Żeby było jasne: nie uznaję teorii, że "Wszystko jest po coś" i "Co nas
nie zabije, to nas wzmocni". Nie wszystko musi się nam przytrafić. Wiele
tragedii w ogóle nie powinno mieć miejsca, jak np. gwałty, przemoc
domowa; zresztą, długo by wymieniać. Ale życie idealne nie jest. Są w nim sukcesy i porażki, zwycięstwa i przegrane. Każdy ma na koncie zyski
i straty.
Ja też. Los oszczędził mi co prawda wielkich dramatów i tragedii
życiowych, jakim musiały stawić czoło bohaterki tej książki, ale wbrew
temu, co niektórzy sądzą, nie stąpałam wyłącznie po różach. Nieraz
musiałam zacisnąć zęby i zmierzyć się z problemami osobistymi, z zawiścią, a także udowodnić, że sama jestem sobie sterem i będę żyć, jak
chcę, bez względu na cenę, jaką przyjdzie mi zapłacić. Wiedziałam, że
uda mi się to tylko wtedy, gdy będę niezależna finansowo, więc do tego
dążyłam. Miałam wewnętrzne przekonanie, że brak takiego balansu prowadzi
do katastrofy.
Kobiety mojego życia
Dzieciństwo wspominam z dużym sentymentem. Miałam przy sobie oboje
rodziców. Bardzo mnie kochali, każde na swój sposób. Mama była
wspierająca i czuła, tata surowy i poważny, ale razem dbali o to, aby
niczego mi nie brakowało. Miałam też cudowną babcię i fantastyczną
ciotkę Elę, młodszą siostrę mamy. Z perspektywy czasu dostrzegam, że
kobiety ze strony mamy miały znaczący udział w kształtowaniu mojej
osobowości.
Największą traumą z okresu dzieciństwa był dla mnie brak rodzeństwa. Już
wtedy miałam silny gen przynależności do grupy, chciałam się przyjaźnić
z całym światem. Każdego dnia zapraszałam przyjaciółki. Jadły u nas
obiad, odrabiały lekcje i często nocowały.
W czasach, kiedy w Polsce półki sklepowe świeciły pustkami, moją idolką
była ciotka Ela. Niezależna, zadbana, pewna siebie. Prowadziła własną
firmę, co w tamtych czasach było rzadkością. Jej nigdy nie było wszystko
jedno. Zawsze zwracała uwagę, aby dobrze wyglądać, wykwintnie jadać,
bywać w eleganckich miejscach. W jej życiu wszystko musiało być zawsze
najlepszej jakości. Zależało jej i na miłości, i na pięknych
przedmiotach wokół, i na niezależności, i na drobnostkach. Bardzo ją
kochałam, ale dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, w jak dużym stopniu
jej historia wpłynęła na moje życie. Jak ważnym była dla mnie wzorem.
W moim domu ton narzucał ojciec. Zawsze poważny, skupiony. Wszystko
zmieniało się w piątek, kiedy ruszałam z mamą z domu w centrum Warszawy,
za miasto do cioci Eli. Mieszkała z drugim mężem, lekarzem, a także z moją babcią i jej bratem. U cioci czekał na mnie czarodziejski ogród, a z kuchni roznosiły się obłędne zapachy. A to świeżych rogalików ze
smażonymi wiśniami, a to pysznych domowych frytek, robionych specjalnie
dla mnie, niejadka. Ciocia marzyła o własnym dziecku, więc mnie
uwielbiała. Razem z babcią witały mnie zawsze z otwartymi ramionami.
Babcia zasługuje na osobną opowieść. Kiedyś nauczycielka, była na wskroś
nowoczesna, pełna energii i wigoru, silna i władcza. Paliła papierosy i potrafiła zakląć jak szewc.
W ich domu zawsze królowała wielka dbałość o każdy szczegół. Gdy
dostawałam kanapkę z jajkiem, była ona starannie obsypana świeżym
szczypiorkiem z ogródka. Cięty nożyczkami, jak w restauracjach, zdobił
także brzeg talerza z tą kanapką. Takie panowały tam zwyczaje.
Mama i ciocia uwielbiały mnie stroić, kupowały mi zagraniczne ubrania w komisach. Pamiętam, jak zostałam szczęśliwą posiadaczką lakierowanych
kozaczków. Tak się cieszyłam, że spałam w nich w białej pościeli.
Mama zabierała mnie do krawcowej, która pracowała w Paryżu, w domu mody
Christiana Diora. Potrafiła wyczarować na swojej maszynie do szycia
niezwykle udane i szykowne kreacje. Nasiąkałam tymi inspiracjami.
Kiedy miałam dziewięć lat, ciocia zaszła w ciążę, ale nadal nosiła się
elegancko: aż do porodu widywałam ją w szpilkach. Gdy urodziła córeczkę,
dostałam na jej punkcie bzika. Mojej nowej siostrzyczki nie pozwalałam
nikomu dotykać, sama ją przewijałam, kąpałam, uczyłam chodzić i godzinami się z nią bawiłam.
Wkrótce ciotka zamknęła firmę i poświęciła się wychowaniu córki. Tym
samym stała się finansowo zależna od męża. Wujek jednak nie był w stanie
utrzymać domu na dotychczasowym poziomie. Jak wielu polskich lekarzy w tamtych czasach, zaczął wyjeżdżać na tzw. saksy do Szwecji. Na miesiąc,
dwa, trzy, potem na pół roku. W końcu oznajmił przez telefon, że
zakochał się i zostaje tam na stałe. Ciotka z dnia na dzień stała się
najbardziej nieszczęśliwą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałam. W ogóle
przestała się uśmiechać. W jej oczach widziałam już tylko
niedowierzanie, rozpacz i strach: "Co my teraz zrobimy? Co będzie, jak
on o nas zapomni na zawsze?". Jej pytania wryły mi się w pamięć. Myślę,
że już wtedy zakodowałam w sobie potrzebę niezależności. Postanowiłam,
że w moim dorosłym życiu nigdy do takiej sytuacji nie dopuszczę.
Po kilku latach wujek wrócił do domu. W Szwecji się rozwiódł, a w Polsce
ponownie ożenił z moją ciocią. Ale ona tak zainfekowała się smutkiem i strachem, że do dzisiaj nie odzyskała radości życia. Mimo że potem całą
trójką przeprowadzili się do Szwecji, gdzie wciąż mieszkają, ciocia
nigdy nie wybaczyła mężowi, że porzucił rodzinę. Nie odnalazła się też
za granicą i nie poczuła znowu szczęśliwa. Ich związek się nie
odbudował. Stąd wzięło się moje przekonanie, że powiedzenie "Co nas nie
zabije, to nas wzmocni" to mit.
Pierwsza miłość
Już w pierwszy w życiu związek weszłam z silną potrzebą niezależności.
Miałam czternaście lat, skończyłam właśnie szkołę podstawową. Chłopak
był o cztery lata starszy i szykował się do matury. Ten związek mnie
ukształtował na całe życie, nauczył walczyć o siebie. Każdej dziewczynie
życzę takiego na start.
Wpadliśmy na siebie na ulicy i nie mogliśmy oderwać wzroku. Okazało się,
że jesteśmy sąsiadami. Mój wybranek był szkolnym idolem, miał swój
zespół rockowy i jeździł na motorze. Niezależny, przystojny, męski i bardzo wysoki. Na pierwszej randce, w co pewnie trudno uwierzyć,
wypowiedziałam tylko kilka słów. Byłam nieśmiała i zawstydzona. I tak
bardzo zakochana, że... nie zdałam z pierwszej do drugiej klasy liceum.
Przez cały rok byłam zajęta tylko moim chłopakiem. Na lekcjach
matematyki zameldowałam się trzy razy, a na geografii - dwa. Albo
wagarowałam, albo siadałam na przerwie z papierosem i czekałam, aż on
podjedzie motorem pod szkołę.
O ile jako dziecko prezentowałam styl księżniczki: suknie z komisu i od
krawcowej, kokardy i lakierki, o tyle w liceum przeszłam modową
przemianę na rockmankę z pazurem: podarte obcisłe dżinsy pobazgrane
napisami, kuse koszulki, skórzane kurtki, buty na obcasach. Jeśli
zakładałam szpilki, to do spodni dresowych. Dzisiaj tak się nosi, ale
wtedy to była modowa rewolucja. Mimo że nie należałam do grzecznych
uczennic, miałam szczęście, bo wszyscy w szkole mnie lubili: i uczniowie, i nauczyciele. Starałam się być miła dla każdego. Pomagało mi
również to, że byłam bardzo dobra z języka polskiego. Z innych
przedmiotów nie miałam szans zyskać porządnych ocen, ponieważ zbyt
rzadko bywałam w szkole, a żeby dostać dobre stopnie w klasie
biologiczno-chemicznej, do której chodziłam, należało posiedzieć nad
książkami.
Już w pierwszej klasie dyrektorka szkoły, która zresztą też mnie lubiła,
musiała wezwać moich rodziców. Oznajmiła im, że pierwszy raz w historii
szkoły zdarza się, aby pierwszoklasistka była prowodyrką w łobuzowaniu.
Ubierałam się inaczej niż koleżanki, miałam starszego rockowego
chłopaka, opuszczałam lekcje, paliłam papierosy. Na szczęście
nadrabiałam na innych polach: prowadziłam szkolne apele i gale,
śpiewałam w chórze, recytowałam. Wychowawczyni, polonistka, uważała, że
powinnam zostać aktorką. Co jakiś czas wysyłała mnie na castingi.
Raz trafiłam na zdjęcia próbne do filmu pt. "Kronika wypadków miłosnych"
w reżyserii Andrzeja Wajdy. Miałam do odegrania dwie sceny z młodziutkim
Olafem Lubaszenko. Kandydatek były setki, ale nie przejmowałam się tym.
Jedna scena, na peronie, miała wydźwięk komediowy, a druga, w której
bohaterka rozważa samobójstwo, należała do dramatycznych. Musiałam
zagrać skrajne emocje. Po zdjęciach podszedł do mnie Andrzej Wajda i powiedział: "Na popełnianie samobójstwa z miłości, to ty się nie
nadajesz, ale świetnie zagrałaś część komediową. Masz talent. Powiem ci
też, że masz wzrok czterdziestoletniej kobiety". Miałam wtedy
siedemnaście lat.
Andrzej Wajda zaproponował mi, żebym dołączyła do grupy, którą wraz z zespołem przygotowywał do egzaminów w Państwowej Wyższej Szkole
Teatralnej. Powiedziałam mu szczerze: Mistrzu, szkoda miejsca. Wiem, że
wiele dziewcząt o tym marzy, ale ja nie mam aktorskiej pasji. Nigdy tych
słów nie żałowałam. Kocham kino, ale jako widz. Już wtedy miałam
poczucie, że wiem, czego chcę, a czego nie.
Czasami dla zabawy brałam udział w pokazach Mody Polskiej. Raz
defilowałam u boku słynnej modelki, Małgosi Niemen. Kilka razy
wystąpiłam w sesjach fotograficznych, znalazłam się nawet na okładce
magazynu "ITD". Ale o takim życiu też nie marzyłam. Bardziej ciągnęło
mnie w rejony, które dawały mi poczucie sprawczości. Czasami żartuję, że
jako nastolatka nie miałam żadnych wartościowych zainteresowań. Miałam
za to sporo wolnego czasu i wiele pomysłów, które wykorzystałam dopiero
po latach, gdy z czasem bywało krucho.
To nie mój świat
Po kilku miesiącach romansu z moim rockmanem doszło do nieprzyjemnego
spotkania. Kiedy wróciłam po szkole do domu, przy stole, naprzeciwko
rodziców siedziała nieznana mi kobieta. Okazało się, że to matka mojego
wybranka. Nie znałam jej wcześniej, bo mój chłopak mieszkał z babcią i to ona go wychowywała. Wtedy odbyła się jedna z najważniejszych rozmów w moim życiu. Po raz pierwszy świadomie odważyłam się zawalczyć o moje
szczęście, mimo że miałam niespełna piętnaście lat.
"Mój syn nie jest dla ciebie. Wasze światy są diametralnie inne. Poza
tym, w otoczeniu mojego syna króluje alkohol i narkotyki" - krzyczała
matka mojego rockmana. Moja na to wtrąciła przytomnie: "O, jeśli chodzi
o używki, to akurat nie boję się o Asię, bo ona za bardzo lubi komfort".
W trakcie dalszych słownych przepychanek kobieta próbowała odciągnąć
mnie od swojego syna. W końcu zirytowałam się: Jak pani śmie wtrącać się
w nasze sprawy? Nawet nie wychowuje pani swojego syna. Co pani w ogóle o nim wie? Jak lwica walczyłam o niego, o siebie, o naszą niezależność.
Wyszła, oburzona, lecz wyraźnie zdumiona moją odwagą i siłą argumentów.
Niedługo po tym wydarzeniu, wraz z naszym rockowym towarzystwem,
zaczęliśmy planować wakacje. To były moje pierwsze wakacje bez rodziców
i pierwsze pod namiotem. Ani mama, ani tata nie protestowali; dobrze
wiedzieli, że i tak postawię na swoim. Mieli rację.
Kilka tygodni przed wyjazdem jak zawsze siedziałam na próbie zespołu
mojego chłopaka. Głośna muzyka, wrzaski. Tak się tym wszystkim
zmęczyłam, że zasnęłam. Przebudziłam się i nagle przemknęła mi przez
głowę myśl: co ja tu robię? Ani to mój świat, ani to moja muzyka! Wtedy
odgoniłam to wrażenie, ale o nim nie zapomniałam.
Nadeszły wakacje. Kiedy tylko dotarliśmy na pole namiotowe, wszyscy poza
mną od razu sięgnęli po alkohol. Wieczorem było to samo. Głośna muzyka,
wrzaski, a na dodatek warunki polowe i siermiężna okolica. Kiedy pijani
imprezowicze zasnęli, nie byłam w stanie przegonić myśli, że to na pewno
nie jest mój świat.
O drugiej w nocy zabrałam swoje rzeczy i po cichutku opuściłam pole
namiotowe. Wsiadłam w pierwszy autobus do Warszawy i rano dotarłam do
domu. Nie bałam się. Byłam przekonana, że dłużej już takiego związku nie
chcę. Tym samym kolejny raz zawalczyłam o siebie.
Miałam powodzenie u chłopaków, lubiłam szczególnie tych o kilka lat
starszych. Chętnie chodziłam na imprezy, randki, różne spotkania.
Rodzice wiedzieli, że nie ma szans, by mnie utemperować czy zatrzymać,
bo to tak, jakby próbowali walczyć z żywiołem. Niemożliwe. Zakochiwałam
się i dość szybko odkochiwałam. Byłam i nadal jestem kochliwa. Uważam,
że to świadczy o emocjonalnym rozbudzeniu i wrażliwości.
Miałam osiemnaście lat, kiedy zadurzyłam się w partnerze bardzo pięknej,
znanej aktorki. Był przystojny, inteligentny, szarmancki, a jednocześnie
miał w sobie sporą dawkę bezczelności i zbyt dużej pewności siebie. Typ
niegrzecznego chłopaka, którego większość kobiet uwielbia. Gdy
powiedział mi, że właśnie zerwał z partnerką, od razu zostaliśmy parą.
Byłam zakochana do szaleństwa, pijana z miłości.
Raz wybraliśmy się na imprezę do popularnego wtedy klubu "Park". Szłam z tyłu i nagle usłyszałam, jak selekcjoner mówi do mojego partnera:
"Wchodź śmiało, dziś nie ma ani Asi, ani K". Tu padło imię aktorki, z którą rzekomo się rozstał. W ten sposób dotarło do mnie, że spotyka się
równolegle z nami obiema, tylko zapomniał mi o tym powiedzieć. Zabolało,
ale byłam tak zakochana, że nie miałam siły odejść. Jeszcze przez kilka
miesięcy próbowałam wytrwać. On się tłumaczył, a ja nienawidzę zrzędzić.
Łudziłam się, że w końcu wszystko się wyprostuje. Teraz wiem, że
popełniłam błąd.
Każdego dnia przekonywałam się, że mój partner jest egoistą, oszukuje
nas obie i nie ma sensu trwać w takiej relacji. Coraz bardziej nie
pasowało mi jego zachowanie, krętactwa. W końcu sama sobie przyrzekłam,
że nigdy więcej nie dam się wykorzystać. Nigdy więcej nie zakocham się w mężczyźnie bardziej niż on we mnie. Tak postanowiłam i tego się trzymam.
Kiedy udało mi się wyzwolić z tego związku, choć miałam zaledwie
osiemnaście lat, czułam, że doświadczeniami mogę obdzielić niejedną
trzydziestkę. Dzięki temu na pewno dojrzałam prędzej niż moje
rówieśniczki.
Marzenia mają moc
Marzenia, szczególnie te wypowiedziane na głos, mają wielką moc i się
spełniają. Warto więc w nie wierzyć, ale warto też przemyśleć, czego tak
naprawdę pragniemy.
Ja, w dniu moich osiemnastych urodzin, wypowiedziałam głośno, że
chciałabym mieć minimum trójkę dzieci i własną firmę, najlepiej jeszcze
na studiach. Wszystko szybko się spełniło. Ale najpierw trafiłam na
korytarze Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.
Jeszcze w liceum szykowałam się na ten kierunek studiów. Nic
zaskakującego. Pochodzę z prawniczej rodziny. Poza tym, to idealny
kierunek dla dziewczyny z tzw. "dobrego domu". Kiedy znalazłam się na
wydziale, nagle zobaczyłam inne, "amerykańskie", czyli w domyśle lepsze
życie. Piękne dziewczyny, przystojni chłopcy, wszyscy świetnie ubrani,
wyróżniający się na tle ówczesnej szarej polskiej rzeczywistości. Ich
spojrzenia, twarze budziły we mnie zainteresowanie i uśmiech. Już
wiedziałam: to jest mój świat. Postanowiłam, że będę aplikować.
Mojego przyszłego męża poznałam jeszcze w liceum. Był we mnie bardzo
zakochany. Nie odwzajemniałam tych uczuć, ale jego starania sprawiły, że
nabrałam sztucznego poczucia bezpieczeństwa, którego potrzebowałam po
trudnych przejściach miłosnych. To był, starszy ode mnie o trzynaście
lat, bardzo inteligentny, przystojny chłopak ze świetnej rodziny.
Wybrałam się z nim na studniówkę, zaczęliśmy planować wspólną
przyszłość. Niestety, cztery lata wagarowania dały o sobie znać i za
pierwszym razem nie dostałam się na studia. Najgorsze, że oblałam z polskiego, z którego przecież byłam dobra.
Tuż po maturze zamieszkałam z przyszłym mężem. Oznajmiłam rodzicom, że
chcę się przekonać, jak to będzie. On, trzydziestodwulatek, marzył o założeniu rodziny, ja dopiero testowałam dorosłość i samodzielność.
Po dziewięciu miesiącach, bez żadnego wyraźnego powodu, w rodzaju zdrady
czy awantury, spakowałam się i wróciłam do rodziców. Partnerowi
wyjaśniłam, że nie kocham go tak bardzo, jak on mnie. Wtedy przekonałam
się, jak zakochany mężczyzna może walczyć o kobietę. On tak się starał i zabiegał o mnie, był tak cierpliwy i konsekwentny, że uległam. Wróciłam
i przyjęłam oświadczyny.
Pierwszy rok z narzeczonym przeznaczyłam w dużej mierze na naukę. Do
kolejnego egzaminu na studia podeszłam przygotowana w stu procentach.
Zostałam studentką prawa na UW.
Po pierwszym roku urodziłam pierwszego syna, po trzecim drugiego, a tuż
po dyplomie, trzeciego. Realizowałam się w pełni jako studentka, matka,
ale też jako bizneswoman. Przez kilkanaście lat małżeństwa byłam
szczęśliwą kobietą, choć najmniej w roli żony. Miałam za to szereg
innych zadań, które dawały mi frajdę i satysfakcję.
Skupiłam się na nauce i rozwoju. Studia uwielbiałam. Do dziś pamiętam
fantastycznych wykładowców, często jeszcze przedwojennych wybitnych
znawców prawa. Z licealistki, która uciekała z lekcji i nie dbała o stopnie, nagle stałam się pilną studentką, regularnie zdobywającą
nagrody dziekańskie i rektorskie za osiągnięcia w nauce.
Moi trzej synowie przychodzili na świat w wakacje. Choć tego akurat nie
zaplanowałam, dzięki temu nie opuściłam żadnego egzaminu. Nie pomyślałam
nawet, aby wziąć urlop dziekański. Bardzo pomogli mi rodzice i jestem im
za to wdzięczna. Poza tym, byłam samowystarczalna. Dziś wiem, że aż za
bardzo.
Na cztery ręce
Robiłam wszystko, co chciałam, co sobie zaplanowałam, o czym zamarzyłam.
Zarówno prywatnie, jak i zawodowo. Moja starsza o piętnaście lat
szwagierka zaproponowała mi wejście w spółkę. Była jedną z tych ważnych
silnych kobiet w moim życiu, które dały mi poczucie sprawstwa i bezpieczeństwa, a także pomogły mi osiągnąć dojrzałość. Z zawodu
stomatolog, w czasach transformacji postanowiła założyć sieć klinik
dentystycznych. Kiedy mi to zaproponowała, miałam maleńkie dziecko i kończyłam drugi rok studiów. Uznałam, że to absurdalny pomysł, bo
chciałam przecież być adwokatką i pracować w świetnej kancelarii. Zaraz
jednak pomyślałam: OK, rozkręcimy kliniki, a potem będę realizować się
jako prawniczka.
Nasza klinika była drugą w Polsce prywatną placówką stomatologiczną.
Uruchomienie biznesu kosztowało nas wiele pracy, poświęceń i zarwanych
nocy. Nie było jeszcze komputerów ani internetu, nie miałyśmy nawet
asystentki. W dniu, w którym po raz pierwszy przekręciłam klucz w drzwiach naszej kliniki, na ulicy stała długa kolejka. Pacjenci
pokłócili się o to, kto pierwszy wejdzie do gabinetu. Wkrótce
otworzyłyśmy kolejne punkty. Wszystko szło jak po maśle.
Nie miałyśmy doświadczenia w prywatnym biznesie, ale wtedy w Polsce
jeszcze nikt go nie miał. Nadrabiałyśmy zapałem.
Studentka, matka, żona, bizneswoman. Pracowałam na cztery ręce. Rano mój
tata przywoził do nas mamę. Opiekowała się najpierw jednym, a potem
dwójką wnuczków. Kiedy na świecie pojawił się mój trzeci syn, stać mnie
już było na nianię. Wtedy jednak nie miałam jeszcze auta, więc tata
zabierał mnie na uczelnię. Prokuratura generalna, w której pracował,
mieściła się niedaleko Wydziału Prawa UW. Po południu razem wracaliśmy
do domu. Tata zabierał mamę i jechali do siebie. Ja gotowałam,
zajmowałam się dziećmi, próbowałam się uczyć. Wieczorem kąpałam synów,
usypiałam i o dziewiątej jechałam do kliniki. Siadałyśmy ze szwagierką i do pierwszej w nocy wypełniałyśmy dokumenty, uzupełniałyśmy faktury,
układałyśmy karty pacjentów. Potem wracałam do domu i jeśli było trzeba,
uczyłam się do rana.
Nie wspominam tamtego okresu jak koszmaru. Jasne, działałam często
kosztem odpoczynku i snu, ale szło mi świetnie, realizowałam swoje
marzenia, a to było moim priorytetem. Do dziś uważam, że robienie tego,
co kochasz to klucz do sukcesu. Podobnie jak doskonała organizacja. Ja
zawsze miałam wszystko ułożone i zaplanowane jak w szwajcarskim zegarku.
Luksus za swoje
Czułam, że mam wspaniałe życie, aż do momentu, w którym mój mąż stał się
obsesyjnie zazdrosny. Przez kilkanaście lat wspólnego życia bardzo się
rozwinęłam. Nabrałam mocy, zaczęłam świetnie zarabiać, zdobyłam
wykształcenie, prestiżowy zawód. Zrobiłam też aplikację radcy prawnego.
Przed trzydziestką stałam się całkowicie niezależna. Miałam wrażenie
wygranej na wszystkich polach.
Mąż przekonywał się, że mogę coraz więcej i coraz częściej sama o sobie
decyduję. Czuł też, że się od niego oddalam. Na dodatek oboje staliśmy
się ofiarami krzywdzących stereotypów. Taki przykład. Jak co weekend,
wybraliśmy się z przyjaciółmi na kolację. Jednym z nich był szanowany
profesor PAN-u. Na koniec wieczoru w szatni, gdy wkładałam futro, łypnął
okiem bez słowa, a gdy ruszyliśmy na parking, gdzie wsiadaliśmy z mężem
do sportowego samochodu, zawołał: "Joasiu, musisz być świetną żoną,
skoro mąż tak o ciebie dba! Zobacz tylko, masz futro, piękny samochód".
Ale przecież ja to wszystko kupiłam sobie sama - odpowiedziałam z uśmiechem. I nagle dotarło do mnie ze zdwojoną mocą, że profesorowi nie
mieściło się w głowie, aby kobieta przed trzydziestką mogła samodzielnie
zapracować na takie rzeczy.
Niedługo potem wybrałam się z mężem do jednego z eleganckich butików.
Kiedy mierzyłam spódnicę, powiedział: "Jeśli bardzo chcesz, to ci ją
kupię". Spojrzałam na niego ze zdziwieniem: przecież ubrania kupuję
sobie sama. Zirytował mnie.
Wtedy po raz kolejny zrozumiałam, że gdzieś po drodze straciliśmy się,
przestaliśmy być partnerami. To ja utrzymywałam dom, synów i opłacałam
większość rachunków. Mąż ewidentnie przestał sobie z tą sytuacją radzić,
choć też miał swoją firmę i nieźle zarabiał. Zaczął być obsesyjnie
zazdrosny, kontrolujący. Odsuwałam się od niego, więc zarzucał mi coraz
to nowe, bardziej absurdalne winy. Łączył nas już tylko coraz rzadszy
seks, a ja byłam coraz bardziej nieszczęśliwa.
Miałam swoje rytuały, które pomagały przetrwać. Dbałam o dom, dzieci i przestrzeń wokół nas. Liczył się każdy element wystroju wnętrza, smak i wygląd potraw, sposób podania, atmosfera. Kiedy byłam zmęczona i smutna,
wsiadałam do auta. Jechałam nocą w kierunku Trójmiasta. Muzyka rozwalała
szyby, a ja resetowałam myśli i odradzałam się na nowo.
Koniec etapu
Aplikacja radcowska zajmowała mi bardzo dużo czasu. Gdy ją skończyłam, w moim życiu pojawiła się luka do natychmiastowego zagospodarowania. Nie
chciałam tego nagle darowanego mi czasu spędzać z mężem. Poczułam się
jeszcze bardziej samotna. Wiedziałam już także, że nie chcę pracować w kancelarii. Zawód prawnika nie miał nic wspólnego z tym, który pokazują
amerykańskie filmy, jakich naoglądałam się w młodości. To było
przekładanie papierów, kurz, szare korytarze. Moje wyobrażenia nijak
miały się do rzeczywistości. Zrozumiałam, że nadszedł czas na
podsumowania i decyzje.
Gdy zastanawiałam się, czego mi w życiu brakuje, nie miałam wątpliwości:
bliskości, troski, poczucia bezpieczeństwa i dowodów miłości. W magazynie "Zwierciadło" natrafiłam na wywiad z pewną terapeutką.
Znalazłam w nim diagnozę moich problemów małżeńskich: obsesyjna zazdrość
powodująca rozjeżdżanie się emocjonalne, spadek zaufania itp. Wydarłam
stronę z wywiadem, a po jakimś czasie umówiłam się z terapeutką na
wizytę.
Od progu oznajmiłam: Nie przyszłam rozważać, czy mam się rozwieść. Już
zdecydowałam się, że to zrobię. Proszę mi pomóc zrobić to mądrze, bo mam
trójkę małych dzieci i nie chcę ich zranić.
Na koniec pierwszej sesji terapeutka poprosiła, abym napisała na kartce
wszystko to, co chciałabym zrobić z moim mężem. Mogły to być nawet
banalne czynności, jak choćby jedzenie śniadania. Tydzień później
wróciłam do niej z białą, niezapisaną kartką. Niczego już nie chcę z nim
robić, wyjaśniłam.
Terapeutka uświadomiła mi, że rozwód wcale nie jest końcem życia, jak
uważa wiele kobiet. Nie należy traktować go jako porażkę, tylko jako
koniec pewnego etapu. Już samo takie podejście jest uwalniające.
Ustaliłyśmy, że postaram się rozstać z mężem możliwie jak najbardziej
spokojnie. Wciąż mam w pamięci jej słowa: "To nie jest pani wina.
Przyszła pani do mnie jako klientka, ale jeśli z powodu rozwodu obarczy
się pani wyrzutami sumienia, to ta droga będzie dużo dłuższa i bardziej
skomplikowana, a pani z klientki stanie się moją pacjentką". Za każdym
razem tak ze mną rozmawiała, że wychodziłam z poczuciem, że kolejny
ciężki kamień spadł mi z serca.
Postanowiłam wyprowadzić się z dziećmi, a dom zostawić mężowi. Mieliśmy
tak skonstruowaną intercyzę, że teoretycznie to on mógł stracić więcej.
Ale stało się na odwrót. Nie chciałam zostać w tamtym miejscu ani dnia
dłużej. Mąż zbudował mur, który jeszcze bardziej spotęgował moje
marzenie o wolności i rozpoczęciu nowego etapu.
Zaplanowałam krok po kroku. Całe nowe życie miałam dobrze przemyślane.
Wynajęłam i urządziłam mieszkanie, synów zapisałam do nowych szkół, ale
ponieważ skończył się rok szkolny, wysłałam ich na obozy wakacyjne.
Przeprowadzkę urządziłam pod ich nieobecność. Zabrałam tylko biurka
synów, zabawki, ubrania, książki i parę osobistych przedmiotów. Wszystko
zmieściło się w małym aucie dostawczym. Męża powiadomiłam dwa tygodnie
przed wyprowadzką.
Trzech chłopaków, zwierzaki i ja
Zachowywałam się wtedy jak robot. Nie zaniedbywałam żadnych obowiązków,
wszystko robiłam na sto procent. Poziom adrenaliny w moim organizmie
sięgał zenitu. Wiedziałam, że muszę liczyć tylko na siebie i nie mogę
zawieść synów ani firmy.
Pamiętam jeden trudny moment. Wydarzył się w okolicach rozwodu i przeprowadzki, gdy na parkingu pod nowym mieszkaniem wsiadłam do auta.
Ruszyłam szybko w kierunku kliniki. Myślami byłam zupełnie gdzie
indziej. Usłyszałam jakiś dziwny hałas, a potem samochód jechał jakby w zwolnionym tempie. Zupełnie się tym jednak nie przejmowałam. Trzymałam
mocno kierownicę, cisnęłam gaz i myślałam o setce rzeczy do zrobienia na
już. Kiedy wysiadłam z auta przed kliniką, z przerażeniem odkryłam, że
przód auta przypomina harmonijkę: zgnieciona maska, zniszczona blacha.
Zorientowałam się, że gdy ruszałam, musiałam zahaczyć błotnikiem o betonowy słup. Nie mogłam pojąć, jak to możliwe, że tego nie
zarejestrowałam. A jednak. To pokazuje, w jakim stresie musiałam
funkcjonować i jak bardzo zagłuszałam emocje.
Wydawało mi się, że w nowym mieszkaniu natychmiast odżyję, ale to nie
stało się tak szybko. Pamiętam, jak raz przysnęłam na kanapie w ciągu
dnia, co nigdy mi się nie zdarza. Obudziłam się zlana potem i przerażona: co dalej ze mną, z dziećmi, co z nami będzie?
O tym, że w moim związku źle się działo, wiedziała tylko garstka
najbliższych. Znajomi nie mogli uwierzyć, że wyniosłam się z dziećmi z domu pod Warszawą do wynajętego mieszkania i złożyłam pozew o rozwód.
Nie obarczałam nikogo swoimi problemami. Jeden z przyjaciół mojego męża
wyznał mi, że mąż długo nie mógł uwierzyć, że odeszłam "do nikogo".
Najłatwiej byłoby przecież powiedzieć, że się zakochałam, że ktoś mnie
omamił, że straciłam głowę. Ale skoro kobieta z trójką dzieci wynosi się
do wynajętego mieszkania, to znak, że w małżeństwie nie było dobrze.
Na nogi pomogli mi stanąć bliscy: rodzina i przyjaciele. Najstarszy syn
powiedział do babci: "Mam nadzieję, że po rozwodzie mama będzie w końcu
szczęśliwa". Cała trójka zrozumiała moją decyzję, nie buntowali się
przeciwko wyprowadzce z domu. Miałam oczywiście wiele obaw o to, że
synowie tracą dzieciństwo, być może też poczucie bezpieczeństwa, które
wynika z posiadania obojga rodziców, że stają się zbyt szybko dorośli.
Dlatego starałam się im to wynagrodzić. Kupiłam każdemu po wymarzonym
zwierzaku: jeden dostał jamnika, drugi tchórzofretkę, trzeci
myszoskoczka. Postanowiłam w ten sposób przekierować ich uwagę na opiekę
nad pupilami, zaproponować im coś nowego, przyjemnego. Ale nie pytajcie,
jaki w domu był harmider. Trzech chłopaków, trzy zwierzaki i ja.
Jak piorun sycylijski
Mimo wszystkich trudności ani na chwilę nie przestałam wierzyć w miłość
i małżeństwo. Wokół mnie od lat jest wiele fantastycznych par. Nie
miałam do nikogo pretensji, że nam się nie udało: sama wybrałam sobie
męża, więc ponoszę konsekwencję tej decyzji. Dziś wiem, że wyszłam za
mąż bardziej z rozsądku, niż z porywów serca, ale nie żałuję. Mamy
trójkę wspaniałych synów.
Przez pewien czas byłam sama. Nie chciałam wchodzić w żadne poważne
relacje. Potem pozwoliłam sobie na romans, aby znowu cieszyć się seksem,
randkami, odnaleźć radość życia. Uważam, że niezobowiązujące flirty,
szczególnie po bolesnych rozstaniach i rozwodach, mogą zdziałać dużo
dobrego. Jedna z koleżanek zarzuciła mi, że mój partner "nie rokował".
Zupełnie nie rozumiem takiego podejścia. Niektóre relacje są tylko po
to, żeby przynieść frajdę, na pewien określony czas. Mnie taki układ
przekonywał. Do czasu, aż trafił mnie piorun sycylijski, którego
zupełnie się nie spodziewałam. Przyszedł czas na bardzo poważny, blisko
dziesięcioletni związek z Janem, który dużo zmienił w moim życiu.
Opowiadanie o człowieku, którego już nie ma, nie jest dla mnie proste.
Uczucie między nami wybuchło jak żywioł i od początku było nie do
opanowania. Kiedy doświadcza się takich emocji, wszystkie teorie, w jakie wierzyło się wcześniej, nagle upadają. Wiedzieliśmy, że to, co
robimy było bardzo ryzykowne i nie do końca fair. Ja byłam wolna, ale
Jan miał przecież rodzinę. Wiele razy o tym rozmawialiśmy, rozważaliśmy
wszystkie za i przeciw, ale nie byliśmy w stanie zahamować łączącego nas
uczucia. Przytrafiła nam się prawdziwa, wielka, dojrzała miłość i staliśmy wobec niej bezradni.
On, najpotężniejszy polski biznesmen, doktor prawa, król i znawca życia,
który uwielbiał ludzi, zresztą z wzajemnością. Nauczyłam się przy nim
jeszcze większej radości życia i jeszcze większego rozmachu. Jan często
powtarzał słowa swojego ojca: "Nie ucz się, jak oszczędzać, tylko, jak
zarabiać".
Niecały rok od naszego spotkania Jan stał się bohaterem największej
afery politycznej w demokratycznej Polsce: został oskarżony o szpiegostwo. Jego nazwisko było na każdym pasku telewizyjnych
wiadomości, w każdej gazecie i portalu.
Trwałam przy nim, nie wyobrażając sobie, że mogłabym zachować się
inaczej. Pocieszałam go, że wszystko przecież w końcu się wyjaśni. Wiem,
że w tym trudnym czasie znalazł przy mnie ukojenie, a jako para
przeszliśmy tę próbę zwycięsko. Myślę, że to nas jeszcze bardziej
zahartowało.
Było mnie na niego stać
Jan nie był playboyem, więc jego zainteresowanie mną było dowodem na to,
że dzieje się coś poważnego i szybko znaleźliśmy się na tzw. językach.
Nie potrafiliśmy udawać, że nic nas nie łączy. Nocami godzinami
rozmawialiśmy przez telefon. W ciągu dnia potrafił do mnie dzwonić
kilkanaście razy. Nie mogliśmy się nagadać. Jedna z życzliwych mi osób
ostrzegała: "Asiu. Nic z tego nie będzie, tylko skandal. Tobie, matce
trójki dzieci, na pewno ten związek zaszkodzi. Nie macie szans,
zobaczysz. Jak on cię rzuci za parę miesięcy, będziesz przegrana".
Słuchałam uprzejmie, ale nic nie było w stanie nas zatrzymać.
Pomyślałam, że skoro jestem niezależną finansowo singielką, mam trójkę
dzieci, dobre wykształcenie, własny biznes, to stać mnie na podjęcie
takiego ryzyka, jak związek z Janem.
Znajomy prawnik z Poznania zadzwonił do Jana i powiedział mu, żeby nie
myślał, że jestem byle podlotkiem, którym można się pobawić, a potem
rzucić, że mam swoją pozycję, szacunek i ambicje. Jan sam mi o tym
opowiedział.
Dobrze pamiętam chwilę, w której poczułam się przy nim bezpieczna jak
nigdy dotąd. Przytulił mnie mocno i pocałował z czułością w czoło. To
był dla mnie cudowny gest troski, szacunku, miłości. Pierwszy raz po
traumie rozwodu, po latach samotności. Oboje ryzykowaliśmy. Sytuacja
była trudna i niewiele osób nam sprzyjało, ale poczułam się tak, jakbym
znalazła się pod skrzydłem anioła. Zrozumiałam, że uczucie między nami
jest silne i głębokie, a Jan traktuje mnie bardzo poważnie.
Wiem, że targały nim różne emocje, był przecież poważanym mężem, ojcem,
prezesem firm. Miał wyrzuty sumienia, czuł, że być może krzywdzi
bliskich. Ale nie będę o tym mówić w jego imieniu. Chcę tylko
podkreślić, że był dobrym człowiekiem.
Choć do biznesu podchodziliśmy poważnie, w wolnych chwilach bywaliśmy
niefrasobliwi. Cieszyliśmy się esencją życia. Bardzo mi to odpowiadało.
Mam w sobie dużo z dziecka, nie chcę być zbyt praktyczna czy
realistyczna i mam nadzieję, że taka pozostanę. Jan doceniał szczególnie
to, że miał we mnie partnerkę w cieszeniu się każdą chwilą. Oboje
temperamentni, emocjonalni, bardzo się uzupełnialiśmy.
Żyliśmy tak, jakby nazajutrz świat miał się skończyć. Podróżowaliśmy,
pracowaliśmy, załatwialiśmy sprawy, cieszyliśmy się sobą. Wszystko
robiliśmy w gigantycznym tempie i niczego na pół gwizdka. Biorąc pod
uwagę nasze temperamenty, nic dziwnego, że w którymś momencie
"wypaliliśmy się". Nurek powiedziałby, że zabrakło dekompresji.
To były piękne, niezwykłe lata. Dzięki Janowi pokochałam Londyn, który
stał się na długi czas naszym domem. Do tej pory mam tu swoje miejsce na
ziemi.
Z czasem jednak Jan zmienił się nie do poznania. Nie miał siły cieszyć
się tym, czego doświadczaliśmy. Coraz częściej bywał znużony, źle się
czuł.
Rozstaliśmy się bez wielkich awantur. Do końca jego życia zachowaliśmy
dobre relacje. Byliśmy w stałym kontakcie.
Po rozstaniu rzuciłam się w wir obowiązków zawodowych ze zdwojoną mocą.
Praca związana z moją wielką pasją pomagała osiągnąć życiowy balans.
Moja Mania
Zawsze kochałam modę. Założenie marki odzieżowej La Mania było więc
naturalną konsekwencją mojej pasji. Stało się to jeszcze podczas mojego
związku z Janem. Na początku bardzo mi kibicował, wspierał na każdym
etapie tworzenia firmy. Potem jednak stał się zazdrosny o czas, który
jej przeznaczałam.
Dla rozwoju La Manii kluczowa stała się moja znajomość z Karlem
Lagerfeldem. Został kimś w rodzaju mojego mentora i dzięki niemu
poczułam, że i tym razem powinnam iść za głosem marzeń. Znów połączyłam
siły z odważną, silną kobietą, tak jak kiedyś, gdy tworzyłam sieć klinik
z siostrą męża. Bardzo wierzę w kobiece sojusze, prywatne i zawodowe.
Tym razem na mojej drodze pojawiła się projektantka Magda Butrym. To z nią stworzyłyśmy La Manię.
Lubię dzielić się sukcesem, pomysłami, biznesem. Nie ma we mnie obawy
przed wchodzeniem w spółki, czy podejmowaniem ryzyka. W pewnym momencie
Magda wybrała jednak własną autorską drogą, więc rozstałyśmy się. W zgodzie. Od tamtej pory firmę prowadzi ze mną najstarszy syn, Aleks.
W rozwoju La Manii pomaga mi popularność. Nie jestem hipokrytką, która
narzeka na problemy wynikające z rozpoznawalności. Tym bardziej, że w bezpośrednich kontaktach spotykam się z wieloma miłymi reakcjami. Nie
marudzę, że muszę stawać na tzw. ściankach. Nigdy nie spotkałam się z nachalnymi papparazzi, nawet kiedy jeździli za mną i Janem, śledząc
każdy nasz krok. Od stewardessy w samolocie aż po przechodniów mijanych
na ulicy, zawsze jest miło, sympatycznie, z uśmiechem.
Potrafię się bawić popularnością. Dowodem tego jest choćby mój udział w reality show "Azja Express" produkcji TVN.
Moi bliscy nie mogli w to uwierzyć. Przecież ja nawet nigdy nie byłam
pod namiotem, z wyjątkiem niefortunnej przygody z pierwszym chłopakiem,
a to było show, w którym uczestnicy dostają najbardziej niezwykłe,
nieraz szalenie trudne zadania do wykonania na oczach widzów i bez
dubli. Do tego muszą pokonać długi odcinek trasy, z dala od cywilizacji
i właściwie bez pieniędzy. Udział w tym programie był dla mnie
niesamowitym doświadczeniem i wyzwaniem - po angielsku powiedziałabym
"mind blow". To hasło wytatuowałam sobie na wewnętrznym fragmencie palca
lewej dłoni.
Prowadzenie La Manii niezmiennie jest dla mnie przygodą, a nie tylko
pracą. Niedawno powstała nowa odsłona marki w postaci La Mania Home. To
również jest spełnienie marzenia i bezpośredni wynik moich
zainteresowań. Kocham piękne przedmioty i konsekwentnie się nimi
otaczam. Dbam o każdy szczegół wokół mnie. Nauczyłam się tego w dzieciństwie.
Razem, ale niezależni
Mój obecny partner Rinke, z pochodzenia Holender, kocha moją siłę i niezależność. Spotkaliśmy się w momencie, w którym oboje byliśmy gotowi
na kolejny dojrzały związek i kiedy nawzajem bardzo siebie
potrzebowaliśmy.
Zanim go poznałam, wydawało mi się, że jestem niezależną,
samowystarczalną supersingielką. Boksowałam się sama ze sobą, bo mimo
wszystko wciąż wierzyłam w miłość. Ale on o mnie walczył, zabiegał,
starał się. Ujął mnie opiekuńczością, wrażliwością, czułością - tym
samym, czym ja jego.
Rinke w dzieciństwie stracił mamę. Nigdy nie miał domu i bardzo za nim
tęsknił. Ja mu go ofiarowałam. Codziennie mi za to dziękuje.
Nasz związek jest zbudowany na bezpieczeństwie i dojrzałości, choć
temperamentu nam nie brakuje i czasem iskrzy na wielu poziomach. Każde z nas jednak zebrało już sporo doświadczeń. Mamy wspólny świat, w którym
zanurzamy się z radością, ale mamy też dwa osobne, choćby w sferach
zawodowych. Mimo intensywnego bycia razem, jesteśmy niezależni. To
ważne.
Pewnego razu moja przyjaciółka była świadkiem, jak na dzień dobry
wyjątkowo czule mnie przytulił. Zapytała mnie potem: "Asiu, jak to się
dzieje, że po raz kolejny przeżywasz wielką miłość?. Odpowiedziałam po
prostu: bo się tego spodziewałam. To prawda, w przeciwieństwie do wielu
innych osób, ja w życiu spodziewam się wszystkiego, co najlepsze.
Kobiety, które spotykam, często są przekonane, że nie może je spotkać
już nic dobrego. Ba, że nic im się już nie należy. To błąd. Ja w związku
z mężczyznami oferuję zawsze bardzo dużo, staram się, zabiegam, zależy
mi. Daję miłość, emocje, troskę, czułość, empatię, ciepło, atmosferę
domu, ale oczekuję jeszcze więcej. I na tym to polega.
Kiedy dużo pracujemy, widujemy się zwykle dopiero wieczorami. Gdy
zwalniamy tempo, mamy czas na niespieszną celebrację każdej chwili,
refleksję, spacer i proste przyjemności. Na kawę o poranku, czułość,
książkę, wspólne oglądanie serialu. I na długie rozmowy o tym, co
rzeczywiście istotne: żeby podążać za głosem serca i marzeń, nie bać się
ryzyka, walczyć o siebie, o swoją godność, niezależność i szczęście.
Żeby mimo problemów i trudności, z każdej życiowej lekcji wychodzić z nową wiedzą o sobie i innych. Mamy tylko jedno życie i nikt go za nas
nie przeżyje.