Rozdział 2
BYŁA SOBOTA, kiedy Maks poszedł do klubu nocnego. Pijane dziewczyny tańczyły na parkiecie, ich kuse bluzki opinały ich piersi. Chciały pokazać jak najwięcej. Byle jakiś facet zwrócił na nie uwagę. Maks usiadł przy barze, zamówił sobie butelkę wódki i pił ją sam. Pomyślał, że przez swoją głupotę zmarnował sobie życie. I nie chodziło mu o drugie dziecko, tylko o ten romans. Naprawdę miał nadzieję, że dawno udało się zamknąć te drzwi.
Przysiadła się do niego dziewczyna o rudych włosach i zielonych oczach. Miała na sobie króciutką, obcisłą zieloną sukienkę, która odkrywała więcej, niż przykrywała. Bardzo młoda. Za młoda. Zresztą nie obchodziły go żadne dziewczyny. Ta jedna jedyna kobieta, na której mu zależało, chciała na zawsze wymazać go ze swojego życia.
- Kim jesteś? - zapytała nieznajoma, przekrzykując muzykę.
- Nikim.
- Słucham? - Nachyliła się, a zapach jej mdłych perfum dostał się do jego nozdrzy.
- Nikim. - Odsunął się od niej.
- Mogę sprawić ci przyjemność - powiedziała, oblizując górną wargę.
Maks podniósł się, oparł dłonie na stoliku i nachylając się w jej stronę, zapytał:
- Czy twoja mama wie, co wyprawiasz ze starymi facetami, którzy mogliby być w wieku twojego ojca?
Ruda prychnęła.
- Nie wie i nie obchodzi jej to. Zostawiła mnie.
- Dziewczyno, szanuj się, a lepiej na tym wyjdziesz. To, że miałaś spaprane dzieciństwo, nie znaczy, że musisz zarywać do starych dziadów - powiedział do jej ucha.
Nieznajoma skrzywiła się i wywróciła oczami. A on wyszedł z klubu. Zimne powietrze owiało jego twarz, po której spływały łzy. Po co w ogóle poszedł do tego klubu? Może po prostu czuł się samotny, chciał pobyć trochę wśród innych ludzi. Wzdrygnął się na samą myśl, co powiedziałaby jego żona, widząc, jak przystawia się do niego ta dziewczyna. Wyobraził ją sobie, jak kiwa głową ze smutnym uśmiechem rezygnacji. Nic już nie byłoby w stanie jej przekonać, że Maks chce być wierny tylko jej.
To był głupi pomysł.
Wrócił do wynajętego mieszkania i w ubraniach położył się do łóżka. Najchętniej zasnąłby i obudził się, kiedy ten koszmar by się skończył. Trzeci tydzień był na zwolnieniu lekarskim i nie wyobrażał sobie powrotu do pracy. Ale na razie o tym nie myślał. Leżał na wznak i nie mógł zasnąć. Był wściekły na Małgorzatę, że odwaliła mu taki numer. Wiedziała już wtedy, kiedy spotkał ją przypadkiem na ulicy, a nie pisnęła ani słowa. Dopiero po śmierci jej kuzynka przeczytała list, w którym Małgosia wskazała go jako ojca.
Uważał, że zrobiła to z premedytacją. Rozwaliła mu życie. Może postąpiła tak, bo sama została przez niego oszukana? W jego głowie panowała nieustanna gonitwa myśli. Niekiedy powtarzał sobie, że nie chce mieć nic wspólnego z tym dzieckiem, potem biczował się za takie pomysły.
- Przez to dziecko straciłem rodzinę - powiedział do Janki, która pojawiała się u niego w wynajętym mieszkaniu pół godziny wcześniej.
- Nie przez dziecko, durniu! - skarciła go kuzynka. - To dziecko nie jest niczemu winne. Musisz stanąć na nogi. Cuchniesz alkoholem i śmierdzisz jak bezdomny. Umyj się, zrób z sobą porządek.
- Nie mam siły na nic. Ani by się myć, ani by jeść. Najchętniej zostałbym w łóżku do końca swoich dni.
- Masz dwóch synów, czy ci się podoba, czy nie. Musisz o nich zadbać - rzuciła Janka, która zabrała się do sprzątania pokoju. Na stole piętrzył się stos brudnych naczyń, które zebrała i przeniosła do kuchni. Cuchnące odpadki wyrzuciła do kosza. Wróciła do pokoju, zmywaniem, jak uznała, zajmie się później. Na podłodze, krzesłach i sofie leżały skłębione ubrania. Pokręciła głową i zaczęła je sortować. - A tak w ogóle, co robisz w mieszkaniu o tej porze? Nie powinieneś być w pracy?
- Mam wolne.
- Trzeci tydzień?
Skinął głową. Janka przeszła do kuchni. Z kraciastej torby, którą ze sobą przyniosła, wyciągnęła słoiki z zupą, pulpetami i bigosem.
- Nie jestem głodny - burknął Maks.
- Posłuchaj mnie - warknęła na niego - musisz jeść, musisz funkcjonować i zająć się dziećmi. Możesz mieć żal do świata i pretensje do siebie, ale jako ojciec masz też obowiązki. Chcesz, żeby obaj się ciebie wstydzili?
Od kilku tygodni Maks czuł się, jakby pochłaniała go otchłań, a otaczał mrok. Nie był w stanie wykrzesać sił, by żyć. A Janka robiła mu tutaj wykłady.
Kobieta otworzyła lodówkę i stanęła oko w oko ze spleśniałym serem, zgniłym ogórkiem i jakąś papką rozkładającą się w pojemniku. Wzdrygnęła się.
- Jezuuuu! - jęknęła. - Przynajmniej mógłbyś to wyrzucić. - Wskazała ręką na pojemnik. Wyjęła z półki zepsutą rzecz i wyrzuciła ją do kosza.
- Daj mi spokój. Nie prosiłem cię o to, żebyś mnie niańczyła - odciął się Maks.
- A ja nie proszę cię o to, byś mi dziękował, ale o to, żebyś trochę o siebie zadbał.
Zgniły ogórek przeciekał jej przez palce. Wyrzuciła go do kosza i opłukała rękę pod bieżącą wodą.
- Posłuchaj. Krzyś za tobą tęskni, drugi syn nie ma matki i zapewne też mu ciężko, więc przestań się użalać nad sobą i coś zrób. Pokaż choć raz, że jesteś facetem.
Maks nie czuł się na siłach, by cokolwiek pokazywać ani cokolwiek udowadniać, jednak wiedział, że Janka ma rację. Życie nie ułoży się samo za zamkniętymi drzwiami mieszkania, nie można wziąć od niego urlopu i wrócić dopiero wtedy, kiedy wszystko będzie w porządku.
Kobieta zaparzyła herbatę i odgrzała zupę. Maksymilian w tym czasie wziął kąpiel. Wszedł do kuchni w szlafroku, ze świeżo ogoloną twarzą. Wyglądał znacznie lepiej. Usiadł przy stole.
- Co zamierzasz?
Janka martwiła się o niego i Teresę. Najbardziej życzyłaby sobie tego, żeby ich rodzina przetrwała. Tylu bliskich straciła przecież podczas wojny, tyle przeszła, zanim odnalazła swoją rodzoną siostrę - wystarczy już. A jeśli żona Maksa pozostanie nieugięta, to ona chciałaby, żeby dziecko najmniej na tym ucierpiało.
- Teresa chce się ze mną rozwieść.
Kobieta się zamyśliła.
- Musisz o nią walczyć.
- Cokolwiek robię, napotykam z jej strony na ścianę lodu. Nie mam już sił o nią walczyć... Nie mam sił.
- To musisz je znaleźć - oświadczyła z prostotą Janka. - Czy widziałeś się już ze swoim drugim synem?
- Nie.
Kuzynka znów przez chwilę milczała, szukając odpowiednich słów.
- Chyba wypadałoby odezwać się do tej kobiety. I umówić się na spotkanie - powiedziała wreszcie ostrożnie.
- Wypadałoby... - Westchnął i zanurzył łyżkę w zupie.
- Choćby z czystej przyzwoitości, Maks. Jesteś porządnym człowiekiem, który spłodził dwóch synów. Niezależnie od okoliczności i niezależnie od tego, kim była dla ciebie matka drugiego z nich, obaj chłopcy potrzebują ojca - zaznaczyła raz jeszcze Janka.
Może rzeczywiście nadszedł na to czas, pomyślał Maks.
Następnego dnia Maks zapukał do drzwi Kamili Milak, kuzynki Małgorzaty. Dawno się tak nie denerwował jak przed tym spotkaniem. Kobieta, o dziwo, nie okazywała mu niechęci, choć mężczyzna nie uprzedził jej wcześniej - dopiero stanąwszy przed budynkiem, uświadomił sobie, że należało to zrobić.
Zaproponowała kawę. Usiadł naprzeciwko niej w przytulnym, niewielkim pokoiku, w którym oprócz kanapy stały stół i dębowa szafa, a także całe mnóstwo doniczek z paprotkami.
- Nie wiedziałem o dziecku - zaczął, usprawiedliwiając się. Czuł się niezręcznie.
- Wiem. Też nie miałam o nim pojęcia. Przez lata nie miałam kontaktu z Małgosią. Zgłosiła się do mnie, kiedy była już chora. Bardzo chora.
Maks pomyślał, że widocznie Kamila była jej ostatnią deską ratunku, w przeciwnym razie by do niej nie przyszła.
- Nie wiem, co mam z tym wszystkim zrobić... To mój syn i... Trudno mi to zaakceptować, ale może... - Wyginał palce. - Chciałbym go lepiej poznać. - Mówił szczerze. Długo rozmyślał po ostatnich odwiedzinach Janki. - Tylko nie wiem, czy będę w stanie się nim zająć. Moja żona... Mam teraz problemy rodzinne. - Z trudnością składał zdania. Cała ta sytuacja była niezwykle stresująca. Nie chciał się spowiadać tej obcej kobiecie ze swojego życia.
- Więc... - Kamila wstała z fotela i dolała Maksowi kawy do kubka. - ...co proponujesz? - Spojrzała na niego przeciągle. Mężczyzna poczuł się nieswojo. Czy ona chciała, aby podjął decyzję w tej chwili? Aby powiedział jej, że chce zabrać do siebie chłopca i zdjąć z niej ciężar odpowiedzialności?
- Jest mi z tym trudno... - zaczął znów, byle powiedzieć cokolwiek.
- Mężczyźni. - Uśmiechnęła się, ale nie złośliwie.
Dopiero teraz zobaczył, jak bardzo Kamila jest podobna do Małgosi. Młodsza. Może miała bardziej okrągłą twarz i krótsze włosy, ale było coś w jej ruchach, spojrzeniu i uśmiechu, co przypomniało mu o dawnej kochance. Nie chciał, by ktokolwiek i cokolwiek przypominało mu o dawnym romansie. Ale przeszłość i karma są podłymi sukami, pomyślał raz jeszcze. Wracają.
- Wam wszystko tak trudno przychodzi... - ciągnęła kobieta. - Tylko zapominacie się z taką łatwością. A potem, kiedy przychodzi co do czego, to pojawiają się trudności. Myślisz, że ja byłam gotowa na opiekowanie się Dawidkiem? Nie. - Pokręciła głową i nabrała tchu. - Nigdy nie planowałam mieć dziecka. Mój chłopak opuścił mnie, bo on też nie planował. Taką decyzję podjęliśmy wspólnie lata temu. A tu... niespodzianka! Ciąży nie było, odpowiedzialność jest.
Maks poczuł się głupio.
- Moje rozwiązanie jest takie. - Zapaliła papierosa. - Mały przeszedł ostatnio zbyt wiele. Dlatego nie chcę, by przeżywał kolejne traumy. Myślę, że powinieneś go poznawać stopniowo, a on będzie się do ciebie przyzwyczajał. Na razie zostanie ze mną, a potem będziemy musieli znaleźć jakieś rozwiązanie. Oczywiście jeśli się zgodzisz...
- Tak, tak...
W pewien sposób mu ulżyło, choć wciąż czuł, jak jakiś kamień zalega w jego podbrzuszu. Bał się przyszłości. Bał się, że nie sprosta temu wszystkiemu. Że nie będzie potrafił pokochać kilkulatka, który pojawił się niechciany i nieoczekiwany.
Teresa weszła do mieszkania Janki. Miała klucze i zawsze czuła, że to mieszkanie jest jej prawdziwym rodzinnym domem. Janka drzemała na kanapie, przykryta wełnianym kocem. Radio mruczało cichutko, a mieszkanie wypełnione było leniwymi dźwiękami muzyki. Teresa przystanęła. Mama słuchała stacji, gdzie puszczano muzykę klasyczną. To musiał być Chopin. W muzyce Chopina były jakaś tęsknota i melancholia, pomyślała Teresa.
Skrzypnęła podłoga, a Janka otworzyła oczy.
- Dzień dobry, kochanie - zwróciła się do Teresy.
- Cześć... - Przybrana córka gestem ręki pokazała jej, by nie wstawała.
- Jestem jakaś taka słaba.
- Powinnaś zbadać krew.
Teresa usiadła na skraju łóżka i z troską położyła jej dłoń na policzku.
- To starość, a nie choroba. - Janka uśmiechnęła się blado, przeczesując dłonią swoje długie, sięgające pasa siwe włosy. Nie zamierzała ich obcinać. I dobrze. Dodawały jej osobliwego uroku. - Ugotowałam trochę bigosu. Zjesz?
- Nie przyszłam, by cię objadać. - Teresa uśmiechnęła się ciepło.
- Coś się stało?
Janka był zatroskana. Zawsze czuła się odpowiedzialna za swoich najbliższych.
- A musiało coś się stać, żebym cię odwiedziła?
Starsza z kobiet posłała młodszej bystre spojrzenie.
- Jest środek tygodnia - zauważyła.
- Mam wolne, Krzyś w przedszkolu.
Milczały przez chwilę.
- Radzisz sobie jakoś?
- Chodzi ci o to, czy dobrze mi być samotną matką? W dodatku po... po tym wszystkim?
- Niepotrzebnie rzuciłaś Maksa. On cię kocha.
Teresa gwałtowanie wciągnęła powietrze. Janka nigdy nie lubiła owijać w bawełnę i bawić się w krążenie wokół tematu. Zawsze uznawała, że jeśli coś trzeba powiedzieć, to najlepiej zrobić to wprost, bez certolenia się. Przez chwilę w oczach młodszej z kobiet mignęły łzy.
- Każdy ma jakąś granicę wytrzymałości. Jakąś taką niewidzialną linię, której się nie przekracza. Wybaczyłam Maksowi. Najpierw mnie zdradzał ze swoją polityczną działalnością. Potem zdradzał mnie z Małgorzatą... I ja mu to wybaczyłam. I wtedy pojawiło się dziecko. Jego dziecko. A nasze... jak dla mnie to za dużo.
- Też go zdradziłaś... - Janka chciała być sprawiedliwa. Przyszywana córka nie była przecież kryształowa. Na jakiś czas zostawiła nie tylko męża, ale i syna.
- Tak, zdradziłam go, ale tylko dlatego, że byłam przez niego odrzucona, że mnie nie dotykał, nie kochał. Każdy potrzebuje bliskości. Nie tylko meldunku w jednym miejscu i wspólnych obiadów w niedzielę.
- Rozumiem cię. Naprawdę cię rozumiem. Może potrzebujesz trochę czasu, by ochłonąć.
- Może. - Teresa wzruszyła ramionami.
Położyła się obok Janki, tylko po to, aby poczuć jej bliskość. Rozejrzała się po pokoju, w którym spędziła dzieciństwo. Przydałoby się odmalować ściany, odnotowała w myślach. Przyszywana mama upierała się przy tapetach, ale Teresa najchętniej by je pozrywała i pomalowała pokoje na biało, by dodać im świeżości. Na ścianach wisiało też mnóstwo zdjęć. Starych, do których każda z kobiet miała duży sentyment.
Choć Janka po śmierci męża związała się z Frankiem, w pokoju wciąż najwięcej było fotografii Tadeusza.
- Kochałaś go? - Teresa przykryła się kocem.
- Tadka?
- Tak, tatę. - Mimo że Tadeusz nie był jej biologicznym ojcem, kobieta zawsze traktowała go jak swojego tatę.
- Oczywiście, że tak. Chociaż, tak jak wcześniej ci wspominałam, mieliśmy swoje problemy, jak każdy. Przez jakiś czas byłam zakochana w innym mężczyźnie, a on zauroczył się inną kobietą. A jednak wybraliśmy małżeństwo. Wiesz, Teresa, ludziom się wydaje, że to wszystko tak pięknie i cukierkowo wygląda, ale tak naprawdę związki mają posmak goryczki. Tyle tam czasem niezgodności, kłótni, darcia kotów. I trzeba się jakoś z tym wszystkim ułożyć.
