Spotkałam
cię
dzisiaj
na poczcie.
Długa
kolejka, dużo nerwów,
a ty
leżałeś tam sobie w wózeczku
i szczebiotałeś,
niepotrzebny jak
róża.
Nie
potrafisz sam zdobyć jedzenia, kupić ubrań ani
domu.
Jesteś
mały i słaby,
nie
potrafisz zaopiekować się innymi, ani nawet samym
sobą.
Nie robisz
zupełnie nic pożytecznego,
po prostu
leżysz tam,
jak róża
zbyt wcześnie rano.
Spowodowałeś, że się
uśmiechnęłam.
Później
pomyślałam:
kiedy
ostatnio się uśmiechnęłam,
w kolejce
na poczcie,
w czwartek
po południu, w deszczu?
I poczułam radość
z powodu
różnych niepotrzebnych rzeczy, jakie istnieją na
świecie.
Takich jak
róże.
I dzieci.
I uśmiech.
Po raz
pierwszy znalazłam się w szpitalu, gdy miałam
siedemnaście lat. Przebywałam wówczas na
zamkniętym, przeznaczonym dla ostrych przypadków
oddziale w szpitalu borykającym się z brakami
finansowymi oraz niedoborem personelu. Inni
pacjenci byli ciężko chorymi osobami, większość
chorowała już od wielu lat. Miejsce w szpitalu
przysługiwało jedynie ludziom z wyraźnymi
objawami psychotycznymi i stwarzającymi
zagrożenie, co do których istniała obawa, że
w najbliższej przyszłości wyrządzą poważną
krzywdę sobie lub innym. Byłam bardzo ciężko chora,
ale jeśli ktoś sądzi, że to wstęp do przerażającej
historii, to muszę go rozczarować. W czasie tego
pobytu na oddziale nie było mi źle. Oczywiście
strasznie było z moją chorobą, ale sam pobyt
w szpitalu odczuwałam jako znośny, z powodu
lekarki, którą mi przydzielono. Była młoda, dość
jeszcze niedoświadczona, ale pełna ideałów i mądra
- a przede wszystkim ludzka i dojrzała. Ponadto
miała cudowną zdolność dawania pierwszeństwa
rzeczom niepotrzebnym.
Jedno z naszych pierwszych
spotkań miało miejsce w świetlicy, gdzie siedziałam
i płakałam. Rozmawiałyśmy już wcześniej ze dwa
razy w pierwszym tygodniu mojego pobytu na oddziale
i powoli zaczynałyśmy się poznawać. Nie byłyśmy
umówione, ona po prostu przechodziła obok, spiesząc
się gdzieś w swoim białym fartuchu, w drodze ku jakimś
ważnym, znaczącym sprawom. Pamiętam, że zaskoczyło
mnie to, że zatrzymała się i zapytała, co się stało
i dlaczego płaczę. Jeszcze wówczas nie chorowałam
długo, zdumiała mnie jednak normalność jej
reakcji. Na tym oddziale łzy były interpretowane,
analizowane i oceniane i nieczęsto budziły
tylko proste pytanie: "Co się stało?". Nie wiem
dokładnie, co sprawiło, że odpowiedziałam jej
szczerze. Może obezwładniła mnie jej bezpośrednia
troska, może byłam zbyt smutna, aby się schować, a może
po prostu miałam siedemnaście lat. Odpowiedziałam
jej, że na dworze pada deszcz. Tyle w zasadzie mogła
zobaczyć sama, dodałam jednak - zgodnie z prawdą
- że uwielbiam moknąć na deszczu. Lubię poczuć
tysiące małych kropelek spadających mi na twarz
i przypominających, że jestem żywa. lubię odgłos
i zapach deszczu, bo sprawia, że czuję w sobie życie,
niemal tak samo jak wtedy, gdy tnę się do krwi i uzyskuję
