p

Nietrafiony prezent, czyli jak się uwolnić od zmory niewdzięczności - Agnieszka Pareto

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (25,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przepuść wszystko przez własne "sito"

Zanim przejdziesz do lektury kolejnych rozdziałów, pragnę poczynić pewne zastrzeżenie. To, co pojawi się na ich stronicach, to moja wersja (nie)prawidłowości procesu dawania i przyjmowania. Jakkolwiek uniwersalnie przedstawiane kwestie (za)brzmią, są wnioskami z moich własnych obserwacji zjawisk zachodzących w tym procesie, które tej obserwacji poddałam, zwabiona kryjącą się w nich - a konkretnie ich zastosowaniem w codzienności - szansą na uzdrowienie i opuszczenie stanu wieloletniego cierpienia z nimi związanego. A konkretnie - cierpienia związanego z błędami, które nieświadomie popełniałam - dając i przyjmując.

To nie zbiór porad, do których sugeruję Ci się zastosować, bo jak nie... to... Nie wypowiadam ich z pozycji "wiem lepiej". Zresztą, całkiem niewykluczone, że wiem gorzej albo nawet nie wiem wcale.

Dlaczego czynię to zastrzeżenie?

Aby z góry zaoszczędzić sobie i Tobie czasu i energii na zbędne dysputy czy mam rację czy nie i wytknięcie mi ewentualnych błędów. Na tak zwane "czepianie się". Tak mamy, dość powszechnie, zaprogramowany umysł - szczególnie w Polsce - aby szukać błędów i podkreślać je na czerwono grubym flamastrem. Udowadniać, że ja mam rację, a Ty jej nie masz, co w tym, któremu wydaje się, iż jest "atakowany", rodzi wyuczoną potrzebę obrony. Człowiek wówczas stawia opór i sam zaczyna atakować albo - jeśli dawno już uwierzył w wyższość opinii innych nad jego wrodzoną mądrością - wycofuje się z wymiany poglądów i gaśnie.

Nie atakuję, więc nie musisz się bronić. Nie wytykam Twoich błędów, więc nie musisz wytykać moich. Nie szukam racji i nie chcę jej nikomu udowadniać. Mogę się mylić w wielu kwestiach, ale też absolutnie nie o to mi tutaj chodzi. Chodzi mi o Twoje zatrzymanie się i refleksję. Pochylenie nad tym, co Ci to, o czym piszę, "robi". Zadanie sobie pytania, czy to może być prawda, a jeśli tak - to co ta prawda zmienia w Twoim życiu? I czy to wszystko prawda czy może tylko jakiś tego wszystkiego fragment? A może to fikcja od początku do końca?

Jakkolwiek zabrzmi czy zabrzmiałaby Twoja odpowiedź, dla mnie najistotniejsze jest - i to jest najważniejsza intencja tej książki - aby dotknąć tego, co w Tobie żywe tym, co dotknęło tego, co żywe we mnie. Co było i jest prawdą w procesie dawania i przyjmowania dla mnie. Niewykluczone, że jest i dla Ciebie i może dla wielu.

Książka ta powstała z potrzeby wypowiedzenia na głos tego, co od zawsze grało w duszy mnie samej i co od zawsze stanowiło istotę tego, dlaczego w życiu cierpiałam i dlaczego cierpieli inni, z którymi miałam okazję się w życiu zetknąć, ale co stało się dla mnie jasne dopiero po latach fizycznych i psychicznych tortur.

Nie jestem w stanie powiedzieć niczego, czego na głębokim poziomie już nie wiesz. Mogę jedynie przypomnieć Ci o tym, co zostało zapomniane. O tym, że to już dawno wiesz, da Ci znać zawsze poruszenie, z jakim odbierzesz jakieś moje słowa w tekście. Każda komórka Twojego ciała da Ci wtedy sygnał, że to jakiś ważny moment, którym potrzebujesz się z troską zająć. Jeśli chcesz. Zatrzymać i posłuchać, co ma Ci do powiedzenia Twoja dusza przez głośnik Twojego ciała.

Kiedy zaczynasz się zatrzymywać w odpowiedzi na sygnały Twoich uczuć - "ktoś" w głębi Ciebie oddycha z ulgą. Wreszcie ma szansę na zauważenie. Jego głos - ciche, pozbawione nadziei łkanie gdzieś w zakamarku Twojego serca - dostaje wreszcie szansę na ponowne włączenie do rodziny.

Ten głos, choć go nikt, łącznie z Tobą, od tak dawna nie słyszał, nigdy nie przestawał wywierać znaczącego wpływu na Twoje życie, niczym jednak zła wróżka z baśni o "Śpiącej Królewnie", której nie zaproszono na przyjęcie, stał się Twoją ciemną, bolesną stroną - tak samo głodną życia jak cała reszta, ale zmuszoną do życia ukradkiem - niechcianą, odrzuconą, wykluczoną, "brzydką", "niegrzeczną", niedopasowaną.

Przyszedł czas, aby zaprosić ją do wspólnego stołu.

To, co nam wpojono o dawaniu i braniu - nieuświadomione - hamuje przepływ życiodajnej energii

Traktujemy pewne "życiowe prawdy", na których opieramy swoje działania i w myśl których budujemy swoje zdrowie, relacje, majątek, karierę i wszelkie dziedziny, w których codziennie funkcjonujemy - jako aksjomat, podczas gdy wiele z nich jest w swojej istocie nieprawdą, która ma swoje nędzne skutki w naszym życiu i przynosi stres i frustrację.

Nietrudno wywnioskować, że nikomu to działanie w niezamierzonej, ale jednak - ignorancji - nie służy.

Jedną z takich "prawd", które wchłonęliśmy już w dzieciństwie, jest brak zaufania do uczuć w kontraście do rozumu (intelektu) i logiki.

Konsekwencją takich "nauk" jest dość powszechne wybieranie tego, co daje się "udowodnić" ponad to, co odczuwalne, ale co jest trudno, zwłaszcza drugiej stronie w dyskusji, która "tego" nie czuje, logicznie uzasadnić. Ofiarą tego zjawiska padają masowo dzieci, które wyczuwają prawdę, ale gdy stykają się z dorosłymi, którzy dawno już swoje uczucia wyparli i do uczuć dziecka odnoszą się lekceważąco, a nawet nierzadko wzgardliwie, rezygnują ze swojej racji w obliczu "wielkiego autorytetu". Dzieci, nie potrafiąc wyjaśnić logicznie swojego stanowiska, ulegają presji tego, co sugeruje dorosły i przyjmują jako obowiązujące i słuszne to, co jest wyłącznie logiczne z intelektualnego punktu widzenia. Uczucia dziecka mówią jedno, a... dorosły - drugie. Cóż więc ma począć nieszczęsne pacholę jak nie przyjąć retoryki rodzica (czy innego dorosłego opiekuna), w obawie, że jeśli postąpi inaczej - dorosły je porzuci. Albo przestanie kochać, co zresztą na jedno i to samo dla dziecka wychodzi.

Ciocia się tak postarała, a ty...

Sześcioletnia Krysia dostaje prezent od cioci - siostry jej mamy - która przychodzi z wizytą po powrocie z dalekiej podróży. Dziewczynka niepewnie przyjmuje spory pakunek, dziękuje i zamierza iść do swojego pokoju. Rodzice i ciocia nalegają jednak, żeby paczkę otworzyła przy nich. Mała waha się i widać, że jest temu dość niechętna. "No, nie rób cioci przykrości" - padające z ust mamy - nakłania dziewczynkę do przystąpienia do odpakowywania prezentu. Wpatrzone w nią z wyraźnym wyczekiwaniem oczy dorosłych jeszcze bardziej zdają się spowalniać jej ruchy. "Daj, pomogę ci" - mama, nie czekając na zgodę córki, wyjmuje z jej rączek pudełko i szybkim ruchem zdziera papier. Oddaje córce. "No, dalej, otwórz". Krysia otwiera i widzi lalkę - bobasa z bardzo bogatym kompletem akcesoriów. Ale Krysia nie lubi lalek. Nigdy nie lubiła. Woli pluszaki i samochody. Na jej małej buzi na widok lalki odmalowuje się smutek, rozczarowanie i lekka sztywność, jakby nie była pewna, co ma dalej zrobić. Jej mama, przenosząc wzrok na siostrę i widząc jej zesztywniałą w lekkim grymasie niezadowolenia twarz, tak jakby ta liczyła na zgoła inną reakcję siostrzenicy, ze słabo ukrywanym tonem złości w głosie zwraca się do dziecka: "No, moja panno, ciocia wiezie ci tę lalkę aż ze Stanów. Specjalnie dla ciebie, a ty co? Może tak choć odrobinę wdzięczności?"

Krysia stoi z wzrokiem wbitym w podłogę i nie może wykrztusić ani słowa, bo gardło ma dziwnie zaciśnięte.

"Wybacz, Ala" (mama zwraca się do siostry, jakby ponad głową Krysi). Przepraszam cię za jej zachowanie. To dziecko wychowuje się w zupełnie innych warunkach niż my. Ja za taką lalkę kiedyś dałabym się pokroić, a widzisz "ją"? Ty jej taki prezent, a ona ci foch. Zrobię ci kawy, nie przejmuj się. Chociaż, swoją drogą, to ja się trochę niepokoję tymi jej samochodami. Zachowuje się jak jakiś chłopak. Nie ma w ogóle koleżanek".

Krysia stoi cały czas, wmurowana w posadzkę przedpokoju, słuchając krzątaniny dorosłych. Jak przez mgłę słyszy słowa cioci: "Nic nie szkodzi. Rozumiem, że mogła jej się nie spodobać", ale już nie robią na niej wielkiego wrażenia. Coś się zmieniło. Ojciec jeszcze przez chwilę patrzy na nią z bezradnym wyrazem twarzy, po czym bez słowa dołącza do żony i szwagierki.

Kiedy tego samego roku Krysia w Wigilię Świąt Bożego Narodzenia dostaje kolejną lalkę, tylko wyczulone oko zdołałoby wyłapać moment, kiedy dziewczynka, zwrócona twarzą w stronę choinki, spod której wyjęła paczkę, przełyka łzy rozczarowania, bojąc się, że wzbiorą za mocno, tak że wszyscy je zobaczą. Na buzię "zakłada" wysilony uśmiech i rzuca w powietrze trochę nawet za bardzo entuzjastyczne "Dziękuję, Mikołaju!" Kątem oka widzi zadowolone, rozpromienione jej reakcją na prezent, wpatrzone w nią z uwagą oblicza mamy i taty, a jej małe serce pęka, choć sama nie wie dlaczego.

Od najmłodszych lat dzieci uczą się mówić nieprawdę - w środowiskach, w których ich szczerość bywa używana przeciwko nim. Uczą się być nieszczere, aby ratować własną skórę. Nie zdają sobie sprawy z tego, co robią i że to ich strategia na przetrwanie. Dorosły - nieświadomie i niefrasobliwie - wymusza na dziecku nieszczerość, aby to mogło nadal przynależeć do rodziny. Dziecko nie zawsze dosłownie słyszy tę "groźbę" oraz nie zawsze jest mu ona podawana wprost. Tak jednak interpretuje niezadowolenie dorosłego w sytuacji, kiedy ono czegoś pragnie, ale dorosłemu to jego pragnienie z jakichś powodów nie jest w smak. Szczególnie wtedy, gdy to, czego dziecko pragnie naciska bolesny odcisk z jego nieprzepracowanej przeszłości - przeważnie własnego dzieciństwa

Nieświadome prowokowanie dziecięcej nieszczerości nie zawsze przybiera formę niezadowolenia dorosłego wobec pragnień dziecka. Czasem wygląda zupełnie niewinnie. Na przykład gdy dziecko jest chwalone za pewne pożądane dla jego opiekunów zachowania, które jednak wymagają od niego nielojalności wobec samego siebie.

Lojalność wobec dorosłych skutkuje "nagrodą" - ich zadowoleniem i "dumą" z wyborów dziecka - której ceną jest jego wyparcie się siebie i swoich prawdziwych potrzeb. Z kolei okazanie lojalności sobie - wybór zgodny z tym, czego dziecko pragnie - oznacza "karę" - niezadowolenie dorosłych i lęk przed utratą ich miłości, czyli odrzuceniem - oraz poczucie winy i wstyd.

Mój ty rycerzu

Bartek jest najstarszy z trójki rodzeństwa. Jego ojciec jest handlowcem w dużej międzynarodowej korporacji i rzadko bywa w domu. Powodzi im się dobrze i w zasadzie, z materialnego punktu widzenia, niczego im nie brakuje. Bartek jednak często bywa przygnębiony. Ojciec przed każdym wyjazdem kładzie dłonie na jego ramionach i patrząc mu w oczy mówi: "Ty teraz jesteś mężczyzną w tym domu. Dbaj o mamę i siostry, kiedy mnie nie będzie. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby im się cokolwiek stało. Strzeż mojego skarbu, stary". I choć słowa te brzmią jak wielkie wotum zaufania dla jedenastolatka, jak powierzenie mu ważnej roli przez ukochanego tatę, chłopiec czuje przerażenie, a na jego barki spada przygniatający ciężar.

Mama, gdy za tatą zamykają się drzwi, tłumaczy sobie jego nastrój tęsknotą za ojcem i chcąc mu poprawić humor, wyznacza mu zadania z repertuaru, w których, w jej przekonaniu, chłopiec poczuje się "męsko" i odpowiedzialnie. Powierza mu opiekę nad rodzeństwem, kiedy wychodzi do sklepu, dopilnowanie ich przy odrabianiu lekcji, zjedzeniu obiadu, umyciu zębów... Po powrocie z pracy prosi o załadowanie zmywarki, wyniesienie śmieci, zdjęcie prania i wykonanie innych domowych prac. Po każdym dobrze wykonanym zadaniu nie szczędzi mu swoich pochwał i tuli serdecznie, czule mrucząc do jego ucha: "mój ty mężczyzno, mój ty rycerzu", przekonana, że chłopiec poczuje się wyjątkowy i wyróżniony na tle młodszych sióstr.

Bartek słyszy pochwały z ust matki nawet wtedy, gdy przychodzą do niej znajome na kawę, a ona chełpi się przed nimi, jakiego to ma "mężczyznę" w domu pod nieobecność męża i jaką w nim wyrękę i pomoc. Chłopcu jest miło to słyszeć i czuje się dumny, kiedy mama "narzeka" na infantylne zachowanie sióstr, z dziwną jednak lubością w głosie opowiadając koleżankom o ich figlach, psotach i kompletnym nieprzejmowaniu się niczym dla domu, z czym to Bartek sobie "tak świetnie radzi".

Jako już dorosły, trzydziestokilkuletni, żonaty i "dzieciaty" mężczyzna, Bartek jest wzorem pracowitości, anielskiej cierpliwości i dobroci dla wszystkich dookoła. Chwalony przez szefów, uwielbiany przez żonę i dzieci, znajomych i przyjaciół. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że od wielu lat Bartek cierpi na bezsenność i bez codziennej dawki farmakologii nie przespałby w jednym kawałku ani jednej nocy...

Szczerość dziecięca często nazywana jest niegrzecznością, co dziecku - póki jest małe - "się" łaskawie "wybacza" - ale gdy przechodzi ona na wiek nastoletni, a potem w dorosłość - używa się na jej określenie nieco grubszego kalibru słów, takich jak bezczelność, grubiaństwo, zarozumialstwo czy przemądrzałość. Szczerych ludzi unika się jak trędowatych, a szczerość uznana jest jako coś wysoce niewłaściwego.

To prawda, szczerość, zwłaszcza gdy nikt o nią nie prosi, potrafi taka być. My pomówimy jednak o szczerości, która jest nieszkodliwa, a co więcej - po prostu konstruktywna - i stoi na straży jednostki i całości, której ta jednostka jest integralną częścią. Chroni jej zdrowych preferencji. Staje w obronie tego, czego pragnie i odpiera "atak" przed tym, czego sobie nie życzy, a co jest jej narzucane w imię jej tak zwanego "dobra".

Pomówimy o takim rodzaju szczerości i o odmawianiu jej należytego miejsca w procesie dawania i brania po to, aby jej to miejsce przywrócić, tak aby wymiana między ludźmi przebiegała tak naturalnie jak niczym nie zmącone oddychanie.

Dlaczego boisz się szczerze mówić "nie", kiedy czegoś nie chcesz i "tak", kiedy czegoś chcesz oraz jak się "pozbyć" tego lęku?

"Gdyby każdy pokochał tylko sam siebie, to na świecie nie byłoby ani jednego człowieka, którego nikt nie kocha"[1].

Zagłębiając się w subtelności procesu dawania i brania i poznając jego naturę, uczymy się wiele o sobie samych. O tym, że czasem coś robimy z przymusu, a czasem odmawiamy sobie tego, czego pragniemy. Bo wierzymy, że tak trzeba. Że w dorosłym życiu nie jest już tak jak w dzieciństwie i dorosły wiek naturalnie wiąże się z ograniczeniami. I że nie można mieć wszystkiego, czego się chce i że trzeba robić rzeczy, na które się nie ma ochoty. Na tym polega odpowiedzialność dorosłego człowieka.

Nie kwestionując takich "prawd", idziemy przez życie z mozołem, niosąc na plecach ciężar i uważając za normalne to, że nie mamy siły ani wigoru. Myślimy, że to obowiązki nas tak przytłaczają. I życiowe przeciwności.

To jednak nie do końca tak jest. To, co tak naprawdę zabiera nam energię, to nasz wewnętrzny konflikt - tarcie jak jazda na zaciągniętym ręcznym hamulcu - w dzień i w noc. I będzie on działał w nas tak długo, dopóki nie rozpoznamy w sobie energożernych mechanizmów, które każą nam się powstrzymywać, gdy czegoś chcemy, albo popychać i zmuszać, kiedy nie.

Spróbuj pociągnąć opierającego się osła. Albo zatrzymać, kiedy zrywa się do biegu. Wyobrażasz sobie, ile to kosztuje energii? Jeśli nie żyjesz dotąd lekkim, szczęśliwym życiem, wymieniając się "prezentami" z całym Twoim otoczeniem, naturalnie i z wdziękiem - jest duże prawdopodobieństwo, że na każdym kroku próbujesz zatrzymać biegnącego albo popychać opierającego się osła w swoim wnętrzu. Nic dziwnego, że na nic nie masz siły ani nic Cię nie cieszy.

Istotne jest, aby siebie samego poznać i zrozumieć. Wydaje się oczywiste, że pragniemy poznać swoich partnerów czy przyjaciół, ale gdy przychodzi do nas samych - zakładamy, że już wszystko wiemy i nawet nie próbujemy tej wiedzy odświeżać ani rewidować. Jak byś się czuł(a), gdyby Twój partner stwierdził, że już Cię wystarczająco poznał i przestał się Tobą fascynować i odkrywać Cię każdego jednego dnia Waszej wspólnej drogi przez życie? Jak by Ci było mieć świadomość, że ktoś nie patrzy na Ciebie, tylko na to, co myśli, że o Tobie wie, choć Ty czujesz, że guzik wie?

Niefajnie, prawda?

Ale kiedy to Ty jesteś swoim własnym partnerem i tak traktujesz samego(ą) siebie, to jest "normalne". Założyłe(a)ś, że już wszystko o sobie wiesz, a... guzik wiesz.

Poznaj siebie. Jak dajesz i jak przyjmujesz. Co czujesz, kiedy masz na coś ochotę, ale Ci nie wolno? A co czujesz, kiedy nie masz ochoty, ale musisz?

Nigdy Cię nie ciekawiło, dlaczego tak jest? I czy - musi tak być?

Kiedy poznasz samego(ą) siebie, przyjdzie Ci łatwiej siebie zaakceptować (przyjąć tak jak jest - bez zmieniania czegokolwiek) i "polubić", a przynajmniej na początku - choćby przestać potępiać - za takie, a nie inne zachowania i reakcje. Kiedy poznasz lepiej siebie, staniesz się bardziej wyrozumiały(a) dla innych. Przestaniesz na nich cokolwiek wymuszać, stosując nieświadomy emocjonalny szantaż. Skończysz z wciskaniem im tego, czego nie chcą - bo po prostu mają inne preferencje lub - intuicyjnie wyczuwają nieszczerość Twoich intencji i "darów". Oraz w drugą stronę - będziesz w zgodzie z sobą nie pozwalał(a) na tego typu praktyki ze strony innych.