- Ale każdy ma swoją wytrzymałość - powtórzyła uparcie Teresa.
- Podgrzeję ci bigosu. - Janka podniosła się z łóżka. - Bigos jest dobry na wszystko.
- Bigos powoduje wzdęcia.
Wybuchnęły śmiechem. Teresa właśnie tego potrzebowała. Śmiechu. Od tylu dni tylko płakała, kryjąc się z tym przed synem wypytującym o to, kiedy wróci tata. W domu nakładała maskę. Tu potrafiła odetchnąć pełną piersią i śmiać się tak prawdziwie, jak dziecko.
Dni mijały, a Maksymilian robił się coraz bardziej przygnębiony. Nie zdawał sobie sprawy, że można tak tęsknić. Prosił Teresę, by wstrzymała się z pozwem rozwodowym. "Po co?" - zapytała. "Bo może jeszcze wszystko się ułoży" - powiedział. Miał nadzieję, że ich życie jeszcze da się posklejać. Chciał, by wszystko udało się załatać. Nie mógł się też doczekać wizyt Krzysia.
Wreszcie nadeszła sobota. Uzgodnił z Tereską, że będzie zabierał chłopca do siebie co drugi tydzień na sobotę i niedzielę. Rano niecierpliwie zadzwonił do drzwi ich starego mieszkania.
- Krzyś już gotowy, poszedł tylko się napić. - Teresa wręczyła mu torbę z rzeczami i zabawkami. Mężczyzna poczuł ogromne ukłucie w sercu. Wszystko wyglądało nie tak, jak powinno wyglądać, przecież byli rodziną. - Maks...
- Tak? - Popatrzył na nią z nadzieją.
- Musisz powiedzieć Krzysiowi, że ma brata.
Maksymilian pobladł.
- Ja?
- To twój syn. Ty mu powiedz. - Teresa patrzyła mu prosto w oczy. Widać było, że chowa do niego urazę.
- Masz rację. Wyjaśnię mu wszystko. Czy może... - zaczął, ale nie dokończył. Za plecami Teresy stanął jakiś mężczyzna. Przystojny, wysoki, może ciut młodszy od jego żony.
I wtedy dotarło do Maksa, że ją stracił.
- Tak? - Teresa przechyliła głowę. Mąż patrzył na nią jak oniemiały.
- Jestem Ksawery. - Mężczyzna wyciągnął rękę w stronę Maksa. Ten niechętnie podał mu swoją.
- Maks.
W tej samej chwili Krzyś wyskoczył na klatkę i rzucił się na ojca.
- Tatooo! - zawołał radośnie. Maks przykucnął i wziął go na ręce.
- Cześć, wojowniku! - Uściskał syna.
- Co będziemy robić? - zapytał podekscytowany chłopiec.
- Co tylko chcesz. Przede wszystkim będziemy się dobrze bawić.
- No, tylko go nie rozpieszczaj. - Teresa pogroziła mu palcem, teraz już się uśmiechając. Ksawery dotknął jej ramienia. W tym geście było tyle czułości, że Maksa zmroziło.
Tamten facet, pomyślał, wyraźnie leci na moją żonę. Zacisnął mocno szczękę.
- Postaram się. - Usiłował brzmieć łagodnie, ale najchętniej nigdzie by się nie ruszał.
Kilka chwil potem Maks z synem siedzieli w kawiarni i jedli lody. Mężczyzna myślał o tamtym facecie, który bezceremonialnie dotykał Teresy. Był zły, ale starał się po sobie tego nie pokazać.
Chłopiec był bardzo podekscytowany faktem, że może jeść lody przed obiadem. Zwykle w domu mu na to nie pozwalali. Maks natomiast najchętniej zacząłby go wypytywać o tajemniczego Ksawerego. Nie wiedział jednak, jak zacząć temat tego mężczyzny, który najwyraźniej spotykał się z jego żoną. Co innego robiłby tam w sobotni poranek? - zastanawiał się gorączkowo Maks. Czy to oznaczało, że spędził tam noc?
- Krzyś?
- Hmm? - Malec podniósł głowę, uśmiechając się do taty. Buzię miał umorusaną czekoladowymi lodami.
- Kim jest ten pan, który był w mamy mieszkaniu?
- To Ksawery - odpowiedział rezolutnie syn.
- To wiem. - Maks uśmiechnął się do chłopca. Wewnątrz był wściekły na siebie, że zadaje takie pytania dziecku. Brzydził się sobą, ale nie dawało mu to spokoju. - Mieszka z wami?
- Nie, no co ty.
- A czy mama i Ksawery...
- Są w sobie zakochani? - Chłopiec naburmuszył się. Maksowi z miejsca zrobiło się zimno.
- Są?
- Uczą się razem.
- Uczą? - powtórzył głosem zupełnie wypranym z emocji.
- Mama wróciła do szkoły. Powiedziała, że chce się dalej rozwijać. I Ksawery ją uczy. Ale... - Malec wytarł serwetką buzię. - Mama mu się podoba.
Cholera! Cholera! Cholera! - zaklął w duchu Maks.
- No tak.
- Tato... - Krzyś wpatrywał się w niego z powagą. - Czy ty jeszcze kochasz mamę?
- Tak, oczywiście! Skąd to pytanie?
- Bo... - W jego oczach pojawiły się łzy. - Lubię Ksawerego, ale chciałbym, żebyś to ty był moim tatą.
- Jestem twoim tatą i nigdy nie przestanę nim być. - Maks delikatnie dotknął policzka syna. Nie chciał, by ten cierpiał, choć wiedział, że to nieuniknione.
- To dlaczego wyprowadziłeś się z domu? - dociekał Krzyś.
- Bo dorośli czasami mają problemy.
- Przestają się kochać?
- Czasami się kochają, ale się nie dogadują. Kocham twoją mamę i bardzo kocham ciebie. I nigdy nie przestanę. Rozumiesz?
- Tak. Pewnie, że tak...
Na chwilę zamilkli. Maks czuł się fatalnie, mimo to sztucznie się uśmiechał.
- Jeśli będziemy na nowo rodziną, to... Nie będziesz musiał kupować mi lodów - oświadczył nagle chłopiec. - Nie chcę ich. Tylko wprowadź się do domu.
Maks czuł takie pieczenie w mostku, że myślał, iż zaraz dostanie zawału. W rozstaniach za dużo jest cierpienia, zwłaszcza dla dzieci, pomyślał.
- Kochanie, obiecuję ci, że postaram się zrobić wszystko, żeby odzyskać mamę, ale nie wiem, jak będzie. Ona też musi tego chcieć.
Chłopiec odłożył na bok łyżeczkę. Patrzył na ojca szeroko otwartymi oczami.
- Pomogę ci - oświadczył.
Maks przytulił go do piersi. Jak to dobrze, że go ma.
Sobotę spędzili na zabawach, spacerach i wygłupach. W niedzielę obaj wstali po dziewiątej. Maks zrobił na śniadanie jajecznicę, którą Krzyś zjadł z wielkim smakiem. Ojciec odkładał męską rozmowę od wczoraj, ale nie mógł dłużej tego robić. Teresa na pewno będzie pytać. Nie chciał wyjść przed nią na tchórza, nie teraz, gdy tyle od niej zależało.
- Krzyś, posłuchaj... - zaczął niepewnie mężczyzna.
- Tak? - Chłopiec jeździł po stole samochodzikiem.
- Masz brata. - Maks w końcu wyrzucił to z siebie.
- Jak to? Mama nie miała dużego brzuszka. - Chłopiec nie dowierzał. Zatrzymał swój wóz strażacki. Rodzice nie zdążyli mu powiedzieć, że będzie miał braciszka albo siostrzyczkę, dlatego nic nie wiedział o poronieniu. W jedenastym tygodniu ciąża nie była jeszcze widoczna. Teraz oboje myśleli, że podjęli słuszną decyzję.
- To jest twój przyrodni brat - powiedział Maks. Synek skrzywił się skonsternowany. Nie wiedział, kim jest przyrodni brat.
- Co to znaczy?
- Mamusia go nie urodziła, tylko inna kobieta, ale ja jestem jego tatą - wyjaśniał cierpliwie Maks.
Krzyś się naburmuszył.
- Nie chcę tego brata, skoro mama go nie urodziła.
- Posłuchaj... - Mężczyzna złapał chłopca za rękę.
- Nie chcę!
Krzysiek zatkał sobie uszy palcami i zacisnął powieki, jakby w ten sposób mógł odczarować rzeczywistość. Za nic nie chciał dalej słuchać.
Kurwa mać, mam tego wszystkiego dosyć! - pomyślał Maks. Tego właśnie się bał.
- Nie chcę brata! Nie chcę też ciebie! - krzyczał chłopiec. - To, co zrobiłeś mamusi, jest straszne! - Krzyś zaczął płakać. Zawsze był grzecznym dzieckiem i Maks nigdy nie widział go w takim stanie. Teraz wpatrywał się w niego zszokowany. Oczywiście, że jego też to dotknęło.
- Nie skrzywdziłem mamusi - zaczął się tłumaczyć.
Chłopiec przekrzywił głowę w lewo, tak jak to robiła Teresa.
- Widziałem, jak mama płakała i mówiła babci Jance, że to wszystko przez ciebie. Że to przez ciebie. Nie chcę, by mama płakała, i nie chcę mieć brata. Chcę do domu.
- Musisz ze mną zostać do wieczora, tak się umawiałem z mamą - próbował łagodzić Maks. Czuł, że ogarnia go panika. Sytuacja zupełnie wymknęła mu się z rąk.
- Nie chcę zostawać z tobą do wieczora, chcę do mamy, teraz! - Malec poczerwieniał na twarzy i zaczął krzyczeć.
Maks skapitulował. Godzinę później zawiózł go do matki.
- Przepraszam, Teresa, ale Krzyś nie chciał dłużej być ze mną. - Wręczył jej torbę.
Posłała mu szybkie spojrzenie.
- Powiedziałeś mu?
Skinął głową bez słowa. Ich synek wtulił się w Teresę.
- Już wiem, dlaczego nie chcesz być z tatą - łkał. - Już wszystko rozumiem.
- Kochanie... - Teresa pochyliła się nad synkiem. - Oboje z tatą cię kochamy.
- On nie! On ma inne dziecko! - Mały poczerwieniał na twarzy.
- To nie znaczy, że cię nie kocham - powiedział zrezygnowanym tonem Maks.
- Maks... - Teresa znów spojrzała na niego. - Porozmawiam z Krzysiem. Ale teraz już idź. On musi mieć czas, żeby ochłonąć.
Mężczyzna odwrócił się i wolnym krokiem zszedł po schodach.
Tego wieczoru Maks leżał na sofie i było mu smutno. Jeden syn go nie znał, a drugi przez niego cierpiał i na razie nie chciał go znać. Jego żona, którą cały czas kochał, spotykała się z jakiś fagasem. Myślał o tym, że dziewięćdziesiąt procent romansów kończy się źle. Janka powiedziała mu kiedyś bardzo mądrą rzecz, że to miłość trwa, podczas gdy namiętność szybko przemija. I miała rację.
Wiedział, że musi się pozbierać i walczyć. Ale z trudem się do tego mobilizował.
Od pewnego czasu odwiedzał swojego młodszego syna, Dawida. Chłopiec był ufny, chętnie bawił się z Maksem.
- Myślisz, że mógłbym go do siebie zabrać na kilka godzin? - zapytał któregoś dnia Kamilę.
- Możemy spróbować. - Kobieta przygryzła dolną wargę. - Przyjedź po niego w piątek po południu.
- Powinienem skończyć pracę o szesnastej, czy to nie za późno? - zapytał ostrożnie.
- To dobra pora. - Kamila starała się dodać mężczyźnie otuchy. Widziała, że się stara. - Nie denerwuj się tak. Dawidek lubi się z tobą bawić.
- Tylko że do tej pory nie zostawaliśmy sami.
- Kiedyś musi być ten pierwszy raz.
- W końcu jestem jego ojcem - powiedział ni to do siebie, ni to do niej. - Przyjadę w piątek.
Wyszedł do przedpokoju i włożył buty.
- Maks?
- Tak?
- Jak sobie radzisz? - Kamila chciała mu już zadać to pytanie kilka razy, ale bała się, że powie jej, że jest w rozsypce i to ona się do tego przyczyniła.
- Jakoś. Staram się.
- To dobrze. Winisz mnie za to?
- Co? Nie. Nie miałaś wyjścia. A ty jak się trzymasz? - Stali tak naprzeciwko siebie zakłopotani.
- Radzę sobie, podobnie jak i ty.