lat
temu.
Istnieją dwa podstawowe powody, które tłumaczą te niezwykle wysokie,
wynikające z najrozmaitszych przyczyn i uporczywie niedające się
ograniczyć koszty. Po pierwsze, nadużywanie substancji psychoaktywnych
jest zjawiskiem zaskakująco powszechnym, pokonującym bariery
geograficzne, ekonomiczne, etniczne i granice płci. Po drugie,
uzależnienia są wysoce oporne na leczenie. Trudno wprawdzie uzyskać
wiarygodne szacunki, niemniej większość ekspertów jest zgodna, że
zaledwie 10 procent osób uzależnionych potrafi pozostać "czystymi" przez
tyle czasu, że byłoby to godne wzmianki. Na tle innych chorób ten
wskaźnik jest niemal osobliwie niski: chorzy na raka mózgu mają mniej
więcej dwukrotnie wyższe szanse na przeżycie.
Mimo statystycznie ponurych perspektyw istnieją też dane dodające
otuchy. Zdarzają się osoby uzależnione, jak się wydaje nieuleczalnie,
które jednak całkowicie zrywają z nałogiem i pozostają czyste, a nawet
żyją twórczo i szczęśliwie. I choć neuronauka wciąż nie jest w stanie
zgłębić do końca mechanizmów stojących za tą przemianą, to sporo już
wiemy o przyczynach uzależnień. Wiemy na przykład, że uzależnienie
powstaje na skutek złożonego splotu czynników, obejmujących
predyspozycje genetyczne, oddziaływania w okresie rozwojowym i wpływ
środowiska. Używam słów "złożony splot", ale każdy z tych czynników jest
również bardzo złożony. Zaangażowane są tu setki genów i niezliczone
wpływy środowiskowe. A poza tym jedne czynniki są zależne od drugich. Na
przykład jakaś konkretna nić DNA może wzmacniać podatność na
uzależnienie, ale tylko przy obecności (lub nieobecności) innych
specyficznych genów i razem z określonymi ekspozycjami środowiskowymi w fazie rozwojowej (prenatalnej i postnatalnej) oraz w specyficznych
kontekstach. Tak więc, mimo że wiemy dużo, złożoność tej choroby
sprawia, że nadal nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy u danej osoby
rozwinie się uzależnienie.
Ostatecznie do uzależnienia może wieść tyle samo dróg, ile jest osób
uzależnionych, ale istnieją ogólne zasady funkcjonowania mózgu, które
leżą u podstaw kompulsywnego używania substancji psychoaktywnych.
Napisałam tę książkę, by podzielić się swoją wiedzą o tych zasadach i rzucić światło na biologiczną ślepą uliczkę: przejście od używania danej
substancji do uzależnienia, czyli do stanu, w którym tej substancji nie
ma się "nigdy dość", co wynika z zasadniczo nieskończonej zdolności
mózgu do uczenia się i adaptowania. I tak to, co wcześniej było
normalnym stanem przerywanym sporadycznymi okresami odurzenia,
nieubłaganie przeobraża się w stan desperacji tylko czasowo
przytłumionej przez daną substancję. Dzięki zrozumieniu mechanizmów
stojących za każdym doświadczeniem osoby uzależnionej staje się
oczywiste, że oprócz śmierci albo długotrwałej abstynencji nie ma innych
sposobów na stłumienie rozdzierającego głodu, który odzywa się między
jednym a drugim zażyciem substancji. W momencie, gdy patologia
determinuje zachowanie, większość osób uzależnionych umiera, próbując
zaspokoić niezaspokojony nałóg.
Moja historia
Kiedy w wieku lat trzynastu upiłam się po raz pierwszy, czułam się tak,
jak pewnie musiała się czuć Ewa po skosztowaniu jabłka. Albo jak ptak
zamknięty w klatce, którego niespodziewanie wypuszczają na wolność.
Alkohol przyniósł mi fizyczną ulgę i okazał się duchowym antidotum na
uporczywe podenerwowanie, którego nie potrafiłam zidentyfikować i z którego nie potrafiłam nikomu się zwierzyć. Wypiłam w piwnicy u koleżanki prawie dwa litry wina i nagle zmieniła mi się perspektywa,
pozwalając uwierzyć, że wszystko będzie dobrze - i z życiem, i ze mną.
Tak jak ciemność pomaga dostrzec światło, a smutek radość, tak dzięki
alkoholowi do mojej nieświadomości dotarło wreszcie, że rozpaczliwie
szukam samoakceptacji i celu w życiu, że zupełnie nie potrafię się
poruszać w skomplikowanym świecie stosunków międzyludzkich, strachu i nadziei. Jednocześnie cała ta sytuacja dostarczyła mi - na satynowej
poduszeczce - klucz do moich rozkwitających lęków egzystencjalnych.
Nagle uwolniona od codziennych trudów i nudy, nareszcie odkryłam, czym
jest luz.
Niewykluczone zresztą, że nie był to luz, a raczej znieczulenie, tyle że
wtedy i jeszcze przez kilka kolejnych lat nie tylko nie dostrzegałam tej
różnicy, ale też nic mnie ona nie obchodziła. Zanim alkohol po raz
pierwszy trafił do mojego żołądka i mózgu, nie zdawałam sobie sprawy, że
jedynie trwam, ale tamtego wieczoru, kiedy wychyliłam się przez otwarte
okno w pokoju koleżanki, żeby popatrzeć na gwiazdy, miałam wrażenie,
jakbym po raz pierwszy w życiu zrobiła kilka prawdziwie głębokich
wdechów. Jakiś czas później w pewnym barze zobaczyłam tabliczkę
precyzyjnie opisującą to doświadczenie: "Alkohol sprawia, że czujesz się
tak, jak powinieneś się czuć, kiedy nie pijesz alkoholu". Ta maksyma
bardzo mnie wtedy zdziwiła - to w takim razie dlaczego ludzie nie piją
więcej i częściej?
I tak zaczęłam pić - z entuzjazmem, a nawet z determinacją. Piłam, ile
się dało i jak często się dało - dosłownie przez prawie całą siódmą
klasę, bo w moim świecie przedmieść zamieszkanych przez klasę średnią
szkoła oferowała najlepsze okazje do wyrywania się spod rodzicielskiej
opieki. Najwyraźniej posiadam podziwu godną wrodzoną tolerancję na
alkohol, bo piłam przed lekcjami, podczas lekcji i po lekcjach (jeśli
mogłam). Prawie nigdy nie wymiotowałam ani też nie miałam kaca - być
może dzięki mojej młodej wątrobie - i nawet w stanie upojenia mogłam
pokazywać się publicznie. I chociaż nigdy więcej nie osiągnęłam tego
przemożnego poczucia wewnętrznej harmonii, którego doświadczyłam za
pierwszym razem, to jednak alkohol dalej dawał mi ciche zadowolenie.
Zmieniony stan świadomości za każdym razem wydawał mi się radykalną
poprawą w porównaniu z szarym i nudnym życiem, w którym stale trzeba się
było czemuś podporządkowywać.
Od tak dawna, jak sięgam pamięcią, czułam się osaczona i zirytowana, że
coś mnie wiecznie ogranicza od zewnątrz i od wewnątrz. Zawsze u podstawy
mojej samoświadomości kryła się tęsknota za czymś innym, za czymś, czego
nie znam. I nadal tak jest - pod moją maską opiekuńczej przyjaciółki,
wiernej partnerki, zdeterminowanego naukowca i rodzica ubóstwiającego
swoje dzieci kryje się rozpaczliwe pragnienie pogrążenia się w niebycie.
Tak naprawdę nie potrafię powiedzieć, przed czym szukam ucieczki ani
dokąd chcę uciec; po prostu wiem, że okowy przestrzeni, czasu,
okoliczności, zobowiązań, wyborów (i niewykorzystanych okazji)
napełniają mnie przytłaczającym poczuciem beznadziei. Zwykle jestem
przeświadczona, że marnuję czas, ale też prędko przyznaję, że nie mam
pojęcia, co z sobą począć. Czas płynie jak we śnie, a ja jałowo angażuję
się w kolejne bezsensowne zadania, stale tłumiąc narastające uczucie
paniki. Snuję wizje, że zmierzam w stronę nieznanego wyjścia albo że
otwieram odrzwia jakiejś zamorskiej świątyni i wkraczam do świata, w którym nikt przynajmniej nie udaje, że wszystko jest inne, niż się jawi.
O co tu chodzi? Co ja właściwie robię? Tego typu pytania musiały się
pojawić już wśród moich pierwszych świadomych myśli. Jeżeli próbowałam
je komuś zadawać, to oczywiście słyszałam nakazy, że "mam być grzeczna",
"przykładać się do pracy", "uśmiechać się" i "nie dać się przyłapać".
Nie rozumiałam, dlaczego inni nie są równie jak ja przerażeni, a przynajmniej skonsternowani, bo przecież wszyscy podlegaliśmy takim
samym kapryśnym prawom egzystencji, stykaliśmy się z tymi samymi
dowodami na istnienie irracjonalnych sił. Byłam zdumiona, że mało kto to
dostrzega, a gotowość innych ludzi do marnotrawienia życia na kupowaniu
przedmiotów, planowaniu imprez, sprzątaniu i sprawdzaniu "newsów"
wzbudzała we mnie odrazę.
Mnóstwo ludzi boryka się z uczuciem pustki i rozpaczą, ale ja o tym
wtedy nie wiedziałam i może nawet przeczytałam kilka ciekawych utworów
prozą albo wierszem poruszających ten temat, nie przypominam sobie
jednak, żebym dostrzegła jakiekolwiek przejawy zagubienia u kogoś w moim
otoczeniu, dopóki nie zaczęłam wkraczać w dorosłość. Pierwsze sięgnięcie
po alkohol pozornie pokazało mi łatwą drogę przez trudy dorastania i minęło sporo czasu, zanim stałam się na tyle świadoma, by obejrzeć się
wstecz i zastanowić nad przyczynami, dla których wybrałam tę drogę.
