p

Niebezpieczna znajomość, niebezpieczna miłość - Jane Harvey-Berrick

Kup ebooka

31.90 zł
26.48 zł (26,48 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 3

Daniel stał wpatrzony w zdezorientowaną twarz Lisanne i czuł, jak krew tężeje mu w żyłach.

- Proszę... proszę, nie mów o tym nikomu - wydukał, zerkając nerwowo na studentów za jej plecami.

- Nie rozumiem - wyszeptała Lisanne - wydajesz się taki...

Zabrakło jej słów.

- Normalny? - dokończył za nią tonem pełnym goryczy.

- Jak... jak ty to robisz?

Zwilżył wargi i ponownie rozejrzał się, zdenerwowany. Nie potrafił z nią rozmawiać, nie tam, gdzie wszyscy się na nich gapili, a ktoś mógł też słuchać.

- Czy możemy gdzieś stąd pójść? - zapytał błagalnie.

- Oczywiście.

Ulżyło mu, że od razu się zgodziła. Kiwnął głową i ruszył przez dziedziniec. Miał zaciśniętą szczękę i wprost emanował napięciem.

Lisanne musiała niemal biec, by dotrzymać mu kroku w szybkiej wędrówce przez dziedziniec.

- Dokąd idziemy? - wysapała, ledwo łapiąc powietrze.

Kiedy zobaczyła, że kieruje się ku lśniącemu czarnemu motocyklowi, niemal puściły jej nerwy. Sięgnął do juków, wyjął kask i podał go jej bez żadnego komentarza.

- Ale ja nigdy wcześniej tego nie robiłam - rzuciła, bezradnie wskazując na maszynę rękami i przygryzając wargę.

Tym razem się nie uśmiechnął.

- Jeździłaś kiedyś na rowerze?

- Jasne, że tak!

- No to wiesz, o co chodzi. Po prostu się trzymaj.

Z gracją przerzucił nogę nad siodełkiem i wyciągnął ku niej dłoń. Odwzajemniła ten gest i usiadła za jego plecami. Zaufała mu. Sięgnęła do tyłu w poszukiwaniu uchwytu dla pasażera. Ale go nie znalazła. Daniel postawił sprawę jasno, złapał ją za nadgarstki i zdecydowanym ruchem oplótł jej ręce wokół swojego pasa.

Lisanne ścisnęła go z całej siły, miał ciepłe i twarde ciało. Gdy silnik ożył z gardłowym rykiem, zamknęła oczy, a kiedy kopniakiem złożył podpórkę i ruszył na jezdnię, zaczęła piszczeć.

Przyśpieszył ostro, a Lisanne, oszołomiona prędkością, euforią i nutką strachu, przywarła do niego jeszcze mocniej.

Jechali mniej więcej piętnaście minut, Daniel brawurowo manewrował pośród niewielkiego ruchu. Pomimo szoku, jakiego zaznały jej zmysły, Lisanne stopniowo przyzwyczajała się do bodźców towarzyszących jeździe i zaczęła odczuwać przyjemność z bliskości Daniela. Lecz w tym momencie przypomniała sobie okoliczności, które sprawiły, że znalazła się w tym miejscu, i jej gardło ścisnęło się ze strachu.

Może pomyliła się w swojej ocenie, ale jeżeli tak, to dlaczego tak na nią spojrzał? Dlaczego błagał, żeby nikomu nie mówiła? Jakby była jakąś paplą! Dlaczego tak się zdenerwował?

Motocykl zaczął zwalniać i Daniel zatrzymał się przed tanią knajpką, zrobioną na stary wagon kolejowy.

Cisza, która nagle zapadła po zgaszeniu silnika wydała się czymś z innego świata. Lisanne wzięła głęboki oddech, zwolniła uchwyt i z ociąganiem zdjęła dłonie z jego pasa.

Daniel bez słowa zsiadł z maszyny i ściągnął kask.

Lisanne zobaczyła, że złość i ból, które wcześniej malowały się na jego twarzy, zastąpiła maska oziębłości. Bez słowa oddała mu kask i podążyła za nim do środka. Była zaskoczona, gdy otworzył jej drzwi. Ten drobny gest uprzejmości pomógł rozluźnić żelazny uścisk, który miażdżył jej klatkę piersiową.

Usiadł na wysokiej sofie przy stoliku z tyłu sali. Lisanne uczyniła to samo. Obawiała się nadchodzącej konfrontacji, ale nie mogła się doczekać poznania prawdy na temat tego ślicznego i skomplikowanego chłopaka.

Do stolika natychmiast podeszła kelnerka w średnim wieku, dzierżąca dzbanek z kawą, która wyglądała na tak mocną, że pobudziłaby nawet stado byków, i nikogo o nic nie pytając, napełniła dwa kubki.

- Dzięki, Maggie - powiedział Daniel zmęczonym głosem.

- Dla ciebie wszystko, przystojniaku - odparła z życzliwym uśmiechem kelnerka, po czym mrugnęła do Lisanne.

Zdążyła odejść, zanim Lisanne odważyła się poprosić o śmietankę. Patrzyła ze zdumieniem, jak Daniel dosypuje do swojej kawy trzy paczuszki cukru i z ponurą miną miesza parującą miksturę.

Uniosła swój kubek do ust i wzięła łyka. Kawa rzeczywiście okazała się mocna, ale wbrew temu, czego się spodziewała, całkiem smaczna.

Daniel opadł na oparcie sofy i zamknął oczy.

Wyglądał na zagubionego i wrażliwego, ale gdy ponownie uniósł powieki i spojrzał na Lisanne, znowu bił od niego lodowaty chłód.

- Czego ode mnie chcesz?

Powtórzył słowa, którymi rzucił w nią na dziedzińcu, tyle że zimnym, wypranym z emocji głosem.

Lisanne aż zadrżała.

- Chcę tylko wiedzieć... czy się nie pomyliłam.

- A co cię to obchodzi?

- Po prostu... to może okazać się niebezpieczne... Jeżeli... nikt nie wie.

Uniósł brwi z niedowierzaniem.

- Niebezpieczne?

- Tak - odrzekła Lisanne, starając się utrzymać nerwy na wodzy. - W bibliotece nie usłyszałeś alarmu, czyż nie?

- Pytasz mnie czy mi to oznajmiasz?

- No... pytam.

Westchnął głęboko, po czym z nieuzasadnionym zainteresowaniem zaczął studiować wygląd stolika. Musiał zrobić coś z rękami, wysypał więc na blat kupkę soli,by kreślić palcem białe wzorki. Próbował pozbierać myśli, nie wiedział, ile może jej powiedzieć, na ile zaufać.

Lisanne powstrzymała się od banałów na temat bałaganienia na stoliku. Wiedziała, że Daniel zbiera się, żeby coś jej powiedzieć, i nie chciała mu przerywać.

- Przeważnie siedzę plecami do ściany, żeby widzieć, co się wokół mnie dzieje - wydusił z siebie w końcu. - Zazwyczaj tyle wystarczy.

Podniósł na nią wzrok.

- Nie chciałaś wstać, więc musiałem usiąść naprzeciwko ciebie, żebym mógł czytać ci z ust. - Wzruszył ramionami. - Kiedy jestem sam, potrafię zachować ostrożność.

Lisanne poczuła się koszmarnie przez to, że nie chciała wtedy ustąpić mu miejsca, że zachowała się jak zołza przez te wszystkie niesprawiedliwe opinie, którymi obrzucała go w myślach. Wcale nie był kłamcą. Wcale nie był dupkiem. To ona, Lisanne, była gburką najgorszego sortu z ogromnym, samolubnym i próżnym ego.

- Przepraszam - wyszeptała.

Skinął głową i ponownie westchnął.

- Tak, często to słyszę.

Spuścił wzrok i przesunął kupkę soli na dalszą część blatu.

Lisanne położyła swoje dłonie na jego, czym zmusiła go, by na nią spojrzał.

- Przepraszam, że byłam dla ciebie taka wredna.

Odpowiedział lekkim uśmiechem, delikatnie cofnął dłonie i położył je na kolanach.

Zawstydzona Lisanne szybko odsunęła i swoje ręce, po czym oboje sięgnęli do kubków z kawą, żeby czymś je zająć - czymś, co przełamie krępującą ciszę.

- Więc... potrafisz czytać z ruchu warg? - zapytała w końcu.

Przytaknął, obserwując jej twarz.

- Czy... czy to dlatego nie robisz notatek na wykładach?

Ponownie skinął głową.

- Gdybym próbował notować, umknęłaby mi połowa wykładu.

- Ale czy to nie strasznie trudne?

Wzruszył ramionami.

- Mam całkiem niezłą pamięć. Robię notatki później. Proponowali mi wspomagany komputerowo system napisów generowanych w czasie rzeczywistym, ale... wolę robić po swojemu.

- Czyli twoi wykładowcy wiedzą?

- Jasne.

- Kto jeszcze wie?

- Na uczelni? Tylko ty.

- Nie rozumiem, dlaczego starasz się to ukrywać. Przecież to nie powód do wstydu. Uważam, że to niesamowite, że udało ci się tyle osiągnąć...

- Przestań! - przerwał jej ostro. - Przestań, kurwa, traktować mnie protekcjonalnie!

- Nie! Wcale nie powiedziałam tego...

- A właśnie, kurwa, że tak! Jesteś taka jak wszyscy inni. "To niesamowite, że udało mi się"... Czy nie to właśnie powiedziałaś? Dlaczego fakt, że udało mi się dostać na uczelnię miałby być bardziej "niesamowity" akurat w moim przypadku? Nie jestem głupi, tylko głuchy.

Po raz pierwszy któreś z nich wypowiedziało to przykre określenie i Lisanne pobladła.

- Wcale nie o to mi chodziło! Przepraszam, ja...

Wlepiła wzrok w kubek z kawą i poczuła, że łzy cisną się jej do oczu. Nie potrafiła znaleźć słów, które nie pogorszyłyby sytuacji. Nie mogła sobie wyobrazić, jak bardzo musi być mu trudno. Jej wcale niełatwo przyszło znalezienie college'u, a przecież była normalna. Od razu znienawidziła się za tę myśl. Niemniej musiał zmagać się z o wiele trudniejszymi wyzwaniami niż ona. I wtedy zrozumiała, jak bardzo czułaby się samotnie, nie mogąc włączać się w rozmowy znajomych, nie mogąc rozprawiać o najnowszych utworach i kapelach, nie mogąc przypadkiem wyłapywać zabawnych albo dziwnych uwag obcych ludzi, nie mogąc grać na skrzypcach, nie mogąc słyszeć własnego głosu, nie mogąc śpiewać. Nie potrafiła wyobrazić sobie życia bez muzyki, bez dźwięków.

A tak właśnie wyglądało życie Daniela. Nic dziwnego, że ukrywał się za fasadą wrogości i starał utrzymywać wszystkich na dystans.

- Widziałam, jak tańczyłeś w klubie - powiedziała, nagle przypominając sobie jego lubieżny taniec, była zbita z tropu. - Wtedy z twoją... z tamtą dziewczyną. Jakim cudem...?

Uśmiechnął się półgębkiem.

- Czuję to - odparł. - Potrafię wyczuć rytm muzyki przez parkiet, wibracje. W klubie... jeszcze nikt się nie zorientował... że jestem głuchy. Poza tym w takich miejscach i tak wszyscy gówno słyszą. Idealnie tam pasuję. Można powiedzieć, że to jedyne miejsce, w którym mam przewagę. Inni muszą krzyczeć, by ktoś ich usłyszał. Ja potrafię czytać z ruchu warg.

Powiedział to kąśliwym tonem.

- A czy... czy słyszysz cokolwiek? Tylko się zastanawiam, bo brzmisz tak...

- Znowu chciałaś powiedzieć "normalnie", prawda? - przerwał jej oskarżycielsko.

Lisanne przygryzła wargę i powoli przytaknęła.

- Przepraszam - wydukała.

- I dalej się dziwisz, że nie chcę zawierać żadnych znajomości?

Uniosła wzrok, dostrzegła w jego oczach jedynie ból i frustrację.

- Nie chcę być tak szufladkowany - kontynuował łagodniejszym tonem. - Gdy ludzie wiedzą o twojej... niepełnosprawności, Chryste, nienawidzę tego jebanego słowa, to od razu traktują cię inaczej. Przez większość czasu nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nienawidzę tych wszystkich pieprzonych stereotypów. - Oparł głowę na dłoniach. - Nienawidzę. Szczerze, kurwa, nienawidzę.

Lisanne nie wiedziała, co powiedzieć ani jak się zachować. Trudno było jej przyswoić, że Daniel boryka się z tym wywracającym życie do góry nogami... problemem, przeszkodą, niepełnosprawnością... Nie wiedziała nawet, jak ma to określać.

- Jestem tak kurewsko żałosny - wymamrotał niewyraźnie. - Dwa tygodnie. Tyle udało mi się... Tylko dwa tygodnie i ktoś, ty, już mnie rozczytałaś.

Lisanne spojrzała mu prosto w oczy.

- Gdyby nie ten alarm, to pewnie nigdy bym się nie zorientowała. - Uśmiechnęła się delikatnie. - Na pewno dalej bym myślała, że jesteś po prostu ignorującym mnie palantem.

Jego wyraz twarzy nieco zmiękł, próbował odwzajemnić uśmiech, choć wydawało się, że ten utknął gdzieś w kącikach jego ust i nie potrafi przebić się na wierzch.

- Ale nie rozumiem, dlaczego wolisz, żeby ludzie myśleli, że jesteś palantem, niż że jesteś... głuchy.

Wzruszył ramionami.

- Bycie palantem to nic niezwykłego. Bycie głuchym czyni cię... odmieńcem. Nie chcę być odmieńcem.

Lisanne omiotła wzrokiem jego tatuaże i zawiesiła spojrzenie na srebrnym kółku w brwi.

- Myślę, że chcesz.

- Słucham?

- Myślę, że chcesz być inny. Twój wygląd.

Powoli pokręcił głową.

- Nie rozumiesz.

- Staram się zrozumieć.

- Tak, z pewnością.

- Czy... opowiesz mi o tym? Kiedy się zaczęło? To znaczy: nie urodziłeś się głuchy, prawda?

- Co, chcesz słuchać historii mojego zjebanego życia?

- Owszem, chcę, o ile tylko postarasz się nie przeklinać co drugie słowo.

Spojrzał na nią zdumiony, po czym roześmiał się na cały głos.

- Jesteś zabawna!

- Cieszę się, że cię bawię - fuknęła żartobliwie. Przyjemnie było popatrzeć, jak znowu się śmieje.

Ale jego śmiech szybko ucichł.

- Nie chcę, żeby ktokolwiek inny się dowiedział. Ktokolwiek.

- Przyrzekam. Poza tym to twoja tajemnica, nie moja.

Powoli skinął głową.

- Wychodzi na to, że będę musiał ci zaufać.

- Na to wychodzi.

- No dobra, ale będę potrzebował drugiej cholernej kawy.

- Hej, język! Obiecałeś!

- Nie mogę nawet mówić "cholera"?

- Wolałabym nie.

- Twój staruszek jest pastorem?

Lisanne przewróciła oczami.

- Szufladkowanie! Uważasz, że skoro przeszkadzają mi przekleństwa, to muszę być wyjątkowo pobożna? I kto tu posługuje się stereotypami?

Uniknął konieczności odpowiedzi dzięki Maggie, która przyszła ponownie napełnić ich kubki.

- Podać coś do jedzenia, Danny? A może coś dla twojej przyjaciółki?

Daniel spojrzał na Lisanne.

- Głodna?

- Niespecjalnie, ale dziękuję.

- Nic nam nie trzeba, Maggie, dzięki.

- Przyniosę ci to co zwykle i żadnych fochów, Danny Coltonie - powiedziała stanowczo. - Dobrze wiem, że u was w domu lodówka świeci pustkami.

- Dzięki, Maggie - wymamrotał skarcony do oddalającej się już kelnerki.

Lisanne uniosła brwi.

- Danny, co?

Wykrzywił usta.

- Taaak, cóż, zna mnie od dziecka. Tylko ona mnie tak nazywa.

- No nie wiem, w sumie Danny do ciebie pasuje.

- Doigrasz się, córeczko pastora.

Lisanne rzuciła mu groźne spojrzenie, a Daniel nie wytrzymał i ponownie roześmiał się na cały głos.

- Więc dlaczego wybrałeś tę uczelnię? - zapytała, by nawiązać konwersację.

Ponownie wzruszył ramionami.

- Ma bardzo dobry program nauczania biznesu, świetny w odniesieniu do realnej gospodarki. No i dostałem częściowe stypendium. A ty?

- W moim przypadku to bardziej wybór rodziców. Wiedziałam, że chcę studiować muzykę, a tu mają ten fakultet. Wychodzi na to, że kształcę się, by zostać nauczycielką muzyki.

- Tego chcesz?

- Nie do końca. Ale blisko.

Gdy Maggie przyniosła talerz jajek sadzonych, bekonu i płatków owsianych, Daniel rzucił się na jedzenie, jakby od dawna głodował.

- Ho ho, widzę, że byłeś porządnie głodny - skomentowała Lisanne, której oczy niemal wyskoczyły z orbit na widok tempa, w jakim pochłaniał wszystko z talerza.

- Mmm - wymruczał z ustami pełnymi jajek i bekonu. - Wczoraj jakoś nie zdarzyło się nic przekąsić.

- Co? Przez cały dzień?!

- Mhm - mruknął, kiwając głową.

- Dlaczego?

Przełknął ostatni kęs i sięgnął po kawę.

- Nie zrobiłem zakupów. Poza tym, jak je robię, to i tak wszystko zaraz znika, nie ma to więc większego sensu.

Lisanne, skonfundowana, pokręciła głową.

- Twoja mama nie robi zakupów?

Gdy tylko wypowiedziała to pytanie, zdała sobie sprawę, że ponownie wpycha swoją ogromną stopę w sam środek jego życia.

- Moi rodzice zginęli już ponad dwa lata temu - powiedział, wpatrując się w jakiś punkt za jej plecami. - Zostaliśmy sami z Zefem, moim bratem.

Z piersi Lisanne wyrwało się głośne westchnięcie.

- Co się stało?

- Wypadek samochodowy.

Zdobyła się tylko na pokiwanie głową z trwożnym współczuciem. Daniel przyszedł na świat obdarowany inteligencją i dobrym wyglądem, ale szybko stracił oboje rodziców, słuch, spore pokłady dumy i godności, a wychodziło na to, że także nadzieję.

Nie miała bladego pojęcia, w jaki sposób on w ogóle funkcjonuje, nie wspominając nawet o codziennym wstawaniu z łóżka i studiowaniu. Uznała, że musi być silny. Niebywale silny.

Jej serce przepełnił podziw dla tego chłopaka, a następnie skręcił ból wywołany brutalnością, z jaką obeszło się z nim życie.

- Tak mi przykro - rzekła bezsilnie.

- Życie jest do bani - skwitował krótko.

Rozciągnął ramiona nad głową, jego t-shirt się uniósł i opiął ciasno klatkę piersiową. Policzki Lisanne ponownie zapłonęły. Poczuła się wstrętnie, że w chwili, gdy on obnaża przed nią swą duszę, nachodzą ją zbereźne myśli. Jest nic nie warta.

- A co z tobą? - zapytał. - Jak wygląda twoja historia?

- Nic ciekawego - odparła bez zastanowienia.

- Opowiedz, tak czy siak.

- Ale naprawdę nie ma co opowiadać.

Zmarszczył brwi.

- Czyli rozwodzimy się nad moim życiem, ale nie usłyszę nic w zamian?

- Nie, to znaczy... moje życie jest po prostu nudne. Co chciałbyś wiedzieć?

- Opowiedz mi o swojej rodzinie.

Westchnęła.

- Moi rodzice to Monica i Ernie. Oboje uczą w liceum. Matematyki. Mam młodszego brata, Harry'ego. Trzynaście lat. Jest totalnym wrzodem na... jest wrzodem. Ale i tak za nim tęsknię. Interesuje się tym, co wszyscy: futbolem, grami komputerowymi, zaczynają ciekawić go dziewczyny. - Wzruszyła ramionami. - Ma na ścianie plakat Megan Fox. Mama powiedziała mu, że uprzedmiotawia kobiety, ale myślę, że tacie się to podoba, w sensie, że ten plakat.

- No, nie dziwię się, Megan Fox jest gorąca!

- Fuj! Typowy facet! - zadrwiła.

Puścił jej oczko, a ona mimowolnie obdarowała go szerokim uśmiechem.

- Czyje plakaty wiszą na twojej ścianie? - droczyła się z nim.

- A co? Masz ochotę obejrzeć moją sypialnię? - zapytał, unosząc brew, tę z kolczykiem. - Bo muszę powiedzieć, że nie wyglądasz mi na tego typu dziewczynę.

Lisanne całkowicie odebrało mowę i tylko gapiła się na niego jak cielę na malowane wrota.

Daniel uśmiechnął się półgębkiem, uznawszy, że wygrał tę rundę przekomarzanek.

- Pocałował cię ktoś kiedyś, LA? - zapytał, nachylając się nad stołem i patrząc jej prosto w oczy.

- Nie bądź dupkiem! - rzuciła.

- Ani myślę - zripostował, zadowolony z siebie.

- Oczywiście, że się całowałam - wyjąkała. - I to wiele razy.

Było to wierutne kłamstwo, ale za żadne skarby nie ujawniłaby przed nim prawdy.

- Dobrze wiedzieć - odparł z uśmiechem, wracając do poprzedniej pozycji.

- No dobrze, a co z tobą?

- Też się już całowałem. Też wiele razy.

Przewróciła oczami.

- Pytam, czy masz dziewczynę.

- A co, coś proponujesz?

- Nie wiem, po co w ogóle z tobą rozmawiam - powiedziała z irytacją.

Uśmiechnął się do niej.

- Nie, nie mam dziewczyny. Czy życzysz sobie wiedzieć coś jeszcze?

Lisanne przygryzła wargę.

- No pytaj - nakłaniał ją. - Jak nie będę miał ochoty, to po prostu nie odpowiem.

- No dobrze. - Zrobiła krótką pauzę. - Hmm, zastanawiałam się, kiedy... yyy, to znaczy kiedy ty... kiedy ty... nie, przepraszam, to nieważne.

Z jego twarzy zniknęło rozbawienie, a Lisanne miała ochotę skopać sobie tyłek.

- Będziemy ciągle wracać do tego gówna, prawda? - rzucił ostro, a w jego głosie ponownie zabrzmiały nuty złości. - I właśnie dlatego mam tego po dziurki w nosie, dlatego nienawidzę o tym rozmawiać. Dla wszystkich innych to takie kurewsko fascynujące, ale to moje życie i doskonale wiem, co mnie omija. Uzmysławiam to sobie każdego pierdolonego dnia. Patrzę, jak chodzisz na próby z Royem i resztą chłopaków, i po prostu mnie to dobija. Ja już nigdy tego nie zaznam; już nigdy nie usłyszę muzyki. I wiesz co? Zaczynam już zapominać. Czasami wydaje mi się, że słyszę ją w głowie, ale nie mam już pewności, czy to na pewno ona.

Zamknął na chwilę oczy, po czym kontynuował:

- Myślisz, że ślepi mają podobnie? Myślisz, że jeżeli kiedyś widzieli, to... pamiętają kolory? Czy myślą kolorowo, śnią w kolorach? Czasami wydaje mi się, że słyszę muzykę w snach...

Lisanne poczuła, jak coś ściska jej gardło. Wiedziała, że to ona wpędziła go w taki nastrój i że teraz ma obowiązek mu odpowiedzieć.

- Tak, myślę, że pamiętają. To znaczy ja bym chyba pamiętała. Wiesz, Beethoven komponował nawet po utracie słuchu.

- Taaa, tyle razy to już słyszałem - powiedział uszczypliwie.

- Co nie znaczy, że to nieprawda... - dodała cichutko.

Westchnął.

- Moja... przypadłość... nazywa się: idiopatyczna głuchota czuciowo-nerwowa, co oznacza tyle, że nie mają, kurwa, bladego pojęcia, dlaczego ogłuchłem. Zakładają, że może przez jakiś wirus, ale tak naprawdę nie wiedzą. Zaczęło się, gdy poszedłem do liceum. Od razu narobiłem sobie przez to kłopotów: nauczyciele mówili, że nie umiem się skupić albo że jestem przemądrzały i nie zaszczycam ich odpowiedziami na pytania. Jedna nauczycielka naprawdę potrafiła mi dopiec, pani Francis. Miała ten wkurwiający wysoki, piskliwy głosik i gdy mówiła, naprawdę chuja słyszałem. Bo najpierw traci się zdolność słyszenia wysokich dźwięków, problem z niskimi zaczyna się dopiero później. Nie miałem na tyle oleju w głowie, żeby komukolwiek się przyznać.

Zawiesił głos i wbił wzrok w blat stołu.

- A potem moje oceny poleciały na łeb na szyję. Zacząłem wdawać się w bójki, a moi rodzice co chwilę byli wzywani do szkoły. Jeden z moich nauczycieli w końcu domyślił się, co mi dolega. Wysłano mnie na badania... Okazało się, że w wieku piętnastu lat cierpię na umiarkowanie dotkliwą utratę słuchu.

Potarł twarz dłońmi.

- W szkole stwierdzili, że nie są już w stanie sobie ze mną "radzić". Więc... rodzice posłali mnie do szkoły specjalnej. Kiedy oni... kiedy zginęli, zostały mi niecałe dwa lata nauki, więc... skończyłem tę szkołę i przysiągłem sobie, że już nigdy nie będę żył w ten sposób. Nie chciałem łatki "niepełnosprawnego", czy też, ja pierdolę, "sprawnego inaczej". Nienawidzę tego, kurwa mać. - Przerwał na chwilę. - Do tego czasu w zasadzie całkowicie straciłem słuch. Wydawało mi się, że słyszę trochę lewym uchem, ale teraz nie mam pewności. Nie usłyszałem tego pieprzonego alarmu przeciwpożarowego. Cholera, nie wiem, może usłyszałbym wybuch bomby.

Lisanne zauważyła, że wstrzymuje oddech, dopiero gdy rozbolały ją płuca.

- A... urządzenia wspomagające słuch nie pomagają?

Daniel zrobił zdegustowaną minę.

- Nie bardzo. Niektórym pomagają. Próbowałem cyfrowych wzmacniaczy słuchu, ale są za słabe. Głos jest niewyraźny i zniekształcony. Analogowe wypadły nieco lepiej, jednak niewiele.

- Ale pomagają choć trochę?

- Jasne, o ile tylko chcesz, żeby ludzie traktowali cię jak jebanego przygłupa.

- Nie wszyscy!

- Proszę cię, daj, kurwa, spokój. Ludzie opowiadają brednie typu: "Och, jak dobrze się wysławiasz", jakby poklepywali mnie po pieprzonym ramieniu albo coś w tym stylu.

- Czyli... nie ma... nie ma nadziei? Lekarze...?

Pokręcił głową.

- Nie. Jestem jednym z ich "najgorszych przypadków". Wyróżniającym się na tle innych, można powiedzieć.

Lisanne czuła się fatalnie, ale drążyła dalej.

- Nie możesz tracić nadziei, Danielu. Naukowcy nieustannie dokonują kolejnych przełomów. Mógłbyś... sama nie wiem... wziąć udział w jakichś testach. Słyszałam o implantach, co z nimi?

Ponownie zaprzeczył ruchem głowy.

- Kiedyś też tak myślałem, ale przejadła mi się rola pieprzonej świnki doświadczalnej. Spędziłem mnóstwo czasu w rozmaitych szpitalach i klinikach, na najróżniejszych badaniach, na testach kolejnych wspomagaczy słuchu, a każdy okazywał się bardziej bezużyteczny niż poprzedni. Nie zniósłbym tego wszystkiego po raz drugi... tej nadziei... Jest, kurwa, dobijająca.

Wyglądał na tak załamanego, że Lisanne pragnęła tylko jakoś go pocieszyć, ale zanim wpadła na pomysł, jak to zrobić, potrząsnął głową, jakby wytrzepywał z niej niechciane myśli.

- Jebać to - powiedział. - Pieprzę, jakbym grał w jakiejś operze mydlanej. Chcesz zrobić coś zabawnego?

Ta zmiana nastroju aż zakręciła Lisanne w głowie.

- Okej... - odparła niepewnie. - Ale co?

- Zaufasz mi?

- Nie.

Uśmiechnął się szeroko.

- Co masz do stracenia?

- Życie, reputację, rozum?

Daniel zaśmiał się głośno.

- To wszystko? No chodź. Odstawię cię do akademika w jednym kawałku. Natomiast nie ręczę za reputację, skoro będziesz widziana w moim towarzystwie.

Lisanne westchnęła dramatycznie.

- Będę więc musiała żyć ze zszarganą reputacją.

Pół godziny później gapiła się przed siebie z szeroko rozdziawionymi ustami i walającą się gdzieś na ziemi szczęką.

Poważnie? Zabrał ją na automaty?!

- Ile ty masz lat, trzynaście? - zapytała ze szczerym niedowierzaniem.

- Nie, maleńka, jestem stuprocentowym dorosłym facetem - odparł z drwiącym uśmieszkiem i puścił do niej oczko. - Mam ci to udowodnić?

Lisanne skrzyżowała ręce na piersi i próbowała zachować surową pozę.

Daniel tylko śmiał się gromko.

- No chodź! Będzie super. Zjemy chipsy, napijemy się coli, trochę postrzelamy. Sama radość!

Złapał ją za rękę i wciągnął do środka. Jego entuzjazm okazał się zaraźliwy - zachowywał się jak mały chłopczyk z promieniejącymi oczami. Lisanne musiała przyznać, że spodobała jej się ta rozbrykana strona jego osobowości. Przez większość czasu był przecież taki poważny.

Rozmienił dziesięć dolarów na żetony i wręczył jej garstkę.

- Taa, na pewno. Popatrzę sobie, jak ty grasz.

Ruszył z uśmiechem do automatu o nazwie MotorStorm Apocalypse.

- Ta jest zajebista!

Grał w najróżniejsze gry przez niemal godzinę. Zachowywał się jak nadpobudliwy dzieciak, co szczerze rozbawiło Lisanne; przypominał jej brata. Za każdym razem, gdy wygrywał lub solidnie punktował, odwracał się do niej i uśmiechał od ucha do ucha. Namówił ją nawet na przejażdżkę w Project Gotham Racing, po czym dał jej popalić na wszystkich czterech miejskich torach.

Lisanne nie chciała stanąć do rewanżu i oddaliła się w poszukiwaniu obiecanych chipsów i coli z dziesięciodolarowym banknotem w dłoni, który - na skutek nalegań Daniela - wyjęła z jego portfela. Następnie zasiedli na plastikowych krzesłach i obserwowali, jak grupa gimnazjalistów ściga się w Ridge Racer.

Lisanne musiała przyznać, że nieco wbrew sobie świetnie się bawi. Niepokoiło ją tylko, że z taką łatwością zapomina o głuchocie Daniela. Kilka razy odezwała się do niego, gdy stał odwrócony plecami, i dopiero po chwili przypominała sobie, że musi klepnąć go w ramię.

Teraz doskonale już wiedziała, dlaczego wielu ludzi uważa go za gbura czy chłopaka ignorującego wszystkich dookoła. Po części rozumiała, dlaczego nie chce, żeby inni wiedzieli o jego problemie, ale z drugiej strony nie do końca pojmowała, dlaczego woli uchodzić za palanta. Przypomniała sobie o powiedzeniu, które wpajała jej mama: zanim ocenisz innego człowieka, musisz najpierw przejść kilometr w jego butach.

Westchnęła, zdawszy sobie sprawę, ile jeszcze musi nauczyć się o życiu.

W pewnym momencie zauważyła, że robi się późno, a przecież obiecała Kirsty, że wyjdą gdzieś razem tego wieczoru. Ogromna część niej pragnęła zostać dłużej z Danielem, ale obietnica to obietnica.

Zaproponował, że odwiezie ją do akademika, i z wdzięcznością przyjęła ofertę.

Lecz gdy schodziła z motocykla, na jego twarzy malował się niepokój.

- Hej, Lisanne, nie powiesz nikomu, prawda?

- Nie, przyrzekam. Tak jak powiedziałam, to nie moja tajemnica - zapewniła go.

Dostrzegła, że odczuł ulgę.

- Powinniśmy chyba wyznaczyć nowy termin pracy nad projektem - przypomniała.

- Racja. Daj telefon, wpiszę ci mój numer.

Lisanne bez słowa wręczyła komórkę najgorętszemu chłopakowi na całym kampusie, starając się powstrzymać uśmiech, gdy wstukiwał numer do jej listy kontaktów.

- Tylko przypisz mi jakiś fajny dzwonek, okej? - powiedział z wesołością w oczach.

- Może dostaniesz Celine Dion, nigdy nie wiadomo - odparła.

Przez oblicze Danielu przemknęło niedowierzanie, a po chwili odchylił głowę i głośno się zaśmiał.

- Niezłe z ciebie ziółko, lubię to.

Po chwili dosiadł swojego motocykla i odjechał w kierunku ciemniejącego nieba.

Gdy rozanielona Lisanne biegła do swojego pokoju, jego ostatnie słowa wciąż pobrzmiewały jej w uszach.

Lubi mnie!

Zanim zdążyła wetknąć klucz do dziurki, drzwi szeroko się otwarły i Kirsty wciągnęła ją do środka.

- Tylko mi nie mów, że uczyłaś się przez pięć godzin z Panem Wysokim Czarnowłosym i Przepysznie Niebezpiecznym! - krzyknęła.

Lisanne zaśmiała się nerwowo.

- Tak jakby. Trochę się pouczyliśmy... - Bardzo krótką chwilę, dorzuciła w myślach. - Potem trochę posiedzieliśmy. Tyle.

- Och, proszę cię! Czyli co, to jakby randka? Pocałował cię? Języczki poszły w ruch? Opowiadaj!

ROZDZIAŁ 2

Gdy Lisanne wróciła do akademika, była w siódmym niebie. Prawdę powiedziawszy, czuła się tak wspaniale, że najpewniej dotarła do dziesiątego, czy nawet piętnastego nieba, a bez wątpienia unosiła się przynajmniej kilka metrów nad ziemią.

Przesłuchanie poszło dobrze. Nie, przesłuchanie poszło świetnie. Wypadła spektakularnie. Z całą pewnością zaskoczyła tych facetów. Sami przyznali, że powaliła ich na kolana. Ani jeden się nie spodziewał, że taka szara mysz dobędzie z siebie tak pełny, bluesowy głos. Nawet nie przeszkadzało jej, że nazywali ją właśnie "myszką", w sumie mieli rację.

- Witamy w 32° North - powiedział groźnie wyglądający facet imieniem Roy.

I dali jej tę fuchę. Udało się.

Kilka dni później ruszyły próby, a pierwszy występ zaplanowali na za trzy tygodnie. Nadali jej nawet ksywkę, bo ponoć w "Lisanne" jest "za dużo cholernych liter". Mówili na nią "LA" i przyjęli do swego grona. Zaprosili ją do klubu na wtorek, żeby usłyszała, jak gra pewna inna kapela. Mieli ochotę na jej towarzystwo.

Wszystko ułożyło się znakomicie, z wyjątkiem jednej rzeczy: żałowała, że Gość z Kolczykiem jednak wyszedł. Chciałaby zobaczyć wyraz jego twarzy w chwili, gdy - jak jego przyjaciele - przekonałby się, że ona naprawdę potrafi śpiewać.

Nie wiedziała, skąd biorą się te myśli, bo przecież za każdym razem, kiedy tylko przecinały się ich ścieżki, zachowywał się jak skończony dupek.

Natomiast jego kumple byli naprawdę fajni pomimo tego, jak wyglądali. Słuchali jej z szacunkiem i nie próbowali się do niej przystawiać. Do tego drugiego była przyzwyczajona, z kolei szacunek stanowił dla niej nowość i przypadł jej do gustu. Zdecydowanie.

Nie mogła się doczekać, by obwieścić nowiny Kirsty. Ale gdy to przemyślała, zawahała się. Śpiewanie bluesowych klasyków w pustej sali przesłuchań to jedno, a wykonywanie czyichś oryginalnych utworów przed płacącą za bilety publicznością - drugie. Postanowiła, że wstrzyma się z epatowaniem radością do pomyślnego zakończenia pierwszej próby. Wtedy będzie już wiedziała, jak jej idzie. I czy w ogóle. Zespół może przecież uznać, że popełnił błąd, albo po prostu znaleźć kogoś lepszego.

Kirsty siedziała na łóżku ze skrzyżowanymi nogami i wpatrywała się w laptopa, a jeżeli sądzić po piknięciach dobiegających z jego głośników, prowadziła przynajmniej sześć odrębnych rozmów. Pomimo zmęczenia morderczym kacem Kirsty otaksowała Lisanne, zmuszając ją do odwrócenia wzroku.

- Wow, ktoś tu ma dobry humor. Kogo zaliczyłaś, Maclaine?

Twarz Lisanne pokryła się rumieńcem, zarówno ze względu na bezceremonialne słowa koleżanki, jak i treść jej sugestii.

- Na miłość boską, Kirsty! Nikogo! Miałam po prostu miły wieczór. Słuchaj, hmm, kilku... znajomych zaprosiło mnie na jutrzejszy wieczór do jednego klubu i zastanawiam się, czy nie chciałabyś ze mną pójść.

Kirsty rzuciła jej gorzkie spojrzenie.

- Z kolei inni znajomi zaprosili cię do klubu na zeszły wieczór, ale nie miałaś czasu, bo się uczyłaś.

Och.

- Okej, moja wina - przyznała Lisanne - i przepraszam, ale pójdziesz ze mną? Proszę, Kirsty. Nie chcę iść sama.

Kirsty fuknęła coś pod nosem, ale po chwili zapytała:

- A co to za znajomi? Nie widziałam, żebyś w ogóle z kimś rozmawiała.

- Kilku chłopaków, których poznałam.

- Chłopaków? Jakich chłopaków? - strzelała pytaniami Kirsty, a jej oczy nagle rozszerzyły się z zainteresowaniem. - Hmm... - Zrobiła dramatyczną pauzę i zaczęła inspekcję paznokci, czym zdenerwowała Lisanne na tyle, że jej powieka wykonała kilka niekontrolowanych drgnięć, ale w końcu współlokatorka rzekła: - No dobrze, pójdę z tobą. Napiszę do Shawny, zobaczymy, jakie ma plany.

Lisanne uważała, że Shawna to jędza, i nie miała ochoty jej zapraszać, ale wiedziała, że jeżeli każe Kirsty wybierać pomiędzy nią a sobą, to może szybko stracić jej przyjaźń.

Przez pozostałą część wieczoru odpierała namolne dociekania Kirsty odnośnie do owych "chłopaków".

Lisanne starała się odpowiadać tak mętnie, jak tylko potrafiła.

- Nawet dobrze ich nie znam. To miejscowi, ale wydają się naprawdę sympatyczni.

- Jak poznałaś miejscowych? Hmm, coś mi się wydajesz podejrzana. No już, bądź grzeczna i opowiedz ciotuni Kirsty wszystko jak na spowiedzi.

- Nie, naprawdę. Po prostu... zgadaliśmy się... i... wyszło na to, że lubimy tę samą muzykę. Ot, cała tajemnica.

- Dobrze, nie chcesz, to nie mów. Sama ich jutro zapytam.

Lisanne aż się wzdrygnęła.

- No dobra! Powiem ci! Ale proszę, proszę, proszę, nie rozgadaj nikomu. - A zwłaszcza Shawnie.

- No mówże wreszcie!

Lisanne opowiedziała niechętnie całą historię, obserwując z nutką satysfakcji, jak Kirsty opada z wrażenia szczęka.

- Bozieńko kochana! Ale super! Jesteś przezajebista! - krzyknęła. - Wiedziałam, że coś ukrywasz, choć nie mam zielonego pojęcia, czemu miałabyś kryć się z czymś tak fantastycznym!

- Bo jeszcze nie wiem, czy coś z tego będzie.

- Ale jeżeli chcą, żebyś u nich śpiewała, to musiałaś się im spodobać.

- Może...

- I zaprosili cię na jutrzejszy wieczór.

- No tak, ale...

- Dobrze, przede wszystkim musimy cię wyszykować, a to wymaga nieco pracy.

- Że co, proszę?

- Musimy zrobić cię na bóstwo, aby się upewnili, że dokonali właściwego wyboru.

- Zależy im na moim śpiewie, nie na wyglądzie.

Kirsty przewróciła oczami.

- To faceci. Oczywiście, że twój wygląd ma dla nich znaczenie! Jak udało ci się skończyć liceum bez znajomości tego podstawowego faktu, moja droga współlokatoreczko? Ale nic się nie bój, zajmie się tobą Kirsty, królowa szmiry, wielka mamuśka efektownych przeobrażeń. Ty musisz jedynie oddać się w moje ręce, zamknąć buzinkę i cieszyć się przygodą.

- Okej, ale żadnych szpilek.

- Którego słowa w "zamknąć buzinkę" nie zrozumiałaś? - warknęła Kirsty.

Lisanne więcej się nie odezwała. Nie chciała nawet drążyć tego, że Kirsty, ewidentnie wielka znawczyni mody, przypuszczalnie nie wie, co znaczy "królowa szmiry"... Tak, lepiej po prostu zdać się na nią i zamknąć buzinkę.

Następnego wieczoru, po zjedzeniu wczesnej kolacji, Kirsty podkasała wyimaginowane rękawy i zabrała się do dzieła. Po dwóch godzinach, dwóch wyczerpujących godzinach, Lisanne ujrzała w lustrze nieznajomą postać.

- Wyglądasz jak sto baniek, dziewczyno - powiedziała Kirsty pokrzepiająco.

- Yyy... - wydusiła z siebie Lisanne, oceniając podkreślone kredką powieki, ciemnorubinowe usta i błyszczące włosy.

- Podziękujesz mi później, gdy już będziesz opędzała się od całego klubu facetów - powiedziała Kirsty, puszczając oczko.

Lisanne zamknęła oczy i pomodliła się, żeby do tego nie doszło. Tłumaczyła sobie, że nawet gdyby, to wyłącznie dlatego, że Kirsty ubrała ją w jedną ze swoich wielu świętokradczo krótkich spódniczek i sięgające kolan skórzane kozaki. Większość facetów zapewne nie zauważy nic więcej. No może jeszcze obcisłą bluzkę, ale już na pewno nie twarz.

Poczuła na ramieniu delikatną dłoń współlokatorki.

- Pójdzie ci świetnie. Wyglądasz gorąco, że ja pierdolę. Moja malutka diwa - rzekła z czułością, po czym pocałowała Lisanne w policzek.

Przerwało im pukanie do drzwi.

- To pewnie Shawna - rzuciła Kirsty i pobiegła otworzyć.

Shawna przekroczyła próg pokoju, po czym stanęła jak wryta i totalnie zszokowana, wbiła wzrok w Lisanne.

- Wygląda świetnie, nie zaprzeczysz. - Kirsty wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

- No tak - wydukała Shawna. - Jak na studentkę muzyki.

Kirsty przewróciła oczami.

- Po prostu przyznaj, że jestem genialna, a ona wygląda bosko.

- Skoro tak mówisz - skwitowała jej słowa Shawna, wzruszając ramionami i mierząc Lisanne piorunującym wzrokiem, a ta splotła ręce na piersiach i odwzajemniła się jej tym samym.

Gra się rozpoczęła.

Gdy dotarły na miejsce, okazało się, że kolejka do klubu sięga przecznicę dalej.

- Na pewno nie zamierzam w niej stać - prychnęła Shawna, rzucając Lisanne zirytowane spojrzenie, jak gdyby to ona odpowiadała za ten stan rzeczy.

- Idź i powiedz temu facetowi przy wejściu, kim jesteś - powiedziała niecierpliwie Kirsty.

- Słucham? - odparła gwałtownie Lisanne.

- Shawna ma rację - ponagliła ją współlokatorka. - Będziemy tu kwitły do rana.

- Nie mogę! To znaczy oni nie...

- Lisanne! - nie ustępowała Kirsty. - Po prostu to zrób! Rusz swój słodki tyłeczek i zażądaj, żeby nas wpuścili!

- Albo pójdziemy gdzie indziej - dorzuciła z pogardliwym uśmieszkiem Shawna.

Owładnięta przerażeniem i poczuciem nadciągającego upokorzenia Lisanne z walącym w piersi sercem podążyła ku wejściu do klubu.

- Kolejka jest tam - rzucił od razu bramkarz.

- Tak, wiem. - Lisanne odkaszlnęła. - Ale mógłbyś przekazać Royowi, że Lisanne... to znaczy, że LA przyszła.

Bramkarz zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów.

- Jesteś znajomą Roya? Okej, możesz wchodzić.

Lisanne była tak wstrząśnięta, że ledwie ustała na nogach, ale Kirsty zasadziła jej kuksańca łokciem i wymownie mrugnęła.

- A moje przyjaciółki?

- Jasne, kochana. Wbijajcie.

Kirsty przekroczyła drzwi klubu pewnym krokiem.

- Wow! Ale zajebiście! - zawołała radośnie. - Nawet nie sprawdził nam dowodów.

Lisanne była w kompletnym szoku, a Shawna milczała wkurzona.

Lisanne musiała przyznać, że klub prezentował się znacznie lepiej po zmroku i gdy był wypełniony ludźmi. Przestał wyglądać niczym speluna jakiejś subkultury. Choć nie sprawiał już wrażenia przytulnej nory dla seryjnych morderców, to nadal emanował hipnotyzującą i pachnącą niebezpieczną atmosferą - w klimacie zresztą większości klienteli. Nigdy w życiu nie widziała tylu tatuaży - i to na samych tylko dziewczynach.

Pomimo efektownej transformacji Lisanne nadal czuła się jak kujonka z pierwszego roku studiów, którą zresztą była. Jak ryba wyrzucona na brzeg.

- Chodźcie po drinki - zawołała Kirsty, niepomna, że nie minęła nawet doba, odkąd wykurowała kaca po ostatniej imprezie.

Gdy szły w stronę zatłoczonego baru, Lisanne dostrzegła Gościa z Kolczykiem. Wisiała na nim jakaś ruda dziewczyna, a on ocierał się o nią biodrami w sposób, który zapewne jest zakazany w pięćdziesięciu jeden stanach. Trudno było uznać to za taniec, przypominało raczej kopulowanie w rytm muzyki, no i w ubraniach. Ale bez dwóch zdań wyglądało seksownie. Lisanne zdziwiła się, że parkiet pod nimi jeszcze nie zapłonął.

Ruda trzymała ręce w jego tylnich kieszeniach, ściskając bardzo przyjemnie wyglądający tyłeczek. Nie musisz być wybitnym rozmówcą, jeżeli spędzasz cały wieczór z językiem w cudzym gardle.

Ten wiedźmowaty monolog wewnętrzny zirytował Lisanne. Ale wydało jej się po prostu niesprawiedliwe, że stoi tu odstrzelona, że wygląda seksowniej, niż w ogóle mogła sobie wyobrazić, a on nie ma nawet pojęcia o jej obecności.

To dupek, pamiętasz? Chcesz zostać kolejnym trofeum, które zaliczy w łóżku?

Poczuła się absurdalnie, pomaszerowała więc za Kirsty do baru, gdzie zamówiła wodę z lodem. Shawna rzuciła jej pogardliwe spojrzenie, po czym zaczęła skupiać na sobie całą uwagę Kirsty. Ta dzielnie starała się włączyć Lisanne do rozmowy, ale przez wrodzoną sukowatość Shawny, tłok w przegrzanym pomieszczeniu oraz głośność muzyki jej zabiegi spaliły na panewce.

Lisanne stała sama, czując się żałośnie i nieszczęśliwie, gdy podszedł do niej Roy.

- Patrzę, ale nie wierzę! Wow, spójrz na siebie, dziecinko! Kamień z serca, że nie ubrałaś się tak na przesłuchanie.

- A dlaczego nie? - zapytała Lisanne zakłopotana i nieco urażona.

- Bo nie miałbym pewności, czy zatrudniam cię, bo dobrze śpiewasz, czy... z innych względów.

Gdy do Lisanne dotarło, co ma na myśli, jej policzki zalał rumieniec. Wydała z siebie tylko pełne zakłopotania mruknięcie i wbiła wzrok w podłogę.

- Przychodź tak na koncerty, a nic nas nie powstrzyma - dorzucił Roy, uśmiechając się na widok wyrazu jej twarzy.

- Sama nie wiem. To robota mojej współlokatorki - odparła Lisanne, nie wiedząc, co zrobić z rękami.

- Przedstaw mnie! - rzekł rozkazującym tonem, sunąc wzrokiem w górę i w dół po apetycznych krągłościach Kirsty. - Muszę jej podziękować!

Lisanne ogarnęła czarna rozpacz. Już się zaczęło. Właśnie traciła wszystko, co chciała zachować dla siebie. Śpiewanie to jedyna rzecz, w której była naprawdę dobra, a teraz schodziło na drugi plan. Miała nadzieję, że choć raz to ona będzie gwoździem programu.

Chwilę później jednak skopała się w myślach po tyłku i przyznała, że zachowuje się jak smarkula. Kirsty zawsze była dla niej życzliwa. Z kolei Shawna... no cóż, Shawna to inna bajka.

Lisanne wszystkich sobie przedstawiła, a Roy objął ją ramieniem i mocno przytulił, czym całkiem zbił ją z tropu.

Oczy Shawny niemal wyskoczyły z orbit, gdy zobaczyła, że całkowicie wytatuowany facet traktuje tak Lisanne.

- Przyjaciółki dziecinki są moimi przyjaciółkami - zagrzmiał.

Danielowi w końcu udało się pozbyć łapczywego języka Terri ze swoich ust. W zasadzie rzuciła się na niego, gdy tylko przyszedł. Nie, żeby miał coś przeciwko, przynajmniej od razu się przekonał, że tego wieczoru nie będzie musiał martwić się o podtrzymywanie konwersacji. Ulżyło mu, bo nie spytała o jego brata (ani o prochy), natomiast był dziwnie rozczarowany, że w ogóle nie chce poznać go bliżej. Musiał jednak przyznać, że doskonale zapoznała się z jego ciałem, a jego kutas przez ostatnią godzinę próbował na własną rękę rozpiąć rozporek i wydostać się ze spodni. Jeżeli nie zaliczy tej nocy, to jego sprzęt nigdy mu tego nie wybaczy.

Gdy DJ zakończył swój set, a do występu zaczął przygotowywać się zespół, poczuł zmianę rytmu falowania tłumu. Uniósł wzrok akurat, by zauważyć, jak Roy obłapia jakąś ślicznotkę o jasnobrązowych włosach. Uśmiechnął się w duchu. Kiedy Roy w końcu postawił ją na ziemię i ewidentnie zawstydzona dziewczyna się odwróciła, Daniel prawie udławił się burbonem. Przecież to Dziewczyna z Biblioteki - w cholernie seksownej wersji.

Roy zapowiedział mu, że zaprosił na wieczór nową wokalistkę. A zatem Dziewczyna z Biblioteki jakimś cudem zdobyła tę fuchę.

Poczuł, jak dłonie Terri wślizgują się pod jego podkoszulek, jak drapie go po plecach, by zwrócić na siebie uwagę.

- Chcesz jechać do mnie? Mojej współlokatorki nie ma.

Liczył na takie zaproszenie. Cóż, biorąc pod uwagę, jak się do niego kleiła, był niemal pewien, że wkrótce takowe padnie. Wypchał portfel prezerwatywami i wypatrywał okazji przetestowania nowych, prążkowanych - chciał sprawdzić, czy naprawdę zapewniają to, co obiecuje producent.

Może namówi ją, żeby najpierw mu obciągnęła.

Gdy zespół wkroczył na scenę, rzucił okiem na wesoło pokrzykującego Roya. Tuż obok niego stała Dziewczyna z Biblioteki, jej oczy jaśniały z ekscytacji. Zanim dał się Terri wyciągnąć na zewnątrz, poczuł ukłucie zazdrości.

Lisanne miała ochotę poskakać w rytm muzyki, ale na szczęście przypomniała sobie, że Kirsty wbiła ją w szpilki. Okropnie bolały ją nogi, jednak miała to gdzieś. Zespół był świetny, a sama myśl, że już za trzy tygodnie to ona będzie stała na scenie, napawała ją zarówno podnieceniem, jak i przerażeniem. Poczuła się nieco otumaniona tą wizją.

Roy pogował z taką furią, że wystraszyła się, czy ktoś na parkiecie nie straci życia. Ludzie rozstępowali się na boki, gdy z uniesionymi nad głową pięściami podrywał swoje grubo ponad sto kilo żywej wagi w powietrze i z łoskotem opadał na ziemię.

Lisanne zachichotała. Roy był naprawdę słodki, absolutnie nie należało się go obawiać. Przypominał wielkiego pluszowego misia i czuła się w jego towarzystwie bezpiecznie.

Rozglądnęła się w poszukiwaniu Gościa z Kolczykiem, ale gdzieś zniknął. Pewnie ulotnił się ze swoją boską dziewczyną i właśnie pocałunkami wystrzeliwał ją w siódme niebo albo jakiś jeszcze inny wymiar. Pewnie robili też inne rzeczy.

Lisanne nie była zupełną świętoszką. Miała jako takie pojęcie, na czym polegają "inne rzeczy", tyle że sama nigdy ich nie doświadczyła. Posiadała natomiast niezwykle żywą wyobraźnię. Westchnęła głęboko, bo wyglądało na to, że tymczasem jej przygody na wyobraźni się zakończą. Przewidywania Kirsty, że wszyscy faceci zaczną się do niej przystawiać, okazały się zupełnie chybione. Nikt nawet do niej nie podszedł.

Nie przyszło jej do głowy, że bliskie towarzystwo, a także rozmiary Roya czynią z niego wzbudzającego postrach ochroniarza. Czy tego chciała, czy nie.

Tymczasem Kirsty miała więcej szczęścia i właśnie oddawała się lubieżnym tańcom z jednym z jego kumpli. Lisanne wydawało się, że pamięta go z wczoraj, ale nie należał do zespołu, nie miała więc pewności. Nawet Shawna pozbyła się z twarzy swojego nieprzyjemnego grymasu, przez który przypominała buldoga przeżuwającego szerszenia. Zdarzył się istny cud, bo wyglądała, jakby się dobrze bawiła.

Imprezowały aż do zamknięcia klubu o czwartej nad ranem, a Lisanne miała poczucie winy, że pozwoliła sobie na to przed dniem zajęć. Ale musiała przyznać, że bawiła się wybornie! Na koniec Roy wsadził je do taksówki i polecił Lisanne, żeby wróciła do klubu w czwartek po zajęciach.

Gdy padnięte współlokatorki dowlekły się do pokoju, niebo na wschodzie zaczynało już jaśnieć. Niektóre części ciała Lisanne konały ze zmęczenia (zwłaszcza te w okolicach stóp), ale inne, te romantyczne, których było znacznie więcej, chciały wyjść i podziwiać wschód słońca. Kirsty zawetowała ten śmiały plan, gdyż - po pierwsze - była tak wymęczona, że przez ostatnią godzinę w zasadzie lunatykowała, a po drugie - był to najgłupszy pomysł, jaki w życiu miała okazję słyszeć.

W tym samym czasie, w innym pokoju na kampusie, Daniel wkładał buty i zapinał spodnie.

Terri szybko zasnęła i cichutko pochrapywała. Jej skóra delikatnie się zarumieniła, a włosy rozlały na całą poduszkę niczym szalejący pożar.

Miał za sobą dobry, satysfakcjonujący dla obojga wieczór, choć prążkowane prezerwatywy nie wyróżniły się niczym szczególnym. Z drugiej strony Terri sporo krzyczała, więc może jednak... Daniel nie był pewien, czy jeszcze ją zobaczy. Nie wymienili się nawet numerami telefonów, więc najprawdopodobniej podchodziła do tej nocy tak samo.

Przystanął na chwilę, spojrzał na jej śpiącą sylwetkę, po czym wyszedł i cicho zamknął za sobą drzwi.

Ryk silnika jego motocykla przeciął spokój świtu. Skierował twarz ku powoli budzącemu się dniu, przekręcił manetkę i pojechał do domu.

Na przekór zmęczeniu, które towarzyszyło końcówce drugiego tygodnia Lisanne na uczelni, był on znacznie lepszy niż pierwszy. Choćby dlatego, że zaczęła poznawać innych studentów, zwłaszcza z orkiestry. Profesor od skrzypiec nadal ją zadziwiał i inspirował, a co najważniejsze - próby z zespołem szły naprawdę dobrze.

Nauczyła się niemal wszystkich piosenek otrzymanych od Roya, a pozostali członkowie zespołu byli naprawdę zadowoleni z pierwszej próby. Roy grał na gitarze prawdziwie surowego bluegrassa, JP trzymał rytm, Carlos szarpał struny gitary basowej, jak i kontrabasu, a Mike odpowiadał za perkusję. Razem grali coś pomiędzy bluesem a indie rockiem. Lisanne liczyła, że namówi ich na covery kilku swoich ulubionych kapel.

Założyła, że autorem piosenek jest Roy, ale dowiedziała się od niego, że napisał je jakiś jego przyjaciel. Ze spojrzeń, które posłali sobie na te słowa pozostali członkowie zespołu, wywnioskowała, że kryje się za tym jakaś głębsza historia. Historia, której nie zamierzają jej opowiedzieć. Niemniej ogólnie zachowywali się wobec niej bardzo przyjacielsko, droczyli niczym z młodszą siostrą i stworzyli niesforną szajkę starszych braci, których w prawdziwym życiu nigdy nie miała.

Jedyny przykry moment tego tygodnia nadszedł w piątkowy poranek i przybrał postać zajęć z biznesu.

Lisanne od początku wiedziała, że będzie miała problemy z tym przedmiotem (głównie przez kompletny brak zainteresowania tematem oraz fakt, że nawet gdy dodawała tylko dwa do dwóch, zaczynała boleć ją głowa) i buntowała się na myśl, że zapisała się na te zajęcia tylko dlatego, by zadowolić rodziców. Oczy zachodziły jej mgłą od samego czytania podręcznika, nie chciała nawet myśleć, co będzie dalej.

Ziewnęła głośno, zasłaniając dłonią usta. Kirsty spojrzała na nią wyrozumiale.

- Długi tydzień, co?

- Można tak powiedzieć. - Lisanne skinęła ospale głową. - Nie zatrzymywałam się ani na moment, kółka bez przerwy się kręcą. Liczę na wieeele snu w ten weekend.

- Nowicjuszka - parsknęła Kirsty. - Założę się, że namówię cię na jutrzejsze wyjście.

Lisanne zaprzeczyła ruchem głowy, ale nie przyjęła zakładu.

Nagle wyprostowała się w ławce, jakby kopnął ją prąd.

Do sali wykładowej wszedł niedbale Gość z Kolczykiem i zajął to samo miejsce w drugim rzędzie co ostatnio. Na jedno krzesło obok siebie rzucił listonoszkę, na drugie kurtkę. Wyraźny sygnał, że nie życzy sobie, by ktoś obok niego siadał.

Co za dupek! Ewidentnie nie miał żadnych kolegów. Nie dziwne. A jednak Lisanne pamiętała, jak swobodnie zachowywał się przy chłopakach z zespołu - nie wspominając już o pełnym luzie przy tej zdzirze z klubu. Nie wiedziała, co o tym myśleć.

Wyglądał identycznie jak wtedy, gdy Lisanne zobaczyła go po raz pierwszy. Tyle że dziś miał szary podkoszulek, na co mimowolnie zwróciła uwagę.

W minionych dniach była zawiedziona, że nie zauważyła go nigdzie na kampusie. Widziała natomiast tę rudą, jak szczebiotała wesoło z przyjaciółeczkami na stołówce.

- Dalej pożądasz Daniela Coltona? - wyszeptała jej do ucha Kirsty z wymownym spojrzeniem.

- Co? Nie! Ja... To znajomy Roya i nic więcej. Poważnie. To znaczy jest ładny. Oczywiście. Ale... on też zdaje sobie z tego sprawę. Nie. Zupełnie nie mój typ.

- Bełkoczesz. - Kirsty się uśmiechnęła. - Musiałaś się w nim porządnie zabujać.

Lisanne jęknęła, ale uratowało ją wejście profesora Waldena.

Gość z Kolczykiem - Daniel - podobnie jak poprzednio, nie zanotował nawet jednego słowa. Po prostu siedział i przez cały wykład nie spuszczał wzroku z profesora Waldena. Dziwaczne.

Pod koniec wykładu, zanim ktokolwiek zdążył wyjść, profesor spojrzał znad okularów i ogłosił:

- Zaś odnośnie do waszych egzaminów w połowie semestru oraz reszty tegoż semestru zamiast testu przydzielę wam zadania do zrobienia w parach. Tak więc ci, którzy kuleją na bezdusznych testach, będą mieli okazję się wykazać. To ja wyznaczam pary. Jeżeli nie podoba się wam partner, cóż, macie problem. W biznesie chodzi między innymi o wyciskanie maksimum z posiadanego zespołu, odnajdywanie ludzkich atutów i kompensowanie słabości, z waszymi własnymi włącznie.

Profesor odczytywał pary z listy, a studenci, którzy poznali partnerów, wychodzili, więc sala powoli pustoszała. Kirsty trafił się koleś w czerwonym t-shircie i oboje wyglądali na całkiem zadowolonych z takiego obrotu spraw.

I wtem:

- Panna Maclaine i pan Colton.

Kirsty zarechotała.

- Uważaj, czego sobie życzysz, bo może się spełnić!

Daniel odwrócił się powoli, by zobaczyć, kim jest jego partnerka. Lustrował kolejne rzędy, czekając, aż ktoś na niego spojrzy i da znać.

- No dawaj! - wysyczała Kirsty i delikatnie trąciła Lisanne.

Ten ruch przykuł jego uwagę. Spojrzał zaskoczony, a Lisanne lekko skinęła głową w jego stronę. Jej policzki od razu zapłonęły.

Kilka innych studentek rzuciło jej gniewne spojrzenia, ale ona nawet nie zwróciła na nie uwagi.

Z wahaniem pokonała kilka stopni, schodząc do jego rzędu.

- Cześć - bąknęła nieśmiało. Kręciło jej się w głowie.

Wyciągnął rękę i pośpiesznie uścisnął jej dłoń. Miał ciepłą, suchą i lekko chropowatą skórę.

- Jesteś Lisanne - powiedział. - Znajoma Roya. Daniel.

- Uhm, tak - odparła błyskotliwie.

Stali, gapiąc się na siebie. Lisanne rzuciło się w oczy, że Daniel ma niewiarygodnie długie rzęsy i jasnoorzechowe tęczówki, usiane zielonkawymi i złotymi plamkami.

- Mogę odzyskać moją dłoń? Pewnie mi się jeszcze przyda - zapytał cicho.

- Och, przepraszam! - wykrzyknęła, puszczając gwałtownie jego rękę, jakby była naelektryzowana.

Widziała, że próbuje powstrzymać śmiech, była pewna, że jej rumieniec nie może stać się jeszcze bardziej purpurowy.

Uniósł brew. Oczekiwała jakiegoś kąśliwego komentarza, ale się pomyliła.

- Jak chcesz się za to zabrać? - zapytał tylko.

- Za co? - wyjąkała.

- Za zadanie. Chcesz pracować w bibliotece?

- Yhy, tak, jasne. Może być.

- Okej, kiedy ci pasuje? Niedzielne wieczory?

Spojrzała w jego oczy i tym razem dostrzegła w nich ironiczne rozbawienie.

- Więc widziałeś mnie tam wtedy? - rzuciła ostrzej.

Wzruszył ramionami.

- A jednak nie uznałeś za stosowne zatrzymać się i pomóc, gdy spadłam ze schodów!

Zmarszczył brwi.

- Nie wiem, o czym mówisz. Widziałem, jak się uczysz, nic więcej.

- Jasne! Byłeś kilka metrów przede mną, gdy się potknęłam. Musiałeś słyszeć, jak krzyczę.

Przez jego oblicze przemknęła fala gniewu i Lisanne instynktownie wykonała krok do tyłu.

- Jak widać, nie słyszałem - odparował.

Nie wiedziała, jak to skomentować. Po prostu do listy jego przywar dopisała w myślach "kłamca". Zapowiadało się, że lista będzie dość długa.

- W każdym razie w niedzielę wieczorem jestem zajęta - powiedziała, starając się nadać swoim słowom pogardliwy ton. To, że był taki piękny, nie oznaczało, że może zachowywać się jak dupek. Nie wobec niej.

Nie odrywał od niej wzroku, jego oblicze stężało ze złości.

- No co? - zapytała rozdrażniona.

- W takim razie kiedy chcesz pracować? Nie chcę mieć przez ciebie problemów z ocenami.

Chyba wszyscy wokoło usłyszeli, jak szczęka Lisanne grzmotnęła o podłogę.

- Jestem wolna w niedzielę po południu - rzuciła szybko.

- Czternasta. Nie spóźnij się - odparł, po czym podniósł kurtkę, listonoszkę i poszedł w swoją stronę.

- Co za dupek! - wycedziła pod nosem, głównie do samej siebie.

Wyszukała wzrokiem Kirsty, która pławiła się w uwadze poświęcanej jej przez chłopaka w czerwonym t-shircie.

Lisanne wypuściła powietrze z płuc i potarła czoło z rezygnacją.

W niedzielę, za pięć druga, Lisanne pędziła przez kampus w stronę biblioteki. Za żadne skarby nie chciała się spóźnić. Nie zamierzała dawać Danielowi podstaw, by zachowywał się jak jeszcze większy palant.

Zauważyła go, gdy dotarła do dużych obrotowych drzwi biblioteki. Też biegł przez dziedziniec. Pokonał schody po dwa na raz, miał poważny wyraz twarzy.

- Boisz się, że się spóźnisz? - zapytała kąśliwie, gdy się z nim zrównała.

- Wcale nie - rzucił opryskliwie.

Lisanne zamrugała. Może i zasłużyła sobie na taką odpowiedź.

- Słuchaj, przepraszam - powiedziała. - Musimy uporać się z tym razem, więc... po prostu spróbujmy się dogadać, okej?

- Obojętne. - Wzruszył tylko ramionami.

Podała mu gałązkę oliwną, a gdy wkroczyła do biblioteki, wściekłość na jego chamską odpowiedź aż parowała jej z uszu.

Wybrała stolik z tyłu sali i usiadła na krześle. Daniel jednak nadal stał, przestępując z nogi na nogę.

- Hmm, miałabyś coś przeciwko, gdybym to ja tu usiadł? - zapytał, wskazując na jej krzesło.

- Słucham? - zapytała tonem pełnym niedowierzania.

- Ja... lubię siedzieć plecami do ściany, żebym mógł wszystko widzieć...

- Proszę cię uprzejmie, siedź, jak chcesz - odparła nieco wyniosłym tonem - ale ja nie zamierzam się ruszać.

Rzucił jej gniewne spojrzenie, po czym odsunął krzesło naprzeciwko Lisanne i usiadł plecami do reszty sali.

Lisanne od razu poznała po jego lekkich tikach, drganiu nogi oraz sposobie, w jaki szarpie kolczyk w brwi, że nie czuje się komfortowo. Uśmiechnęła się w duchu, zadowolona z siebie - cieszyła się, że od razu uzyskała nad nim przewagę; czuła, że dzięki temu ma szansę postawić na swoim i nie dać się zdominować.

Podrapał pokrywający jego policzki oraz podbródek kilkudniowy zarost i odchylił się na krześle.

- Od czego chcesz zacząć? - rzucił wyzywająco.

Lisanne miała jeden dobry pomysł, który teraz z dumą mu zaprezentowała.

- To trochę banalne - skomentował drwiąco.

Zarumieniła się, zażenowana, że jej zamysł okazał się tak jednoznacznie kiepski.

Wziął głęboki oddech, a Lisanne podjęła ryzyko i spojrzała nań ukradkiem. Miała ochotę patrzeć na niego nawet wtedy, gdy był wściekły i rozdrażniony.

Ku jej zaskoczeniu okazał wyrozumiałą życzliwość.

- To nieszczególnie twój konik, prawda?

Pokręciła głową, jej policzki nadal płonęły rumieńcem.

- Roy mówił, że robisz magisterkę z muzyki.

- Tak.

Zaskoczyło ją, że rozmawiał o niej z Royem.

- Więc zapisałaś się na wprowadzenie do biznesu, ponieważ...

- Ponieważ moi rodzice. Uważają, że... że powinnam mieć jakieś solidne zabezpieczenie w życiu.

Kiwnął wolno głową.

- Mają rację. Nie ma nic pewnego. Dobrze mieć jakiś plan awaryjny.

Nie spodziewała się takich zapatrywań po osobie jego pokroju, przejawiał przecież postawę typu mam-to-gdzieś-gówno-mnie-to-obchodzi.

- Spójrz, to dość proste, jeżeli podejdziesz do tego w taki sposób - powiedział, otwierając podręcznik na drugiej stronie.

Ku jej zdumieniu przyszedł na spotkanie przygotowany i miał kilka świetnych pomysłów. A co jeszcze bardziej niezwykłe, potrafił klarownym, pozbawionym protekcjonalności językiem wyjaśnić jej pojęcia, z którymi zmagała się od wielu dni, jak na przykład inercja gospodarcza czy proces produkcji.

W jego ustach wydawało się to takie proste! Lisanne nie powstrzymała głośnych wyrazów radości, na które Daniel zareagował szerokim uśmiechem.

- Taaak, jestem całkiem zabawnym gościem.

- Prawdę powiedziawszy, myślałam, że jesteś dupkiem.

- Dziękuję, kurwa, pięknie - powiedział z udawaną powagą.

- Ależ nie ma za co - odparła z parsknięciem Lisanne.

Uznała, że jego uśmiech podoba jej się znacznie bardziej niż gniewna mina. W obu przypadkach wyglądał seksownie, ale gdy się uśmiechał, jego oczy przybierały ciepły, szczęśliwy wyraz. Zdała sobie sprawę, że śmiech, który słyszała, zmierzając na przesłuchanie, należał właśnie do niego. Miała nadzieję, że jeszcze go usłyszy. I to nie raz.

Daniel rozprostował plecy, wyciągając ręce nad głowę. Lisanne nie mogła powstrzymać się przed spojrzeniem na kawałek jego nagiego brzucha, który ukazał się nad paskiem, a także naprężone mięśnie klatki piersiowej zarysowujące się pod koszulką.

Chwilę później jednak czym prędzej odwróciła wzrok, bo dotarło do niej, że gdyby przyłapał ją na takim gapieniu się, byłoby niewesoło i mogłoby to ponownie rozbudzić drzemiącego w nim dupka.

- To książka, z której korzystałem w liceum. Może ci pomóc - powiedział, wyrywając ją z rozważań. - Jeśli chcesz, mogę sprawdzić, czy mają tutaj egzemplarz.

Lisanne przymrużyła oczy, zastanawiając się, czy on aby nie sugeruje, że jest za głupia na poziom kursu uniwersyteckiego, ale nie dopatrzyła się w jego obliczu niczego poza szczerością. Poczuła się zawstydzona, że krążą jej po głowie takie jędzowate myśli.

- Nie, dziękuję, nie trzeba. Sama poszukam jej w zbiorach. Podasz mi tytuł oraz autora?

Zapisał na karteczce potrzebne informacje, po czym dalej wertował podręcznik w poszukiwaniu kolejnych dobrych pomysłów.

Lisanne długo błąkała się pośród wysokich regałów, aż w końcu znalazła właściwą półkę. Wyciągnęła książkę i na szybko przejrzała kilka stron. Miał rację, naprawdę jej się przyda.

Nagle panujący w bibliotece spokój przeciął głośny, rozdzierający odgłos alarmu. Lisanne aż podskoczyła. Studenci siedzący przy innych stolikach pośpiesznie wrzucali książki do toreb i plecaków, i kierowali się ku wyjściom ewakuacyjnym.

Pobiegła w kierunku stolika i zauważyła ze zdziwieniem, że Daniel siedzi spokojnie na swoim miejscu i nadal pochyla się nad książkami jak gdyby nigdy nic.

- Daniel! - zawołała. - Alarm przeciwpożarowy!

Ani drgnął.

- Daniel!

Nic.

- Daniel!

Wciąż bez reakcji. Kurde, pewnie włączył iPoda.

Zaniepokojona i zdenerwowana dobiegła do stolika, zatrzasnęła książki i wrzuciła je do torby.

- Co jest? - zapytał, całkowicie zaskoczony jej zachowaniem.

- Alarm!

Przez ułamek sekundy nie wiedział, co się dzieje, ale obejrzał się za siebie i zobaczył, że inni studenci w pośpiechu opuszczają czytelnię.

Mamrocząc i przeklinając pod nosem, zmiótł książki do torby i wyszedł z biblioteki za Lisanne.

Studenci kotłowali się przed budynkiem i rozlali się po całym dziedzińcu. Wszyscy zachodzili w głowę, czy pojawiło się realne niebezpieczeństwo, czy to po prostu ćwiczenia. Widać jakiś dym? Ktoś zadzwonił po straż pożarną?

- Poczekamy na trawniku? - zapytał Daniel swobodnie.

- Czemu nie.

Znaleźli kawałek wolnej przestrzeni, a Lisanne po drodze starała się ignorować ciekawskie spojrzenia innych studentów, zaskoczonych, że słynny Daniel Colton trzyma się z jakąś kujonką. Była wśród nich także ruda, z którą widziała go w klubie. Ciskała wzrokiem gromy w kierunku Lisanne i szeptała coś nieprzyjaźnie do koleżanek.

- Ekhm, twoja dziewczyna tam stoi - rzekła Lisanne szybko, wskazując głową za jego ramię.

Daniel zmarszczył brwi, rozejrzał się, po czym na jego obliczu zagościł lekko szyderczy uśmieszek.

- Nie jest moją dziewczyną.

- Ale... widziałam was w klubie.

Wzruszył ramionami.

- Po prostu się razem bawiliśmy.

- Och.

Lisanne nie była przyzwyczajona do osób, które tak beztrosko wypowiadają się o, hmm, o seksie.

- Nie wygląda na zadowoloną.

- To nie mój problem - odparł, ponownie marszcząc brwi. - Dostała, czego chciała.

Lisanne nie wiedziała, co odpowiedzieć.

Położył się na trawniku, podpierając głowę na łokciu i wyciągając nogi. Następnie wydobył ze spodni wymiętoszoną paczkę papierosów i zapalił jednego, wciągając z namaszczeniem dym.

- Palenie naprawdę szkodzi - stwierdziła Lisanne karcąco.

Daniel popatrzył na nią z rozbawieniem.

- Poważnie? Pierwsze słyszę.

Przewróciła oczami, na co Daniel mrugnął w jej kierunku i ponownie głęboko się zaciągnął.

Leniwie wypuścił dym przez nos, a ona patrzyła, jak obłoczki unoszą się w powietrzu, a po chwili znikają, rozwiane delikatnym wietrzykiem.

I wtedy coś zauważyła.

- Wcale nie słuchałeś iPoda.

Spojrzał na nią z pytaniem w oczach.

- No tak, nie słuchałem.

- Tam, w bibliotece, wcale nie miałeś słuchawek w uszach.

- Nie - odparł. Nagle wydał jej się zdenerwowany, a wręcz zaszczuty.

- Ale alarm...

- I co z nim? - warknął.

Wściekły ton, który pojawił się w jego głosie, zaskoczył Lisanne. Zawahała się.

- Nic... - wymamrotała.

Zmrużył oczy, ale po chwili spojrzał gdzieś w dal.

- Nieważne. Muszę już iść.

- Ale jeszcze nie skończyliśmy...

Nie odpowiedział. Po prostu zgasił niedopałek o trawnik i wystrzelił go palcami w bok.

- Hej! Nie śmieć! Jakiś ptak może to zjeść.

Nawet na nią nie spojrzał. Podniósł się i odszedł.

Została sama. Nie miała pojęcia, co się, do cholery, stało.

Nie, na pewno tak łatwo się z tego nie wywinie. Nie po tym, jak tak dobrze zaczęli się dogadywać. Pozbierała się z trawy i pobiegła za nim.

- Daniel!

Nie zwolnił kroku.

- Daniel!

Żadnej reakcji.

Podgoniła go na kilka kroków i zwolniła. Wołała, ale się nie odwrócił, nawet nie spojrzał.

Złapała go za ramię. Odwrócił się tak gwałtownie, z uniesionymi w obronnym geście pięściami, że aż odskoczyła na kilka metrów. Gdy zobaczył, że to ona, nieco się rozluźnił, ale tylko nieco.

- Daniel?

- Co? - rzucił ostro.

- Wołałam cię. Nie słyszałeś.

- Zamyśliłem się - odparł ze wzruszeniem ramion.

- Nie. Ty naprawdę nie słyszałeś.

Stracił panowanie nad sobą, jego oczy przesłoniły mrok i furia.

- Czego ode mnie chcesz?

- Nie słyszałeś mnie, prawda?

Próbował się od niej uwolnić, ale nie dała za wygraną, mocno trzymając go za ramię.

- Nie słyszałeś mnie!

- Spadaj! - burknął i odepchnął ją brutalnie.

Lisanne spuściła bezradnie ręce wzdłuż ciała i... nagle zabrakło jej tchu.

- Nie mogłeś mnie usłyszeć... - wyszeptała.

Odwrócił się od niej z rozdrażnieniem, ale Lisanne zdążyła dostrzec rozpaczliwy ból, rysujący się na jego twarzy.

- Ty nie słyszysz.

ROZDZIAŁ 1

Lisanne, z uwieszoną na ramieniu Kirsty, weszła niepewnie do sali wykładowej i ujrzała rozrzuconych po ławkach studentów. Semestr niedawno się rozpoczął, więc nie zdążyło powstać jeszcze zbyt wiele uczelnianych koterii, ale kilka dziewcząt siedziało we wzmacniających pewność siebie grupkach i nerwowo chichotało. Chłopcy byli na to zbyt wyluzowani i jak na razie tkwili w "chwalebnej izolacji".

Lisanne omiotła wzrokiem tę ludzką zbieraninę. Większość studentów wyglądała przeciętnie - tak jak ona nosiła dżinsy i koszulki, ale był pośród nich jeden chłopak w koszuli zapinanej na guziki i krawacie. O Boże! Lisanne założyła się sama ze sobą, że ma on w plecaku egzemplarz "Wall Street Journal". Dziwiło ją tylko, że nie przyniósł aktówki.

Po co w ogóle zgodziła się na kurs wprowadzenia do biznesu? Ach tak, ponieważ rodzice uważali, że magisterka z muzyki nie otworzy drogi do świetlanej kariery.

Jej nowa współlokatorka zawsze starała się szukać pozytywów.

- Do bani - orzekła. - Ale nigdy nie wiadomo, może poznasz jakiegoś przystojniaka, który okaże się nowym Markiem Zuckerbergiem.

- Czyli niskim facetem z fatalnym gustem co do ubrań?

Kirsty wybuchła śmiechem.

- Nie, głupku: genialnym i obrzydliwie bogatym facetem!

Lisanne westchnęła.

- Hej, Lis! Nie martw się na zapas!

Lisanne pokręciła lekko głową i odwróciła wzrok od Pana Ważniaka. Jej wyraz twarzy nieco się rozpogodził, bo zobaczyła, jak Kirsty, puściwszy do niej oczko, zrzuca kopniakami buty ze stóp.

- Byłam zaskoczona, że w ogóle potrafisz w nich chodzić. Ale chwileczkę, jednak nie potrafisz.

Kirsty uniosła brwi.

- Halo! Są od Manolo! Służą do wystawiania na podziw, nie do chodzenia!

- Naturalnie. Cóż ja sobie myślałam.

Kirsty uśmiechnęła się pod nosem.

- No dobra. Teraz na poważnie. Z którym z tych kolesi najchętniej byś się spiknęła? - Mówiąc to, omiotła ramionami całą salę wykładową.

Lisanne parsknęła śmiechem.

- Z żadnym. I żadnego spikiwania.

- Nie? A ten w czerwonym t-shircie nie wydaje ci się słodki?

Lisanne uniosła lekko głowę.

- Chyba jest okej. Ale nie w moim typie.

- A jaki jest twój typ? - zapytała Kirsty z ciekawością. Bo w typie Kirsty byli wszyscy przystojni faceci.

Lisanne wzruszyła ramionami. Prawda wyglądała tak, że w liceum niewiele randkowała. No dobrze, wcale nie randkowała, chyba że liczyć nie-randkowe fiasko z balu na zakończenie trzeciego roku. Nadal nie rozwikłała zagadki, w jaki sposób nie-randkowe wyjście może przeistoczyć się w totalną katastrofę, ale była to najgorsza, najbardziej upokarzająca noc jej życia. Nie zabrakło nawet wymiotów - ale przynajmniej nie jej własnych - oraz... Nie, nawet nie chciała tego wspominać. To na pewno nie liczyło się jako randka.

- No, daj spokój, Lis - zachęcała ją Kirsty. - A co z tym gościem, z którym wczoraj wieczorem pisałaś na Facebooku?

- Z Rodneyem? E tam, to tylko kolega z liceum.

- Więc on nie jest...?

- Ojej, nie! Znam go od przedszkola. To byłoby... dziwne.

- Czyli jesteś otwarta na nowe związki?

Lisanne była bardzo otwarta. Po prostu nikt nie podobał jej się w ten sposób.

- Cóż, to powiedz, za czym się rozglądasz, no wiesz, tak na wszelki wypadek.

- Och, nie wiem. Za kimś innym. Za kimś...

- Kimś takim jak on? - Kirsty wskazała głową w kierunku chłopaka, który właśnie wszedł do sali.

Zdecydowanie był inny. Lisanne uznała wręcz, że zapewne zabłądził i trafił na złe zajęcia. Ktoś taki na pewno nie zapisał się na wykłady z wprowadzenia do biznesu.

Wkroczył do sali nonszalanckim krokiem, jakby była jego własnością. Wszyscy, zarówno panie, jak i panowie, obrócili się ku niemu. Gwałtownie opadł na krzesło w drugim rzędzie. Gdy ściągał z oczu ray-bany, wprost emanował arogancją. Był wysoki i szczupły, a krótkie czarne włosy ostro sterczały mu na głowie. Niedbałym ruchem zdjął skórzaną kurtkę, a Lisanne nawet z tej odległości mogła dostrzec, że miał szerokie plecy oraz umięśnione ramiona i ręce, po których spływały czerwono-złoto-czarne wzory tatuaży. Odwrócił się i otaksował wzrokiem rzędy za plecami. Lisanne rzuciło się w oczy niewielkie srebrne kółko w brwi.

Do nikogo się nie odezwał, z nikim nie nawiązał nawet kontaktu wzrokowego. Na krzesło po prawej stronie rzucił kurtkę, na krzesło po lewej - plecak. A przecież istniało niepisane prawo, że "fajne" dzieciaki zajmują ostatnie rzędy. Ale nie on.

Lisanne mimowolnie zmarszczyła brwi.

- Ech, nie, nie znoszę takich kolesi - odparła. - Wszystkich tych emo, którzy myślą, że są lepsi od innych.

- No, ale jest ładny - stwierdziła Kirsty, oblizując wargi. - Bardzo ładny chłopak. Dowiem się, co to za jeden.

- Definitywnie nie mój typ - skwitowała stanowczo Lisanne.

Do sali wykładowej wszedł profesor Walden i ciche pogaduszki natychmiast ustały. Wszyscy zaczęli wyciągać kartki i laptopy, byli gotowi do robienia notatek. Wszyscy - z wyjątkiem chłopaka z kolczykiem w brwi. Ten ani drgnął. Nie wyjął nawet notesu, w którym mógłby sobie pobazgrać z nudów.

Lisanne poczuła, że z jakiegoś niewyjaśnionego powodu drażni ją taka postawa. Jej rodzice płacili dużo pieniędzy, by mogła uczyć się w college'u, a nieudacznicy, tacy jak ten koleś, myśleli tylko o balowaniu. Nie znosiła takich ludzi - ludzi, którzy wiecznie udawali.

Nagle zdała sobie sprawę, że poświęciła obserwacjom Gościa z Kolczykiem zdecydowanie za dużo czasu i że wykład już się rozpoczął.

A jednak co kilka chwil coś przyciągało ku niemu jej wzrok. Oczekiwała, że lada moment zaśnie albo włączy iPoda, ale on wpatrywał się w profesora Waldena. Przez całe pięćdziesiąt minut prawie nie mrugnął. Dziwne. Może jest zjarany? Była, co prawda, dopiero dziewiąta rano, ale to najbardziej prawdopodobne rozwiązanie tej zagadki.

Na zakończenie wykładu Pan Ważniak zadał kilka pytań, a dla poparcia własnej argumentacji wyjął nawet egzemplarz "Wall Street Journal". Lisanne ucieszyła się w myślach. Szczyciła się umiejętnością celnego odczytywania ludzi.

Gdy sala wykładowa zaczęła się wyludniać, zauważyła, że Gość z Kolczykiem w Brwi z nikim nie rozmawia i nadal nie patrzy na innych studentów. Włożył na nos okulary przeciwsłoneczne. W zamkniętym pomieszczeniu. Co za dupek.

Natomiast co do jednego musiała przyznać Kirsty rację: był ładnym dupkiem. Jego włosy były tak czarne, że niemal przechodziły w granat, a gładką cerę pokrywała złocista opalenizna. Z tego, co zdążyła zauważyć, miał otoczone długimi rzęsami jasnoorzechowe oczy, a pod nimi widniały wprost idealne kości policzkowe i kuszące usta. Kuszące? Gdzie podziała się prawdziwa Lisanne Maclaine i czyje, do jasnej cholery, słyszy myśli?

Aż sapnęła, krytykując w duchu jedną z niesprawiedliwości tego świata, na którym ładnym ludziom zawsze uchodzi na sucho to, że są dupkami, po czym ruszyła do sali ćwiczeń na spotkanie z nauczycielem gry na skrzypcach.

Przemierzając szybkim krokiem dziedziniec, zachodziła w głowę, dlaczego taki piękny chłopak zbezcześcił otrzymany od Boga dar, pokrywając ciało tatuażami i wbijając sobie w brew kawałek metalu. Prawda, sama też przebiła uszy, ale to co innego. Oczywiście, że tak. Nie rozumiała, dlaczego dziewczynom w liceum tak podobali się wytatuowani kolesie. Nie pojmowała tego zupełnie, a już na pewno przez myśl by jej nie przeszło, żeby samej zrobić sobie tatuaż. Wyglądałby dziwacznie po czterdziestce, tyle z niego pożytku.

Westchnęła, żałując, że przyszła na ten świat tak cholernie rozsądna.

Kolejne godziny poranka minęły jak z bicza strzelił i Lisanne zapomniała o Gościu z Kolczykiem. Profesor Crawford okazał się fantastycznym nauczycielem gry na skrzypcach i odniosła wrażenie, że nawiązali nić porozumienia. Udzielił jej kilku rad odnośnie do smyczkowania, które przyniosły niemalże natychmiastowy skutek. Była więc w świetnym nastroju, gdy na stołówce ponownie wpadła na Kirsty.

- Hej, współlokatoreczko! - usłyszała głośne wołanie. - Usadź no tu swą dupkę!

Kirsty zajęła miejsce przy stoliku z trzema nieznanymi Lisanne dziewczynami, a ta z rozbawieniem zauważyła, że jej współlokatorka jest boso. Usiadła na krześle obok niej.

- A gdzie buty od Manolo? - zapytała z figlarnym uśmiechem.

- Powiedzmy, że oszczędzam je na okazję, kiedy wybiorę się limuzyną - prychnęła Kirsty.

Lisanne uniosła brew.

- Szczerze mówiąc, byłam pod wrażeniem, że w ogóle próbowałaś je nosić. Ja skręciłabym w nich kark.

Kirsty zaśmiała się głośno, przyciągając spojrzenia kilku chłopaków. Z ich twarzy dało się wyczytać aprobatę. Ale to nic dziwnego: Kirsty miała kręcone włosy barwy dojrzałej pszenicy, które strumieniem loków opadały jej niemal do pasa, idealne krągłe kształty, twarz jak laleczka i wielkie błękitne oczy. Mogłaby zostać modelką, gdyby tylko była wyższa.

Lisanne, jak zresztą większość dziewcząt, wyglądała na jej tle niczym szara mysz. Miała zbyt kwadratową twarz i za mocno zarysowaną szczękę. Jej szare oczy niczym się nie wyróżniały, podobnie jak proste ciemne włosy. I choć jej figurze nie można było nic zarzucić, to i ona nie była wyjątkowa. Zupełnie przeciętna.

Pewna cząstka osobowości Lisanne, francowata cząstka, z której istnienia nie była dumna, z chęcią znienawidziłaby Kirsty - ale jej współlokatorka była na to zbyt sympatyczna. Ech.

Kirsty przedstawiła jej dziewczyny: Trudy, Shawna i Holly. Wszystkie równie modne jak Kirsty. Lisanne mogła ocenić to na pierwszy rzut oka - ich ciuchy śmierdziały "dizajnerskością" na kilometr.

- Jak ci minęła reszta zajęć? - zapytała Kirsty.

- Całkiem nieźle. Mój profesor od skrzypiec jest świetny.

- Skrzypiec? - rzuciła szyderczo Shawna. - To brzmi strasznie obciachowo.

Kirsty zaśmiała się, ale natychmiast dorzuciła:

- Wierz mi, Lisanne nie gra obciachowo. - Puściła wesoło współlokatorce oczko, a już ułamek sekundy później dokładnie lustrowała wszystkich w pomieszczeniu.

- Patrzcie tylko, Pan Wysoki Czarnowłosy i Przepysznie Niebezpieczny! - powiedziała Shawna, podążając za wzrokiem Kirsty i oblizując wargi.

Lisanne zobaczyła kroczącego przez stołówkę Gościa z Kolczykiem. Nadal miał na nosie okulary przeciwsłoneczne. Nadal był sam.

- A, to ten - rzekła z niesmakiem. - Chodzi z nami na wprowadzenie do biznesu. Totalny dupek.

Czuła się nieco dziwnie, wypowiadając te słowa. Wiedziała, że z racjonalnego punktu widzenia ten chłopak nie zrobił nic, żeby ją rozdrażnić. Chodziło po prostu o sposób, w jaki siedział na wykładzie, nie robiąc żadnych notatek, jakby wszystko dookoła uwłaczało jego godności.

Shawna uśmiechnęła się z wyższością.

- Dla waszej informacji: nazywa się Daniel Colton. Jest miejscowy i cieszy się niezłą reputacją, przynajmniej z tego, co słyszałam.

- Jaką reputacją? - zapytała natychmiast Kirsty.

- Tylko w tym tygodniu wdał się już w dwie bójki - odparła Shawna, zachwycona, że przypadł jej zaszczyt przekazania tych informacji. - Rzucił się na starszego studenta zupełnie bez powodu. - W tym miejscu zawiesiła głos. - Mówią, że jeżeli potrzebujecie czegoś... ponadprogramowego, to należy się zgłosić właśnie do niego. Wiecie, trawa, wóda, koks, amfa - to jego działka. Nie powiem, chętnie spędziłabym z nim trochę ponadprogramowego czasu, o ile wiecie, co mam na myśli. Słyszałam, że wymiata w łóżku.

Lisanne wykrzywiła usta z odrazą, i to nie tylko na widok Shawny, gapiącej się w całkowitym zauroczeniu na chłopaka. W jaki sposób, na miłość boską, udało mu się robić coś tak bezczelnego jak sprzedaż narkotyków na kampusie i uniknąć poważnych kłopotów? Pasowało to do opinii, jaką od razu wyrobiła sobie na jego temat, teraz ocena niemal sięgnęła dna. Jeżeli ludzie już w pierwszym tygodniu wiedzieli, czym się para, to zapewne wkrótce dowiedzą się o tym i władze uczelni. Przypuszczalnie nie przetrwa tu nawet do końca semestru.

- Bez dwóch zdań roztacza aurę niegrzecznego chłopca - przyznała Kirsty.

- Mmmhmm - zamruczała Shawna. - Ciasteczko, definitywnie ciasteczko.

- Szalony, zły i niebezpieczny - stwierdziła z uśmiechem Kirsty. - Co sądzisz, Lisanne? Ciągnie cię do złych chłopców?

Lisanne pokręciła głową tak gwałtownie, że mogłaby przysiąc, iż jej mózg zadzwonił o czaszkę.

Kirsty skwitowała to parsknięciem i przeszła do omawiania planów na weekend.

Poirytowana sama sobą Lisanne wyparła z głowy wszystkie myśli o Gościu z Kolczykiem w Brwi. Niektórzy ludzie po prostu nie szanowali szczęścia, jakie mieli w życiu.

Dla Lisanne pierwszy tydzień z dala od domu był, delikatnie rzecz ujmując, trudny. Tęskniła za rodziną. Tęskniła za rozmowami z mamą, jej najlepszą tprzyjaciółką. Pewnie, co wieczór rozmawiały przez telefon, ale to nie to samo. Tęskniła za sucharami taty i jego silną, spokojną osobowością - poczuciem, że poradziłby sobie z każdym problemem, jaki mógłby pojawić się na jej drodze. Tęskniła nawet za swoim bratem, Harrym, trzynastolatkiem, który nie był już małym dzieckiem, ale zrobił się za to mocno upierdliwy. Tęskniła za nimi wszystkimi.

Uczelnia była zupełnie innym światem. Przede wszystkim po raz pierwszy w życiu dzieliła z kimś pokój, przez co miała niewiele prywatności, choć Kirsty okazała się naprawdę w porządku. Musiała przywyknąć do wspólnych łazienek i wkładać klapki pod prysznic. Wkurzało ją, że musi czekać do następnego roku, aż wyremontują żeński akademik i każdy pokój będzie miał swoją łazienkę. Tęskniła za gotowaniem, zamiast tego musiała jeść wszystkie posiłki na stołówce. A ilość nauki, jaką zasypywali ją profesorowie, okazała się wręcz przytłaczająca. Gdy dotarło do niej, jak napięty będzie miała plan zajęć i że już po pierwszym tygodniu ma zaległości w dwóch przedmiotach (zwłaszcza w biznesie, z którego rozumiała tyle, że równie dobrze mógłby być wykładany w klasycznej grece), lekko spanikowała.

Ale nadszedł w końcu piątkowy wieczór i Kirsty namawiała ją na pizzę w centrum miasta z kilkoma dziewczynami. Pomimo obecności Shawny wyjście okazało się przyjemniejsze, niż się spodziewała. Sobotni poranek spędziły na nauce, a po południu ruszyły na zakupy i Lisanne, przekonana naleganiami Kirsty, wydała więcej, niż powinna na nową parę dżinsów, którą zamierzała włożyć wieczorem do klubu.

W niedzielę Lisanne tak wystraszyła się ilością materiału do przyswojenia na zajęcia, że postanowiła spędzić całe popołudnie i wieczór w bibliotece. Jeeej, jakie to smutne!

Biblioteka, co nie dziwne, świeciła pustkami i odgłos odsuwanego przez nią krzesła poniósł się głośnym echem po całej czytelni. Trzech zaskoczonych jej hałaśliwością i wpatrzonych w podręczniki anatomii chłopaków, jak się okazało z kursu przygotowującego do studiów medycznych, rzuciło jej pełne irytacji spojrzenia. Pomiędzy regałami kręciło się bez celu kilka osób. Z głębokim westchnieniem wyłączyła iPoda, pozwalając ostatnim nutom Runnin' out of Air duetu Love and Theft rozpłynąć się w ciszy. W tym momencie wzrok zaskoczonej Lisanne padł na ostatnią osobę, której mogłaby się spodziewać w bibliotece, i to jeszcze w weekend - Gościa z Kolczykiem w Brwi.

Siedział samotnie przy stoliku nad otwartym podręcznikiem do biznesu. Co jakiś czas wstukiwał kilka zdań na klawiaturze laptopa.

Lisanne usiadła i tak się złożyło, że zajęła miejsce, z którego mogła go widzieć. Uznała, że zapewne przyszedł na spotkanie w jakiejś narkotykowej sprawie, i jeżeli to prawda, to powiadomi o tym dyżurnego bibliotekarza. Przypuszczalnie. Może.

Jednakże gdy przeczesywał swoimi długimi palcami włosy lub dotykał kolczyka w brwi, patrzyła nań jak zauroczona.

Po pół godzinie musiała przyznać, że nie robi nic strasznego, lecz po prostu się uczy, choć przecież wyglądał na chłopaka, który powinien właśnie zmagać się z kacem po ostrym imprezowaniu w sobotnią noc. W końcu przeniosła wzrok na swój stos książek i notatek, których przez bezmyślne wytrzeszczanie oczu na nieznajomego od trzydziestu minut nawet nie ruszyła.

Po czterech godzinach solidnej nauki poczuła zmęczenie oczu, miała wrażenie, że ktoś nasypał jej piasku pod powieki i że strony książek, które czyta, wykonane są z papieru ściernego. Marzyła tylko o tym, by wrócić do pokoju i położyć się spać. Trzymała kciuki, żeby Kirsty nie przyszła nabuzowana i roztrajkotana, jak to ona, choć wiedziała, że są na to marne szanse. Potarła twarz i uniosła wzrok - prosto w orzechowe oczy Gościa z Kolczykiem.

Spodziewała się, że natychmiast odwróci spojrzenie, ale tego nie zrobił. Wpatrywał się w nią z kamienną twarzą. Poczuła z rozdrażnieniem, że jej policzki zalewa rumieniec. Nie, nie, nie! Tylko nie na jego oczach!

Niemniej rumieniec nie należał do najlepiej wychowanych zjawisk i nic sobie nie robił z jej cichych próśb.

Ocalił ją bibliotekarz, który obwieścił zamknięcie czytelni. Gdy Lisanne spojrzała ponownie, okazało się, że Gość z Kolczykiem zdążył schować laptopa i książki do czarnej płóciennej listonoszki, i ruszyć do wyjścia.

Lisanne pośpiesznie porwała swoje notatki i poszła w jego ślady, tłumacząc sobie w duchu, że po prostu nie chce zostać sama w tym strasznym starym gmachu. Kiedy potknęła się o próg i upadła na zimne betonowe schody, znajdował się zaledwie kilka metrów przed nią.

Krzyknęła, upadając boleśnie na kolana i ocierając sobie ręce. Gość z Kolczykiem nawet nie zwolnił kroku, nie wspominając o udzieleniu jakiejkolwiek pomocy. Musiał słyszeć jej krzyk, a mimo to totalnie ją zignorował i odszedł w mrok.

Obolała i upokorzona Lisanne pozbierała książki z podłogi, przeklinając w myślach czarnowłosego chłopaka, przez którego zdekoncentrowała się z tak fatalnym skutkiem.

Następnego ranka wygramoliła się z łóżka zdecydowanie za wcześnie jak na kogoś, kto nie planował wstawać przed pierwszą po południu. Miała odrapane dłonie, a kolana pokrywały granatowo-czarne sińce. Ale co gorsza, czuła się posiniaczona w środku. Jak mógł ją tak po prostu zignorować, gdy zrobiła sobie krzywdę? Wiedziała, że sama pomogłaby nieznajomemu, który potknąłby się i rozpłaszczył na ziemi. Co z niego za człowiek?

Z pewnością nie zamierzała poszukiwać odpowiedzi na to pytanie.

- Za wcześnie - wyjęczała Kirsty. - I kto, do diabła, pozwolił robotnikom naprawiać ulice pod akademikiem w poniedziałek rano?

Lisanne wyjrzała przez okno. Żadnych robotników. Kirsty musiała słyszeć dudnienie we własnej głowie.

Lisanne przewróciła oczami, ale gdy zobaczyła współlokatorkę powaloną kacem pierwszej kategorii, na jej twarz mimowolnie wypłynął pełen współczucia uśmiech.

- Wygląda na to, że miałaś przyjemną noc.

Kirsty z trudem oparła się o wezgłowie łóżka i opatuliła kołdrą.

- Żałuj, że nie przyszłaś, Lisanne, było ekstra. Nasze podrobione dowody spisały się znakomicie. Shawna piła szoty tequili, totalnie się uwaliła.

Lisanne nie zdołała powstrzymać uśmiechu satysfakcji.

- A ty co robiłaś? - zapytała z zaciekawieniem Kirsty.

- Niewiele. Uczyłam się.

Nie potrafiła się zmusić, by opowiedzieć o fatalnej przygodzie w bibliotece, czy też raczej na schodach biblioteki. A już na pewno nie zamierzała wspominać o udziale Gościa z Kolczykiem w całej historii. Cóż, nie było się czym chwalić.

Kirsty stęknęła z boleścią, na co i Lisanne odruchowo skrzywiła się z bólu. Raz zdarzyło się jej upić i nie wspominała tego dobrze. Było to na weselu kuzyna i chciała o tym jak najszybciej zapomnieć. Na zawsze. Zwłaszcza moment, w którym zwymiotowała na swoją nową sukienkę.

Wyjęła z maleńkiej lodówki butelkę wody i położyła ją na szafce nocnej Kirsty wraz z dwiema aspirynami.

- Ratujesz mi życie - wystękała Kirsty, sięgając po tabletki.

Spojrzała na otwierającą drzwi pokoju Lisanne.

- A ty dokąd?

- Na zajęcia! - rzuciła Lisanne, unosząc brew.

- Okej, widzimy się później? Idziemy dziś do włoskiej knajpy.

- Nie, dzięki. Mam sporo roboty - wymówiła się Lisanne. - Na razie.

Kirsty jęknęła i niemrawo pomachała na pożegnanie.

Kiedy Lisanne stanęła przed budynkiem, straciła pewność, czy podjęła właściwą decyzję. Przygryzła wargę i jeszcze raz spojrzała na ulotkę. Tak, adres na pewno był poprawny, ale miejsce nie wyglądało na takie, do którego miałaby ochotę wejść bez uzbrojonego ochroniarza. Pierwszym słowem, jakie przyszło jej na myśl, było "odrażające". Drugim - "zapuszczone". Kolejnymi - "podejrzane" i "straszne". I wreszcie: "speluna". Nawet z zewnątrz czuła smród zwietrzałego piwa, a na całej klatce schodowej walały się niedopałki papierosów. Przynajmniej na dworze było jeszcze widno. Nie, żeby ludzie w środku mieli tego świadomość, bo szyby od strony ulicy zamalowano na czarno.

Poczuła wstręt, zauważyła, że spociły się jej dłonie i że wyciera je w nowe dżinsy. To był jednak zły pomysł. Powinna wracać do akademika, zanim zrobi z siebie jeszcze większą kretynkę.

I właśnie zdołała przekonać samą siebie do zwrotu w tył, gdy nagle otworzyły się żelazne drzwi budynku. Wyjrzał zza nich na nią największy mężczyzna, jakiego w życiu widziała. Kurde, ależ był ogromny. Odniosła wrażenie, że gdyby chciał, mógłby zmiażdżyć jej żebra jedną ręką. Miał łysą bądź ogoloną czaszkę, a jego ramiona i kark szczelnie pokrywały tatuaże.

Uśmiechnął się, a Lisanne automatycznie wykonała kilka kroków w tył.

- Cześć, dziewczyno, przyszłaś na przesłuchanie?

- Yyy, tak - odparła niepewnie.

- No to wchodź, skarbie.

Bardzo chciała odmówić. Odwrócić się i uciec. Ale z jakiegoś powodu stopy odmówiły jej posłuszeństwa. Wielki mężczyzna nie odrywał od niej wzroku, wzięła więc głęboki oddech i weszła do środka. Żałowała, że nie zostawiła komuś wiadomości, gdzie się wybiera. Przynajmniej wiedzieliby, gdzie szukać jej zmaltretowanych zwłok. Pomyślała, że może jej komórka ma namierzanie satelitarne. Może powinna ukryć ją gdzieś na terenie klubu...

- Tędy, skarbie.

Gigant poprowadził ją w trzewia budynku. Bure ściany nasiąknięte były smrodem potu i mocnych alkoholi, a może alkoholi wypoconych przez masę wyginających się tam co weekend w tańcu ciał.

W środku paliło się przytłumione światło, a do przypominającego katakumby labiryntu pomieszczeń nie wpuszczano promieni słońca. Lisanne próbowała sobie wmówić, że te plamy na podłodze to przecież nie może być krew.

Chwilę później usłyszała echo czyjego śmiechu. Radosnego, beztroskiego - nie brzmiało to jak śmiech seryjnego mordercy. Niespodziewanie poczuła, że jej ciało nieco się rozluźnia.

Skupiła wzrok, aby przebić się przez wszechobecną ciemność i dojrzała grupkę mężczyzn stojących na niewielkiej scenie. Spojrzeli na nią równocześnie i nagle wszelkie śmiechy ucichły.

- Kolejna owieczka na rzeź - powiedział niski głos i kilku mężczyzn cicho parsknęło.

Lisanne przełknęła ślinę, wyprostowała się i odważnie postawiła krok naprzód, choć jej ściśnięty żołądek przeczył pozornej śmiałości.

Mężczyźni patrzyli na nią z rozbawieniem, ale pomimo groźnego wyglądu nie zachowywali się nieprzyjaźnie. Wtem wryło ją w ziemię, zauważyła bowiem, że siedzi wśród nich Gość z Kolczykiem w Brwi. Dlaczego, dlaczego musi tu być i oglądać jej kolejne upokorzenie? Patrzył na nią jak na obcą osobę i Lisanne poczuła się głupio, że w ogóle przeszło jej przez myśl, że może ją poznać, albo chociaż pamiętać.

Wsparty na jednej nodze, opierał się o fortepian, drugą zaś miał zgiętą w kolanie. Jego postawa świadczyła o spokoju i luzie. Gdy Lisanne podeszła, zeskoczył ze sceny.

- Spadam stąd, jebane przesłuchania - powiedział znudzonym głosem.

- Jasne, Dan - skomentował spokojnie jeden z mężczyzn. - Ale nie zachowuj się jak jakiś dziki.

Gość z Kolczykiem zignorował go, minął Lisanne i odszedł, wymachując trzymanym w jednej ręce kaskiem motocyklowym.

Jego niegrzeczne zachowanie zezłościło Lisanne. Co za palant.

Daniel robił sobie wyrzuty, że w ogóle poszedł do klubu. Wiedział, że taka wizyta tylko rozpęta burzę wspomnień, a poza tym nieunikniona połajanka od brata, gdyby ten się o tym dowiedział, była ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował. A jednak nie potrafił się powstrzymać. Niemniej za żadne skarby nie zostałby na kolejne beznadziejne przesłuchanie. Istniały jakieś granice.

Był zaskoczony, gdy pojawiła się najświeższa ofiara. Nie wyglądała na bywalczynię ich klubu. Kochał to miejsce, ale musiał przyznać: to gówniane bagno. A ona wyglądała przede wszystkim za młodo i za świeżo.

Wiedział jednak, że pozory często mylą. Miał świadomość, jak ludzie oceniają go na pierwszy rzut oka. Ich reakcje były łatwe do przewidzenia. Przeważnie miał gdzieś, co o nim myślą. Nie, to nie do końca prawda. Miał gdzieś, co ludzie myślą o jego wyglądzie. Jego tatuaże, kolczyki i ubiór to jedno wielkie "spierdalać!" pod adresem wszystkich dookoła i jak najbardziej mu to pasowało, było celowe. Nauczył się, że ludziom lepiej nie ufać, a rozpoczęcie nauki na uczelni stanowiło dlań nie lada wyzwanie. Musiał dać już wycisk jakimś dwóm kretynom, a gdy drugiego dnia nauki wrócił do domu z posiniaczonymi knykciami, Zef zgotował mu istne piekło. Co zresztą, gdyby się tak nad tym zastanowić, było zajebiście zabawne, albo raczej bardziej pasowałoby tu słowo "ironiczne".

Przyzwyczaił się, jak odbierają go inni: dziewczyny się za nim oglądały, czasami nawet te starsze, co było jak najbardziej spoko; kolesie albo go unikali, albo próbowali udowodnić, że są twardsi. Ale przeważnie się mylili. Większość dorosłych od razu go szufladkowała i po prostu przechodziła na drugą stronę ulicy. Profesorowie zdawali się nie zwracać na niego szczególnej uwagi, za co był wdzięczny. Tatuaże, kolczyki, dziwne ciuchy i fryzura - oni już to wszystko przerabiali. Daniel chciał unikać w college'u wszelkich kłopotów. Niestety, zapowiadało się jednak, że musiałby w tym celu unikać także ludzi.

Zdawał sobie sprawę, że wyprzedza go tak zwana zła reputacja. Wkurzało go to, ale jeżeli ma się za brata Zefa Coltona, to trzeba się z tym pogodzić. I właśnie dlatego w zeszłym tygodniu oklepał tych dwóch ciołków: wyrazili bolesne założenie, że Daniel i jego brat są tacy sami - bolesne dla nich w każdym razie.

Ta dziewczyna patrzyła na niego tak, jak wszystkie inne: wiedział, że się jej spodobał, ale uważa go przy tym za śmiecia. Suka.

Rozpoznał ją dopiero wtedy, kiedy wyminął ją, wychodząc z klubu, i dostrzegł błysk wściekłości w jej oczach: Dziewczyna z Biblioteki. Widział ją w czytelni w niedzielę rano. Prawdę mówiąc, to chyba gapiła się na niego wtedy przez bite dwadzieścia minut. Poczuł się bardzo dziwnie i już zamierzał jej coś powiedzieć, ale na szczęście w końcu skupiła się na nauce, a on mógł się rozluźnić.

Czytała ten sam podręcznik do biznesu co on, tak więc musieli chodzić co najmniej na jedne wspólne zajęcia. Oprócz tego miała na stoliku stertę nut, czyli robiła magisterkę z muzyki.

Kurwa, co za strata czasu. W świecie Daniela nie było miejsca na ludzi jej pokroju.

Choć uznał, że Dziewczyna z Biblioteki absolutnie go nie interesuje, spostrzegł, że zastanawia się, jak poszło jej przesłuchanie. Nie wierzył, by miała to coś, na czym zależało chłopakom, ale wcale nie był tego pewny. I cholernie go to wkurzało.

Napisze później SMS do Roya i się dowie.

Po wyjściu z klubu Daniel poszedłby z chęcią po prostu do domu i trochę odpoczął, ale Zef zabronił mu wracać przez cały wieczór, bo miał w domu jakieś interesy do załatwienia. Daniel był do tego przyzwyczajony i nie widział w tym problemu. Przeważnie Zef był naprawdę fajnym bratem.

Tak więc zamiast udać się do domu i swoich książek pojechał na uczelnianą siłownię. Zaparkował motocykl, zdjął kask i wszedł do budynku. Wyciskanie i piętnaście kilometrów na bieżni pomogą rozładować część wściekłej energii, której zawsze miał pod dostatkiem.

W szatni przebrał się w spodnie od dresu i podkoszulek bez rękawów, zabrał ze sobą ręcznik oraz butelkę wody.

W sali z ciężarami ćwiczyło już dwóch kolesi z drużyny futbolowej, ale całkowicie go zignorowali i skupiali się na własnych sztangach.

Po niemal godzinie z hantlami i ciężarami ruszył do pomieszczenia z rzędami bieżni, wioseł i rowerków. Ćwiczyła tam niewielka grupka dziewczyn, bez wyjątku w krótkich spodenkach i obcisłych bluzkach. Spoglądały na Daniela łapczywie, więc i on odruchowo zaczął przyglądać się im z zaciekawieniem. Jedna z nich, ruda, była seksowna i definitywnie zainteresowana.

Westchnął i odwrócił wzrok. Na pewno nie byłaby taka chętna, gdyby się dowiedziała, jaki jest naprawdę. Poza tym woli anonimowe spotkania z nieznajomymi niż studentki. Tak jest łatwiej.

Skupił się na bieżni i zaczął ćwiczyć, połykając kolejne kilometry. Po dwudziestu pięciu minutach biegu poczuł nagle dotknięcie w ramię i wzdrygnął się, zaskoczony.

To ta ruda.

- Oj, przepraszam! - Zachichotała. - Powiedziałam "hej" ze trzy razy! Musiałeś być na serio skupiony.

Daniel uśmiechnął się niezręcznie, spowolnił maszynę i zeskoczył na podłogę.

- Tak, masz rację.

- No więc tak się zastanawiałam: może chciałbyś pójść na kawę? Moje przyjaciółki nie mają czasu, a ja nie cierpię pić kawy sama.

Daniel rozważył odpowiedź w myślach.

- Muszę gdzieś jechać - odpowiedział.

Nie chciał jej całkowicie spławić, ale musiał się zastanowić, jak to rozegrać.

- A co byś powiedziała na jutro wieczór? W Blue Note przy West River. Wiesz, gdzie to? Przyprowadź koleżanki.

- Ale czy to miejsce nie jest aby... niebezpieczne?

- Nie, jest w porządku - zapewnił ją z uśmiechem. - Pracują tam moi przyjaciele.

Twarz dziewczyny pojaśniała.

- W takim razie świetnie, brzmi super. Jestem Terri.

- Daniel.

- Wiem. - Ponownie zachichotała.

Zmarszczył lekko brwi. Przeszło mu przez myśl, że być może tak naprawdę ona nie ma ochoty na niego, ale na towar jego brata. Cóż, jeżeli tak, czeka ją rozczarowanie.

- Ekhm, w takim razie, Danielu, o której się tam spotkamy?

- Będę po dziewiątej.

Twój ruch, piękna.

- Ekstra! To do zobaczenia.

Odeszła, poruszając zachęcająco biodrami. Daniel oblizał usta.

Jeżeli chodzi o ogólną zasadę, nie randkował. Nie oznaczało to, że nie miewał kobiet, co to, to nie. Ale może nadszedł czas na nowy rozdział życia i warto spróbować tych całych randek. Może. Pachniało to ogromnym ryzykiem, bo przecież starał się tak wiele ukryć. Lecz w sumie cały rok to jeden wielki nowy początek. Prawda?

Wraz z narastaniem niepewności ulotniło się całe odprężenie, które udało mu się uzyskać dzięki ćwiczeniom. Wściekły sam na siebie poszedł pod prysznic i dał się uspokoić gorącej, rozgrzewającej skórę wodzie.

Kiedy skończył, owinął ręcznik wokół swojego szczupłego pasa i wrócił do szatni.

- Hej, stary!

Daniel czujnie otaksował wzrokiem dwóch osiłków, od razu oceniając, ile ma miejsca na zamach, gdyby coś strzeliło im do łba. Nie byli od niego wyżsi, ale obaj ważyli dobrze ponad dziesięć kilo więcej.

Jednakże już sam wyraz twarzy Daniela sprawił, że unieśli ręce na dowód braku złych zamiarów i przezornie się wycofali.

- Spokojnie, stary! Ja, jakby to... Chciałem cię tylko o coś spytać!

Daniel wziął głęboki wdech.

- Czego?

- Cóż, po prostu zastanawiamy się, bo... słyszeliśmy, że laski naprawdę to kręci. - Chłopak wskazał na tors Daniela.

- To prawda, niektóre - odparł, powstrzymując się od kpiącego uśmieszku, który cisnął mu się na usta. Doskonale wiedział, jakie będzie następne pytanie.

- Stary, ależ to musiało piekielnie boleć! - stwierdził drugi osiłek.

Daniel wzruszył ramionami.

- Było warto.

Tym razem już nie wytrzymał i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

Futboliści unieśli brwi i odwzajemnili uśmiech.

- Załatwiłeś to sobie w mieście?

- Jasne. Zrobicie takie w studiu tatuażu TJ'a. Zajmują się tam piercingiem wszelkiego rodzaju.

Większy osiłek zbladł jak ściana i Danielowi przeszło przez myśl, że koleś zaraz zemdleje.

- Na serio, stary?

Daniel roześmiał się w głos.

- Tak, kolczyki w sutkach to dla TJ'a chleb powszedni. Zakolczykują was, gdzie tylko poprosicie. Gdziekolwiek.

- Muszę usiąść, człowieku. - Większy z futbolistów osunął się na ławkę, która zaskrzypiała pod jego ciężarem.

Daniel pokręcił głową i uśmiechnął się do siebie. Pizdeczki.

Włożywszy ubranie na wciąż wilgotne ciało, sprawdził skrzynkę odbiorczą w telefonie. Zef napisał, że już po sprawie - może wracać do domu.

Wyszedł na parking i uśmiechnął się na widok swego motocykla. Harley Davidson z 1969 roku, kupił go jako kupę złomu i własnoręcznie odrestaurował. Dwa lata oszczędzania pieniędzy zarobionych podczas weekendowych prac i letnie wakacje spędzane w garażu, ale dopiął swego.

Gdy dosiadł swej rączej maszyny, dostrzegł Terri szczebioczącą z koleżankami. Pomachała do niego, a on odpowiedział skinięciem głowy. Poczuł przy tym ciarki, mieszankę wyczekiwania i niepokoju.

Podjechał pod dom i spostrzegł cały szereg samochodów oraz motocykli. Wyglądało na to, że drzwi Zefa Coltona dla wszystkich stały otworem. Ponownie.

To, że na imprezach u Zefa można dostać w zasadzie wszystko, czego dusza zapragnie, było tajemnicą poliszynela. A zeszłego lata Daniel imprezował naprawdę dużo. Na szczęście wyglądało na to, że szare komórki, którym udało się przetrwać to całe jaranie zioła i grzmocenie wódy, są w niezłej formie, bo jak na razie zajęcia na uczelni nie sprawiały mu problemów.

Spojrzał z zazdrością na przekazywanego z rąk do rąk jointa, ale pozostał wierny złożonej sobie obietnicy. Żadnego ćpania i picia w dzień przed zajęciami. College swoje kosztował, a on nie zamierzał zniweczyć takiej szansy na przyszłość.

Poczuł, że ktoś szarpnął go za rękę.

Niebrzydka blondynka wsparła się na nim, żeby utrzymać się na nogach. Wyglądała na jego rówieśniczkę i Daniel zastanawiał się, czy też studiuje. Miał nadzieję, że nie chodzą na tę samą uczelnię - starał się trzymać swoje życie rodzinne, jakie by ono nie było, z dala od szkoły.

- Hej, przystojniaczku! Chcesz się pobawić?

Uniosła niewielką plastikową torebkę z pigułkami i kusząco zjechała dłonią w dół jego klatki piersiowej.

Zawahał się, ale po chwili pokręcił głową i powiedział z uśmiechem:

- Innym razem, piękna.

Westchnął. Imprezy Zefa charakteryzował niezmienny atut - nigdy nie miał problemów, żeby zaliczyć.

Mrugnął do dziewczyny i poszedł po schodach do siebie, zanim jej niepodważalny urok skłoniłby go do zmiany zdania. Przynajmniej w swojej sypialni mógł cieszyć się prywatnością. Dobrze, że Zef przyznał, że należy zamontować zamek w jej drzwiach. Wyjął klucz, ale najpierw musiał jeszcze przekroczyć dwa ciała zalegające na korytarzu.

Muzyka leciała tak głośno, że wprawiała ściany w wibracje, które przenosiły się na kości Daniela. Nie przeszkadzało mu to, był przyzwyczajony. Na tle reszty domu jego pokój i tak tworzył oazę spokoju.

Zamknął za sobą drzwi i padł plecami na łóżko. Miał trochę pracy na jutrzejsze zajęcia, po których, cóż, miał spotkać się z Terri. Próbował nie zwracać uwagi, że twardnieje mu członek, gdy tylko pomyśli o jej różowych ustach oraz rzeczach, które mogła nimi zrobić. Nauka w takim stanie nie miała sensu. Musiał się skupić.

Lecz zanim zdążył otworzyć książki, w jego kieszeni zawibrował telefon. Dzwonił brat.

Podniósł się ze znużeniem i otworzył drzwi. Wiedział, co się teraz wydarzy, a nie miał ochoty się bić.

- Co ty odpierdalasz, Dan?! Byłeś w klubie!

- Byłem, i co? - Wzruszył ramionami.

Skóra na twarzy Zefa naprężyła się z wściekłości.

- Mówiłem ci, żebyś się tam, kurwa, nie zbliżał!

- Poważnie? Będziesz się bawił w troskliwego rodzica?

- Nie przeginaj, Dan.

- Jezu, byłem tam tylko chwilę posiedzieć. Przestań się tak napinać.

- Mówię poważnie: nie zbliżaj się tam.

- Nie możesz mi mówić, co mam robić, Zef.

- A chcesz się, kurwa, założyć, że mogę?

- Poza tym mam tam jutro randkę.

Zefa zamurowało, wściekłość na jego twarzy ustąpiła głębokiemu zdumieniu.

- Randkę? Czyli że... randkę?

Daniel skinął głową.

- Heh. Gorąca jest?

Daniel pytająco uniósł brew.

- No dobra, braciszku. Ale następnym razem zabierz swoją randkę do innego klubu. Zrozumiano?

- Zobaczymy.

Zef pchnął go z całej siły w sam środek klatki piersiowej i Daniel wylądował z hukiem na łóżku.

- Dupek! - wysapał, łapiąc oddech i pocierając obolałe żebra.

Jego brat uśmiechnął się szeroko i pokazał gestem, żeby zamknął za nim drzwi na klucz.

Cóż, poszło lepiej, niż Daniel się spodziewał.