Nie ma się czego bać
Nie wierzę w Boga, ale odczuwam Jego brak. Tak właśnie mówię, kiedy ktoś
porusza wiadomy temat. Nie zdradzając, że jestem autorem tej odpowiedzi,
spytałem mojego brata, wykładowcę filozofii w Oksfordzie, Genewie i na
Sorbonie, co o niej sądzi. Skomentował to zwięźle, jednym słowem:
"Ckliwe".
Osoba, od której zacznę, to moja babka ze strony matki, Nellie Louisa
Scoltock, z domu Machin. Była nauczycielką w Shropshire, dopóki nie
wyszła za mojego dziadka, Berta Scoltocka. Nie Bertrama, nie Alberta,
lecz po prostu Berta: tak go ochrzczono, tak nazywano i pod takim
imieniem poddano kremacji. Był dyrektorem szkoły i odznaczał się niejaką
pasją mechaniczną: najpierw jeździł motocyklem z przyczepą, potem był
posiadaczem lanchestera, wreszcie, na emeryturze, stał się kierowcą dość
pompatycznego triumpha roadstera, wyposażonego w trzyosobową kanapę z przodu i - kiedy dach był złożony - dwa siedzenia z tyłu. Dziadkowie,
zanim ich poznałem, przenieśli się na południe, żeby być bliżej swojego
jedynego dziecka. Babka udzielała się w kole gospodyń wiejskich; robiła
marynaty i kompoty; skubała i smażyła kurczaki i gęsi, które hodował
dziadek. Była filigranowa, z pozoru ustępliwa i odznaczała się
stwardniałymi kłykciami, typowymi dla podeszłego wieku; potrzebowała
mydła, żeby ściągnąć obrączkę z palca. Garderoba dziadków pełna była
dzierganych na drutach swetrów, z tym że dziadek preferował bardziej
męski ścieg warkoczowy. Odwiedzali regularnie pedikiurzystę wycinającego
odciski i wywodzili się z pokolenia, któremu dentyści doradzali pozbycie
się zębów za jednym zamachem. W owym czasie był to typowy rytuał
inicjacyjny: od krzywego uzębienia do porcelany, dosłownie z dnia na
dzień, do całej tej protezy, ślizgającej się i kłapiącej, do zażenowania
w towarzystwie i szklanki z roztworem czyszczącym na nocnym stoliku.
Mnie i bratu zamiana zębów naturalnych na sztuczne wydała się zarówno
poważna, jak i nieco sprośna. Jednak w życiu mej babki zaszła jeszcze
jedna radykalna zmiana, o której nigdy nie należało wspominać w jej
obecności. Nellie Louisa Machin, córka robotnika z zakładów chemicznych,
została wychowana na metodystkę, podczas gdy Scoltockowie należeli do
Kościoła anglikańskiego. W młodości moja babka straciła nagle wiarę i według przekazów rodzinnych znalazła sobie substytut: socjalizm. Nie mam
pojęcia, jak silna była jej wiara religijna czy przekonania polityczne
jej rodziny; wiem tylko, że kiedyś kandydowała do władz lokalnych jako
socjalistka i przegrała w wyborach. Nim ją poznałem, a było to w latach
pięćdziesiątych, przerzuciła się na komunizm. Jako zapewne jedna z nielicznych emerytek zamieszkujących podmiejskie tereny Buckinghamshire
prenumerowała "Daily Workera" i - jak wmawialiśmy sobie z bratem -
oszczędzała na gospodarstwie, żeby wspierać fundusz rewolucyjny gazety.
Pod koniec lat pięćdziesiątych dokonała się Schizma Chińsko-Sowiecka i komuniści na całym świecie zostali zmuszeni do wyboru między Moskwą a Pekinem. Dla większości wiernych w Europie nie była to trudna decyzja,
podobnie jak dla gazety "Daily Worker", która zarówno pieniądze, jak i wytyczne otrzymywała z Moskwy. Babka, która nigdy w życiu nie była za
granicą i która egzystowała w szacownym świecie domków jednorodzinnych,
postanowiła z niewyjaśnionych przyczyn związać swój los z Chińczykami.
Przyjąłem ów zagadkowy wybór z egoistycznym zadowoleniem, ponieważ
"Worker" został zastąpiony gazetą "China Reconstructs", heretyckim
periodykiem przysyłanym z odległego kontynentu. Z myślą o mnie babka
zachowywała znaczki na brzoskwiniowych kopertach, przedstawiające
głównie osiągnięcia przemysłowe - mosty, elektrownie wodne, ciężarówki
zjeżdżające z linii montażowych - lub gołębie przeróżnych gatunków w trakcie sielskiego lotu.
Mój brat nie współzawodniczył ze mną pod tym względem, gdyż kilka lat
wcześniej w naszym domu doszło do Schizmy Filatelistycznej. Postanowił
się specjalizować w Imperium Brytyjskim. Ja natomiast, by zaznaczyć swą
odmienność, oświadczyłem, że będę się specjalizował - nazwa wydała mi
się jak najbardziej logiczna - w kategorii "Reszta Świata", która
określała wyłącznie to, czego nie zbierał mój brat. Nie pamiętam już,
czy moje posunięcie było agresywne, defensywne czy po prostu
pragmatyczne. Wiem tylko, że od czasu do czasu owocowało zaskakującymi
rozmowami w szkolnym klubie filatelistów, dopiero co wyrosłych z krótkich spodenek: "A więc, Barnesy, co zbierasz?" "Resztę Świata".
Dziadek smarował sobie włosy brylantyną, a pokrowiec na jego fotelu - o wysokim oparciu z poduszkami po bokach, umożliwiającymi drzemkę - nie
służył wyłącznie celom dekoracyjnym. Włosy posiwiały mu szybciej niż
babce; nosił przycięte na wojskową modłę wąsy i zawsze miał przy sobie
fajkę o metalowym cybuchu oraz kapciuch, który wypychał mu kieszeń
swetra. Nosił też masywny aparat słuchowy, jeszcze jeden aspekt świata
ludzi dorosłych - czy też świata nieco późniejszej dorosłości - który
wraz z bratem lubiliśmy wyśmiewać. "Słucham?!" - krzyczeliśmy
żartobliwie do siebie, przykładając dłoń do ucha. Obaj wyczekiwaliśmy
tej niezwykle cenionej przez nas chwili, kiedy w brzuchu babki burczało
dostatecznie głośno, by dziadek, wyrwany gwałtownie z objęć głuchoty,
pytał: "Telefon dzwoni, mamusiu?" Rozlegał się pełen zakłopotania pomruk
i obydwoje wracali do lektury ulubionych gazet. Dziadek, na swoim
fotelu, przy akompaniamencie sporadycznych pisków aparatu słuchowego i bulgotania fajki, którą się zaciągał, potrząsał głową nad "Daily
Expressem", który opisywał mu świat, gdzie nad prawdą i sprawiedliwością
bezustannie wisiała Komunistyczna Groźba. Babka natomiast, na swoim
bardziej miękkim kobiecym fotelu - w strefie, by tak rzec, czerwonej -
cmokała nad "Daily Workerem", który opisywał jej świat, gdzie nad prawdą
i sprawiedliwością, w ich uaktualnionych wersjach, unosiło się
bezustannie widmo Kapitalizmu i Imperializmu.
W tamtym czasie dziadek ograniczył swą aktywność religijną do oglądania
Songs of Praise w telewizji. Zajmował się stolarką i uprawą ogrodu;
hodował własny tytoń i suszył go na strychu, gdzie przechowywał również
bulwy dalii i stare egzemplarze "Daily Expressu", przewiązane włochatym
sznurkiem. Faworyzował mojego brata, uczył go, jak ostrzyć dłuto, i pozostawił mu w spadku skrzynię z narzędziami stolarskimi. Nie pamiętam,
czy uczył mnie czegokolwiek (albo czy pozostawił mi cokolwiek), ale raz
pozwolił mi patrzeć, jak zabija kurczaka w szopie ogrodowej. Wziął ptaka
pod pachę, uspokoił go, a potem położył jego szyję na zielonej metalowej
maszynie przytwierdzonej do framugi drzwi. Przesunął dźwignię w dół,
przytrzymując jednocześnie ptaka, którego ciało ogarnęły przedśmiertne
konwulsje.
