p

Nie pamiętam cię, córeczko - Danka Braun

Kup ebooka

36.90 zł
28.26 zł (27,81 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Laura

Z tru­dem otwie­ram oczy, ma­jąc wra­że­nie, że po­skle­jano mi po­wieki. Roz­glą­dam się wo­kół. Leżę w łóżku w nie­wiel­kiej sali o ścia­nach po­ma­lo­wa­nych na be­żowo. To szpi­tal. Je­stem pod­łą­czona do kro­plówki, a obok ci­cho pika mo­ni­tor, po­ka­zu­jący funk­cje mo­jego or­ga­ni­zmu. Za oknami jest ciemno, ale w po­koju przy­ćmione świa­tło wy­cho­dzące z li­stwy nad łóż­kiem po­zwala roz­po­znać kształty przed­mio­tów. To chyba po­czą­tek dnia, a nie jego ko­niec, bo mrok na dwo­rze po­woli się roz­ja­śnia. Co ja tu ro­bię? Jak się tu zna­la­złam? Wy­tę­żam pa­mięć, by zna­leźć od­po­wie­dzi na te py­ta­nia. Nie pa­mię­tam. Na­gle ogar­nia mnie jesz­cze więk­sza zgroza: NIE WIEM, KIM JE­STEM. O Boże, nic nie wiem, oprócz tego, że je­stem ko­bietą.

- Chyba się obu­dziła. - Sły­szę ko­biecy głos do­cho­dzący zza lekko przy­mknię­tych drzwi.

- Ja z nią po­roz­ma­wiam - od­po­wiada mę­ski głos.

Do sali wcho­dzi młody męż­czy­zna w zie­lo­nym szpi­tal­nym uni­for­mie. Musi mieć około trzy­dziestki. Przez głowę prze­la­tuje mi myśl: a ile ja mam lat?

- Dzień do­bry. - Męż­czy­zna uśmie­cha się do mnie. - Na­zy­wam się Jan No­wicki. Je­stem le­ka­rzem.

- Jan No­wicki jest ak­to­rem, a nie le­ka­rzem - mó­wię bez składu i ładu.

Twarz męż­czy­zny się roz­pro­mie­nia.

- Wspa­niale! Je­śli pani zna na­zwi­sko ak­tora, to może po­znamy rów­nież pani na­zwi­sko, bo jak na ra­zie nie wiemy, kogo le­czymy.

Z mo­ich ust wy­do­bywa się wes­tchnie­nie.

- Nie pa­mię­tam. Nie wiem, kim je­stem - mó­wię z tru­dem, a z oczu dwiema struż­kami leją mi się łzy.

Le­karz marsz­czy czoło, ale chwilę póź­niej zmarszczki z czoła zni­kają i stara się przy­brać nieco non­sza­lancką pozę.

- Pro­szę nie pła­kać. Nie jest tak źle, je­śli pa­mięta pani Jana No­wic­kiego. Nie­stety Jan No­wicki nie żyje. Zmarł kilka mie­sięcy temu. Zro­bimy jesz­cze raz re­zo­nans głowy. To­mo­gra­fia nie po­ka­zała ni­czego nie­po­ko­ją­cego. Miała pani opuch­nięty mózg, dla­tego wpro­wa­dzi­li­śmy pa­nią w stan śpiączki far­ma­ko­lo­gicz­nej. Spała pani pięć dni. Pa­mięta pani datę, kiedy to się stało?

- Ja nie wiem, CO się stało.

- Hmm, ktoś pa­nią na­padł i po­bił. Praw­do­po­dob­nie był to na­pad ra­bun­kowy, ale pani się dziel­nie bro­niła, nie chcąc od­dać swo­ich rze­czy, o czym świad­czyły za­dra­pa­nia i sińce na dło­niach. Wtedy zło­dziej użył pa­ra­li­za­tora, na sku­tek czego upa­dła pani na chod­nik, ude­rza­jąc głową o kra­węż­nik. Do ta­kich wnio­sków do­szła po­li­cja. - Od­chrzą­kuje. - Nie zna­le­ziono przy pani żad­nych do­ku­men­tów ani rze­czy po­twier­dza­ją­cych pani toż­sa­mość. Wiemy tylko, że ma pani do­bry gust. - Uśmie­cha się do mnie. - Tak stwier­dziły pie­lę­gniarki, które wi­działy pani ubra­nie. Po­wie­działy rów­nież, że musi być pani do­brze sy­tu­owaną ko­bietą, bo wszyst­kie rze­czy były mar­kowe.

Marsz­czę brwi, co wy­wo­łuje u le­ka­rza zmie­sza­nie.

- Prze­pra­szam za ob­ce­so­wość - mówi, ner­wowo przy­gła­dza­jąc włosy. - Po­wta­rzam to, co usły­sza­łem od in­nych. - Znowu chrząk­nię­cie. - Dziś za­mie­ścimy w in­ter­ne­cie ogło­sze­nie z pani zdję­ciem. Do­tąd się z tym wstrzy­my­wa­li­śmy. Czy mo­żemy je umie­ścić? Na ra­zie nikt nie zgło­sił pani znik­nię­cia.

- W któ­rym szpi­talu leżę?

- W Że­rom­skim. To zna­czy w szpi­talu im. Ste­fana Że­rom­skiego.

- W ja­kim mie­ście?

- W Kra­ko­wie - od­po­wiada męż­czy­zna, a na jego twa­rzy znowu po­ja­wia się nie­po­kój. - Czy pani zna Kra­ków?

- Wiem, że to mia­sto w Ma­ło­pol­sce. Wa­wel, ko­ściół Ma­riacki, hej­nał z wieży ma­riac­kiej, Ga­le­ria Kra­kow­ska.

- A więc pani wie co nieco o Kra­ko­wie, ale tu nie mieszka - stwier­dza le­karz. - Jaki mamy te­raz mie­siąc i rok?

- Chyba jest zima, bo za oknami drzewa nie mają li­ści. Ale nie wiem, który mamy rok.

- Dziś jest środa, ósmy marca dwa ty­siące dwu­dzie­stego trze­ciego roku.

- Dzień Ko­biet?

- Pa­mięta pani to święto? - dziwi się le­karz. - Przy­wie­ziono tu pa­nią nie­przy­tomną w pią­tek o go­dzi­nie dwu­dzie­stej. Na mo­ment od­zy­skała pani świa­do­mość, ale wtedy też nie po­tra­fiła po­dać na­zwi­ska.

- Czy moja amne­zja jest or­ga­niczna czy dy­so­cja­cyjna? - py­tam.

- Skąd pani zna te okre­śle­nia?

- Nie wiem.

- Prze­pra­szam. Wciąż za­po­mi­nam, że pani cierpi na nie­pa­mięć - uspra­wie­dli­wia się le­karz. - Może pra­co­wała pani w służ­bie zdro­wia?

- Nie są­dzę.

- What do you re­mem­ber? (Co pani pa­mięta?)

- I have al­re­ady told you that I do not re­mem­ber any­thing, do­ctor. I don't even know how old I am or what I look like. (Już panu mó­wi­łam, że nic nie pa­mię­tam. Nie wiem na­wet, ile mam lat i jak wy­glą­dam).

Na twa­rzy le­ka­rza po­ja­wia się zdzi­wie­nie po­mie­szane z roz­ba­wie­niem.

- Jedno już może pani o so­bie po­wie­dzieć: do­sko­nale zna pani ję­zyk an­giel­ski. Czy nie za­uwa­żyła pani, że za­da­łem py­ta­nie w ję­zyku an­giel­skim?

Do­piero te­raz stwier­dzam, że rze­czy­wi­ście roz­ma­wiamy po an­giel­sku.

- Z tego wnio­sek, że bez pro­blemu prze­cho­dzi pani z jed­nego ję­zyka na drugi - mówi w za­my­śle­niu. - A co do wieku, to ma pani chyba trzy­dzie­ści parę lat i jest pani bar­dzo ładna. - Uśmie­cha się, a po­tem, zmie­szany, znowu od­chrzą­kuje.

- Czy mo­gła­bym zo­ba­czyć się w lu­strze? - py­tam.

W za­kło­po­ta­niu dra­pie się po gło­wie.

- Lu­stro jest w ła­zience, ale na ra­zie nie po­winna pani cho­dzić. Z tego wszyst­kiego nie za­py­ta­łem pani o pod­sta­wową rzecz: jak się pani czuje? Czy pa­nią coś boli?

- Kłyk­cie pal­ców rąk i głowa - mó­wię. - I prawa noga. I w ogóle wszystko.

- Za­raz pa­nią zba­dam.

- Naj­pierw pro­szę po­sta­rać się o ja­kieś lu­sterko. Chcę wie­dzieć, jak wy­glą­dam.

- Pójdę do dy­żurki pie­lę­gnia­rek, może któ­raś z nich nosi w to­rebce lu­sterko.

- Może być na­wet pu­der­niczka.

Po wyj­ściu le­ka­rza od­chy­lam nieco koł­drę i spraw­dzam, jak wy­gląda moje ciało. Na szczę­ście nie je­stem gruba, nie mam wy­sta­ją­cego brzu­cha ani fał­dek tłusz­czu. Nogi też mam szczu­płe i dość zgrabne. Skąd wiem, że wła­śnie ta­kie są zgrabne, je­śli nic nie wiem? Biorę do rąk pa­smo dłu­gich wło­sów. Far­bo­wane na blond - stwier­dzam.

Po chwili wraca le­karz, trzy­ma­jąc w ręku okrą­głe lu­sterko. Biorę je do ręki i pa­trzę na twarz od­bitą w ta­fli. Od­da­lam je tro­chę od sie­bie, żeby zo­ba­czyć całą twarz. Mam wy­ra­zi­ste rysy z ostro za­ry­so­wa­nymi ko­śćmi po­licz­ko­wymi, dość wy­so­kie czoło, brą­zowe oczy, wy­datne usta i fran­cu­ski, lekko za­darty nos. Po­now­nie prze­la­tuje mi przez głowę myśl: skąd wiem, jak wy­glą­dają fran­cu­skie nosy.

- Może pani za­trzy­mać dłu­żej lu­sterko. To szpi­talne. - Pa­trzy na mnie z uwagą. - Czy roz­po­znaje pani swoje rysy twa­rzy?

- Nie. Nie znam tej ko­biety.

Roz­dział 2

Laura

Na­za­jutrz leżę w se­pa­ratce, co chwila drze­miąc. Nie mam siły ani ochoty oglą­dać te­le­wi­zji, rów­nież cza­so­pi­sma przy­nie­sione mi przez pie­lę­gniarkę nie po­tra­fią przy­kuć mej uwagi. Kilka razy od­wie­dza mnie po­znany dzień wcze­śniej le­karz z py­ta­niem, jak się czuję i czy za­czyna wra­cać mi pa­mięć. Cho­ciaż zna moją od­po­wiedź, na­dal przy­cho­dzi i pyta o to samo. Na moją prośbę wy­jęto mi cew­nik, mogę więc sama ko­rzy­stać z to­a­lety. Sta­wiam kilka kro­ków, ale mój spa­cer ogra­ni­cza się do ła­zienki, bo w dal­szym ciągu je­stem słaba.

Wie­czo­rem drzwi się otwie­rają i do sali wpada wy­soki męż­czy­zna ubrany w skó­rzaną kurtkę w stylu lot­ni­czym. Jest w po­dob­nym wieku co ja, ma ciemne włosy i przy­jemną twarz. Przy­stoj­niak z niego - my­ślę. Przy­po­mina mi Chrisa Hem­swor­tha i jego brata Liama. Jest tak samo wy­soki i ma tak samo nie­bie­skie oczy jak oni. Kto to może być, bo na pewno nie le­karz. Kiedy zbliża się do łóżka, wi­dzę jego wzbu­rze­nie i nie­po­kój.

- Boże, Lara! Co ci się stało? - woła go­rącz­kowo. - Nic ci nie jest?

Nie od­po­wia­dam, tylko pa­trzę na niego za­sko­czona jego za­cho­wa­niem.

Ten czło­wiek mnie zna.

Wie, kim je­stem.

Po chwili do se­pa­ratki wcho­dzi le­karz.

- Co pan wy­pra­wia?! To szpi­tal, nie można tu­taj tak so­bie wpa­dać bez po­zwo­le­nia. Pa­cjentka jest pod na­szą opieką - woła No­wicki.

- To moja żona, mam prawo zo­ba­czyć, co się z nią dzieje - od­pala męż­czy­zna.

Ten obcy czło­wiek jest moim mę­żem?! To nie­moż­liwe. Na pewno bym go roz­po­znała. Nie wiem dla­czego, ale na­gle czuję skra­da­jący się pod skórą strach.

- Czy zna pani tego męż­czy­znę? Czy to pani mąż? - pyta No­wicki.

Kręcę głową w za­prze­cze­niu.

- Lara, ko­cha­nie, to nie­moż­liwe, że mnie nie po­zna­jesz! Je­stem Aleks, twój mąż.

- Pro­szę się wy­le­gi­ty­mo­wać - żąda le­karz.

Nowo przy­były wyj­muje z kie­szeni kurtki port­fel, a z niego do­wód toż­sa­mo­ści. Le­karz ogląda uważ­nie do­ku­ment.

- Aleks Ku­lik - czyta. - Ale to ża­den do­wód po­twier­dza­jący, że je­ste­ście mał­żeń­stwem. Przy tej pani nie zna­le­ziono żad­nych do­ku­men­tów.

- Za­raz panu udo­wod­nię, że to moja żona.

Znowu otwiera port­fel i cze­goś w nim szuka.

- Pro­szę, to zdję­cie Laury - mówi. - Za­wsze je no­szę przy so­bie, tak jak i fotkę na­szej córki.

Nie mogę uwie­rzyć, że mam córkę. Prze­cież mu­sia­ła­bym to pa­mię­tać.

- To na­dal nie po­twier­dza wa­szego mał­żeń­stwa. - Le­karz wciąż jest uparty, ale mówi już z mniej­szym prze­ko­na­niem.

Męż­czy­zna wyj­muje ko­mórkę i pal­cem prze­suwa po ekra­nie.

- Pro­szę bar­dzo, tu je­ste­śmy ra­zem przed na­szym do­mem. A tu w trójkę, ra­zem z na­szą có­reczką - mówi, po­ka­zu­jąc fotkę. - Nie wiem, czy znajdę zdję­cia ze ślubu, bo to było je­de­na­ście lat temu.

Je­de­na­ście lat je­ste­śmy mał­żeń­stwem i nie pa­mię­tam wła­snego męża?!

- Pro­szę mi po­ka­zać te fotki - mó­wię do męż­czy­zny, uni­ka­jąc zwrotu "pan" lub "ty".

Biorę do ręki te­le­fon i po­więk­szam ob­raz. Rze­czy­wi­ście stoję obok tego fa­ceta i po­zwa­lam mu się obej­mo­wać.

- To na­sza có­reczka - mówi.

- Oli­wia? - Nie wiem, dla­czego wy­po­wia­dam ta­kie imię.

Męż­czy­zna marsz­czy czoło. Jest wy­raź­nie po­ru­szony.

- Nie, Maja. Na­sza córka ma na imię Maja.

Przy­glą­dam się dziew­czynce. Ma ja­sne włosy do ra­mion, śliczną bu­zię i nie­bie­skie oczy. Moje są brą­zowe. Nie znam tej dziew­czynki. To chyba naj­lep­szy do­wód, że to nie moja córka, prze­cież każda matka na pewno roz­po­zna­łaby wła­sne dziecko!

Pod­no­szę wzrok na le­ka­rza.

- Czy ba­dano mnie gi­ne­ko­lo­gicz­nie?

- Tak. Mu­sie­li­śmy to zro­bić, żeby po­znać do­kładny ob­raz pani ob­ra­żeń - tłu­ma­czy le­karz. - Rze­czy­wi­ście pani ro­dziła. - Od­chrzą­kuje. - Praw­do­po­dob­nie to pani mąż. Na ra­zie zo­sta­wiam pań­stwa sa­mych, ale pana po­pro­szę póź­niej na chwilę do dy­żurki.

Le­karz, wi­dząc moje prze­ra­żone oczy, waha się, czy wyjść.

- Pro­szę pa­mię­tać, że pań­ska żona sześć dni temu do­znała bar­dzo cięż­kich ob­ra­żeń, dla­tego pro­szę jej długo nie mę­czyć. Naj­wy­żej kwa­drans, a po­tem pro­szę przyjść do mnie.

Zo­staję sama z męż­czy­zną, który twier­dzi, że od je­de­na­stu lat jest moim mę­żem. Nie mogę w to uwie­rzyć. Nie prze­ko­nują mnie jego fotki, prze­cież w dzi­siej­szych cza­sach można zro­bić do­sko­nały fo­to­mon­taż. Hmm, ale po co ktoś miałby się tak tru­dzić? - za­sta­na­wiam się w du­chu.

Czuję skrę­po­wa­nie, gdy rze­komy mąż bie­rze moją dłoń, gła­ska ją, a po­tem pod­nosi do swo­ich warg i ca­łuje.

- Lara, na­prawdę mnie nie pa­mię­tasz? Ani na­szej Mai?

Kręcę głową. Ciężko mi roz­ma­wiać z tym nie­zna­jo­mym. Bo nie wiem o czym. W gło­wie mam pustkę. Jedną wielką prze­strzeń. Czuję się, jakby wy­drą­żono mi czaszkę, po­zo­sta­wia­jąc tylko nie­które in­for­ma­cje i wia­do­mo­ści, ale nie ma tam żad­nych wspo­mnień, żad­nych ob­ra­zów z prze­szło­ści. Nie ma nic. Wy­dłu­bano mi cały za­pis mo­jego do­tych­cza­so­wego ży­cia, jak­bym do­piero się dziś na­ro­dziła.

- Na imię mam Lara?

- Laura, ale tak je zdrab­niam.

- Lara to po­stać z filmu Dok­tor Ży­wago - mó­wię.

- A więc pa­mię­tasz? - Na twa­rzy męż­czy­zny po­ja­wia się uśmiech. - Ra­zem oglą­da­li­śmy ten film. Tę starą wer­sję z sześć­dzie­sią­tego pią­tego roku z Oma­rem Sha­ri­fem i Ju­lie Chri­stie. Film bar­dzo nam się po­do­bał, przede wszyst­kim ścieżka dźwię­kowa i me­lo­dia prze­wod­nia. Dla­tego na­zy­wam cię Larą, pa­mię­tasz to?

Znowu prze­cząco kręcę głową.

- No­szę ta­kie samo na­zwi­sko jak ty?

- Tak, oczy­wi­ście.

- Ku­lik jak ptak, czy ku­lig jak zi­mowy za­przęg?

- Jak ptak. To ty pierw­sza od­kry­łaś zna­cze­nie mo­jego na­zwi­ska. Masz ogromną wie­dzę. - Pa­trzy na mnie smutno. - Jak to moż­liwe, że na­dal tyle wiesz, a za­po­mnia­łaś mnie i na­szą córkę.

- Wła­śnie tego nie ro­zu­miem - mó­wiąc to, ob­rzu­cam męż­czy­znę twar­dym spoj­rze­niem.

- Lara, pa­trzysz na mnie, jak­byś mnie o coś ob­wi­niała - mówi ci­cho i wzdy­cha. - Nie po­wi­nie­nem je­chać z Mają do Gre­cji, a cie­bie zo­sta­wiać samą, ale się upar­łaś.

- Dla­czego z wami nie po­je­cha­łam? - py­tam ostroż­nie.

- Bo mia­łaś mieć roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną z no­wym pra­co­dawcą.

- Kim je­stem z za­wodu?

- Długo nie pra­co­wa­łaś, bo wy­cho­wy­wa­łaś na­szą córkę, ale ostat­nio za­pra­gnę­łaś iść do pracy. Mieli cię za­trud­nić w roli re­kru­terki, po­nie­waż do­sko­nale znasz ję­zyk an­giel­ski. By­łem temu prze­ciwny, bo nie­źle nam się po­wo­dzi fi­nan­sowo, ale się upar­łaś.

- A wcze­śniej co ro­bi­łam?

- Różne rze­czy.

- To zna­czy?

- Kiedy miesz­ka­li­śmy w Gre­cji...

- Miesz­ka­łam w Gre­cji? - dzi­wię się. - Jak długo?

- Dzie­więć lat.

- Dzie­więć lat! Nie pa­mię­tam żad­nego słowa po grecku! Prze­cież w ciągu tylu lat mu­sia­łam się na­uczyć pod­sta­wo­wych zwro­tów. A ja nic nie umiem.

Mąż wzru­sza ra­mio­nami.

- Masz na imię Aleks? Aleks Ku­lik?

- Tak.

- Na­to­miast ja na­zy­wam się Laura Ku­lik?

Po­ta­kuje głową. A ja za­my­kam oczy. Ani imię, ani na­zwi­sko nic mi nie mó­wią. Jak to moż­liwe?

- A jak się przed­tem na­zy­wa­łam?

- Ko­wal. Laura Ko­wal.

- To też nic mi nie mówi. - Na­gle się oży­wiam. - No ale mu­szę mieć ja­kąś ro­dzinę. Matkę, ojca, ro­dzeń­stwo.

- Wy­cho­wy­wała cię bab­cia, ale już dawno nie żyje. Z matką nie utrzy­my­wa­łaś kon­taktu. - Waha się, czy cią­gnąć. Wzdy­cha. - Nie wia­domo, gdzie te­raz jest i czy w ogóle żyje. Wy­je­chała do Nor­we­gii, a tam... No cóż, upra­wiała naj­star­szy za­wód świata. Nie wia­domo, kim był twój oj­ciec. Pod­rzu­ciła cię swo­jej matce, two­jej babci, kiedy by­łaś mała.

Nie wiem, dla­czego na­gle robi mi się smutno. To pierw­sze sil­niej­sze emo­cje, które dziś mnie na­wie­dzają. Je­stem sie­rotą, córką pro­sty­tutki.

- Gdzie bab­cia miesz­kała? Gdzieś koło Kra­kowa?

- Nie, w Świ­no­uj­ściu.

- A gdzie my miesz­kamy? - Wy­po­wie­dze­nie słowa "my" przy­cho­dzi mi z tru­dem.

- W Żu­ra­dzie Le­śnej.

- Gdzie to jest?

- Pod Ol­ku­szem, nie­całe pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów od Kra­kowa.

- Długo tam miesz­kamy?

- Nie­cały rok. Ale w Pol­sce dwa lata.

- A ile lat ma Maja? - Słowo "córka" też nie może mi przejść przez gar­dło.

- W grud­niu skoń­czyła pięć lat.

Roz­dział 3

Laura

Dzi­siaj znowu był ten czło­wiek po­da­jący się za mo­jego męża. Nie wie­rzę mu. Bo czy to moż­liwe, że­bym nie pa­mię­tała wła­snego męża?! Za­sta­na­wia mnie tylko jedno: jaki miałby cel mnie okła­my­wać? Po­dobne wąt­pli­wo­ści ma mój le­karz. Jan No­wicki czę­sto do mnie przy­cho­dzi. Praw­do­po­dob­nie je­stem dla niego cie­ka­wym przy­pad­kiem, prze­cież nie co­dzien­nie pa­cjentki wpa­dają w amne­zję. Lu­bię jego to­wa­rzy­stwo. Le­piej się czuję przy nim niż przy mężu... albo ra­czej przy czło­wieku, który się za niego po­daje. Nie ufam Alek­sowi. Je­stem przy nim dziw­nie skrę­po­wana i nie­spo­kojna. Le­karz to wy­czuwa i za każ­dym ra­zem przy­po­mina Ku­li­kowi, żeby mnie nie mę­czył, bo je­stem pa­cjentką po cięż­kim wy­padku.

- Lara, przy­nio­słem ci tro­chę two­ich rze­czy - mówi niby-mąż. - Masz tu swoją bie­li­znę, pi­żamę i szla­frok. Spa­ko­wa­łem ci też ko­sme­tyki. - Pa­trzy na mnie z uda­waną czu­ło­ścią. - Za­wsze lu­bi­łaś ład­nie wy­glą­dać. Ma­lo­wa­łaś się, na­wet idąc do sklepu.

Nie chcę wie­rzyć, że je­stem aż tak próżną ko­bietą.

- Mam też dla cie­bie no­wego smart­fona i książki, żeby ci się nie nu­dziło.

Dba o mój do­bro­stan - prze­la­tuje mi przez myśl. Mimo to na­dal je­stem wo­bec niego nie­ufna.

- Czy już coś so­bie przy­po­mnia­łaś? - Wciąż mnie py­tają za­równo mój niby-mąż, jak i le­karz. I za­wsze od­po­wia­dam to samo:

- Nie, na­dal nic nie pa­mię­tam.

Po wi­zy­cie Aleksa przy­cho­dzi le­karz i siada na szpi­tal­nym stołku przy moim łóżku.

- Po­li­cja zna­la­zła pani sa­mo­chód. To czer­wona to­yota yaris. W środku nie było ni­czego cie­ka­wego. Nie zna­le­ziono żad­nych pani do­ku­men­tów. Ale mąż przy­niósł z domu pani pasz­port i dał po­li­cji, a oni prze­ka­zali go mnie. Pro­szę. - Wrę­cza mi ksią­żeczkę. - Po­znaje pani?

Oglą­dam do­kład­nie do­ku­ment. Mam trzy­dzie­ści sie­dem lat. Zdję­cie jest okrop­nej ja­ko­ści, wy­szłam na nim wy­jąt­kowo brzydko.

- Je­stem aż tak brzydka? - py­tam.

- Wcale nie jest pani brzydka. Wprost prze­ciw­nie, jest pani piękna. - Od­chrzą­kuje, tro­chę zmie­szany. - Na zdję­ciach do pasz­portu wszy­scy wy­cho­dzą okrop­nie, jak z po­li­cyj­nej kar­to­teki.

Mój or­ga­nizm się re­ge­ne­ruje, po­woli do­cho­dzę do sie­bie. Mam już wię­cej sił i ból cał­ko­wi­cie ustał. Je­stem tu już dwa ty­go­dnie i wiem, że wkrótce mnie wy­pi­szą. Mają ze mną tylko je­den pro­blem - na­dal mam amne­zję.

Od­wie­dza mnie neu­ro­lożka, ko­bieta w po­dob­nym wieku do mo­jego. Jej duża nad­waga su­ge­ruje, że ma pro­blemy zdro­wotne, co zresztą wi­dać też na zmę­czo­nej twa­rzy.

- Pani Ku­lik, nie mo­żemy pani wię­cej po­móc - mówi. - Za­równo to­mo­gra­fia, jak i re­zo­nans ma­gne­tyczny nie po­ka­zały żad­nych istot­nych zmian w pani mó­zgu. Nie wiemy, skąd ta amne­zja. Pro­po­nu­jemy pani po­byt w szpi­talu psy­chia­trycz­nym, tam prę­dzej będą mo­gli temu za­ra­dzić. No cóż, my je­ste­śmy bez­silni. - Roz­kłada ręce, żeby pod­kre­ślić wy­po­wie­dziane słowa. - Wy­pi­sa­łam już skie­ro­wa­nie. Pro­po­nuję szpi­tal Ba­biń­skiego.

- To ten w Ko­bie­rzy­nie?

- Taak.

- Nie chcę tam iść.

- Są jesz­cze inne od­działy psy­chia­tryczne...

- Nie chcę żad­nego wa­riat­kowa! - krzy­czę.

- Pro­szę zro­zu­mieć, nie mo­żemy dłu­żej pani tu trzy­mać. - Wzru­sza ra­mio­nami. - De­cy­zja na­leży do pani. Pro­szę skon­sul­to­wać to z ro­dziną.

Jan No­wicki po­twier­dza jej słowa. Wi­dząc moją zroz­pa­czoną minę, wzdy­cha:

- Pani Lauro, nie­stety ju­tro pa­nią wy­pi­su­jemy. Musi pani po­roz­ma­wiać z mę­żem i ra­zem usta­lić, co bę­dzie dla pani naj­lep­sze. Szpi­tal na Ba­biń­skiego nie jest taki naj­gor­szy... - Kiedy to mówi, od­wraca wzrok.

- Czy­ta­łam w in­ter­ne­cie, że le­czą tam przede wszyst­kim al­ko­ho­li­ków i nar­ko­ma­nów. Ma tylko trzy gwiazdki, a wa­runki są okropne.

- No cóż... To może gdzie in­dziej, jest wiele szpi­tali psy­chia­trycz­nych. Nic nie mogę po­ra­dzić. W każ­dym ra­zie my już pani w ni­czym nie po­mo­żemy. To pani i mąż mu­si­cie za­de­cy­do­wać, co ro­bić da­lej. Pro­szę z nim to prze­dys­ku­to­wać. Może po­wrót do domu po­może pani od­zy­skać pa­mięć. Sam ni­gdy nie ze­tkną­łem się z tego typu przy­pad­kiem, ale sły­sza­łem, że pa­cjenci z amne­zją dy­so­cja­cyjną czę­sto od­zy­skują pa­mięć w daw­nym oto­cze­niu, wśród naj­bliż­szych. We­dług mnie to tylko kwe­stia czasu.

Pa­nicz­nie się boję szpi­tali psy­chia­trycz­nych. Przed oczami mam ob­raz kli­tek bez okien ze ścia­nami wy­ło­żo­nymi gąbką, z łóż­kami do elek­trow­strzą­sów i pa­cjen­tów ubra­nych w ka­ftany bez­pie­czeń­stwa. Py­ta­nie: skąd u mnie ta­kie wi­zje? Czy to za sprawą obej­rza­nych fil­mów, czy wła­snych prze­żyć?

Kiedy przy­cho­dzi Aleks Ku­lik, za­staje mnie za­pła­kaną.

- Lara, co się dzieje? Dla­czego pła­czesz? - Wy­gląda na wy­stra­szo­nego.

- Chcą mnie stąd wy­pi­sać.

- To su­per.

- Chcą mnie ode­słać do szpi­tala psy­chia­trycz­nego, pro­po­nują Ba­biń­skiego.

- Je­śli tego nie chcesz, to wró­cimy do domu i bę­dziemy cię le­czyć pry­wat­nie. W końcu od­zy­skasz pa­mięć, zo­ba­czysz.

Na­za­jutrz wrę­czają mi wy­pis ze szpi­tala. Aleks przy­jeż­dża za­raz po moim te­le­fo­nie. Wy­peł­niona stra­chem i nie­po­ko­jem, opusz­czam szpi­talne mury. Tu­taj czu­łam się bez­piecz­nie, tu nie ba­łam się roju py­taj­ni­ków za­gnież­dżo­nych w mo­jej gło­wie, a tam, w świe­cie ob­cych lu­dzi, będę oto­czona sa­mymi nie­wia­do­mymi. Oba­wiam się nie tylko przy­cza­jo­nych wro­gów ukry­tych w tłu­mie nie­zna­nych mi osób, lecz także czuję strach przed sobą, bo nie wiem, ja­kim je­stem czło­wie­kiem. Jaką matką i żoną? I czy po­lu­bię ko­bietę ukrytą w moim ciele.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki