p

Niezmienne prawdy. Ponadczasowe lekcje o podejmowaniu ryzyka, wykorzystywaniu szans i sztuce dobrego życia - Morgan Housel

Kup książkę

49.90 zł
29.94 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Małe prawa rządzące życiem

Kiedyś jadłem lunch z człowiekiem należącym do ścisłego grona Warrena Buffetta.

Ten facet - nazwijmy go Jim (to nie jest jego prawdziwe imię) - towarzyszył Buffettowi pod koniec 2009 roku w podróżach po regionie Omahy w stanie Nebraska. Globalna gospodarka była wówczas sparaliżowana, co dotknęło również Omahę. Zamknięto sklepy, a drzwi do firm zamknięto na cztery spusty.

Jim powiedział do Warrena: "Sytuacja jest teraz tak beznadziejna. Czy gospodarka kiedykolwiek się podniesie?".

Warren odpowiedział: "Jim, wiesz, który batonik sprzedawał się najlepiej w 1962 roku?".

"Nie" - odparł Jim.

"Snickers" - odparł Warren. "A wiesz, który batonik teraz ludzie najchętniej kupują?"

"Nie" - powiedział Jim.

"Snickersa" - powiedział Warren.

Nastała cisza. Na tym skończyła się ich rozmowa.

W tej książce opowiadam historie o tym, co nigdy się nie zmienia w naszym zmieniającym się świecie.

Historia przyniosła wiele zaskakujących niespodzianek. Ale zawiera też ponadczasową mądrość.

Gdybyś przeniósł się w czasie o 500 lat do tyłu, byłbyś zdumiony, jak bardzo technologia i medycyna się zmieniły. Sytuacja geopolityczna wydawałaby Ci się niezrozumiała. Język i jego odmiany brzmiałyby dla Ciebie zupełnie obco.

Zauważyłbyś jednak ludzką chciwość i strach, które są obecne także we współczesnym świecie.

Zobaczyłbyś ludzi kierujących się ryzykiem, zazdrością i przynależnością plemienną w sposób, który jest Ci dobrze znany.

Zaobserwowałbyś nadmierną pewność siebie i krótkowzroczność, które cechują także współczesnych ludzi.

Poznałbyś ludzi szukających przepisu na udane życie i szukających pewności, która tak naprawdę nie istnieje.

Obserwując zachowania ludzkie podczas tej podróży w czasie, powiedziałbyś: "Eh. Już to widziałem. Historia kołem się toczy".

Zmiany przyciągają naszą uwagę, ponieważ są zaskakujące i ekscytujące. Jednak najważniejszą lekcją płynącą z historii jest wiedza o uniwersalnych zachowaniach, ponieważ są one zapowiedzią tego, czego można się spodziewać w przyszłości. Twojej przyszłości. Przyszłości każdego z nas. Bez względu na to, kim jesteś, skąd pochodzisz, ile masz lat i jak dużo zarabiasz, istnieją ponadczasowe zachowania ludzkie, które wchodzą do kanonu najważniejszych tematów, jakie kiedykolwiek możesz zgłębić.

To niby prosta refleksja, ale tak łatwo nam umyka. Zapoznając się jednak z tą tematyką, lepiej zrozumiesz własne życie. Zrozumiesz, dlaczego świat jest taki, jaki jest, i spokojniej podejdziesz do tego, co przyniesie przyszłość.

Założyciel Amazona, Jeff Bezos, powiedział kiedyś, że często jest pytany o to, co zmieni się w ciągu najbliższych dziesięciu lat. "Prawie nikt nie pyta o to, co nie ulegnie zmianie w tej perspektywie czasowej" - mówił Bezos. "W mojej ocenie to drugie pytanie jest tak naprawdę ważniejsze od pierwszego".

Rzeczy, które nigdy się nie zmieniają, są istotne, ponieważ wiemy, w jaki sposób będą kształtować przyszłość. Bezos powiedział, że nie sposób wyobrazić sobie przyszłości, w której klienci Amazona nie będą oczekiwali niskich cen i szybkiej wysyłki, dlatego inwestuje w te obszary ogromne środki.

Ta sama filozofia sprawdza się w niemal wszystkich dziedzinach życia.

Nie mam pojęcia, jak zachowa się rynek akcji w przyszłym roku, ani w ogóle w przyszłości. Ale jestem bardzo pewny tego, że ludzie zawsze będą mieli tendencję do chciwości i do odczuwania lęku. Dlatego moje myśli krążą wokół tych spraw.

Nie mam pojęcia, kto wygra następne wybory prezydenckie. Jestem jednak przekonany co do tego, w jaki sposób tożsamość plemienna ludzi od zawsze wpływała i będzie wpływać na ich myślenie.

Nie wiem, jakie firmy zdominują rynki w kolejnym dziesięcioleciu. Ale mogę Ci opowiedzieć, jak liderzy świata biznesu pozwolili, by sukces uderzył im do głowy, przez co się rozleniwili i ostatecznie utracili przewagę rynkową. Ten proces odtwarza się od setek lat i nigdy nie zniknie.

Przez całe stulecia filozofowie prowadzili dysputy wokół koncepcji mówiącej o tym, że istnieje nieskończona liczba sposobów, w jakie możesz przeżyć swoje życie, a Ty po prostu realizujesz jeden z tych scenariuszy. To szalona koncepcja, która prowadzi nas do pytania: Co wydarzyłoby się lub istniało w każdej wersji Twojego życia, którą można sobie wyobrazić? Te uniwersalne prawdy są oczywiście najważniejszymi kwestiami, na których należy się skupić, ponieważ nie są dziełem przypadku ani nie zależą od szczęścia.

Przedsiębiorca i inwestor Naval Ravikant ujął to w ten sposób: "W tysiącu równoległych wszechświatów chciałbyś być bogaty w 999 z nich. Nie chcesz być bogaty w 50 z nich, w których dopisało ci szczęście, więc eliminujemy ten czynnik. Chcę żyć w taki sposób, że jeśli moje życie będzie przebiegać według tysiąca scenariuszy, odniosę sukces w 999 z nich".

O tym właśnie jest ta książka: Co byłoby prawdą w tysiącu równoległych wszechświatów?

Każdy z dwudziestu trzech rozdziałów stanowi niezależną część, dlatego możesz czytać je w dowolnej kolejności. Jestem pewien, że łączy je jedno: każdy z tych tematów będzie równie istotny za setki lat, tak samo jak był istotny stulecia temu.

Rozdziały nie są zbyt długie. Wiele z tych opowieści pochodzi z mojego bloga na Collaborative Fund, gdzie piszę o relacjach między pieniędzmi, historią i psychologią.

W pierwszym rozdziale opowiadam o kruchości świata. Dzielę się w nim także osobistą historią o najstraszniejszym dniu w moim życiu.

Świat wisi na włosku

Jeśli wiesz, gdzie byliśmy, zdajesz sobie sprawę, że nie mamy pojęcia, dokąd zmierzamy

P oważną lekcją płynącą z historii jest uświadomienie sobie, jak bardzo świat wisi na włosku. Niektóre z największych i najbardziej doniosłych zmian w historii miały miejsce na skutek przypadkowego, nieprzewidywalnego, nieprzemyślanego spotkania lub decyzji, które doprowadziły do magicznych zdarzeń lub chaosu.

Autor Tim Urban napisał kiedyś: "Gdybyś cofnął się do czasu przed swoimi narodzinami, byłbyś zbyt przerażony, by podjąć jakiekolwiek działanie z uwagi na świadomość tego, że nawet najmniejsze ruchy w teraźniejszości mogą mieć duży wpływ na przyszłość".

To niesamowicie prawdziwe. Pozwól, że opowiem Ci osobistą historię, która sprawiła, że zainteresowałem się tym tematem.

Dorastałem nad jeziorem Tahoe, uprawiając narciarstwo zjazdowe. Byłem członkiem klubu narciarskiego Squaw Valley. Przez dziesięć lat był to cały mój świat.

Nasz zespół składał się z kilkunastu zawodników. W pierwszej dekadzie XXI wieku byliśmy nastolatkami i większość z nas spędzała razem mnóstwo czasu. Jeździliśmy na nartach sześć dni w tygodniu, dziesięć miesięcy w roku, podróżując po całym świecie do miejsc pokrytych śniegiem.

Z większością tych ludzi nie miałem bliskich relacji - spędzaliśmy ze sobą wiele czasu i darliśmy ze sobą koty. Ale powstała paczka składająca się z czterech osób - staliśmy się nierozłącznymi przyjaciółmi. Oto historia dwóch z nich - Brendana Allana i Bryana Richmonda.

15 lutego 2001 roku nasz zespół właśnie wrócił z zawodów w Kolorado. Nasz lot do domu był opóźniony, ponieważ jezioro Tahoe nawiedziła ekstremalna, nawet jak na tamtejsze standardy, śnieżyca.

Nie można ścigać się na nartach po świeżym śniegu - stok musi być twardy. Tak więc treningi zostały odwołane, a Brendan, Bryan i ja cieszyliśmy się na tydzień spędzony na tak zwanym narciarstwie dowolnym, czyli jeżdżeniu dla przyjemności po okolicy.

Wcześniej tego miesiąca spadło dużo lekkiego puszystego śniegu, który powstaje na skutek napływu mroźnego powietrza. Śnieżyca, która uderzyła w połowie lutego, była inna. Było dość ciepło (ledwo poniżej zera) i potężna burza śnieżna pozostawiła po sobie metr ciężkiego, mokrego śniegu.

Nie myśleliśmy o tym w tamtym czasie, ale opad ciężkiego śniegu na leżący puch powoduje klasyczne zagrożenie lawinowe. Lekkie podłoże z ciężką warstwą wierzchnią jest niezwykle delikatne i podatne na obsunięcie.

Ośrodki narciarskie całkiem dobrze chronią klientów przed lawinami, zamykając najbardziej niebezpieczne stoki i używając materiałów wybuchowych do celowego wywoływania lawin w nocy, jeszcze zanim przyjadą klienci.

Ale jeśli jeździsz na nartach poza terenem ośrodka, przechodząc pod linami z tabliczkami zakazującymi przekraczania, aby jeździć na nartach na nietkniętym śniegu, ten system Ci nie pomoże.

Rankiem 21 lutego 2001 roku Brendan, Bryan i ja spotkaliśmy się w szatni klubowej Squaw Valley, tak jak robiliśmy to już setki razy. Ostatnie słowa Bryana, gdy opuszczał swój dom tego ranka, brzmiały: "Nie martw się, mamo, nie będę jeździł poza wyznaczonymi trasami".

Ale gdy tylko założyliśmy narty, zrobiliśmy dokładnie na odwrót.

W głębi doliny Squaw Valley (obecnie Palisades Tahoe), za wyciągiem krzesełkowym KT-22, rozciąga się grzbiet długi na około półtora kilometra, który oddziela Squaw od ośrodka narciarskiego Alpine Meadows.

To niesamowity teren do jazdy na nartach, ponieważ zbocze jest strome, otwarte i szerokie, lekko pofałdowane.

Przed 21 lutego jeździłem tam na nartach może kilkanaście razy. Nie bywaliśmy tam szczególnie często, ponieważ taka wyprawa pochłaniała dużo czasu. Wyjeżdżało się na drogę gruntową, na której łapaliśmy autostop do ośrodka.

Tego dnia Brendan, Bryan i ja postanowiliśmy tam pojeździć.

Pamiętam, że kilka sekund po przekroczeniu lin porwała mnie lawina.

Nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem, ale było to niezapomniane przeżycie. Nie słyszałem ani nie widziałem obrywu. Nagle zdałem sobie sprawę, że nie mam kontaktu z podłożem. Porwała mnie chmura śniegu. W takiej sytuacji nie masz żadnej kontroli, ponieważ zamiast naciskać na śnieg, aby uzyskać przyczepność nart, śnieg naciska na Ciebie. Najlepsze , co możesz zrobić, to utrzymać równowagę i pozostać w pozycji pionowej.

Lawina była niewielka i szybko się skończyła.

"Widzieliście tę lawinę?" Pamiętam, że o to zapytałem, kiedy już dotarliśmy do drogi.

"Ha, ha, to było niesamowite" - powiedział Brendan.

Nie wspomnieliśmy o tym ani słowem, gdy wracaliśmy autostopem do naszej szatni.

Kiedy wróciliśmy do Squaw Valley, Brendan i Bryan powiedzieli, że chcą zjechać jeszcze raz.

Nie wiem dlaczego, ale nie chciałem do nich dołączyć.

Ale wpadłem na pewien pomysł: Brendan i Bryan mogą ponownie zjechać na nartach, a ja podjadę po nich drogą, żeby nie musieli wracać autostopem.

Uzgodniliśmy plan i się rozeszliśmy.

Pół godziny później pojechałem samochodem w miejsce, w którym miałem odebrać Brendana i Bryana.

Nie było ich tam.

Czekałem kolejne pół godziny, zanim się poddałem. Sam zjazd zajmował około minuty. Wiedziałem już zatem, że się nie pojawią. Uznałem, że dotarli na dół przede mną i już wrócili autostopem.

Wróciłem do naszej szatni, będąc pewnym, że ich tam spotkam. Tam też ich nie było. Popytałem ludzi. Nikt ich nie widział.

Później tego samego dnia, około godziny 16:00, zadzwoniła do mnie mama Bryana. Pamiętam każde jej słowo.

"Cześć, Morgan, Bryan nie pojawił się dziś w pracy. Wiesz, gdzie on jest?" - zapytała.

Powiedziałem jej prawdę: "Dziś rano zjechaliśmy na nartach wzdłuż KT-22. On i Brendan zjechali jeszcze raz, miałem ich potem zgarnąć na drodze. Nie pojawili się jednak i od tamtej pory ich nie widziałem".

"O mój Boże" - powiedziała.

Mama Bryana była doświadczoną narciarką. Myślę, że w tym momencie ułożyła sobie w głowie możliwy scenariusz. Ja też.

Godziny mijały i wszyscy zaczęli się martwić.

Ktoś w końcu zadzwonił na policję i zgłosił zaginięcie. Policja nie potraktowała tego zbyt poważnie, sugerując, że Brendan i Bryan prawdopodobnie wymknęli się na imprezę.

Czułem, że to nieprawda. "Ich buty tu leżą" - powiedziałem, wskazując na buty sportowe Brendana i Bryana na podłodze szatni. "To oznacza, że mają na nogach buty narciarskie. Jest już dziewiąta. Zastanówcie się. Jest wieczór, a oni mają na nogach buty narciarskie". To był pierwszy moment, w którym wszyscy się rozejrzeli i zdali sobie sprawę, że wydarzyło się coś złego.

Około dziesiątej kazano mi udać się do straży pożarnej Squaw Valley, gdzie spotkałem lokalną ekipę poszukiwawczo-ratowniczą.

Wyjaśniłem po kolei, co Brendan, Bryan i ja zrobiliśmy tego dnia. Zespół poszukiwawczy wyciągnął wielkie mapy fotograficzne, które musiały zostać zrobione z helikoptera. Pokazałem im dokładnie, w którym miejscu wjechaliśmy na teren zabroniony.

Powiedziałem im o małej lawinie tego ranka. Gdy tylko o tym wspomniałem, zauważyłem, że ratownicy zaczęli składać wszystko w jedną całość. Pamiętam, że kiedy skończyłem mówić, dwóch ratowników spojrzało na siebie i westchnęło.

W środku nocy ratownicy wyruszyli na poszukiwanie Brendana i Bryana, zabrali ze sobą gigantyczne reflektory i psy poszukiwawcze.

Później dowiedziałem się, że gdy tylko wjechali na wyznaczony teren, odkryli świeże ślady po niedawnej lawinie. Lawinisko było ogromne, "jakby oderwało połowę góry" - powiedział jeden z ratowników.

Wróciłem do szatni około północy. Parking Squaw Valley może pomieścić kilka tysięcy samochodów. O tej porze było już pusto. Wszyscy pojechali do domów, z wyjątkiem dwóch samochodów zaparkowanych obok siebie: jeepa Brendana i terenówki chevy Bryana.

Próbowałem zasnąć na ławce w szatni, ale nie mogłem zamknąć oczu. Pamiętam, jak wyobrażałem sobie, że Brendan i Bryan wpadną zaraz do szatni i będziemy się śmiać z tego, że musiałem zadzwonić na policję, żeby ich znaleźć.

Przed dziewiątą rano szatnia była pełna narciarzy, rodziców, przyjaciół i rodziny, wszyscy zaoferowali pomoc. Szatnia stała się centrum działań poszukiwawczych.

Położyłem się z powrotem na ławce i w końcu zasnąłem.

Kilka minut później obudził mnie krzyk, wrzaski i zamieszanie.

Wiedziałem, co się stało. Nikt nie musiał tego mówić.

Wszedłem na drugie piętro, gdzie zobaczyłem mamę Bryana na kanapie. To ona krzyczała.

"Tak bardzo mi przykro" - powiedziałem we łzach.

Trudno opisać taki moment. Nie wiedziałem, co jeszcze mogę powiedzieć. Nawet dziś nie wiem, co mógłbym powiedzieć.

Psy poszukiwawcze wskazały miejsce w lawinisku, gdzie ratownicy za pomocą sond znaleźli Brendana i Bryana zasypanych pod sześciometrową warstwą śniegu.

Urodzili się w odstępie jednego dnia, a zmarli parę metrów od siebie.

Później tego dnia pojechałem zobaczyć się z tatą w pracy. Chciałem być blisko mojej rodziny. Spotkał mnie na parkingu i powiedział: "Nigdy nie byłem tak szczęśliwy na twój widok". To był jedyny raz w życiu, kiedy widziałem go we łzach.

Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak niewiele brakowało, bym pojechał wtedy z Brendanem i Bryanem.

Wtedy zacząłem się zastanawiać: Dlaczego tego ranka raz z nimi zjechałem, a potem odmówiłem drugiego zjazdu? Ta decyzja uratowała mi życie.

Milion razy się nad tym zastanawiałem. Nie mam pojęcia.

Nie mam pojęcia .

Nie ma na to żadnego wyjaśnienia.

Nie przemyślałem tego, nie oceniłem ryzyka, nie skonsultowałem się z jakimś ekspertem, nie rozważyłem za i przeciw.

To był kompletny fuks, przypadkowa i bezmyślna odrobina głupiego szczęścia, która stała się najważniejszą decyzją w moim życiu - o wiele ważniejszą niż każda przemyślana decyzja, jaką kiedykolwiek podjąłem - lub kiedykolwiek podejmę.

To moja osobista historia i być może Ty masz swoją. Ale jeśli się przyjrzysz, zauważysz, że wiele z tych historii opowiada o tym samym.

Podam Ci trzy dziwaczne przykłady na to, jak bardzo dzisiejszy świat opiera się na drobnych rzeczach, o których nigdy byś nie pomyślał.

Bitwa na Long Island była katastrofą dla armii George'a Washingtona. Dziesięć tysięcy żołnierzy zostało pokonanych przez Brytyjczyków i ich flotę liczącą czterysta okrętów.

Ale mogło być znacznie gorzej. Mógł to być koniec wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych.

Wystarczyło, by Brytyjczycy popłynęli w górę East River, a osaczone oddziały Washingtona zostałyby zniszczone.

Tak się jednak nie stało, ponieważ wiatr nie wiał w odpowiednim kierunku i żegluga w górę rzeki była niemożliwa.

Historyk David McCullough powiedział kiedyś w wywiadzie dla Charliego Rose'a: "Gdyby wiatr wiał w innym kierunku w nocy 28 sierpnia [1776 roku], myślę, że byłoby po wojnie".

"Gdyby tak się stało, nie byłoby Stanów Zjednoczonych Ameryki?" - zapytał Rose.

"Sądzę, że nie" - odparł McCullough.

"To wiatr nadał bieg historii?" - zapytał Rose.

"Absolutnie tak" - odparł McCullough.

Zobowiązany do oszczędności kapitan William Turner wyłączył czwartą kotłownię na swoim gigantycznym parowcu podczas rejsu z Nowego Jorku do Liverpoolu. Decyzja ta spowolniła rejs statku o jeden dzień. Była to irytująca zmiana, ale warta zaoszczędzonych pieniędzy, ponieważ branża transportowa zmagała się z problemem niskiej rentowności.

Ani on, ani nikt inny nie wiedział, jak brzemienna w skutkach okaże się ta decyzja.