Wprowadzenie. Przebudzenie nacji prokrascynatorów
WPROWADZENIE
PRZEBUDZENIE NACJI PROKRASTYNATORÓW
Czy ostatnim razem, kiedy miałeś do wyboru
schody zwykłe lub ruchome, wszedłeś na te pierwsze? Jeżeli jesteś
podobny do dziewięćdziesięciu pięciu procent ludzi na świecie,
prawdopodobnie tego nie zrobiłeś. Większość z nas tak postępuje,
przeważnie szukamy szybszej drogi. Wszyscy chcemy osiągnąć sukces i żyć
szczęśliwie, ale wciąż rozglądamy się za niemęczącym sposobem zdobycia
tego, czego pragniemy. Poszukujemy "ruchomych schodów" w nadziei, że
życie stanie się łatwiejsze. Niestety tymi dążeniami do ułatwiania sobie
sytuacji tak naprawdę ją pogarszamy.
Amerykanom wciąż się coś nie udaje. Z danych dotyczących zdrowia wynika,
że 66 procent dorosłych mieszkańców Stanów Zjednoczonych ma nadwagę, a 31 procent cierpi na otyłość. Do tego 41 procent małżeństw zawieranych
po raz pierwszy się rozwodzi, a w przypadku ponownego ożenku wskaźnik
ten wzrasta gwałtownie do 60 procent. Ponad 800 tysięcy Amerykanów
ogłosiło ostatnio upadłość niepowiązaną z prowadzeniem działalności
gospodarczej, a około 46,6 miliona pali papierosy.
Czy dotyczą cię któreś z tych problemów?
Mnie z pewnością, a także osób, które kocham. I choć niektórzy sami się
do tego przyczyniają, w przypadku wielu z nas to po prostu życie zeszło
z wcześniej obranego kursu. Ludzie ponoszą porażki. Nie według moich
kryteriów, lecz własnych.
W wielu kluczowych dziedzinach życia najzwyczajniej nie udaje nam się
niczego osiągnąć. Głównym powodem tych wszystkich trudności jest brak
pewnej cechy, która zanika we współczesnej kulturze: samodyscypliny.
Żyjemy w społeczeństwie pragnącym "szybkiego wzbogacenia", chcemy
"schudnąć natychmiast" lub od razu wyleczyć się z chorób, więc prosimy
lekarza o kolejną "magiczną pigułkę". Takie życie na skróty odbywa się
jednak pewnym kosztem, dużym i niedostrzegalnym.
Wydaje się nam, że dążenie do natychmiastowego zaspokojenia jest w porządku, a trudności zawsze można ominąć - tak zostaliśmy uwarunkowani.
Nie chcemy się niczego wyrzekać, wielu z nas nigdy nie musiało tego
robić. Ogromna większość zachodnich społeczeństw przyjęła mentalność
typową dla użytkowników ruchomych schodów - sposób myślenia, według
którego zdobywanie czegoś nie powinno wymagać zbyt wiele wysiłku, a w życiu i biznesie zawsze da się znaleźć drogę na skróty.
Problem jednak polega na tym, że takie nastawienie niszczy naszą pewność
siebie i paraliżuje wszelkie działania, dzięki którym naprawdę można
osiągnąć sukces.
Brak nam odpowiedzialności, ponieważ pozwalamy sobie nawzajem unikać
kary za zaciągnięte długi, pobłażanie sobie i odkładanie wszystkiego na
później. Chcemy mieć wszystko teraz i bez wysiłku, który pozwoli nam na
to zasłużyć. Oczekujemy podania deseru, zanim zdążymy zjeść obiad.
Niemal nigdy nie kończymy tego, co zaczynamy, a w każdym razie nie
wtedy, gdy nie jest to dla nas dogodne lub mocno zajmujące.
Na przykład istnieje spore ryzyko, że nie skończysz czytać tej książki.
Albo nie przeczytasz jej od deski do deski. Jeżeli jesteś podobny do
większości ludzi w dzisiejszym świecie, to pewnie nie przeczytałeś do
końca więcej niż pięć książek w życiu. Zdaniem jednego z największych
amerykańskich wydawców nie kończymy lektury w przypadku 95 procent
wszystkich kupionych przez siebie publikacji. A zatem gratuluję, jeśli
komuś udało się dojść do tego miejsca w mojej książce, gdyż 70 procent
wszystkich nabytych woluminów nigdy nie zostaje nawet otwartych!
Zamiast przeczytać powieść, sięgamy po streszczenia lektur. Zamiast
zmienić dietę, wolimy zaopatrzyć się w najnowszy wynalazek mający
zapewnić szczupłą sylwetkę. A zamiast zająć się planowaniem budżetu,
gramy na loterii lub korzystamy z kart kredytowych. Właściwie większość
z nas wyznaje sposób myślenia, w którym zadajemy sobie pytanie: "Po co
miałbym iść zwykłymi schodami, kiedy mogę pojechać ruchomymi?".
Szybkiej drogi poszukujemy niemal we wszystkim, co robimy. Jesteśmy w ten sposób zaprogramowani, gdyż ideę drogi na skróty wciska nam do głowy
niemal każdy środek masowego przekazu na świecie. Oglądamy reklamy w czasopismach, w których mówi się nam, "jak schudnąć, poświęcając temu
cztery minuty dziennie", i kupujemy książki, które obiecują sposób na
"przyciągnięcie sukcesu za pomocą myśli", aby nie trzeba było nawet
kiwnąć palcem.
Mamy teleturnieje, w których testuje się naszą zachłanność, dając
uczestnikom możliwość wykołowania lub zdradzenia innego człowieka, by
zdobyć miliony lub stać się gwiazdą reality show. Sprzedaje się nam
pigułki, książki, gazety, płyty oraz różne inne wynalazki i gadżety,
które mają ułatwić życie we wszelkich dziedzinach, ponieważ - powiedzmy
to sobie wprost - łatwo stać się kolejną osobą poszukującą "sekretu".
Rozglądamy się za łatwą drogą - taką, na której wszystko przyjdzie do
nas samo, abyśmy nie musieli się ruszać z miejsca ani wysilać.
Podobały mi się niektóre z tych teleturniejów, sam próbowałem tych
magicznych pigułek i opowiadałem się za niektórymi ze wspomnianych
przekonań na temat sukcesu. Pewnego dnia obudziłem się jednak z wrażeniem, jakbym przeszedł pranie mózgu, ponieważ mój umysł zmienił się
niepostrzeżenie i zacząłem myśleć, że jakimś cudem mogę mieć to wszystko
bez dyscypliny, wyrzeczeń i ciężkiej pracy.
Problem w ciągłym poszukiwaniu drogi na skróty polega na tym, że
większość z nas nie zdobędzie pierwszego miejsca w programie Idol ani
też nie wygra na loterii lub w teleturnieju Grasz czy nie grasz. Ty
ani nikt z twoich znajomych raczej nie zostanie wielką gwiazdą
Hollywoodu, koszykówki czy mistrzem olimpijskim. A zatem choć istnieją
wspaniałe sztuczki i opowieści o wielkich osiągnięciach, to pomysł, by
postawić na "natychmiastowy sukces", nie wydaje się rozsądnym planem na
życie. Nie zamierzam pozostawić swojego życiowego sukcesu przypadkowi. A ty?
Mimo że istnieje wiele dobrze opracowanych przekazów marketingowych,
przepis na sukces nie stanowi sekretu. W naszym świecie nadmiaru
zapomnieliśmy jednak o nim dawno temu - wydaje się tak oczywisty, że
stał się nieuchwytny. Jedyny gwarantowany przepis na to, by osiągnąć
powodzenie we wszystkim, w czym tylko chcemy, jest taki sam jak zawsze.
W domu, w którym dorastałem, zawsze wpajano mi potrzebę wielkich
osiągnięć, a mama i brat wciąż powtarzali: "Ror, pewnego dnia staniesz
się dorosły i wszystko ci się uda!". Pragnąłem sukcesu, a więc zacząłem
się o nim uczyć. Zrobiłem dyplom z zarządzania i przywództwa, ukończyłem
magisterskie studia menadżerskie. Podczas studiów tak się zdarzyło, że
zostałem uczestnikiem jednego z najbardziej intensywnych programów
szkoleniowych na świecie, przeznaczonego dla młodych ludzi, a zorganizowanego przez firmę Southwestern.