Ostatecznie to, co tak uwielbiałam w alkoholu - jego zdolność tłumienia
egzystencjalnych lęków - bezwzględnie mnie zdradziło. Szybko się
okazało, że alkohol w żaden sposób nie pomaga na alienację, rozpacz i pustkę, mimo że pod tym względem tak bardzo w niego wierzyłam.
George Koob, szef National Institute on Alcohol Abuse and Alcoholism
[Krajowy Instytut ds. Nadużywania Alkoholu i Alkoholizmu], twierdzi,
że alkoholikiem można zostać na dwa sposoby: albo się taki rodzisz, albo
dużo pijesz. Doktor Koob nie próbuje tu niczego traktować lekceważąco -
każdego z nas może z wysokim prawdopodobieństwem dotyczyć jedno albo
drugie, co w jakiś sposób tłumaczy, dlaczego ta choroba jest taka
powszechna. Zgadzam się, że wielu z tych, którzy skończyli jak ja, miało
na to zadatki jeszcze przed wypiciem pierwszego łyka, zgadzam się też,
że skuteczna ekspozycja na dowolną substancję psychoaktywną wytwarza
tolerancję i stały przymus zażywania - cechy charakterystyczne
uzależnienia - u każdego, kto posiada układ nerwowy. Ale niestety
aktualnie nie istnieje żaden model naukowy, który wyjaśniłby, dlaczego
tak szybko i z tak strasznym skutkiem osunęłam się w bezdomność,
bezradność i skrajne osamotnienie.
Odejście w niebyt
Kolejne dziesięć lat mojego życia było podporządkowane prostej filozofii
i prostym czynnościom: szukałam wszelkich okazji do zażywania substancji
psychoaktywnych niezależnie od kosztów. Tylko ta wiodąca zasada nadawała
sens moim działaniom; właściwie każda chwila mojego życia była
ukierunkowana na ucieczkę od trzeźwości. Tamto pierwsze porządne upicie
się ofiarowało mi poczucie spokoju, natomiast ten pierwszy raz, kiedy
zaznałam haju, był po prostu zabawny. Alkohol sprawiał, że życie robiło
się znośne, dzięki trawce stawało się prześmieszne! Z kolei dzięki
kokainie stawało się "seksowne", dzięki mecie1 ekscytujące,
natomiast na kwasie okazywało się interesujące... I tak oto, żeby móc
farmakologicznie zaklinać rzeczywistość, przehandlowywałam siebie
kawałek po kawałku. Wiele doświadczeń z tego formatywnego okresu
uleciało mi całkowicie z pamięci, ale pamiętam kilka komicznych albo
nierzeczywistych zdarzeń, jak tamten wieczór tuż przed egzaminami
końcowymi, kiedy rzuciłam pomysł wycieczki samochodem z St. Louis do
Nashville. Zdarzały się też sytuacje wstydliwe albo niebezpieczne: na
przykład prowadziłam chevroleta suburban moich dziadków z głową
wystawioną za okno, bo wydawało mi się, że latarnie przekazują znacznie
więcej informacji niż deska rozdzielcza albo znaki drogowe, przy czym
wiozłam na dachu kilkoro znajomych - wszyscy oczywiście byli na tripie,
łącznie ze mną. Innym razem w Miami wsiadłam do cudzej motorówki, bo
chłopak, z którym się umówiłam, mnie znudził. Większość tych epizodów
była jednak bolesnym doświadczeniem.
Fantazjowałam wprawdzie, że będę studiowała na jakiejś uczelni stanowej
w Kalifornii, ale ostatecznie wylądowałam w jezuickim college'u w centrum kraju, bo to matka składała podania w moim imieniu, nie ja.
Miałam tam kilkoro znakomitych wykładowców i w pierwszym semestrze jakoś
sobie poradziłam, ale prędko znalazłam znajomych mojego pokroju. Już na
początku drugiego semestru załatwiłam sobie podrobiony dowód tożsamości,
bo nie miałam jeszcze 21 lat, i dowiedziałam się, gdzie można kupić
marihuanę - znowu byłam tą samą osobą, która kończyła liceum na
Florydzie Południowej pośród niekończącego się ciągu imprez
alkoholowo-narkotykowych. Na pewno nie tylko dla mnie studia były okazją
do wydostania się spod czujnego rodzicielskiego spojrzenia, a wolność
robienia tego, na co miałam ochotę, okazała się wyjątkowo ożywcza.
Całymi dniami piłam i imprezowałam; uczyłam się albo szłam na zajęcia
jedynie w ostateczności.
Dokąd prowadziła ta wolność? Wciąż widzę taki obrazek: leżę w łóżku,
mimo że dawno minęło południe, naćpana i pogrążona w rozpaczy. Zza okna
albo może z korytarza dobiegały mnie strzępy rozmów innych studentów;
miałam do wykonania prace pisemne, niektóre już po terminie, i zdaje się
byłam umówiona na kolację z przyjaciółmi. A tymczasem przytłaczało mnie
poczucie pustki i jałowości silniejsze niż zwykle. Nie mam pojęcia, co
się wtedy przyczyniło do tego kryzysu; nawet dzisiaj uważam, że moja
narkomania i alkoholizm - zwłaszcza we wczesnych stadiach - były w takim
samym stopniu terapią jak przyczyną. W każdym razie tamtego dnia z jakiegoś powodu ujrzałam całe swoje życie jako pozbawiony celu bieg
wydarzeń - z pulsującymi punkcikami wyznaczającymi klęski i osiągnięcia
- napędzany instynktem samozachowawczym i myśleniem o jakiejś karierze w przyszłości: zaczynał się nie wiadomo gdzie i prowadził donikąd, na
zasadzie odruchu, na ślepo. Mało tego, wydawało mi się, że moje życie
niczym się nie różni od życia innych ludzi. Że jesteśmy jak te ryby,
które łączą się w ławice i pływają w kółko, nie zwracając uwagi na wodę
- obojętni na wszystko, co znajduje się poza naszym egoistycznym
wewnętrznym światem. Pamiętam do dziś szarą, bezkształtną jamę, która
powstała w moich piersiach i brzuchu na skutek tych myśli. Myśli, że
każdy z nas jest zupełnie osamotniony i że nasze wysiłki skupiają się
głównie na podtrzymywaniu urojeń pozwalających nam zachować zdrowie
psychiczne aż do śmierci.
Stwierdziłam, że jedynym racjonalnym wyjściem jest popełnienie
samobójstwa, ale potem dotarło do mnie, że z przyczyn estetycznych
byłoby to żałosne. Niby uważałam, że wszystko to marność, ale wciąż
byłam dość próżna, a zresztą wyskakiwanie z okna nie leżało w moim
stylu. Niemniej tamto popołudnie stało się punktem zwrotnym dla mojego
uzależnienia. Entuzjazmowałam się używkami od samego początku, a teraz
już byłam im oddana całą duszą. Stałam się lekkomyślna i na łeb na szyję
gnałam w stronę życia, które byłoby spójne z moimi poglądami
egzystencjalnymi. Czyli w stronę bezdusznego szaleństwa.
Ujmując rzecz inaczej: kiedy przytłoczyła mnie ta potworna pustka, po
prostu w nią wskoczyłam. Z barów w East St. Louis zwlekałam się do domu
bladym świtem, samotna, pijana i naćpana. Kilka tygodni spędziłam na
blokowisku z grupą miejscowych, z którymi nie łączyło mnie nic oprócz
upodobania do freebase (bo wtedy jeszcze nie było kraku2),
podczas gdy "ich" kobiety i dzieci przesiadywały przed telewizorami w sypialniach bez okien. Lądowałam spontanicznie w najrozmaitszych
obskurnych norach, przekonana, że zmierzenie się z tym, co się tam
będzie działo, to mniej nudny sposób na zabicie czasu przed śmiercią, z której wizją wciąż flirtowałam.
Na uczelni stwierdzili, że powinnam wziąć urlop, a rodzice zrozumieli,
że ich naciągam. Pamiętam tamten dzień, kiedy stałam na podjeździe przed
naszym domem i słuchałam, jak mówią, że nie będą mnie już wspierać
finansowo. Chciałabym przyznać, że było mi wstyd, zwłaszcza że mój
młodszy brat, krzepki licealista i gracz futbolu, wywrzaskiwał coś na
środku ulicy, ale tak naprawdę pamiętam tylko swoją radość. Dość
ograniczeń! Dość zadowalania tych, którzy mają nade mną władzę!
Przyjaciółka, która pod wieloma istotnymi względami była jak moja
bliźniaczka, podjechała po mnie samochodem i razem wylądowałyśmy w tanim
sieciowym hotelu, wcześniej zrzuciwszy się na blender, sok i siedem
litrów wódki! Moje wejście w dorosłość miało wspaniały posmak.
Przez mniej więcej trzy kolejne lata mieszkałam i pracowałam to tu, to
tam, często uciekając się do kłamstw i uników, żeby jakoś się utrzymać
na powierzchni. Jedyną stałą w moim życiu było branie i picie.
Obojętnie, czy miałam pracę, dom lub inne konwencjonalne zabezpieczenie,
zawsze znajdowałam sposób, żeby się upić i naćpać. Zanim mnie wylano za
podbieranie pieniędzy z kasy, pracowałam w Tips Tavern, podrzędnym
dworcowym barze. W piątkowe popołudnia pojawiali się tam stali bywalcy z wypłatą, żeby uregulować to, co wzięli na zeszyt, i zazwyczaj pod koniec
wieczoru zaciągali nowy dług. Rodzice naprawdę się ode mnie odcięli,
więc rzadko widywałam rodzinę. Ledwie pamiętam pogrzeb dziadka, bo się
nafaszerowałam metakwalonem i miałam wielkie trudności z przybraniem
odpowiedniej miny, tym bardziej że nie czułam absolutnie nic. Musiało
upłynąć sporo czasu od momentu, gdy przestałam brać i pić, zanim byłam w stanie kogokolwiek i cokolwiek opłakiwać, w tym również dziadka.
