p

Nie mój typ. Game Changers - Ilsa Madden-Mills

Kup ebooka

44.99 zł
32.43 zł (30,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

4 sierpnia, wtorek

Ten wieczór jest jak wyrok s?mierci. Wkrótce kat s?cia?gnie mnie z barowego stołka i zaprowadzi prosto na gilotyne?. Jestem tak zme?czona, z?e nawet nie be?de? stawiać oporu. Tylko zrób to szybko i bezboles?nie, powiem. Dostanę łyka z twojej piersiówki na poz?egnanie?

Facet, z którym się tu umówiłam, ma na imie? Charlie, ale nalegał, z?ebym zwracała się do niego per Rodeo. Jest niski, mierzy z metr sześćdziesiąt, wliczając w to kowbojski kapelusz. Lubi się bawić swoim paskiem u spodni i teraz też szarpie za niego od tyłu, sprawiaja?c, że koń na złotej sprzączce podryguje. Obracaja?ce sie? klubowe s?wiatła padły na nią wczes?niej, a ja nieomal oślepłam. Nie mam nic przeciwko niższym facetom czy stylówce country, ale ten gość gapi się na każdą dziewczynę w lokalu.

To kolejny gwóz?dz? do trumny jednego z najgorszych dni w moim z?yciu. Najpierw poranne włamanie do mojego samochodu, a później radosne os?wiadczenie uczelnianego doradcy, z?e nie, nie poleci mnie na studia za granica?. Rozczarowanie, cie?z?kie i ge?ste, uderza we mnie od nowa. Nieważna już ta rozbita szyba w samochodzie i beznadziejna próba odpalenia mojego auta przez złodzieja, ale z?yłam dla szansy studiowania w Szwajcarii. Wszystko to, o czym marzyłam, na co czekałam z zapartym tchem, kręciło się wokół stypendium w CERN-ie, Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych.

Nowy początek i od razu martwy.

Żegnajcie akceleratory cząstek! Witaj zniszczenie!

Boli mnie w klatce piersiowej, więc przyciskam ją ręką. Winę za ostatnich kilka dni zrzucam na klątwę urodzin. Złe rzeczy dzieją się właśnie w okolicach moich urodzin, a za pięć dni skończę dwadzieścia cztery lata. To zrozumiałe, że los drwi ze mnie dokładnie tak, jak lubi.

- Podobają ci się? - pyta Rodeo z leniwym południowym akcentem, prezentując swoje oliwkowozielone kowbojskie buty. - To aligator. Poleciałem po nie specjalnie do Miami. Wykonane na zamówienie przez prawdziwego projektanta. W mgnieniu oka zmieniają strój ze zwyczajnego w elegancki.

- Ach tak? Miło.

Jest całkiem przystojnym facetem, muszę mu to przyznać. Twarz. Zęby. Włosy. Ramiona. Nogi. Ale to podstępne, wredne spojrzenie jego ciemnych oczu mnie blokuje.

Wkrótce znajdę rozum i rozsądek, który dała mi mama, i jakoś się wydostanę z tej randki, ale teraz pragnę tylko dokończyć swoją whisky.

- Tekstura skóry jest zasługą młodych aligatorów, ponieważ ich brzuchy są bardziej miękkie. Bardziej plastyczne w procesie garbowania. Hodują je na farmie, a następnie zabijają i robią z nich buty. Fascynujący proces. Prawdę mówiąc, chciałbym to zobaczyć osobiście. Myślisz, że je usypiają, czy po prostu zabijają uderzeniem w głowę?

Mija sekunda. A może minuta. Wdycham powietrze.

- Nie chcę tego wiedzieć.

- Masz miękkie serce, kochana. - Macha ręką i zatrzymuje stopę z pół metra nad ziemią, a mnie aż korci, by go delikatnie popchnąć. - Nie wstydź się, pomacaj je. To może być twoja jedyna szansa, by poczuć prawdziwą jakość.

Jakość? Cóż, to gruba przesada, a ja naprawdę nisko dziś upadłam. Podrywa mnie facet, który chce zobaczyć, jak zabija się aligatory.

- Wolałabym tego nie robić - odpowiadam lodowatym głosem, choć nie sądzę, by zauwaz?ył.

- Są jak jedwab. - Zatrzymuje sugestywnie wzrok na moich nogach, podchodząc bliz?ej i lekko szarpia?c za swój pasek.

Z drugiej strony do baru podchodzi dziewczyna i zamawia drinka, a ja głośno wypuszczam powietrze, gdy pan Rodeo obmacuje ją wzrokiem. Facet jest tu, z?eby zaliczyc?. Rozumiem. Wybrałam go na aplikacji tylko dlatego, z?e obok niego na zdjęciu był ptak emu, a ja poczułam nostalgie?. To królewskie, dziwne ptaki, które w wieku dojrzałym mierzą prawie dwa metry. Tata trzymał starsza? pare? emu na naszej farmie po tym, jak lokalne safari zostało zamknie?te, a ptaki bła?kały sie? po okolicy. Karmiłam je, głaskałam i patrzyłam na nie te?sknie, z miłos?cia?, zdumiona tym, jak szybko potrafią biegać (do pięćdziesięciu kilometrów na godzine?). Zdawały sie? patrzec? na mnie i widziec?, z?e jestem tak samo dziwaczna jak one: wysoka, chuda dziewczyna w za duz?ych okularach, z aparatem na ze?bach i bez przyjaciół. Tata, który wczes?nie rozpoznał moje zamiłowanie do wyja?tkowych rzeczy, zbudował im dwuakrowa? zagrode? przy stawie, aby patrzec?, jak bawia? sie? w wodzie... Ogarnia mnie żal po stracie taty i emu.

Z perspektywy czasu zdaje? sobie sprawe?, z?e Rodeo musiał na czymś stać, może na skrzyni albo drabinie - kiedy ktoś cyknął mu to zdjęcie z ptakiem umieszczone na jego profilu.

Biora?c łyk drinka, mruz?e? oczy, próbuja?c sobie wyobrazic? nas uprawiaja?cych seks. Ja mam metr siedemdziesiąt pięć, wie?c jak to niby miałoby zadziałac?? Bardzo lubie? kontakt wzrokowy, a gdybys?my uprawiali seks w stylu misjonarskim, jego głowa wyla?dowałaby gdzies? mie?dzy moimi piersiami a brzuchem. Musiałby wycia?gna?c? szyje?, z?eby na mnie spojrzec?. Moz?e kupie? lalki Kena i Barbie, odetne? Kenowi nogi na odpowiedniej wysokości i to przetestuje?. Cóż, nauka wymaga pos?wie?ceń. Kiedy nie masz poje?cia o końcowym rezultacie, testowanie jest waz?ne. Nie znoszę byc? nieprzygotowana. Moja ciekawos?c? nie wynika z tego, z?e planuje? uprawiac? seks z panem Rodeo, co to, to nie, ja po prostu uwielbiam rozkminiać takie drobiazgi.

- Cze?sto przychodzisz do Razor? - pyta Rodeo, próbuja?c nawia?zac? rozmowe?, a ta druga dziewczyna odchodzi. Jego ciemne oczy łypią na mnie znad brzegu oszronionego kufla z piwem nalanym z kija.

Przynajmniej nie gapi sie? juz? na moje piersi. Zrezygnował, gdy włoz?yłam marynarke? i zapięłam ja? az? po szyję. Struz?ka potu spływa mi po plecach. Jest sierpien? i na zewnątrz panuje przeszło trzydziestostopniowy upał. Jes?li wkrótce nie wyjde? z tego klubu, to zemdleje?.

- Nie. Nigdy wcześniej tu nie byłam. Nie wychodze? zbyt cze?sto. Jestem studentką i ucze? się...

Kiwa głowa? i mi przerywa.

- Jest blisko mojego mieszkania. To dlatego je wybrałem. - Chwila przerwy. - Nie jest łatwo poznać kogoś online.

Na te? uwage?, która sugeruje, z?e moz?e nie jest takim dupkiem, na jakiego wygla?da, troche? sie? rozluz?niam. Moz?e po prostu paplał nerwowo o ogla?daniu umieraja?cych aligatorów.

Wkładam w swój głos zainteresowanie i zadaje? pytanie numer jeden, które później na pewno usłyszę od mamy, bo zawsze je zadaje, gdy wracam z randki.

- Jaką masz pracę?

Dotyka złotej klamry swojego paska i chichocze.

- Nie jest to praca za biurkiem jak w wypadku wie?kszos?ci. Od trzech lat jestem niepokonanym mistrzem w kategorii "Ujeżdżaj je, aż padną". W zeszłym roku zarobiłem na tym milion dolarów. Lubisz kowbojów?

- Cóż, kocham konie - odpowiadam, nie moga?c znalez?c? mie?dzy nami żadnych punktów wspólnych. - Dorastałam z dala od Nashville, w małym miasteczku Daisy...

