p

Nie ufaj swojej intuicji. Jak korzystać z danych, by osiągnąć sukces i cieszyć się życiem - Seth Stephens-Davidowitz

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (38,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZY­PISY

Wpro­wa­dze­nie. Po­rad­nik dla osób, które wie­rzą w dane
[1*] C. Rud­der, Da­tac­lysm. Who we are (when we think no one's lo­oking), New York 2014.
[2*] S.P. Fra­iber­ger et al., Qu­an­ti­fy­ing re­pu­ta­tion and suc­cess in art, "Science" 2018, vol. 362(6416), s. 825-829.
[3*] Zob. M. Le­wis, Mo­ney­ball. The art of win­ning an unfair game, New York 2004.
[4*] J. Dia­mond, How to suc­ceed in ba­se­ball wi­thout spen­ding mo­ney, "Wall Street Jo­ur­nal", Octo­ber 1, 2019.
[5*] B. Do­wsett, How shot-trac­king is chan­ging the way ba­sket­ball play­ers fix their game, "Fi­ve­Thir­ty­Eight", Au­gust 16, 2021, https://fi­ve­thir­ty­eight.com/fe­atu­res/how-shot-trac­king-is-chan­ging-the-way-ba­sket­ball-play­ers-fix-their-game/
[6*] D. Bow­man, Go­od­bye, Go­ogle, March 20, 2009, https://stop­de­sign.com/ar­chive/2009/03/20/go­od­bye-go­ogle.html
[7*] A. Horn, Why Go­ogle has 200m re­asons to put en­gi­ne­ers over de­si­gners, "Gu­ar­dian", Fe­bru­ary 5, 2014.
[8*] Aspen In­sti­tute, Are we bet­ter off with in­ter­net?, YouTube, July 1, 2012, http://www.youtube.com/watch?v=djVrL­Na­FvIo
[9*] Zob. G. Zuc­ker­man, The man who so­lved the mar­ket, New York 2019.
[10*] A. Whyte, Fa­med Me­dal­lion fund 'stret­ches... expla­na­tion to the li­mit', pro­fes­sor cla­ims, "In­sti­tu­tio­nal In­ve­stor", Ja­nu­ary 26, 2020, https://www.in­sti­tu­tio­na­li­nve­stor.com/ar­ticle/b1k2fym­by­99nj0/Fa­med-Me­dal­lion-Fund-Stret­ches-Expla­na­tion-to-the-Li­mit-Pro­fes­sor-Cla­ims
[11*] Wię­cej in­for­ma­cji na te­mat Map­pi­ness można zna­leźć pod ad­re­sem: http://www.map­pi­ness.org.uk
[12*] R. Ar­thur, B. Lind­bergh, Yes, the in­field shift works. Pro­ba­bly, June 30, 2016, https://fi­ve­thir­ty­eight.com/fe­atu­res/yes-the-in­field-shift-works-pro­ba­bly/
[13*] D.H. Pink, Jak być do­brym sprze­dawcą. Za­ska­ku­jąca prawda o wy­wie­ra­niu wpływu na lu­dzi, przeł. W. Tu­ro­pol­ski, War­szawa 2014.
[14*] N. Bha­ra­dway et al., EXPRESS. A new li­ve­stream re­tail ana­ly­tics fra­me­work to as­sess the sa­les im­pact of emo­tio­nal di­splays, "Jo­ur­nal of Mar­ke­ting", Sep­tem­ber 30, 2021.
[15*] Zob. https://trends.go­ogle.com/trends/explore?date=all&q=my­_pe­ni­s_i­s_5_in­ches,my­_pe­ni­s_i­s_4_in­ches,my­_pe­ni­s_i­s_3_in­ches,my­_pe­ni­s_i­s_6_in­ches,my­_pe­ni­s_i­s_7_in­ches
[16*] A. Or­well, E. Kross, S.A. Gel­man, 'You' spe­aks to me. Ef­fects of ge­ne­ric-you in cre­ating re­so­nance be­tween pe­ople and ideas, "PNAS" 2002, vol. 117(49), s. 31038-31045.
[17*] Zob. https://en.wi­ki­pe­dia.org/wiki/Li­st_o­f_be­st_sel­lin­g_bo­oks.
[18*] M. Smith et al., Ca­pi­ta­li­sts in the Twenty-First Cen­tury, "Qu­ar­terly Jo­ur­nal of Eco­no­mics" 2019, vol. 134(4), s. 1675-1745.
[19*] Tamże.
[20*] Tamże.
[21*] Y.N. Ha­rari, Homo deus. Krótka hi­sto­ria ju­tra, przeł. M. Ro­ma­nek, Kra­ków 2018, s. 495.
[22*] Tamże, s. 496.
[23*] Tamże, s. 495.
[24*] Yuval Noah Ha­rari, Or­ga­ni­sms are al­go­ri­thms. Body is cal­cu­la­tor. An­swer = Sen­sa­tion ~Fe­eling~Ve­dan?, YouTube, June 13, 2020, https://www.youtube.com/watch?v=GrQ7nY-vevY
[25*] Zob. D. Kah­ne­man, Pu­łapki my­śle­nia. O my­śle­niu szyb­kim i wol­nym, przeł. P. Szym­czak, Po­znań 2012.
[26*] Zob. https://en.wi­ki­pe­dia.org/wiki/Li­st_o­f_co­gni­ti­ve­_bia­ses; ar­ty­kuł ten, choć w nieco okro­jo­nej wer­sji, można zna­leźć rów­nież w pol­skiej Wi­ki­pe­dii, por.: https://pl.wi­ki­pe­dia.org/wiki/Li­sta­_błę­dó­w_po­znaw­czych (przyp. red.).
[27*] Y.N. Ha­rari, Homo deus..., s. 498.
[28*] Tamże.
Wpro­wa­dze­nie. Po­rad­nik dla osób, które wie­rzą w dane
[1] Ma­zeł tow!
[2] S. Ste­phens-Da­vi­do­witz, Wszy­scy kła­mią. Big data, nowe dane i wszystko, co In­ter­net może nam po­wie­dzieć o tym, kim na­prawdę je­ste­śmy, przeł. M. Świer­kocki, Kra­ków 2019.

Wpro­wa­dze­nie

PO­RAD­NIK DLA OSÓB,KTÓRE WIE­RZĄ W DANE

Mo­żesz po­dej­mo­wać lep­sze de­cy­zje. A big data mogą ci w tym po­móc.

Dzięki In­ter­ne­towi i zgro­ma­dzo­nym w nim in­for­ma­cjom do­ko­nuje się wła­śnie ci­cha re­wo­lu­cja w po­strze­ga­niu naj­istot­niej­szych sfer ludz­kiego ży­cia. W ostat­nich la­tach ba­da­cze do­tarli do ol­brzy­mich za­so­bów da­nych o bar­dzo róż­nym cha­rak­te­rze: od wia­do­mo­ści z ser­wi­sów rand­ko­wych przez konta w Wi­ki­pe­dii aż po sta­tusy związ­ków na Fa­ce­bo­oku. Te dane, li­czone w set­kach ty­sięcy, je­śli nie w mi­lio­nach, po­zwa­lają - czę­sto po raz pierw­szy - udzie­lić wia­ry­god­nych od­po­wie­dzi na wiele waż­nych py­tań. Na przy­kład:

" Jak być do­brym ro­dzi­cem?

" Kim są ma­jętne osoby, które ukry­wają swoje bo­gac­two, i dla­czego je ukry­wają?

" W jaki spo­sób zo­staje się roz­po­zna­wal­nym ar­ty­stą?

" Dla­czego nie­któ­rym lu­dziom do­pi­suje szczę­ście?

" Jak zwięk­szyć szansę na udane mał­żeń­stwo?

" Co spra­wia, że lu­dzie czują się szczę­śliwi?

Od­po­wie­dzi, które wy­ni­kają z da­nych, czę­sto nie po­kry­wają się z tym, co pod­po­wiada nam in­tu­icja. Ozna­cza to, że w nie­prze­bra­nych za­so­bach In­ter­netu znaj­dują się wska­zówki, dzięki któ­rym mo­żemy po­dej­mo­wać lep­sze i bar­dziej świa­dome de­cy­zje.

Oto trzy przy­kłady za­czerp­nięte z ba­dań nad bar­dzo róż­nymi sfe­rami ludz­kiego ży­cia.

Przy­kład 1. Za­łóżmy, że je­steś sin­gielką lub sin­glem. Mimo sta­rań nie udaje ci się uma­wiać na randki tak czę­sto, jak byś tego chciała/chciał. Pró­bu­jesz to zmie­nić, sto­su­jąc się do za­le­ceń, ja­kie dają ci zna­jomi. Le­piej się ubie­rasz. Wy­bie­lasz zęby. Fun­du­jesz so­bie nową fry­zurę. I nic. Ran­dek jak nie było, tak nie ma.

Wie­dza czer­pana z big data może przyjść ci z po­mocą.

Ma­te­ma­tyk i pu­bli­cy­sta Chri­stian Rud­der prze­ska­no­wał setki ty­sięcy pro­fili na por­talu rand­ko­wym OkCu­pid, żeby po­znać ce­chy naj­bar­dziej po­żą­da­nych rand­ko­wi­czów. Oka­zało się - co nie było za­sko­cze­niem - że naj­więk­szym po­wo­dze­niem cie­szyły się osoby ob­da­rzone kla­syczną urodą w stylu Brada Pitta czy Na­ta­lie Port­man.

Prze­ko­pu­jąc się przez górę da­nych, Rud­der od­krył jed­nak drugą grupę, która ra­dziła so­bie nad­spo­dzie­wa­nie do­brze. Były to osoby o szcze­gól­nie ory­gi­nal­nym wy­glą­dzie: ktoś z nie­bie­skimi wło­sami, ktoś z cia­łem ozdo­bio­nym kol­czy­kami i ta­tu­ażami, ktoś inny w dziw­nych oku­la­rach lub z ogo­loną na łyso głową.

Se­kret suk­cesu eks­cen­trycz­nych rand­ko­wi­czów tkwi w tym, że cho­ciaż wiele osób uzna ich wy­gląd za mało atrak­cyjny lub nie­atrak­cyjny, to jed­no­cze­śnie nie za­brak­nie ta­kich, wśród któ­rych wzbu­dzi on au­ten­tyczne za­in­te­re­so­wa­nie[1*]. A w rand­ko­wa­niu wła­śnie o to cho­dzi.

W rand­ko­wa­niu - o ile nie je­steś istotą nie­ziem­sko atrak­cyjną - naj­sku­tecz­niej­sza stra­te­gia po­lega na tym, aby mieć "dużo po­lu­bień, dużo od­rzu­ceń i mało re­ak­cji obo­jęt­nych". Dzięki temu, jak wy­li­czył Rud­der, można zwięk­szyć liczbę otrzy­my­wa­nych wia­do­mo­ści na­wet o 70 pro­cent. Bądź skrajną wer­sją sie­bie, a znajdą się tacy, któ­rzy uznają cię za osobę skraj­nie atrak­cyjną.

Przy­kład 2. Za­łóżmy, że uro­dziło ci się dziecko[1]. Te­raz chcesz wy­brać miej­sce za­miesz­ka­nia naj­do­god­niej­sze do tego, by je wy­cho­wać. Znasz już pro­ce­durę. Kon­sul­tu­jesz się z przy­ja­ciółmi, wy­szu­ku­jesz w Go­ogle naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje, oglą­dasz do­stępne domy lub miesz­ka­nia. I vo­ila! Znaj­du­jesz od­po­wied­nie lo­kum dla swo­jej ro­dziny. Do­cho­dzisz do wnio­sku, że nie ma w tym wiel­kiej fi­lo­zo­fii i żadne twarde dane nie mają tu nic do rze­czy.

Otóż my­lisz się: twarde dane po­ma­gają w wy­bo­rze wła­ści­wego miej­sca za­miesz­ka­nia.

W ostat­nich la­tach ba­da­cze wy­ko­rzy­stali in­for­ma­cje po­cho­dzące z elek­tro­nicz­nych de­kla­ra­cji po­dat­ko­wych, aby prze­śle­dzić losy se­tek mi­lio­nów Ame­ry­ka­nek i Ame­ry­ka­nów. Od­kryto, że do­ra­sta­nie w kon­kret­nych mia­stach - a na­wet w kon­kret­nych dziel­ni­cach miast - może w istotny spo­sób wpły­nąć na po­prawę ja­ko­ści ży­cia. A są to czę­sto miej­sco­wo­ści czy dziel­nice, które nie­ko­niecz­nie przy­szłyby nam na myśl. Nie na­leżą one także do naj­droż­szych. Ist­nieją już szcze­gó­łowe mapy - spo­rzą­dzone na pod­sta­wie skru­pu­lat­nej ana­lizy da­nych - które do­star­czają ro­dzi­com in­for­ma­cji o każ­dej, na­wet naj­mniej­szej miej­sco­wo­ści lub dziel­nicy w Sta­nach Zjed­no­czo­nych.

Ale to jesz­cze nie wszystko. Ba­da­cze do­tarli rów­nież do da­nych, które po­zwo­liły wska­zać pewne ce­chy wspólne owych ide­al­nych miejsc, a przy oka­zji wy­wró­cili do góry no­gami znaczną część na­szej po­tocz­nej wie­dzy na te­mat wy­cho­wa­nia dzieci. Dzięki big data mo­żemy na­resz­cie po­wie­dzieć ro­dzi­com, które czyn­niki tak na­prawdę li­czą się w pro­ce­sie wy­cho­waw­czym (pod­po­wiedź: po­zy­tywne wzory oso­bowe wśród do­ro­słych), a które oka­zują się mniej istotne (pod­po­wiedź: naj­bar­dziej pre­sti­żowe szkoły).

Przy­kład 3. Przy­pu­śćmy, że je­steś am­bitną ar­tystką, która wciąż czeka na swoją wielką szansę. Ku­pu­jesz hur­towo książki do­ty­czące two­jej dzie­dziny sztuki. Słu­chasz uważ­nie opi­nii przy­ja­ciół. Bez końca po­pra­wiasz swoje prace. Wszystko na darmo. A ty nie masz po­ję­cia, co ro­bisz nie tak.

Big data zdia­gno­zo­wały praw­do­po­dobną przy­czynę two­ich nie­po­wo­dzeń.

Ba­da­nia nad prze­bie­giem ka­rier se­tek ty­sięcy ma­la­rek i ma­la­rzy prze­pro­wa­dzone nie­dawno przez Sa­mu­ela P. Fra­iber­gera[2*] ujaw­niły pewną pra­wi­dło­wość, która wy­daje się wy­ja­śniać źró­dła ar­ty­stycz­nych suk­ce­sów i po­ra­żek. W czym za­tem tkwi se­kret po­pu­lar­no­ści od­dzie­la­ją­cej wiel­kie na­zwi­ska od rze­szy ano­ni­mo­wych twór­ców?

Ta­jem­nica leży czę­sto w spo­so­bie pre­zen­to­wa­nia prac. Dane do­wo­dzą, że ar­ty­ści, któ­rzy nie zdo­łali się wy­bić, wy­sta­wiali swoje dzieła cią­gle w tych sa­mych kilku miej­scach. Na­to­miast ma­la­rze, któ­rzy zy­skali roz­głos, po­ka­zy­wali swoją twór­czość, gdzie tylko się dało, do­cie­ra­jąc do bar­dziej zróż­ni­co­wa­nej pu­blicz­no­ści.

Od dawna wia­domo, ja­kie zna­cze­nie dla roz­woju ka­riery ma umie­jęt­ność au­to­pre­zen­ta­cji. Ana­li­tycy da­nych od­kryli jed­nak, że klu­czowe jest to, by pre­zen­to­wać swoje do­ko­na­nia w moż­li­wie wielu róż­nych miej­scach.

Ad­re­sa­tami tej książki są nie tylko sin­gielki i sin­gle, świeżo upie­czeni ro­dzice czy am­bitni ar­ty­ści ma­rzący o świa­to­wej sła­wie, choć wszy­scy oni znajdą tu cenny ma­te­riał po­glą­dowy. Ko­rzy­sta­jąc z za­so­bów no­wych, wiel­kich zbio­rów da­nych, chcę prze­ka­zać kon­kretną i prak­tyczną wie­dzę każ­dej czy­tel­niczce i każ­demu czy­tel­ni­kowi, bez względu na to, na ja­kim eta­pie ży­cia aku­rat się znaj­dują. Za­miesz­czam tu za­tem wska­zówki do­ty­czące mię­dzy in­nymi tego, jak po­czuć się szczę­śliw­szym, po­pra­wić swój wy­gląd, nadać więk­szy roz­mach ka­rie­rze. A sam po­mysł na książkę przy­szedł mi do głowy pew­nego po­po­łu­dnia... pod­czas oglą­da­nia me­czu ba­se­bal­lo­wego.