Któregoś razu czekałam akurat na zmianę świateł, zajęta zaciąganiem się
grubym skrętem z trawki, i kiedy spojrzałam w lewo: zauważyłam swoich
rodziców z rękami zastygniętymi w geście pozdrowienia. Pamiętam do dziś
tamten słoneczny dzień i radość przeobrażającą się w smutek na ich
twarzach, gdy wszyscy troje prędko odwracaliśmy głowy. Niby dziwne, że
spotkaliśmy się na tym samym skrzyżowaniu, ale nie było to duże miasto,
i prawdą jest, że nigdy nie wsiadałam do samochodu bez przynajmniej
jednego jointa i kilku piw albo gotowego drinka w puszce. Fale wstydu
zalewały mnie tylko przez tę jedną chwilę, której potrzebowałam, żeby
wrzucić bieg i wziąć kolejnego bucha. Dzisiaj, z perspektywy czasu,
patrzę na swoje kompulsywne "ja" z takim samym współczuciem jak na
rodziców.
Do momentu, w którym od wbicia sobie igły po raz pierwszy dzieliło mnie
dziesięć sekund, byłam przekonana, że nigdy nie wstrzyknę sobie
narkotyku. Tak jak większość ludzi kojarzyłam strzykawki z hardcorową
narkomanią. Dopóki nie zaoferowano mi działki. Pamiętam do dziś tamto
przelotne uczucie tuż przed przyjęciem "daru", że przecież mam jakiś
wybór; nie pomyślałam, że przekroczenie tej granicy jest czymś
nieodwracalnym i że drugi raz będzie już należał do serii n-tych razów,
tylko tłumaczyłam sobie, że po prostu chcę spróbować. Najpierw poznałam
smak i brzmienie koki: tę niezwykłą cierpką nutę na języku i dzwonienie
w uszach przypominające alarm pożarowy. A potem poczułam ją! Oblał mnie
gorący strumień euforii, o wiele intensywniejszy niż przy wciąganiu
nosem, a moje ciało i mózg stały się jednocześnie ciepłe, wilgotne i zainteresowane - i byłam wdzięczna za to, że życie jest takie cudowne.
Nie przesadzam, mówiąc, że kilka minut później przejęłam dowodzenie,
częściowo po to, żeby mieć pewność, że nie przepadnie mi kolejka. Po
roku z okładem aplikowania sobie kokainy z pomocą strzykawki
przedwcześnie sięgnęłam dna.
Mimo że kradłam w sklepach i przywłaszczałam sobie cudze karty
kredytowe, gdy miałam okazję, wciąż twierdziłam, przynajmniej na swój
użytek, że jestem zasadniczo przyzwoitą osobą. Do pewnego stopnia mogłam
liczyć na znajomych, a oni na mnie. Używam frazy "do pewnego stopnia",
bo wszyscy dobrze wiedzieliśmy, że w kwestiach, w których chodzi o coś
naprawdę ważnego (czyli narkotyki), będziemy kłamać, oszukiwać i okradać
się wzajemnie. Kiedy na przykład zrobiliśmy zrzutkę na towar, to
najlepszym rozwiązaniem było iść po niego razem. W sytuacjach, kiedy
szła tylko jedna osoba albo część grupy, należało się spodziewać, że
torebka po drodze zrobi się odrobinę lżejsza. Na nikim nie można było
polegać! Pamiętam pewien incydent, kiedy razem z moim chłopakiem
postanowiliśmy, że pojedziemy do pobliskiego miasteczka na pokaz
sztucznych ogni z okazji Czwartego Lipca. Nasz znajomy, bodajże z pracy,
nie miał żadnych planów, więc zaprosiliśmy go, by pojechał z nami.
Czułam, że jestem wspaniałomyślna: facet był samotny i trochę też
smutny, a my w swojej dobroci pozwoliliśmy mu spędzić z nami ten
wieczór. We trójkę piliśmy i paliliśmy jointy. Następnego dnia znalazłam
na tylnej kanapie samochodu zwitek banknotów. Trzysta dolarów.
Przedyskutowałam to z moim chłopakiem i postanowiliśmy zatrzymać
pieniądze. Wiedziałam, że to nieuczciwe, nawet według moich obniżonych
standardów, i że nie da się tego usprawiedliwić; ale tłumaczyliśmy
sobie, że pomogliśmy facetowi, no i zalegaliśmy z czynszem. Gdy jakiś
czas później zapytał o te pieniądze, wyraźnie niczego nie podejrzewając,
spojrzałam mu w oczy i powiedziałam: "Nie, nie widziałam ich... co za
pech". Zdawałam sobie sprawę, że on tych pieniędzy potrzebuje, że to, co
zrobiłam i powiedziałam, to po prostu podłość. Ostatecznie kupiliśmy za
nie działkę koki.
Inna historia: w naszym sąsiedztwie, w nędznej norze na tyłach budynku
liceum, mieszkał Johnny, weteran wojny w Wietnamie. Łagodny, bezradny
facet, tak samotny, że był gotów dzielić się swoimi narkotykami. Johnny
marzył o szpitalnym łóżku, na którym będą mu podawali narkotyki przez
kroplówkę. W innych okolicznościach może nawet byśmy się zaprzyjaźnili,
ale przyjaźń polega na zaufaniu i wzajemnym wspieraniu się. Któregoś
dnia wciągaliśmy kokę w jego obskurnym pokoju, gdy nagle dostał
oczopląsu, a potem upadł na podłogę targany konwulsjami. Nawet nie
zareagowałam; pomyślałam tylko: "No to pewnie nie będzie chciał swojej
następnej kreski". Johnny nie umarł tamtego dnia, ale z trójki osób,
która wtedy znajdowała się w jego pokoju, tylko ja jedna wciąż żyję.
Dzielę się tymi historiami nie po to, by wzbudzić zakłopotanie u czytelników (i przepraszam, jeśli czują się zakłopotani), ani wyłącznie
po to, by przedstawić siebie jako zatwardziałą narkomankę. Opisuję swoją
historię przede wszystkim dlatego, że chcę zilustrować głębię - a w późniejszych rozdziałach także różnorodność - doświadczenia z uzależnieniem. Nie uważam na przykład, że jestem zasadniczo dobrym
człowiekiem, który się zaplątał w złe towarzystwo, ani że dostałam w życiu nędzne karty, jeśli idzie o geny, neurochemię, rodziców albo
sprawy osobiste (acz wszystkie te elementy z pewnością odegrały jakąś
rolę). Nie sądzę też, że jestem fundamentalnie gorsza ani że po prostu
się różnię od innych ludzi: od tych, którzy spędzają swój przydział dni
pod mostami albo w więzieniach, względnie stoją na czele szkolnego
komitetu rodzicielskiego lub ubiegają się o posadę w państwowym
urzędzie. Wszyscy dokonujemy niezliczonych wyborów i nie ma żadnej
wyraźnej linii oddzielającej dobro od zła, porządek od entropii, życie
od śmierci. Być może w wyniku podporządkowywania się zasadom lub normom
społecznym niektórzy ludzie żyją w złudzeniu, że są niewinni, bezpieczni
albo że zasługują na swój status dobrze odżywionych obywateli. Ale jeśli
diabeł istnieje, to żyje w każdym z nas. Jednym z moich największych
osiągnięć było uświadomienie sobie, że mój główny wróg nie kryje się
gdzieś poza mną, tylko we mnie, i z tego powodu jestem wdzięczna za to,
co przeszłam. Wszyscy posiadamy zdolność do czynienia zła; inaczej nie
bylibyśmy wolni.
Nauczyłam się, że przeciwieństwem uzależnienia jest nie trzeźwość, tylko
wybór. Na wiele osób takich jak ja używki działają niczym potężne
narzędzia przesłaniające wolność. Istnieją jednak niezliczone sposoby,
na jakie dowolny człowiek mógłby się wykoleić, odrzucając znajome szaty
swojej profesji i rodziny albo inne przebrania. Jak ujął to James
Baldwin: "Wolność jest trudna do udźwignięcia"; ci, którzy nie widzą,
jakie to wszystko jest kruche, powinni się modlić, by ich nawyki, konta
bankowe i inne rekwizyty pozostały tam, gdzie są, nienaruszone.
Ciężar zmiany
Podobno musisz sięgnąć dna, żeby zacząć zdrowieć. W moim przypadku
zakrawa na cud, że nie dostałam tego, na co sobie zasłużyłam, i ta
świadomość jest znacznie lepsza od przekonania, że zasługuję na więcej,
niż dostałam. U mnie początek końca wyznacza ten przypadek na tyłach
nieciekawej restauracji przy drodze nr 1, gdy diler się pomylił i wręczył niewłaściwą torebkę, a potem mój kumpel zaskakująco przenikliwie
stwierdził, że dla nas kokainy nie będzie nigdy dość.
Prawdopodobnie trąciło to jakąś głęboko ukrytą strunę, bo w głowie wciąż
słyszę echo słów Steve'a. Kreski łączące kropki są zamazane, ale wiem na
pewno, że wtedy po raz ostatni w życiu tak mocno naćpałam się kokainą. W rezultacie nie tylko uniknęłam wirusa HIV, ale byłam w stanie jako tako
wyjść na prostą z finansami i w końcu z pomocą paru znajomych uzbierałam
na pierwszy czynsz i kaucję za kawalerkę. Miało to swoje dobre strony w porównaniu z mieszkaniem pod mostem, choćby taką, że mogłam w prywatności ukrywać stosy pustych butelek i inne dowody rozpusty. W mieszkaniu była też lodówka, zazwyczaj podłączona do prądu, w której
dawało się skutecznie schłodzić piwo, i dzięki temu mogłam się
przerzucić z dużych butelek na mniejsze puszki. No i ma się rozumieć
była też łazienka: miejsce, w którym zobaczyłam, na jakie dno spadłam.
Wprawdzie niespecjalnie chciało mi się upiększać, ale któregoś dnia tuż
po wstaniu (czyli w samym szczycie mojej wewnętrznej farmakopei) miałam
przerażające spotkanie - z własną osobą. Popatrzyłam sobie z bliska w oczy i natknęłam się na wyrazistą wizję bezdennej otchłani w moim
wnętrzu. Poczułam się tak, jakbym zajrzała sobie do duszy i zderzyła się
z czymś gorszym - o wiele gorszym niż ta pustka, od której próbowałam
uciec.
W reakcji na to oczywiście natychmiast sięgnęłam po fajkę wodną, ale nie
mogłam się otrząsnąć z tego przyprawiającego o dreszcze uczucia ani
tamtego dnia, ani jeszcze długo potem. Przerażająco smutna prawda tak
bardzo nie dawała mi spokoju, że wszelkie moje próby stosowania uników
wyglądały jak dekoracje na szubienicy. Chyba od lat nie przyglądałam się
sobie z tak bliska i nawet jeśli to, co zobaczyłam, to nie byłam cała
ja, ta chwila przed lustrem skutecznie zniszczyła wiele moich urojeń -
dlatego uważam, że zobaczyłam wtedy swoje dno. Przez kolejne trzy
miesiące z okładem nie byłam w stanie wyrzucić z pamięci tamtego obrazu
- obojętnie ile wypiłam albo zażyłam.
Tama wreszcie pękła podczas spotkania z ojcem. Zdziwiłam się, kiedy
zaprosił mnie na kolację z okazji moich dwudziestych trzecich urodzin,
ponieważ od dawna z sobą nie rozmawialiśmy. A jednak bardzo trudno się
wyrzec więzi rodzinnych, dlatego chociaż trwałam w niedopuszczającym do
dyskusji gniewie, nadal pragnęłam jego miłości i aprobaty i chętnie
przyjęłam zaproszenie.
W dniu, w którym mieliśmy się spotkać, musiałam się zmierzyć z problemem, jakie i czego przyjąć dawki, żeby nie popsuć tego wieczoru, a jednocześnie pozostać przytomna. Naprawdę miałam powód do zmartwienia.
Zdążyłam już stracić prawie wszystkich znajomych, więc nie mogłam się do
nikogo zwrócić o pomoc, wiedziałam też, że przecież nie prześpię całego
czasu do tej wczesnej kolacji, zwłaszcza że prawie codziennie budziłam
się po dwunastej w południe. Autentycznie nie miałam pojęcia, co zrobić
z tymi czterema czy pięcioma godzinami między pobudką a kolacją, skoro
nie mogłam się nawalić. Tak czy owak, do samochodu ojca wsiadłam tylko
odrobinę nagrzana, daremnie licząc, że tego nie widać. Kilka minut
później dotarliśmy do restauracji, którą to ja wybrałam, knajpki, gdzie
serwowali sushi przy kilku niewielkich stolikach i gdzie bar był raczej
symbolicznej wielkości. Nie czułam się jakoś szczególnie bezbronna, ale
też nie spodziewałam się wiele. Dlatego ojciec zupełnie zbił mnie z tropu, kiedy ni stąd, ni zowąd powiedział, że życzy mi po prostu
szczęścia. Prawdopodobnie były to ostatnie słowa, jakie spodziewałam się
usłyszeć; mógł mi życzyć, żebym wróciła na studia, nie garbiła się,
spłaciła swoje długi albo bardziej dbała o zęby. Ale żebym była
szczęśliwa? Czy on spadł z księżyca? (Ojciec dzisiaj nie pamięta tamtej
rozmowy i nikt też nigdy więcej nie usłyszał od niego takich nietypowych
życzeń). A jednak mówiąc to, w jakiś sposób przebił się przez mój
pancerz ochronny i wtedy nagle zaczęłam szlochać do mojej czarki miso,
jak niesamowicie jestem nieszczęśliwa! Niby ułożyłam sobie życie po
swojemu, eliminując ograniczenia i obowiązki, non stop imprezując - ale
jestem kompletnie rozczarowana. Mimo ogromnej wprawy w demonstrowaniu
brawury nie potrafiłam się zdobyć nawet na odrobinę swej zwykłej
arogancji, kiedy ojciec razem z innymi gośćmi restauracji, kelnerami i prawdopodobnie nawet kucharzem patrzyli, jak się rozklejam.
Kiedy stawiłam się w ośrodku, gdzie miałam być poddana terapii,
brakowało mi zrozumienia i akceptacji wobec tego, co mnie tam czekało.
Nie miałam pojęcia, na co się zapisałam (trudno uwierzyć, ale
wyobrażałam sobie, że ten ośrodek to jakieś spa), po prostu jak zawsze
rzuciłam się na szansę ucieczki. Jedną z cech dorosłości jest zdolność
do widzenia więcej, niż to pokazuje własna ograniczona perspektywa, a tymczasem zgodnie ze wstępną oceną przeprowadzoną w ośrodku bardziej
nadawałam się do programu dla dzieci; nie wątpię, że mieli rację. Na
całe szczęście rodzice wywieźli mnie aż do Minnesoty. Gdybym znajdowała
się blisko czegoś lub kogoś znajomego, to z całą pewnością dałabym nogę,
zamiast zmierzyć się z tym wszystkim, co robiłam na własną zgubę. I tak
spędziłam w ośrodku dwadzieścia osiem dni, a potem jeszcze trzy miesiące
w przejściowym domu dla kobiet, słusznie nazwanym Doliną Postępu. Co tu
dużo mówić - wyjątkowo srogie wprowadzenie do rzeczywistości: był to
dawny klasztor blisko autostrady międzystanowej, pełen rozpuszczonych
bachorów takich jak ja, gdzie obowiązywały zasady odnośnie do
wszystkiego, poczynając od drzemek, a kończąc na spodkach do filiżanek.
A jednak to tam właśnie zaczęło do mnie docierać, że moje wstępne
intuicje na temat alkoholu i innych używek są zupełnie nietrafione.
Zamiast dostarczać mi rozwiązania problemów z życiem, niszczyły kawałek
po kawałku każdą pojawiającą się szansę na cokolwiek, aż w końcu z mojego życia pozostał tylko lichy strzępek. Szukałam zdrowia, a tymczasem się rozchorowałam; szukałam zabawy, a żyłam w stanie
nieustającego przerażenia; szukałam wolności, a dałam się zniewolić. W dziesięć lat moje źródła pocieszenia całkowicie mnie zdradziły, ryjąc
głęboki kanion, w którym nie dało się żyć. Narkotyki i alkohol rujnowały
wszelkie aspekty mojego życia, a mimo to brałam i piłam od rana do
wieczora, aż do utraty świadomości.
Miałam zaledwie dwadzieścia trzy lata, a dzieliły mnie wieki od czasów,
gdy potrafiłam przeżyć dobę bez drinka, tabletki, działki albo jointa.
Tak jak już nie wiedziałam, co to jest zabawa i podniecenie, tak też nie
mogłam zrozumieć, skąd się u mnie wzięła ta choroba, która wymusiła
dożywotnią abstynencję. Wiem teraz, że używki dawały jednak tę
nieskończenie małą możliwość ucieczki, tym samym oferując bardziej
atrakcyjne wyjście niż stawianie czoła żywiołom życia bez przygotowania
i zupełnie na trzeźwo. Niemniej takie powolne umieranie, dzień po dniu,
okazało się nieznośnie bolesne. Zabrnęłam w końcu w ślepą uliczkę, gdzie
nie byłam w stanie żyć ani z substancjami psychoaktywnymi, ani bez nich.
Ta ponura sytuacja opisuje stan wielu, jeśli nie wszystkich,
uzależnionych i pokazuje, dlaczego stosunkowo niewielu odzyskuje
zdrowie. Są wyczerpani, a mimo to koszt abstynencji wydaje im się zbyt
wysoki: po co ci życie, jeśli nie ma w nim używek?
Ostatecznie dwa czynniki zmotywowały moje pragnienie wyjścia z uzależnień. Po pierwsze, zaczęłam się trochę zastanawiać, jakie byłoby
życie na dość mi obcym terytorium trzeźwości. Miotałam się na poziomie
piwnicy od tak dawna, że pomysł spenetrowania jakiegoś innego miejsca
wydał mi się ciekawy. Uważałam się za osobę odważną (miałam czelność
patrzeć w twarz obłąkanym dilerom i agentom DEA) i właśnie na równi
odwaga i ciekawość skłoniły mnie do podjęcia decyzji, że spróbuję z abstynencją. Obiecałam sobie, że jeśli trzeźwa nie będę mniej
nieszczęśliwa niż naćpana, to wrócę do nałogu. Z grubsza wiedziałam, że
zmiana stylu życia przez jakiś czas będzie nieprzyjemna, dlatego mój
plan zawierał konkretną datę, kiedy dokonam ponownej oceny. A mówiąc
dokładniej, zostawiłam sobie tylne wyjście.
Po drugie, postanowiłam, że znajdę lekarstwo. Do dziś mnie zdumiewa
arogancja tego pomysłu. Myślę jednak, że część cech osobowości, które
stały za moim uzależnieniem, pomogła mi także zostać dobrym naukowcem.
Nieograniczona ciekawość, gotowość do podejmowania ryzyka oraz upór,
którym zawstydziłabym buldoga, przyczyniły się razem do moich sukcesów
jako neuronaukowca.
Poszukiwanie i przyswajanie sobie wiedzy o substancjach psychoaktywnych,
uzależnieniu i mózgu obudziły we mnie przede wszystkim współczucie dla
ludzi takich jak ja, którzy skazali się na swój rozpaczliwy los. Sama
wytrzeźwiałam i pozostaję "czysta", bo zrozumiałam problem i to mi
pomaga świadomie dokonywać lepszych wyborów. Mam nadzieję, że moja
książka wyjaśni, czym jest pozorne szaleństwo aktywnego wchodzenia w nałogi, które nie tylko nie przynoszą radości, ale są także śmiertelnie
groźne, i że dzięki temu uda mi się pokazać innym ludziom, jak może
wyglądać droga do wolności.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Meta/metamfetamina, w Polsce stosowana rzadko, w odróżnieniu od popularnej amfetaminy (przy. tłum.). [wróć]
Freebase, krak - dwie formy kokainy (przyp. tłum.). [wróć]