- Baty, siodła, ostrogi, uzdy... Mam to wszystko w domu, jes?li lubisz takie klimaty - wtra?ca chytrze, przechodza?c od miłego do obles?nego w mgnieniu oka, a jego insynuacja sprawia, z?e wierce? sie? na stołku. Z jego ust wydobywa sie? mroczny chichot. - Wygla?dasz na spie?ta?, ale załoz?e? sie?, z?e...

Nie szłabym w tym kierunku.

Spie?ta. Cóż, dostaje za to złota? gwiazdke?. Mój były narzeczony, Preston, zgodziłby sie? z nim.

Rodeo mówi dalej, odcia?gaja?c mnie od ciemnej s?ciez?ki, która? te mys?li chca? mnie poprowadzic?:

- Wiem, co sobie o mnie mys?lisz. Jestem niski. Wie?kszos?c? dziewczyn na pocza?tku jedynie na to zwraca uwagę, ale tylko poczekaj, bo to, co mam w spodniach, to dar od Boga. Nie miałem ani jednej skargi, odka?d zacza?łem ujeżdżać klaczki. Jez?dz?e? od dłuz?szego czasu i zawsze wracaja? po wie?cej tego, co mam do zaoferowania. - Opuszcza powieki i spogla?da na swoje krocze uroczym, pełnym miłos?ci spojrzeniem, jakby jego mała główka słyszała każde słowo.

Prosze? bardzo.

Mój pierwszy instynkt był słuszny. Ta randka to wyrok s?mierci. Musze? stąd uciec.

Gdy się od niego odwracam i zerkam w lustro po drugiej stronie baru, widzę, jak na moją twarz wpełza czerwien?. Włosy mam zmierzwione, blond kosmyki, niegdys? upie?te w elegancki kok, teraz wiszą mi u skroni, a drobniejsze włoski przyklejaja? sie? do wilgotnego czoła. Róz?owa szminka wyblakła, pod oczami widać rozmazany od upału tusz do rze?s.

Wsuwam na nos czarne okulary i ocieram z czoła kropelki potu. Dlaczego w ogóle nosze? te? głupia? marynarke? w s?rodku najgore?tszego lata w historii? Bawię sie? górnym guzikiem, rozluz?niaja?c go nieco.

Rodeo obserwuje moje palce i jego oczy rozpromieniają się w uśmiechu. Podchodzi bliz?ej i teraz jego koszula w krate? ociera sie? o moje piersi, a ja widze? drobne włoski na jego nosie. Czuję jego zapach. Jest ostry, me?ski, jakby skórzano-koński.

Odchylam sie? jeszcze bardziej, wyginaja?c kręgosłup w łuk, az? wpadam na osobe? obok mnie. Nie odwracaja?c sie?, mamrocze? przeprosiny i się prostuję.

Rodeo wskazuje na mój pusty kubek, a jego głos jest niski i ochrypły.

- Chcesz jeszcze jednego drinka? Twoja whisky juz? dawno sie? skon?czyła.

Naciskam stopa? na dolna? cze?s?c? baru i odsuwam sie? od niego. Sprawdzam telefon i marszcze? brwi.

- Włas?ciwie to robi sie? póz?no i musze? juz? is?c?...

- Hej, barman! Moja mała klaczka potrzebuje drinka - woła i macha kapeluszem do zapracowanych pracowników za barem.

Podchodzi do nas drobna barmanka. Na jej plakietce widnieje imie? SELENA, a ja jej zazdroszcze? pewnych siebie bioder w obcisłych dz?insach i ciemnoczerwonej szminki na ustach. Ciemne włosy ma przycie?te przy skórze, w stylu chochlika, a oczy podkres?liła ciemnym eyelinerem. Jestes?my jak dzien? i noc. Z jednej strony ona, z drugiej ja, w wyblakłym makijaz?u, bra?zowej ołówkowej spódnicy i czółenkach na niskim obcasie.

Selena skupia wzrok na mnie, odrzucaja?c atencję pana Rodeo.

- Na pewno chcesz jeszcze jednego drinka? - pyta, a jej oschły ton mówi: Dziewczyno, co ty z nim robisz?

Z mojej piersi wydobywa się długi wydech. Muszę się tylko go pozbyc? i po prostu napić się dobrego burbona.

Kiwam jej szybko głowa?, nie spuszczaja?c wzroku ze swojego towarzysza.

- To samo, co wczes?niej? Woodford z lodem?

- Tak, poprosze? - mówie?, a Selena się odwraca i sie?ga do górnej półki, podczas gdy Rodeo gwiz?dz?e pod nosem, obserwuja?c jej zmysłowa? sylwetke?.

Kobieta się odwraca sie?, nalewa drinka i mi go podsuwa. Jej twarz jest opanowana i nie wyraża żadnych emocji. Musiała usłyszec? gwizd Rodeo, ale nie daje tego po sobie poznać. Jest wyluzowana. Ja też tak chcę. Moz?e wtedy znajde? odpowiedniego faceta.

- Dzie?kuje? - mówie? i biore? łyk, podczas gdy Rodeo przygla?da mi sie? z twarzą pełną namiętności, po czym wycia?ga re?ke? i bawi sie? moim naszyjnikiem.

- A wie?c najwyraz?niej mamy chemię. Jestes? seksowna. Ja tez?. Między nami aż iskrzy. Juz? wyobraz?am sobie, jak mnie ujez?dz?asz. Słyszałas? kiedys? o pozycji na odwróconą kowbojkę?

Odrywam jego re?ce od swojego naszyjnika i odpycham, bo gniew we mnie wzbiera jak fala przypływu, zaste?puja?c wczes?niejsza? uprzejmos?c?. Kiedy facet znajduje się w wystarczaja?co bezpiecznej odległos?ci, biore? łyk drinka i stawiam go na barze. Chwilę grzebię w torbie z komputerem, znajduję portfel, wycia?gam kilka dwudziestek i rzucam je na bar.

- Juz? wychodzisz, kochana? - W głosie mężczyzny słychac? z?ałosne skomlenie.

Odwracam sie? do niego, zaciskaja?c ze?by.

- Tak, i wiem, co to jest odwrócona kowbojka. - Musze? odpowiedziec? na jego pytanie. - I nie, nie ma żadnej iskry. Twoje elektrony nie przyciągają moich protonów.

- Protony? Co, u licha?

- Poza tym, to niewiarygodnie niegrzeczne z twojej strony sugerowac? akty seksualne, gdy dopiero co mnie poznałes?...

- Jasna cholera, masz temperamencik. Musze? przyznac?, z?e ostry seks jest moim ulubionym. Co ty na to, z?ebys?my sie? sta?d wynies?li?

- S?nij dalej...

- I moz?e nawet pozwole? ci zostac? na noc, a rano zrobie? ci nales?niki, posypie? je kawałkami czekolady lub organicznymi jagodami. Wygla?dasz mi na typ panny, która lubi granolę.

To prawda, lubie? organiczne jagody, ale...

- Umówiłam się z tobą tylko na drinka, napisałam ci o tym w wiadomości. I, na miłos?c? boska?, przestan? nazywac? mnie kochaną czy klaczka? albo przysie?gam, z?e wyleje? to, co jeszcze zostało w tej szklance na twoja? głowe?.

Mój biust faluje po tym wybuchu. Włas?nie zagroziłam komus? przemoca? fizyczna?. To do mnie niepodobne. Nigdy sie? nie złoszcze?. Raz po raz pozwalam ludziom pastwić sie? nade mna?.

Jego spojrzenie rozbłyskuje, gdy staję na nogi, potykaja?c sie? nieco i opierając o osobę stojącą obok.

- Przepraszam - mrucze? do tego gościa, chwytaja?c sie? baru jak liny ratunkowej. Zerkam ostroz?nie na swoja? szklanke?. Wypiłam jednego, zanim pojawił sie? Rodeo, a biora?c pod uwage?, z?e nie zjadłam wcześniej obiadu, owszem, jestem pijana.

- Giselle? - Dobiega mnie głe?boki głos. Jest ciemny i zmysłowy, rozpoznawalny nawet przy głos?nej muzyce.

Nie, to niemoz?liwe.

Serce mi podskakuje, a całe ciało oblewa sie? rumien?cem, gdy spogla?dam na stojącego obok Rodeo wysokiego me?z?czyzne?, który patrzy na mnie z pytaja?cym wyrazem twarzy.

Zaciskam dłonie. Powinnam była przewidzieć, z?e go tu zobacze?. Po prostu załoz?yłam, z?e nadal be?dzie trenował czy robił to, co zawodowi sportowcy robia? wczesnym wieczorem. Moja siostra, Elena, wspomniała, z?e zazwyczaj wpada do swojego klubu w weekendy, ale nic więcej.

Devon Walsh, supergwiazda futbolu, unosi na mój widok ciemna? brew, te? wykończoną srebrnym paskiem. Przebiegam w myślach swoją liste? kontrolna?. Uznany za najseksowniejszego me?z?czyzne? w Nashville. Wybierany do pierwszego składu w krajowej lidze futbolu przez trzy lata z rzędu.

Najlepszy przyjaciel mojego nowego szwagra, Jacka. Włas?ciciel klubu Razor. Niegrzeczne usta. Pie?kne, wytatuowane ciało. Diabelnie seksowny.

- Wszystko w porza?dku? - pyta, przesuwając po mnie spojrzeniem. Zaczyna od czubka moich na wpół rozpuszczonych, na wpół upie?tych włosów i wędruje w dół, do moich czółenek.

Mruz?e? oczy i chociaz? to niemoz?liwe w ciemnym klubie, czuje? sie? tak, jakby skierował na mnie reflektor, badaja?c kaz?dy centymetr mojego ciała.

- W porza?dku - wołam, podnosza?c re?ke?. - Nie mogło byc? lepiej! Dobrze cie? widziec?! Pa!

Idź sobie, myślę w duchu. Nie chce? z?adnych s?wiadków tej poraz?ki.

- Rozumiem. - Jego wnikliwe oczy przenoszą sie? na Rodeo, a ta szalona brew znów się unosi. - Jestes? tu na randce?

Moje ciało buntuje sie? na pytaja?cy, kpia?cy ton w jego głosie i cała sztywnieje?. Mys?li, z?e jestem tu z Rodeo. Spotkałam go tutaj, ale...

- Tak, jestes?my na randce! - woła Rodeo i obejmuje mnie ramieniem, gdy niepewnie wyrywam sie? z jego us?cisku.

Devon marszczy czoło, wkładaja?c re?ce do kieszeni swoich nisko zawieszonych, designerskich dz?insów. Chyba dostrzega, z?e jestem bliska omdlenia z powodu gorąca lub z?e mam zamiar zamordowac? jednego z jego klientów.

W s?rodku czuje? sie? jak galareta i ma to niewiele wspólnego z whisky, a wie?cej z Devonem, chociaz? nie jestem nim zainteresowana w ten sposób, raczej ciekawa. Tak, wygląda na gore?tszego niz? palnik Bunsena, ale jestes?my tylko przyjaciółmi. Cóz?, nie prawdziwymi przyjaciółmi. Dobra, niewaz?ne, za duz?o o tym mys?le?, a mój mózg nie pracuje na pełnych obrotach. Jestes?my znajomymi, jes?li naprawde? miałabym dzielic? włos na czworo.

Kiedy tak na mnie patrzy, odnajduję się zdecydowanie w kategorii "siostra Eleny, która jest z?ona? mojego najlepszego przyjaciela, to dlatego jestem przyjazny".

Nie przeszkadza mi to jednak w docenieniu jego rzez?bionej, ostrej linii szcze?ki i zielonych oczu otoczonych ge?stymi czarnymi rze?sami. Przy wzros?cie metr dziewięćdziesiąt jego ciało jest perfekcyjnie wyrzez?bione. Widać po nim czas spe?dzony na siłowni. Ramiona ma umie?s?nione w obcisłej czarnej koszulce, klatka piersiowa zwe?z?a sie? do wa?skiej talii, a niżej widzę jego długie nogi w wyblakłych converse'ach na stopach. Nosi rolexa na jednym nadgarstku, a na drugim bransoletkę z czarnej skóry. Z jednej strony jest wygładzony, ale z drugiej to typowy bad boy z dekadencką nutą.

Jego skóra jest ładnie opalona, co wyraz?nie kontrastuje z moja? mleczna? blados?cia?. Ma gęste bra?zowe włosy z niebieskimi pasemkami. Górna cze?s?c? jest długa i zaczesana do tyłu, a boki są przycie?te blisko skóry. Uz?ywa z pewnością wie?cej produktów do stylizacji włosów niz? ja. Kiedy spotkałam go po raz pierwszy w lutym, nosił naz?elowanego mohawka z fioletowymi kon?cówkami, ale ten facet zmienia fryzurę cze?s?ciej niz? jakakolwiek dziewczyna, która? znam.

Diamentowe c?wieki mrugaja? w jego uszach. To kolejny dowód na to, jak bardzo się różnimy. Ja pozwoliłam swoim dziurkom zarosnąć, gdy miałam osiemnas?cie lat, i nigdy nie kusiło mnie, by je znowu przebić. Na przedramionach ma wytatuowane pełne re?kawy w róz?e wymieszane z kwiecistymi złoto-niebieskimi motylami. Podobaja? mi się. Bardzo. Zdenerwowana głaszcze? perły na szyi.

- Giselle? - pyta.

Mój mózg się załącza, gdy dociera do mnie, z?e gapię sie? na niego. Ja?kaja?c sie?, szukam inteligentnej odpowiedzi. Daj spokój, Giselle, pracujesz nad doktoratem z fizyki; masz mnóstwo słów w swoim arsenale. Powiedz mu, z?e nie jesteś na randce z Rodeo!

Ale wszystko, o czym moge? mys?lec?, to ostatni raz, kiedy go widziałam - w sobote? na s?lubie Eleny i Jacka. Był druz?ba?, a ja druhną. Miał na sobie dopasowany szary garnitur, a materiał był tak mie?kki, z?e przygryzłam warge?, gdy wzia?ł mnie pod rękę. Czy jego palce pozostały na mojej dłoni dłuz?ej niz? to konieczne? Byc? moz?e. Prawdopodobnie tego nie zauwaz?ył. Po prostu wykonywał swoje obowiązki jako druz?ba Jacka. Ale wpatrywał sie? we mnie spojrzeniem numer pięć, które obejmuje intensywny kontakt wzrokowy trwaja?cy dziesie?c? sekund. To oznacza albo gigantycznego pryszcza na nosie, albo że facetowi naprawde? podoba sie? to, co widzi. Zapytałam go, a właściwie szepne?łam, kiedy szlis?my alejka? w kierunku Jacka i Eleny, czy źle się poczuł. Odparł opryskliwie, z?e czuje sie? dobrze, co było naprawdę dziwne, bo Devon nie jest humorzasty.

Póz?niej, kiedy byłam sama w mieszkaniu, przeanalizowałam ten moment i doszłam do wniosku, z?e gapił sie? na mnie tylko dlatego, z?e wygla?dałam blado i niekorzystnie w srebrnej sukience bez ramia?czek, która? wybrała dla mnie Elena. Powiedziałam jej, z?e nie mam biustu, by ja? utrzymac? na miejscu, ale ona się uparła.

Jednak w kos?ciele, stoja?c obok mojej siostry, gdy powtarzała przysie?ge? małżeńską, zagubiłam się w myślach o Devonie. Czy ja mu się podobam? Ja? To wydawało sie? niemoz?liwe.

Prawda stała sie? oczywista, gdy towarzysząca mu supermodelka pojawiła sie? na przyje?ciu. Nigdy wie?cej na mnie nie spojrzał.

- Jasna cholera, ty jestes?... Devon Walsh, prawda? Jestem twoim wielkim fanem od czasów mistrzostwa stanu Ohio! Mam nawet twoja? koszulke? na s?cianie! - krzyczy Rodeo i przepycha sie? obok mnie, by dotrzec? do gwiazdy futbolu.

Uderzenie w ramie? powoduje, z?e trace? przyczepnos?c? i się potykam, wpadaja?c na faceta, który siedzi na stołku obok mnie. Robię to ponownie.

Odwraca sie? i spogla?da na mnie z pogarda? - chyba go znam - a potem jego butelka z piwem uderza mnie w policzek.

- Jezu! Nic ci nie jest?! - woła i próbuje mnie podtrzymac?, ale jest juz? za póz?no.

- Cudownie - mrucze? i się wycofuję, moje pie?ty chwieja? się na s?liskich kafelkach. Czas wydaje sie? stac? w miejscu, podczas gdy zmagam sie? z równowaga?. Ciało jest posłuszne prawom grawitacji - dzie?ki ci, Newtonie - i leci do przodu, a potem w dół. Z impetem uderzam kolanami o podłoge?.

Tuz? przed najseksowniejszym żyjącym me?z?czyzna? w Nash­ville.

Niech cie? jasny szlag, urodzinowa kla?two.

- Nie za zimne? - pyta Devon, przyciskaja?c okład z lodu do mojej prawej kos?ci policzkowej. Krzywię się i przykładam dłon? do twarzy, a nasze palce sie? stykają, gdy się odsuwa, bym mog­ła przytrzymac? okład na miejscu. Motyle tan?cza? mi w brzuchu, a zakon?czenia nerwowe śpiewają w miejscu, w którym sie? dotkne?lis?my. Przełykam to uczucie. On jest tylko superprzystojnym facetem. Nie pocia?gam go. Nie ma mowy.

- Jest w porza?dku - mówie? wymuszonym radosnym tonem. Głowa mi pulsuje, ale nie jestem pewna, czy ma to zwia?zek z moja? twarza?, czy po prostu z pustym z?oła?dkiem.

Siedze? przy stoliku w klubie Razor w sali VIP, która znajduje się na tyłach lokalu i jest odgrodzona od pozostałej części sznurem. Prawie tu pusto, z wyja?tkiem kilku facetów w rogu ogla?daja?cych mecz. Wyobraz?am sobie, z?e zrobi się tu tłoczno znacznie póz?niej. Na szcze?s?cie albo nie dociera tu muzyka z głębi klubu, albo w ogóle jest wyłączona.

Devon lekko przykuca, by spojrzec? mi w oczy, jakby chciał sie? upewnic?, z?e jestem przytomna. Uderza mnie jego zapach - me?ski i mocny, z nuta? morza i lata. To jakaś droga woda kolońska.

- Rąbnęłaś dość mocno o podłoge?. Jak twoje dłonie i kolana? - Z tak bliska złote refleksy w jego te?czówkach migocza? jak s?wietliki, mieszaja?c sie? z aksamitna? les?na? zielenia?. Jego spojrzenie jest bujne, hipnotyzuja?ce i głe?bokie...

Przestan? już z tymi przymiotnikami o jego oczach, Giselle, napominam się w duchu. Racja.

- Dobrze, jestem tylko obolała od upadku.

- Jutro moz?esz miec? siniaka lub dwa. Chcesz wie?cej lodu?

- Nie, ale dzie?ki.

Chcę jedynie zapomniec?, z?e to kiedykolwiek się wydarzyło. Przede wszystkim czuję się zaz?enowana.

Przesuwa palcami po moim kolanie, nie zatrzymuja?c sie? na nim dłuz?ej niz? to konieczne.

- Kiedy się na mnie rzuciłas?, mys?lałem, z?e mnie zaatakujesz - mruczy.

- Hej. Byłam tylko piłeczką ping-pongową mie?dzy dwoma facetami i nie miałam gdzie się podziać.

Widzę ten obraz: ja na kolanach, z rękami na podłodze, aby nie upas?c? na twarz. Devon pomógł mi wstac?, pamiętam jego uważne, silne dłonie na moich łokciach, a potem wysłał Aidena, swojego kolege? z druz?yny, który siedział na stołku, do kuchni po okład z lodu. Naste?pnie odprowadził mnie do sali VIP, przepychaja?c sie? mie?dzy tan?cza?cymi ludz?mi. Spodziewałam sie?, z?e mnie wez?mie w ramiona jak w jednym z romansów.

- Jeśli to, co o tobie wypisują, jest prawdą, potrzeba czegoś więcej niż ja, by cię powalic? na ziemie? - mówie? z lekkim s?miechem. - Gdybym chciała sie? z toba? zmierzyc?, zaatakowałabym z ukrycia. Schowałabym sie? w ciemnościach w twojej szafie i wyskoczyła, kiedy najmniej bys? sie? tego spodziewał. Otworzyłbys? drzwi, a ja w ohydnej masce kryłabym sie? między twoi­mi fantazyjnymi koszulami. - Us?miecham sie?, ignoruja?c ból twarzy. - Co sprawia, z?e podskakujesz z przerażenia? Pełzające ga?sienice? Freddy Krueger? Michael Myers?

Devon śmieje sie? z niesmakiem.

- Rekiny. Ich ze?by mnie przeraz?aja?. Obejrzałem Szcze?ki, kiedy byłem dzieckiem i chciało mi sie? wymiotowac?.

- Uwaz?aj - mówie?. - Wkrótce cię dopadnę.

- Najpierw musiałabys? się dostac? do mojego apartamentu. Trudno to zrobić, bo jest tam prywatna winda.

Wybucham śmiechem.

- Nigdy nie lekcewaz? odwagi i determinacji południowej kobiety, która ma do zdobycia cel.

Wiem, gdzie mieszka. Nigdy tam wprawdzie nie byłam, ale... Jego ciało wojownika objawia się przede mną w pełnej krasie, gdy się prostuje.

- Proszę państwa, oto jestem. Można przede mną paść na kolana. Zwykle tak działam na kobiety.

Przewracam oczami tak mocno, z?e az? boli. Wspominałam juz?, z?e ten facet jest zarozumiały?

- Ale nie ty, prawda? - dodaje. - Nie, ty jestes? tak zdystansowana, jak to tylko moz?liwe.

Że niby co? Mam s?cis?nie?te gardło, gdy próbuje? rozszyfrowac? jego komentarz.

Widze? - naprawdę widzę - dokładnie to, co on mys?li. Umies?cił mnie w tym samym pudełku, co wszystkich innych. Nie powinno bolec?, ale boli.

Przełykam z trudem.

- Cała ja. Zimna jak lód.

Marszczy czoło.

- Chwileczkę, nie o to mi chodziło...

- Naprawdę rozumiem. Wiem, co wszyscy mys?la?. Widzą we mnie pozbawioną emocji robotkę. Intelektualistkę. Nies?wiadomą, obojętną na seksownych me?z?czyzn.

Przekrzywia głowe?, wypychając wargi, jakby nad czymś się zastanawiał, po czym wsuwa re?ce do kieszeni dz?insów, co mi mówi, z?e czuje sie? niekomfortowo. Wiem o tym. Obserwuje? go.

- Nie to miałem na myśli. Chodziło mi tylko o to, z?e nie jestes? jak inne dziewczyny... Ach, niewaz?ne. - Zamyka usta, otwiera je i mówi: - A więc sądzisz, z?e jestem seksowny?

Prycham.

- Nie.

Odchrząkuje, a ja nie potrafię nic wyczytać z jego miny.

- To dobrze.

- Jestes? dla mnie za stary.

Wzdryga sie?, a ja nie moge? powstrzymac? szczerego us?miechu, gdy widzę jego zaskoczenie. O rany, mam go.

- Mam dwadzies?cia osiem lat, do cholery. Jesteś młodsza o ile? O cztery lata?

Przeczesuje dłonia? włosy, które wcia?ż opadają w seksownym nieładzie, a niebieskie pasemka błyszcza? pos?ród ciemnego bra?zu. Cholera. Jest pie?kny bez żadnego wysiłku.

Zmuszam sie? do nonszalanckiego wzruszenia ramionami.

- Wiek nie ma znaczenia, o ile jestes? w moim typie. No wiesz, zagapiony w książki, ubrany w tweed i nieśmiały. Za to ty przypominasz gwiazdę rocka.

No i ma te usta. Mogłabym napisac? cały poemat o jego ustach i ich delikatnym róz?owym kolorze. O tym, jak ich bujnos?c? kontrastuje z twardymi liniami jego szcze?ki, zbyt pełna? dolna? warga?, głe?bokim V górnej.

- Ma?drze. Powinnas? trzymac? sie? z dala od me?z?czyzn takich jak ja, s?licznotko. - Obdarza mnie jednym ze swoich charakterystycznych kpia?cych us?miechów i tak, jestes?my całkowicie w strefie przyjaciół. Nazywa wszystkich s?licznotkami, nawet mame? i ciocie? Clare?.

- Mhm. - Kiwam głowa?.

- Czy ten kowboj jest tu z tobą? Został przy barze, kiedy cie? tu przeniosłem, ale moge? kogos? po niego wysłac?.

Odsuwa sie? ode mnie, jakby chciał to zrobic?, a ja zaczynam jęczeć.

- Nie, prosze?. Nie moge? z nim spe?dzic? ani minuty dłuz?ej.

Cofa sie? i schyla, zginaja?c kolana jeszcze bardziej niz? poprzednio. Cały się napina.

- Czy on ci cos? zrobił?

Zagryzam wargi i spogla?dam na swoje kolana, pozwalaja?c, by otuliła mnie szczeros?c? tego ochrypłego głosu. Och, Devon... Moz?e i jest aroganckim rozgrywaja?cym Nashville Tigers, ale tam, w środku, bije serce dobrego człowieka, wie?c kiedy mówi mi miłe rzeczy, wiem, z?e to nie z powodu mojej wyjątkowości. Pomógłby kaz?dej dziewczynie.

- To jest... - Dupek, myślę, ale tego nie mówię. - Ktos?, kogo poznałam na apce. Pomys?lałam, z?e skoro lubi emu, be?dziemy mieli o czym rozmawiac?. - Podnosze? na niego wzrok, staraja?c sie?, by zrozumiał moja? logike?, ale on marszczy brwi. - Potem próbował majstrowac? przy moim naszyjniku, a nikt nie dotyka pereł babci. - Przekre?cam sznurek, o którym mowa, podnosza?c go na chwilkę do ust.

- Co jeszcze zrobił? - pyta szorstko, a jego wzrok la?duje na mojej szyi i na naszyjniku, który układam wokół niej. Potem patrzy na moje usta, a ja żałuję, że nie pomalowałam ich szminką.

Przykładam okład z lodu do twarzy i próbuje? zmusic? swoje serce, by zwolniło. Czy on słyszy, jak szybko bije?

- Wspomniał o pozycji na odwróconą kowbojkę, co brzmi całkiem fajnie z odpowiednia? osoba?, ale fuj, nie z nim...

Ups. Jest w Devonie coś, co sprawia, z?e mój je?zyk sie? rozluz?nia, moz?e to przez whisky. Niezalez?nie od tego, ta pozycja brzmi teraz seksownie. Wyobraz?am sobie, z?e kobieta musi miec? silne mie?s?nie nóg. Biegam prawie codziennie, wie?c mog­łabym dać radę. Gdzie trzymałabym re?ce? Z tyłu, na jego biodrach, czy też, dla równowagi, przed sobą? Tak czy inaczej, byłabym odwrócona twarza? od mojego partnera, co pozwoliłoby pozbyć się zahamowań. Jes?li udałoby mi sie? uwolnic? re?ce, miałabym doste?p do własnej przyjemnos?ci. To juz? postanowione. Odwrócona kowbojka trafia na szczyt mojej listy pod tytułem "Jak Giselle wróciła do gry".

- Jesteś cała czerwona, Giselle. Dobrze sie? czujesz?

Odchrząkuję, otrza?saja?c sie? z tych obrazów.

- Gora?co tu.

- Zdejmij marynarkę - mówi. - Sprawiasz, z?e sie? poce? od samego patrzenia.

Odkładam na bok lód, rozpinam guziki marynarki i zsuwam ja? z ramion, a potem rzucam na stół. Dopiero wtedy zauwaz?am, jak wilgotna jest moja biała jedwabna bluzka. Koronkowy stanik wyraźnie przez nią prześwituje, ale chłodne powietrze przynosi mi ulge?. Rozpinam pierwsze trzy guziki bluzki i wachluję się delikatnymi klapami.

- Tak jest o wiele lepiej. - Je?cze?, wyplątując wsuwki z włosów i układam z nich równa? linie? na stole. Masuja?c skóre? głowy, rozprostowuje? długie pasma, wzdychając z ulgą. - Chris Hemsworth mógłby mi teraz wymasować stopy i dzięki temu ten dzien? zrobiłby się znowu znos?ny. - Zdejmuje? buty i poruszam palcami stóp.

- Czy on nie jest przypadkiem z?onaty? - mruczy Devon.

Unosze? głowe? z miejsca, opierając ją o krzesło i na niego spogla?dam. Odsuna?ł sie? o krok i pociera kark. Zatrzymuje wzrok na na mojej bluzce, a potem go opuszcza.

- Nie w alternatywnym wszechs?wiecie - rzucam lekkim tonem. - Pewnego dnia opowiem ci o moich pomysłach na multiwersum. W jednym z nich istnieje s?wiat, w którym jest całkiem moz?liwe, z?e on jest moim me?z?em i mamy dziesie?cioro dzieci.

- Cholera. - S?mieje sie?, a ja sie? rozpływam.

- We wszechs?wiecie Giselle i Chrisa on nie moz?e oderwac? ode mnie ra?k i rozmnaz?amy sie? jak króliczki na Viagrze. Nie jest gwiazda? filmowa?, ale architektem i mieszkamy w willi, która? zbudował dla mnie we francuskich Alpach. Dni spe?dzam na badaniu ciemnej materii, pieczeniu ciasteczek i szydełkowaniu dziecie?cych bucików. Noce poświęcam jemu.

Jego usta drgają.

- A gdzie jestem ja w tym wszechs?wiecie?

Obejmuję ręką podbródek.

- Jestes? nastoletnia? dziewczyna?, która pracuje w Cinnabon, i masz zamiłowanie do bransoletek, gumy balonowej i róz?owych beretów. W weekendy ujawnia sie? twoja mroczna strona i wymykasz sie? przez okno sypialni, by malowac? spra­yem sugestywne graffiti na billboardach.

Us?miecha sie? do mnie szeroko, unosząc kąciki ust. Efekt jest oszałamiaja?cy, a ja łapie? oddech.

- Masz niezłą wyobraźnię. Zadziwiasz mnie.

Rumienie? sie?.

- Doprowadzam tym swoją rodzine? do szału. - Robie? pauze?. - Nie moge? sie? zdecydowac?, czy jako nastolatka nazywasz się Cinnamon czy Pinky. Co wybierasz?

- Ani jedno, ani drugie. Mów mi Skurczybyk.

- Psujesz całą radochę.

Devon przygląda mi się uważnie.

- A wracaja?c do randek z facetami poznanymi w sieci... Moja kuzynka Selena ledwo uciekła z samochodu, którym jechała z facetem poznanym w internecie. To niebezpieczne medium.

Wzdycham, z?ałuja?c, że nasza luźna pogawędka dobiegła końca. Gdyby tylko wiedział, z?e w jednym z moich alternatywnych wszechs?wiatów pieprzy mnie na blacie w łazience. On jest tym seksownym facetem z drgającymi nagimi mie?s?niami, a ja jaka?s? dziewczyna?, która? zabrał z pobocza drogi, gdy uciekałam przed nikczemnym panem młodym. Mam długie róz?owe włosy, a na sobie zniszczona? biała? suknię ślubną, ale i okulary, bo w każdym ze światów musze? wydawac? sie? inteligentna. Pożąda mnie mocno od chwili, gdy wsiadam do jego maserati, i zabiera mnie do domu, a tam bierze w posiadanie.

Karce? sie? w duchu. Nic dziwnego, z?e nie nada?z?am na zaje?ciach. Za bardzo z?yje? we własnej głowie, by skupic? sie? na faktach. Nie ma takiego wszechs?wiata, w którym Devon i ja jestes?my razem.

Wina? za te sugestywne obrazy obarczam to, że jestem dziewicą. Dręczyło mnie to przez pie?c? miesie?cy, odkąd Preston przyznał sie? do zdrady i powiedział mi na pożegnanie: "Czego się spodziewałaś, Giselle, skoro nie chcesz mi tego dac?? Jestes? ozie?bła".

Byłam jego narzeczona? (przez prawie miesia?c) i nadal nie potrafiłam... no cóz?, go pragnąć. Po prostu zacze?łam sie? z nim spotykac?, a potem przyje?łam jego os?wiadczyny. A teraz trafiłam tutaj, próbuja?c udowodnic?, z?e jestem normalna, i szukaja?c miłos?ci we wszystkich niewłas?ciwych miejscach. Brzmi jak tekst piosenki country.

- Wokół ciebie zawsze kręci się pełno kobiet, ale przeciętni ludzie nie mają tak łatwo - mówię dos?c? ostro. - Upewniłam sie?, z?e nie będziemy sam na sam i nie zamierzałam z nim wychodzic?. Miałam plan. Zawsze mam plan.

Robi krok w moja? strone? z wyrazem oburzenia na twarzy.

- Zrobiłas? to wie?cej niz? raz?

S?cia?gam brwi, bo jego niedowierzaja?cy ton mnie irytuje.

- Pierwszy facet, Albert, był przystojnym ksie?gowym. Poznałam go w Starbucksie. Wszystko szło dobrze, dopóki nie pokazał mi zdje?cia swojej byłej na telefonie i nie zacza?ł płakac?. Najwyraz?niej chciała, z?eby włoz?ył jej piers?cionek zaręczynowy na palec, a on ma problemy z zaangaz?owaniem. Poradziłam mu, z?eby z nia? porozmawiał.

- Ilu ich było, Giselle?

Wiercę się na krzes?le.

- Przez ciebie czuję się jak na dywaniku u dyrektora szkoły!

- Ilu?

Zaciskam ręce w pięści. Alez? on jest irytuja?cy!

- Nie rozumiem, dlaczego musisz wiedziec?, ale umówiłam się z jesz­cze tylko jednym. Miał na imię Barry i był bardzo gładki, zgodnie z opisem w apce magister chemii. Pomys?lałam, że oboje lubimy nauki s?cisłe, wie?c przesunęłam palcem w prawo. Okazało sie?, z?e chciał tylko, abym się zapisała do jakiegos? piramidalnego programu sprzedaz?y gadżetów kuchennych w stylu Pampered Chef, ale nie chciałam. Nie zdecydowałam się na fuchę przedstawiciela handlowego, ale ostatecznie kupiłam od niego jedną szpatułke?. - Wzdycham. - Zapłaciłam nawet za jego latte. Potem pojawił sie? Rodeo i miał tego uroczego emu...

- Giselle. - W jego głosie słychac? duz?a? dawke? frustracji, co sprawia, z?e wyzywaja?co unosze? podbródek.

- Cóż, Devon, czasami trzeba przejs?c? przez kilka nieudanych randek. Nie udawaj, z?e cos? o tym wiesz. Co miesia?c masz nowa? dziewczyne?. Kim była ta na weselu mojej siostry? Szkoda, z?e nie zostałam jej przedstawiona.

Wypuszcza długi, poirytowany oddech z szerokiej klatki.

- Z kim przyjechałaś tu dzis? wieczorem?

- Bawimy się w teleturniej "Dziesięć pytań"?

Na jego ustach pojawia sie? nieznaczny us?miech.

- Wiem, z?e musisz mi odpowiedziec?. Elena opowiedziała mi o twoim małym problemie z pytaniami.