Mo­ney­ball na miarę na­szych po­trzeb

Każdy praw­dziwy fan tego sportu musi przy­znać, że współ­cze­sny ba­se­ball nie jest już tą samą grą co trzy­dzie­ści lat temu. Kiedy jako młody chło­pak ki­bi­co­wa­łem moim uko­cha­nym New York Mets, w dru­ży­nach ba­se­bal­lo­wych po­dej­mo­wano de­cy­zje, kie­ru­jąc się do­świad­cze­niem i in­tu­icją. Usta­le­nie tak­tyki i składu na mecz za­le­żało głów­nie od wy­czu­cia tre­nera. Pod­czas wy­bie­ra­nia za­wod­ni­ków w draf­cie o wszyst­kim de­cy­do­wał gość od­po­wie­dzialny za wy­szu­ki­wa­nie ta­len­tów, który opie­rał się na swo­ich su­biek­tyw­nych wra­że­niach.

Pod ko­niec ze­szłego wieku po­ja­wiły się jed­nak pierw­sze zwia­stuny no­wego spo­sobu my­śle­nia. Pa­mię­tam z dzie­ciń­stwa, że mój oj­ciec co roku przy­no­sił do domu ko­lejną książkę Billa Ja­mesa. Ja­mes, który pra­co­wał na nocną zmianę jako ochro­niarz w fa­bryce kon­serw mię­snych w Kan­sas, był za­go­rza­łym fa­nem ba­se­ballu i miał zu­peł­nie nie­ty­powe po­dej­ście do ana­lizy me­czów. Wy­ko­rzy­sty­wał do niej bo­wiem kom­pu­tery i pro­gramy do prze­twa­rza­nia da­nych. Ana­li­zu­jąc wraz z kil­koma ko­le­gami do­stępne in­for­ma­cje, od­krył, że sztaby szko­le­niowe, me­ne­dże­ro­wie i tre­ne­rzy dru­żyn ba­se­bal­lo­wych, po­le­ga­jąc je­dy­nie na wła­snej in­tu­icji, po­dej­mo­wali wiele fa­tal­nych w skut­kach de­cy­zji.

Jak czę­sto dru­żyna po­winna wy­ko­ny­wać skróty? Znacz­nie rza­dziej, niż są­dzono - stwier­dzał. Jak czę­sto po­winna de­cy­do­wać się na kra­dzież bazy? Pra­wie ni­gdy. Jaką war­tość mają za­wod­nicy, któ­rzy za­li­czają dużo baz za darmo? Więk­szą, niż mo­głoby się wy­da­wać. Ja­kich za­wod­ni­ków po­winno się czę­ściej wy­bie­rać w draf­cie? Mio­ta­czy.

Nie tylko mój oj­ciec in­te­re­so­wał się wy­ni­kami prac Ja­mesa. Billy Be­ane, ba­se­bal­li­sta, który po za­koń­cze­niu ka­riery za­wod­ni­czej wszedł w skład za­rządu jed­nej z dru­żyn, także był jego wiel­kim fa­nem. A kiedy zo­stał dy­rek­to­rem ge­ne­ral­nym Oakland Ath­le­tics, po­sta­no­wił za­sto­so­wać za­sady ana­lizy da­nych em­pi­rycz­nych, okre­śla­nej jako sa­ber­me­tria, do pro­wa­dze­nia dru­żyny[3*].

Efekty prze­szły naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Oakland Ath­le­tics, mimo iż mieli do dys­po­zy­cji je­den z naj­skrom­niej­szych bu­dże­tów w ame­ry­kań­skiej li­dze ba­se­bal­lo­wej, do­tarli do play-of­fów w 2002 i 2003 roku. Ich hi­sto­ria zo­stała opi­sana w be­st­sel­le­ro­wej książce Mo­ney­ball, na pod­sta­wie któ­rej po­wstał gło­śny film z Bra­dem Pit­tem w roli głów­nej. Od tego czasu rola ana­li­ty­ków w ba­se­ballu znacz­nie wzro­sła. Tampa Bay Rays, sły­nący z tego, że za­sady sa­ber­me­trii sto­so­wali z jesz­cze więk­szą kon­se­kwen­cją niż Ath­le­tics[4*], osią­gnęli fi­nał roz­gry­wek MLB w 2020 roku - i to z trze­cim naj­niż­szym bu­dże­tem ze wszyst­kich ze­spo­łów w li­dze.

Re­guły opi­sane w Mo­ney­ball i kry­jąca się za nimi idea - że dane em­pi­ryczne mogą sku­tecz­nie sko­ry­go­wać na­sze błędne prze­ko­na­nia - od­mie­niły także wiele in­nych dzie­dzin ży­cia i wiele in­nych dys­cy­plin sportu. Dru­żyny NBA co­raz czę­ściej ko­rzy­stają z ana­liz tra­jek­to­rii lotu wy­ko­ny­wa­nych rzu­tów[5*]. Na pod­sta­wie oceny trzy­stu mi­lio­nów od­da­nych rzu­tów za­ob­ser­wo­wano ty­powe od­stęp­stwa od tej opty­mal­nej. Oka­zało się na przy­kład, że prze­ciętny ko­szy­karz NBA, wy­ko­nu­jąc nie­celny rzut z wy­skoku, nie­mal dwa razy czę­ściej rzuca zbyt lekko niż zbyt mocno. A kiedy mie­rzy z na­roż­nika bo­iska i pu­dłuje, piłka naj­czę­ściej w ogóle nie tra­fia w ta­blicę, praw­do­po­dob­nie dla­tego, że za­wod­nik boi się ude­rzyć w jej boczną kra­wędź. Gra­cze wy­ko­rzy­stują wszyst­kie te in­for­ma­cje, aby sko­ry­go­wać błędy i czę­ściej zdo­by­wać punkty.

Przed­się­bior­stwa dzia­ła­jące w Do­li­nie Krze­mo­wej za­wdzię­czają znaczną część swo­jej po­tęgi sto­so­wa­niu re­guł zna­nych z Mo­ney­ball. Firma Go­ogle, w któ­rej pra­co­wa­łem kie­dyś jako ana­li­tyk, wie­rzy bez­gra­nicz­nie w po­tęgę da­nych i na ich pod­sta­wie po­dej­muje klu­czowe de­cy­zje. Swego czasu sze­ro­kim echem od­biła się hi­sto­ria pew­nego do­świad­czo­nego go­oglow­skiego pro­jek­tanta, który od­szedł z firmy, po­nie­waż czuł się lek­ce­wa­żony i wi­dział, jak usta­le­nia jego i ko­le­gów re­gu­lar­nie prze­gry­wają z da­nymi em­pi­rycz­nymi. Kro­plą, która prze­lała czarę go­ry­czy, oka­zał się eks­pe­ry­ment po­le­ga­jący na tym, że prze­te­sto­wano czter­dzie­ści je­den od­cieni ko­loru nie­bie­skiego sta­no­wią­cych tło dla re­klam do­łą­cza­nych do poczty Gmail, aby się prze­ko­nać, który z nich bę­dzie miał naj­więk­szą kli­kal­ność[6*]. Pro­jek­tant oczy­wi­ście mógł być sfru­stro­wany, ale dzięki temu eks­pe­ry­men­towi Go­ogle osią­gnął około dwu­stu mi­lio­nów do­la­rów do­dat­ko­wego zy­sku z re­klam w skali roku[7*]. Go­ogle na­wet przez chwilę nie zwąt­pił w po­tęgę da­nych, dzięki czemu po­siada dziś war­tość ryn­kową rzędu 1,8 bi­liona do­la­rów. Jak stwier­dził kie­dyś Eric Schmidt, dy­rek­tor ge­ne­ralny i pre­zes za­rządu tego gi­ganta: "Ufamy Bogu. Wszy­scy inni mu­szą przed­sta­wić twarde dane"[8*].

Ja­mes Si­mons, świa­to­wej klasy ma­te­ma­tyk i za­ło­ży­ciel firmy in­we­sty­cyj­nej Re­na­is­sance Tech­no­logy, wpro­wa­dził ry­go­ry­styczną ana­lizę da­nych na Wall Street. Wraz z ze­spo­łem spe­cja­li­stów od ana­lizy ilo­ścio­wej stwo­rzył bez­pre­ce­den­sową bazę da­nych, po­szu­ku­jąc ko­re­la­cji mię­dzy ce­nami ak­cji a kon­kret­nymi zda­rze­niami za­cho­dzą­cymi w świe­cie. Co dzieje się z kur­sami ak­cji po ogło­sze­niu kwar­tal­nych wy­ni­ków spółki? Albo gdy w skle­pach za­brak­nie chleba? Albo gdy w pra­sie po­ja­wiają się wzmianki na te­mat da­nej spółki?

Od chwili swo­jego po­wsta­nia fun­dusz in­we­sty­cyjny Me­dal­lion - fla­gowy pro­dukt Re­na­is­sance[9*] in­we­stu­jący wy­łącz­nie na pod­sta­wie mo­deli stwo­rzo­nych w wy­niku ana­lizy da­nych - osią­gnął 66 pro­cent śred­nio­rocz­nej stopy zwrotu (przed od­ję­ciem kosz­tów). W tym sa­mym cza­sie in­deks gieł­dowy S&P 500 mógł się po­chwa­lić za­le­d­wie 10-pro­cen­tową śred­nio­roczną stopą zwrotu. Ken­neth French, eko­no­mi­sta i wy­znawca po­pu­lar­nej tezy, że osią­gnię­cie zna­cząco lep­szych wy­ni­ków od S&P 500 jest w za­sa­dzie nie­moż­liwe, za­py­tany o suk­ces Re­na­is­sance stwier­dził tylko: "Wy­gląda na to, że są po pro­stu lepsi od nas wszyst­kich"[10*].

W jaki spo­sób jed­nak po­dej­mu­jemy klu­czowe de­cy­zje w swoim ży­ciu? Skąd wiemy, kogo po­ślu­bić, z kim umó­wić się na randkę, jak spę­dzić wolny czas? Skąd wiemy, czy pod­jąć ofe­ro­waną nam pracę?

Czy dzia­łamy jak Oakland Ath­le­tics z 2002 roku, czy może ra­czej jak dru­żyny ba­se­bal­lowe z wcze­śniej­szego okresu? Czy je­ste­śmy ni­czym Go­ogle, czy może jak ro­dzinny skle­pik na przed­mie­ściu? Jak Re­na­is­sance Tech­no­lo­gies, czy jak tra­dy­cyjny do­radca in­we­sty­cyjny?

Twier­dzę, że zde­cy­do­wana więk­szość z nas w zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści wy­pad­ków, po­dej­mu­jąc ważne de­cy­zje ży­ciowe, opiera się głów­nie na swo­jej in­tu­icji. W naj­lep­szym ra­zie ra­dzimy się przy­ja­ciół, człon­ków ro­dziny albo sa­mo­zwań­czych eks­per­tów. Czy­tamy po­rady oparte na źró­dłach wąt­pli­wej war­to­ści. Cza­sami rzu­camy okiem na ja­kieś bar­dzo ogólne sta­ty­styki. A na­stęp­nie ro­bimy to, co wy­daje się nam słuszne.

Co by było - za­sta­na­wia­łem się, oglą­da­jąc mecz ba­se­bal­lowy - gdy­by­śmy przy po­dej­mo­wa­niu naj­waż­niej­szych de­cy­zji sto­so­wali me­todę ana­lizy da­nych? Gdy­by­śmy za­rzą­dzali swoim ży­ciem w taki sam spo­sób, w jaki Billy Be­ane za­rzą­dzał Oakland Ath­le­tics?

Nie mam wąt­pli­wo­ści, że wdro­że­nie ta­kiej stra­te­gii dzia­ła­nia jest dzi­siaj znacz­nie ła­twiej­sze niż jesz­cze kil­ka­na­ście lat temu. W mo­jej po­przed­niej książce, za­ty­tu­ło­wa­nej Wszy­scy kła­mią[2], przy­glą­da­łem się temu, jak nowe dane, które za po­śred­nic­twem In­ter­netu stały się na­gle po­wszech­nie do­stępne, zmie­niają na­sze spoj­rze­nie na funk­cjo­no­wa­nie spo­łe­czeń­stwa i ludz­kiego umy­słu. Re­wo­lu­cja sta­ty­styczna do­tarła naj­pierw do roz­gry­wek ba­se­bal­lo­wych - dzięki da­nym, ja­kie ze­brali za­fik­so­wani na punk­cie ob­li­czeń sta­ty­stycz­nych fani tego sportu. Dzi­siaj - za sprawą da­nych gro­ma­dzo­nych przez smart­fony i kom­pu­tery oso­bi­ste - po­dobna re­wo­lu­cja może się do­ko­nać także w na­szym co­dzien­nym ży­ciu.

Za­dajmy so­bie nie tak znowu ba­nalne py­ta­nie: co spra­wia, że lu­dzie czują się szczę­śliwi?

W XX wieku bra­ko­wało nam da­nych, żeby od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie w ści­sły i rze­czowy spo­sób. Kiedy w ba­se­ballu do­ko­ny­wała się re­wo­lu­cja spod znaku Mo­ney­ball, sa­ber­me­trycy zbie­rali dane z te­le­wi­zyj­nych trans­mi­sji me­czów li­go­wych, które su­mien­nie na­gry­wali. Nie było jed­nak wów­czas ni­czego, co można by uznać za od­po­wied­nik ta­kiej trans­mi­sji w od­nie­sie­niu do po­dej­mo­wa­nych przez lu­dzi de­cy­zji ży­cio­wych i bę­dą­cego ich na­stęp­stwem stanu du­cha. Szczę­ście - w od­róż­nie­niu od ba­se­ballu - nie mo­gło stać się przed­mio­tem ści­słej ana­lizy ilo­ścio­wej.

Ale dzi­siaj już może.

Dwoje zna­ko­mi­tych ba­da­czy, Geo­rge Mac­Ker­ron i Su­sana Mo­urato, wy­ko­rzy­stało iPhone'y, by stwo­rzyć pierw­szy zbiór da­nych do­ty­czą­cych ludz­kiego szczę­ścia; na­zwali go Map­pi­ness (Mapa szczę­ścia)[11*]. Za­an­ga­żo­wali do swo­ich ba­dań dzie­siątki ty­sięcy użyt­kow­ni­ków smart­fo­nów, do któ­rych każ­dego dnia wy­sy­łali krót­kie wia­do­mo­ści tek­stowe, za­da­jąc w nich pro­ste py­ta­nia: "Co ro­bisz?", "Z kim spę­dzasz czas?", "Jak bar­dzo szczę­śliwa/szczę­śliwy się czu­jesz?". Ich zbiór da­nych, da­lece bo­gat­szy od wszyst­kich wcze­śniej­szych tego typu ka­ta­lo­gów, skła­dał się z po­nad trzech mi­lio­nów ele­men­tów.

Wnio­ski, ja­kie udało się wy­cią­gnąć z od­po­wie­dzi, mo­gły bu­dzić zdu­mie­nie. Oka­zało się na przy­kład, że ki­bice sil­niej prze­ży­wają smu­tek spo­wo­do­wany po­raż­kami ich dru­żyny ani­żeli ra­dość z jej wy­gra­nych. Cza­sami ob­raz wy­ła­nia­jący się z ana­lizy da­nych prze­czył temu, co mo­głaby pod­po­wia­dać in­tu­icja. Usta­lono bo­wiem, że spo­ży­wa­nie al­ko­holu daje więk­sze po­czu­cie szczę­ścia oso­bie umi­la­ją­cej so­bie drin­kiem wy­ko­ny­wa­nie nud­nych prac do­mo­wych niż ko­muś, kto po­pija pod­czas spo­tka­nia ze zna­jo­mymi. Nie­które uzy­skane wy­niki da­wały mocno do my­śle­nia. Jak choćby te, które ujaw­niły, że praca na ogół nie daje lu­dziom sa­tys­fak­cji, chyba że wy­ko­nują ją wspól­nie z przy­ja­ciółmi.

Za każ­dym ra­zem jed­nak wy­niki ba­dań oka­zy­wały się uży­teczne. Za­sta­na­wia­li­ście się kie­dyś, jak po­goda wpływa na nasz na­strój? Ja­kie formy ak­tyw­no­ści tylko z po­zoru spra­wiają nam przy­jem­ność? Jaką rolę w dą­że­niu do szczę­ścia od­gry­wają pie­nią­dze? W jak du­żym stop­niu oto­cze­nie od­dzia­łuje na na­sze sa­mo­po­czu­cie? Dzięki Mac­Ker­ro­nowi, Mo­urato i paru in­nym ba­da­czom znamy dziś wia­ry­godne od­po­wie­dzi na wszyst­kie te py­ta­nia. Opo­wiem o tym sze­rzej w roz­dzia­łach ósmym i dzie­wią­tym. A pod ko­niec książki po­dam na­wet prze­pis na szczę­ście, spo­rzą­dzony na pod­sta­wie mi­lio­nów od­po­wie­dzi udzie­lo­nych na py­ta­nia wy­sy­łane użyt­kow­ni­kom smart­fo­nów. Na­zy­wam go "opartą na ana­li­zie da­nych rze­telną od­po­wie­dzią na wy­zwa­nia, ja­kie sta­wia przed nami ży­cie".

Przez ostat­nie cztery lata - za­in­spi­ro­wany roz­gryw­kami ba­se­bal­lo­wymi - po­świę­ci­łem się cał­ko­wi­cie in­ten­syw­nym stu­diom. Roz­ma­wia­łem z ba­da­czami. Czy­ta­łem opra­co­wa­nia na­ukowe. Go­dzi­nami ślę­cza­łem nad ta­be­lami i ze­sta­wie­niami sta­ty­stycz­nymi do­łą­cza­nymi do ar­ty­ku­łów na­uko­wych, z de­ter­mi­na­cją, ja­kiej - je­stem tego pe­wien - nie ocze­ki­wał od czy­tel­nika ża­den z ich au­to­rów. Prze­pro­wa­dzi­łem także sporo wła­snych ba­dań i do­ko­na­łem in­ter­pre­ta­cji ich wy­ni­ków. Szu­ka­łem od­po­wied­ni­ków Billa Ja­mesa w od­nie­sie­niu do ta­kich sfer jak mał­żeń­stwo, wy­cho­wa­nie dzieci, osią­gnię­cia spor­towe, bo­gac­two, przed­się­bior­czość, po­wo­dze­nie ży­ciowe, moda czy szczę­ście, aby każdy z was mógł stać się Bil­lym Be­ane'em wła­snego ży­cia. Je­stem go­tów po­dzie­lić się te­raz z wami całą zgro­ma­dzoną wie­dzą.

Oto Mo­ney­ball na miarę na­szych po­trzeb!

Nie­ty­powe prze­ta­so­wa­nia w grze zwa­nej ży­ciem

Za­nim za­bra­łem się do wer­to­wa­nia wy­ni­ków ba­dań, po­sta­wi­łem so­bie kilka pod­sta­wo­wych py­tań. Jak mo­głoby wy­glą­dać ży­cie oparte na re­gu­łach Mo­ney­ball? Jak prze­bie­gałby pro­ces po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji ży­cio­wych, gdy­by­śmy - wzo­rem Oakland Ath­le­tics i Tampa Bay Rays - za­miast po­le­gać na in­tu­icji, kie­ro­wali się wie­dzą czer­paną z da­nych em­pi­rycz­nych? Oglą­da­jąc roz­grywki ba­se­bal­lowe w epoce "po Mo­ney­ball", nie spo­sób oprzeć się wra­że­niu, że nie­które de­cy­zje po­dej­mo­wane przez dru­żyny za­trud­nia­jące sztaby ana­li­ty­ków wy­dają się... no cóż, nieco dziwne. Weźmy cho­ciażby kwe­stię roz­miesz­cze­nia gra­czy w we­wnętrz­nej czę­ści bo­iska.

Otóż w epoce "po Mo­ney­ball" dru­żyny ba­se­bal­lowe co­raz czę­ściej usta­wiają tam za­wod­ni­ków w nie­ty­powy spo­sób. Gru­pują wielu obroń­ców w tym sa­mym sek­to­rze bo­iska, po­zo­sta­wia­jąc inne jego ob­szary prak­tycz­nie bez obrony i za­pra­sza­jąc nie­jako pał­ka­rza dru­żyny prze­ciw­nej, aby wła­śnie tam po­słał piłkę. Z punktu wi­dze­nia prze­cięt­nego ki­bica ba­se­ballu wy­daje się to kom­plet­nym sza­leń­stwem. Ale nie ma w tym ani krzty sza­leń­stwa. Ta­kie usta­wie­nie uza­sad­niają dane, po­zwa­la­jące z wy­so­kim praw­do­po­do­bień­stwem prze­wi­dzieć, w którą część bo­iska po­szy­buje piłka ude­rzona przez kon­kret­nego za­wod­nika[12*]. Na­wet je­śli in­tu­icja pod­po­wiada nam coś zu­peł­nie in­nego.

Gdy­by­śmy za­sto­so­wali tę samą stra­te­gię po­stę­po­wa­nia w co­dzien­nym ży­ciu, oka­za­łoby się za­pewne, że także nie­które de­cy­zje i wy­bory, które z po­zoru mogą wy­da­wać się dzi­waczne - na­zwijmy je "nie­ty­po­wymi prze­ta­so­wa­niami w grze zwa­nej ży­ciem" - są cał­ko­wi­cie uza­sad­nione.

Wspo­mi­na­li­śmy o rand­kach. Ogo­le­nie głowy na łyso lub za­far­bo­wa­nie wło­sów na nie­bie­sko - de­cy­zje, które pod­no­szą na­szą atrak­cyj­ność na por­talu rand­ko­wym - to wła­śnie "nie­ty­powe prze­ta­so­wa­nie w grze zwa­nej ży­ciem".

A oto na­stępna pra­wi­dło­wość, tym ra­zem od­kryta dzięki ana­li­zie da­nych do­ty­czą­cych sprze­daży. Za­łóżmy, że chcesz coś sprze­dać na plat­for­mie li­ve­stre­amin­go­wej. Bo też co­raz czę­ściej usi­łu­jemy ko­muś coś sprze­dać. Da­niel H. Pink, au­tor książki za­ty­tu­ło­wa­nej Jak być do­brym sprze­dawcą, twier­dzi, że bez względu na to, czy "prze­ko­nu­jemy do cze­goś ko­le­gów, na­kła­niamy do cze­goś in­we­sto­rów czy za­chę­camy do cze­goś dzieci, [...] je­ste­śmy han­dlow­cami, któ­rzy sprze­dają to­war"[13*].

Tak czy ina­czej, je­śli wy­sta­wiasz coś na sprze­daż, sta­rasz się zro­bić to jak naj­le­piej.

Przy­go­to­wu­jesz pre­zen­ta­cję (do­brze!). Ćwi­czysz jej wy­ko­na­nie (do­brze!). Za­sy­piasz z po­czu­ciem speł­nio­nego obo­wiązku (do­brze!). Zja­dasz po­rządne śnia­da­nie (do­brze!). Opa­no­wu­jesz nerwy i za­bie­rasz się do dzieła (do­brze!).

Na­gry­wa­jąc pre­zen­ta­cję, pa­mię­tasz o tym, żeby wy­ra­zić swój en­tu­zjazm i po­zy­tywny sto­su­nek do pro­duktu, który ofe­ru­jesz, od­sła­nia­jąc zęby w sze­ro­kim, ser­decz­nym uśmie­chu (nie­do­brze...).

Nie­dawno opu­bli­ko­wano ba­da­nia do­ty­czące wpływu emo­cji oka­zy­wa­nych przez sprze­daw­ców na wy­niki sprze­daży.

Zbiór da­nych: 99 451 ofert sprze­daży na li­ve­stre­amin­go­wej plat­for­mie sprze­da­żo­wej. (Obec­nie lu­dzie co­raz czę­ściej ku­pują to­wary na plat­for­mach ta­kich jak Ama­zon Live, które po­zwa­lają pre­zen­to­wać pro­dukty po­ten­cjal­nym klien­tom za po­śred­nic­twem fil­mów wi­deo). Ba­da­cze otrzy­mali na­gra­nia pre­zen­ta­cji wraz z da­nymi na te­mat wy­so­ko­ści sprze­daży każ­dego z ofe­ro­wa­nych w ten spo­sób to­wa­rów. (Mieli także in­for­ma­cje o sprze­da­wa­nym pro­duk­cie, jego ce­nie oraz o tym, czy oferta uwzględ­niała dar­mową prze­syłkę).

Me­toda ba­daw­cza: sztuczna in­te­li­gen­cja i głę­bo­kie ucze­nie. Ba­da­cze prze­kształ­cili 62,32 mi­liona kla­tek fil­mo­wych w dane. SI (sztuczna in­te­li­gen­cja) po­tra­fiła od­czy­tać emo­cje oka­zy­wane przez sprze­da­ją­cych pod­czas na­gry­wa­nia pre­zen­ta­cji. Czy sprze­da­jący wy­glą­dał na po­iry­to­wa­nego? Zde­gu­sto­wa­nego? Stre­mo­wa­nego? Za­sko­czo­nego? Smut­nego? Szczę­śli­wego?

Wy­niki: ba­da­nia do­wio­dły, że emo­cje wi­doczne u sprze­da­ją­cych miały de­cy­du­jący wpływ na wy­so­kość sprze­daży. Je­śli osoba re­kla­mu­jąca to­war oka­zy­wała ne­ga­tywne emo­cje, ta­kie jak gniew albo iry­ta­cja, jej wy­niki spa­dały. To oczy­wi­ste. Gniew nie sprze­daje się do­brze. Mniej oczy­wi­ste było już jed­nak to, że kiedy sprze­da­jący wy­ra­zi­ście prze­ja­wiał po­zy­tywne emo­cje, ta­kie jak ra­dość lub za­chwyt, liczba na­byw­ców także ma­lała. Ra­dość nie sprze­daje się do­brze. Tam, gdzie od­no­to­wano za­do­wa­la­jące re­zul­taty, emo­cjo­nalna po­wścią­gli­wość sprze­dawcy - po­ke­rowa twarz za­miast uśmie­chu - miała dwu­krot­nie więk­szy wpływ na wzrost sprze­daży niż dar­mowa wy­syłka to­waru[14*].

Cza­sami, żeby sprze­dać ja­kiś pro­dukt, po­win­ni­ście za­chwa­lać go z mniej­szym en­tu­zja­zmem. Wy­daje się, że tak być nie po­winno, ale dane po­ka­zują, że tak wła­śnie jest.

Od Wszy­scy kła­mią do Nie ufaj swo­jej in­tu­icji

Krótka pauza. Czy­tel­ni­kom mo­jej po­przed­niej książki, Wszy­scy kła­mią, na­leży się bo­wiem kilka słów wy­ja­śnie­nia. Część z was się­gnęła pew­nie po tę pu­bli­ka­cję, po­nie­waż spodo­bała wam się tamta. A je­śli tak nie było, to może uda mi się prze­ko­nać do jej kupna tych, któ­rzy jej nie znają. W każ­dym ra­zie spró­buję.

W książce Wszy­scy kła­mią po­ka­zy­wa­łem, w jaki spo­sób na pod­sta­wie ana­lizy wpi­sów w wy­szu­ki­warce Go­ogle mo­żemy się do­wie­dzieć, co lu­dzie na­prawdę my­ślą i co na­prawdę ro­bią. Na­zwa­łem te wpisy "cy­fro­wym se­rum prawdy" z po­wodu szcze­ro­ści, jaką użyt­kow­nicy In­ter­netu wy­ka­zują pod­czas ko­rzy­sta­nia z wy­szu­ki­warki. Na­zwa­łem je także naj­waż­niej­szym do­stęp­nym nam zbio­rem da­nych na te­mat ludz­kiej psy­chiki. Do­wio­dłem mię­dzy in­nymi, że:

" Na pod­sta­wie wy­szu­ki­wań do­ko­ny­wa­nych przez osoby o po­glą­dach ra­si­stow­skich można było prze­wi­dzieć, w któ­rych okrę­gach Ba­rack Obama w wy­bo­rach pre­zy­denc­kich w la­tach 2008 i 2012 uzy­ska mniej gło­sów, niż wy­ni­kało to z son­daży.

" Lu­dzie czę­sto wpi­sują w wy­szu­ki­warce całe zda­nia, na przy­kład: "Nie­na­wi­dzę mo­jego szefa", "Je­stem pi­jany" albo "Uwiel­biam cycki mo­jej dziew­czyny".

" W In­diach naj­czę­ściej wy­szu­ki­waną frazą za­czy­na­jącą się od słów "Mój mąż chce..." jest fraza: "Mój mąż chce, że­bym kar­miła go pier­sią". W tym kraju nie­mal rów­nie czę­sto szuka się w In­ter­ne­cie rad do­ty­czą­cych kar­mie­nia pier­sią męża jak kar­mie­nia pier­sią dziecka.

" Wpi­sów do­ty­czą­cych do­mo­wych spo­so­bów prze­pro­wa­dze­nia abor­cji do­ko­nują pra­wie w 100 pro­cen­tach osoby miesz­ka­jące w tych sta­nach USA, w któ­rych do­stęp do le­gal­nej abor­cji jest utrud­niony.

" Męż­czyźni czę­ściej po­szu­kują w In­ter­ne­cie in­for­ma­cji na te­mat tego, jak po­więk­szyć swo­jego pe­nisa, niż jak na­stroić gi­tarę, zmie­nić oponę w sa­mo­cho­dzie albo usma­żyć omlet. Jedno z naj­częst­szych wpi­sy­wa­nych w wy­szu­ki­warce Go­ogle py­tań do­ty­czą­cych pe­nisa brzmi: "Jak duży jest mój pe­nis?".

Pod ko­niec książki za­po­wia­da­łem, że swoją na­stępną pu­bli­ka­cję za­ty­tu­łuję Wszy­scy (na­dal) kła­mią i że bę­dzie ona kon­ty­nu­acją opo­wie­ści o tym, czego uczą nas wpisy, które lu­dzie po­zo­sta­wiają po so­bie w wy­szu­ki­warce Go­ogle. Prze­pra­szam, ale wy­cho­dzi na to, że was okła­ma­łem. Choć w za­sa­dzie nie po­win­ni­ście być za­sko­czeni. Na­pi­sa­łem prze­cież, że "wszy­scy kła­mią".

Ta książka na pierw­szy rzut oka różni się bar­dzo od po­przed­niej. Je­śli li­czy­li­ście na dal­sze ana­lizy in­ter­ne­to­wych wy­szu­ki­wań na te­mat mę­skich ge­ni­ta­liów, bę­dzie­cie mocno roz­cza­ro­wani. No do­brze. Po­dzielę się z wami jesz­cze jedną cie­ka­wostką. Czy wie­dzie­li­ście, że męż­czyźni wpi­sują cza­sami do wy­szu­ki­warki do­kładne in­for­ma­cje na te­mat wiel­ko­ści swo­jego pe­nisa?[15*] Pi­szą na przy­kład: "Mój pe­nis ma 5 cali". Je­śli prze­śle­dzi się wszyst­kie tego ro­dzaju wpisy, okaże się, że od­zwier­cie­dlają one nor­malny sta­ty­styczny roz­kład wiel­ko­ści mę­skich pe­ni­sów, stwo­rzony na pod­sta­wie in­for­ma­cji umiesz­czo­nych w wy­szu­ki­war­kach, gdzie 5 cali sta­nowi sta­ty­styczną śred­nią.

Zo­stawmy jed­nak moje stu­dia nad zwa­rio­wa­nym świa­tem da­nych po­zy­ski­wa­nych z wy­szu­ki­warki Go­ogle, o któ­rym mo­że­cie do­wie­dzieć się wię­cej z Wszy­scy kła­mią.

Więk­szo­ści ba­dań przy­wo­ły­wa­nych w tej książce nie prze­pro­wa­dzi­łem sam. Ta pu­bli­ka­cja ma też bar­dziej prak­tyczny cha­rak­ter. Sku­pia się ra­czej na kon­kret­nych spo­so­bach po­prawy co­dzien­nego ży­cia, niż na eks­plo­ro­wa­niu róż­nych sfer współ­cze­snego świata. Znacz­nie mniej uwagi po­świę­cam w niej także spra­wom seksu. Je­śli po­ru­szam tę pro­ble­ma­tykę, to nie po to, żeby od­sła­niać ukryte pra­gnie­nia lub lęki mo­ich bliź­nich zwią­zane z sek­sem, jak to się czę­sto zda­rzało w po­przed­niej pracy. Te­ma­tyka sek­su­alna po­jawi się tym ra­zem wy­łącz­nie w związku z py­ta­niem, czy seks daje lu­dziom szczę­ście (pod­po­wia­dam: tak, daje).

Wy­niki uzy­skane z wy­szu­ki­warki Go­ogle po wpi­sa­niu frazy: "Mój pe­nis ma ________"

Pod wie­loma wzglę­dami ni­niej­sza książka sta­nowi wszakże, jak są­dzę, na­tu­ralną kon­ty­nu­ację po­przed­niej.

Po pierw­sze, na­pi­sa­łem ją mię­dzy in­nymi dla­tego, że prze­ko­na­łem się, iż to, czego na­prawdę chcemy, wcale nie po­krywa się z na­szymi de­kla­ra­cjami. Po opu­bli­ko­wa­niu Wszy­scy kła­mią jak każdy po­rządny ba­dacz rynku za­py­ta­łem swo­ich czy­tel­ni­ków, co zro­biło na nich naj­więk­sze wra­że­nie. Więk­szość od­po­wie­działa, że szcze­gól­nie po­ru­szyły ich te ustępy, w któ­rych była mowa o naj­waż­niej­szych pro­ble­mach, ja­kie stoją przed ludz­ko­ścią, i o spo­so­bach, w ja­kie mo­żemy je roz­wią­zać. Na przy­kład frag­menty po­świę­cone prze­mocy wo­bec dzieci albo nie­rów­no­ściom spo­łecz­nym.

Jako au­tor książki Wszy­scy kła­mią pod­cho­dzi­łem jed­nak scep­tycz­nie do de­kla­ra­cji czy­tel­ni­ków i chcia­łem po­znać ja­kieś inne dane. Po­trze­bo­wa­łem cy­fro­wego se­rum prawdy. Spraw­dzi­łem za­tem, które frag­menty w jej elek­tro­nicz­nym wy­da­niu do­stęp­nym w Ama­zon Kin­dle były pod­kre­ślane naj­czę­ściej. Oka­zało się, że lu­dzie czę­ściej za­zna­czali frag­menty do­ty­czące tego, w jaki spo­sób mogą po­pra­wić swoje ży­cie, ani­żeli tego, w jaki spo­sób mogą po­pra­wić świat. Do­sze­dłem za­tem do wnio­sku, że lu­dzie chcą prak­tycz­nych po­rad­ni­ków ży­cio­wych, na­wet je­śli nie­chęt­nie się do tego przy­znają.

Do­kład­niej­sze ana­lizy da­nych z Ama­zon Kin­dle pro­wa­dziły do po­dob­nych kon­klu­zji. Ana­li­zu­jąc ob­szerne frag­menty róż­nych ksią­żek, na­ukowcy stwier­dzili, że w naj­czę­ściej pod­kre­śla­nych przez czy­tel­ni­ków zda­niach praw­do­po­do­bień­stwo po­ja­wie­nia się cza­sow­nika lub za­imka oso­bo­wego ozna­cza­ją­cego bez­po­średni zwrot do czy­tel­nika było dwu­na­sto­krot­nie więk­sze niż we wszyst­kich po­zo­sta­łych zda­niach. In­nymi słowy, lu­dzie na­prawdę lu­bią, kiedy au­tor zwraca się wprost do nich[16*].

Dla­tego wła­śnie pierw­szy aka­pit tej książki brzmi:

"Mo­żesz po­dej­mo­wać lep­sze de­cy­zje. A big data mogą ci w tym po­móc".

Ten aka­pit pod­po­wie­działy mi twarde dane - nie in­tu­icja. To zda­nie było skie­ro­wane bez­po­śred­nio do cie­bie i roz­po­czy­nało książkę, którą na­pi­sa­łem, aby po­móc ci wy­ci­snąć z ży­cia (two­jego ży­cia) to, czego na­prawdę pra­gniesz. Po­do­bało się?

Po­pu­lar­ność wszel­kiej ma­ści po­rad­ni­ków po­twier­dzają także li­sty be­st­sel­le­rów wszech cza­sów[17*]. Prze­stu­dio­wa­łem je uważ­nie. Naj­licz­niej­szą grupę be­st­sel­le­rów w ka­te­go­rii ksią­żek nie­be­le­try­stycz­nych (non-fic­tion) sta­no­wiły po­rad­niki (42 pro­cent). Na­stępne w ko­lej­no­ści były pa­mięt­niki sław­nych lu­dzi (28 pro­cent). Na trze­cim miej­scu upla­so­wały się pu­bli­ka­cje na te­mat seksu (8 pro­cent).

Chcę przez to po­wie­dzieć, że - zgod­nie z tym, co wy­nika z da­nych - po­wi­nie­nem naj­pierw na­pi­sać ten oto po­rad­nik (co wła­śnie zro­bi­łem). Na­stęp­nie dzieło pod ty­tu­łem Seks. Co nam mó­wią dane? A je­śli ta pu­bli­ka­cja przy­nie­sie mi do­sta­teczną sławę (na co li­czę), ko­lejna po­winna no­sić ty­tuł Seth. Wspo­mnie­nia au­tora, który stał się sławny dzięki ana­li­zie da­nych na te­mat sprze­daży ksią­żek.

Wszy­scy kła­mią łą­czy z Nie ufaj swo­jej in­tu­icji także to, że obie mó­wią o tym, jak za po­mocą da­nych od­sła­niać se­kretne strony współ­cze­snego ży­cia. Pod­sta­wowe fakty do­ty­czące na­szego świata za­zwy­czaj po­zo­stają przed nami ukryte, dla­tego dane są tak bar­dzo po­mocne w po­dej­mo­wa­niu de­cy­zji. Big data po­zwa­lają od­kryć, kto do­staje w ży­ciu to, czego pra­gnie.

Weźmy na przy­kład se­kret bo­gac­twa. Kto i jak staje się bo­gaty? Jest oczy­wi­ste, że taka wie­dza przyda się każ­demu, kto chciałby zwięk­szyć swoje do­chody. Pro­blem po­lega na tym, że wielu za­moż­nych lu­dzi nie afi­szuje się ze swoim sta­nem po­sia­da­nia.

Do­stęp do da­nych z elek­tro­nicz­nych ze­znań po­dat­ko­wych po­zwo­lił jed­nak na­ukow­com spo­rzą­dzić naj­peł­niej­sze jak do­tąd opra­co­wa­nie do­ty­czące ma­jęt­nych osób[18*]. Ba­da­cze stwier­dzili, że ty­powy bo­gaty Ame­ry­ka­nin - wbrew temu, czego mo­gli­by­śmy się spo­dzie­wać - nie jest wcale po­ten­ta­tem branży IT, waż­nia­kiem z korpo ani ni­kim po­dob­nym. Ty­powy bo­gaty Ame­ry­ka­nin to, cy­tu­jąc au­to­rów opra­co­wa­nia, "lo­kalny przed­się­biorca", na przy­kład "wła­ści­ciel sa­lonu sa­mo­cho­do­wego albo hur­towni na­po­jów". Kto by po­my­ślał!? W roz­dziale czwar­tym do­wiemy się, dla­czego tak jest, i za­sta­no­wimy, jak wy­ko­rzy­stać tę wie­dzę, pla­nu­jąc wła­sną ka­rierę.

Me­dia także nas okła­mują, a w każ­dym ra­zie kreują fał­szywy ob­raz świata, se­lek­tyw­nie do­bie­ra­jąc prze­ka­zy­wane fakty. Je­śli za po­mocą da­nych zde­ma­sku­jemy te kłam­stwa, być może do­trzemy do in­for­ma­cji, które uła­twią nam pod­ję­cie wła­ści­wych de­cy­zji.

Oto przy­kład: wiek i suk­ces biz­ne­sowy. Dane wy­raź­nie po­twier­dzają, że z me­diów wy­no­simy spa­czone wy­obra­że­nie na te­mat wieku ty­po­wego biz­nes­mena. Z naj­now­szych ba­dań wy­nika, że śred­nia wieku przed­się­bior­ców, o któ­rych pi­sze się w spe­cja­li­stycz­nych cza­so­pi­smach po­świę­co­nych biz­ne­sowi, wy­nosi dwa­dzie­ścia sie­dem lat[19*]. Me­dia uwiel­biają eks­cy­tu­jące hi­sto­rie o cu­dow­nych dzie­ciach, które stwo­rzyły wiel­kie firmy.

A ile lat ma tak na­prawdę ty­powy do­brze pro­spe­ru­jący przed­się­biorca? Naj­now­sze ba­da­nia uwzględ­nia­jące różne dzie­dziny biz­nesu po­ka­zały, że śred­nia wieku w tej gru­pie za­wo­do­wej wy­nosi czter­dzie­ści dwa lata. A do sześć­dzie­siątki sta­ty­styczne szanse na roz­krę­ce­nie uda­nego biz­nesu nie tylko nie ma­leją, ale wręcz ro­sną. Co wię­cej, osoby w bar­dziej za­awan­so­wa­nym wieku mają więk­sze szanse na od­nie­sie­nie suk­cesu także w branży IT, w któ­rej w po­wszech­nym mnie­ma­niu spraw­dzają się naj­le­piej lu­dzie mło­dzi, naj­spraw­niej po­słu­gu­jący się no­wymi na­rzę­dziami tech­no­lo­gicz­nymi[20*].

In­for­ma­cja na te­mat prze­wagi, jaką za­pew­nia wiek prak­tycz­nie we wszyst­kich sfe­rach przed­się­bior­czo­ści, bę­dzie przy­pusz­czal­nie ważna dla ko­goś, kto prze­kro­czył czter­dziestkę i są­dzi, że szanse na uru­cho­mie­nie do­brze pro­spe­ru­ją­cego biz­nesu są już dla niego bez­pow­rot­nie stra­cone. W roz­dziale pią­tym roz­wie­jemy kilka mi­tów na te­mat ka­rier przed­się­bior­ców i na pod­sta­wie twar­dych da­nych opra­cu­jemy wia­ry­godny prze­pis, który po­zwoli zwięk­szyć szanse na roz­krę­ce­nie wła­snej firmy.

Kiedy dys­po­nu­jesz da­nymi, które po­ka­zują, jak na­prawdę działa świat, i kiedy po­tra­fisz obro­nić się przed kłam­stwami, ja­kie ser­wują ci me­dia i zwy­kli lu­dzie, to zna­czy, że je­steś na do­brej dro­dze, aby po­dej­mo­wać lep­sze de­cy­zje ży­ciowe.

Od Boga przez uczu­cia do da­nych

W ostat­nim roz­dziale Homo deus Yuval Noah Ha­rari pi­sze, że prze­cho­dzimy wła­śnie "po­tężną re­li­gijną re­wo­lu­cję - po­dob­nej nie wi­dziano od XVIII wieku"[21*]. Nową re­li­gią, twier­dzi Ha­rari, jest da­ta­izm, czyli wiara w dane.

Jak do tego do­szło?

Przez więk­szą część na­szej hi­sto­rii naj­le­piej wy­kształ­cone war­stwy spo­łeczne przy­pi­sy­wały naj­wyż­szą wła­dzę Bogu. "Kiedy lu­dzie nie wie­dzieli, kogo po­ślu­bić, jaki za­wód wy­brać albo czy przy­stą­pić do wojny, czy­tali Bi­blię i szli za znaj­do­wa­nymi tam ra­dami"[22*].

Re­wo­lu­cja hu­ma­ni­styczna, którą Ha­rari da­tuje na XVIII wiek, za­kwe­stio­no­wała ten teo­cen­tryczny świa­to­po­gląd. Tacy fi­lo­zo­fo­wie jak Wol­ter, John Locke czy mój ulu­biony my­śli­ciel Da­vid Hume twier­dzili, że Bóg sta­nowi wy­twór ludz­kiej fan­ta­zji, a bi­blijny ob­raz świata jest fał­szywy. Po­nie­waż nie ma żad­nej ze­wnętrz­nej wła­dzy, któ­rej wska­za­niami mo­gli­by­śmy się kie­ro­wać, każdy musi wziąć swój los we wła­sne ręce. W epoce hu­ma­ni­zmu - jak pi­sze izra­el­ski hi­sto­ryk - lu­dzie, po­dej­mu­jąc naj­waż­niej­sze ży­ciowe de­cy­zje, "wsłu­chi­wali się w sie­bie" i prak­ty­ko­wali roz­ma­ite "po­mocne w tym tech­niki": "pa­trze­nie za za­chód słońca", "pro­wa­dze­nie pa­mięt­nika" czy "roz­ma­wia­nie od serca z do­brym przy­ja­cie­lem".

Da­ta­istyczna re­wo­lu­cja, która do­piero co się roz­po­częła i która, jak prze­wi­duje Ha­rari, "zaj­mie praw­do­po­dob­nie parę dzie­się­cio­leci"[23*], za­kwe­stio­no­wała z ko­lei świa­to­po­gląd sta­wia­jący w cen­trum ludz­kie uczu­cia. Qu­asi-re­li­gijny sta­tus na­szych uczuć zo­stał pod­wa­żony przez psy­cho­lo­gów i bio­lo­gów. Od­kryli oni, że "or­ga­ni­zmy to tylko al­go­rytmy", a uczu­cia to je­dy­nie "pro­cesy bio­che­micz­nego prze­twa­rza­nia da­nych"[24*].

Wy­bitni be­ha­wio­ry­ści, tacy jak Amos Tver­sky czy Da­niel Kah­ne­man, od­kryli po­nadto, że uczu­cia czę­sto pro­wa­dzą nas na ma­nowce. Nasz umysł bo­wiem kie­ruje się prze­są­dami i uprze­dze­niami[25*].

Wy­daje ci się, że mo­żesz po­le­gać na swo­jej in­tu­icji? Nic po­dob­nego - od­po­wia­dają Tver­sky i Kah­ne­man. Mamy skłon­ność do tego, by zbyt opty­mi­stycz­nie oce­niać wła­sne po­ło­że­nie; prze­ce­niamy war­tość po­pu­lar­nych wy­ja­śnień, które ła­two za­pa­dają w pa­mięć; opie­ramy się na in­for­ma­cjach, które po­twier­dzają to, w co chcemy wie­rzyć; błęd­nie za­kła­damy, że po­tra­fimy ra­cjo­nal­nie wy­ja­śnić zda­rze­nia, któ­rych w isto­cie nie można było prze­wi­dzieć. I tak da­lej, i tak da­lej.

"Wsłu­chi­wa­nie się w sie­bie" mo­gło brzmieć wy­zwa­la­jąco i ro­man­tycz­nie w uszach hu­ma­ni­stów. Ale to samo ha­sło brzmi nie­po­ko­jąco, je­śli prze­czyta się świeży nu­mer "Psy­cho­lo­gi­cal Re­view" albo świetny ar­ty­kuł w Wi­ki­pe­dii za­ty­tu­ło­wany List of co­gni­tive bia­ses[26*].

Big data są re­alną al­ter­na­tywą dla "wsłu­chi­wa­nia się w sie­bie". O ile na­sza in­tu­icja i rady na­szych bliź­nich mo­gły wy­da­wać się kie­dyś je­dy­nym wia­ry­god­nym źró­dłem wie­dzy w świe­cie po­zba­wio­nym Boga, o tyle dzi­siaj ana­li­tycy po­tra­fią two­rzyć i wy­ko­rzy­sty­wać po­tężne bazy da­nych zdolne wy­zwo­lić nas spod wła­dzy błęd­nych prze­ko­nań, któ­rym ule­gamy w swoim ro­zu­mo­wa­niu.

Jesz­cze raz Ha­rari: "w XXI wieku uczu­cia nie są już naj­lep­szymi al­go­ryt­mami w świe­cie. Opra­co­wu­jemy lep­sze al­go­rytmy, które wy­ko­rzy­stują nie­spo­ty­kaną do­tąd moc ob­li­cze­niową oraz gi­gan­tyczne bazy da­nych"[27*]. W epoce da­ta­izmu, "[k]iedy roz­wa­żasz, kogo po­ślu­bić, jaką drogę ka­riery wy­brać i czy wsz­cząć wojnę", od­po­wie­dzi udzie­lają al­go­rytmy, "które wie­dzą o nas wię­cej niż my sami wiemy o so­bie"[28*].

Nie je­stem aż tak próżny, by są­dzić, że Nie ufaj swo­jej in­tu­icji sta­nie się bi­blią da­ta­izmu. Nie pró­bo­wa­łem także uło­żyć dzie­się­ciorga przy­ka­zań da­ta­izmu, choć był­bym wnie­bo­wzięty, gdy­by­ście uznali au­to­rów oma­wia­nych przeze mnie prac za pro­ro­ków no­wej re­li­gii. (Na­prawdę na to za­słu­gują).

Mam jed­nak szczerą na­dzieję, że moja książka po­może zro­zu­mieć, na czym po­lega nowy, da­ta­istyczny świa­to­po­gląd, a przy oka­zji pod­su­nie kilka al­go­ryt­mów, które po­mogą wam albo ko­muś z wa­szych przy­ja­ciół w pod­ję­ciu waż­nych ży­cio­wych de­cy­zji. Nie ufaj swo­jej in­tu­icji składa się z dzie­wię­ciu roz­dzia­łów. W każ­dym z nich oma­wiam po­ten­cjalny wpływ da­nych na istotne sfery na­szego ży­cia. Za­cznę od być może naj­waż­niej­szej de­cy­zji ży­cio­wej. Ha­rari umiesz­cza ją na czele li­sty tych, które jego zda­niem po­win­ni­śmy po­dej­mo­wać w nowy spo­sób, kie­ru­jąc się lo­giką da­ta­izmu.

A za­tem, wy­znawcy da­ta­izmu i po­ten­cjalni kon­wer­tyci: czy al­go­rytm może wam po­móc w wy­bo­rze mał­żonka?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki