p
Rozdział 1.
Piątek
Nietykalni. Tak wszyscy nazywali braci Hunter i Caldwell. A już na pewno takim przydomkiem dla nich posługiwała się Kennedy. A ponieważ była jedyną osobą w szkole, która ze mną rozmawiała, wierzyłam jej na słowo.
Przezwisko wzięło się prawdopodobnie stąd, że byli bajecznie bogaci. Od pokoleń. Nie musieli się tym chwalić. Ale to było widać po sposobie, w jaki się zachowywali. Patrzyłam, jak cała czwórka przechodzi obok mojej szafki.
A może przydomek wziął się stąd, że byli tak zjawiskowi, że z trudem można było oderwać od nich wzrok. James i Robert Hunter byli wysocy, ciemnowłosi i przystojni. Mason i Matthew Caldwell byli równie wysocy i przystojni, ale mieli jaśniejsze włosy, które wyglądały niczym utkane ze złotej przędzy. Miały ten sam kolor co bransoletki rolexów schowane pod rękawami ich marynarek.
Jednak niezależnie od tego, skąd wzięło się ich przezwisko, z pewnością było ironiczne. Uczyłam się w tej szkole dopiero tydzień, a już miałam ochotę ich dotknąć.
Dźwięk flesza aparatu fotograficznego sprawił, że przestałam się na nich gapić i skierowałam swoją uwagę na Kennedy.
- Co czytasz, Brooklyn? - zapytała, nie odrywając wzroku od swojego aparatu. Opierała się o szafkę obok mojej, zupełnie nie zwracając uwagi na przechadzających się tuż obok greckich bogów. Może za rok też już się nauczę, jak ich ignorować. Ale teraz bardzo trudno było mi się na nich nie gapić.
Zerknęłam na dół, na książkę trzymaną w dłoni.
- Jane Eyre - powiedziałam, a potem wsunęłam ją do plecaka razem z resztą książek, których będę potrzebować w weekend.
- Jaka przygnębiająca. Powinnaś przeczytać coś bardziej optymistycznego, nie sądzisz?
Roześmiałam się, ale to był trochę smutny i wymuszony śmiech. Nawet nie potrafiłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio naprawdę się śmiałam. Kennedy miała rację. Już kilka razy musiałam zaczynać od początku czytać tę książkę, ponieważ nie mogłam się skupić na jej treści. Nie dlatego, że była taka nudna, ale raczej dlatego, że trudno mi było się koncentrować na czyimś bólu, kiedy trawił mnie mój własny.
- To na zajęcia z angielskiego.
Podniosła wzrok znad aparatu.
- No to po prostu przeczytaj CliffsNotes.
Zaczęłam się na nią gapić. Żartowała czy co? Była tutaj tylko dlatego, że otrzymała stypendium. A ja dlatego, że mój wujek był woźnym w tej szkole i najwidoczniej prestiżowe szkoły i uczelnie prowadzą rekrutację, opierając się na koneksjach rodzinnych. Jednak mimo tego i tak musiałam mieć odpowiednią średnią ocen, żeby się tutaj utrzymać. Miałyśmy szczęście być w najlepszym liceum w Nowym Jorku. I chociaż nie byłam zachwycona tą szkołą ani większością snobów uczęszczających tutaj, to nie byłam gotowa, żeby zaczynać wszystko na nowo. Znowu. Dlatego nie zamierzałam ryzykować nieprzeczytania lektury tylko dlatego, że Jane Eyre była przygnębiająca.
- Nie mogę. I wiem, że ty też nie zaryzykujesz oceny niedostatecznej. Wątpię, żeby publiczne szkoły w pobliżu dawały takie aparaty na zajęcia. Albo żeby w ogóle miały zajęcia z fotografii.
Kennedy roześmiała się.
- Prawda? Kiedy robię zdjęcia na ulicy, bardziej obawiam się aresztowania za posiadanie tak drogiego aparatu niż tego, że zostanę napadnięta.
- Powinnaś bać się jednego i drugiego - odpowiedziałam. Byłam w tym mieście zaledwie od kilku tygodni, ale już doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, jak bardzo niebezpieczne to miejsce. Wycie syren nie pozwalało mi zasypiać w nocy. Zresztą i tak nie byłabym w stanie zasnąć.
- Szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby pan Thompson zbyt mocno się tym przejął. Gdybym z jakiegokolwiek powodu straciła ten aparat, pewnie dostałabym jakąś tam niewielką reprymendę, a zaraz potem nowy sprzęt. Korzyści uczęszczania do Empire High - powiedziała. A potem cofnęła się i podniosła aparat do twarzy. - A teraz uśmiech!
Potrząsnęłam głową.
- Muszę wracać do domu i zrobić coś do jedzenia na wieczór dla wujka, żeby miał, kiedy będę w pracy. W przeciwnym wypadku znowu weźmie coś na wynos.
I tak zrobiła mi zdjęcie.
- A co jest w złego w jedzeniu dań na wynos? My zawsze tak jemy, gdy mama pracuje do późna.
- Nie wyjdzie ci to na zdrowie.
- A ty robisz postępy i naprawdę zaczynasz pasować do tej szkoły - powiedziała. A potem podciągnęła spódnicę tak, jak robiły popularne dziewczyny. - Chrupki serowe? - zapytała i odrzuciła włosy. - Czym do diabła są chrupki serowe? Jem tylko lokalnie pozyskiwanego łososia, którego mój osobisty szef kuchni podaje mi na srebrnym półmisku.
Tym razem naprawdę się roześmiałam.
- Przestań! - powiedziałam tylko. I ona się zastanawiała, dlaczego każdy w tej szkole traktował ją jak społecznego pariasa. Absolutnie nie winiłam jej za to. Miała w sobie zbyt wiele charyzmy, żeby siedzieć cicho jak ja. To był jeden z powodów, dla których tak szybko się zaprzyjaźniłyśmy. Kennedy wręcz emanowała pewnością siebie i siłą. A ja tego potrzebowałam. Potrzebowałam jej. Ponieważ przez większość dni trudno mi było nawet oddychać.
Kennedy ponownie zarzuciła włosami.
- Ależ mówię serio... nawet nie tykam narzędzi kuchennych, więc jak mogłabym cokolwiek zrobić? Mam od tego ludzi.
- Którzy z pewnością wiedzą, jak używać noża i widelca.
- Nie jestem tego taka pewna. Ale zawsze możesz zapytać o to samą królową os we własnej osobie - powiedziała Kennedy i obciągnęła swoją spódnicę z powrotem na miejsce, gdy Isabella szła korytarzem w naszą stronę razem ze swoimi wrednymi psiapsiółkami.
- Już nie mogę się doczekać dzisiejszej imprezy - oświadczyła na tyle głośno, żebyśmy usłyszały. Prawdopodobnie dlatego, aby nam uświadomić, że nie zostałyśmy zaproszone. Do diabła, aż do tej chwili nawet o tym nie wiedziałam. I w sumie nic mnie to nie obchodziło. W starej szkole też nie chodziłam na imprezy, ponieważ pracowałam przez cały weekend. Tutaj byłoby tak samo.
Obcasy Isabelli stukały po korytarzu. Chodziła do ostatniej klasy w Empire High i cieszyła się podobnie złą sławą co Nietykalni. Z tym, że w odróżnieniu od nich ona nie wzbudzała szacunku. Raczej strach. Przynajmniej u mnie.
Skupiłam się na zapinaniu swojego plecaka, czekając, aż stukot tych obcasów wreszcie ucichnie. Miałam z Isabellą do czynienia raz. Zaledwie. Przyłapała mnie, gdy gapiłam się na Nietykalnych podczas lunchu. Naprawdę muszę skończyć z tym nawykiem, zanim wpakuję się w większe kłopoty niż tylko szyderstwa z jej strony.
Stukanie jej obcasów wreszcie ustało. Jednak tak nieszczęśliwie się złożyło, że zatrzymała się dokładnie przed nami. Podniosłam wzrok znad plecaka.
- Masz dziurę w bucie - powiedziała do mnie. A bardziej precyzyjnie: rzuciła to gdzieś obok mnie. Tak właśnie się czułam, gdy mówiła. Jakby nie do mnie. Ale gdzieś obok. Jej przyjaciółki zachichotały.
Spojrzałam w dół na moje trampki, chociaż już wiedziałam, o czym mówi. Z boku, w miejscu gdzie materiał odrywał się od gumowej podeszwy, była dziura. Miałam odłożoną wystarczająco dużą sumę pieniędzy, żeby kupić nowe buty. Jednak te dostałam na urodziny od mamy. A każda wymówka, aby być bliżej niej, była dobra.
- Nie słuchaj jej - poradziła mi Kennedy. - Jest po prostu zazdrosna, bo jej nogi wyglądają dobrze tylko w butach na niebotycznym obcasie, a twoje nawet w trampkach.
Isabella parsknęła śmiechem.
- Wyglądałabym jak milion dolarów nawet w tanich butach, ale ta szkoła jest chyba trochę za elegancka na to, nie sądzisz?
Spróbowałam się trochę wyprostować, chłonąc energię Kennedy. Ale nie miałam Isabelli nic do powiedzenia. Byłam w stanie skupić się tylko na tym, że moje buty wcale nie były tanie. Dla mnie pięćdziesiąt dolarów oznaczało wiele godzin pracy. Dla niej jakiś ułamek kieszonkowego. O ile bogaci ludzie w ogóle mieli kieszonkowe. Prawdopodobnie miała po prostu kartę kredytową bez żadnego limitu.
- Powinnaś wyrzucić to obskurne coś - powiedziała. - Są ohydne. Zaufaj mi, kochanie. Mówiąc ci o tym, tylko wyświadczam ci przysługę.
Moja mama tak do mnie mówiła, per kochanie. Ale nie w taki sposób. Jej głos był pełen miłości i ciepła. Boże, tak bardzo za nią tęskniłam. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu.
- Ale to nie jest powód do ryku - stwierdziła Isabella z uśmiechem pełnym pogardy.
Nic nie rozumiała. Jak mogłaby cokolwiek rozumieć? Miała wszystko. A ja miałam tylko wspomnienie miłości mojej matki, które z każdą chwilą stawało się coraz bardziej odległe. I wujka, którego ledwo znałam, a który mnie przygarnął. I parę tych zniszczonych trampek, których tak kurczowo się trzymałam, bo nie miałam niczego innego. Ale wciąż tam stałam. Stałam i znosiłam jej okrucieństwo, ponieważ nie chciałam, żeby zobaczyła, jak uciekam i płaczę.
Błysnął aparat Kennedy.
- Robisz mi zdjęcia do swojego projektu? - zapytała Isabella. - Jak miło.
- Nie, nigdy nie wzięłabym do swojego projektu kogoś z tak brzydką duszą - powiedziała Kennedy. - Chciałam tylko uwiecznić moment, gdy jesteś tak nieznośnie marudna.
Isabella przewróciła oczami.
- Chodź - powiedziała Kennedy i pociągnęła mnie.
Zamknęłam szafkę i zarzuciłam plecak na ramię. Słyszałam jeszcze w mojej głowie odbijający się echem śmiech Isabelli i jej przyjaciółek, gdy popchnęłyśmy zdobione drewniane drzwi frontowe szkoły. Zwykle lubiłam, gdy kończyło się lato i zaczynała jesień. Jednak w Nowym Jorku zmiana pór roku była trudniejsza do uchwycenia. Tutaj wszystko było z betonu. Tego popołudnia w powietrzu unosił się chłód, ale byłam pewna, że tylko ja go czułam.
- Wiesz, pewnego dnia pokażę Isabelli to zdjęcie - powiedziała Kennedy. - Przypomni sobie tę sytuację i będzie się wstydzić. Pewnego dnia pożałuje, że była taką suką bez powodu. Oprócz zwykłej złośliwości.
Może. Ale pewnie nie. Obejrzałam się przez ramię w nadziei, że nie wyjdzie za nami na zewnątrz i nie będzie mnie dalej torturować. Szkoła Empire High była usytuowana pomiędzy dwoma drapaczami chmur. Można by pomyśleć, że taka lokalizacja i bliskość dwóch olbrzymich budynków mogły powodować, że łatwo byłoby ją przeoczyć. Ale tak nie było. Budynek raczej wyróżniał się jakimś starodawnym urokiem. Niekończące się schody prowadzące do jego drzwi wejściowych dosłownie wykańczały codziennie moje uda. Samo wejście było ozdobione grubymi, marmurowymi kolumnami po obu stronach drzwi. Litery tworzące nazwę prestiżowej szkoły Empire High lśniły w słońcu. Byłam prawie pewna, że zostały wykonane z brązu. Budynek przypominał bardziej zamek niż szkołę. Za każdym razem, gdy wchodziłam po tych schodach, czułam się tu tak samo nie na miejscu, jakbym wchodziła do jakiegoś zamku.
- Po prostu poczekaj - powiedziała Kennedy. - Ona jeszcze się przekona. Pewnego dnia ty i ja będziemy bardzo bogate, a ona jeszcze będzie musiała się przed nami kajać. Ale my nie będziemy takimi zdzirami jak ona, gdy już będziemy miały morze pieniędzy.
Nic nie odpowiedziałam. Kiedyś chciałam być bogata. Kiedy mieszkałam w Delaware razem z mamą i ledwo wiązałyśmy koniec z końcem. Myślałam, że pieniądze mogą naprawić wszystko. Ale kiedy mama zachorowała, mogłam się koncentrować już tylko na upływającym czasie. I wiedziałam, że nie miałam go wystarczająco dużo. Przez długi czas tylko to było dla mnie najważniejsze. I wciąż to czułam. Tykającą bombę, która tylko czekała, żeby wybuchnąć. Ale czy to się nie stało już wtedy, gdy pochowałam mamę? Kiedy się tutaj przeprowadziłam? Kiedy zaczęłam chodzić do tej szkoły, do której tak bardzo nie pasowałam? Ale wciąż czułam i słyszałam to tykanie. Jakby za chwilę znowu miało się wydarzyć coś złego. Kolejna eksplozja, gdy ledwo trzymałam się na nogach po poprzedniej.
Patrzyłam, jak Nietykalni odjeżdżają mercem Jamesa. Chociaż przezwisko używane przez Kennedy dotyczyło całej czwórki, każdy w szkole wiedział, że w rzeczywistości nie byli Nietykalni. Ten tytuł należał do mnie. I innych stypendystów w tej szkole, takich jak Kennedy. My wszyscy byliśmy dla nich nietykalni. Ponieważ nie należeliśmy do ich świata. I nigdy nie będziemy.
Rozdział 2.
Piątek
- Gotowa do wyjścia? - zapytała Kennedy z kuchni.
Podskoczyłam i uderzyłam czubkiem głowy o półkę w szafie. Auć. Wciąż nie mogłam się przyzwyczaić do tego, że miała klucz do mieszkania mojego wujka. Nie wkurzałam się o to. Jej mama i mój wujek byli sobie bliscy, ponieważ od lat byli sąsiadami. I gdyby nie to, że się przyjaźnili, nigdy nie dostałabym się do jednoosobowego kręgu znajomych Kennedy. No, teraz dwuosobowego.
Weszła do mojej sypialni, jedząc jedno z wegetariańskich burito, które przygotowałam dla wujka.
- Kiedy jakoś udekorujesz sobie pokój? - zapytała pomiędzy jednym ogromnym kęsem a drugim.
Pomimo że była zdeklarowaną fanką śmieciowego jedzenia, najwyraźniej nie przeszkadzały jej przygotowywane przeze mnie potrawy.
- Nie mam czym - odpowiedziałam. Ale to nie była do końca prawda. Miałam całą masę zdjęć. Ale na większości z nich byłam razem z mamą. Teraz nawet sama myśl o niej wywoływała mój płacz. A co dopiero codzienne oglądanie jej uśmiechniętej twarzy? Odrzuciłam tę myśl i skończyłam czesać włosy w kucyk.
- Chodziło mi o jakieś plakaty czy coś w tym stylu, nie o wazony. Teraz to wygląda raczej jak pokój gościnny, a nie twój pokój. Musisz się tutaj zadomowić.
- Już się zadomowiłam.
- Wciąż masz nierozpakowane pudła - powiedziała i szturchnęła jedno z nich nogą. - Wydrukuję kilka zdjęć, które ci zrobiłam. Nic dziwnego, że się za dużo nie uśmiechasz. Czytać Jane Eyre i mieć beżowe ściany? Też bym była smutna.
Uśmiechnęłam się do niej najładniej, jak tylko potrafiłam. Ponieważ obie dobrze wiedziałyśmy, że to nie przez kolor moich ścian albo czytanie lektury tak trudno było mi być pogodną. I uwielbiałam ją za to, że nie wspominała o mojej matce.
- Gotowa do wyjścia? - Teraz to ja zapytałam.
- Jasne - odpowiedziała. Wciąż wpatrywała się w jedno z pudeł. - Chcesz, żebym pomogła ci się rozpakować, gdy wrócimy?
W pierwszej chwili pomyślałam, żeby się na to nie zgodzić. Ale był piątkowy wieczór. Czy normalne nastolatki nie umawiają się wtedy ze swoimi przyjaciółkami i nie spędzają tego czasu razem? Może choć na kilka godzin mogłabym o wszystkim zapomnieć.
- Byłoby super.
- No to fajnie - powiedziała, objęła mnie ramieniem i wyprowadziła z mojej małej sypialni.
- A tak przy okazji dziękuję za załatwienie mi tej pracy - powiedziałam. Kennedy pracowała w firmie cateringowej i dzięki niej ja też dostałam tę fuchę. Wujek upierał się, że nie muszę pracować. Ale kilka tygodni temu niespodziewanie pojawiłam się przed drzwiami jego domu i nie chciałam narażać go na większe koszty niż te, które już ponosił. Dlatego zamierzałam pomóc mu w opłacaniu czynszu, czy tego chciał, czy nie.
- Jeszcze mi nie dziękuj. To w zasadzie to samo co w szkole. Chodzenie z tacami i rozdawanie przekąsek, których nazw nawet nie potrafię wymówić, elicie tego miasta. Do tego nie mamy żadnych napiwków. Ale przysięgam, że to i tak lepsze niż kelnerowanie. Bycie kelnerką w Nowym Jorku jest okropne, ponieważ tutaj każdy kelneruje. Od aspirujących aktorów po pisarzy. I jeszcze przedstawiciele całej gamy zawodów mieszczących się pomiędzy nimi. Rotacja jest olbrzymia. Zanim dostałam tę fuchę, pracowałam w kilku restauracjach. Nienawidzę być zbędna.
- Zaufaj mi, nie jesteś zbędna - powiedziałam. Ja na przykład nie wiedziałabym, co bez niej począć.
Uścisnęła moje ramię, gdy wyszłyśmy na zewnątrz. Powietrze z dnia na dzień stawało się zdecydowanie chłodniejsze. Skuliłyśmy się razem i szłyśmy przez zatłoczone chodniki. Ledwo się znałyśmy, a ja już nie czułam się niezręcznie z naszymi chwilami ciszy. Czułam się z nią bardziej związana niż z jakąkolwiek z moich przyjaciółek w Delaware. Może dlatego, że one zamiast być przy mnie, kiedy było mi bardzo ciężko, po prostu patrzyły na mnie ze współczuciem. Poza tym Kennedy naprawdę wiedziała, co to znaczy stracić kogoś. Wujek powiedział mi, że kiedy była mała, zmarł jej tata.
- Powiesz mi, o co chodzi z tymi trampkami? - zapytała Kennedy. - Bo widziałam więcej par butów w jednym z twoich nierozpakowanych pudeł. I nie miały dziur.
- Te dostałam od mamy - powiedziałam, starając się nie zmieniać tonu głosu. Już raz dzisiaj dałam się ponieść emocjom. Musiałam bardziej nad sobą panować.
- Uważam, że są fajne.
- Dzięki - odparłam. To była idealna okazja, aby mogła mi zadać więcej pytań. Ale żadne nie padło. Byłam prawie pewna, że sporo wiedziała od swojej mamy, która zabroniła jej o cokolwiek dopytywać. Ale jeśli miałam z kimś o tym porozmawiać, to właśnie z Kennedy. - Tęsknię za nią - dodałam.
- Myślę, że pamięć jest lepsza od tęsknoty.
Usłyszałam "tak bardzo mi przykro" więcej razy, niż potrafię policzyć. Ale nigdy czegoś takiego. Tak naprawdę mógł mnie zrozumieć tylko ktoś, kto też stracił kogoś tak bliskiego.
- Co pamiętasz o swoim tacie? - zapytałam.
- Kto by pomyślał, że z twojego wujka taki plotkarz - odpowiedziała ze śmiechem. - Zawsze był taki cichy - powiedziała, spoglądając w niebo. - Razem z tatą zawsze lubiliśmy patrzeć w chmury z dachu. I pachniał cygarami. Uwielbiam ich zapach, chociaż nienawidzę palić. Uśmiecham się od ucha do ucha, gdy go czuję. A ty w ogóle pamiętasz swojego tatę?
- Nie. Nie znałam go. Mama powiedziała mi, że zostawił nas, gdy tylko się o mnie dowiedział.
- Ale dupek. Cóż, twój wujek jest jego całkowitym przeciwieństwem. Jest najmilszym człowiekiem, jakiego znam, nawet jeśli lubi trochę poplotkować. Jesteś prawdziwą szczęściarą.
Nie czułam się szczęściarą. Ledwo go znałam. Ale pozwolił mi u siebie zamieszkać, gdy nie miałam dokąd pójść. To chyba była życzliwość. Tak myślę, bo nigdy wcześniej jej za dużo nie zaznałam. Chyba powinnam się bardziej postarać, żeby go lepiej poznać. Dodam to do mojej niekończącej się mentalnej top listy rzeczy, które powinnam robić, aby nie być dla wujka utrapieniem.
- To jaką imprezę będziemy dzisiaj obsługiwać?
- Chyba urodziny jakiegoś starego bogacza. Kogo to obchodzi? Za trzy godziny będziemy już miały babski wieczór.
Zatrzymałyśmy się przed hotelem, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Już miałam wejść do środka, ale Kennedy ścisnęła mnie za ramię.
- Musimy wejść od tyłu - powiedziała.
Roześmiałam się, ale stanęłam, widząc wyraz jej twarzy.
- Mówisz poważnie? Mamy wejść wejściem dla... jakiejś służby?
- Nie. Wejściem służbowym. W którym wieku ty żyjesz? Na początku dwudziestego? Chodź, pokażę ci - powiedziała i pociągnęła mnie za hotel, w dół obskurnej bocznej uliczki. Tyły hotelu były praktycznie zaniedbane i zniszczone. Zardzewiałe drzwi były uchylone i wpuszczały trochę chłodnego powietrza do nieklimatyzowanego pomieszczenia dla personelu.
Spojrzałam raz jeszcze na główną ulicę. Szły nią w stronę hotelu kobiety w długich sukniach i mężczyźni w smokingach. A ja miałam na sobie dziurawe trampki i czarny fartuch. A wchodziłam do hotelu przez drzwi, które wyglądały, jakby były z jakiegoś horroru. Już się przyzwyczaiłam do bycia biedną. To nie była dla mnie żadna nowość. Ale nigdy wcześniej nie otaczali mnie ludzie tak obłędnie bogaci. I nigdy wcześniej nie czułam się tak bardzo nie na miejscu. Jak w tym mieście. Jak pośród tych ludzi.
- Obiecuję, nie będzie tak źle - powiedziała Kennedy, gdy przyłapała mnie na gapieniu się w tamtą stronę. - Traktują nas, jakbyśmy były niewidzialne. Widzą tylko te pyszne przystawki, które roznosimy.
Niewidzialne. Zdecydowanie byłyśmy już nietykalne. Ale z Kennedy u swego boku nawet mi to nie przeszkadzało. Wolałam być nietykalna z kimś takim jak Kennedy, niż siedzieć tam, w tych wytwornych fatałaszkach, z okropnymi ludźmi pokroju Isabelli. Przynajmniej nie musiałam jej oglądać aż do poniedziałku.
- A najlepsze jest to, że zazwyczaj na koniec imprezy zostają resztki, które są dzielone pomiędzy nas. Twoje kubki smakowe eksplodują. I praktycznie rzecz ujmując, nie jest to jedzenie na wynos. Zatem jest akceptowane przez Brooklyn.
Wykwintne jedzenie niekoniecznie wpisywało się w normy zdrowego jedzenia. Mogłam sobie tylko wyobrażać, jak do wszystkiego jest dodawane masło, żeby tylko lepiej smakowało. Aż bolało mnie w piersiach na samą myśl. A może bolało mnie dlatego, że chciałam wracać do domu. A nie do małego mieszkania wujka. Chciałam do domu. Do domu, którego już nie miałam.
Rozdział 3.
Piątek
Codziennie po powrocie do domu pracowałam w knajpce na końcu ulicy. Była mała i dość oryginalna. I z pewnością nie przygotowała mnie na to, co tu się działo. Chwyciłam mocno tacę w obie dłonie, gapiąc się, jak inni kelnerzy trzymają ją w jednej ręce. Nie dadzą rady utrzymać równowagi... Ups, robili to. I to perfekcyjnie.
Przesunęłam dłoń na podstawę tacy i podniosłam ją, próbując ich naśladować. Ci kelnerzy rzeczywiście byli idealnie wykwalifikowani do pracy tutaj. Taca, którą tak usilnie próbowałam utrzymać w równowadze, była pełna tartaletek z grzybami. Była ciężka i niewygodna, ale przynajmniej nie musiałam roznosić szampana niczym prestidigitator. W przeciwnym wypadku istniało raczej stuprocentowe prawdopodobieństwo, że wszystkie kieliszki wylądowałyby na podłodze. Albo na czyjejś wytwornej sukni.
- Gotowa na imprezę swojego życia? - zapytała Kennedy z uśmiechem. - Tylko żartuję, raczej na najgorszą. Odwalmy to i miejmy z głowy - dodała. A potem przepchnęła się przez podwójne drzwi z kuchni do sali balowej niczym wytrawna kelnerka.
Szybko podążyłam za nią, żebym nie musiała się siłować z drzwiami.
- Tartaletki z grzybami leśnymi - mówiłam każdemu, kogo mijałam. Trzymałam przy tym pochyloną głowę, jak na niewidzialną kelnerkę przystało. To było łatwe. Rozkoszowałam się niewidzialnością.
Po kilku minutach rozbolały mnie bicepsy od noszenia tej tacy. Jedynym pocieszeniem było to, że stawała się ona coraz lżejsza wraz z każdą rozdaną tartaletką. Już otworzyłam usta, żeby znowu powiedzieć "tartaletka z grzybami leśnymi", po raz chyba już setny, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Ponieważ właśnie wpatrywałam się w plecy Matthew Caldwella, który stał w dopasowanym smokingu podkreślającym jego umięśnione ciało. Nie musiał się nawet odwracać, abym wiedziała, że to on. Jasne włosy. Szerokie ramiona. I jakby tego było mało, jego starszy brat, Mason, oraz bracia Hunter stali obok niego, dzięki Bogu nie zwracając uwagi na mnie ani na moje śmierdzące tartaletki. Poza tym miałam czas, żeby dokładnie przestudiować tył jego głowy na zajęciach z przedsiębiorczości. Zapamiętałam to lepiej niż lekcje.
Aż coś ścisnęło mnie w żołądku, gdy się roześmiał. Wszyscy Nietykalni byli przystojni. Ale to Matthew miał w sobie coś takiego, co zawsze przyciągało mój wzrok. To przez niego gapiłam się na nich wszystkich podczas lunchu. I na korytarzu. I po szkole. Wywołał u mnie zły nawyk, który wpędzał mnie w kłopoty u takich dziewczyn jak Isabella. Co było naprawdę śmieszne. Przecież żaden z nich nawet na mnie nie patrzył. Nawet gdy proponowałam im małe, darmowe tartaletki.
Matthew zaczął odwracać głowę.
Cholera. Prawie pobiegłam w przeciwnym kierunku i o mały włos nie uderzyłam tacą w twarz Kennedy.
- Jezu, co ty wyprawiasz, Brooklyn? O mało co nie zmiotłaś z powierzchni ziemi mnie i moich trójkącików spanakopita.
Jakimś cudem udało mi się zachować równowagę, żeby utrzymać swoją tacę i odciągnąć Kennedy jak najdalej od chłopaków, których unikałam.
- Nietykalni są tutaj - wyszeptałam rozpaczliwie.
Irytacja na jej twarzy szybko ustąpiła miejsca zmartwieniu.
- O Boże, naprawdę? To trochę niezręczne. - Zerknęła przez moje ramię i westchnęła. - Przynajmniej nie ma Isabelli z jej świtą... - powiedziała i nagle urwała. - O nie, one też tutaj są.
Odwróciłam się i zobaczyłam, że pojawiła się Isabella. Bezwstydnie flirtowała z Jamesem, starszym z braci Hunter. W szkole zawsze był bardzo przystojny w obowiązkowym mundurku i krawacie. Ale w tym smokingu? Przełknęłam ślinę. Który nastolatek miał smoking i który wyglądałby w nim tak dobrze? Tylko Matthew.
Już miałam ponownie zwrócić swoją uwagę na Nietykalnych, na których nigdy po prostu nie mogłam się nie gapić, gdy James podniósł wzrok znad swojego kieliszka szampana. Trunku, którego ze względu na swój młody wiek nie powinien według mnie spożywać. Kiedy nasze oczy się spotkały, znieruchomiałam. Nie dlatego, że to był James Hunter. Ani dlatego, że pił jako nieletni, a ja go przyłapałam na gorącym uczynku. Ani nawet dlatego, że się uśmiechał. Do mnie. Ale dlatego, że poczułam bijący od niego ogromny smutek, który aż spłynął na mnie. Śmiały się jego usta, ale nie oczy. To był tak wymuszony uśmiech jak ten, na który ja się siliłam w szkole.
To zbrodnia, żeby ktoś tak przystojny był taki smutny. Może to przygnębienie było spowodowane faktem, że nie było z nim jego dziewczyny, Rachel. Albo dlatego, że Isabella tak bez skrępowania wykorzystywała sytuację, że był tutaj sam? Dopił resztkę szampana i chwycił kolejny kieliszek. A może nie tylko ja czułam się taka zagubiona na tej sali balowej. I przygnębiona. I ledwo trzymałam się na nogach.
James wypił kolejny kieliszek, a ja odwróciłam wzrok. Ostatnią rzeczą, o jakiej kiedykolwiek bym pomyślała, było to, że mogłabym się pod jakimkolwiek względem z nimi utożsamiać. Byli bogami w Empire High. Nie byli tacy jak ja. Prawda?
- Co robimy? - zapytałam.
Kennedy wzruszyła ramionami.
- Dalej jesteśmy niewidzialne. Jeśli nie rozmawiają z nami w szkole, tutaj tym bardziej nie będą. Poza tym prawdopodobnie nawet nas nie rozpoznają.
Miała rację. Byłyśmy tak samo niewidzialne jak na korytarzach naszego liceum. A uśmiech Jamesa nie wynikał z tego, że mnie rozpoznał, ale ze zwykłej uprzejmości. Bardzo smutnej uprzejmości. Był tylko jeszcze jeden problem.
- Ale... Isabella dzisiaj z nami rozmawiała.
- Tak, ale tylko po to, żeby nam pokazać, jaką jest suką. Ale nie będzie tego robić tutaj, przy tych wszystkich ludziach.
- Jesteś tego pewna? - zapytałam, ponieważ ja nie miałam takiej pewności. Nie uważałam, że sukowatość Isabelli dała się włączać i wyłączać na żądanie. Ona po prostu taka była. Spojrzałam w dół na moje dziurawe trampki. Motyle, które poczułam w brzuchu na widok Matthew, padły trupem.
- Oczywiście. Takie zachowanie byłoby równoznaczne z przyznaniem się, że w ogóle nas zna. Co byłoby prawdopodobnie upokarzające dla niej - powiedziała Kennedy. Musiała zobaczyć wyraz mojej twarzy, bo zaraz znowu dodała: - Zrzuć mi tutaj resztę swoich tartaletek i odpocznij chwilę na zapleczu. Zaraz do ciebie dołączę.
Zsunęłam moje tarty na jej tacę i ruszyłam w stronę kuchni. Moja reakcja na widok ich wszystkich była po prostu śmieszna. Wszystko, co powiedziała Kennedy, brzmiało naprawdę sensownie. Mimo tego jednak zaczęłam mieć problemy z oddychaniem. Oparłam się o ścianę w kuchni, próbując się uspokoić i przestać wariować.
- Wyrzuć to - powiedziała Kennedy.
Podskoczyłam. Dlaczego ona zawsze musiała się tak do mnie podkradać? Zaczynałam już myśleć, że zachowuje się niczym ninja.
- Co wyrzucić? - zapytałam. Właśnie bardzo się dzisiaj starałam, żeby niczego nie wyrzucić, szczególnie z mojej tacy.
- O co chodzi z tobą i Nietykalnymi? Proszę, tylko mi nie mów, że chcesz się stać jedną z nich. Jesteś na to zbyt miła.
- Tak naprawdę nie wiesz, czy są mili czy nie.
Uniosła brwi.
- Chodzę do Empire High od roku, a oni nigdy nie zamienili ze mną nawet jednego słowa.
- Cóż, a ty się do nich odezwałaś?
Roześmiała się.
- Trafna uwaga, punkt dla ciebie. Ale poważnie, o co chodzi?
Oparłam głowę o ścianę. Jak mogłam jej się przyznać do tego, że gdzieś w środku byłam jakaś odrętwiała? Że to mijało tylko wtedy, gdy w pobliżu ukazywał się Matthew, który sprawiał, że w moim brzuchu pojawiał się rój motyli? I że to była jedyna rzecz, która trzymała mnie przy życiu? Wiedziałam, jak to brzmi. Żałośnie.
- Nie przeszkadza mi bycie outsiderką, dopóki jesteś obok - powiedziałam. - Ale co jest złego w gapieniu się na nich? Są tacy przystojni.
- Nie ma nic złego w gapieniu się na takie chodzące ideały. Ale dać się na tym przyłapać? Pragnąć ich? Brooklyn, tacy faceci nigdy nie umawiają się z dziewczynami takimi jak my. To tak nie działa.
- James umawia się z Rachel. Powiedziałaś, że ona chodzi do publicznej szkoły.
- Tak... teraz spotyka się z nią. Ale wszyscy na tej sali doskonale wiedzą, że poślubi Isabellę.
Nie wiedziałam o tym. I ani przez chwilę w to nie wierzyłam. Ale potem przypomniałam sobie przeraźliwie smutny uśmiech Jamesa. Życie nie zawsze układa się tak, jakbyśmy tego chcieli. Wiedziałam o tym lepiej niż ktokolwiek inny.
- Tylko mi nie mów, że miałaś nadzieję, że James się ożeni z tobą? - powiedziała Kennedy ze śmiechem.
- Nie - odpowiedziałam. Nigdy nie mogłabym być z kimś, kto byłby tak smutny jak ja. Nie mogłabym mu pomóc, bo sama potrzebowałabym ocalenia. Skończyłoby się na tym, że razem poszlibyśmy na dno.
- O Boże. Czyli chcesz poślubić kogoś innego z tej paczki, prawda?
- Nigdy tego nie powiedziałam - odrzekłam. Odepchnęłam się od ściany. Małżeństwo? To zupełnie niedorzeczne. Moje życie nie było żadną bajką. Nie dorastałam, marząc o ślubie. Raczej myśląc o tym, że muszę sobie radzić sama. A faceci tacy jak mój ojciec czają się za każdym rogiem. Nie mogłam nawet powiedzieć, że Matthew nie był taki jak mój ojciec, ponieważ nigdy nie poznałam żadnego z nich.
Zaczęłam napełniać swoją tacę kolejnymi tartaletkami. Kennedy wyszła za mną z powrotem na salę balową. Trzymała się blisko mnie, gdy lawirowałyśmy pomiędzy gośćmi.
- To może Masona? - dopytywała. - Ja też nie miałabym nic przeciwko budzeniu się codziennie u boku tego przystojniaka.
Roześmiałam się.
- Nie marzę o poślubieniu żadnego z nich, zaufaj mi - powiedziałam. Ale zerknęłam na Masona. Tym, co wyróżniało Caldwellów, były szerokie ramiona, dzięki którym byli idealnymi gwiazdami futbolu w Empire High. Członkowie licealnej królewskiej drużyny, którzy mają na koncie zwycięstwa w mistrzostwach. Ale wcale nie potrzebowali tych zwycięstw, żeby być Nietykalnymi. Mason, starszy brat, sprawiał, że dziewczyny ze szkoły praktycznie błagały o spędzenie z nim nocy. Chociaż nie byłam tu zbyt długo, wiedziałam to, jeszcze zanim Kennedy mi powiedziała. Był rozwiązły. Obłędnie przystojny. I okropnie smutny. Po tym, jak zobaczyłam uśmiech Jamesa, odniosłam wrażenie, że mur wokół Nietykalnych zaczął się kruszyć. Byli bardziej podobni do mnie, niż myślałam. Widziałam w oczach Masona taki sam smutek, jaki mogłam dostrzec u Jamesa. Czy kiedy inni ludzie patrzyli na mnie, też go widzieli?
Takie dziedziczne bogactwo pewnie wiązało się z odpowiedzialnością, której nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić. Czy dlatego dwaj starsi bracia wyglądali na takich umęczonych? Ponieważ dźwigali na swoich barkach ogromny ciężar swojego bogactwa? To było coś, co mogło nas łączyć i do czego mogłam się odnieść. Ale mój ciężar nie był taki sam. Nie miał nic wspólnego z rodzinnymi zobowiązaniami. Przez lata moim ciężarem był czas. Dwa tygodnie temu wszystko się skończyło. A teraz? Moim brzemieniem wydawało się samo życie. Życie bez jedynej osoby, która kiedykolwiek mnie kochała.
Kennedy wykonała bardzo finezyjny obrót, zważywszy na to, że trzymała tacę z przekąskami, i znalazła się tuż obok mnie.
- W takim razie może chodzi o Roberta? Gdyby włożył ci pierścionek na palec, z pewnością sprawiłby, że codziennie byś się śmiała. O niego ci chodzi, prawda? Śmiech jest dokładnie tym, czego potrzebujesz. A ten chłopak jest taki wspaniały.
- Śmiechu mam pod dostatkiem - powiedziałam. To oczywiście nie była prawda. Kątem oka zerknęłam na Roberta. Tym, co wyróżniało braci Hunter, były ich ciemne oczy. Robert, młodszy z nich, był totalnym żartownisiem. Ciągle się śmiał i sypał żartami niczym z rękawa. Nigdy nie były one skierowane w moją stronę... za co byłam mu niezmiernie wdzięczna. Z jego ciemnych oczu biła radość życia. Ale teraz, gdy już odkryłam szczeliny w pancerzach Nietykalnych , miałam wrażenie, że Robert po prostu ukrywa się za swoim poczuciem humoru. Potrafiłam to zrozumieć. Ja, aby się ukryć, schodziłam z pola widzenia.
Nie potrzebowałam ani Roberta, ani większej ilości śmiechu. Chciałam tylko, żeby moja mama nie leżała sześć stóp pod ziemią, a nowa przyjaciółka porzuciła wreszcie ten temat.
Ale nic nie mogłam poradzić na to, że Matthew Caldwell wciąż przyciągał mój wzrok. Matt . Jego uśmiech obejmował także jego oczy. Był szczery i ciepły, nawet jeśli jeszcze nigdy nie był skierowany w moją stronę. A Matthew chodził w taki sposób, który pozwalał mi myśleć, że nie dźwigał na swoich barkach żadnego ciężaru. Był bardziej powściągliwy od Roba. Bardziej tajemniczy. Nie potrafiłam go rozszyfrować. Ale wydawał się taki... beztroski.
- Bingo.
Spojrzałam na Kennedy. Rękę opierała na biodrze, a jej taca była pusta.
- Jesteś zakochana w Matthew.
Otworzyłam usta, żeby zaprotestować.
- Nawet ze mną nie dyskutuj, Brooklyn. Poza tym już wcześniej to wiedziałam. Ślinisz się za każdym razem, gdy go widzisz w szkole.
- Nie ślinię się.
- Mam cię. - Wycelowała we mnie swój palec wskazujący. - W zasadzie właśnie się przyznałaś.
Roześmiałam się.
- Do niczego się nie przyznałam.
Światła zaczęły przygasać, a goście udali się do swoich stolików.
Kennedy chwyciła mnie za ramię i pociągnęła znowu do kuchni.
- Teraz musimy pomóc przy kolacji, ale nie myśl sobie, że porzucimy ten temat. Muszę znać wszystkie szczegóły.
Dla mnie temat został oficjalnie zamknięty. Próbowałam się skupić na tym, który kolor wizytówki pasuje do którego dania głównego. Byłam odpowiedzialna za stolik numer trzy. Szczęśliwy numer trzy. Musiałam tylko podać kolację oraz deser i mogłam iść do domu.
Zerknęłam tylko na mapę rozkładu sali, by sprawdzić, gdzie jest mój stolik, i wyszłam z kuchni. A niech to szlag, ładny mi szczęśliwy numerek. Przy stoliku, który miałam obsługiwać, siedział James z Robertem. Razem z Isabellą i jeszcze kilkoma parami dorosłych, najprawdopodobniej ich rodzicami. Spuściłam głowę i popchnęłam wózek do ich stolika.
Niebieska wizytówka oznaczała rybę. Czerwona stek. Zielona danie wegetariańskie. Postawiłam danie wegetariańskie przed Isabellą.
- Och, kochanie - roześmiała się. - Czyż to nie tragiczne?
Zmusiłam się, aby na nią spojrzeć. Wyglądała na ogromnie szczęśliwą pomimo wypowiedzianego przez siebie komentarza. Spojrzała na dół na moje buty, a ja poczułam, jak oblewam się rumieńcem.
- Jesteś nowa, tak? - zapytał Robert.
O Boże. Zauważyli mnie w szkole. Pewnie widzieli, jak się na nich gapiłam. Nagle zaczęłam żałować, że naprawdę nie jestem niewidzialna.
- Jestem Rob. To mój brat, James. I najwidoczniej już poznałaś naszego trolla. - Pokazał na Isabellę, która wraz z każdym kolejnym wypowiadanym przez niego słowem wyglądała na coraz bardziej wściekłą.
Jedna ze starszych kobiet siedzących przy stoliku odchrząknęła.
- Robert, wystarczy. Przestań rozmawiać z obsługą i zajmij się jedzeniem.
Rob przewrócił tylko oczami.
A ja się zaśmiałam. Naprawdę. Tak jak kiedyś, zanim wszystko straciłam.
- Z czego się śmiejesz? - warknęła Isabella. - Zajmij się swoją pracą.
Była okropnym człowiekiem. Ale miała rację. Stałam tam niezręcznie i rozmawiałam z gośćmi, jakbym była jedną z nich. A zdecydowanie nie byłam. Chwyciłam kolejne danie i przeszłam za krzesłem Isabelli właśnie wtedy, gdy ona je odsunęła, żeby wstać.