Rozdział drugi
LETTY
I co ja mam zrobić ze swoim życiem? To pytanie dźwięczało w mojej głowie jak policyjna syrena. Teraz byłam tutaj, w Monako, dokąd siłą wyciągnął mnie brat William, ale co dalej? Studia pedagogiczne skończyłam kilka miesięcy temu i wciąż nie mogłam znaleźć sobie miejsca. To, co dwa lata wcześniej wydarzyło się w moim życiu, ścigało mnie jak ten bolid, który widziałam na żywo po raz pierwszy. Ścigało, wyprzedzało, żeby zaraz znowu być tuż za moimi plecami. I tak w kółko.
Nigdy nie interesował mnie sport, a co dopiero jakieś wyścigi samochodowe, których i tak za sport nie uznawałam. Uważam, że sportowiec to ktoś, kto pracuje ze swoim ciałem, ktoś, kto w pocie czoła trenuje każdego dnia i pokonuje własne słabości. Nie widziałam tego w kierowcach bolidu. Przyjechałam tutaj ze względu na Williama, który był przekonany, że weekend z dala od problemów dobrze mi zrobi. Choć broniłam się rękami i nogami, z góry wiedziałam, że to nic nie da. Poddałam się, trochę dlatego że nie miałam siły wymyślać kolejnych wymówek, a trochę dlatego, że Will chciał dla mnie dobrze. Widział, jak się miotam, jak trwonię swój czas, i chciał chociaż trochę mi ulżyć.
Mimo że był dziesięć lat ode mnie starszy, a ja miałam zaledwie dwadzieścia cztery lata, naprawdę dobrze się dogadywaliśmy. Jako jedyny z całej naszej gwiazdorskiej rodziny nie wywierał na mnie presji. Dobrze wiedział, że to i tak nic nie da. Moi rodzice byli dziennikarzami telewizyjnymi, William od zawsze interesował się Formułą 1, więc naturalnie poszedł w tę stronę. A ja? Ja kochałam dzieci i wybrałam pedagogikę, czego nie mogli zaakceptować moi bliscy. Czy rzeczywiście tak trudno to zrozumieć? Przy dzieciach można być sobą, dzieci są szczere i niczego nie udają. Ich intencje są zawsze czyste, a ich potrzeby proste. Są przeciwieństwem ludzi, w których towarzystwie obracam się od lat, i właśnie dlatego tak mnie do nich ciągnie.
Choć po początkowej niechęci nawet zaczęłam cieszyć się wspólnym weekendem, za nic w świecie nie zgodziłabym się na pójście na tor i spędzenie kilku godzin w hałasie. Te małe samochodziki robiły więcej hałasu niż odrzutowce podczas urodzin królowej Elżbiety. Miałabym to znosić tylko po to, aby zobaczyć, jak przeprowadza wywiady. Czy on naprawdę nie słyszał o YouTube? Wyprosiłam go, aby puścił mnie bez obrażania się, w zamian obiecałam, że wieczorem pójdę z nim na jakieś nudne afterparty. Byłam pewna, że i tak uda mi się z tego wymiksować.
W czterdzieści minut dotarłam na kameralną plażę pod Niceą (nienawidziłam tej w Monako, na której ludzie tłoczyli się jak sardynki w puszkach), rozłożyłam koc i zachłysnęłam się tym, co kochałam najbardziej: samotnością. Tylko ja i dźwięk fal uderzających o brzeg.
"Zapowiada się naprawdę miły dzień" - pomyślałam, dodatkowo gratulując sobie pomysłu ucieczki z doliny ludzi, którzy na głowie mieli czapki w kolorach zespołów F1. Jak można czemuś takiemu w ogóle kibicować?
- Błagam, niech to nie będzie William! - burknęłam do siebie, gdy wesoła melodyjka z nokii 3310 upraszała się o uwagę.
- Hej. - Uczucie ulgi rozlało się po moim ciele jak syrop klonowy po naleśniku. To tylko mój przyjaciel Liam: jedyna osoba, której obecność nie wywoływała u mnie odruchu wymiotnego.
- Hej, co tam?
- Wszystko dobrze. Gdzie jesteś? Masz ochotę w niedzielę wyskoczyć na drinka? Będę akurat przelotem w Madrycie. Mogę do ciebie wpaść, jeśli widok innych ludzi ma być dla ciebie wymówką...
- Jestem w Monako, choć technicznie rzecz biorąc, teraz jestem we Francji. William wyciągnął mnie na jakieś wyścigi. A ty dlaczego jesteś w Hiszpanii?
- Praca. Ale czekaj... Czy właśnie nazwałaś Formułę 1 jakimiś wyścigami?
- Przecież wiesz, że mnie to nie interesuje. Jestem tutaj tylko po to, żeby zrobić bratu przyjemność, nic więcej.
- Dlaczego mnie ze sobą nie zabrałaś? - fuknął niezadowolony. - Obiecaj, że wkręcisz mnie na następny wyścig, to będzie...
- Azerbejdżan, ale tam na pewno nie pojadę, Will ma już pełną ekipę. Jeśli ci zależy, mogę zapytać o Kanadę, ale ty płacisz za bilety lotnicze, ja jestem totalnie spłukana.
- Nie wiem, jak to możliwe, że jesteś spłukana, biorąc pod uwagę, ile zarabiają twoi rodzice... No ale jasne, zapłacę za wszystko, oby tylko się tam znaleźć. Mentalnie już się pakuję. Zadzwoń, jak wrócisz, dobrze?
- Okej - odpowiedziałam. Chciałam dodać coś jeszcze, ale tego nie zrobiłam. Po pierwsze, wiedziałam, co by mi odpowiedział, a po drugie, zrzucanie na niego swojego ciężaru nie miało najmniejszego sensu.
Zawsze, gdy rozmawiałam z Liamem, napawałam się głupią nadzieją, że to, co się stało, mogę w jakiś magiczny sposób odwrócić. Ale choćbym zeszła do samego piekła, wiedziałam, że to za mało. Dlatego robiłam to, co wychodziło mi najlepiej: uciekałam. Uciekałam przed życiem, przed rodziną, przyjaciółmi, przed miłością i wszystkim, przez co mogłam coś poczuć. Całymi dniami siedziałam zamknięta w swoim pokoju w domu rodziców w stolicy Hiszpanii, dokąd po tym wszystkim przeprowadziliśmy się z Londynu. Ze swoich czterech ścian wychodziłam tylko w jednym celu: na wolontariat w domu małego dziecka.
Telefon odezwał się po raz drugi. Wiedziałam, że nie istniała taka siła, która sprawiłaby, że po drugiej stronie połączenia nie znajdzie się mój brat. Nie musiałam nawet patrzeć na wyświetlacz:
- Niedługo będę!
- Letty, za dwie godziny wchodzimy na jacht, naprawdę nie mogę się spóźnić.
- Powiedziałam, że będę - powtórzyłam, od razu się rozłączając.
W pokoju hotelowym znalazłam się dokładnie godzinę później, co - w moim rozumieniu - oznaczało, że mam aż za dużo czasu na przygotowania. Cudem, a dokładnie za sprawą mojej mamy, która podstępem wrzuciła mi ją do walizki, miałam ze sobą elegancką białą sukienkę. Wystarczył jeszcze prysznic i gotowe.
- Jestem - oznajmiłam, chwilę później wchodząc bez pukania do pokoju brata. Pogwałcanie prywatności to domena młodszego rodzeństwa.
- Świetnie - powiedział, nawet nie podnosząc głowy znad notatek, z których przygotowywał się do wywiadów.
- Jak wyścig? - zapytałam.
- Trening - rzucił zniesmaczony moją ignorancją. - Dobrze, bez większych rewelacji - dodał i wreszcie na mnie spojrzał, a po jego minie widziałam, że nie tego się spodziewał. - Letty, wyglądasz pięknie. Już dawno nie widziałem cię w takim wydaniu. - Mogłabym przysiąc, że zaraz się rozklei.
To prawda, pierwszy raz od dwóch lat zdobyłam się na to, aby chociaż trochę zadbać o swój wygląd. W końcu nie chciałam narobić mu wstydu w pracy.
- Przestań, bo się wzruszę. - Tak bardzo nie chciałam rozmawiać, że zbyłam jego słowa ironicznym tonem. Od dawna chodziłam w masce, ten jeden raz nie zrobi różnicy.
- Idziemy?
- Tak, pójdziemy pieszo, to niedaleko.
Gdy staliśmy w kolejce do wejścia na jacht, czułam się zdezorientowana. Dla Willa to była codzienność: wystawne przyjęcia, statki, obracanie się wśród ludzi sukcesu. Ale ja widziałam to z własnej woli po raz pierwszy. Rodzice i brat wielokrotnie zachęcali mnie do tego, abym gdzieś z nimi wyszła, ale to nie był mój styl. Wolałam zostać w domu i spędzać czas z Jamesem. No właśnie, wolałam. Czas przeszły.
Atmosfera tego miejsca była naprawdę oszałamiająca i mogła uderzyć do głowy bardziej niż bąbelki, które kelnerzy wciskali nam z taką zawziętością, z jaką babcia częstuje swoje wnuczki cukierkami. William był cudowny, przedstawiał mnie swoim znajomym, innym dziennikarzom i kierowcom Formuły 1. Co chwila też napełniał mój kieliszek, co sprawiło, że naprawdę się rozluźniłam. Na tyle, że nawet rozmawiałam z innymi ludźmi i sprawiało mi to przyjemność.
W pewnym momencie jednak poczułam, że dzieje się zbyt wiele - alkohol zdążył dotrzeć już do mojej krwi, a tłum w loży dziennikarzy rósł z minuty na minutę. Unoszące się w powietrzu podniecenie sięgnęło zenitu, gdy przyszedł czas na wywiady z kierowcami. Poczułam, że zaczyna mnie to przytłaczać, i szybko się ulotniłam. Nie było to proste na jachcie pełnym ludzi, ale po kilku minutach znalazłam sobie miejsce przy barierce. Wyjęłam telefon, aby napisać do Liama, że William zgodził się na nasz wyjazd do Kanady.
Niestety nie było mi dane skończyć wiadomości. Telefon z ręki wytrącił mi jakiś kretyn, który uderzył w barierkę z taką siłą, że aż mnie odrzuciło, a aparat, który trzymałam, wpadł do morza.
Oczywiście, dzieciak, który to zrobił, nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem. Kazał tylko komuś, z kim przyszedł, załatwić sprawę. Świetnie. Chłopak wyglądający jak jego asystent zapytał mnie o model telefonu i obiecał, że przyniesie taki sam na afterparty. Gdy usłyszał, że to stara nokia, skrzywił się lekko, ale jednak obiecał. Choć wcześniej nie zamierzałam się tam pojawić, teraz nie miałam wyjścia. Jeśli chciałam odzyskać łączność ze światem, czekała mnie impreza.
Ale kogo ja chciałam oszukać? Przecież i tak ten telefon nie był mi tak bardzo potrzebny.
Kątem oka zobaczyłam, że statek zawija do portu, i odetchnęłam z ulgą. Było fajnie na kilka godzin zamienić się z kopciuszka w księżniczkę, ale dla mnie było już grubo po dwunastej.
Przy wyjściu dorwał mnie William:
- Widzimy się za czterdzieści minut przed hotelem. Obowiązuje strój wieczorowy! - rzucił mi do ucha i już go nie było.
Może to lepiej, że nie czekał na moją odpowiedź, bo mogłaby mu się nie spodobać. Wcale nie zamierzałam się przebierać, chociaż domyślałam się, że wszyscy obecni to zrobią. Choć mało wiedziałam o świecie Formuły 1, oczywiste było, że Circuit de Monaco to nic innego jak festiwal mody i przepychu, a nie sportowe wydarzenie.
- Ta sukienka jest piękna, ale chyba trochę zbyt skromna jak na to wydarzenie. Został nam kwadrans, może chcesz wrócić się przebrać? - William przywitał mnie czterdzieści minut później.
- Spójrz prawdzie w oczy: to cud, że gdziekolwiek idę. Nie wymagaj ode mnie niemożliwego.
Impreza odbywała się w sąsiednim hotelu, więc dotarliśmy tam po chwili. Ja miałam jasno określony plan, którego on nie był świadomy: odebrać nowy telefon i wracać do łóżka. Na szczęście już na wejściu zniknął wśród swoich sławnych znajomych, dzięki czemu mogłam zrealizować swój plan bez przeszkód.
- Nawet się nie przebrałaś? - Głos docierający zza moich pleców należał do nadętego dupka, który pozbawił mnie dzisiaj telefonu.
- Od kiedy mój ubiór to sprawa jakiegoś obcego buca? - Odbiłam sprawnie piłeczkę. - Masz dla mnie nowy telefon? Czy tylko garść życiowych mądrości na temat mody?
Choć miał podły charakter, co łatwo było ocenić nawet po kilku chwilach rozmowy, jego wygląd był odklejony od tego wszystkiego. Ogromne, zielone oczy, w których dojrzałam kilka kropeczek - jak gdyby jego tęczówki pokrywały piegi. Miał skórę w kolorze kawy z mlekiem, którą piłam każdego ranka. Ciemne włosy ostrzyżone tuż przy skórze uwydatniały męskie, mocne rysy twarzy. Czerwone, miękkie usta chowały rządek idealnych zębów. Nawet nie miał za dużych siekaczy, co zawsze trochę mnie przerażało.
Ale prawdziwie boskie dzieło stanowiła jego sylwetka. Był tak wysoki, że za każdym razem musiałam podnosić głowę, żeby patrzeć mu w oczy, i tak wysportowany, że przy każdym ruchu wszystkie jego mięśnie pracowały, odznaczając się. I jeszcze dłonie tego prymitywa: szorstkie, masywne i tak męskie, że jęknęłam, gdy je zobaczyłam.
A uwierzcie mi, to dla mnie nowość.
Teraz ten diabeł w ciele anioła stał przede mną i trzymał w dłoniach dwie szklanki i torebkę prezentową, w której - jak się domyślałam - był mój nowy stary telefon.
- Proszę. - Podał mi szklankę i torebkę, w takiej kolejności. Choć jego ton brzmiał uprzejmie, w jego oczach widziałam coś zupełnie odwrotnego. - Podoba się? Dobrze, że wyrzuciłem to twoje poprzednie gówno. W ogóle jeszcze coś takiego produkują?
Gdyby mój wzrok mógł ziać ogniem, ten gamoń właśnie spalałby się tu żywcem. Jednak zdusiłam złość, przypominając sobie, po co tu przyszłam: aby to załatwić i spadać. Jakie było moje zdziwienie (żadne!), gdy odpakowałam paczkę i znalazłam w niej najnowszy telefon topowej marki, za którego wartość można kupić samochód.
- Twój chłoptaś obiecał, że dostanę dokładnie taki model, jaki straciłam. To nie jest ten telefon. - Starałam się, aby mój głos brzmiał spokojnie i stanowczo równocześnie. Ale ten pajac nie ułatwiał mi zadania.
- Z całym szacunkiem, ale twój poprzedni to było jakieś nieporozumienie. Słyszałaś o czymś takim jak era smartfonów? Dziewczyno, ty miałaś nokię! Taką cegłą można nawet zabić. Dzięki mnie nie spędzisz swojego życia w pace. - Kącik ust chłopaka poszybował do góry. Ten osioł był naprawdę z siebie zadowolony.
- Chcę mój telefon. Nie dotarło do ciebie za pierwszym razem? - Przywołałam na twarz fałszywą powagę, podczas gdy w środku moje organy już dawno ugotowały się od wrzącej temperatury krwi.
- Po prostu weź ten gadżet i miejmy to z głowy. W takim momencie musisz zgrywać honorową?
- W jakim momencie?
- W momencie, gdy naprawdę muszę się napić i spuścić trochę pary po ciężkim treningu.
Wybuchłam śmiechem, ale nie dlatego, że mnie rozśmieszył. Ten gość był jednym wielkim absurdem.
Ale mieliśmy wspólny punkt zaczepienia: oboje chcieliśmy szybko to załatwić i się rozejść. Tylko dlatego spojrzałam jeszcze raz na pudełko.
- Nie mogę tego przyjąć, ten telefon kosztuje majątek. Oddaj go swojej dziewczynie, a ja sobie jakoś poradzę. - Wyciągnęłam w jego stronę dłoń z aparatem. Zakończymy to po mojemu.
- Nie pieprz głupot, dostałem to od mojego sponsora, w pokoju mam takich kilka, nie wydałem na niego złotówki.
- Twoje życie prywatne, twoja sprawa. A to i tak nie zmienia mojej decyzji.
Popatrzył na mnie, jakby właśnie zobaczył kosmitę.
- Z konia spadłaś? Co ty chrzanisz? Myślisz, że ja mam... sponsora? - Ostatnie słowo wypowiedział tak konspiracyjnym szeptem, że zachciało mi się śmiać.
- Tak jak mówiłam, to twoja sprawa.
- Czy ty w ogóle wiesz, kim ja jestem?!
Naprawdę nie wiedziałam, ale to musiało palić go do żywego, bo zielone oczy właśnie zaciekle wierciły mi dziurę na wysokości serca. W odpowiedzi jedynie pokręciłam głową.
- Jestem Fabien Laurent, kierowca Formuły 1 i równocześnie pierwszego zespołu w zestawieniu. Teraz trochę ci rozjaśniłem? - Dumny jak paw, założył ręce na piersi. Był przekonany, że zrobił na mnie wrażenie, podczas gdy mnie to jedynie bawiło.
- Aha - odpowiedziałam. - To weźmiesz ode mnie ten telefon? - Tak, przyznaję, chciałam zmiażdżyć jego ego. Znałam takich jak on: pewnych siebie, aroganckich typów, dla których wizerunek był świętością. Mężczyzn, którzy przywdziewali maski zuchwałości, a gdy ktokolwiek ich obnażył, wili się jak mali chłopcy w spazmach płaczu.
- Wsadź go sobie, ale ja go nie wezmę. - Gdy odchodził, cała jego sylwetka zdawała się krzyczeć w gniewie. Ja czułam jedynie satysfakcję: wycelowałam i trafiłam w dziesiątkę.
Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (w tym przypadku różdżki Fabiena Laurenta) nabrałam ochoty na zabawę. Utarcie nosa temu kretynowi poprawiło mi humor. Ludzie dookoła mnie jakby stali się milsi i bardziej przyjaźni, a ja brylowałam pośród nich, czując, że na nogach zamiast butów mam rolki.
- Fabien dał ci telefon? - zapytał mnie mężczyzna, z którym był na jachcie.
- Tak, dziękuję, ale to za dużo. Mój aparat był stary i nie wart nawet jedną trzecią tego, co ten nowy model. - Nie miałam powodów, aby być dla niego niemiłą. Chciał dobrze, a to, że kolegował się z Laurentem, jeszcze nic nie znaczyło.
- Pierre. Jestem trenerem Fabiena. - Podał mi dłoń.
- Letty Davies, siostra Williama, tego dziennikarza sportowego. - Pierre uśmiechnął się dziwnie pod nosem, ale nie miałam ochoty dociekać dlaczego. Gdy już zamierzałam odejść od marmurowego baru, usłyszałam głos snoba:
- Widzę, że się zakolegowaliście. Już mam wam nadać order przyjaźni czy jeszcze poczekać? - rzucił Fabien.
- Tak, bardzo miło nam się rozmawia. - Przejął pałeczkę trener.
- A to dziwne... - Ironicznie uśmiechnął się w moją stronę. - Pierre, George cię wołał, jest przed hotelem. Chyba chce omówić jutrzejszy dzień.
Pierre spojrzał na mnie przepraszająco, po czym zwrócił się do bufona:
- Proszę cię, miej litość i wróć zaraz do pokoju, jutro musisz być wypoczęty i skupiony na kwalifikacjach.
- Tak, nawet gdybym nie chciał, to nie mam innego wyjścia. Ta impreza to jebana nuda stulecia. - Ale Pierre już tego nie słyszał.
Na mnie też była już pora. Nie chciało mi się użerać z jakimś niedojrzałym dzieciaczkiem tylko dlatego, że myślał, że coś znaczy. Jednak tak łatwo nie pozwolił mi odejść. Gdy się odwróciłam, złapał mnie za ramię i przyciągnął w swoją stronę. Choć nie mogłam go widzieć, to był tak blisko, że słyszałam jego oddech i czułam jego zapach. Od dawna z żadnym mężczyzną nie byłam tak blisko. I zemdliło mnie na myśl, że to właśnie z nim muszę dzielić to doświadczenie. Odwrócił mnie gwałtownie, jakbym była szmacianą lalką. Kiedy zaczął mówić, wyobrażałam sobie, że z ust leci mu piana. I nie było to dalekie od rzeczywistości.
- Znam takie jak ty - warknął. Udajesz, że nie wiesz, kim jestem, tylko po to, aby zwrócić moją uwagę. Grasz niedostępną, ale tak naprawdę mnie pragniesz. I masz szczęście, kwiatuszku... dzisiaj dostaniesz to, na co czekasz.
Choć trwało to mniej niż kilka sekund, w mojej głowie myśli pędziły jak stado mustangów. Gdy wreszcie zrozumiałam, co ten palant chce mi przekazać... olśniło mnie. Do takich jak on słowa nie docierają. Takich jak on można nauczyć czegoś jedynie przez doświadczenie. A fakt, że dostarczy mi to zabawy i odegram się za jego chamstwo? To tylko miły bonus.
- Masz mnie. - Wyzywająco spojrzałam mu w oczy.
- Do mnie czy do ciebie?
- Do łazienki.
- Gdy tylko cię zobaczyłem, wiedziałem, że nie jesteś grzeczną dziewczynką. - Mówiąc to, pochylił się w moim kierunku i połaskotał ciepłym oddechem ucho. Jeśli wcześniej mnie zemdliło, teraz naprawdę bałam się, że zarzygam te jego fikuśne adidaski.
- Miałeś rację. - Grałam dalej w najlepsze. Zdobyłam się nawet na złapanie jego dłoni, modląc się w duchu, aby mięśnie nie zrobiły tego, co chciała głowa: puknąć go w ten pusty łeb, odwrócić się na pięcie i uciec.
Ale jaki byłby z tego fun? No właśnie.
Dlatego, zaciskając wargi, aż poczułam pulsowanie, pociągnęłam ważniaka w stronę damskiej toalety.
"To jest cholerny przygłup, pamiętaj Letty" - powtarzałam te słowa w głowie jak mantrę. "Zobaczenie jego miny, gdy skończysz z panem kierowcą "najlepszego zespołu F1", będzie smakowało jak angielskie ciastka wypełnione cukrem, masłem i mąką. Czyli jak niebo. Tylko wytrzymaj!".
Gdy znaleźliśmy się przed drzwiami z napisem Ladies, z niedowierzaniem zapytał:
- Jesteś pewna, że tutaj chcesz to zrobić?
- Lubię ryzyko.
- To mamy coś wspólnego - odpowiedział, a ja musiałam wykorzystać całą siłę woli, żeby się nie roześmiać.
Nagle, zupełnie mnie tym zaskakując, przysunął się tak blisko, że mogłam policzyć piegi na tych jego diabelskich oczach. Musiałam bardzo się postarać, żeby nie zrobić kroku w tył.
Puścił moją rękę i przeniósł ją dokładnie w to miejsce pod uchem, którego pocieranie sprawiało, że moje nogi zamieniały się w słodką galaretkę. Nie ukrywam, że to potężnie wybiło mnie z rytmu. Zacisnęłam mocniej pięści, żeby przypadkiem nie oparły się o jędrne ciało kierowcy.
- Wszystko w porządku? - upewnił się, nie przerywając pocałunku. Nie wiem, czy to bliskość, czy pity przez cały dzień szampan, ale jego głos wydał mi się nagle tak dźwięczny i głęboki, jakbyśmy byli w jaskini, a nie pod kiblem w pięciogwiazdkowym hotelu.
- Oczywiście. - Za to mój głos brzmiał skrzekliwie, co było zasługą wypowiadanego kłamstwa.
Te słowa podziałały na niego jak woda napierająca na spróchniałą tamę. Zniszczyły doszczętnie wszystkie zahamowania.
Gwałtownie otworzył drzwi do łazienki, popychając mnie, abym weszła do środka. Gdy chwilę później zamknął je na zamek, jego ręce w sekundę znalazły się na mojej talii i uniosły mnie wysoko, jakbym była pudełkiem czekoladek, a nie kobietą z krwi i kości.
- Co ty wyprawiasz? - wyrwało mi się.
Kiedy zobaczyłam zmieszanie na jego twarzy, zrozumiałam, że ta głupota może kosztować mnie całą, cudownie uknutą intrygę. Zaszłam już tak daleko, że przegrana byłaby głupotą.
- Myślałem, że tego chcesz...?
- Chcę. A teraz zamierzam pokazać ci jak bardzo. - Każda wypowiedziana litera smakowała gorzko jak czysty jägermeister. Zacisnęłam mocno powieki i po omacku odnalazłam jego kark. Położyłam dłoń na zaskakująco miękkiej skórze i przyciągnęłam go bliżej siebie. Stanął dokładnie między moimi udami, ręce opierając na blacie po obu ich stronach. Nie całowałam się (o niczym więcej nie wspominając) od bardzo dawna. Od tak dawna, że czułam się, jakby ten pocałunek miał być moim pierwszym. I płakać mi się chciało na myśl, że pocałuje mnie taki totalny dupek.
- Jesteś śliczna - rzucił szybko, a jego ton zdradzał, że sam był zaskoczony komplementem.
- Dzięki? - jęknęłam, nie otwierając oczu. Gdybym potrafiła się zdystansować, pewnie uznałabym, że musi to cholernie zabawnie wyglądać. On, stojący między moimi nogami, i ja, wykrzywiająca twarz w obrzydzeniu i zaciskająca oczy tak mocno, że zrobiły się z nich dwa myślniki.
I nagle to zrobił. Oparł swoje wargi na moich zadziwiająco czule jak na tak grubiańskiego typa. Dłoń mężczyzny w sekundę znalazła się na moim policzku, a gdy oddałam pocałunek, wsunął głębiej język. Delikatnie wodził nim po moim, aby zaraz znaleźć się w kąciku ust i na wargach. Gdyby nie fakt, że był najbardziej obleśnym typem, jakiego poznałam, może nawet mogłabym powiedzieć, że nieźle całuje. W sumie nic dziwnego, skoro pewnie obraca tysiące lasek, i to za jednym zamachem.
"Robisz to dla większego dobra. Utrzesz mu nosa i zetrzesz ten wyraz wyższości z gęby" - powtarzałam w myślach za każdym razem, gdy jego ręce wędrowały po moim ciele, a spragnione wargi poznawały krzywiznę szyi i dekoltu.
- Fabien... - jęknęłam, udając, że to jęk rozkoszy, a nie pogardy. - Chcę cię zobaczyć. Całego. - Położyłam rękę na twardym torsie i odsunęłam go od siebie.
- Słucham? - Powieki dalej miał przymknięte po pocałunku.
- Powiedziałam, że chcę cię zobaczyć. Musisz mieć naprawdę boskie ciało. I duży... sprzęt. - Jeśli do tej pory czułam odrazę, to przyrzekam, że po tym jednym słowie zamieniła się ona w czysty wstręt. Lepiej zniosłabym wysypanie na mnie wszystkich robaków tego świata niż tę całą szopkę. "Oddychaj, dasz radę, oddychaj! Już jesteś tak blisko!" - dopingowałam się bezgłośnie.
- Tak słyszałaś?
- Czy ja dobrze interpretuję, że właśnie taką masz nadzieję?
- Kwiatuszku, ja nie mam piętnastu lat, żeby porównywać sobie fiuta z kolegami. Ale mogę cię zapewnić, że jeszcze nie słyszałem żadnych skarg.
- To dlaczego po prostu się nie rozbierzesz? - rzuciłam mu wyzwanie, wgryzając się zębami w wrażliwe od pieszczot wargi. Chciałam wyglądać uwodzicielsko, ale w rzeczywistości robiłam to po to, aby nie ryknąć śmiechem.
- Jeśli naprawdę chcesz zobaczyć to ciało, sama zdejmij ze mnie ciuchy. - Mówiąc to, pociągnął za koszulkę na piersi.
- Dobra - parsknęłam, schodząc z blatu obok umywalki. - A ten arogancki uśmieszek zaraz zamienimy w szloch - dodałam pod nosem.
Laurent stał przede mną, opierając dłonie na biodrach z taką siłą, że aż napięły mu się bicepsy. Gwałtownie ujęłam pasek dżinsów chłopaka, bo jak najszybciej chciałam mieć to z głowy. Pociągnęłam za sprzączkę, tym samym zaczynając prawdziwą zabawę.
Gdybym miała do czynienia z kimś innym, pewnie bym się tak nie zachowała... Ale to był Fabien. Zuchwały palant, który myślał, że wszystko mu się należy. Zaczęłam powoli go rozbierać, z całych sił próbując nie dać po sobie poznać, co tak naprawdę planuję. Żeby ukryć wyraz twarzy, zdobyłam się nawet na pocałowanie go. Gdy lizałam mięśnie na wyrzeźbionej klacie, mężczyzna mamrotał pod wpływem przyjemności. Może nie rozumiałam słów, które wypowiadał, ale dobrze słyszałam brzmienie jego głosu. Do tej pory przypominało dźwięk gitary basowej, ale nagle zamieniło się w coś pierwotnego... Tak pierwotnego, że rozlało się ciepłem po moim krzyżu. Aż musiałam potrząsnąć głową, żeby się ogarnąć.
W końcu zdjęłam z niego wszystko, poza bokserkami. Unikałam tej sfery, ale wiedziałam, że żeby odnieść sukces, muszę rozebrać go do naga. Powoli, odwlekając nieuniknione, klęknęłam przed nim. Tak bardzo chciałam to zakończyć, że dosłownie zerwałam z niego bawełniany materiał od Calvina Kleina.
- Zamknij oczy - instruowałam, czując słodycz zemsty.
Działam jak statek kosmiczny pokonujący barierę dźwięku. Chwyciłam jego ubrania jedną ręką, a drugą już otwierałam drzwi łazienki. Przekręciłam klucz, po czym szarpnęłam je z całych sił, bojąc się, że Fabien mnie wyprzedzi. Dyszałam jak parowóz, choć wszystko nie trwało dłużej niż pięć sekund. Zamknęłam drzwi, ale zdążyłam jeszcze zobaczyć wyraz jego twarzy. Zdezorientowany, bezbronny, upokorzony. O to mi chodziło.
Gdy zostawiłam go tam nagiego i bez możliwości skontaktowania się z kimkolwiek, w głowie - poza satysfakcją - dźwięczała mi jedna myśl. Ta cała zemsta podobała mi się bardziej, niż chciałam. I to mnie martwiło.