dowód, że krew naprawdę we mnie płynie - czysta,
żywa krew. Deszcz to ważna część mnie. Niestety deszcz nie
był ważny dla żadnej z pielęgniarek mających w tym
dniu dyżur. Stwierdziły, że pogoda jest obrzydliwa,
a inni pacjenci byli tego samego zdania. Nikt nie miał
ochoty wyjść. A ja, która zawsze wybiegałam na dwór
w czasie takiej aury, teraz siedziałam po raz pierwszy
zamknięta jak więzień. Deszcz walił o szyby, których
nie można było otworzyć, a drzwi były zamknięte na
klucz. Jedyne co mogłam zrobić, to płakać. Oczywiście
nie byłam w stanie powiedzieć tego wszystkiego
lekarce, powiedziałam jednak dostatecznie dużo, aby
mnie zrozumiała. Zapytała, czy może mi zaufać i czy
jestem w stanie jej obiecać, tak na mur obiecać, że wrócę,
jeśli pozwoli mi teraz wyjść na krótki spacer. Dla mnie
było to oczywiste. Skoro ona była gotowa zrobić dla
mnie coś takiego, nie byłabym w stanie przysporzyć jej
kłopotów, uciekając - tego mogłam ewentualnie
spróbować innym razem, ale nie teraz, gdy dostałam
od niej taką szansę. Zadała mi, zdaje się, jeszcze
kilka pytań, upewniła się, że nie zrobię sobie
krzywdy, że samotne wyjście na deszcz nie spowoduje
jeszcze większego smutku i że to nie głosy każą
mi wyjść. Następnie poleciła pielęgniarkom,
żeby mnie wypuściły, i zapytała, czy potrzebuję
płaszcza przeciwdeszczowego. Doceniałam okazaną
mi przez nią troskę, ale jeszcze bardziej to, że będąc
przecież lekarzem, zaakceptowała jednak moje
pragnienie, aby przemoknąć na wylot. Uśmiechnęła
się tylko i życzyła miłego spaceru. A spacer
był cudowny. Brodziłam, taplałam się i pluskałam
w kałużach, uliczne lampy odbijały się w kroplach
wiszących na drzewach, a dno kałuż pokryte było
żółtymi, opadłymi liśćmi, wśród których wiatr
tworzył różnorodne wzory - przypominało
mi to czające się leopardy. Tuż przy szpitalu rósł
skrawek lasu, trudno właściwie było nazwać to lasem,
ale w końcu kilka drzew, kamieni, wrzosów i ziemi
wystarczy już do stworzenia soczystego zapachu
życia. Wśród poszycia kryło się kilka zapomnianych
czarnych jagód. Nikt inny nie wyszedł na dwór w taką
pogodę, a ja już i tak zostałam uznana za wariatkę,
mogłam więc spokojnie siedzieć sobie na kamieniu
pomiędzy drzewami i wrzucać w siebie jagody,
śpiewając przy tym na cały głos. Dzika, nieporządna
chwila wytchnienia od sterylnego, białego systemu
szpitala.
Ona się nie śmiała. Nie
argumentowała. Nie próbowała przemówić mi
do rozsądku. Ona tylko wyszła mi na spotkanie. Na
następnej terapii opowiedziałam lekarce
o Kapitanie i jego nieustającym gderaniu w mojej
głowie. Jakoś uwierzyłam, że ona nie będzie się z tego
śmiała. Skoro uważała, że można pójść na spacer
w ulewnym deszczu, być może nie wyda jej się głupie to, co
jej opowiem o Kapitanie. I nie śmiała się ze mnie. Tutaj
również wyszła mi naprzeciw. W taki oto sposób,
powoli, zaczęłyśmy się nawzajem poznawać.
Po pewnym czasie pozwoliła
mi na przepustki w ciągu dnia, abym mogła na parę godzin
pójść do szkoły. To było dobre, ale jednak męczące. To
naprawdę jest męczące
- wyjść z oddziału zamkniętego szpitala, gdzie
panują krzyki i leki, łóżka z pasami i zamknięte
na klucz drzwi, i spotkać się ze szkolną codziennością:
pulpity, książki, lekcje i pogaduszki. To
było jak dwie kompletnie różne planety, które co
chwilę w ciągu dnia dziko kolidowały ze sobą
w mojej głowie, przy akompaniamencie głośnego
huku i wywołując zamęt, tak że trudno było
nad tym wszystkim zapanować. Jednak lubiłam ten
system. Wolałam mieć jeden świat chory, a drugi
zdrowy i przeżywać ich ciągłe kolizje, niż
tkwić tylko w chorej rzeczywistości i tak to już
zostawić. Konflikty w moim umyśle nie pomagały
mi co prawda, ale chciałam, żeby choroba nie miała
świętego spokoju.
Pewnej nocy byłam
niespokojna, przestraszona i zła. Głosy ciągle
marudziły, Kapitan mnie nękał. Musiałam się
drapać, coś stłuc, uderzyć samą siebie - rozkazy
głosów zlewały się w mojej głowie w jeden
chaotyczny dźwięk - dźwięk, który nie chciał się poddać,
odpuścić, który ciągle i ciągle był słyszalny,
aż do chwili, gdy opanowała mnie panika i zaczęłam
rzucać się na ściany, na podłogę, do okien, na cokolwiek,
byle na co, byle gdzie. Jedyne, czego chciałam, to
uciec. Wyrywałam sobie włosy, chciałam zrobić dziurę,
przez którą chaos mógłby uciec, rozdrapywałam sobie
piersi, aby wyrwać kawałek ciała spomiędzy żeber,
co pozwoliłoby mi się pozbyć tego szalejącego
potwora, pożerającego mi serce, wrzeszczałam
z rozpaczy i wściekłości, aby odstraszyć potworne
hałasy w głowie, krzyczałam ze strachu, ponieważ
świat się walił, darłam się z bólu aż do chwili, gdy
nie miałam już odwagi krzyczeć dalej i zastygłam
w cichym przerażeniu. Dwie osoby trzymały mnie
mocno w czasie tej walki. Jedna pielęgniarka,
którą bardzo lubiłam, i moja lekarka. Godzina
za godziną, trzymały mnie przez całą noc. Moja
wątroba źle zareagowała na lekarstwa, które
mi podawano, i z tego powodu musiałam na razie
poradzić sobie bez pomocy chemicznej, a faza,
w której pomagała rozmowa, była już dawno za
mną. Pewnie wypowiedziałam jakieś słowa przez te
kilka godzin walki, nie pamiętam tego zbyt dobrze;
było tam tyle innych osób, które mówiły o wiele za
dużo. Wiedziałam jednak, że są tam, razem ze mną, że
nie jestem całkiem samotna w tej walce. Wiem również,
że mimo iż mijały godziny, była ciemna noc, a ja
nie ustawałam w wysiłkach zrobienia sobie krzywdy,
to te osoby obok nie zrobiły niczego, co miałoby na
celu sprawienie mi bólu. To mnie zaskoczyło. Nie byli
źli. Nie próbowali wpłynąć na mnie, abym "wzięła się
w garść", nie potrząsali mną - wręcz przeciwnie,
byli świadomie delikatni, starając się nie
wyrządzić mi krzywdy ani nie sprawić bólu. Pamiętam,
że lekarka pokazała pielęgniarce, w jaki sposób
ma mnie złapać za ramię, aby - jak się wyraziła
- "udaremnić jej ruch w punkcie wyjścia", unikając
dzięki temu "stosowania siły i sprawiania
jej bólu". Nie rozumiałam zupełnie, dlaczego
obchodzą ich takie głupstwa. Zasługiwałam na ból,
pragnęłam bólu, głosy mnie wykańczały. Kapitan
mnie dręczył, sama się dręczyłam, nie rozumiałam
więc, dlaczego kogokolwiek obchodzi, aby mnie
nie uszkodzić. Było to beznadziejne, idiotyczne
i niezrozumiałe - i nieskończenie wprost
błogie.
W końcu chaos ustąpił
i udało mi się zasnąć. Wszyscy poszli, ale najpierw
lekarka powiedziała mi, że będzie musiała stawić
się na porannej odprawie, mimo że nie spała przez pół
nocy, i oczekuje, że ja również pójdę do szkoły tak
jak każdego innego dnia. Tak też zrobiłam. To nie była
kara. Wymagała ode mnie tyle samo, ile od siebie. Jej
oczekiwanie dotyczyło normalności i sprostania
swoim zadaniom, był to spokojny wymóg nadziei: Teraz
jest fatalnie, ale to przejdzie. Jutro będziesz znowu
w szkole. Życie toczy się dalej również po bolesnych
kryzysach. Nie, to nie była kara. To była właśnie
nagroda.
Byłam w gruncie rzeczy zbyt
młoda na pobyt na tym oddziale i moja lekarka nigdy
o tym nie zapominała. Ciągle jeszcze nie miałam
osiemnastu lat i zapewne dlatego nie chciała, żeby
stosowano wobec mnie mechaniczne środki przymusu, gdy
byłam niespokojna. Uważała, że nie jestem jeszcze
na to wystarczająco dorosła, i powiedziała,
że wolą raczej przytrzymać mnie rękoma, jeśli
okaże się to konieczne. Dzieci nie powinno się
zapinać w pasy. Zdaje się, że pielęgniarkom nie
bardzo się to podobało, w ten sposób często miały
więcej pracy, stosowały się jednak do wydanych
poleceń. W późniejszym okresie wielokrotnie
leżałam zapięta w pasach i chociaż na początku
się tego bałam, to po pewnym czasie nauczyłam się
akceptować bezpieczeństwo, jakie wynikało
z odebrania mi możliwości samookaleczenia
się i zmuszenia mnie do chwili pauzy. Nigdy tego
nie lubiłam, ale zawsze to rozumiałam. Cieszę się
jednak, że nie doświadczyłam tego zbyt wcześnie i że
podczas pierwszego pobytu w szpitalu nie zostałam
zapięta w łóżku z pasami. Miałam bowiem dopiero
siedemnaście lat, a siedemnastolatki, nawet
jeśli są bardzo wyrośnięte, to faktycznie nadal
pozostają dziećmi.
Chciałam zostać na
oddziale. Było mi tam dobrze i odczuwałam,
że jestem leczona. Był to jednak oddział dla
ostrych przypadków i wkrótce przeniesiono mnie
w inne miejsce, które podobno miało być dla mnie
lepsze, ze zdolnymi fachowcami i większymi
zasobami finansowymi. Powiedziano mi, że tam
otrzymam odpowiednie leczenie i że będzie mi tam
dobrze. Tymczasem na nowym oddziale spotkałam się
głównie z przemocą, walką i karą. Tam chwytano
mnie mocno, w nielogicznych zmaganiach, których celem
było zmuszenie mnie do posłuszeństwa. Mieli tam
taką teorię, że wtedy, gdy jestem niespokojna,
należy sprawić mi ból, aby mnie spacyfikować,
i że jeśli tylko ten ból będzie dostatecznie
duży, to poddam się i nie będę więcej walczyć. To
była oczywiście zupełnie szalona teoria. Może
za wyjątkiem krótkiego pacnięcia w ucho w razie
histerii, ból fizyczny nie ma żadnego wpływu na
przeżywanie lęku - zamiast uspokoić się można co
najwyżej zacząć się bać jeszcze bardziej. Powinno
to być dla wszystkich oczywiste, a jednak oni tego nie
rozumieli. Wieczorami płakałam cicho pod kołdrą,
tęskniąc za moimi dawnymi pielęgniarkami
i lekarką. Wstydziłam się tego smutku, gdyż
wiedziałam, że byli to tylko specjaliści, że tak
naprawdę nie łączą mnie z nimi żadne relacje,
i czułam, że w związku z tym zupełnie nie mam prawa za
nimi tęsknić. Mimo to tęskniłam. Opłakiwałam
ich utratę i jednocześnie pielęgnowałam w sobie
wspomnienie o nich jako pewną ciekawostkę. Na tym
oddziale najwyraźniej zgadzano się w pełni z moimi
głosami, że zasługuję na wszystko, co najgorsze. To
zjawisko rozumiałam znacznie lepiej niż zachowania
przyjazne, a jednak to przyjaźń właśnie pamiętałam
z nadzieją. W pierwszym szpitalu uważali, że jestem
warta czegoś innego. Nigdy im nie uwierzyłam, ale zawsze
przywoływałam to wspomnienie jako pociechę.
W psychiatrycznej służbie
zdrowia związek między tym, co robimy, a tym, co mówimy,
jest często niejasny. Gdy byłam chora, przeżyłam
zabranie z domu przez uzbrojonych policjantów,
transport do miejsca, gdzie zupełnie nie chciałam zostać,
i zamknięcie w nim na klucz, rewizję osobistą
i odebranie mi części moich rzeczy. Mówiono mi,
że wszystko, w co wierzę, i wszystkie moje poglądy są
nieprawdziwe, i że nie zostanę wypuszczona, dopóki
sama tego nie przyznam. Musiałam zaakceptować
mnóstwo reguł i ograniczeń, dotyczących
między innymi rozmów telefonicznych, odwiedzin,
słuchania radia i oglądania telewizji oraz ogólnie
kontaktów z innymi ludźmi. Wprowadzano to wszystko
po to, aby mi pomóc. Czasami chcąc chronić człowieka
przed nim samym, trzeba zastosować działania ostre
i zdecydowane. A jednak trudno jest uznać, że takie
działania przyczyniają się do powstania zaufania,
poczucia bezpieczeństwa i otwartości. "Zabraliśmy
cię siłą, zamknęliśmy na klucz, o wszystkim
decydujemy za ciebie - teraz możesz się
rozluźnić i nam zaufać; jesteś nieskończenie
wartościowa, troszczymy się o ciebie i chcemy tylko
twojego dobra". To brzmi fałszywie i nie zostałoby
zaakceptowane w żadnych innych okolicznościach. Nikt
nie może żądać, aby ofiara ufała swoim porywaczom
i ich lubiła. Nikt nie uważa za oczywiste, że
przestępcy będą otwierali się przed policjantami
i zwierzali im i aby więźniowie sumienia natychmiast
akceptowali punkt widzenia dyktatora. Zatem jak
możemy się spodziewać, że zagubiona, wrażliwa,
przestraszona i podejrzliwa osoba, o której wiemy,
iż ma trudności ze zorganizowaniem swoich myśli
i zrozumieniem społecznych zależności, pojmie,
że chcemy jej dobra, w sytuacji, gdy to ją bardzo
boli? Nie możemy tego oczekiwać. A jednak tak
właśnie zakładamy. Bo łatwo zapominamy o tym,
żeby spojrzeć na świat również od drugiej strony. My przecież dobrze wiemy, czego chcemy, wiemy, że nasze
pragnienie pomocy jest szczere i że nie chcemy zrobić
krzywdy. Uważamy za oczywistość, że wilki, stworzenia
z kosmosu, spisek oraz natarczywe głosy nie istnieją,
i łatwo zapominamy o tym, że nawet, jeśli mamy
rację, to nasza prawda przedstawia niewielką wartość,
jeśli nikt jej nie podziela. Nie ma żadnego znaczenia,
że wiem, iż chcę twojego dobra, bo jeśli nie uda mi
się spowodować, abyś to zrozumiał, to i tak mi nie
zaufasz. Nikogo nie można zmusić do zaufania. Poczucia
bezpieczeństwa nie można narzucić. Na czyjeś
zaufanie i na poczucie bezpieczeństwa musimy
zasłużyć. My, ludzie, poczucie to wiążemy zazwyczaj
z innymi ludźmi. Nigdy nie dostrzegałam żadnego
znaczenia w stwierdzeniu, że ktoś "chce tylko mojego
dobra" i że "to przecież jest szpital". W owym czasie
gotowa byłam przyjąć, że po korytarzach biegają
swobodnie wilki, tak w szkole, jak i w domu, a ja
codziennie odbierałam rozkazy od niewidzialnych,
osobistych dyktatorów. Abstrakcyjne pojęcia i idea
"szpitala, jako miejsca, gdzie człowiek jest leczony",
nie zawierały już żadnego znaczenia. Byłam
świadoma, że inni ludzie otrzymywali w szpitalu
pomoc. Ale wiedziałam też, że zwykłe zasady przestały
obowiązywać. Nie byłam w stanie polegać na
ogólnikach ani abstrakcjach, bo świat nie był już taki jak
przedtem. Tym, co mi jeszcze pozostało, były konkretne
spotkania z ludźmi. Oczywiście łatwiej było
poczuć się bezpiecznie w miejscu, gdzie już wcześniej
byłam dobrze leczona, niż tam, skąd miałam same złe
wspomnienia. Gdy jednak przychodziło co do czego, to
decydująca stawała się obecna sytuacja, a dobre
lub złe wrażenia mogły zawsze ulec zmianie w kontakcie
z poszczególnymi osobami.
Szwedzki psycholog Alain
Topor przeprowadził wiele badań na temat tego,
co pomaga ludziom z poważnymi zaburzeniami
psychicznymi w ich procesie zdrowienia (Borg, Topor,
2003; Topor, 2004). Zastosował przy tym niezwykle
prostą a zarazem genialną strategię: po prostu
pytał ludzi, którzy wcześniej byli poważnie chorzy,
lecz ich stan zdrowia znacznie się poprawił, lub wręcz
wyzdrowieli, o to, co - ich zdaniem - pomogło im
najbardziej. Jedna z najważniejszych odpowiedzi,
jakie uzyskał, brzmiała: lekarze, którzy mieli
odwagę wychodzić poza ustalone ramy, jeśli było
to konieczne dla zapewnienia pacjentowi poczucia
zrozumienia i szacunku. Wiele osób opowiadało
o całkiem zwykłych, codziennych drobnostkach:
o pielęgniarce otulającej pacjenta ciepłym
kocem czy podającej filiżankę herbaty wtedy, gdy
człowiek płacze i się boi. Liczni pytani wspominali
też o czasie i dostępności - o lekarzach, dla
których najważniejsze były rozmowy z pacjentem,
nawet wtedy, gdy na oddziale działy się różne inne
absorbujące rzeczy. Inni opowiadali o poczuciu
równości doświadczanym w sytuacjach, gdy lekarze
nie odmawiali przyjęcia od pacjenta prezentu,
bez względu na to, czy był konkretny, czy bardziej
symboliczny. A jeszcze inni mówili o wielkiej
wartości łamania ustalonych zasad w niektórych
wypadkach: o lekarzach, którzy potrafili rozmawiać,
nie zapisując jednocześnie nic w historii choroby,
nie biorąc zapłaty za wizytę, albo o takich,
którzy postępowali wbrew przyjętym powszechnie
praktykom i na przykład kontynuowali leczenie
pacjenta mimo zmiany miejsca pracy. W podsumowaniu
tych odpowiedzi Topor kładzie nacisk na znaczenie
poczucia bycia wybranym, dostrzeżonym
i szanowanym, a także poczucia wzajemności
oraz na rozwój relacji, gdy człowiek czuje się dobrze
potraktowany. To wszystko brzmi przecież bardzo prosto,
nikt z nas nie lubi być traktowany jak reprezentant
jakiejś grupy, wolimy czuć się zauważeni jako
wyjątkowe indywidualności, którymi przecież
jesteśmy. Jeśli w kimś ma się odbudować poczucie
własnej wartości, to wrażenie, iż jest się wybranym
i wyjątkowym bardzo temu sprzyja. W powieści
Bygdebarn heime og p? soetra (Wiejskie
dzieci w domu i na pastwisku) Marie Hamsun opisuje
gromadę rodzeństwa podążającego za matką
na letnie pastwiska. Matka prosi najstarszego syna
Olego o przyniesienie wody, a ponieważ prośba ta
przychodzi w chwili, gdy Ola zajęty jest czym innym,
nie jest on z tego powodu zadowolony. Trochę lepiej
robi mu się, gdy matka obiecuje mu - w podziękowaniu
za pomoc - łyżkę śmietanki na kolację. Rusza do
źródła z wiadrami. Ale nie uchodzi jeszcze daleko,
gdy już zawraca, aby zapytać matki, czy tylko on
dostanie śmietanki, czy rodzeństwo także. A matka
odpowiada, że zamierzała dać trochę wszystkim,
i uzasadnia swoją decyzję, wymieniając wszystkie
prace wykonane przez pozostałe dzieci. Ola zmuszony jest to
przyjąć, ale robi to niechętnie, ponieważ "odrobina
śmietanki miała znacznie większą wartość, gdy reszta
rodzeństwa stała wokół i zazdrościła".
Jest różnica
pomiędzy byciem wybranym a byciem w tłumie,
i - jak pokazują ankietowani przez Topora
- można zrobić z tego użytek terapeutyczny,
powodując u człowieka wzrost poczucia własnej
wartości. W przychodniach i innych miejscach,
gdzie terapeuta i pacjent spotykają się
na indywidualnych sesjach, jest to niezwykle
użyteczne. Na oddziałach szpitalnych i w ośrodkach
pobytu dziennego sprawa nieco się komplikuje,
bo matka Olego przecież też miała rację: Należy
wziąć pod uwagę jednostkę, ale jednocześnie nie
można zapominać o potrzebach innych. W idealnym
świecie wyglądałoby to oczywiście tak, że
każdy zostałby wybrany przez kogoś innego,
a pracownicy mieliby wśród pacjentów swoich
ulubieńców i w ten sposób każdy pacjent byłby
najważniejszy, szczególny, jedyny przynajmniej
dla jednej osoby z personelu. Z moich doświadczeń
wynika, że rzeczywistość nie jest tak idealna. Często
zdarza się, że cała grupa pracowników lubi kilku
pacjentów, wokół kilku innych zawsze są konflikty,
paru kolejnych jest trochę lubianych, ale niektórzy ich
nie znoszą i na końcu są pozostali, których w gruncie
rzeczy nie lubi nikt. Otrzymują co prawda opiekę,
pomoc i leczenie, ale nie są przez nikogo wybrani. Po
prostu są. Ja miałam okazję bycia w obu rolach:
najpierw młodej pacjentki, dla której choroba była
nowym doświadczeniem, z "ciekawymi" objawami
i umiejętnością wypowiadania się. Wówczas byłam
wybrana przez wiele osób i czułam, że przyznano mi
priorytet, że poświęca mi się sporo czasu, spacerów,
rozmów, zainteresowania oraz uwagi. Przeżyłam
także wieloletni okres bycia chronicznie chorym,
napakowanym ciężkimi lekarstwami człowiekiem bez
sił i nadziei. Wówczas nie byłam przez nikogo wybrana,
nie troszczył się o mnie nawet mój lekarz pierwszego
kontaktu. Otrzymywałam bardzo niewiele, a na
pewno nic dodatkowo, i nie miałam żadnego powodu,
aby poczuć się kimś szczególnym. Stanowiłam tylko
część ekranu, jedną z tych osób, na których tle wybrańcy
mogli zobaczyć, że dostają więcej. Świat jest trudny,
życie jest brutalne, trzeba jakoś nauczyć się z tym
żyć, ale tak sobie myślę, że - z terapeutycznego
punktu widzenia - samopoczucie Olego nie powinno być
chronione poprzez to, że brat dostanie mniej, a różnica
zostanie im obydwu dobitnie pokazana. Lepiej chyba
wymyślić inny sposób.
Ankietowani przez Topora
podkreślili również znaczenie umiejętności
odejścia pracowników służby zdrowia od
obowiązujących procedur, zrobienia czegoś
szczególnego, może nawet złamania zasad. To
jest bardzo ważna informacja - zarówno fakt,
że w ogóle istnieje personel, który robi takie
rzeczy, jak i fakt, że przynajmniej część pacjentów
odbiera takie działania pozytywnie. Zapewne ma to
związek z poczuciem bycia kimś wyróżnionym - chory
rozumie, że lekarz nie postępuje tak zapewne wobec
wszystkich, a to daje poczucie bezpieczeństwa
i wspaniałe wrażenie bycia poważnie
potraktowanym. Jednocześnie jest to zawsze odrobinę
niebezpieczne, gdy pojedyncze osoby wychodzą
poza przyjęte zasady i zaczynają podążać
własną ścieżką. Może stanowić początek czegoś
pięknego, zalążek rewolucji - wielkie i ważne
historyczne zmiany zaczynały się często od tego, że
ktoś postanowił wyłamać się z przyjętych zasad
i spróbować czegoś nowego. Może to być także
początek czegoś negatywnego - przestępstwa
i przemoc również zaczynają się zwykle od tego, że
ktoś uważa, iż nie obowiązują go ogólnie przyjęte
zasady lub że dana sytuacja usprawiedliwia złamanie
prawa. Dobrze byłoby przyjąć regułę, że wszystko
jest w porządku dopóki działa się wbrew zasadom ze
względu na dobro pacjenta, na podstawie fachowej oceny,
co jest niezbędnym i najlepszym dla niego sposobem
leczenia i z bezpośrednią lub pośrednią jego
zgodą. Ale terapeuci są też tylko ludźmi i mogą
ocenić sytuację całkowicie błędnie. Koleżanka
psycholog opowiedziała mi kiedyś, że w pewnym
okresie - gdy miała problemy ze swoim samochodem
- po skończonej pracy podróżowała do domu
wspólnie z pacjentem jego samochodem. Było to dla
niej korzystne, ale też dobre dla pacjenta, mającego
dzięki temu poczucie równości - bycia kimś
ważnym dla swojego terapeuty. Poza tym w czasie
jazdy mieli dla siebie kilka dodatkowych chwil. Po
pewnym jednak czasie terapeutka uświadomiła sobie,
że ta sytuacja wpływa na nią, gdy podejmuje decyzje
dające temu pacjentowi pierwszeństwo przed innymi,
na przykład kiedy ustala, w jakim czasie w ciągu dnia
mają się odbywać spotkania z nim oraz jakie tematy
mają być poruszane w trakcie spotkań. Działo się tak
szczególnie pod koniec. Widząc to, inaczej rozwiązała
swoje problemy z transportem.
Dostępne w tej dziedzinie
badania pokazują, że terapeuci, którzy podjęli
kontakty seksualne z pacjentem, utrzymują, iż
zrobili to ze względu na niego, ponieważ na przykład
potrzebował on seksualnego potwierdzenia lub
nękało go poczucie niskiej wartości. Jednocześnie
z badań wynika, że 40% pacjentów, którzy nawiązali
relacje seksualne ze swoim terapeutą, walczy
potem z jeszcze niższym poczuciem własnej wartości,
50% przeżywa koszmary nocne i napady lęku
panicznego, a 80% ma problemy z poczuciem winy
i samooskarżeniami (Johansen, Cordt-Hansen,
2006). Tak więc nie zawsze różne rzeczy wychodzą na
dobre pacjentowi, nawet jeśli terapeuta ma szlachetne
zamiary.
Ciąg dalszy w wersji pełnej