- Ale z niej krówka - mówię, wypuszczając głośno powietrze. Elena spędza właśnie miesiąc miodowy na Hawajach z me?z?czyzna? swoich marzen?, a ja czuje? sie? tak, jakby była tuz? obok. Moja pie?kna, słodka starsza siostra, z której cienia nigdy nie udało mi sie? uciec. Wzdycham. Przynajmniej jest szcze?s?liwa, a nikt nie zasługuje na to bardziej niz? ona. Zanim poznała Jacka, zrujnowałam w zeszłym roku naszą relację, kiedy Preston, jej ówczesny chłopak, pocałował mnie tego okropnego dnia w swoim biurze, tuz? przed jej wejs?ciem. Czy to dziwne, z?e nie czułam się dobrze w tym związku? Był niewłaściwy, bo zaczął się źle.

Kula emocji zatyka mi krtań i zbieram sie? w sobie, próbuja?c odepchna?c? wspomnienia, a to wymaga wysiłku.

- Topher mnie podwiózł - mówie? nieche?tnie. - Kiedy odstawiłam samochód do warsztatu w Daisy, poszłam do biblioteki, a on właśnie zamykał. Zawiózł mnie z powrotem do Nashville i nalegał, że wejdzie ze mną do środka, bo nigdy wczes?niej nie umówiłam się z nieznajomym w barze.

Devon dopytuje mnie o samochód i opowiadam mu o tym, jak dzis? rano prawie skradziono moją starą toyotę camry.

- Czy te randki maja? na celu pogodzenie sie? z Prestonem? - pyta mnie ostroz?nie.

Siada na przeciwko mnie.

- Najlepszym sposobem, by wyleczyć złamane serce jest znalezienie kogos? nowego.

Mija kilka chwil w ciszy, a powietrze wokół nas naładowane jest napięciem. Gdy to dociera do mojej świadomości, siadam wyprostowana i skupiona. Nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje, ale niemal czuję elektryczne impulsy.

- Racja - mruczy Devon, jego oczy zatrzymuja? sie? na mojej bluzce, a potem docierają do twarzy. Nasze spojrzenia przylegaja? do siebie, az? odwraca wzrok i zaczyna pocierać szcze?ke?. - Powinnas? poprosic? przyjaciela, aby cie? z kims? zapoznał.

- Świetnie. Ty jestes? moim przyjacielem. Prawda?

Marszczy brwi.

- Oczywis?cie. Dlaczego w ogóle pytasz?

No nie wiem, pomyślmy. Może dlatego, że w ogóle nie potrafię cie? rozgryz?c?? Dlaczego obdarzyłeś mnie na weselu spojrzeniem numer pięć? Chodziło o brzydka? sukienke?? Czy o mnie?

- Dobrze. Z kim, twoim zdaniem, powinnam sie? umówic?? Musi byc? miły i dobry w łóz?ku... nie, zaczekaj, spektakularny w łóżku. Mówie? o fajerwerkach, Devon, i to takich oszałamiaja?cych.

Wstaje i odsuwa się ode mnie.

- Czy ktos? powiedział "oszałamiające"? Jes?li tak, to włas?nie przybyłem - mówi Aiden, wchodza?c do środka. Podchodzi do naszego stolika. Ma metr dziewięćdziesiąt, krótkie bra?zowe włosy i błyszcza?ce zimne niebieskie oczy. Chłopiec z farmy w Alabamie z megawatowym us?miechem, który sprawia, z?e kobiety mdleją. Obecnie jest rezerwowym rozgrywaja?cym Tigersów, ale jego cel to pozycja startowa Jacka.

Po zaje?ciu miejsca zwolnionego przez Devona, podaje mi szklanke? wody, po która? pobiegł na jego polecenie.

- Słowo daje?, mam doskonały słuch. To cze?s?c? moich nadludzkich umieje?tnos?ci rozgrywaja?cego. Moz?esz okres?lic?, ile orgazmów potrzebujesz? Wystarczy mi pie?c? dziennie i mam referencje.

Wybucham s?miechem, a on do mnie doła?cza. Jest mniej wie?cej w moim wieku i nigdy nie widziałem go bez us?miechu czy dziewczyny. Pojawił sie? na s?lubie mojej siostry z dwiema. Były to zresztą bliźniaczki i tan?czył z nimi obiema w tym samym czasie. Powoli, jedna z przodu, z ramionami wokół jego szyi, a druga za nim, z re?koma owiniętymi wokół jego talii. Wychodziło im lepiej, niz? się spodziewałam.

- Jestes? zabawny - mówie?, bo naprawdę przypomina mi szczeniaczka. Takiego słodkiego i rozbrykanego, błagaja?cego właściciela o rzucenie piłki w cia?gu dnia, a w nocy zwijaja?cego sie? obok niego w kłębek.

Za to Devon jest pantera?. W jednej chwili mys?lisz, z?e leniuchuje w słon?cu, podryguja?c ogonem, a w naste?pnej emanuje ledwo tłumiona? siła?. Tak jak teraz, gdy spogla?da z pogarda? na Aidena. O co mu chodzi?

Futboliści przez cały czas żartują sobie ze mnie.

Aiden patrzy, jak opróz?niam szklanke?.

- Nie chciałem cię walnąć butelką w twarz. Przepraszam, Giselle. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, z?e to ty, dopóki nie wyla?dowałas? na podłodze.

Spogla?dam na Devona, który zrobił kilka kroków w tył i oparł sie? o s?ciane?. Wyjął telefon i wygla?da na to, z?e o mnie zapomniał. To dobrze.

- Ja tez? nie rozpoznałam, z?e to ty - mruczę pod nosem.

Pochyla sie? bliz?ej.

- Słuchaj, ten twój kowboj wyszedł z jaka?s? brunetka?. Mam nadzieje?, z?e nie wiązałaś z nim nadziei miłosnych.

S?mieje? sie?.

- Chyba znalazł sobie wreszcie mała? klaczke? i zabrał ją do domu - mówie?. - Powiedział, z?e pozwoli mi się pobawic? jego uzda? i ostrogami. Spodziewałam sie?, z?e wycia?gnie... bat.

Aiden ryczy ze s?miechu, gdy mu opowiadam o randce, recytuja?c słowa Rodeo od tych o jego talencie danym przez Boga i sugestii ostrego seksu, az? do propozycji umieszczenia organicznych jagód w nales?nikach.

Kiedy kon?cze?, ociera łze? z oka.

- Co za palant.

- Poznała go za pomocą jakiejś aplikacji - warczy Devon, chowaja?c telefon w kieszeni dżinsów.

- Całkowicie zrozumiałe - odpowiadam chłodno.

- Stac? cie? na wie?cej.

- Niestety, nie jestem najseksowniejsza? kobieta? w Nashville!

- Nie jestes? nieatrakcyjna! - Wpatruje się we mnie.

Cóz?. Wypuszczam powietrze.

Na kilka chwil zapada cisza; Aiden spogla?da na niego, a potem z powrotem na mnie, z zamys?lonym wyrazem twarzy. Stuka palcami o blat stolika, jakby podejmował decyzje?.

- Wie?c co do tych fajerwerków. Co powiesz na...

Devon odsuwa się od ściany i zaczyna poruszać się szybciej, niż wydawało się to możliwe. Kładzie cie?z?ka? dłon? na szerokich ramionach Aidena.

- Daj sobie spokój, Alabama. Ona jest poza zasie?giem.

Prostuję kręgosłup. Poza zasięgiem?

W lutym, kiedy byłam zare?czona, może, ale teraz, gdy znowu jestem singielką?

Aiden odsuwa dłon? Devona i us?miecha sie? do mnie szeroko, jakby policzki miały mu pe?kna?c?. Kiedy sie? odzywa, jego słowa sa? skierowane do Devona, ale patrzy na mnie jak pies na smaczną kość.

- Jes?li mys?lisz, z?e obchodzi mnie to, co Jack Hawke sądzi o tym, z kim rozmawiam, to pomyśl jeszcze raz. Byłem pierwszym wyborem Tigersów podczas rekrutacji do drużyny - mówi.

- Nie jestes? taki wyja?tkowy, pieseczku - warczy Devon.

- I nikt, nawet kapitan druz?yny, nie będzie mi dyktował, z kim moge? rozmawiac? - dodaje Aiden. - Nawet go tu nie ma. Trwa obóz treningowy, a on jest na plaz?y.

- Wróci tu, dupku, i cie? uderzy, choćby zoperowanym ramieniem - warczy Devon. - Albo ja zaraz zrobię to za niego.

Sportowcy wyczynowi. Tak. Duz?o. Testosteronu. Kłóca? sie?, a potem wychylają piwo za piwem, jakby nigdy nic.

- Powiesz mi cos? wie?cej o tym dekrecie Jacka, zgodnie z którym jestem poza zasięgiem? - pytam Aidena najspokojniejszym głosem, próbuja?c ukryc? narastaja?cy gniew.

Obdarza mnie rozbrajaja?cym us?miechem. Pod urokiem wiejskiego chłopaka jest gładki jak jedwab.

- Nie denerwuj sie?, ale jakis? czas temu Jack wygłosił druz?ynie przemowe?. "Trzymajcie swoje mie?siste łapy z dala od siostry Eleny albo wam na nowo poustawiam kości". Tak to mniej wie?cej szło.

Szybko dodaję dwa do dwóch. Bez wa?tpienia Elena powiedziała Jackowi, z?e jestem dziewica?. Wystarczy dorzucić zerwane zare?czyny i bingo, Jack próbuje mnie chronic?. Doceniam jego troske?... ale czy jestem az? tak delikatna, do cholery?

O Jezusie, a jeśli powiedział całej druz?ynie, z?e jestem dziewica?? Nie, nie powiedziałby im tego, prawda? Jes?li tak, to... Cała się napinam, potrza?sam głowa? i odrzucam te? mys?l. Wycia?gam zbyt pochopne wnioski.

- Jestem duz?a? dziewczynka?, Aiden. Zaufaj swojemu instynktowi. Czy nie tak robia? wielcy zawodnicy? - Trzepoczę rze?sami.

Aiden rzuca mi zaskoczone spojrzenie, które staje sie? coraz bardziej gora?ce, a ja się us?miecham, bo tak, ten facet zdecydowanie wie, jak flirtowac?.

- Aiden - ostrzega go Devon.

- Co? - odpowiada, patrza?c na mnie.

- Przestan? ja? pieprzyc? wzrokiem.

- Zamknij sie?, Dev. Zawsze tak patrzę. Mamy tu swoją chwile?.

- Czyżby? - pytam suchym tonem.

Aiden przytrzymuje moje spojrzenie.

- O tak, do diabła. - Devon odchrząkuje na dźwięk swojego telefonu.

Nie chce? na niego patrzec?. Częściowo się bawię naciskaniem jego przycisków. Rozumiem, z?e jest rzecznikiem Jacka, ale sama mys?l o grupie me?z?czyzn dyskutuja?cych za moimi plecami o moim z?yciu miłosnym sprawia, z?e mam ochote? rzucic? stołem albo futbolistą.

Aiden chwyta mój telefon, prosi o kod doste?pu, a kiedy go otrzymuje, wpisuje do kontaktów swój numer.

- To moje cyfry. Zadzwon? do mnie. Moz?emy odtworzyc? dzień Czwartego Lipca. - Mruga porozumiewawczo. - Albo obejrzec? jakis? dobry horror. Wybór nalez?y do kobiety.

- Uwielbiam horrory, ale wole? sci-fi.

Jego niebieskie oczy błyszcza?.

- Sci-fi i fajerwerki w filmie. Mys?lisz o tym, co ja?

Zajmuje mi to dwie sekundy.

Dzien? Niepodległos?ci z Willem Smithem?

- Podobasz mi się. - Uderza mnie lekko pięścią zwiniętą w żółwika. - Uwielbiam ten film. Zróbmy to.

Pozwalam mu myśleć, że w to wchodzę, ale mówię, co myślę, łagodząc to us?miechem.

- Widze?, co robisz. Mys?lisz, z?e zadzieraja?c ze mna?, spieprzysz Jackowi sezon jako rozgrywaja?cemu. Naprawde? zrobiłbys? wszystko, z?eby dostac? miejsce w pierwszym składzie, prawda?

Powolny rumieniec wpełza po jego szyi na twarz.

- Tak, chce? tej pozycji i pewnego dnia be?dzie moja... - Krzywi się.

- Niepre?dko - warczy Devon. - Jack jest w szczytowej formie. Jego ramie? be?dzie w pełni zregenerowane już za kilka tygodni.

Aiden go odtra?ca, nawet na niego nie spogla?daja?c.

- Poza tym uwaz?am, z?e jestes? cholernie seksowna.

Unosze? brwi. Jestem wysoka?, chuda? dziewczyna? bez piersi, a mój zdecydowanie za długi nos nie dodaje mi urody. Moz?e mam ładne kos?ci policzkowe i niebieskie oczy, ale do tego tendencje? do ubierania sie? jak moja matka. Najseksowniejsze ubrania, jakie posiadam, to para postrze?pionych dz?insowych szortów i róz?owe stringi, które kupiłam pod wpływem impulsu. Ani jedno, ani drugie nie pasuje do powaz?nej studentki.

- Tak, ja i ty - mówi cicho Aiden i spogla?da na mnie swoim najbardziej intensywnym, hipnotyzuja?cym spojrzeniem.

Devon podnosi re?ce do góry.

- Ja pitolę, co za gadka.

- Idz? sprawdzic?, co z kelnerami, Dev. Kilku dziś brakuje - odzywa się Aiden.

- A co z tymi bliz?niaczkami z wesela? Nie wkurza? sie?? - pytam Aidena. Oboje ignorujemy Devona.

Aiden chwyta mnie za re?ke?.

- Ledwo pamie?tam ich imiona.

Kre?ce? głowa?, s?mieja?c się, i wyplątuję z jego uścisku palce.

- Uwielbiam cie?, ale powiedz to komus?, kto w to uwierzy.

Aiden chwyta się za serce.

- Daj spokój, nie traktujesz mnie powaz?nie. Byłas? zare?czona, kiedy sie? poznalis?my, ale teraz mam szansę. Uznaj to za miłe spotkanie i budujmy na tym. - Robi pauzę i poważnieje. - W przyszłym tygodniu mam imprezę w centrum handlowym. Cos?, co zorganizował mój agent. Naprawde? nienawidze? chodzic? na takie eventy sam. Nie uwierzyłabys?, jakie kobiety sie? na mnie rzucaja?.

- Brzmi okropnie - odpowiadam.

- Chcesz is?c? ze mną?

- Walczyc? z rzucaja?cymi majtkami fankami w s?rodku s?mier­dza?cego sklepu sportowego w centrum handlowym? - Teraz ja robię pauze?. - Moz?na mnie przekonac? jedzeniem i dobrym cabernetem.

- Wystarczy! - woła Devon i podchodzi do mnie, przeskakując mie?dzy nami wzrokiem, jakby mierzył odległos?c? mie?dzy naszymi twarzami.

Aiden chichocze i odchyla sie? na krzes?le.

- Czy ty aby nie przesadzasz?

- Co masz na myśli? - cedzi Devon.

Aiden mruży oczy i czuję, że ma coś na końcu języka.

- Wypluj to z siebie, Alabama - mruczy Devon.

Wydaje sie?, z?e dziela? się długim spojrzeniem, które coś znaczy, choć ja nie mam o tym poje?cia. Zapewne wiąże się to z faktem, z?e chociaz? całą trójką są przyjaciółmi, Devon i Jack maja? za sobą długa? przeszłos?c?, a Aiden jest nowym facetem w druz?ynie, do tego ambitnym jak cholera. Chce byc? gwiazda? rozgrywaja?ca?, a Jack mu w tym przeszkadza.

- Nic, człowieku, nic - brzmi odpowiedz? Aidena.

Devon krzyz?uje re?ce.

- Powiedziałes?, z?e impreza u ciebie zaczyna sie? o dziewia?tej. Miałes? dostarczyc? piwo. Zgaduje?, z?e jeszcze tego nie załatwiłeś. Moz?e powinienes?.

Aiden sie? wzdryga.

- Mam mnóstwo czasu. - Spogla?da na mnie. - Jadłas? juz? kolacje??

- Nie.

- Chcesz cos? przeka?sic?? - Umieram wprawdzie z głodu, ale... - Ekhm... cóz?, pozwól, że cię...

- Zje kolacje? ze mną - mówi Devon, a ja z trudem powstrzymuje? sie? przed otwarciem ust.

- No, no - mruczy Aiden, patrza?c na Devona. Z subtelnym wzruszeniem ramion odwraca sie? do mnie i kre?ci z dezaprobata? głową. - Moz?e naste?pnym razem, Giselle.

Devon cia?gnie go za ramie?.

- Dla mnie Guinness. Ty pijesz Bud Light, a Hollis lubi Fat Tire. To brzmi jak duz?o piwa. Najlepiej je załatw.

- Impreza? - pytam.

Aiden wzrusza ramionami.

- Ogla?damy walke? MMA. Obawiam sie?, z?e to tylko dla facetów, bo inaczej na pewno zostałabys? zaproszona.

Naste?pnie kieruje na Devona długie spojrzenie pod tytułem; "tylko spróbuj mnie powstrzymac?" i pochyla sie?, by pocałowac? mnie w policzek. Omija go z us?miechem i na odchodnym macha do mnie ręką, mówiąc bezgłośnie "zadzwoń do mnie".

Z głupim wyrazem twarzy patrze?, jak wychodzi. Oczywis?cie, z?e do niego nie zadzwonie?. Jest zabawny, słodki i uwielbia flirtować, ale nie czuję żadnego przycia?gania. Z nim jest inaczej niż z kims?, kogo znam, a kto naprawde? mnie wkurza.

Na telefonie widzę SMS-a od Tophera z pytaniem, czy czegos? nie potrzebuje? i przeprosinami, z?e spławił mnie w barze. Wyjaśnia, z?e jest na zewna?trz i rozmawia ze współpracownikiem, który miał nagły wypadek. Odpisuje? mu krótko, wyjas?niaja?c, z?e moja randka okazała się niewypałem.

Przez cały czas w pokoju rozbrzmiewa cisza. Pulsuje mi w uszach i narasta, a ja czuję na sobie wzrok Devona, zanim się jeszcze poruszę. Po odłożeniu telefonu z powrotem do torby podnoszę się z miejsca i staje? naprzeciwko, a nasze spojrzenia sie? krzyżują.

Raz, dwa, trzy, cztery, pie?c?... W końcu pęka i się odzywa, patrząc gdzies? ponad moim ramieniem.

- Niby kolacja?

- Nie manipuluj mna? więcej w ten sposób, Devon. Poradze? sobie z Aidenem.

Topher czeka na mnie na zewna?trz.

- Proszę bardzo.

A więc nawet nie mówił powaz?nie o kolacji! Zaciskam pie?s?ci, a on wzdycha.

- Giselle... Jes?li potrzebujesz kogos?, z kim mogłabyś porozmawiac? o randkach... - Z trudem wymawia to słowo, zbliżając do mnie to swoje muskularne ciało, a potem nagle się zatrzymuje, jakby nie chciał podejs?c? zbyt blisko. - Słuchaj, nie chce? sie? wtra?cac?, ale Aiden nie jest kims?, z kim powinnas?... - Przeciąga palcami po cieniu zarostu na linii szcze?ki.

Gdybym nie była zirytowana, byłoby mi go z?al. Jest jasne jak słon?ce, z?e ten człowiek nie wie, co ze mna? zrobic?.

- Lubi grać Jackowi na nerwach, łapię, niemniej zrozum, Devon, że dziewczyna ma swoje potrzeby...

Rozchyla usta.

- Giselle...

Tym razem ja mu przerywam.

- Dzie?kuje? za okład z lodu i odcia?gnie?cie mnie od Rodeo, ale koniec z dyktowaniem mi, z kim moge? sie? spotykac? i w jaki sposób. Jestem dorosła? kobieta?.

- Chwileczke? - mówi, gdy ruszam z miejsca, by go wymina?c?. Chwyta mnie za łokiec?, a ja drz?e?, bo czuję, jak przechodzi przeze mnie w tym miejscu ogień. Głupie ramie?. Powinnam je odra?bac?. Dlaczego tak na niego reaguje?

- Giselle. - Patrzy na moje usta.

Sposób, w jaki wypowiada moje imie?, niskim głosem, chrap­liwie, sprawia, z?e oddech wie?z?nie mi w gardle. Zatrzymuję się w pół kroku.

- Wiem, z?e jestes? kobieta?... - Zachowuje się, jakby szukał odpowiednich słów, dopóki nie dostrzeże własnej dłoni na moim ramieniu. Wtedy mnie puszcza i cofa się o krok. Z piersi wydobywa mu sie? długi wydech. - Przepraszam.

Zachowuje sie? tak dziwnie. Wcześniej, podczas ślubu i wesela, a teraz to.

Nerwy mi puszczaja?, gdy zastanawiam sie? nad kolejnymi słowami.

- Kiedy Jack powiedział, z?e żaden z zawodników ma się ze mną nie umawiać, podał jakis? cholerny powód?

- Jack niedawno został twoim szwagrem i jest opiekun?czy. Nie ufa nam. - Devon zawiesza głos. - Nie ba?dz? na niego zła.

- Pozwól, że sama zadecyduje?. Wie?c nie powiedział nic wie?cej o mnie osobis?cie?

Twarz Devona się zamyka, jego ciało sztywnieje. Wsuwa re?ce do kieszeni.

- Devon?

Przymyka powieki nad zielonymi tęczówkami.

- Moz?emy porozmawiac? póz?niej? Miałem dziś cie?z?ki dzien? i musze? sie? zbierac?.

A więc mnie odpycha.

Serce wali mi jak młot, a mys?li kłe?bia? sie? w głowie. Nie powinnam sie? wstydzic? tego, że jestem dziewica?. Nie dotyczy to tylko mnie. To nie tak, że nie jestem sensualna. Potrafie? napisac? tak gorącą scene? mie?dzy wysokim, seksownym wojownikiem z obcej planety i jego ziemska? dziewczyna?, że oblewa mnie szkarłat, ale nadal pozostaje mys?l, z?e moz?e jestem...

- Nie jestem ozie?bła - mruczę.

Devon zastyga. Przeczesywał sobie właśnie włosy palcami.

- Co to ma wspólnego z czymkolwiek? Nie miałem na mys?li tego, co powiedziałem wczes?niej. Z?le to zinterpretowałas?.

- Jestem dziewica?!

Kaz?da mijaja?ca sekunda, kiedy nic nie mówi, tylko gapi sie? na mnie, jakbym uderzyła go dwururka?, jest przesia?knie?ta napie?ciem.

Wypuszcza gwałtownie powietrze i przeklina. W dodatku kilka razy.

- Wy, na zewna?trz - mówi, wskazuja?c palcem drzwi ludziom z tyłu sali.

Rzucaja? mu jedno spojrzenie, chwytaja? swoje drinki i posłusznie wychodza?.

Obserwuje? to wszystko z zapartym tchem.

- Powiedział ci o tym, prawda? - szepcze?.

- Giselle...

- Zadałam ci pytanie. Uprzejmos?c? wymaga, bys? mi odpowiedział.

Zaciskam dłonie, czekaja?c, czekaja?c...

Wyciera usta, a naste?pnie zsuwa dłon? niżej, by potrzeć zarost na brodzie.

- Tak.

No i proszę. Cicha Giselle Riley rzuciła się na głęboką wodę.

W dziewie?c?dziesie?ciu dziewie?ciu przypadkach na sto ta dziewczyna jest cała poukładana i poprawna, od małego palca stopy po czubek głowy. Nic jej nie rusza. Nawet gdy ten dupek Preston ja? zdradził, nie powiedziała o nim jednego złego słowa. Nigdy dotąd nie słyszałem, z?eby przeklinała ani nie widziałem jej z rozpuszczonymi włosami.

A teraz? Jasnozłote pasma ls?nia? i spływaja? jej po plecach blond wodospadem, a ich koniuszki wiją się na szczupłych ramionach. To taki rodzaj włosów, jakie me?z?czyzna chciałby owina?c? sobie wokół dłoni. Nic więc dziwnego, z?e nie moge? przestac? sie? gapic?. Kim, u licha, jest dziewczyna, którą teraz widzę przed sobą?

Jej policzki są zaróżowione, a srebrzystoniebieskie oczy błyszcza?, gdy przemierza salę boso. Wsuwa okulary na czoło, po czym się odwraca, idzie z powrotem i zatrzymuje przede mna?. Oddycha szybko, a jej wilgotna bluzka przycia?ga mój wzrok. Sutki przebijaja? sie? przez koronkowy stanik, gdy jej biust faluje. Ma małe cycki, ale dla mnie wystarczaja?co duże, gdy tak na nie spoglądam. Na kon?cu je?zyka mam sugestie?, by włoz?yła z powrotem żakiet. W końcu mnie spoliczkuje.

Prawie mam na to ochotę. Może w końcu przestane? gapić się na nią jak jakiś idiota.

Jack sie? ws?cieknie, kiedy wyjdzie na jaw, z?e nie trzymałem języka za zębami, ale moz?e sie? odpieprzyc?. Jest w podróz?y pos?lubnej, podczas gdy ja zajmuje? sie? jego nieco szalona? rodzinką. Nie ma co.

- Wiedziałam! - woła Giselle. - Zachowywałes? sie? nienaturalnie przez cały czas, a teraz uważasz, z?e jestem jeszcze bardziej nudna i dziwna, niz? myślałeś wczes?niej. Udusze? go, gdy wróci z Hawajów! - Łapie się rękoma sugestywnie za szyję. - Mam nadzieje?, z?e rekin odgryzie mu re?ke?.

Chryste, co z nią?

- Nigdy nie mys?lałem, z?e jestes? dziwna! - Dlaczego teraz ja krzycze?? - No i jesteś najmniej nudną osoba?, jaka? znam! - dodaję.

Rzuca wzrokiem błyskawice.

- Wyobraz?am to sobie teraz. Jack opowiada wam w szatni o biednej, niewinnej Giselle i o tym, jak to nikt jej jeszcze nie... - Jej pełna dolna warga drz?y przez pół sekundy, a potem dziewczyna się prostuje i zaciska usta. - Tak się nie robi. To prywatna sprawa.

Wyrzucam przed siebie ręce.

- Hej, tego nie zdradził wszystkim. Tę część znam tylko ja.

Zatrzymuje sie? w miejscu.

- Tylko ty?

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji