Wstęp, który warto przeczytać, nawet jeśli zazwyczaj pomijasz wstępy_ Diabeł wcielony
Nigdy nie wyobrażaj sobie, że nie jesteś taką, jaką cię inni widzą, i że taka, jaką byłaś lub mogłaś być, byłaś albo mogłaś być widziana przez innych, gdyż inaczej inni widzieliby cię inaczej1.
- Lewis Carroll, Przygody Alicji w Krainie Czarów
"Dan, nie mogę uwierzyć, że stałeś się kimś takim. Kiedy zrobiłeś się taki chciwy? Jak mogłeś aż tak się zmienić?"
Rozpoznałem podpis pod e-mailem. To była Sharon - kobieta, którą poznałem kilka lat wcześniej, gdy poprosiła mnie o pomoc w przygotowaniu firmowego szkolenia na temat zmiany zachowań. Poświęciłem wtedy trzy godziny (nieodpłatnie), aby pomóc jej wzbogacić opracowaną prezentację. Po szkoleniu zadzwoniła do mnie, żeby mi podziękować, i na tym nasz kontakt się zakończył - do lipca 2020 roku, kiedy otrzymałem od niej tę dziwną, zagadkową wiadomość.
Odpisałem natychmiast: "Co dokładnie masz na myśli?"
Jej odpowiedź zawierała kilka linków internetowych, a kiedy w nie kliknąłem, wyruszyłem w jedną z najbardziej bolesnych i niepokojących, ale też fascynujących podróży w swoim życiu. Czułem się tak, jakbym dotarł do skraju znanej sobie rzeczywistości i uchylił zasłony oddzielającej ją od innego, równoległego świata, w którym człowiek mający moją twarz, mój głos oraz moje imię i nazwisko dopuszczał się niecnych czynów zagrażających całej ludzkości - i robił to już od jakiegoś czasu. To było niczym pierwsza scena w powieści fantastycznonaukowej. Odnośniki, które wysłała mi Sharon, prowadziły do licznych stron internetowych, na których przedstawiono mnie jako "głównego inżyniera świadomości" i "współautora oszustwa COVID-19", a także jednego z przywódców tak zwanego spisku Agenda 21. W owym równoległym uniwersum ja i moi przyjaciele iluminaci działaliśmy w zmowie z Billem Gatesem. Wspólnie opracowaliśmy szatański plan wstrzykiwania kobietom szczepionki wywołującej bezpłodność, aby doprowadzić do spadku liczby ludności świata. Stworzyliśmy również międzynarodowy system paszportów covidowych, który umożliwił potężnym złoczyńcom (czyli Billowi Gatesowi oraz iluminatom, do których jakoby należałem) nieustanne śledzenie wszystkich ludzi na Ziemi. Wielu internautów posunęło się jeszcze dalej i twierdziło, że współpracowałem z rządami różnych państw, aby kontrolować ich obywateli i niepostrzeżenie nimi manipulować.
Nie wiedziałem, co o tym myśleć. W pewnej chwili zacząłem się uśmiechać pod nosem. Przecież te zarzuty były absurdalne i (aby rozwiać twoje ewentualne wątpliwości) całkowicie fałszywe. Moje związki z Billem Gatesem ograniczały się do krótkiej współpracy z Bill and Melinda Gates Foundation, dotyczącej pomocy żywnościowej dla małych dzieci w Afryce kilka lat wcześniej. Nigdy, rzecz jasna, nie wstąpiłem w szeregi iluminatów (a gdybym nawet chciał, to nie miałbym pojęcia, jak to zrobić). Szczepionka przeciw COVID-19 nie została jeszcze zatwierdzona, a ja nie odgrywałem żadnej roli w pracach nad jej stworzeniem. A jeśli chodzi o doradzanie rządom państw, to rzeczywiście się tym zajmowałem, lecz ograniczało się to do takich kwestii, jak zachęcanie obywateli do przestrzegania restrykcji pandemicznych i noszenia maseczek; efektywne dystrybuowanie pomocy finansowej; zwiększanie motywacji uczniów i pedagogów; oraz przeciwdziałanie przemocy domowej. Uważałem się za kogoś, kto niestrudzenie pracuje na rzecz poprawy sytuacji, tymczasem w owym dziwnym świecie wiele osób porównywało mnie do Josepha Goebbelsa, prawej ręki Hitlera i głównego propagandysty nazistów. Czy to mógł być jedynie kiepski żart? A może jakieś dziwaczne nieporozumienie? Z pewnością nikt nie bierze tego na serio - myślałem.
Kiedy jednak klikając w kolejne linki, zapuściłem się głębiej w czeluści internetu, okazało się, że wielu ludzi traktowało te informacje bardzo poważnie. Pod wpisami na mój temat widniały tysiące komentarzy. Mój "zły brat bliźniak" występował w niechlujnie zmontowanych wideoklipach - niekiedy w nazistowskim mundurze, zawsze pełen niecnych intencji. Uczestnicy internetowych wideokonferencji dyskutowali o moim podłym charakterze i nikczemnych motywach. Niektórzy wzywali do przeprowadzenia "procesów norymberskich 2.0". Chcieli, aby uznano mnie za winnego i skazano na publiczną egzekucję.
Po kilku godzinach czytania postów internetowych i oglądania filmów nie było mi już do śmiechu. Przeciwnie - czułem się zraniony i zdezorientowany, zwłaszcza gdy nieco później odkryłem, że wśród ludzi, którzy uwierzyli w te kłamstwa, byli nie tylko nieznajomi, lecz także osoby, które wcześniej czytały i ceniły moje prace, a nawet takie, które od lat znały mnie osobiście. Jak to możliwe, że wszyscy ci ludzie tak bardzo się pomylili? Gdybym tylko mógł z nimi porozmawiać - myślałem - z pewnością uświadomiliby sobie swój błąd i to szaleństwo od razu by się skończyło. Może nawet doczekałbym się przeprosin.
Zauważyłem, że jedna z najbardziej aktywnych uczestniczek tych dyskusji, Sara, podała w internecie numer swojego telefonu. To ona głośno się domagała, by postawiono mnie przed sądem. Była pewna, że kiedy moje zbrodnie przeciw ludzkości zostaną podane do publicznej wiadomości, stanę się pierwszym, który zawiśnie ku uciesze wiwatującego tłumu. Postanowiłem do niej zadzwonić i wyjaśnić to nieporozumienie. Co mogło się tu nie udać?
Jak się okazało - wszystko. Sprawy nie potoczyły się pomyślnie - z przyczyn, które chyba są oczywiste dla każdego, kto poświęcił choćby kilka minut na zastanowienie się, czy można kogokolwiek przekonać, aby zmienił zdanie, gdy dzwoni się do tego kogoś tak ni stąd, ni zowąd, z zaskoczenia. Rzecz w tym, że ja wtedy w ogóle nie myślałem. Czułem się głęboko urażony i działałem pod wpływem emocji. Przedstawiłem się i powiedziałem Sarze, że chciałbym wyjaśnić wszelkie nieporozumienia i że chętnie odpowiem na jej pytania. Pierwszy zestaw pytań bardzo mnie zaskoczył. Sara zapytała, co myślę o tym, co się teraz dzieje. Kiedy zacząłem mówić o pandemii COVID-19, natychmiast mi przerwała.
- Nie, nie, chodzi mi o pańską wiedzę o tym, jak COVID wpisuje się w Agendę 21 i plany globalistów.
- Nawet nie wiem, co to jest Agenda 21 - odparłem - i nie jestem pewny, których globalistów ma pani na myśli.
- Niech pan nie udaje niewiniątka - powiedziała - dobrze wiem, kim pan jest i czym się pan zajmuje.
Potem zmieniła temat i chciała się dowiedzieć, jakie projekty realizowałem wspólnie z rządami różnych państw. W tamtych czasach pracowałem dość intensywnie nad projektami związanymi z pandemią COVID-19 wraz z rządem Izraela, a także - w mniejszym zakresie - z rządami Wielkiej Brytanii, Holandii i Brazylii. Pod gradem natarczywych pytań Sary czułem się jak oskarżony przesłuchiwany w sądzie przez prokuratora. Wyjaśniłem jej, że przede wszystkim staram się nakłonić policję, aby zachęcała ludzi do noszenia maseczek i zachowywania dystansu społecznego, ale przy użyciu nagród, a nie kar finansowych. Pracowałem również nad poprawą skuteczności zdalnego nauczania i nad rządowymi programami pomocy finansowej dla przedsiębiorców, którzy musieli zamknąć swoje firmy.
Sara nie słuchała mnie nawet przez chwilę.
- A co pan powie o rozbijaniu rodzin przez zakazywanie wnukom spotkań z dziadkami? O działaniach wzmagających stres i poczucie osamotnienia, które powodują jeszcze więcej zgonów? O zmuszaniu dzieci do noszenia maseczek, co zmniejsza dopływ tlenu do mózgu?
Moje nieporadne próby zaprzeczenia wszystkim tym oskarżeniom nie przyniosły żadnego skutku.
- Czym pan uzasadni milionowe kwoty, które otrzymał pan za doradzanie rządom różnych państw? - naciskała.
W swej naiwności dostrzegłem w tym pytaniu promyk nadziei. Wszystkie poprzednie zarzuty były tak naciągane, że nie wiedziałem, jak się zabrać do ich obalenia. W języku hebrajskim istnieje powiedzenie: "Jak możesz udowodnić, że twoja siostra nie jest prostytutką, skoro nawet nie masz siostry?" Ale wynagrodzenie? Ten zarzut mogłem odeprzeć. Co prawda pomagam rządom wielu państw, ale traktuję to jako element swojej misji akademickiej i dlatego nigdy nie pobieram za to wynagrodzenia. Ponadto, tak jak wszyscy Amerykanie, co roku składam zeznanie podatkowe, w którym wskazuję wszystkie źródła moich dochodów.
- A gdybym pani pokazał swoje deklaracje podatkowe - zaproponowałem - i zobaczyłaby pani na własne oczy, że nie ma tam żadnych kwot wypłaconych przez jakikolwiek rząd? Czy zmieniłaby pani zdanie?
Mruknęła coś w odpowiedzi, a potem nagle zapytała, czy może opublikować nagranie naszej rozmowy w internecie. Byłem zaskoczony. Nie miałem pojęcia, że nagrywa to, o czym rozmawiamy (później się przekonałem, że ludzie z jej "branży" nagrywają wszystko).
- Nie, nie zgadzam się - powiedziałem.
- Czy pan coś ukrywa? - spytała zaczepnie.
- Nie, niczego nie ukrywam - odparłem. - Ale gdybym wiedział, że ta rozmowa ma publiczny charakter, to zupełnie inaczej bym się do niej przygotował.
Przerwałem, niepewny, co jeszcze mógłbym dodać. Rozmowa utknęła w martwym punkcie. W końcu, po kilku kolejnych nieudanych próbach, powiedziałem:
- Przykro mi, że nie udało nam się dojść do porozumienia - i się rozłączyłem.
Kilka minut później Sara opublikowała na Facebooku post, w którym napisała, że profesor Dan Ariely - "Profesor", jak mnie teraz nazywała - zadzwonił do niej, aby oczyścić się z zarzutów. Ale bez obaw - zapewniła swoich obserwujących - nie nabrała się na sztuczki Profesora i nie pozwoliła sobie wcisnąć żadnych kłamstw. Ta rozmowa - dodała Sara - dowiodła ponad wszelką wątpliwość, iż rządy zatrudniają takich ludzi, jak Profesor, tylko po to, aby z ich pomocą robić obywatelom pranie mózgu. Dlaczego miałyby potrzebować usług ludzi tego pokroju, gdyby to, z czym mamy do czynienia, było prawdziwą pandemią? Zakończyła swój wywód słowami:
"Profesor upierał się przy tym, że nie pobiera wynagrodzenia za swoje usługi, a nacisk, z jakim to powiedział, wzbudził we mnie podejrzenie, że pod powierzchnią dzieje się dużo więcej. Pewnego dnia to wszystko wyjdzie na jaw podczas jego publicznego procesu".
Rozmowa z Sarą bez wątpienia nie była szczególnie owocna. Jak wiadomo, niektórzy ludzie bardzo wolno się uczą, a ja najwyraźniej zaliczam się do tej grupy. Nawet po tym doświadczeniu nie przestałem próbować. Zarejestrowałem się w Telegramie - ulubionym serwisie społecznościowym moich przeciwników. Ta rosyjska aplikacja została zaprojektowana z myślą o ludziach nieufnych. Jej kod źródłowy jest publicznie dostępny, tak aby użytkownicy mieli pewność, że za ich plecami nie dzieje się nic podejrzanego. Telegram umożliwia nagrywanie i przesyłanie jednominutowych wideoklipów. Od razu zamieściłem serię nagrań, w których odpowiedziałem na lawinę zarzutów. Według moich krytyków byłem odpowiedzialny za kwarantanny. Za zmuszanie ludzi do noszenia maseczek, co skutkuje uszkodzeniem mózgu z powodu niedotlenienia. Ponosiłem winę za utratę podstawowych swobód obywatelskich, za szerzący się strach, za rozpad rodzin, za to, że dzieci nie mogą się widywać ze swoimi dziadkami, za samotność doskwierającą ludziom na całym świecie.
Punkt po punkcie, w racjonalny sposób wyjaśniłem, czym się zajmuję, a czego nie robię, kiedy współpracuję z rządami różnych państw. Przeciwdziałanie przemocy domowej - tak. Kwarantanny - nie. Motywowanie dzieci do nauki zdalnej - tak. Sianie paniki - nie. Przedstawiłem argumenty, które powinny rozwiać obawy dotyczące noszenia maseczek. Gdyby maseczki rzeczywiście ograniczały dopływ tlenu do mózgu, to czy od dawna nie powinniśmy obserwować zaburzeń poznawczych u chirurgów i dentystów? Wyraziłem żal z powodu poczucia osamotnienia, z jakim zmagało się wiele osób, a także z powodu negatywnych skutków siedzenia w domu, doświadczanych przez dzieci. Podkreśliłem przy tym, że nie zgadzam się ze wszystkimi działaniami podjętymi przez rządy państw w związku z pandemią, ale zwróciłem też uwagę, że często były to nader złożone decyzje, które pociągnęły za sobą zarówno koszty, jak i korzyści.
Każdy z zamieszczonych przeze mnie wideoklipów został zaatakowany w komentarzach i filmach zawierających dziesiątki nowych oskarżeń, które latały po ekranie mojego komputera niczym powiększający się rój rozjuszonych os. Nie mogłem za nimi nadążyć. Nie byłem wystarczająco szybki. Kiedy próbowałem je odgonić, wpadały w jeszcze większą wściekłość. Wkrótce miałem poczucie, że jestem sam przeciwko tysiącom, przy czym żadnemu z moich przeciwników nie zależało na nawiązaniu dialogu. Brali moje słowa i przeinaczali je w taki sposób, aby potwierdzały ich narrację. Rzucali coraz to nowe oskarżenia szybciej, niż mogłem je odeprzeć. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że zamieszczając w serwisie kolejne filmy, dostarczam coraz więcej materiału pozbawionym skrupułów fałszerzom. Poddałem się i usunąłem swoje nagrania, co zinterpretowano jako kolejny dowód słabości mojego charakteru i przyznanie się do winy. Wyrejestrowując się z Telegramu, pomyślałem, że racjonalna wymiana zdań z ludźmi, którzy bardzo chcą wierzyć w to, w co wierzą, i którzy czują tak silną nienawiść, okazuje się niemożliwa. Nienawiść nie ma nic wspólnego z rozmową.
Niedługo później te negatywne treści wyciekły z owego równoległego uniwersum i przeniknęły do mojego świata. Moje kanały w mediach społecznościowych zostały zalane nienawistnymi komentarzami. Ludzie ogłaszali, że palą moje książki. Dzwonili do moich partnerów biznesowych i oczerniali nie tylko mnie, lecz także moją rodzinę. Niemal codziennie grożono mi śmiercią.
Jeśli doświadczyłeś jakiejś formy hejtu w internecie albo w świecie rzeczywistym, jeśli byłeś przedstawiany w fałszywym, negatywnym świetle, to możesz sobie wyobrazić, jak się czułem - bezradny, na przemian wściekły i przerażony, ale przede wszystkim głęboko skrzywdzony. Lecz byłem także zaintrygowany. Dlaczego to spotkało właśnie mnie? W jaki sposób stałem się celem swoich prześladowców?
Bill Gates? Rozumiem - jest sławny i bogaty i prowadzi fundację, która działa w sferze zdrowia publicznego. Oczywiście samo to nie czyni z niego geniusza zła, ale można zrozumieć, dlaczego stał się celem takich ataków. Doktor Anthony Fauci? No cóż, wielokrotnie wygłaszał w telewizji niepopularne opinie na temat maseczek i lockdownów. To również nie czyni zeń geniusza zła, ale można zrozumieć, dlaczego ściągnął na siebie ostrą krytykę. Iluminaci? Jeżeli nawet rzeczywiście istnieją, to nikt tak naprawdę nie wie, kim są, a co za tym idzie - stanowią wdzięczny temat teorii spiskowych. Ale co w tym gronie robi umiarkowanie popularny psycholog, który napisał kilka książek na temat ludzkiej irracjonalności? Nie mogłem pojąć, w jaki sposób znalazłem się w tak znakomitym towarzystwie.
Dlaczego ja?
Zacząłem bacznie się przyglądać "dowodom", które sprawiły, że tak wielu ludzi szczerze mnie znienawidziło. Największą popularnością cieszył się film, w którym przekonywałem, że aby zmniejszyć koszty opieki medycznej, należy wydłużyć czas dojazdu karetek do pacjentów, zachęcać ludzi do palenia tytoniu oraz podwyższyć poziom stresu w całej populacji. Twarz pokazana w filmie była moja - z połową brody (jeśli jesteś ciekaw, dlaczego mam tylko pół brody, wyjaśnię to niebawem). Słowa też były moje. Pamiętałem, gdzie i kiedy wygłosiłem ten wykład. Nigdy jednak nie powiedziałem tego, co włożono mi w usta w tym nagraniu. Jak to możliwe? Żeby to wytłumaczyć, zabiorę cię do Irlandii w roku 1729.
Jonathan Swift, znany jako autor powieści Podróże Guliwera, napisał także znakomitą, choć nie tak popularną satyrę zatytułowaną Skromna propozycja. Podtytuł tego eseju ujawnia jego treść: Skromna propozycja. Co zrobić, by dzieci biedaków nie były ciężarem dla swych rodziców lub kraju [i aby przynosiły korzyści społeczeństwu]2. Swift sugeruje w tym tekście, że biedni Irlandczycy mogliby ulżyć swej ciężkiej doli, gdyby zaczęli sprzedawać swoje dzieci jako przysmak bogatym damom i dżentelmenom. Autor nie poprzestał na tym ogólnym stwierdzeniu, lecz zagłębił się w szczegóły: "Młodziutkie i zdrowe, dobrze odżywione roczne dziecko wielce jest smakowitym i nader pożywnym pokarmem, zarówno duszone w jarzynach jak pieczone, smażone czy gotowane, z czego wnoszę, że nadaje się także dla przyrządzenia gulaszu albo potrawki". Ów esej - dziś często przywoływany jako przykład sztuki satyrycznej - w szokujący (i nader skuteczny) sposób obnaża postawy wobec biedaków.
Być może się zastanawiasz, jaki to ma związek z naszą historią. Otóż w 2017 roku postanowiłem przedstawić własną "skromną propozycję". Poproszono mnie o wystąpienie na konferencji dotyczącej przyszłości medycyny. Jako że nie jestem lekarzem, moje zadanie polegało na rozważeniu wyzwań medycznych z perspektywy ekonomii behawioralnej.
"Problem współczesnej medycyny - powiedziałem - to, rzecz jasna, problem podaży i popytu. Ludzie domagają się mnóstwa opieki zdrowotnej, a system może ją zapewnić w ograniczonej ilości. W poszukiwaniu rozwiązania tego problemu większość ludzi próbuje wymyślić, jak można zmienić system, aby zwiększyć podaż. Ja chciałbym zaproponować inne podejście: jak sprawić, aby ludzie chcieli mniej? To bez wątpienia dużo tańszy sposób zrównoważenia podaży i popytu. Jak wobec tego można zmniejszyć popyt na opiekę zdrowotną?"
Następnie wyjaśniłem - starając się zachować kamienną twarz - że spowolnienie karetek mogłoby zmniejszyć zapotrzebowanie na kosztowną hospitalizację, podobnie jak wzrost liczby osób palących i zwiększenie stresu doświadczanego przez obywateli (jak się okazuje, z czysto finansowego punktu widzenia palenie i stres szybciej zabijają ludzi chorych, a co za tym idzie - przyczyniają się do spadku kosztów opieki zdrowotnej). Puenta mojego wystąpienia (na wypadek, gdyby ktoś nie zrozumiał jego ironicznego przesłania) brzmiała:
"Zaraz, zaraz, przecież już teraz wszystko to robimy".
Oczywiście chciałem w ten sposób podkreślić, że system opieki zdrowotnej nie interesuje się ludźmi, dopóki nie przekroczą oni jego bram (w tym wypadku - dopóki nie znajdą się w karetce), i że zbyt małą wagę przykładamy do profilaktyki zdrowotnej - za mało inwestujemy w zwalczanie palenia i obniżanie poziomu stresu. Przez cały wykład starałem się zachować kamienną powagę, ale gdybyś mi się przyglądał uważnie, dostrzegłbyś, że od czasu do czasu nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Z nagrania zamieszczonego w serwisie YouTube wynikało jasno, że było to humorystyczne wystąpienie, na które słuchacze reagowali śmiechem i oklaskami.
Niestety, nawet odrobina tego kontekstu nie zachowała się w filmie zmontowanym przez ludzi, którzy zmanipulowali moją wypowiedź, aby sprokurować dowody moich złych intencji. Połączyli oni fragmenty tego wystąpienia z obrazami nazistowskich obozów koncentracyjnych i dźwiękiem diabolicznego śmiechu. Na zakończenie lektor posępnym głosem wypowiadał zdanie: "Oto człowiek, który współtworzy politykę naszego kraju". Z tekstu towarzyszącego filmowi wynikało, że nadzwyczajna praca śledcza jego twórców ujawniła skrzętnie ukrywane fakty dotyczące mojego charakteru, które przedstawiono w sposób przypominający demaskatorskie reportaże w programie "60 minutes".
Innym często udostępnianym "dowodem" był fragment programu telewizyjnego, w którym niegdyś wziąłem udział. Wydawałem się w nim przyznawać, że współpracowałem z Billem Gatesem w kwestiach związanych ze szczepionkami. Gdybyś jednak uważnie obejrzał ten wideoklip, z pewnością dostrzegłbyś niewielkie zakłócenie. Otóż twórcy filmu połączyli zdanie, w którym mówiłem o swojej współpracy z Gates Foundation nad projektem dotyczącym zwalczania głodu i niedożywienia małych dzieci w Afryce, z inną wypowiedzią, w której wspomniałem o szczepionkach. I gotowe: profesor Dan Ariely przyznaje, że pracuje z Billem Gatesem nad szczepionkami.
Na początku innego "demaskatorskiego" filmu pokazano fotografie przedstawiające mnie jako nastolatka w szpitalu - po wypadku, w którym doznałem oparzeń 70 procent powierzchni ciała (to się naprawdę wydarzyło). Na zbliżeniach widać moją poparzoną twarz i bandaże spowijające moje ciało. Później następuje nieoczekiwany zwrot akcji - autorzy filmu przekonują, że moje cierpienie i deformacja fizyczna wzbudziły we mnie gniew i nienawiść do ludzi zdrowych i że pragnę tylko jednego: aby inni cierpieli tak, jak ja cierpiałem. W rzeczywistości mój wypadek przyniósł skutek odwrotny - wzbudził we mnie współczucie i chęć łagodzenia cierpień innych ludzi. I ten film kończył się dramatycznym stwierdzeniem dotyczącym mojej złowrogiej roli w zniszczeniu znanego nam świata.
Było wiele innych "dowodów" w postaci filmów i tekstów. Pod każdym z nich widniały szydercze komentarze na temat moich blizn, stwierdzenia, że powinienem był spłonąć żywcem, i opinie, że z połową brody wyglądam jak diabeł.
Zważywszy, że wspomniane filmy zmontowano w taki sposób, aby wymazać kontekst i włożyć mi w usta określone słowa, możesz przypuszczać, że doszedłem do wniosku, iż za tym wszystkim kryje się wróg działający w złych zamiarach. Ta myśl przemknęła mi przez głowę, ale szybko ją odrzuciłem. Po pierwsze, owe filmy zmontowano dość nieudolnie. Po drugie, dlaczego ktokolwiek miałby się uwziąć właśnie na mnie? Nie jestem zupełnie pozbawiony ego, ale trudno mi było sobie wyobrazić, że ktoś mógłby mnie uznać za wystarczająco ważnego, aby tracić cenną energię na próby zrujnowania mojej reputacji. Przypuszczałem, że za tymi filmami stali ludzie mający dobre intencje (przynajmniej we własnym mniemaniu), którzy natknęli się na oryginalne informacje na mój temat, połączyli kropki, wyciągnęli własne wnioski, uwierzyli w ich prawdziwość, zmontowali filmy z wybranych fragmentów, a następnie zaczęli rozpowszechniać swoje dzieła, aby oświecić innych. Uznanie w mediach społecznościowych - w postaci polubień i komentarzy - stanowiło zarówno nagrodę za ich starania, jak i motywację do dalszych działań.
Zasmuciły mnie zwłaszcza osoby, które napisały, że palą moje książki (niektóre obiecały nawet to sfilmować i zamieścić nagrania w internecie). Ci ludzie, jak przypuszczałem, kupili i przeczytali moje książki, a to oznacza, że znali moją historię, moje motywacje, mój sposób myślenia i wyniki moich badań. Jak mogli odrzucić wszystko, co wiedzieli na mój temat, pod wpływem trzyminutowego wideoklipu? Nawet jeśli "dowody" przedstawione w tych filmach wydały im się godne uwagi, to jak mogli przeciwstawić je wszystkiemu, co o mnie wcześniej wiedzieli, i zwrócić się przeciwko mnie z tak wielkim gniewem i nienawiścią? W swoich wpisach w mediach społecznościowych często informowali, że "przeprowadzili własne badania", i apelowali do innych, aby uczynili to samo. Jasne było jednak, że nikt nie prowadził żadnych badań poza oglądaniem zmanipulowanych filmów, braniem ich za dobrą monetę i wyciąganiem z nich pochopnych wniosków. Często cytowane (i przypisywane różnym autorom) zdanie: "Nie ma takiego poświęcenia, na jakie człowiek się nie zdobędzie, aby tylko uniknąć wyczerpującego wysiłku myślenia", przyszło mi wówczas do głowy jako wyjątkowo trafne w odniesieniu do mediów społecznościowych.
Nadal się zastanawiam, jak to się stało, że ludzie zaczęli mnie tak demonizować. Myślę, że w dużej mierze sam się do tego przyczyniłem, zamieszczając online mnóstwo materiałów, spośród których internauci mogli swobodnie wybierać. Ponadto istotną rolę odegrało moje osobliwe poczucie humoru; mój odmienny wygląd - blizny i pół brody; a także współpraca z rządami różnych państw. Niebagatelne znaczenie miał również zwykły pech - ktoś zaczął na mnie patrzeć w nieprzychylny sposób i zmontował kilka filmów, a to uruchomiło lawinę dezinformacji i hejtu, które zaczęły żyć własnym życiem. Ta odpowiedź, choć niezadowalająca, była najlepszą, jaką udało mi się znaleźć. Byłem gotów przejść do poważniejszych kwestii. Ty też zapewne jesteś na to gotowy. Najpierw jednak krótkie wyjaśnienie dla czytelników, którzy są ciekawi, dlaczego mam tylko pół brody.
O co chodzi z połową brody?
Podstawową przyczyną, z jakiej noszę tak niezwykły zarost, jest fakt, że z powodu blizn po oparzeniach na prawej połowie twarzy nie rosną mi włosy. Oczywiście mógłbym golić drugą połowę i wyglądać mniej asymetrycznie. Tak też czyniłem przez długie lata. Nieco bardziej skomplikowana historia kryjąca się za moją półbrodą zaczęła się od miesięcznej wyprawy górskiej, na którą wyruszyłem, gdy skończyłem pięćdziesiąt lat. W trakcie wędrówki nie goliłem się ani nie patrzyłem w lustro. Po powrocie nie byłem zadowolony ze swojego wyglądu i zamierzałem się ogolić. Ponieważ jednak zarost był pamiątką z wyprawy, postanowiłem odłożyć golenie o kilka tygodni.
Później wydarzyło się coś nieoczekiwanego - zacząłem dostawać e-maile i wiadomości w mediach społecznościowych od ludzi, którzy dziękowali mi za moją półbrodę. Pisali, że też mają deformacje fizyczne i że moja otwartość w kwestii blizn na twarzy dodała im odwagi, aby odsłonić własne obrażenia. Pod wpływem tych wiadomości przypomniałem sobie czasy niedługo po wypadku, kiedy moje blizny były bardzo widoczne. Ludzie wytykali mnie palcami, a czasem się śmiali. Rodzice przestrzegali swoje dzieci: "Tak się kończy zabawa z ogniem". To było straszne.
Postanowiłem więc zachować połowę brody. Sprawiała, że więcej osób rzucało mi zdumione spojrzenia, a dzieci częściej wybuchały śmiechem na mój widok, ale miałem poczucie, iż powrót do golenia całej twarzy oznaczałby, że ukrywam swoje blizny, zamiast nosić je z podniesionym czołem.
W kolejnych miesiącach wydarzyło się coś jeszcze bardziej nieoczekiwanego - osobliwość mojej półbrody pomogła mi w większym stopniu zaakceptować siebie. Nie chodzi jedynie o blizny na twarzy. Z powodu oparzeń mam wiele innych asymetrii, a paradowanie z połową brody w jakiś sposób pomogło mi zmienić stosunek do tych niedoskonałości. Dziś traktuję je jako część siebie - dokumentację jednego z rozdziałów w historii mojego życia.
Ta nowa samoakceptacja uświadomiła mi coś, co robiłem przez długie lata, kiedy rankiem stawałem przed lustrem, żeby się ogolić. W moim wypadku nie było to zwyczajne golenie, lecz także próba osiągnięcia mniej asymetrycznego wyglądu i ukrycia widocznych obrażeń. Jaki wpływ miało to codzienne ukrywanie prawdziwego siebie w sposób, w jaki myślałem o sobie i o swoich bliznach? Z perspektywy czasu zdałem sobie sprawę, że golenie (czyli ukrywanie) nie pozwalało mi zaakceptować mojego poranionego "ja". Kiedy przestałem to robić, sprawy przybrały dużo lepszy obrót.
Jako psycholog społeczny, który powinien rozumieć naturę ludzką, z niejaką konsternacją przyznaję, że korzyści wynikające z noszenia półbrody mnie zaskoczyły. Nie przeczuwałem, że decyzja o niegoleniu się pociągnie za sobą tak pozytywną zmianę perspektywy (nie przeczuwałem też, że w ciemnych zaułkach internetu stanę się znany pod przydomkiem kojarzącym się z książkami o Harrym Potterze: "The Half-Beard Professor" - Profesor z Półbrodą). Być może jest to kolejny dowód na to, że nasza intuicja jest ograniczona, a zatem warto eksperymentować ze zmianami wszelkiego rodzaju, nawet jeśli na początku wydaje się nam, że nie przyniosą one żadnych korzyści.
Co powinienem zrobić?
Po wielu godzinach spędzonych na czytaniu postów i oglądaniu filmów na temat wyimaginowanej wersji mojej osoby miałem poczucie, że tracę rozum - nie tylko w przenośni. Czułem się tak, jakby część mojego mózgu nieustannie zajmowała się hejtem, jakiego doświadczałem, a co za tym idzie - miałem mniej zasobów poznawczych, które mógłbym przeznaczyć na swoją pracę. Wyobraź sobie komputer, który zużywa zbyt wiele mocy obliczeniowej na wykonywanie jakiegoś zadania w tle. Tak właśnie się czułem, ale w odróżnieniu od komputera, zdawałem sobie sprawę, że jestem bardziej powolny niż zwykle. Podejrzewałem też, że restart systemu nie wystarczy, abym mógł odzyskać dawną szybkość. Podejmowanie decyzji zajmowało mi więcej czasu i byłem mniej pewny słuszności swoich wyborów. Czy mój iloraz inteligencji spadał na skutek zaabsorbowania dezinformacją? Czy byłem niezdolny do odzyskania kontroli nad tą częścią własnego mózgu? Czy tak obsesyjnie myślałem o fałszywych oskarżeniach, że nieustannie spierałem się z nimi w głowie?
Obserwowanie własnej powolności pozwoliło mi uzyskać nowy wgląd w zagadnienie badawcze, które bardzo mnie interesowało, ale którego dotychczas nie doceniałem w pełni: chodzi o mentalność niedostatku. W badaniach dotyczących tego zjawiska uczestnicy uzyskiwali dużo niższe wyniki w testach inteligencji, kiedy cierpieli na brak gotówki (rolnicy na kilka tygodni przed rozpoczęciem żniw), niż wtedy, gdy mieli sporo pieniędzy (rolnicy, którzy właśnie sprzedali swoje plony). Odnotowano znaczące różnice pod względem zdolności intelektualnych (inteligencji płynnej i kontroli wykonawczej), zależne od doświadczanej przez badanych presji finansowej. Mój kryzys nie wiązał się z finansami, ale skutki ciągłego myślenia o tych problemach okazały się bardzo podobne. Zapoznałem się z dużą liczbą badań dotyczących mentalności niedostatku - idei, że ubóstwo upośledza funkcje poznawcze, gdyż pochłania część ograniczonej mocy obliczeniowej mózgu - i zacząłem rozumieć to zjawisko w pogłębiony sposób, a także odczuwać większą empatię wobec ludzi opisanych w tych artykułach. Zmartwienia prześladujące nas w dzień i w nocy stanowią wielkie obciążenie. Umiarkowane martwienie się może być pożyteczne, ponieważ sprawia, że jesteśmy bardziej uważni i podejmujemy lepsze decyzje, lecz nieustanne zamartwianie się, które pochłania mnóstwo uwagi i energii poznawczej, z pewnością nie przynosi nam nic dobrego.
Uświadomienie sobie spadku wydajności własnego mózgu i jego podobieństwa do zjawiska zwanego mentalnością niedostatku nie było wielkim odkryciem, ale dostrzeżenie tego prostego związku między tym, co się ze mną działo, i wiedzą naukową, podniosło mnie na duchu. Mroczne poczucie bezsilności nieco ustąpiło, a w jego miejsce - niczym przebłysk światła - pojawiła się stara przyjaciółka: ciekawość. Jestem przecież badaczem, przedstawicielem nauk społecznych. Całe swoje życie poświęciłem wyjaśnianiu ludzkich zachowań (z ich cudowną irracjonalnością), a moje przygody intelektualne często miały swój początek w osobistych doświadczeniach. Być może nie potrafiłem racjonalnie dyskutować z tymi ludźmi, ani tym bardziej ich uciszyć, ale mogłem spróbować zrozumieć ich sposób myślenia i dowiedzieć się, co ich popchnęło do stworzenia wszystkich tych opowieści na mój temat. Dzięki temu mogłem stać się lepszym naukowcem, a przy okazji odzyskać (przynajmniej częściowo) kontrolę nad sytuacją. Postanowiłem sprawdzić, dokąd mnie zaprowadzą takie badania.
Gdy moja matka usłyszała, co zamierzam zrobić, zaczęła się obawiać o moje bezpieczeństwo. Poprosiła, żebym najpierw skonsultował się ze specjalistami w dziedzinie mediów społecznościowych i public relations. Tak też uczyniłem. Wszyscy poradzili mi, żebym nic nie robił. To standardowa rada w epoce dezinformacji, pogłębiającej się polaryzacji, gwałtownych wybuchów oburzenia i zdemokratyzowanych mediów: "Zignoruj to. Nie karm trolla!" (Swoją drogą to całkiem dobra rada i gdybym miał inną konstrukcję psychiczną, zapewne bym jej posłuchał). Jeden z ekspertów powiedział mi nawet, iż fakt, że ludzie negujący pandemię COVID-19 powiązali mnie z Billem Gatesem oraz iluminatami, może poprawić moje notowania w pozostałej części społeczeństwa.
Próbowałem się odciąć od swoich prześladowców. W ciągu dnia zajmowały mnie badania oraz liczne programy związane z łagodzeniem społecznych skutków pandemii, więc łatwo mi było trzymać się z dala od mediów społecznościowych i koncentrować na pracy. W nocy było zupełnie inaczej. Dręczyły mnie koszmary - przerażające sny, w których byłem ścigany i prześladowany. Miałem też nawracający sen, w którym wędrowałem po świecie, z miasta do miasta, w poszukiwaniu miejsca wolnego od gniewu i nienawiści - miejsca, które mógłbym nazwać swoim domem. Po kilku tygodniach zdałem sobie sprawę, że nie mogę tak dłużej żyć. Mimo dotkliwego poczucia zranienia i dezorientacji rosła we mnie ciekawość. Postanowiłem sięgnąć po mechanizm radzenia sobie, polegający na próbie zrozumienia problemu i wykorzystania całej mojej wiedzy z dziedziny nauk społecznych, aby pojąć sens tego, co mnie spotkało. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że dziesiątki tysięcy ludzi będą we mnie widzieć złoczyńcę, ale kiedy tak się stało, poczułem, że moje zdrowie psychiczne zależy od tego, czy zdołam wyjaśnić, jak i dlaczego do tego doszło. I tak powstała ta książka.
Jak powstała ta książka?
Historia tej książki zaczęła się od mojego osobistego doświadczenia, ale szybko stała się opowieścią o zjawisku, które dotyka każdego z nas. W trakcie tej podróży zapuściłem się na terytoria badawcze, które były dla mnie nowe, takie jak badania osobowości, psychologia kliniczna czy antropologia. Rozprzestrzenianie się teorii spiskowych i plaga dezinformacji to wyzwania sięgające daleko poza dziedzinę nauk społecznych, przekraczające granice mojej wiedzy i zakres tematyczny jednej książki. Rozwój technologii, polityka, ekonomia i wiele innych czynników wywołuje i nasila te problemy. Zważywszy na rozwój zaawansowanych modeli sztucznej inteligencji, takich jak ChatGPT, oraz na postępującą polaryzację we wszystkich dziedzinach, z perspektywy społecznej i strukturalnej trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób moglibyśmy znaleźć rozwiązanie w niedalekiej przyszłości. Tym, co mnie fascynuje - i w czym dostrzegam szansę na pozytywną zmianę - jest zrozumienie, dlaczego ludzie są tak podatni na fałszywe informacje. Dlaczego nie tylko w nie wierzymy, lecz także aktywnie ich poszukujemy? W toku jakiego procesu skądinąd racjonalna osoba przyjmuje irracjonalne przekonania i zaczyna w nie wierzyć, a następnie żarliwie ich bronić? Poszukiwanie odpowiedzi na te pytania z empatią, bez osądzania czy wyśmiewania, jest pouczające, a jednocześnie budzi niepokój.
W tej książce będę używał terminu "błędne przekonanie" (misbelief) w odniesieniu do omawianego zjawiska. Błędne przekonanie to zniekształcona soczewka, przez którą ludzie zaczynają widzieć świat, myśleć o nim i opisywać go na użytek innych. Błędne przekonanie to również proces - wir w kształcie lejka, który wciąga ludzi coraz głębiej. Moim celem w tej książce jest pokazanie, że w pewnych okolicznościach każdy człowiek może dać się wciągnąć w wir błędnych przekonań. Oczywiście najłatwiej byłoby przyjąć, że ta książka opowiada o innych ludziach. W istocie jednak mówi ona o każdym z nas - o tym, jak powstają nasze przekonania i jak się utrwalają, w jaki sposób ich bronimy i jak je rozpowszechniamy. Mam nadzieję, że zamiast rozglądać się wokół i powtarzać sobie: "Oni wszyscy powariowali", zaczniemy rozumieć - może nawet z pewną dozą empatii - potrzeby psychiczne i emocjonalne oraz czynniki społeczne, które sprawiają, że wierzymy w to, w co wierzymy.
Nauki społeczne dostarczają nam użytecznych narzędzi, które pomagają nie tylko zrozumieć rozmaite elementy tego procesu, lecz także go powstrzymać, a przynajmniej osłabić. Duża część badań przedstawionych w tej książce nie jest nowa. Próbując rzucić światło na czynniki emocjonalne, poznawcze, osobowościowe i społeczne, które wciągają ludzi w pułapkę błędnych przekonań, wróciłem do podstaw tej dyscypliny naukowej. Nic dziwnego - przecież skłonność do ich przyjmowania stanowi część natury ludzkiej.
Pod wieloma względami ta książka opiera się na moich wcześniejszych pracach, zwłaszcza na badaniach dotyczących irracjonalności. Czy można sobie wyobrazić coś bardziej irracjonalnego, a zarazem bardziej ludzkiego, niż przyjęcie zbioru przekonań, które nie są poparte dowodami, i upieranie się, że owe przekonania są prawdziwe, nawet jeśli skutkuje to konfliktem z bliskimi i sprawia, że żyjemy w bolesnym stanie podejrzliwości i braku zaufania?
Pod innymi względami jednak ta książka istotnie się różni od wszystkich, które dotąd napisałem. Po pierwsze, jest bardziej osobista niż moje pozostałe książki. Doświadczenia, które dały jej początek, były przykre i trudne emocjonalnie, a prowadzenie opisanych w niej badań wymagało długotrwałego rozmyślania o tych przeżyciach, co dodatkowo nasiliło moje poczucie dyskomfortu. Po drugie, ta książka dotyczy zjawiska, które jest dużo bardziej złożone i wieloaspektowe niż kwestie, którymi dotąd się zajmowałem. W przeszłości badania, które prowadziłem, a następnie opisywałem w swoich książkach, dotyczyły konkretnych zagadnień, takich jak prokrastynacja, motywacja w pracy, randkowanie w internecie czy błędy w sposobie myślenia o pieniądzach. Moje hipotezy były precyzyjnie sformułowane (a przynajmniej starałem się, aby takie były), prowadzone badania zaś odpowiadały na pytania, które były (mam taką nadzieję) zarówno praktyczne, jak i interesujące z teoretycznego punktu widzenia. Tymczasem problem, który próbowałem wyjaśnić tym razem, czerpie swą siłę z wielu źródeł i obejmuje dużą liczbę wzajemnie powiązanych elementów. Od początku wiedziałem, że moje dociekania nie przyniosą prostej odpowiedzi. Mimo to żywię nadzieję, że udało mi się przedstawić użyteczny model, pomocny w zrozumieniu ogólnego procesu, w którym racjonalni ludzie stają się wyznawcami fałszywych przekonań.
Moje podejście siłą rzeczy stanowi połączenie osobistej refleksji, rozmów, badań antropologicznych i obszernego przeglądu literatury badawczej z dziedziny nauk społecznych, który może rzucić światło na różne aspekty omawianego zagadnienia. W narracyjnych fragmentach tej książki polegałem na swoich wspomnieniach opisanych zdarzeń, popartych badaniami i - w miarę możliwości - relacjami innych osób. Motywowany osobistym doświadczeniem, spędziłem tysiące godzin na analizowaniu rozmaitych źródeł informacji i dezinformacji; na przysłuchiwaniu się dyskusjom internetowym (a czasem na aktywnym uczestnictwie w tych dyskusjach); na czytaniu literatury naukowej; i na prowadzeniu własnych badań (przy czym mówiąc o badaniach, nie mam na myśli oglądania filmów w serwisie YouTube).
Wbrew pierwotnym założeniom, angażowałem się również w rozmowy, a nawet relacje z wyznawcami fałszywych przekonań - ludźmi, którzy rozpowszechniali w internecie nienawistne treści na mój temat. Wielu z nich spotkasz na stronach tej książki. Początkowo byli moimi adwersarzami, z czasem jednak stali się obiektami studiów antropologicznych i odegrali doniosłą rolę w moich pracach badawczych. Starałem się ich poznać, podejść do nich z empatią i zrozumieć, co ich wciągnęło w wir błędnych przekonań, a następnie z perspektywy nauk społecznych dokonać uogólnienia tego, czego się dowiedziałem. W wypadku niektórych osób zmieniłem imiona oraz szczegóły umożliwiające identyfikację, takie jak wygląd zewnętrzny, narodowość i zawód, aby zapewnić im prywatność bez uszczerbku dla spójności opisanej historii. Rozmowy odtworzyłem najlepiej, jak umiałem, opierając się przy tym na zachowanych SMS-ach, e-mailach i wpisach publikowanych w mediach społecznościowych (część z nich streściłem, inne musiałem przetłumaczyć). Nie przytoczyłem tych rozmów jako dosłownej dokumentacji, lecz zrelacjonowałem je w taki sposób, aby przywołać towarzyszące im uczucia i sens tego, co zostało powiedziane, starając się zachować ducha każdej z tych interakcji.
Mam nadzieję, że dzięki tym opowieściom i refleksjom nieco lepiej zrozumiemy to, co się dzieje w naszym wspólnym świecie, i zastanowimy się nad tym, jak możemy przeciwdziałać niekorzystnym skutkom tych procesów - na poziomie jednostki, rodziny i całego społeczeństwa. Skala omawianego problemu wydaje się coraz bardziej przytłaczająca, podczas gdy koncentracja na jego ludzkim aspekcie - na zrozumieniu i zwalczaniu błędnych przekonań u siebie oraz u innych - wydaje się najbardziej obiecującą drogą do zmiany. To wcale nie znaczy, że owa droga będzie prosta. Możemy jednak podjąć wiele drobnych działań, aby uchronić się przed pochłonięciem przez wir błędnych przekonań, zniechęcić innych do przyjmowania fałszywych narracji, bądź też spowolnić lub odwrócić proces, który wciąga w ten wir naszych najbliższych. Pomysły na to, jak można to robić, przedstawiłem w ramkach zatytułowanych "Pomocna (mam nadzieję) wskazówka". Opisałem w nich rozmaite narzędzia i spostrzeżenia płynące z nauk społecznych, które mogą być użyteczne w nawigowaniu po tych zdradliwych wodach. Mam nadzieję, że te pomysły okażą się przydatne, choć równocześnie zdaję sobie sprawę, że wszyscy musimy się jeszcze dużo nauczyć, by wiedzieć, jak rozplątywać sieć fałszywych przekonań i dezinformacji, która oplotła nasz dyskurs prywatny i publiczny.
Chyba najlepszym - i najbardziej obiecującym - miejscem, od którego każdy z nas może zacząć, jest zrozumienie i empatia. To prawda, napotykane przez nas fałszywe informacje bywają zabawne, dziwne, absurdalne, obraźliwe, a nawet niebezpieczne. Niektóre z nich zasługują na pejoratywną etykietę "teoria spiskowa". Jednakże czynniki, które skłaniają ludzi do interesowania się takimi treściami, mogą być nam bliższe, niż chcielibyśmy to przyznać. Starałem się podchodzić do wyznawców błędnych przekonań z autentyczną ciekawością i nie zapominać o tym, że odrzucanie, wyśmiewanie lub "unieważnianie" tych, którzy myślą inaczej, nie przynosi żadnego pożytku. To jeden z powodów, z jakich wybrałem termin "ludzie żywiący błędne przekonania" (misbelievers), a nie nacechowaną negatywnie, osądzającą etykietę "zwolennicy teorii spiskowych" (conspiracy theorists). Liczę na to, że takie podejście pomoże nam wszystkim lepiej zrozumieć ludzi obecnych w naszym życiu, którzy widzą świat w sposób dla nas niezrozumiały. Wreszcie, być może w toku tego procesu zaczniemy zadawać sobie pytania dotyczące też części naszych przekonań oraz sposobu, w jaki do nich doszliśmy. Tak naprawdę każdy z nas w jakimś stopniu ulega błędnym przekonaniom.
Przypisy:
1 Tłum. Maciej Słomczyński.
2 W polskim przekładzie tego eseju, autorstwa Ewy Krasińskiej ("Res Publica Nowa", 2004), z którego zaczerpnęłam przytoczone tu cytaty, pominięto drugą część podtytułu (przyp. tłum.).