Mojemu bratu wolno było nie tylko patrzeć, lecz także uczestniczyć w tym
procederze. Kilkakrotnie pociągnął za dźwignię, podczas gdy dziadek
trzymał kurczaka. Jednak nasze wspomnienia owej rzezi dokonywanej w szopie są rozbieżne. W moim przekonaniu maszyna jedynie skręcała ptakowi
kark; w przekonaniu brata stanowiła coś w rodzaju minigilotyny.
"Pamiętam dokładnie mały koszyk pod ostrzem. Pamiętam (mniej dokładnie)
spadającą głowę, trochę (niezbyt dużo) krwi, dziadka, który stawiał
bezgłowego ptaka na ziemi, a ten biegał w kółko przez kilka chwil..."
Czy to moja pamięć została ocenzurowana, czy raczej jego pamięć skażona
filmami o rewolucji francuskiej? Tak czy inaczej dziadek wprowadził
mojego brata w zagadnienie śmierci (i jej niechlujność) znacznie lepiej
niż mnie. "Pamiętasz, jak dziadek zabijał te gęsi na Boże Narodzenie?"
(Nie pamiętam). "Zwykle gonił gęś w kojcu, wymachując łomem. Kiedy
wreszcie ją dopadł, kładł na ziemi, przygniatał szyję prętem i pociągał
gwałtownie za głowę".
Mój brat pamięta pewien rytuał - nigdy nie byłem jego świadkiem - który
nazywał Czytaniem Pamiętników. Obydwoje, babka i dziadek, prowadzili
osobne dzienniki i czasem, któregoś wieczoru, oddawali się zabawie
polegającej na głośnym odczytywaniu tego, co uwiecznili na papierze
dokładnie w tym właśnie tygodniu kilka lat wcześniej. Zapiski dotyczyły
spraw banalnych, lecz często rodziły nieporozumienia. Dziadek: "Piątek.
Pracowałem w ogrodzie. Sadziłem ziemniaki". Babka: "Nonsens. Padało cały
dzień. Było zbyt mokro, żeby grzebać w ziemi".
Mój brat pamięta też, że raz, kiedy był bardzo mały, poszedł do ogrodu
dziadka i powyrywał wszystkie cebule. Dziadek zbił go, a kiedy brat
zaczął wyć - zbladł, co mu się nie zdarzało, a potem wyznał wszystko
naszej matce i przysiągł, że nigdy więcej nie podniesie na dziecko ręki.
Prawdę powiedziawszy, mój brat tego nie pamięta - ani wyrwanych cebul,
ani lania. Historię tę opowiadała mu wielokrotnie matka. Gdyby
faktycznie ją pamiętał, podchodziłby do niej z rezerwą. Jako filozof
uważa, że wspomnienia są często fałszywe, "do tego stopnia, że opierając
się na kartezjańskiej zasadzie zgniłego jabłka, nie należy im ufać,
jeśli nie dysponujemy jakimś dowodem zewnętrznym". Jestem bardziej ufny
albo skłonny do okłamywania samego siebie, więc będę ciągnął tę opowieść
tak, jakby wszystkie moje wspomnienia pokrywały się z prawdą.
Naszej matce dano na chrzcie imiona Kathleen Mabel. Nienawidziła Mabel i zgłaszała w związku z tym pretensje pod adresem dziadka, który
ograniczał się do wyjaśnienia, że "znał kiedyś bardzo miłą dziewczynę o takim imieniu". Nie mam pojęcia o rozwoju czy też zaniku jej przekonań
religijnych, chociaż pozostał mi po niej modlitewnik, do którego
dołączono także "hymny dawne i współczesne", wszystko w miękkiej oprawie
z brązowego atłasu, każdy tom podpisany zaskakująco zielonym atramentem
- imię i data: "Grudz.: 25-go, 1932". Podoba mi się niezwykle jej
interpunkcja: kropka i dwukropek. Nikt już tak dziś nie pisze.
Za moich lat dziecinnych tradycyjnie nie poruszało się trzech tematów:
religii, polityki i seksu. Nim zacząłem z matką dyskutować o tych
sprawach - to znaczy o dwóch pierwszych, ponieważ seks nigdy nie
wchodził w rachubę - była, jeśli chodzi o przekonania polityczne,
zajadłą konserwatystką; przypuszczam, że pod tym względem nigdy się nie
zmieniła. Co do religii, oświadczyła mi zdecydowanie, że nie życzy sobie
"żadnych bzdur" podczas swojego pochówku. Kiedy więc przedsiębiorca
pogrzebowy spytał, czy chcę, by ze ściany krematorium usunięto "symbole
religijne", odrzekłem, że pewnie sama by tego chciała.
Tryb przypuszczający, tak na marginesie, budzi w moim bracie głęboką
podejrzliwość. Kiedy czekaliśmy na rozpoczęcie pogrzebu, przytrafiła się
nam... nie powiem, że kłótnia - byłoby to wbrew wszelkiej tradycji
rodzinnej - ale wymiana zdań, która dowiodła, że choć jestem w swoim
przekonaniu zdecydowanym racjonalistą, on ma na ten temat całkowicie
odmienne zdanie. Gdy matka została po raz pierwszy unieruchomiona z powodu wylewu, chętnie pozwoliła wnuczce, C., korzystać ze swojego
samochodu: ostatniego z długiego szeregu renówek, marki, którą przez
dziesiątki lat darzyła przywiązaniem godnym frankofila. Stojąc wraz z bratem na krematoryjnym parkingu, wypatrywałem znajomej francuskiej
sylwetki, lecz moja bratanica zjawiła się usadowiona za kierownicą
samochodu swego chłopaka, R. Zauważyłem łagodnym - czego jestem pewien -
tonem: "Myślę, że mama chciałaby, żeby C. przyjechała jej samochodem".
Mój brat, z taką samą jak ja łagodnością, sprzeciwił się temu na
płaszczyźnie logicznej. Zauważył, że są życzenia zmarłych - innymi
słowy, rzeczy, których pragnęli niegdyś ludzie obecnie nieżyjący - i są
życzenia hipotetyczne - innymi słowy, rzeczy, których ludzie pragnęliby
albo mogliby pragnąć. "To, czego pragnęłaby matka" stanowiło swoiste
połączenie: hipotetyczne pragnienie zmarłych, a tym samym podwójnie
wątpliwe. "Możemy robić tylko to, czego chcemy" - wyjaśnił; spełnianie
matczynego hipotetycznego pragnienia było równie irracjonalne jak
spełnianie z jego strony własnych pragnień z przeszłości. W odpowiedzi
zaproponowałem, że powinniśmy spróbować zrobić to, czego by pragnęła, a)
ponieważ coś musimy zrobić i to coś (jeśli nie zamierzamy pozostawić jej
ciała w ogrodzie na tyłach domu, by tam uległo rozkładowi) wymaga
podejmowania pewnych wyborów, b) ponieważ mamy nadzieję, że kiedy
umrzemy, inni zrobią to, czego my z kolei byśmy sobie życzyli.
Rzadko widuję się z bratem i działanie jego umysłu często mnie
zaskakuje; jest on jednakże szczery w tym, co mówi. Kiedy po pogrzebie
odwoziłem go do Londynu, przytrafiła się nam - tak uważam - jeszcze
dziwniejsza wymiana zdań na temat mojej bratanicy i jej chłopaka. Byli
ze sobą już od dłuższego czasu, choć w pewnym okresie C. zaczęła się
spotykać z innym mężczyzną. Brat i bratowa z miejsca zapałali niechęcią
do tego intruza; moja szwagierka potrzebowała zaledwie dziesięciu minut,
by "go załatwić". Nie próbowałem się dowiedzieć, na czym to polegało,
spytałem natomiast o coś innego: "Ale aprobujecie R.?"
- To nieistotne, czy aprobuję R., czy nie - odparł brat.
- Owszem, to istotne. C. chce być może, byś go aprobował.
- Wręcz przeciwnie, być może chce, bym go nie aprobował.
- Ale tak czy inaczej dla niej jest istotne, czy go aprobujesz, czy nie.
Zastanawiał się nad tym przez chwilę.
- Masz rację - przyznał w końcu.
Z naszych rozmów możecie się zorientować, że to starszy brat.