Niemal nigdy nie kończymy tego, co zaczynamy, a przynajmniej nie wtedy,
gdy nie jest to dla nas dogodne lub mocno zajmujące.
W tej firmie nauczono mnie prawdziwych zasad prowadzenia biznesu i osiągania powodzenia w życiu osobistym. Reguły te pozwoliły Southwestern
stworzyć w ciągu 150 lat całą grupę przedsiębiorstw oraz wyszkolić setki
ludzi, którzy stali się największymi liderami na świecie. W Southwestern
panowała atmosfera sukcesu i nie tylko zapoznałem się tam z zasadami
życiowymi, ale też zyskałem podstawę, na której stworzyłem, będąc
jeszcze na studiach, własną firmę wartą pół miliona dolarów. Wtedy
właśnie zainteresowałem się czynnikami, które sprawiają, że coś się nam
w życiu udaje.
Zacząłem się spotykać i rozmawiać z ludźmi sukcesu pochodzącymi z najróżniejszych środowisk. Przeczytałem dziesiątki książek polecanych
przez najbardziej znane tego typu osoby na świecie. Wydałem tysiące
dolarów na różnego rodzaju kursy i spędziłem niezliczone godziny na
rozmyślaniach dotyczących wciąż powracającego pytania: "Co sprawia, że
ludzie osiągają sukcesy?".
Później stałem się nawet współzałożycielem pewnej wartej wiele milionów
dolarów firmy prowadzącej szkolenia, zwanej Southwestern Consulting,
która organizuje duże konferencje motywacyjne. W naszych kursach biorą
udział dziesiątki tysięcy ludzi sukcesu. Doradzamy setkom najlepszych
handlowców i przedsiębiorców w Stanach Zjednoczonych. Wygłaszam obecnie
przemówienia inauguracyjne na imprezach firmowych dla największych
organizacji na świecie i wiem, że istnieje jedna sprawa, wspólna dla
wszystkich, którym się wiedzie: ludzie sukcesu musieli robić to, na co
nie mieli ochoty, aby dotrzeć tam, gdzie teraz się znajdują.
Osiąganie sukcesu nie jest łatwe. Nie zdarza się z dnia na dzień i nie
wydaje się czymś zwyczajnym. Dlatego też wymaga to od nas robienia
rzeczy trudnych, którymi ludzie przeważnie się nie zajmują. Aby nam się
powiodło, musimy rozwinąć samodyscyplinę i zmusić się do wykonywania
czynności, na które nie mamy ochoty. Innymi słowy, sukces polega nie na
tym, żeby pojechać ruchomymi schodami, lecz na tym, by skorzystać ze
zwykłych schodów.
Ludzi sukcesu cechuje samodyscyplina, która powoduje, że zajmują się
tym, czym nie chce im się zajmować. Robią to, czego nie lubią robić,
nawet gdy nie mają na to ochoty. Dyscyplina jest niezbędna, jeśli
chcemy zyskać wpływ na swój sukces, ponieważ wymaga on przeważnie
działań, do których zwykle nam się nie pali. Ale przynoszę też dobrą
wiadomość...
Zajmowanie się tym, na co nie mamy ochoty, nie jest takie trudne, jak
nam się wydaje, gdy wiemy, jak myśleć właściwie. Nie chodzi o to, że
ludziom sukcesu łatwiej przychodzi robienie tego, czego większość osób
nie lubi, lecz raczej o to, że inaczej do tego podchodzą. Ta książka
pokazuje, w jaki sposób przyjąć mentalność ludzi sukcesu, aby postępować
tak jak oni i otrzymać to samo, co im udało się osiągnąć.
Nie zamierzam pozostawić swojego życiowego sukcesu przypadkowi. A ty?
Co chciałbyś mieć, gdybyś mógł zdobyć wszystko? A gdybyś mógł to dostać
tylko dzięki temu, że nauczysz się zmieniać swój sposób myślenia? No
cóż, to całkiem możliwe.
Wchodź po schodach to książka o samodyscyplinie - zdolności
podejmowania działań bez względu na nasz aktualny stan emocjonalny,
finansowy lub fizyczny. Nie chodzi w niej o to, by robić wszystko w sposób najtrudniejszy z możliwych, ale by tymi najtrudniejszymi sprawami
zająć się tak szybko, jak to możliwe, aby dotrzeć w życiu wszędzie,
dokąd tylko chcemy, tak prędko, jak się da.
Wyobraź sobie, co mógłbyś osiągnąć, gdybyś umiał doprowadzić do końca
wszystkie swoje zamiary bez względu na to, co się dzieje. Pomyśl, że
mówisz swojemu ciału: "Masz nadwagę. Zrzuć dziesięć kilogramów (lub
więcej)". Bez twardej samodyscypliny nie da się zrealizować takiego
zamierzenia. Kiedy jednak dostatecznie ją w sobie wzmocnisz - sprawa
załatwiona.
Największą korzyścią wynikającą z samodyscypliny jest to, że kiedy
decydujesz się świadomie na jakieś działanie i jeszcze przed
rozpoczęciem swojego przedsięwzięcia wiesz, że sukces masz praktycznie
zapewniony, wtedy zrealizujesz swoje postanowienie. Obalisz powszechne
błędne przekonanie, że samodyscyplina to coś trudnego, gdyż jest ona
niełatwa tylko przez krótki czas. Natomiast to, co tymczasowo wydaje się
łatwe, staje się trudniejsze na dłuższą metę, ponieważ zwlekanie i pobłażanie sobie to nic innego jak wierzyciele pobierający od nas
odsetki.
Dzięki samodyscyplinie pokonasz wszelkie uzależnienia i stracisz każdą
liczbę zbędnych kilogramów. Pomoże ci ona pozbyć się prokrastynacji
(ciągłego zwlekania z załatwianiem różnych spraw), nieporządku,
rozproszenia i niewiedzy. Może także zmienić bieg kariery, finansową
przyszłość oraz w ogóle tok naszej dalszej egzystencji.
O tym właśnie jest ta książka - o podejmowaniu lepszych decyzji, by
wzmocnić samodyscyplinę i podnieść jakość życia. Przedstawiony w niej
sposób myślenia może być pierwszym krokiem do uwolnienia drzemiącego w nas potencjału, drogą do osiągnięcia wszystkiego, czego pragnie nasze
serce.
Na tle wszelkich innych zalet samodyscyplina wydaje się cechą
szczególną, która gwarantuje większe powodzenie, wspanialsze dokonania i szczęście przynoszące więcej satysfakcji. Z tysiąca różnych zasad
osiągania sukcesu, opracowywanych od lat, ta jedna właściwość czy też
praktyka bardziej niż cokolwiek innego zapewni nam w życiu niesamowite
osiągnięcia.
Samodyscyplina to nawyk, praktyka, filozofia oraz sposób życia. A to, co
nazywam "chodzeniem po schodach", to rodzaj nastawienia; nie chodzi
tutaj jednak o żadne stopnie. Być może ktoś nie będzie w stanie
fizycznie wejść na jakieś głupie schody - ale każdy może zacząć
dokonywać bardziej zdyscyplinowanych wyborów.
We współczesnej kulturze coraz rzadziej mamy jednak do czynienia z samodyscypliną. Nasi przyjaciele, rodziny oraz firmy przegrywają z powodu rozproszenia, pokus, kreatywnego unikania, pobłażania sobie,
apatii oraz odkładania spraw na później, ponieważ zostaliśmy tak
uwarunkowani, iż wydaje się nam, że zasługujemy na natychmiastową
satysfakcję, a rząd lub jakaś inna instytucja wyciągną nas z kłopotów,
kiedy tylko będzie trzeba.
Ludzie sukcesu musieli robić to, na co nie mieli ochoty, aby dotrzeć
tam, gdzie teraz się znajdują.
Jesteśmy słabi, otyli i zepsuci. Niestety staliśmy się narodem grającym
na zwłokę - a przynajmniej dotyczy to Amerykanów - prawdziwą nacją
prokrastynatorów.
Ukryte koszty "łatwej drogi"
Badania, które objęły 10 tysięcy amerykańskich pracowników, wykazały, że
każdy zatrudniony marnuje średnio 2,09 godziny dziennie na sprawy
niezwiązane z obowiązkami zawodowymi, do czego zresztą sam się
przyznaje. Gdy weźmiemy pod uwagę średnie roczne zarobki pracownika
wynoszące 39 795 dolarów, wtedy taka prokrastynacja kosztuje pracodawców
10 394 dolary rocznie w przypadku każdego zatrudnionego!
Niewielka firma składająca się z około stu osób może zatem stracić na
wydajności aż milion dolarów rocznie z powodu zwłoki w wypełnianiu
obowiązków. A najbardziej przerażające wydaje się to, że ten problem
jest tak wszechobecny, iż prawie zupełnie się go nie dostrzega. To samo
dzieje się w naszym życiu!
Większość z nas nie dokonuje zdyscyplinowanych wyborów, a zatem coraz
oporniej nam zauważyć, że postępujemy nieskutecznie. Trudno dostrzec, że
mamy 5 tysięcy dolarów długu, kiedy słyszymy o ludziach bankrutujących z powodu nadmiernego wydawania dużo większych sum pieniędzy, sięgających
setek tysięcy. Nasze pięć kilo zbędnego tłuszczu tak bardzo nie razi,
gdy stoimy obok osób z piętnastoma kilogramami nadwagi. I tak właściwie,
dlaczego nie powinniśmy się rozwodzić, skoro robi to 50 procent innych
małżeństw?
Wydaje się, jakby wielu z nas zamykało oczy na problemy, na które mamy
bezpośredni wpływ. Często nie zwracamy nawet na nie uwagi, gdyż
jesteśmy zbyt zajęci swoimi iPodami, e-mailami lub esemesami. Te
rozrywki przynoszą nam chwilowe ukojenie, ale na dłuższą metę jedynie
pogarszają sytuację. Jak się okazuje, rozpraszanie uwagi to groźny i zwodniczy sabotażysta, utrudniający nam osiąganie wyznaczonych celów.
Zastanów się nad tym. Zauważyłeś, że sale do ćwiczeń świecą pustkami, a w miejscach, gdzie podaje się jedzenie, panuje tłok? Czy większość ludzi
wokół ciebie płaci gotówką czy raczej kartą kredytową? A czy w programach telewizyjnych wysławia się poświęcenie, dyscyplinę oraz
ciężką pracę, czy może nagłaśnia sprawy związane z pokusami, tragediami
i chciwością? Prawdę mówiąc, sam tego wcześniej nie zauważałem... aż
pewnego dnia zobaczyłem pustą klatkę schodową i zapchane po brzegi
ruchome schody.
Zwlekanie i pobłażanie sobie to nic innego jak wierzyciele pobierający
od nas odsetki.
Dopóki nie uświadomimy sobie tego niszczycielskiego trendu, nie
przestaniemy szukać dróg na skróty. Niewiele jest takich prawdziwych
skrótów, które rzeczywiście coś ułatwiają. Zazwyczaj to tylko złudne i tymczasowe fasady. A wielu z nas się na nie nabiera.
W popularnej książce Sekret, oraz opartym na niej filmie, naucza się
nas, że tworzymy swoje życie każdą myślą, każdego dnia i w każdej
chwili. To prawda, wierzę w tę koncepcję i praktykuję ją codziennie, ale
jeśli nie ruszymy tyłka i nie weźmiemy się do roboty, nic nie
osiągniemy. Prawdziwa tajemnica sukcesu ma więcej wspólnego z działaniem niż przyciąganiem. Tyle że nie mówi się o tym tak dużo,
gdyż to nie sprzedaje się równie dobrze.
Książka Timothy'ego Ferrissa 4-godzinny tydzień pracy promuje styl
życia sprawiający wrażenie zabawy, tyle że nie zwracamy uwagi na to, że
jest on dostępny jedynie dla tych, którzy najpierw harowali jak wół,
żeby móc sobie to wszystko w ten sposób zorganizować. Również opowiadam
się za taką koncepcją i wiele skorzystałem z fascynującego dzieła tego
autora. Nie spotkałem jednak dotąd żadnego człowieka sukcesu, który nie
wypracowałby sobie swojego wymarzonego trybu życia bez płacenia za to
pewnej ceny, bez poświęcenia i samodyscypliny - włączając w to samego
wspaniałego Tima Ferrissa, z tego, co o nim wiem.
Spytajmy o to któregoś z olimpijczyków. Przeczytajmy autobiografię
Michaela Jordana. Posłuchajmy, co mówi Peyton Manning o sekretach
swojego treningu. Ci ludzie przypisują własne sukcesy bardziej
samodyscyplinie, zmuszającej ich do cięższej pracy i większego wysiłku,
niż wrodzonym talentom. Jasne, że osoby, które mają wielkie osiągnięcia
w jakichś dziedzinach, bywają obdarzone naturalnymi zdolnościami i z pewnością odpowiedni czas i szczęście również odgrywają tu pewną rolę.
Ale tak jak Malcolm Gladwell przedstawił w swojej książce Outliers,
nic nie zastąpi ciężkiej pracy - a dokładnie mówiąc: 10 tysięcy godzin
poświęconych na nią!
Czy masz jakieś wrodzone talenty? Pasje, z którymi przyszedłeś na świat?
Z pewnością tak. Rodzi się tylko pytanie: czy je wykorzystujesz?
Większość z nas zgodziłaby się - przynajmniej w żartach - że warto
byłoby bardziej rozwijać samodyscyplinę. Często wiemy, co powinniśmy
robić, i nawet zamierzamy się tym zająć, ale tak naprawdę nigdy się do
tego nie zabieramy. Nie dlatego, że jesteśmy złymi ludźmi lub inni są
bardziej uzdolnieni od nas, mają więcej dogodnych okazji lub talentów;
dzieje się tak, gdyż nikt nas nigdy nie nauczył, jak myśleć o ciężkiej
pracy. Ta książka nam to wyjaśni. Nie tylko wzmocni naszą motywację,
lecz także zmieni nastawienie.
Po jej przeczytaniu będziesz wiedzieć, co odróżnia ludzi o najwyższej
wydajności od średnio produktywnych. Zrozumiesz, w jaki sposób twoje
podejście utrudnia ci skuteczną pracę, postęp oraz wprowadzanie zmian.
Dowiesz się nawet, dlaczego twoje najszczersze noworoczne postanowienia
nigdy nie zostają zrealizowane.
Czemu więc nie postępujemy tak, jak powinniśmy? Może dlatego, że
wszystko toczy się szybko. Jesteśmy zaganiani i pędzimy setki kilometrów
na godzinę w tysiącach różnych kierunków. A w tym zgiełku różnych
rozpraszających spraw czas łatwo przepływa niezauważony.
Nasza niechęć do podejmowania działania w prywatnym życiu może się nie
wydawać jakimś globalnym problemem. Kiedy jednak nawyk odkładania
wszystkiego na później zatacza coraz szersze kręgi, obejmując domy,
szkoły, całe społeczeństwo i kulturę, wtedy naród zmienia się w zbiorowisko ludzi niechętnie podejmujących trudne wyzwania i szukających
natychmiastowego zadowolenia zamiast prawdziwego rozwoju i zmiany -
stajemy się prawdziwą nacją prokrastynatorów.
Rozpraszanie uwagi to groźny i zwodniczy sabotażysta, utrudniający nam
osiąganie wyznaczonych celów.
Nie jest to jednak książka o rozwiązywaniu światowych problemów, lecz o tym, jak pomóc ludziom w pokonywaniu osobistych trudności. To poradnik,
który pomoże ci zająć się tym, o czym myślisz, mówisz i marzysz. Jesteś
w stanie zarządzać swoimi finansami. Masz wpływ na swój wygląd.
Posiadasz moc spełniania pragnień. Kierujesz własnymi myślami. Jesteś
odpowiedzialny za rezultaty, jakie osiągasz. Pora odrzucić zasłonę
apatii oraz pragnienie obwiniania innych i zacząć rozwijać w sobie chęć
prawdziwej zmiany swojego postępowania.
Tak jak w przypadku wielu ważnych lekcji, jakie w życiu dostałem,
zobowiązań nauczyłem się dotrzymywać na własnych błędach, i to w pewnej
absurdalnej sytuacji.
Zobowiązanie doprowadzone do absurdu
Kiedy byłem mały, zapominałem zamykać drzwi na klucz. Mniej więcej raz w tygodniu wychodziłem do szkoły podstawowej Lafayette, nie zamknąwszy za
sobą frontowych drzwi naszego domu. A ponieważ wychowywała mnie samotna
matka, która wczesnym rankiem spieszyła do pracy, a mój brat Randy
wychodził kilka godzin przede mną, do mnie należało codzienne staranne
przekręcanie klucza w zamku.
Matka dowiadywała się o mojej upartej skłonności do zapominania, gdy
wpadała czasem z pracy do domu na lunch i stwierdzała, że drzwi nie są
zamknięte. Poza tym brat wracał codziennie ze szkoły około pół godziny
przede mną i też od czasu do czasu przekonywał się, że znowu zapomniałem
użyć klucza.
Zarówno on, jak i matka wiele razy próbowali mi tłumaczyć, jak ważne
jest zamykanie drzwi i czym grozi zostawienie ich otwartych. Za każdym
razem zapewniałem, że wszystko rozumiem i od teraz mogą już na mnie
liczyć. Zaczynałem od mocnego postanowienia, lecz potem z jakiegoś
powodu znowu zapominałem o swoim zobowiązaniu - popadałem w nawyk dobrze
znany każdemu, kto kiedykolwiek porzucił swoje noworoczne przyrzeczenia...
O tym, dlaczego tak się dzieje, napiszę więcej później.
I wtedy to się stało. Pewnego dnia znowu wyszedłem z domu ostatni, ale
wróciłem pierwszy, bo mój brat po szkole poszedł do kolegi. Nigdy nie
zapomnę strachu, jaki ścisnął mnie za gardło, gdy zbliżyłem się do domu
i ujrzałem drzwi wejściowe szeroko otwarte. Wszedłem ukradkiem do salonu
i zobaczyłem, że został splądrowany. Kanapa była otwarta, poduszki
porozrzucane, a telewizor zniknął! Słone łzy zaczęły spływać mi po
twarzy.
Zastanawiałem się gorączkowo: "Czy zamknąłem drzwi na klucz? Co się
stało? Czy ktoś obcy przebywa w domu? To wszystko moja wina! Mama się na
mnie wścieknie. Czy jest na to jakieś inne wytłumaczenie?".
Nie wiedząc, co właściwie zaszło, powoli wszedłem na palcach do swojego
pokoju. Telewizor, odtwarzacz wideo i konsola do gier - wszystko
wyparowało! Zostaliśmy obrabowani! Rzuciłem torbę i wybiegłem za drzwi.
Serce mi waliło, łzy lały się strumieniami, a kolana drżały. Pobiegłem
do domu sąsiadów i zadzwoniłem do matki.
Kilka minut później na podjeździe zatrzymał się jej samochód. Pamiętam
dziwne doznanie, jakby połączenie poczucia bezpieczeństwa z silnym
lękiem przed konsekwencjami, których się spodziewałem.
Kiedy matka zaparkowała auto, wybiegłem z domu i wpadłem z płaczem w jej
ramiona, wołając: "Przepraszam, przepraszam, mamo!". Na jej twarzy
pojawił się ciepły, lecz zagadkowy uśmiech. A chwilę później za jej
samochodem zatrzymała się furgonetka załadowana meblami i sprzętem
elektronicznym. W tym momencie uświadomiłem sobie, kto obrabował dom -
moja matka!
Nadal płakałem, tym razem z frustracji i złości pomieszanych z pewną
ulgą, że zostaliśmy ograbieni tylko przez mamę podczas jej przerwy na
lunch. Kiedy się uspokoiłem, wyjaśniła mi, dlaczego to zrobiła: żeby
mnie czegoś nauczyć, dla mojego własnego oraz naszej rodziny dobra
pokazać mi, jak ważne jest zamykanie drzwi na klucz.
Po tym, jak odczułem na sobie "konsekwencje" własnych działań, nigdy
więcej nie opuściłem już swojego ani też czyjegoś domu bez dwu- lub
trzykrotnego sprawdzenia, czy przekręciłem klucz w zamku. Mimo że
nauczka, jaką dostałem, okazała się bolesna, to jednak podziałała. Moja
mama była gotowa wejść na poziom absurdu, abym tylko się czegoś
nauczył. Czy ciebie też na to stać? Jak bardzo się angażujesz w zmienianie własnego życia na lepsze? Co jesteś w stanie się temu
poświęcić?
W punkcie życia, w jakim się znajdujemy, w sposobie, w jaki wszystko
dzieje się w naszym świecie, oraz w tym, co potrzebne do poprawy
sytuacji - musimy być gotowi wejść na poziom niedorzeczności. Dlatego
właśnie jakiś czas temu postanowiłem chodzić wszędzie po schodach,
zamiast jeździć schodami ruchomymi. Gest zaledwie symboliczny, ale
ludzie wokół mnie to zauważyli; rozumieją powody tej mojej codziennej
praktyki i postanowili mnie naśladować, traktując to jako wyraz ich
wewnętrznego zobowiązania, by wieść bardziej zdyscyplinowane życie.
Choć w życiu rodzinnym oraz na treningach sztuk walki nauczyłem się
nieco samodyscypliny, to niewątpliwie udoskonaliłem ją najbardziej,
kiedy pracowałem jako sprzedawca dla Southwestern. Od stu pięćdziesięciu
lat firma ta słynie z "kształtowania charakterów młodych ludzi", bo uczy
osoby w wieku studenckim prowadzenia własnego biznesu. W ramach
organizowanego przez nią letniego programu studenci sprzedają po domach
materiały edukacyjne dla dzieci, zwane Southwestern Advantage.
W okresie studiów każdego lata wyjeżdżałem ze swojego małego rodzinnego
miasteczka Frederick w stanie Kolorado do Nashville w Tennessee na
intensywne tygodniowe szkolenie dla sprzedawców, a potem udawałem się do
jakiegoś miasta daleko od domu i pracowałem po czternaście godzin
dziennie, sześć dni w tygodniu dla jak najlepszego zysku. Od 1855 roku
do dziś około trzech tysięcy studentów rocznie pracuje tak latem, biorąc
udział w programie firmy Southwestern, który ma na celu zmianę tego,
czego uczą się w domu, poprzez danie im dostępu do markowego systemu
gwarantującego sukces. To niewątpliwie jeden z najtrudniejszych i najbardziej rygorystycznych, ale też wielce wzbogacających programów, w jakich może uczestniczyć młody człowiek.
Zdumiewające jest to, że przeciętny początkujący sprzedawca, biorący
udział w tym projekcie, osiągał pod koniec lata zysk brutto w wysokości
około 8,5 tysiąca dolarów, a najlepsi studenci zarabiali zazwyczaj
dobrze ponad 50 tysięcy dolarów w ciągu jednego lata. Dwaj z moich
partnerów biznesowych, Dustin Hillis oraz Dave Brown, pewnego roku
pobili rekord firmy, bo zarobili po niemal 100 tysięcy dolarów pomiędzy
majem a sierpniem, wciąż będąc na studiach!
Choć moja kariera sprzedawcy była dość udana i podczas wakacyjnych
wyjazdów zarobiłem w sumie ponad 250 tysięcy dolarów, to byłem
powszechnie znany bardziej jako chłopak, który zwerbował do chodzenia po
domach całe zastępy ochotników, ponieważ w ciągu trzech lat namówiłem do
udziału w programie aż pięćdziesięciu siedmiu studentów.
Co ciekawe, wielu ludzi nie zdawało sobie sprawy, jak wielkie trudności
pokonałem.
Działo się to około godziny czternastej trzydzieści drugiego dnia
podczas pierwszego sezonu mojej letniej pracy. Przez cały ranek padało.
Od ósmej piętnaście nie wszedłem do żadnego domu i nic jeszcze nie
sprzedałem. Jakiś facet nakrzyczał na mnie i kazał mi wynosić się z jego
ganku, co wprawiło mnie w taki zamęt, że wkrótce zupełnie się zgubiłem.
Mapa prawie rozmiękła mi od deszczu, trząsłem się z zimna, a pęcherze na
pomarszczonych jak suszona śliwka stopach spowalniały dalszą wędrówkę.
Nie wiedziałem, gdzie jestem, byłem wyczerpany psychicznie i przygnębiony, usiadłem więc na krawężniku. Nigdy nie zapomnę, jak
wpatrywałem się w swoją narysowaną odręcznie mapę, na której słowa
"Buckingham Lane" oraz "Coral Court" zlewały się ze sobą pod wpływem
strumieni moich łez.
Co ja tu robię? - zastanawiałem się. Dlaczego siedzę na krawężniku w Montgomery w stanie Alabama? Co mnie skłoniło, żeby się w to wplątać?
Czy to się dzieje naprawdę? Jakim cudem przetrwam następne
dziewięćdziesiąt podobnych dni?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki