Rozdział 4
Finn
Od tamtej pory stałem się pełnoprawnym członkiem "przywództwa". Alfami byli Tate i Nike - to nie podlegało dyskusji. Ich "zastępcami", czyli Betami, była Beth oraz Rafael, choć ten nie był zmiennym. W sumie czułem, że człowiekiem też nie był, ale nie miałem dowodów. Poza tym człowiek w życiu nie przeżyłby pojedynku z Tate'em - i to tak zażartym, że przez pięć dni, obaj, gnili w skrzydle szpitalnym dochodząc do siebie.
Tymczasem ja...
- Status? - zapytała Nike już drugiego dnia po swoim powrocie do zdrowia.
Właśnie siedziały wraz z Beth i zaiwaniały jak szalone, by nadrobić wszelkie zaniedbania spowodowane "okresem kłótni" - jak go określaliśmy - oraz te, które powstały po tym, co ta dwójka głupków narobiła w czasie swojej "kłótni".
- Tak - potwierdziła Beth, jednak ja milczałem udając, że im pomagam, jednocześnie podsłuchując ich rozmowę, bo gadały o mnie. - Ty i Tate jesteście Alfami, ja jestem żeńską Betą.
- A Rafael męską Betą. Kapuję - rzekła Nike, lecz Beth zmierzyła ją wzrokiem.
- Czy to konieczne?
Stłumiłem śmiech.
Beth zawsze psioczyła na Rafaela, ale ja widziałem, że jest inaczej. Jej stosunek do niego był inny niż do reszty - podejrzewałem, że było to dla mnie oczywiste przede wszystkim dlatego, że miałem inny kąt patrzenia przez moją większą "wrażliwość" na emocje, jak pewnego razu określiła to Nike.
- To już zostało ustalone - stwierdziła Nike i ją po prostu zlała, wracają do dokumentów. - Jeśli masz jakieś zażalenia zgłoś je osobie, która się tym zajmuje.
Beth poderwała się wściekle.
- To działka Rafaela!
Nike udała, że się zastanawia.
- No taaak faktycznie. Zapomniałam. Wybacz.
Jednak w jej głosie nie było ani odrobinki przeprosin. Co więcej, po jej twarzy błąkał się wredny uśmiech.
Beth obserwowała ją wściekle, aż w końcu oparła dłonie na jej biurku, nachyliła się i powiedziała:
- Grasz coraz bardziej nieczysto.
Patrzyłem teraz otwarcie, coraz bardziej ciekaw, do czego to doprowadzi.
- Hm. Taak? Ja? Niee.
Stłumiłem śmiech, a Beth łypnęła na mnie groźnie.
- Ty się lepiej nie odzywaj.
Uniosłem poddańczo ręce i rzekłem:
- Na mnie nie patrz. Ja tu tylko sprzątam.
- Oboje jesteście straszni. Masz na niego zły wpływ - rzekła do Nike. - Dzieciak coraz częściej podłapuje od ciebie teksty.
- Przynajmniej mądrze gada.
I nagle wszyscy wybuchliśmy śmiechem - nawet Beth się śmiała, w końcu stwierdzając:
- Dobra, niech wam będzie. Ale i tak jesteście straszni - i wróciła do swojego biurka.
Spojrzałem na Nike, a ona na mnie. Puściła mi oko zza okularów i zadowoleni wróciliśmy do swoich zajęć.
Dwa dni później, kiedy z samego rana wszedłem do biura, w szoku aż stanąłem w przejściu.
Poprzedniego wieczoru Nike i Beth posłały mnie do łóżka, widząc, że zasypiam na siedząco i obiecały, że za niedługo pójdą w moje ślady.
Ale nie poszły - co więcej spały teraz obie na swoich biurkach, wyraźnie wykończone.
Nie chciałem je budzić - nie miałem pojęcia, jak długo pracowały.
Wszedłem jednak do środka i zerknąłem na biurko Beth, myśląc: "Boże, zrobiła wszystkie swoje zadania z tego miesiąca i prawie połowę roboty Rafaela".
Byłem taki zdumiony, że aż zajrzałem, jak wiele zrobiła Nike.
Jedno spojrzenie kazało mi usiąść i wbić zszokowany wzrok w gotową stertę... a przynajmniej do czasu, jak wyczułem, że budzi się Beth.
- Finn? - zaczęła zaspana, ale pokazałem jej, że ma być cicho, wskazując na Nike.
Kiwnęła zaspana głową i podeszła do mnie, szepcząc:
- Co to za papiery?
Nie musiałem mówić, bo ledwo na nie spojrzała i pisnęła:
- Jasny szlag!
Od razu zatkała sobie usta dłonią, a ja dodałem własną rękę i oboje spojrzeliśmy w tej samej chwili na Nike.
Ta mruknęła coś delikatnie, ale po chwili znów spała jak zabita.
Kiedy byliśmy pewni, że się nie obudzi, Beth zaczęła szeptać gorączkowo:
- Pamiętam że - jak wyszedłeś - wróciłyśmy do pracy, ale miałyśmy zaraz wychodzić. Nike mówiła co chwile, że zaraz, zaraz, więc pracowałam dalej, aż po prostu odpłynęłam. Jednak tych papierów było mniej. Kupka była mniejsza, o wiele!
Znów oboje zatkaliśmy jej usta, lecz Nike - na szczęście - nawet nie drgnęła.
Patrzyliśmy na nią dość długo, nie mogąc tego pojąć, jednak ja... po chwili zorientowałem się co czuję i uśmiechnąłem się.
Nigdy wcześniej nie byłem z nikogo tak dumny, jak z niej w tej chwili.