*
Matka nie wyraziła żadnych życzeń co do muzyki, jakiej pragnęłaby na
własnym pogrzebie. Wybrałem pierwszą część sonaty fortepianowej Es-dur
Mozarta, nr 282 według katalogu Köchla - jeden z tych długich i niespiesznych utworów, poważnych nawet w szybszej tonacji. Wydawało się,
że trwa około piętnastu minut zamiast, jak podano na okładce płyty,
siedem, zacząłem się więc zastanawiać, czy to kolejna Mozartowska
repetycja, czy może zacina się odtwarzacz kompaktowy w krematorium. Rok
wcześniej wystąpiłem w programie radiowym Bezludna wyspa, gdzie też
wybrałem Mozarta i jego Requiem. Po programie zadzwoniła do mnie matka
i zwróciła uwagę na to, że określiłem siebie jako agnostyka. Dodała, że
tak też określał się tata - podczas gdy ona była ateistką. W jej ustach
zabrzmiało to tak, jakby agnostycyzm oznaczał wyjątkowo chwiejną postawę
liberalną, w przeciwieństwie do jedynej słusznej rzeczywistości ateizmu.
"A tak przy okazji, o co chodzi z tą śmiercią, o której mówiłeś?" -
ciągnęła. Wyjaśniłem, że nie podoba mi się myśl o umieraniu. "Jesteś
zupełnie jak twój ojciec - odparła. - Może ma to związek z twoim
wiekiem. Kiedy będziesz miał tyle lat co ja, nie będziesz się tak bardzo
przejmował. I tak już mam większość życia za sobą. Pomyśl o średniowieczu - wtedy przeciętna długość życia była naprawdę niewielka.
Obecnie żyjemy siedemdziesiąt, osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt lat...
Ludzie wierzą w religię, ponieważ boją się śmierci". Było to typowe
stwierdzenie ze strony matki: jasne, bezpardonowe, pełne
zniecierpliwienia wobec sądów przeciwnych. Jej dominacja w rodzinie, jej
niezachwiane przekonania w odniesieniu do świata sprawiały, że wszystko
stawało się użytecznie jasne za czasów mego dzieciństwa, obwarowane
restrykcjami we wczesnej młodości i nieubłaganie monotonne w wieku
dorosłym.
Po kremacji odebrałem swoją płytę z Mozartem od "organisty", który, nie
mogłem się oprzeć refleksji, musi obecnie zarabiać na życie, włączając i wyłączając płytę CD. Mój ojciec został pięć lat wcześniej odprowadzony
na tamten brzeg przez organistę z prawdziwego zdarzenia, który zarabiał
uczciwie na Bachu. Czy ojciec "pragnąłby tego"? Nie sadzę, by zgłaszał
obiekcje; był łagodnym, wyrozumiałym człowiekiem, który nie przejawiał
zainteresowania muzyką. Pod tym względem, tak jak w wielu innych
sprawach, ustępował - choć nie bez milczącej ironii - swojej żonie. Jego
ubranie, dom, w którym mieszkali, samochód, którym jeździli - wszystko
to stanowiło wynik jej decyzji. Będąc w nieprzejednanym wieku
dojrzewania, uważałem go za słabego. Potem za uległego. Jeszcze później
uznałem, że ma niezależne poglądy, ale nie lubi się o nie spierać.
Pierwszy raz, gdy poszedłem do kościoła z rodziną - na ślub pewnego
kuzyna - zobaczyłem ze zdumieniem, jak tata osuwa się w ławce na kolana,
po czym zakrywa dłonią czoło i oczy. Skąd to się wzięło? - zadawałem
sobie pytanie; wykonałem bez większego zapału jakiś gest pobożności, po
czym zacząłem ukradkiem zezować przez palce. Była to jedna z tych chwil,
gdy rodzice nas zaskakują - nie dlatego, by człowiek dowiadywał się o nich czegoś nowego, ale dlatego, że uświadamia sobie zakres własnej
ignorancji. Czy mój ojciec zachowywał się po prostu właściwie? Czy
uważał, że jeśli tylko osunie się na kolana, to zostanie uznany za
shelleyowskiego ateistę? Nie mam pojęcia.
Umarł śmiercią nowoczesną, w szpitalu, bez rodziny, w ostatnich minutach
towarzyszyła mu jedynie pielęgniarka. Minęły miesiące - lata na dobrą
sprawę - do chwili, gdy sztuka medyczna mogła przedłużać mu życie; a potem warunki, na jakich się opierało, straciły ważność. Matka
odwiedziła go kilka dni wcześniej, ale potem doznała ataku półpaśca.
Podczas tej ostatniej wizyty był bardzo zagubiony. Spytała go w charakterystyczny dla siebie sposób: "Wiesz, kim jestem? Jak byłam tu
poprzednim razem, nie wiedziałeś tego". Ojciec odparł też w charakterystyczny dla siebie sposób: "Myślę, że jesteś moją żoną".
Zawiozłem matkę do szpitala, gdzie dostaliśmy czarną plastikową
reklamówkę i torbę podróżną w kolorze kremowym. Przejrzała szybko
zawartość obydwu, wiedząc dokładnie, co chce wziąć, a co ma zostać dla
szpitala albo przynajmniej w szpitalu. Doprawdy szkoda, oznajmiła, że
nigdy nie włożył tych dużych brązowych kapci z wygodnymi rzepami,
kupionych kilka tygodni wcześniej; zabrała je do domu, co było dla mnie
niezrozumiałe. Wyraziła oburzenie, gdy spytano, czy pragnie zobaczyć
ciało taty. Powiedziała mi, że kiedy umarł dziadek, babka była
"bezużyteczna" i wszystko zostawiła na głowie córki. Z jednym wyjątkiem
- w szpitalu, pod wpływem jakiegoś małżeńskiego czy atawistycznego
impulsu, uparła się, że chce zobaczyć ciało męża. Moja matka próbowała
odwieść ją od tego, ale babka była nieprzejednana. Zaprowadzono je do
kostnicy, gdzie pokazano im ciało dziadka. Babka odwróciła się do córki
i powiedziała: "Czyż nie wygląda okropnie?"
Kiedy umarła moja matka, przedsiębiorca pogrzebowy z pobliskiej wioski
spytał, czy rodzina chce zobaczyć ciało. Odrzekłem "tak"; mój brat
oświadczył "nie". W rzeczywistości jego odpowiedź - kiedy zadzwoniłem,
by o to spytać - brzmiała: "Na Boga, nie. Zgadzam się w tym wypadku z Platonem". Nie potrafiłem przypomnieć sobie tak od razu, jakie pisma
filozofa ma na myśli. "Co powiedział Platon?" - spytałem. "Że nie wierzy
w oglądanie zwłok". Kiedy pojawiłem się sam w zakładzie pogrzebowym -
który stanowił dobudówkę lokalnego przedsiębiorstwa przewozowego -
dyrektor powiedział przepraszającym tonem: "Obawiam się, że znajduje się
obecnie na zapleczu". A kiedy spojrzałem na niego pytająco, wyjaśnił:
"Jest na wózku". "Och, nigdy nie robiła ceregieli" - odparłem
machinalnie, chociaż nie miałem pojęcia, czego w takich okolicznościach
by pragnęła, a czego nie.
Leżała w niewielkim, czystym pokoiku z krzyżem na ścianie; rzeczywiście
spoczywała na wózku, obrócona tyłem głowy w moją stronę, dzięki czemu,
wchodząc tam, uniknąłem gwałtownego spotkania twarzą w twarz. Wydawała
się, no cóż, bardzo martwa: oczy zamknięte, usta lekko rozchylone,
bardziej po lewej stronie niż po prawej, co było dla niej typowe -
zwykła trzymać papierosa w prawym kąciku, mówiąc jednocześnie
przeciwległym, dopóki popiół nie groził opadnięciem. Próbowałem sobie
wyobrazić stan jej świadomości, taki jaki mógł być w chwili odejścia.
Stało się to dwa tygodnie po przeniesieniu jej ze szpitala do domu
opieki. Cierpiała już wówczas na daleko posuniętą demencję dwojakiego
rodzaju: momentami wierzyła, że nadal nad wszystkim panuje, i bezustannie łajała pielęgniarki za wyimaginowane niedociągnięcia;
momentami zaś, uświadamiając sobie, że straciła kontrolę, znów stawała
się dzieckiem i wierzyła, że dawno zmarli krewni wciąż żyją i że to, co
mówią jej matka i ojciec, jest niezwykle ważne. Przed okresem demencji
bardzo często zamykałem się na jej solipsystyczne monologi; teraz to, co
mówiła, stało się dla mnie boleśnie interesujące. Zastanawiałem się
bezustannie, skąd czerpie te wszystkie słowa i jak jej umysł tworzy ową
sztuczną rzeczywistość. Nie odczuwałem też jakiejkolwiek urazy, że
chciała mówić wyłącznie o sobie.
Dowiedziałem się, że w chwili śmierci były przy niej dwie pielęgniarki i właśnie przewracały ją na bok, kiedy po prostu "odeszła". Lubię sobie
wyobrażać - ponieważ byłoby to charakterystyczne w jej przypadku, a poza
tym ludzie powinni umierać tak, jak żyli - że jej ostatnia myśl była
adresowana do niej samej i brzmiała mniej więcej: "Och, do diabła z tym!" Ale jest to sentymentalizm - to, czego by chciała (albo czego ja
sam bym w jej przypadku pragnął); być może, jeśli myślała cokolwiek, to
zapewne wyobrażała sobie, że znów jest dzieckiem, które marudzi w gorączce, a dwoje od dawna nieżyjących krewnych przewraca ją na bok.
W zakładzie pogrzebowym dotknąłem kilkakrotnie jej policzka i pocałowałem ją w czoło, tuż przy linii włosów. Czy była taka zimna
dlatego, że przebywała w chłodni, czy też dlatego, że martwi są z natury
zimni? Nie, nie wyglądała strasznie. Nie była przesadnie umalowana i dowiedziałaby się z zadowoleniem, że jej włosy zostały starannie
ułożone. ("Oczywiście nigdy ich nie farbuję - pochwaliła się kiedyś
mojej bratowej. - Są bez wyjątku naturalne"). Pragnienie ujrzenia jej po
śmierci wynikało bardziej, jak przyznaję, z pisarskiej ciekawości niż
synowskiej potrzeby; pozostało jednak pożegnanie, konieczność ekspiacji
za złość, którą wobec niej przez długi czas odczuwałem. "Dobra robota,
mamo" - powiedziałem cicho. Rzeczywiście, z umieraniem poszło jej
znacznie "lepiej" niż ojcu. Doznał kilku wylewów, jego fizyczny upadek
ciągnął się latami; ona natomiast przeszła od pierwszego ataku do
śmierci skuteczniej i szybciej. Kiedy odbierałem jej rzeczy z domu
opieki społecznej (określenie, które zawsze skłaniało mnie do pytania,
czym może być "dom opieki niespołecznej"), torba wydała mi się cięższa,
niż oczekiwałem. Najpierw odkryłem w niej pełną butelkę harvey's bristol
cream, a potem, w kwadratowym tekturowym pudle, nietknięty tort
urodzinowy, kupiony w sklepie przez przyjaciół z wioski, którzy
odwiedzili ją z okazji ostatnich - osiemdziesiątych drugich - urodzin.
Ojciec zmarł w tym samym wieku. Zawsze wyobrażałem sobie, że trudniej
zniosę jego śmierć, ponieważ kochałem go bardziej, podczas gdy matka
mogła co najwyżej wywołać we mnie ciepłe uczucia zaprawione nutką
irytacji. Było jednak na odwrót; to, co jawiło mi się jako pomniejsza
śmierć, okazało się bardziej skomplikowane, bardziej przypadkowe. Jego
śmierć była po prostu jego śmiercią; jej śmierć była ich śmiercią. A porządkowanie domu, zwykłe w takiej sytuacji, przemieniło się w ekshumację tego wszystkiego, czym byliśmy jako rodzina - co nie znaczy,
że nie byliśmy nią potem, kiedy już ukończyłem trzynaście czy
czternaście lat. Teraz po raz pierwszy przejrzałem zawartość matczynej
torebki. Pomijając to, co zwykle znajduje się w damskich torebkach,
odkryłem tam wycinek z "Guardiana" wraz z listą najlepszych graczy
krykieta w powojennej Anglii (chociaż nigdy nie czytywała tej gazety), a także zdjęcie naszego psa z lat dziecinnych, labradora Maksa. Na
odwrocie znajdowała się inskrypcja sporządzona nieznajomym charakterem
pisma: Maxim: le chien; fotografię tę wykonał, albo przynajmniej
opatrzył ową adnotacją, na początku lat pięćdziesiątych P., jeden z francuskich assistants mojego ojca.
P. pochodził z Korsyki i był beztroskim facetem, obdarzonym - w przekonaniu moich rodziców - typowo galijską cechą, która polegała na
wydawaniu całomiesięcznej pensji z chwilą jej otrzymania. Zjawił się u nas na kilka dni, twierdząc, że poszuka sobie stałego lokum, i skończyło
się na tym, że pozostał okrągły rok. Mój brat wszedł pewnego ranka do
łazienki i zastał tego dziwnego człowieka przed lusterkiem. "Jeśli
wyjdziesz - padło z ust pokrytej pianą twarzy - opowiem ci historię o panu Beezy-Weezy". Brat wyszedł, a potem się okazało, że P. zna całą
serię przygód, które przytrafiały się panu Beezy-Weezy; żadnej nie
pamiętam. Miał też w sobie artystyczną żyłkę: robił stacje kolejowe z opakowań po płatkach śniadaniowych i raz dał moim rodzicom - być może
zamiast czynszu - dwa małe pejzaże, które sam namalował. Wisiały na
ścianie przez całe moje dzieciństwo i wydawały mi się niewyobrażalnie
zręczne; choć zapewne myślałbym w ten sposób o wszystkim, co w miarę
wiernie odtwarzało rzeczywistość.
Jeśli chodzi o Maksa, to albo uciekł, albo - ponieważ nie potrafiliśmy
sobie wyobrazić, by pragnął nas porzucić - został skradziony, krótko po
zrobieniu zdjęcia; i gdziekolwiek się udał, musi być martwy od ponad
czterdziestu lat. Mimo że ojciec nie miałby nic przeciwko temu, matka
nigdy już nie chciała wziąć do domu drugiego psa.
*
Biorąc pod uwagę dom rodzinny, charakteryzujący się płytką wiarą w połączeniu z pełną werwy niereligijnością, mogłem w przejawie
młodzieńczego buntu stać się pobożnym osobnikiem. Jednakże ani
agnostycyzm ojca, ani ateizm matki nigdy nie wyrażały się w całej pełni,
nie mówiąc już o tym, że nigdy nie przerodziły się we wzorcową postawę,
więc być może nie usprawiedliwiały jakiejkolwiek rewolty z mojej strony.
Mógłbym, jak przypuszczam, gdyby było to oczywiście możliwe, stać się
żydem. Na ogół wydawali się oni zarówno społecznie, jak i odzieżowo
bardziej zaawansowani; mieli lepsze obuwie - jeden z moich rówieśników
miał nawet buty w stylu Chelsea o elastycznych bokach - i znali się na
dziewczynach. Mieli także dodatkowe wakacje, co stanowiło oczywistą
przewagę. Poza tym zaszokowałoby to odpowiednio moich rodziców, którzy
odznaczali się umiarkowanym antysemityzmem, typowym dla swego wieku i klasy (gdy na ekranie telewizora pojawiały się napisy końcowe jakiejś
sztuki, a wśród nich nazwisko w rodzaju Aaronson, jedno albo drugie
zauważało ironicznie: "Kolejny Walijczyk"). Co nie znaczy, by traktowali
inaczej moich żydowskich przyjaciół, z których jeden nazywał się, jak
najbardziej trafnie, Alex Brilliant. Syn sprzedawcy wyrobów tytoniowych,
w wieku szesnastu lat czytywał Wittgensteina i pisywał poezję, która
pulsowała wieloznacznościami - podwójnymi, potrójnymi, poczwórnymi,
niczym kardiologiczne bypassy. Był lepszy ode mnie w angielskim i zdobył
stypendium w Cambridge; potem straciłem go z oczu. Przez lata
wyobrażałem sobie od czasu do czasu jego domniemany sukces w jakimś
wolnym zawodzie. Byłem po pięćdziesiątce, kiedy przekonałem się, że taka
wyimaginowana biografia to czysta i bezsensowna fantazja. Alex zabił się
- za pomocą pigułek, z powodu kobiety - przed trzydziestką, pół mojego
życia wstecz.
Nie miałem więc wiary, którą mógłbym utracić, tylko sprzeciw - który
wydawał mi się bardziej heroiczny, niż był w rzeczywistości - wobec
łagodnego reżimu boskiej proweniencji, narzucanego przez szkołę: lekcje
nauki Pisma Świętego, poranne modlitwy i hymny, coroczne nabożeństwo
dziękczynienia w katedrze Świętego Pawła. I to wszystko, pominąwszy rolę
Pasterza II w jasełkach za czasów podstawówki. Nigdy mnie nie
ochrzczono, nigdy nie chodziłem na religię. Nigdy w życiu nie
uczestniczyłem w normalnym nabożeństwie kościelnym. Bywam na chrzcinach,
ślubach, pogrzebach. Odwiedzam bezustannie kościoły, ale z powodów
architektonicznych, a także, w szerszym sensie, by zrozumieć, czym była
niegdyś angielskość.
Mój brat odznacza się nieco większym doświadczeniem liturgicznym ode
mnie. Jako zuch uczestniczył w dwóch nabożeństwach kościelnych.
"Przypominam sobie, że chyba byłem zdumiony, niczym infantylny
antropolog pośród antropofagów". Kiedy pytam go, jak stracił wiarę,
odpowiada: "Nigdy jej nie straciłem, ponieważ nigdy jej nie miałem.
Uświadomiłem sobie jednak siódmego lutego 1952 roku o godzinie
dziewiątej, że to stek bzdur. Pan Ebbets, dyrektor szkoły podstawowej w Derwentwater, ogłosił, że umarł król, że odszedł do wiecznej chwały i szczęścia w Bożym Niebie i że w konsekwencji wszyscy przez miesiąc
musimy nosić czarne opaski na ramieniu. Przyszło mi do głowy, że jest w tym coś podejrzanego, i Bynajmniej Się Nie Myliłem. Nie opadły mi łuski
z oczu, nie doznałem poczucia straty, nagłej wyrwy w swym życiu, etc.,
etc. Mam nadzieję - dodał - że ta historia jest prawdziwa. Nie ulega
wątpliwości, że to bardzo wyraźne i trwałe wspomnienie, ale sam wiesz,
jak to bywa z pamięcią".
W chwili śmierci króla Jerzego VI mój brat miał dziewięć lat (ja miałem
sześć i uczęszczałem do tej samej szkoły, ale nie pamiętam przemowy pana
Ebbetsa ani czarnych opasek). Moje ostateczne wyrzeczenie się resztek -
czy też potencjału - religii dokonało się w późniejszym wieku. Jako
nastolatek pochylony nad jakąś książką czy też magazynem w rodzinnej
łazience, zwykłem sobie mówić, że Bóg nie może istnieć, gdyż sama myśl,
że może mnie obserwować, kiedy się masturbuję, jest absurdalna; jeszcze
bardziej absurdalna była myśl, że wszyscy moi zmarli przodkowie stoją
gdzieś w szeregu i też mnie obserwują. Miałem również inne, bardziej
racjonalne argumenty, ale w moim przypadku Boga załatwiło owo
nieprawdopodobnie dojmujące uczucie - i oczywiście egocentryczne. Obraz
babki i dziadka, którzy widzieli, do czego jestem zdolny, mógł poważnie
wytrącić mnie z rytmu.
Jednakże, pisząc to teraz, zastanawiam się, dlaczego nie przyszły mi do
głowy inne możliwości. Dlaczego zakładałem z góry, że Bóg, jeśli
rzeczywiście mnie obserwuje, nie pochwala sposobu, w jaki rozlewam
nasienie? Dlaczego mi nie zaświtało, że skoro niebo, świadek mego
gorliwego i niesłabnącego samogwałtu, jakoś na mnie nie runęło, to być
może oznacza to, że nie uznaje tego, co robię, za grzech? Brakło mi też
wyobraźni, by ujrzeć na twarzach swych przodków uśmiech pobłażliwości na
widok moich poczynań: no, dalej, synu, ciesz się tym, dopóki jeszcze
możesz, niewiele będziesz z tego miał jako pozbawiony cielesności duch,
więc się nie krępuj. Może dziadek wyjąłby z ust swą niebiańską fajkę i niczym współkonspirator wyszeptał ze zrozumieniem: "Znałem kiedyś bardzo
miłą dziewczynę imieniem Mabel".
W szkole podstawowej egzaminowano nasze głosy. Po kolei wychodziliśmy na
środek klasy i przy akompaniamencie nauczyciela próbowaliśmy zaśpiewać
jakąś prostą melodię. Następnie przydzielano nas do jednej z dwóch grup:
Wysokich Głosów albo Niskich Głosów (muzyczny odpowiednik Reszty
Świata). Biorąc pod uwagę, że nasze głosy od mutacji dzieliły jeszcze
lata, etykietki te były tylko uprzejmymi eufemizmami. Pamiętam
pobłażliwość rodziców, kiedy oznajmiłem, jakby chodziło o wielkie
osiągnięcie, do której grupy zostałem przydzielony. Mój brat także
trafił do Niskich Głosów; czekało go jednak jeszcze większe upokorzenie.
W następnej szkole znów przeegzaminowano nasze możliwości wokalne i zostaliśmy podzieleni - przypomina mi brat - na grupy A, B i C "przez
odrażającego człowieka nazwiskiem Walsh albo Welsh". Powód, dla którego
mój brat po półwieczu odczuwa głęboką urazę? "Stworzył grupę D,
specjalnie dla mnie. Minęło kilka lat, zanim przestałem nienawidzić
muzyki".
W tej szkole mieliśmy z nią do czynienia każdego ranka - pod postacią
grzmiących organów i bezsensownych hymnów. "W dalekim kraju zielone
wzgórze się wznosi/poza miasta murami/tam Pan nasz na krzyżu skonał/ swą
śmiercią wstawił się za nami". Melodia nie była tak okropna jak w innych
przypadkach; tylko po co pisać, że zielone wzgórze wznosi się poza
miastem? Kto chciałby otaczać je murem? Potem skupiłem uwagę na
przymiotniku "zielony". Zielone wzgórze? W Palestynie? Teraz, kiedy już
zaczęliśmy nosić długie spodnie, nie zajmowaliśmy się szczególnie
geografią, ale nawet ja wiedziałem, że można tam znaleźć tylko piasek i kamienie. Nie czułem się jak antropolog pośród antropofagów - zaliczałem
się teraz do kworum sceptyków - lecz z pewnością wyczuwałem dystans,
jaki dzielił znane mi słowa i przypisywane im znaczenie.
Raz w roku, w Lord's Prize Day, śpiewaliśmy Miltona, utwór
zaadaptowany jako pieśń szkolna. Pośród bardziej rozwydrzonych chłopców
- bandy nienawróconych Niskich Głosów - panowała tradycja, która
polegała na tym, że w określonej chwili melodia osiągała nieprzewidziane
i budzące zdumienie fortissimo: "Łuk mi dajcie (...) - pauza - a z PRAG-NIEŃ moich groty strzał1". Czy wiedziałem, że słowa te
napisał Blake? Wątpię. Nie zauważyłem też, by podejmowano jakiejkolwiek
próby propagowania religii poprzez piękno jej języka (być może uważano
to za zrozumiałe samo przez się). Mieliśmy starszego nauczyciela łaciny,
który lubił wyjść poza program szkolny i oddawać się osobistym
rozważaniom, co jak sobie teraz uświadamiam, było przemyślaną i zamierzoną metodą. Przemawiał niczym sztywny i trzeźwy duchowny, gdy
nagle zdarzało mu się wymamrotać, jakby przyszło mu to właśnie do głowy,
coś w rodzaju "Gaza była córką Araba, szkoda, że nie widzieliście jej
strefy... erogennej" - dowcip zbyt ryzykowny, by opowiadać go rodzicom,
także nauczycielom. Przy innej okazji wyśmiewał absurdalny tytuł pewnej
książki: Biblia w formie literatury. Chichotaliśmy razem z nim, ale z przeciwnego niż on powodu: Biblia (nudna) nie mogła w żaden sposób
spełniać roli literatury (ekscytującej), quod erat demonstrandum.
Wśród nas, nominalnych chrześcijan, było kilku pobożnych chłopców, ale
uważano ich za nieco zdziwaczałych i tak rzadkich - i zdziwaczałych -
jak nauczyciel (też pobożny), który nosił obrączkę, a mimo to,
odpowiednio sprowokowany, oblewał się rumieńcem. Pod koniec okresu
dorastania raz czy dwa odniosłem wrażenie, że opuszczam ciało: tkwiłem
pod sufitem i spoglądałem na swą doczesną powłokę, której nikt w tym
momencie nie zamieszkiwał. Wspomniałem o tym koledze noszącemu buty o elastycznych bokach - ale nie swojej rodzinie; i choć uznałem swe
przeżycie za powód do niejakiej dumy (coś się działo!), nie dostrzegłem
w nim niczego znaczącego, a już na pewno nie religijnego.
To zapewne Alex Brilliant wpoił mi przesłanie Nietzschego, że Bóg jest
oficjalnie martwy, co oznaczało, że tym radośniej możemy trzepać
kapucyna. Sam tworzysz swoje życie, prawda? - do tego sprowadzał się
egzystencjalizm. No i nasz pełen zapału młody nauczyciel angielskiego
był wrogiem religii. W każdym razie cytował Blake'a będącego
zaprzeczeniem Miltona: "W Niebie stary Tata Nikt / beknął, pierdnął,
po czym znikł". Bóg pierdnął! Bóg beknął! To oznaczało, że nie istnieje!
(I znów nigdy nie przyszło mi do głowy, by uznać owe ludzkie cechy za
dowód istnienia Boga, a w gruncie rzeczy za dowód Jego sympatycznej
natury). Nauczyciel cytował nam także ponure podsumowanie ludzkiego
życia pióra Eliota: narodziny, kopulacja, śmierć. Mniej więcej w połowie
danego mu na ziemi czasu ten nauczyciel, podobnie jak Alex Brilliant,
miał się zabić, zawiązawszy samobójczy pakt ze współmałżonką, polegający
na przedawkowaniu pigułek i alkoholu.
Poszedłem na studia w Oksfordzie. Zostałem wezwany do kapelana wydziału,
który wyjaśnił mi, że jako stypendysta mam prawo czytać lekcję w kaplicy. Świeżo uwolniony od przymusu zakłamanego oddawania czci Bogu,
odparłem: "Obawiam się, że jestem szczęśliwym ateistą". Nic się nie
stało - nie rozległ się grom, nie wyrzucono mnie z uczelni, nie
dostrzegłem grymasu dezaprobaty; dokończyłem sherry i wyszedłem. Jakieś
dwa dni później do moich drzwi zapukał kapitan uniwersyteckiej drużyny
wioślarskiej i spytał, czy nie zechcę popływać. Odpowiedziałem - być
może moja śmiałość wynikała z faktu, że wcześniej stawiłem czoło
kapelanowi - "Obawiam się, że jestem estetą". Krzywię się teraz na
wspomnienie swych słów (i byłoby lepiej, gdybym popływał), lecz tak jak
przedtem nic się nie stało. Do mojego pokoju nie wtargnęła banda
krzepkich wioślarzy, by stłuc chińską wazę, której nie miałem, albo
wsadzić mi ślęczącą nad książkami głowę do muszli klozetowej.
Potrafiłem przedstawić swoje stanowisko, ale byłem zbyt nieśmiały, żeby
go bronić. Gdybym był bardziej elokwentny - albo bezczelny - mógłbym
wyjaśnić zarówno duchownemu, jak i wioślarzowi, że ateizm i estetyzm idą
w parze: tak jak w ich przypadku Tężyzna i Chrześcijaństwo (sport mimo
wszystko może dostarczyć użytecznej analogii: czyż Camus nie powiedział,
że najlepszą metodą na bezsensowność życia jest opracowanie reguł gry,
jak uczyniono to w przypadku futbolu?). Mogłem posunąć się jeszcze dalej
- w swej wyimaginowanej ripoście - i zacytować wersy Gautiera: Les
dieux eux-męmes meurent./Mais les vers souverains/Demeurent/Plus forts
que les airains ("Bogowie wymarli, ale Poezja, mocniejsza nawet niż
brąz, przeżyje wszystko"). Mógłbym wyjaśnić, jak religijny zachwyt już
dawno temu ustąpił przed zachwytem estetycznym, i niewykluczone, że na
koniec uraczyłbym ich szerokim uśmiechem i złośliwą uwagą na temat
słynnej ekstatycznej rzeźby przedstawiającej świętą Teresę, która
rzekomo widzi Boga, a tak naprawdę doznaje czegoś o wiele bardziej
cielesnego.
Powiedziałem, że jestem szczęśliwym ateistą, i w tym wypadku przymiotnik
ten należy traktować jako coś odnoszącego się do rzeczownika i nic
więcej. Byłem szczęśliwy, że nie wierzę w Boga; byłem szczęśliwy z powodu swej dotychczasowej kariery akademickiej; i to wszystko. Zżerały
mnie niepokoje, które starałem się ukryć. Choć byłem intelektualnie
sprawny (podejrzewając w głębi duszy, że potrafię tylko dobrze zaliczać
egzaminy), to jednocześnie odznaczałem się towarzyską, emocjonalną i seksualną niedojrzałością. I jeśli byłem szczęśliwy jako ktoś uwolniony
od Starego Taty, nie oznacza to, że byłem ślepy na wszelkie
konsekwencje. Nie ma Boga, nie ma Nieba, nie ma życia pozagrobowego; tym
samym śmierć, jakkolwiek odległa, jawiła się w zupełnie innym świetle.
*
Będąc na uniwersytecie, spędziłem rok we Francji, gdzie uczyłem w szkole
katolickiej w Bretanii. Księża, pośród których żyłem, zaskakiwali mnie
swoją ludzką różnorodnością, typową dla osobników świeckich. Jeden
hodował pszczoły, inny był druidem; jeden grał na wyścigach, inny był
antysemitą; młody rozmawiał ze swoimi uczniami o masturbacji; starszy
oglądał nałogowo filmy w telewizji, nawet jeśli potem zbywał je
lekceważącą uwagą: "Nieciekawe i niemoralne". Niektórzy księża byli
inteligentni i wyrafinowani, inni głupi i łatwowierni; niektórzy bez
wątpienia pobożni, inni sceptyczni aż do bluźnierstwa. Pamiętam szok,
jaki zapanował wokół stołu w refektarzu, gdy wywrotowy Pčre Marais
zaczął dokuczać druidycznemu Pčre Calvardowi i pytać, która z ich
rodzinnych wiosek zasługuje bardziej na zstąpienie Ducha Świętego w Zielone Świątki. Także w tym miejscu zobaczyłem pierwsze w życiu zwłoki:
był to Pčre Roussel, młody katecheta. Jego ciało wystawiono w przedpokoju obok głównego wejścia; zachęcano chłopców i członków
personelu, by oddawali szacunek zmarłemu. Popatrzyłem tylko przez szkło
podwójnych drzwi, wmawiając sobie, że to oznaka taktu, choć wedle
wszelkiego prawdopodobieństwa był to jedynie strach.
Księża traktowali mnie serdecznie; trochę mi dokuczali, nie do końca
rozumieli. "Och - mówili, zatrzymując mnie na korytarzu, dotykając
mojego ramienia i uśmiechając się nieśmiało. - La perfide Albion".
Wśród nich był pewien Pčre Hubert de Goësbriand, niezbyt bystry, choć
poczciwy facet, który swe wspaniałe, arystokratyczne nazwisko mógł
równie dobrze wylosować na loterii, tak bardzo do niego nie pasowało.
Był nieco po pięćdziesiątce, pulchny, powolny, łysy i głuchy. Największą
przyjemność sprawiało mu robienie kawałów nieśmiałemu sekretarzowi
szkoły, Monsieur Lhomerowi: podczas posiłków wsuwał mu ukradkiem sztućce
do kieszeni, dmuchał dymem papierosowym w twarz, łaskotał go w szyję,
gwałtownym ruchem podstawiał pod nos słoik z musztardą. Sekretarz
okazywał prawdziwie chrześcijańską cierpliwość wobec tych codziennych,
nudnych prowokacji. Z początku, ilekroć się gdzieś mijaliśmy, Pčre de
Goësbriand trącał mnie w żebra albo ciągnął za włosy, aż nazwałem go
żartobliwie draniem i wtedy przestał. Podczas wojny został ranny w pośladek ("Uciekałeś, Hubert!" "Nie, byliśmy otoczeni"), więc miał
zniżkę na bilety i prenumerował magazyn dla Anciens Combattants. Inni
księża traktowali go z pełną rezygnacji pobłażliwością. Pauvre Hubert
- tę uwagę słyszało się najczęściej podczas posiłków, wypowiadaną
mrukliwie na boku albo wykrzykiwaną prosto w twarz żartownisia.
De Goësbriand obchodził właśnie dwudziestopięciolecie kapłaństwa i traktował swoją wiarę bardzo dosłownie. Był zaszokowany, kiedy słuchając
mojej rozmowy z Pčre Marais'm, dowiedział się, że nie zostałem
ochrzczony. Pauvre Hubert z miejsca otoczył mnie opieką duszpasterską
i przedstawił ponure konsekwencje natury teologicznej: bez chrztu nie
miałem szans dostać się do Nieba. Być może w związku z moim statusem
outsidera zwierzał mi się czasem z ograniczeń i przykrości duchownego
życia. Pewnego dnia wyznał ostrożnie: "Uważasz, że nie przechodziłbym
przez to wszystko, gdyby na końcu tej drogi nie było Nieba, prawda?"
W tamtym czasie byłem pod wrażeniem tak praktycznego myślenia i jednocześnie odczuwałem przerażenie życiem zmarnotrawionym w próżnej
nadziei. Jednakże kalkulacja Pčre de Goësbrianda ma szacowną tradycję;
mogłem równie dobrze uznać ją za powszednią wersję słynnego zakładu
Pascala. Brzmi on stosunkowo prosto. Jeśli wierzysz, a okaże się, że Bóg
istnieje, wygrywasz. Jeśli wierzysz, a okaże się, że Bóg nie istnieje,
przegrywasz, ale to nic w porównaniu z sytuacją, kiedy postanawiasz nie
wierzyć tylko po to, by po śmierci się dowiedzieć, że Bóg jednak
istnieje. Jest to, być może, przykład nie tyle argumentacji, ile
egoistycznego stanowiska, godnego francuskich dyplomatów; jednakże ten
główny i pierwotny zakład, dotyczący istnienia Boga, zależy od drugiego
i równoległego zakładu, dotyczącego natury Boga. A jeśli Bóg nie jest
taki, jakim go sobie wyobrażamy? Jeśli, na przykład, traktuje z dezaprobatą hazardzistów, zwłaszcza tych, których rzekoma wiara ma
źródło w mentalności typu "białe wygrywa, czarne przegrywa"? I kto ma
decydować o tym, komu przypada w udziale wygrana? Nie my: Bóg być może
woli szczerego niedowiarka od służalczego ryzykanta.
Zakład Pascala odbija się echem przez wieki, zawsze znajdując
naśladowców. Oto ekstremalna wersja spod znaku człowieka akcji. W czerwcu 2006 roku w kijowskim zoo pewien mężczyzna spuścił się na linie
w sam środek wybiegu dla lwów i tygrysów. Zsuwając się w dół, krzyczał
coś do tłumu gapiów. Według jednego ze świadków wołał, że "kto wierzy w Boga, nie musi się obawiać lwów", według innego deklarował wyzywająco:
"Bóg mnie ocali, jeśli istnieje". Ów metafizyczny provocateur zjechał
na dół, zdjął buty i ruszył w stronę zwierząt; w tym momencie
poirytowana lwica zwaliła go na ziemię i przegryzła mu tętnicę szyjną.
Czy dowodzi to, że a) mężczyzna był szalony; b) Bóg nie istnieje; c) Bóg
mimo wszystko istnieje, ale nie ujawni się z powodu tak tanich sztuczek;
d) Bóg mimo wszystko istnieje i właśnie pokazał, że nieobca jest mu
ironia; e) niczego z powyższych?
I oto zakład, który niemal zakładem nie jest: "No dalej, wierz! To w niczym nie zaszkodzi". Ta łagodniejsza wersja, zrezygnowany pomruk
człowieka cierpiącego na metafizyczny ból głowy, pochodzi z notatników
Wittgensteina. Gdybyś był Bogiem, owa obojętna deklaracja mogłaby
wzbudzić w tobie jedynie grymas znudzenia. Zdarzają się jednak chwile,
gdy, prawdopodobnie, "to w niczym nie zaszkodzi" - z tą różnicą, że nie
jest to prawda, co niektórzy mogą uznać za nienaprawialną, bezdyskusyjną
szkodę.
Przykład: dwadzieścia lat przed spisaniem powyższej uwagi Wittgenstein
pracował jako nauczyciel w kilku zabitych dechami wioskach Dolnej
Austrii. Miejscowi uważali, że jest bardzo poważny i ekscentryczny, ale
jednocześnie oddany swoim uczniom; nie miał też nic przeciwko temu, by
wbrew swym wątpliwościom natury religijnej zaczynać i kończyć każdy
dzień modlitwą Ojcze Nasz. Przebywając w wiosce Trattenbach,
Wittgenstein zabrał swoich uczniów na wycieczkę do Wiednia. Najbliższa
stacja kolejowa znajdowała się w Gloggnitz, odległym o mniej więcej
dwadzieścia kilometrów, toteż wycieczka zaczęła się od edukacyjnej
wyprawy przez lasy; dzieci miały rozpoznawać rośliny i kamienie, o których uczyły się w szkole. W Wiedniu grupa spędziła dwa dni, chłonąc
wiedzę tak jak w lesie, tyle że na przykładach architektury i techniki.
Potem uczestnicy wycieczki wsiedli do pociągu jadącego do Gloggnitz. Nim
przybyli na miejsce, zapadła noc. Kiedy wyruszyli w dwudziestokilometrową drogę powrotną, Wittgenstein, wyczuwając, że
dzieci są wystraszone, podchodził do nich po kolei i mówił cicho: "Boisz
się? No cóż, w takim razie wystarczy, że pomyślisz o Bogu". Bądź co bądź
znajdowali się w ciemnym lesie, i to dosłownie. No dalej, wierz! To w niczym nie zaszkodzi". I pewnie nie zaszkodziło. Nieistniejący Bóg
chroni przynajmniej przed nieistniejącymi elfami, chochlikami i demonami
kniei, nawet jeśli nie może ustrzec przed prawdziwymi wilkami i niedźwiedziami (i lwicami).
Pewien badacz życia i dzieła Wittgensteina sugeruje, że choć filozof nie
był "osobą religijną", to jednak odznaczał się "w pewnym sensie
potencjałem religijnym"; jednak w jego pojęciu religia miała mniej
wspólnego z wiarą w Stworzyciela, a więcej z poczuciem grzechu i pragnieniem osądu. Uważał, że "życie może nauczyć człowieka wiary w Boga" - to jeden z jego ostatnich zapisków. Wyobrażał sobie także, że
ktoś go pyta, czy chciałby, czy też nie, przeżyć po śmierci, on zaś
twierdzi, że nie potrafi odpowiedzieć: nie z powodów, jakie ty lub ja
moglibyśmy podać, ale ponieważ "nie bardzo wiem, co mówię, kiedy mówię
"nie przestaję istnieć"". Nie wydaje mi się, by wielu z nas wiedziało, z wyjątkiem najbardziej fundamentalistycznych i dobrowolnych ofiarników,
spodziewających się konkretnej nagrody. Z pewnością jednak jesteśmy w stanie pojąć jeśli nie możliwe implikacje, to znaczenie owej chwili.
Jeśli określam siebie jako ateistę w wieku dwudziestu lat i agnostyka w wieku pięćdziesięciu, to nie dlatego, że między tymi dwoma etapami życia
zyskałem głębszą wiedzę, lecz jedynie dlatego, że w większym stopniu
uświadomiłem sobie własną ignorancję. Jak możemy być pewni, że wiemy
dostatecznie dużo, by wiedzieć? Jako neodarwinistyczni materialiści XXI
wieku, przekonani, że sens i mechanizm życia jest w pełni jasny dopiero
od roku 1859, uważamy się za zdecydowanie mądrzejszych od owych
łatwowiernych ludzi na klęczkach, którzy, nieledwie wczoraj, wierzyli w boski cel, porządek świata, zmartwychwstanie i Sąd Ostateczny. Ale choć
jesteśmy lepiej poinformowani, nie jesteśmy bardziej ewolucyjnie
rozwinięci, a już z pewnością nie inteligentniejsi od nich. Co nas
przekonuje, że wiedza, którą dysponujemy, jest tak ostateczna i niepodważalna?
Matka powiedziałaby, i zresztą mówiła, że to kwestia "mojego wieku" - że
teraz, kiedy koniec jest bliższy, metafizyczne ostrzeżenie i tępy strach
osłabiły moją determinację. Myliłaby się jednak. Świadomość śmierci
pojawiła się wcześnie, kiedy miałem trzynaście czy czternaście lat.
Francuski krytyk Charles du Bos, przyjaciel i tłumacz Edith Wharton,
ukuł na określenie tego momentu użyteczny termin: le réveil mortel.
Jak to najlepiej przełożyć? "Budzenie na śmiertelność" brzmi jak prośba
pod adresem służby hotelowej. "Wiedza śmierci", "czujność śmierci"? -
zbyt germańskie. "Świadomość śmierci"? - to jednak sugeruje raczej
pewien stan niż określony wstrząs kosmiczny. Pod pewnymi względami
(pierwsze) nieudane tłumaczenie wyrażenia du Bosa jest trafne:
rzeczywiście, przypomina to pobyt w obcym nam pokoju hotelowym, gdzie
znajduje się budzik pozostawiony przez poprzedniego mieszkańca i o najbardziej nieludzkiej porze nagle wyrywa nas ze snu, wprost w ciemność, panikę i okrutną świadomość, że oto trafiliśmy do wynajętego
świata.
Mój przyjaciel R. spytał mnie ostatnio, jak często rozmyślam o śmierci i w jakich okolicznościach. Co najmniej raz dziennie, odparłem; zdarzają
się też gwałtowne napady nocne. Śmiertelność niejednokrotnie wkracza bez
zaproszenia do mojej świadomości, gdy świat zewnętrzny dostarcza jakiejś
oczywistej paraleli: zapada zmierzch, dni robią się krótsze, zbliża się
koniec długiej wycieczki. A także, co wydaje się nieco bardziej
oryginalne, sygnał przebudzenia dźwięczy przenikliwie wraz z początkiem
jakiejś imprezy sportowej w telewizji, zwłaszcza - z niewiadomych
powodów - podczas Turnieju Pięciu (obecnie Sześciu) Narodów w rugby.
Opowiedziałem to wszystko R., przepraszając jednocześnie za rozwlekłość
komentarza, świadczącą o niejakiej megalomanii. Odparł: "Twoje
rozważania na temat śmierci wydają się ZDROWE. Nie są tak świrowate jak
rozważania G. (nasz wspólny przyjaciel). Moje są bardzo, bardzo
świrowate. Zawsze byłem typem ZRÓB TO TERAZ. Lufa-strzelby-w-ustach.
Jest jednak ze mną o wiele lepiej, odkąd zjawiła się u mnie policja i skonfiskowała mi wielkokalibrową armatę, bo usłyszała, jak mówię o śmierci w Bezludnej wyspie. Teraz mam tylko wiatrówkę (należącą do
jego syna). Niedobrze. Nie ma mowy o wielkim bum. Tak więc RAZEM
DOTRWAMY DO STARCZEGO WIEKU".
Ludzie mówili niegdyś o śmierci z większą chęcią: nie o śmierci i życiu
pozagrobowym, ale o śmierci i unicestwieniu. W latach dwudziestych
Sibelius chadzał do restauracji Kämp w Helsinkach i przysiadał się do
tak zwanego cytrynowego stolika: cytryna to chiński symbol śmierci. Wraz
z pozostałymi biesiadnikami - malarzami, przemysłowcami, lekarzami i prawnikami - nie tylko mógł, ale wręcz miał obowiązek rozmawiać o śmierci. W Paryżu, kilkadziesiąt lat wcześniej, luźna grupa pisarzy w jadłodajni Magny - Flaubert, Turgieniew, Edmond de Goncourt, Daudet i Zola - omawiała wiadomą sprawę spokojnie i w przyjaznej atmosferze.
Wszyscy byli ateistami albo poważnymi agnostykami; bali się śmierci, ale
nie unikali tematu. "Ludzie tacy jak my - pisał Flaubert - powinni
wyznawać religię rozpaczy. Trzeba stawić czoło swemu przeznaczeniu,
innymi słowy, być obojętnym jak ono. Mówiąc: "Tak po prostu jest! Tak po
prostu jest!" i spoglądając w głąb czarnego dołu u swoich stóp,
zachowuje się spokój".
Nigdy nie chciałem poczuć metalicznego smaku lufy w ustach. W porównaniu
z czymś takim mój strach przed śmiercią plasuje się znacznie niżej, jest
rozsądny, praktyczny. Poza tym problem ze zgromadzeniem się przy jakimś
nowym stoliku cytrynowym czy w jadłodajni Magny w celu przedyskutowania
tematu polega na tym, że niektórzy z obecnych mogliby ulec pragnieniu
rywalizacji. Dlaczego śmiertelność miałaby stanowić gorszy powód do
męskich przechwałek niż samochody, dochody, kobiety, rozmiar kutasa?
"Nocne poty, krzyki... ha!... to dobre dla dzieci w wieku szkolnym.
Poczekaj, aż dojdziesz do..." I tak oto nasza osobista udręka może
okazać się nie tylko banalna, ale też pozbawiona odpowiedniej siły. MÓJ
STRACH PRZED ŚMIERCIĄ JEST WIĘKSZY NIŻ TWÓJ I POTRAFIĘ WZBUDZAĆ GO W SOBIE O WIELE CZĘŚCIEJ.
Byłby to wszakże jedyny wypadek, kiedy człowiek z radością przyjąłby
porażkę podczas sesji męskich przechwałek. Jedną z nielicznych pociech,
jakie daje świadomość śmierci, jest to, że zawsze - niemal zawsze -
znajdzie się ktoś w jeszcze gorszej niż my sytuacji. Nie chodzi w tym
wypadku o R., ale o naszego wspólnego przyjaciela G. Jest od
niepamiętnych czasów rekordzistą pośród tanatofobów - le réveil mortel
obudził go w wieku czterech lat (czterech! Ty draniu!). Owa świadomość
podziałała na niego tak głęboko, że spędził dzieciństwo w warunkach
wiecznego nieistnienia i straszliwej nieskończoności. Teraz, w wieku
dojrzałym, jest bardziej prześladowany przez myśl o śmierci niż ja,
także bardziej podatny na głębsze depresje. Istnieje dziewięć
podstawowych kryteriów określających Poważny Stan Depresyjny (od
Nastroju Depresyjnego przez Większość Dnia, poprzez Bezsenność i Poczucie Bezwartościowości, aż do Natarczywych Myśli o Śmierci i Natarczywych Wyobrażeń Samobójczych). Wykazywanie się jakimikolwiek
pięcioma w okresie dwutygodniowym wystarcza do zdiagnozowania depresji.
Mniej więcej dziesięć lat temu G. zgłosił się do szpitala, zdoławszy się
wykazać dziewięcioma na dziewięć. Opowiedział mi tę historię bez
jakichkolwiek pretensji do rywalizacji (już dawno przestałem z nim
rywalizować), choć z niejakim poczuciem posępnego triumfu.
Każdy tanatofob potrzebuje chwilowej pociechy, jaką daje myśl o osobniku
stanowiącym jeszcze skrajniejszy przypadek. Ja mam swojego G., on ma
Rachmaninowa, człowieka przerażonego zarówno śmiercią, jak i myślą, że
nie stanowi ona kresu życia; kompozytora, który motyw chorału Dies
irae wykorzystywał w swych dziełach częściej niż ktokolwiek inny;
kinomana, który bełkocząc coś niezrozumiale, uciekł z zaciemnionej sali
podczas początkowej sceny Frankensteina, rozgrywającej się na
cmentarzu. Rachmaninow zadziwiał swoich przyjaciół tylko wtedy, gdy nie
chciał mówić o śmierci. Typowy epizod: w roku 1915 odwiedził poetkę
Mariettę Szaginian i jej matkę. Najpierw poprosił tę drugą, by powróżyła
mu z kart w celu ustalenia (oczywiście), jak długo jeszcze będzie żył.
Następnie rozsiadł się i zaczął rozmawiać z jej córką na temat śmierci:
tekstem, który wybrał sobie tego dnia, było opowiadanie Arcybaszewa.
Obok stał półmisek z solonymi orzeszkami pistacjowymi. Rachmaninow zjadł
pełną garść, kontynuował rozważania o śmierci, przysunął sobie krzesło,
żeby być bliżej półmiska, znowu zjadł pełną garść i dalej mówił o śmierci. Nagle przerwał i wybuchnął śmiechem. "Te orzeszki sprawiły, że
mój strach gdzieś zniknął. Nie wiecie przypadkiem gdzie?" Ani poetka,
ani jej matka nie potrafiły odpowiedzieć na to pytanie; ale gdy
Rachmaninow wyjeżdżał z powrotem do Moskwy, dały mu przed podróżą cały
worek orzeszków, "żeby wyleczyć go ze strachu przed śmiercią".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki