p

Nic straconego - Karolina Sowińska

Kup ebooka

35.00 zł
28.00 zł (28,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ucieczka z lekcji

– Gdzie się podziała Claryssa Rose Barrow?! – spytała z wściekłością panna Parson. – Powinna już dawno się zjawić! Nie przyszła na umówione zajęcia języka angielskiego! Lekcje miały się zacząć dobre piętnaście minut temu, a przez pani córkę będę zmuszona odwołać dzisiejsze spotkanie z panią Warren. Rozpuściła pani swoją pociechę, droga pani Barrow. Nawet nie ma dziewczyna pojęcia o dobrych manierach i zasadach, jakimi jest przychodzenie na czas, gdy jest się umówionym. Zwłaszcza jeśli chodzi o spotkanie z poważną osobą, taką jak nauczyciel...

Zrzędzeniu damy, jaką była panna Frances Parson zdawało się nie być końca. Panna Parson była dostojną, wiekową kobietą o małych, ptasich oczkach, haczykowatym nosie i wąskich wargach. Wyglądała tak, jak gdyby zawsze była niezadowolona zarówno z życia, jak i z otaczających ją ludzi, zwłaszcza młodych panienek, które od lat starała się zarazić miłością do Szekspira i Dantego. Kobieta ta nienawidziła całego świata, nie znosiła uczyć i nie cierpiała ludzi, a szczególnie nie mogła ścierpieć młodej panny Rose Barrow. Dlaczego tak było, nie wiedział właściwie nikt. Może dlatego, że akurat dzisiaj, gdy panna Parson miała wyjątkowo dobry humor, ta mała Barrow nie raczyła zjawić się na cotygodniowej lekcji angielskiego. Poirytowana matka Rose, pani Grace Barrow, starała się załagodzić sytuację, jaka powstała po nieodpowiednim zachowaniu jej córki. Najgorsze było to, że nikt właściwie nie wiedział, gdzie jest Rose.

– Jak to nie przyszła? – zapytała z zaniepokojeniem Grace Barrow. – Przecież wyszła pół godziny temu z domu i mówiła, że idzie do pani na lekcję.

– Może i powiedziała – zaczęła znów nauczycielka – może i wyszła, w każdym razie w moim domu się nie zjawiła! I ja uprzejmie ostrzegam panią, droga pani Barrow, że jeżeli taka sytuacja się powtórzy, to już nigdy nie podejmę się nauczania pani córki! Podobno chcieliście ją państwo kształcić za granicą, w szkole w Europie! Już to widzę, jak udaje jej się dostać do jednej z najlepszych pensji dla dziewcząt z takimi wynikami w nauce! Dopiero kiedy będzie miała nóż na gardle, wtedy zwróci się pani z mężem do mnie z prośbą o pomoc, ale ja już w tej kwestii palcem nie kiwnę!

Skończywszy wygłaszać swoją mowę, panna Parson udała się do drzwi. Lekko spłoszona pani Barrow cicho szła za nią i załamując ręce rzekła:

– Naprawdę bardzo mi przykro, że moja Rose tyle kłopotu pani narobiła. Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. Zostanie surowo ukarana, jak tylko raczy pokazać się w domu. A swoją drogą to zastanawiam się, dokąd ona mogła pójść?

Sztywna postać zatrzymała się na chwilę przy drzwiach, po czym się odezwała.

– Nie mnie o tym decydować, ale naprawdę powinni się państwo poważnie zastanowić nad wychowaniem córki. Ta dziewczyna wyobraża sobie, że jest Bóg wie kim! Mówi, co myśli, głośno wyraża swoje teorie i nie baczy na konsekwencje, jakie mogą wypłynąć z jej zachowania! I jestem przekonana, że to nie jest jej pierwszy taki wybryk. Może inni nauczyciele nie chwalili się państwu wyczynami Rose oraz jej nader przeciętnymi wynikami w nauce. No cóż, być może nie mieli tyle odwagi i oleju w głowie co ja. No, ale nic. W końcu nie mnie to oceniać, prawda? – I kiedy zdawało się, że już wyjdzie, dodała jeszcze jadowicie: – Radzę też, aby pani zwróciła szczególną uwagę na Elaine. Ta młoda dama ma nienaganne maniery i zachowanie godne prawdziwej damy. Z niej z pewnością będą ludzie, czego nie da się powiedzieć o pani córce. Sądzę jednak, że jeśli dłużej będzie przebywała w towarzystwie Rose i naśladowała jej postępowanie, stanie się taka sama jak ona, a może i gorsza. Do widzenia, pani Barrow! – Zimny wiatr wdarł się do pomieszczenia, gdy szacowna dama otworzyła drzwi i wyszła, trzasnąwszy drzwiami.

Grace Barrow czuła się zażenowana. Sama, doskonale wychowana, z wpojonymi zasadami, była zawsze wzorem cnót i dobroci. Nigdy, ale to nigdy nie było z nią kłopotów. Każda z jej przyjaciółek w młodości przynajmniej raz dostała burę za gorszące postępowanie, niegodne wielkiej damy, a Grace – nigdy! Zastanawiała się tylko, czemu to właśnie jej córka była ostatnio tematem niepotrzebnych rozmów. "Przecież to dobra, wesoła dziewczyna", myślała nieraz. Może troszeczkę zbyt impulsywna, ale to się zdarza w tym wieku. Co prawda ona, mając siedemnaście czy osiemnaście lat, była zupełnie inna. W niczym nie przypominała córki, z wyjątkiem wyglądu zewnętrznego. A Rose była uderzająco podobna do matki. Wysoka, smukła, o ciemnych włosach i błyszczących oczach. Gdyby tylko jeszcze była do niej podobna pod względem charakteru. "A może się zakochała? Albo planują coś razem z Laurence'em?", zastanawiała się Grace. "Ja sama w tym wieku byłam już szczęśliwą mężatką".

Snując różne wyobrażenia na temat Rose, pani Barrow nagle przypomniała sobie wyraz twarzy panny Parson, jej zimne spojrzenie i kazania oczerniające zarówno Rose, jak i całą rodzinę Barrowsów. Grace może była osobą trochę naiwną, ale nie głupią. Zdaniem Rose miała jednak jedną wadę, że wierzyła we wszystko, co usłyszała od ludzi ze wsi. A ponieważ bardzo starała się dbać o opinię całej rodziny, bała się popełniać jakiekolwiek występki, zawsze była pokorna i cicha, to też cała wieś darzyła ją sympatią i okazywała należny jej szacunek. A więc dlaczego córka nie może być taka sama? Dlaczego nie mogła zachowywać się, jak przystoi dobrze wychowanej, młodej panience? Tak, panna Parson miała rację. Ona i pan Barrow muszą poświęcać córce więcej uwagi, utemperować jej charakterek i uczynić z niej przyzwoitą i dorosłą kobietę. Pani Barrow już nawet wiedziała, od czego zacząć.

– Williamie! – zawołała.

 

– Rose! – zawołała Elaine. – No chodźże już! Co ty tam tak długo robisz?

Elaine stała pod starą drewnianą szopą rodziny Barrow i ze zniecierpliwieniem czekała, aż jej przyjaciółka łaskawie zechce wyjść z tej starej ruiny, co chwila spoglądając na mały zegarek na srebrnym łańcuszku. Była to ładna, długowłosa blondynka o ogromnych brązowych oczach i malutkich czerwonych ustach, raczej niewysoka, toteż z oddali bardziej przypominała dziecko niż osiemnastoletnią panienkę. Stała, a jej policzki płonęły. Ze strachu bolał ją brzuch. Wiedziała, że ucieczka z lekcji to nie był dobry pomysł. Na pewno zdrowo oberwie od pana Barrowa, gdy ten się dowie, co obydwie z Rose zrobiły.

Elaine Harlow i jej brat Laurence mieszkali razem z państwem Barrow. Dziesięć lat temu podczas burzy ona wraz z bratem i matką siedzieli w domu, oczekując powrotu ojca z miasta. Długo się nie zjawiał, cała rodzina czuła, że stało się coś złego. Gdy straszna noc minęła bez wieści od niego, pani Harlow zdecydowała się zawiadomić władze. Szukali go przez sześć dni. Siódmego dnia rodzina Harlow otrzymała tragiczną wiadomość: ojciec został napadnięty przez zbójów, gdy wracał przez las do domu. Okradli go i zastrzelili, a jego ciało wrzucili do rzeki. Gdy Maria Harlow dowiedziała się o tym, dostała ataku histerii. Nie była w stanie opiekować się dwójką małych dzieci, gdyż popadła w straszną depresję i została zamknięta w szpitalu psychiatrycznym. Mała Elaine i Larry zostali przygarnięci przez przyjaciół państwa Harlow i otoczeni troskliwą opieką. Dzieci od tamtej strasznej nocy nie widziały się z matką. Pięć lat później pani Harlow się powiesiła.

– Rose! – krzyknęła ponownie Elaine. – Idziesz czy nie? – Dwie minuty później z szopy wyszła wysoka, ciemnowłosa dziewczyna o pociągłej twarzy, ustach, które wyglądały, jakby były złożone do pocałunku i migdałowych oczach. "Nikt inny nie miał takich oczu", mówili wszyscy. Oczy Rose były w trzech odcieniach: niebieskim, szarym i zielonym. Nigdy nie wiadomo było, która barwa przeważała. Poza tym kolor zależał od nastroju: gdy była szczęśliwa, mieniły się szarością i zielenią, gdy zaś ogarniała ją wściekłość, przybierały kolor ciemnoniebieski. Znając charakterek Rose, można by przypuszczać, że jej oczy były najczęściej ciemnoniebieskie, z lekkim przebłyskiem zieleni. Ciemne i wyraźnie wyrysowane brwi Rose tworzyły nad oczami dwa szerokie łuki. Dziewczyna miała na sobie słomkowy kapelusz, męskie spodnie i starą, podziurawioną koszulę Laurence'a. Gdy Elaine ją zobaczyła, wybuchnęła śmiechem.

– Ty się tak nie śmiej! – zawołała Rose. – Zaraz sama się ubierzesz w podobne łachy. Nawet nie wiesz, ile tam tego jest. Wszystko należy do twego brata.

– Co to, to nie – rzekła Elaine. – Nie włożę czegoś takiego, choćbym miała umrzeć!

– Hm... może nie umrzesz, ale na pewno dostaniesz w skórę, jak ojciec nas rozpozna. Włożysz to, bo inaczej jak nas zobaczą ludzie we wsi, wyda się nasza ucieczka z lekcji, a nam się zdrowo oberwie. Wiesz, że tata ma mocną rękę i nie szczędzi sobie, gdy ktoś go zdenerwuje. A tak, w tych strojach nikt nas nie pozna. Najwyżej wezmą nas za farmerów albo chłopów – odparła Rose.

Ten argument przekonał Elaine. Nigdy dotąd nie uciekała z zajęć i bardzo obawiała się groźnego pana Barrowa. Może Rose ma słuszność? W końcu lepiej się trochę pobawić w przebieranki, niż dać się złapać na gorącym uczynku.

– No dobrze, przekonałaś mnie – powiedziała. – Daj mi ten strój.

– No, to ja rozumiem – rzekła Rose, uśmiechając się chytrze. – Włóż koszulę, a ja ci pomogę z tymi guzikami. Przez kilka minut dziewczyna pomagała ubrać się przyjaciółce, a zapinając jej ostatni guzik pod szyją, zawołała: – A niech to, mężczyźni to jednak mają prościej z ubieraniem się, nie to co kobiety. Te wszystkie haleczki, spódnice! Czasami żałuję, że nie jestem mężczyzną. Mają sto razy lepiej niż my! No i na pewno lżej! – Przez kolejne pięć minut siłowały się z guzikami. – No dobrze – rzekła Rose. – A teraz ściągaj cały dół. W tej tonie materiału nie dasz rady włożyć spodni. – Rose spostrzegła, że Elaine oblał rumieniec. Zmarszczyła się. – Och, dajże spokój! Przecież to wszystko tylko dla zabawy! Chodź tu, pomogę ci z tymi szelkami, bo sama nie dasz sobie rady. Mają strasznie skomplikowane zapięcia.

Elaine posłusznie zdjęła dolną część garderoby, którą potem Rose schowała w starym worku po ziemniakach, tuż obok swojej, po czym wzięła się za zakładanie męskich spodni. Były na nią co najmniej o kilka numerów za duże. Ale co miała poradzić?

Gdy Rose pomogła się jej przebrać, obie ruszyły w stronę posiadłości państwa March. Tego dnia odbywały się zaręczyny najmłodszej ich córki – Alice. Zdaniem Rose dziewczyna ta miała dużo szczęścia, że trafiła na tak dobrą partię. Sama przecież była malutka, bardzo skromniutka i tak brzydka, że sam diabeł by się jej wystraszył. Ale w całej wsi okrzyknięto tę zabawę najgłośniejszą od wielu lat. Rose była wściekła, że nie może uczestniczyć w imprezie, ale rodzice wyraźnie jej powiedzieli, że będzie mogła iść dopiero po lekcjach i to w dodatku w towarzystwie ojca, który nie miał zielonego pojęcia o dobrej zabawie. Zawsze jej pilnował jak oczka w głowie i kręcił nosem na każdy najmniejszy nawet występek. Dlatego też zbuntowana dziewczyna raz postawiła się i na te "święte" nauki u panny Parson zwyczajnie nie poszła. A to, że wciągnęła Elaine w tę akcję, to już zupełnie inna sprawa. W tym samym czasie, co ona miała być na lekcji, Elaine była rzekomo umówiona z Caroline, córką najlepszej przyjaciółki pani Grace Barrow. Caroline wiedziała o planie uknutym przez Rose i przyrzekła trzymać buzię na kłódkę.

– Daleko jeszcze? – spytała Elaine, ciężko dysząc. – Jestem już wykończona. Te stroje są okropne i tak strasznie śmierdzą w tym upale!

Rose, jakby nie zważając na żale przyjaciółki, odparła spokojnie:

– Jeszcze tylko jakieś pół kilometra. No chodź, nie guzdraj się tak. I tak nie będziemy mogły być tam za długo, bo za półtorej godziny muszę być w domu. A tak dla pewności, wiesz, że do Arszeniku musimy wrócić tak, aby nie wzbudzać niczyich podejrzeń. Jak tylko przekroczymy próg drzwi, będziemy się zachowywać tak naturalnie, jak to tylko możliwe, dobrze? Spojrzała na bladą buzię Elaine i powiedziała dobitnie: – Tak czy nie?!

– Tak – wymamrotała pod nosem dziewczyna. – Ale obiecaj mi coś, dobrze? Obiecaj, że będziemy bardzo ostrożne, bo jak nas kto zobaczy i ludzie się dowiedzą, to...

– Oj, dajże już spokój z tymi głupimi wieśniakami! – warknęła Rose. – Wiesz dobrze, że jak będą chcieli plotkować, to i tak to zrobią. – I dodała czule po chwili: – Uspokój się trochę i spróbuj potraktować to jak zabawę dla dorosłych, na którą młode dziewczyny nie mają wstępu, dobrze?

Elaine kiwnęła głową na znak potwierdzenia, po czym wesoło uśmiechnęła się do Rose i nagle zapomniała o wszystkich swoich obawach. Szły jeszcze kilka minut w milczeniu, po czym ich oczom ukazała się ogromna posiadłość państwa March. Dziewczęta otworzyły usta ze zdziwienia. Jeszcze nigdy nie widziały tak wystawnego przyjęcia na zewnątrz.

Na każdym drzewie wisiały błyszczące, papierowe ozdoby i puchowe łańcuchy, dające co prawda efekt bardziej komiczny niż elegancki, ale Rose i Elaine mimo wszystko zdawały się tego nie dostrzegać. Na środku okrągłego placyku za domem rozciągało się kilkanaście dużych stołów, przykrytych lnianymi białymi obrusami, na których stała niezliczona ilość srebrnych półmisków z jedzeniem. Pod kopułą z wierzb stała orkiestra, w tej chwili bardzo zajęta wypijaniem zdrowia narzeczonych. Na ganku oraz wokół całego domu porozwieszane były ogromne, kolorowe lampiony i wieńce ze sztucznych kwiatów. Sami narzeczeni siedzieli na schodkach ganku i szeptali sobie słodkie słówka na ucho. Przyszła żona ubrana była w długą koronkową suknię z pomarańczowego atłasu, czarne pantofelki i wielki kapelusz z mnóstwem pstrokatych ozdób, począwszy od barwnych wstążek, a na owocach skończywszy. Pan młody natomiast wyglądał jak każdy inny z zebranych na przyjęciu mężczyzn.

Przyglądając się młodej parze z ukrycia, Rose turlała się ze śmiechu, uważając, że Alice wygląda raczej jak pajac niż urocza dziewczyna, jaką w tym szczególnym dniu powinna chociaż przypominać. Ale pan młody, bardzo w niej zakochany, zupełnie nie zwracał na to uwagi. Gdy Rose powiedziała o tym Elaine, ta w duchu stwierdziła, że jest ona zwyczajnie zazdrosna, bo na pewno sama marzy o własnym przyjęciu i ślubie, na którym to ona będzie królową i wszystkie oczy będą zwrócone wyłącznie na nią. Myśląc o tym, powiedziała wesoło:

– Rose, skoro mówimy już o zaręczynach Alice, to muszę cię o coś zapytać.

– Hm? – mruknęła Rose.

Elaine zebrała się na odwagę i wypaliła:

– Czy ty i mój kochany brat Laurence coś planujecie na przyszłość?

Rose spojrzała na nią z zastanowieniem.

– Co masz na myśli? – spytała ze słabo ukrywaną niewinnością.

Elaine uśmiechnęła się.

– Mówię o tym, czy zamierzacie się pobrać, zamieszkać razem i tak dalej...

Rose zastanowiła się przez chwilę. Owszem, rozmawiała kiedyś z Laurence'em o tej sprawie, nawet jej się oświadczył, ale o tym wiedzieli tylko we dwoje. Mogła dawno już wyjść za niego za mąż, ale odkładała to cały czas. Zdawała się na coś czekać, a może na kogoś... Czuła, że jej miejsce nie jest przy Laurensie. Kochała go, ale po prostu nie wiedziała, czy faktycznie małżeństwo z nim jest szczytem jej marzeń. Ślub, wspólne życie, kilkoro dzieci, a potem żyć długo i szczęśliwie? Chciała czegoś więcej, ale czego? Nie myślała jeszcze o tym. Jednego była pewna. Laurence ją kochał, bardzo kochał. Pokochał ją od chwili, gdy w najokropniejszych chwilach swego życia on i Elaine zostali przygarnięci przez państwa Barrow. Zobaczył ją, spojrzał w jej błyszczące oczy i już wiedział. Wiedział, że od tamtej chwili są sobie przeznaczeni. Że młodziutkiej panienki nigdy nie będzie w stanie traktować jak siostry, jak zapewne oczekiwali państwo Barrow. Wtedy postanowił, że Rose będzie jego ukochaną. Jakby na to nie patrzeć, to już od dziesięciu lat z haczykiem można ich było traktować jak narzeczonych. Toteż Rose bardzo starała się nie oglądać za innymi chłopcami, mimo że bardzo ich lubiła. A i oni nie kryli sympatii do niej. Widziała, jak wodzą za nią oczy innych mężczyzn, starszych i młodszych. Oczywiście niekiedy złościło to Larry'ego, ale nie przejmowała się tym za bardzo. Ale co dalej?

Wielki napis MAŁŻEŃSTWO pojawił jej się nagle przed oczami, a sygnał alarmowy zaczął brzęczeć w głowie. Jak miała odpowiedzieć na pytanie przyjaciółki? Czy myślała o tym? Pewnie tak, jednak sądziła, że takie snucie planów nie było na poważnie. Odetchnęła głęboko i odparła:

– Cóż, co prawda myślałam o tym, i to nieraz. Twój brat już mi się dawno temu oświadczył, jednak sądziłam, że na razie nie ma potrzeby robić z tego niepotrzebnego zamieszania. Zwłaszcza że jeszcze chyba obydwoje nie jesteśmy gotowi na tak poważny krok. Ale tak, zastanawiałam się nad tym i przyjęłam jego oświadczyny. – I dodała głośno, nie zważając na to, że któryś z gości może ją usłyszeć: – Ale ślubu jeszcze nie planowałam! – Na tę odpowiedź Elaine zaczęła cała drżeć i gdy Rose myślała, że zaraz wybuchnie płaczem, ona roześmiała się słodko i tak serdecznie, że przyjaciółka zaniemówiła na chwilę. Gdy śmiech dziewczyny ucichł, odezwała się: – Co ci jest? Czy aby na pewno wszystko z tobą w porządku?

Na twarz Elaine wpłynął ponownie uśmiech.

– Ależ Rose! – powiedziała z zapałem. – To cudownie! Kochanie, nie masz nawet pojęcia, jak się cieszę z tego, że jesteście już zaręczeni i że...

– Nieoficjalnie zaręczeni – przerwała jej Rose. – Proszę cię Elaine, nie popadaj w obłęd, bo jeszcze nie postanowiliśmy co dalej. Nawet mama i tata o niczym nie wiedzą, a wiesz, że to oni przede wszystkim muszą się na to zgodzić. Myślę jednak, że z błogosławieństwem rodziców nie będzie problemu. Matka traktuje Laurence'a jak syna, a ojciec ma go za najbystrzejszego i najbardziej pracowitego chłopaka pod słońcem. A i ja myślę, że będę szczęśliwa u jego boku. Wiesz, że jest on pierwszym mężczyzną, którego pokochałam? Przeżyłam w życiu kilka chwilowych zauroczeń, ale nikogo nie umiałam obdarzyć uczuciem miłości. Wiem, że on jednak jest tego wart.

Elaine spojrzała z czułością na przyjaciółkę, po czym rzekła:

– Rose, uwielbiam cię za to, co powiedziałaś o moim bracie. Wiesz przecież, jak jestem do niego przywiązana. Tylko on mi pozostał po śmierci mamy. – Tu dodała nieśmiało: – I ty, którą kocham jak siostrę... – Tu nastąpiła długa pauza. Elaine objęła przyjaciółkę i ucałowała ją w policzek.

Rose uśmiechnęła się. "Dzięki Bogu za Elaine", myślała w duchu. "Jest trzy razy więcej warta niż moja głupia siostra Vianne!"

Elaine jeszcze przez kilka minut tuliła się do przyjaciółki, a po chwili wyprostowała się i powiedziała z uporem:

– Ale obiecaj, że jak zdecydujecie się z Larrym na dalszy krok, pozwolisz mi osobiście zająć się przygotowaniami do waszego ślubu. Wiesz, że jestem dobra w organizacji przyjęć, mimo iż średnio lubię w nich uczestniczyć. A ty o nic się nie martw, kochanie! Ja się wszystkim zajmę, tak abyś nie musiała sobie zaprzątać pięknej główki!

Rose kiwnęła głową potwierdzająco. Spojrzała na zegarek. Dochodziła już dwunasta, a na pierwszą miały być w domu. Zerwała się na równe nogi, nie zważając, że ktoś z gości na przyjęciu może ją zobaczyć.

– Wstawaj! Musimy wracać! Do domu są trzy kilometry, a jeszcze trzeba będzie zrzucić te łachy w szopie i przebrać się w nasze eleganckie sukienki! Ruszajmy! – Chwyciła Elaine za rękę i pobiegły w stronę Arszeniku, rodzinnej posiadłości państwa Barrow.

 

Było za dziesięć trzecia, gdy dziewczęta zjawiły się w domu. Rose uchyliła drzwi wejściowe i krzyknęła wesoło:

– Już jesteśmy!

Zaraz też szybko, głośno stukając obcasami, wbiegła po schodach do pokoju i trzasnęła drzwiami. Elaine natomiast cichym krokiem poszła do swojej sypialni.

Wróciwszy z "lekcji", Rose usiadła na miękkim łóżku i zdjęła buty. Nagle usłyszała donośny odgłos tupania na schodach. "To ojciec", pomyślała i zimny dreszcz przeszedł jej po plecach. "A co, jeśli już wszystko wie?" Dziewczyna przez chwilę się zastanowiła. Nie obawiała się opinii znajomych ani babci Loreny, nie martwiło jej też zdanie matki, czy zdanie kogokolwiek poza ojcem. Nie żeby się go kiedykolwiek bała. Po prostu to on zawsze wymierzał kary, prowadził ciężkie i dołujące rozmowy, zakazywał czegoś bądź straszliwie krzyczał, gdy coś mu nie odpowiadało. Nie chciał też, aby zachowanie jego córek czy kogokolwiek z rodziny dawało powody do niepotrzebnych plotek i pomówień między sąsiadami. Dlatego zawsze był surowy i zimny jak ktoś zupełnie obcy. Zamyśliła się. "Nie, oczywiście, że o niczym nie miał pojęcia. Skądże mógłby się dowiedzieć?"

Drzwi do pokoju gwałtownie otworzyły się i do pokoju wkroczył ojciec. Wyglądał tak, jak gdyby ktoś właśnie nastąpił na jego grób. Twarz miał czerwoną, a oczy niemalże wychodziły mu z orbit. Zbliżył się do łóżka Rose, po czym zapytał ponuro, z ledwo ukrywanym spokojem:

– Gdzie dzisiaj byłaś? – I zanim ta zdążyła cokolwiek mu odpowiedzieć, dodał: – Tylko mi nie mów, że na lekcjach, bo w to akurat ci nie uwierzę, choćbyś się zaklinała. A zatem?

Twarzyczka Rose pobladła, oczy zapłonęły jej jakby żywym ogniem, a źrenice się rozszerzyły. Wyprostowała się jednak, a głowę podniosła wysoko.

– A więc już się dowiedziałeś, tatusiu, że nie byłam dziś u panny Parson. Hm... A któż był tak niedyskretny, że ci o tym powiedział? – zapytała, bo wciąż nie mogła uwierzyć, że jej ojciec jednak o wszystkim wie.

– Sama panna Parson – odparł zimno ojciec. – Zjawiła się tutaj zaraz po tym, jak ty nie przyszłaś na umówione spotkanie. Była bardzo oburzona, krzyczała na twoją biedną matkę i nielitościwie wygłaszała kazania na temat twojego bezczelnego i niestosownego zachowania względem starszych osób oraz twego braku zapału w nauce. A teraz powiedz mi prawdę, dlaczego tam nie poszłaś?

Rose nigdy w życiu się nie bała, a więc i teraz nie wolno jej było okazać lęku. Otworzyła usta i rzekła:

– Nie poszłam tam, bo... bo raz chciałam po prostu uciec z tych nudnych lekcji i nie słuchać zrzędliwego jazgotu panny Parson! Nigdy bym jednak nie przypuszczała, że będzie zdolna posunąć się do tego, aby przychodzić tutaj i prawić wam morały na mój temat i to jeszcze w naszym własnym domu! Ja...

– Dobrze, dobrze – rzekł pan Barrow. – A zatem gdzie byłaś?

– Byłyśmy razem z Elaine poobserwować z daleka przyjęcie zaręczynowe wydane przez państwa March – powiedziała Rose lekko. – Oczywiście patrzyłyśmy z ukrycia, tak że nikt nas nie widział. Nie masz pojęcia tato, jakie to było ekscytujące! Obserwować ludzi z ukrycia i wiedzieć, że nikt nas nie widzi. A potem żeśmy...

– To nie jest żadna wymówka! – przerwał jej ojciec. – Nie iść na lekcje, bo ci się nie podoba nauczycielka! A potem jeszcze włóczyć się nie wiadomo gdzie i szpiegować ludzi! No, no, panienko! Twoje zachowanie jest coraz to bardziej zaskakujące. Przymykałem oko na twoje wcześniejsze wybryki, bo uznawałem, że nie było w nich nic złego. Młodość ma wiele pięknych praw, wiem, bo sam przez to przechodziłem i też nie uważano mnie za świętego. Ale dzisiaj przestało mnie to bawić! Przynosisz nam wstyd! – krzyczał. – Nie masz za grosz przyzwoitości ani dobrych manier. I na dodatek umyślnie narażasz naszą rodzinę na plotki. Naprawdę chcesz, aby nas wzięto na języki? Wiesz dobrze, że teraz ta rozkapryszona stara panna opowie wszystko swoim znajomym i zepsuje nam opinię. Tylko dlatego, że ty masz takie widzimisię, rujnujesz swoją, a przy okazji naszą reputację. Poza tym panna Parson doniosła nam o twojej obojętności względem nauki. Podobno bardzo opuściłaś się z angielskiego i francuskiego. Moja panno, jeżeli tak dalej będziesz postępować, to nigdy nie dostaniesz się do szkoły we Francji, choćbyś nie wiem jak się starała!

– Z całym szacunkiem tato – powiedziała Rose. – Ale to ty z mamą postanowiliście, że będę się uczyła za granicą, z dala od domu. To była wasza decyzja, nie moja. Powiem ci szczerze, że mnie jest wszystko jedno.

Wszystko jedno! To ojciec dba o jej pozycję i przyszłość, a ona śmie mówić, że jej jest wszystko jedno!

– Ty mała, niewdzięczna smarkulo! – wrzasnął. – Myślisz, że wszystko się kręci wokół ciebie?! Że zrobisz nam łaskę, idąc do szkoły? O nie! Panna Parson ma rację. Za bardzo cię rozpuściliśmy, ale to się zmieni! Oj, zmieni się! Od jutra zaczynasz naukę! A wszystkiego będzie cię uczyć panna Frances Parson! Koniec z zabawami i przyjemnościami, dopóki nie zobaczę poprawy w twoim zachowaniu i nauce. I oświadczam ci, że za pół roku pojedziesz do szkoły za granicę. I będziesz się uczyć! Już ja tego dopilnuję. A może brak ci wytrwałości i charakteru, aby wykazać się trochę, co?

Na dźwięk ostatnich słów, Rose zerwała się na równe nogi. Nienawidziła takich zagrywek ojca! Tego wyśmiewania się z niej! Jej brak charakteru? Jej, która zawsze dostawała to, czego chciała, która nie zawahała się przed niczym, aby spełniać marzenia i zdobywać to, czego pragnęła. Gdy inni, nawet po małych klęskach, spuszczali głowy smutno i się poddawali, ona starała się trzymać dzielnie i iść naprzód! Mimo że nieraz chciała załamać ręce i po prostu dać za wygraną. A teraz ojciec celowo uderzał w jej słaby punkt, ranił jej dziewczęcą dumę i śmiał mówić takie rzeczy! To nawet było gorsze, niż jakby nazwał ją tchórzem czy zlęknioną panienką. Ale nie, ona nie da sobie pluć w twarz!

– Mnie brak wytrwałości? – zawołała wściekła. – Mnie brak charakteru? MNIE?! Jak możesz do mnie mówić w ten sposób! Wiesz przecież dobrze, że ani dumy, ani wytrwałości nigdy mi nie brakowało! Spojrzałbyś lepiej na mamę! Ona nie ma charakteru! Jest zawsze taka spokojna i wylękniona i robi wszystko pod szablon! Pokłada się do stóp wszystkim, byleby tylko głupi ludzie na nią nie gadali! A ty...

Nie zdążyła dokończyć myśli, bo nagle straciła równowagę i opadła słaba na kanapę, przyciskając mocno dłoń do piekącego policzka, w który uderzył ją ojciec. Teraz stał nad nią z wściekłym wyrazem twarzy.

– Nigdy więcej nie waż się tak mówić o matce! To cudowna kobieta, najwspanialsza na świecie! Niczym sobie nie zasłużyła na takie obelgi. I to ze strony własnej córki! Wyrodnej córki! – dodał dobitnie. – I zapamiętaj sobie raz na zawsze: naucz się, dziecko, pokory i nie bądź taka butna, to daleko w życiu zajdziesz. A co do twojej dumy i twojego charakteru – powiedział na zakończenie tej strasznej dla Rose rozmowy – to być może źle się wyraziłem. Bo charakter to ty bez wątpienia posiadasz. Jesteś też błyskotliwa i sprytna, co bardzo się chwali u dzisiejszych panienek. Ale wciąż jednak zachowujesz się jak dziecko. Masz prawie osiemnaście lat, a postępujesz i myślisz niekiedy jak ośmiolatka. – Ruszył do drzwi, ale na chwilę jeszcze przystanął. Odwrócił się do córki i rzekł, uspokajając głos: – Przemyśl to sobie, córko! – Po czym znikł w ciemnościach w korytarzu.

 

Rose siedziała jeszcze chwilę w bezruchu, gdy usłyszała dźwięk lekkich kroków. Zerknęła w stronę drzwi, do sypialni weszła Elaine. Była okropnie blada, wyglądała na przerażoną.

– Jak się czujesz? – spytała nieśmiało Elaine. A ponieważ nie usłyszała odpowiedzi, podeszła do łóżka i usiadła obok Rose. Nagle mocno ją przytuliła i zaczęła szeptać pocieszające słowa: – Nie martw się, kochana. Wszystko będzie dobrze. Twój ojciec podenerwuje się trochę, ale potem mu przejdzie, jak zawsze. Mogę ci to obiecać!

– Powiedział, że pośle mnie do szkoły... – rzekła z rozpaczą w głosie Rose. – Ale ja nie chcę wcale tam jechać. To daleko, nie mam ochoty opuszczać domu! Musi być jakiś sposób, aby temu zapobiec. Musi...

Elaine się zasmuciła. Wcale nie chciała, żeby Rose jechała gdziekolwiek, a już na pewno nie za granicę. Serce by jej pękło, gdyby jej ukochana przyjaciółka miała być nieszczęśliwa. Z drugiej jednak strony to ojciec Rose miał zawsze ostatnie słowo. Jeżeli powiedział, że zrobi coś, zawsze to robił i nic nie mogło mu stanąć na przeszkodzie.

– Nie rozpaczaj – wyjąkała Elaine. – Może jeszcze zmieni zdanie. A jeśli nie, to przecież nie stanie się tragedia. jeżeli na kilka miesięcy pojedziesz do tej głupiej szkoły. Poza tym znasz swojego ojca. Jeżeli tak postanowił, to nic na to nie poradzisz...

Nagle w głowie Rose zaświtała myśl. Złoty środek! Może jeszcze nie wszystko stracone, może jest mała nadzieja. Szybko wyrwała się z objęć Elaine, a jej usta wykrzywił chytry uśmieszek.

– Mam! – krzyknęła, ale zaraz jednak ściszyła głos, w obawie, że któryś z domowników mógłby ją usłyszeć. – Mam pomysł! Jest dziecinnie prosty i nie wymaga wiele pracy, aczkolwiek bardzo skuteczny. Moje obawy zostały rozwiane, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki!

Elaine na chwilę została zbita z tropu.

– Co masz na myśli? – zapytała z ciekawością.

Rose spojrzała z radością na przyjaciółkę.

– Pamiętasz, o czym żeśmy dzisiaj rozmawiały pod drzewami państwa March? – Elaine co prawda niewiele pamiętała, ale skinęła potwierdzająco głową. Tymczasem Rose kontynuowała: – Już najwyższy czas, żebyś pomogła mi się przygotować do ślubu! – rzekła przebiegle i zatarła ręce.

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

Afera zaręczynowa

– Muszę szybko znaleźć Laurence'a! – zawołała Rose. – Gdzie też podziewa się mój ukochany? Hm... Ukochany czy nie, ale na pewno mój złoty środek, moje wybawienie – mruczała pod nosem, chichocząc. – "Już ja im pokażę! Nauka za granicą, lekcje z tą starą zrzędą i do tego w domu rygor jak w więzieniu, phi! Wystarczy chwilę pomyśleć, a rozwiązanie zjawia się samo! I to jakie! Nie dość, że uszczęśliwię rodziców i Laurence'a, to jeszcze sama na tym nie najgorzej wyjdę!", myślała. "I już nigdy, nigdy nie usłyszę, co mi wolno, a czego nie! Jako mężatka stanę się szanowaną i wzorową obywatelką w tej starej, aczkolwiek przytulnej wsi".

Przebiegła przez cały sad i ogród, ale Laurence'a tam nie znalazła; przeszukała starą szopę i piwnicę, ale i tam go nie zastała. "Gdzie on jest?"

Laurence Harlow siedział pod starą topolą nad prywatnym jeziorem państwa Barrow i wygrywał jakąś piosneczkę na gitarze. Z oddali Rose rozpoznała tę muzykę, Laurence grał Szczęście w nieszczęściu, ich wspólną ulubioną piosenkę z dzieciństwa. Rose często ją śpiewała, gdy myślała, że wszystko jej się rozpada i czuje się nieszczęśliwa. Miała ochotę ponownie ją zanucić, ale nie dziś! Dzisiaj jest ten dzień, kiedy była szczęśliwa i nie potrzebowała pocieszających melodii. Podciągnęła spódnicę wysoko do góry i pobiegła nad jezioro tak szybko, jak tylko mogła.

Gdy tylko dobiegła na miejsce, od razu przeszła do rzeczy, darując sobie niepotrzebne wstępy. W końcu była już z nim niemalże zaręczona. Teraz tylko wystarczyło go nakłonić do jak najszybszego ślubu i po kłopocie. A potem niech się dzieje, co chce!

– Laurence – zaczęła wesoło. – Muszę ci powiedzieć coś ważnego.

W jednej chwili muzyka ucichła, Laurence odwrócił się do niej i uśmiechnął.

– Co takiego ci chodzi po głowie? – zapytał.

Teraz na chwilę zaniemówiła. "Zacząć jakoś tę rozmowę czy lepiej walnąć prosto z mostu? Zdecydowanie to drugie", pomyślała.

– Pobierzmy się! – powiedziała szybko, a oczy jej zabłyszczały, co oznaczało, że była szczęśliwa.

On spojrzał na nią ze słabo ukrywanym zdziwieniem, po czym zapytał z głębokim zastanowieniem:

– A co cię tak nagle naszło na ten ślub? Przecież wiele razy mówiłaś mi, że potrzebujesz jeszcze czasu. Czy coś się stało?

"Nie mogę mu powiedzieć, co jest przyczyną mojego nagłego pragnienia wstąpienia w związek małżeński", myślała szybko. "Jeżeli mu powiem, on się zdenerwuje i poczuje wykorzystany, a wtedy wszystko przepadnie". Zamyśliła się. Nie ma rady, musi ten jeden raz go okłamać.

– Ależ skąd! – zawołała radośnie. – Dlaczego myślisz, że coś się stało? A bo to coś musi się dziać, żebym zechciała spędzić resztę mojego życia z ukochanym mężczyzną, którego kocham do szaleństwa? – Na te ostatnie swoje słowa zarumieniła się i spojrzała na niego spod lekko przymkniętych powiek. Zauważyła, że twarz jego rozjaśniła się uśmiechem, a w ciemnozielonych oczach pojawił się błysk. Zastanawiała się, co on teraz myśli. Miała nadzieję, że uwierzył w jej czułe słówka i zgodzi się na szybki ślub. Musi się zgodzić. Musi...

– Czy naprawdę tego chcesz? – zaczął śmiałym głosem. – A może coś się kryje pod tą uroczą maską, którą teraz masz na twarzy? Mów prawdę, kochanie.

Rose, cały czas uśmiechając się promiennie, myślała desperacko, co ma powiedzieć. Zdziwiona była reakcją Laurence'a. Sądziła, że będzie skakał z radości, gdy dowie się, że jego ukochana kobieta zgodziła się na ślub, którego tak bardzo pragnął od dłuższego czasu, a którego ona tak się obawiała. Tymczasem on był spokojny, aż nadto spokojny. Musi jeszcze bardziej zaprezentować swoje umiejętności aktorskie. Nie da nic po sobie poznać. Nigdy! Skupiła się. "Wczuj się w rolę", myślała. "Zagraj słodką, kochaną kobietkę, która chce zdobyć serce mężczyzny, popisując się przed nim swoimi wdziękami. Zastanowiła się chwilkę i zachichotała w duchu. "To nie będzie trudne".

– A co niby ma się kryć? – zapytała słodko, po czym roześmiała się i spojrzała mu w oczy. – Wiesz – zaczęła niepewnie – w nocy miałam sen. O tobie, o mnie, o nas! Śnił mi się nasz ślub, tańce, zabawa, radość wszystkich dookoła. Byliśmy tacy szczęśliwi, śmialiśmy się, całowaliśmy i zachowywaliśmy się tak, jakby nie istniał świat. – Spuściła głowę. – I gdy rano się zbudziłam, zapragnęłam, żeby to wszystko stało się prawdą. – Zastanawiając się, czy dobrze to wszystko rozegrała, lekko i niepewnie uniosła głowę. – Ty tego nie chcesz? – szepnęła niemalże niesłyszalnie.

Laurence przez chwilę nic nie mówił, a potem zbliżył się do niej i mocno ją objął, po czym bez słowa nachylił się nad nią i pocałował. Rose nie była właściwie zaskoczona, ale czuła się trochę dziwnie. Nie sądziła, że ich krótka rozmowa zakończy się takim finałem, ale starała się na razie o tym nie myśleć, tylko zapamiętale oddawała pocałunek. Gdy ta króciutka chwila zapomnienia dobiegła końca, Laurence rzekł krótko:

– Chcę.

I to wystarczyło. Trzymał ją jeszcze przez kilka minut, tuląc do siebie i raz po raz całując delikatnie w usta. Kiedy puścił ją wreszcie, Rose odetchnęła z ulgą. Wygrała, zawsze wygrywała. Nie pogodziłaby się z klęską. Teraz tylko wystarczyło powiadomić rodziców i po sprawie. "A co dalej?", myślała. Wiedziała doskonale, co oznaczało małżeństwo. Oczywiście cieszyła się, że będzie wolna od szkoły i zasad, jakie wiązały się z byciem panną. Zastanowiła się znów. Ale przecież bycie mężatką też niosło wiele zakazów. Nie będzie już wolną, młodą panną Rose Barrow, ale stanie się dorosłą i pełną obowiązków panią Claryssą Rose Harlow. Czy tego naprawdę chciała? Zmarszczyła brwi, a dłonie zacisnęła w pięści. Oczywiście, że chciała! Wszystko było lepsze niż wieloletnia nauka za granicą. Długie, nudne i monotonne lekcje, wielogodzinne uczenie się na pamięć smętnych utworów Szekspira. Nie, to nie było dla niej. Nie należała do tego świata, gdzie wykształcenie stawia się na pierwszym miejscu. Miała pieniądze, miłość i zabezpieczenie na przyszłość. Umiała pięknie czytać i pisać. Z matematyką też nie szło jej najgorzej. A więc czegóż można chcieć więcej? Wzruszyła ramionami. "A zresztą, co będzie to będzie, byle z dala od szkoły!"

– Chodźmy – wyszeptała wesoło – trzeba powiadomić mamę i tatę. Niech no tylko im to powiem! – krzyknęła. Chwyciła Laurence'a za rękę i już mieli iść, gdy on ją zatrzymał.

– Zaczekaj, słonko. A co, jeśli twoi rodzice się nie zgodzą? Słyszałem, że wczoraj poważnie się pokłóciłaś z ojcem. Nie uważasz, że ta nagła wiadomość może go bardzo zdziwić, a może nawet zdenerwować?

Na te słowa Rose wykrzywiła usta w grymasie.

– A więc już wiesz... Kto ci o tym powiedział?

– Elaine – odparł. – Przybiegła do mnie od razu, gdy tylko usłyszała, że twój ojciec wrzeszczy na ciebie. Nie masz pojęcia, jak się przeraziła. Była przekonana, że cię zabije albo przynajmniej spierze.

– Ale jak widzisz, nic mi nie jest – powiedziała smętnie Rose. – Poza tym że dostałam sporą naganę i mam czerwony policzek. Chodźmy już! Nie ma na co czekać!

– Zaczekaj! – powtórzył Laurence, tym razem trochę bardziej stanowczo. – Jest jeszcze jedna sprawa.

Rose przystanęła i spytała poważnie.

– Jaka?

– Chodzi o ciebie. Czy ten nagły zapał do małżeństwa nie jest spowodowany tym, że chcesz uwolnić się od rodziców i pokazać, za co masz ich rozkazy i do czego jesteś zdolna, gdy czegoś bardzo nie chcesz? Powiedz mi skarbie, czy właśnie o to ci chodzi i po prostu potrzebujesz mojej pomocy, aby dopiec wszystkim, co cię krzywdzą?

Rose się przeraziła. Nigdy nie wątpiła w to, że Laurence był niesamowicie inteligentny, ale nie sądziła, że do tego stopnia, aby rozgryźć jej najgłębsze sekrety i wydobyć je z niej nie siłą, nie krzykiem, ale prostym i logicznym myśleniem. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Stała w lekkim osłupieniu, z szeroko otwartymi oczyma. Domyślał się, o co jej chodzi tak naprawdę, ale wciąż nie był przekonany o tym do końca. Więc może ma szansę troszkę jeszcze nim zakręcić i spróbować go okłamać. "Przecież nie chcę go skrzywdzić", myślała. "Kocham go, chyba... Cholera, tak! Pragnę jego szczęścia. Ale mam misję i choćby nie wiem co, dopnę swego! Niczego nie będzie podejrzewał! Już ja tego dopilnuję. Nadszedł czas na akt drugi, w mojej komedii".

Odwróciła się od niego i przeszła kilka kroków do przodu. Nagle usta zaczęły jej drżeć, a w oczach pojawił się łzy i zanim on zdążył coś powiedzieć czy zrobić, przycisnęła dłonie do oczu i wszystkimi siłami zmusiła się do płaczu. Laurence przeraził się nie na żarty. Szybko podszedł do niej i przytulił ją do siebie.

– Skarbie, co się stało? Czyżbym powiedział coś, co cię zasmuciło aż tak bardzo? – Ona jednak nic nie mówiła, tylko płakała coraz to bardziej żałośnie. Sama nie sądziła, że jest aż tak dobrą aktorką. Laurence nie wiedział, co ma zrobić. Doprowadził ukochaną kobietę pierwszy raz w życiu do płaczu i nie wiedział, jak to się stało. – Cicho, kochanie, uspokój się i powiedz mi, co ci jest.

Rose wciąż jeszcze łkała i szukała dobrej odpowiedzi w scenariuszu, którego właściwie nie było.

– Nie wierzysz mi! – zawołała. – Nie wierzysz w to, że naprawdę cię kocham i pragnę być twoją żoną! I sądzisz, że wykorzystałabym twoją miłość do mnie przeciwko własnym rodzicom, dla jakiegoś głupiego i nieważnego celu? Jak możesz?! Jesteś okropny! A ja sądziłam, że i ty naprawdę tego chcesz! Że mnie kochasz i, i... Tyle razy mi się oświadczałeś i dzisiaj po prostu postanowiłam coś z tym zrobić, a ty, ty... Puść mnie! – krzyknęła, ale on jednak trzymał ją dalej, przyciskając do siebie. Grając swoją dramatyczną rolę skrzywdzonej panienki prawie się udławiła własnymi łzami. "Bóg mnie kiedyś pokarze za to łganie, oj pokarze", myślała, ale w głębi duszy śmiała się. Teraz na pewno już rozwiała obawy Laurence'a. Przestała się wyrywać. Spojrzała mu w oczy z rozpaczą i wyrzutem, ale on tylko pogładził delikatnie jej mokry policzek, po czym namiętnie ją pocałował. Zamknęła oczy. Poddała się temu, jak w obecnej chwili przystało. Lubiła jego pocałunki, zawsze były pełne miłości, przeznaczone tylko dla niej.

– Wierzę ci, kochanie – powiedział, gdy pocałunek dobiegł końca. – Teraz jestem pewien, że przychodząc tu dzisiaj do mnie, nie miałaś złych intencji i że naprawdę chcesz wyjść za mnie. Ale wiedz, że nigdy bym cię nie skrzywdził. Jeżeli moje słowa cię dotknęły, to bardzo przepraszam. Kocham cię, Rose.

– I ja cię kocham – wyszeptała. No, nieźle to wszystko przeprowadziła. Nawet lepiej niż nieźle. Ona zawiniła w tej drobnej niezgodzie, a to on czuł skruchę. Właśnie o to jej chodziło. "Niedobrze mi się robi od tego lukrowanego teatrzyku", pomyślała. "Dobrze, że chociaż umiem grać", dodała sobie, po czym wzrok skierowała z powrotem w oczy mężczyzny. – Ale nie mów mi, kochanie, nigdy więcej takich rzeczy – poprosiła błagalnie.

– Nie będę, obiecuję – przyrzekł. – Chodź, idziemy powiadomić twoich rodziców o naszym zamiarach, zanim zaczną cię przygotowywać do następnych zajęć u panny Parson. – Wziął ją delikatnie za rękę, po czym udali się razem w stronę domu.

Rose nie pomyliła się. Gdy oznajmiła matce i ojcu, że wychodzi za mąż, byli rzeczywiście zdziwieni. Ojciec nigdy by nie podejrzewał, że Rose i Laurence mają się ku sobie. Kochał Laurence'a jak syna, ale sądził, że Rose znajdzie męża, gdy pojedzie na uczelnię. Natomiast pani Barrow była rozpromieniona i bardzo szczęśliwa. Sądziła, że jej córka lepiej nie mogłaby trafić, bo mężczyzna, którego chciała poślubić, był pracowity, uczciwy i pełen miłości do niej. Najbardziej zadowolona z zaręczyn była jednak młodsza córka państwa Barrow, zwana przez wszystkich na życzenie dziewczynki po prostu Avą, tak samo jak Rose wolała być tylko Rose, a nie żadną Claryssą jakąś tam. Dziewczynka ta była niezmiernie szczęśliwa, że gdy tylko starsza siostra wyjdzie za mąż, w końcu się wyprowadzi. Obie szczerze się nie znosiły. Ava uważała, że jej siostra to najbardziej wredna, zadufana w sobie osoba, jaką widział świat. Rose z kolei traktowała ją jak rozpuszczonego bachora i histeryczkę, która nic sama nie potrafi zrobić i wiecznie panikuje. Cóż, był jeszcze jeden powód, dlaczego mała Ava tak nienawidziła siostry. Powodem tym był brak urody, gdyż Rose była zdecydowanie ładniejsza i nawet wśród rodzinnego grona to ona uchodziła za piękność. Mała dwunastolatka nie wyróżniała się niczym szczególnym, była drobna, pyzata i bardzo piegowata. Brązowe włosy, mimo że kręcone, były rzadkie i bez połysku. Jedyne, co mogło przykuć uwagę w twarzyczce Avy, to ogromne szare oczy, patrzące zawsze z ciekawością na wszystko, co ją otaczało. Być może właśnie ten brak uroku i wdzięku był przyczyną wielkiej zazdrości pospolitej dwunastolatki. Jedyną osobą, która z dystansem podchodziła do impulsywnych zaręczyn młodych, była wiekowa babcia Lorena Barrow. Ta starsza wdowa w młodej Rose widziała dawną siebie. Jako nastolatka miała charakter bardzo podobny do wnuczki. Też potrafiła na wszystko reagować gwałtownie i najczęściej postępowała pod wpływem nagłego impulsu wywołanego jakimś przeżyciem. Zarówno złość, jak i smutek przychodziły jej równie szybko co radość. Mimo że była tylko raz zamężna, wzięła ślub tak samo impulsywnie, jak i Rose planowała zrobić to teraz. Co prawda nigdy tego nie żałowała, bo stary dziadek Barrow był, jak to babcia zawsze określała, "najcudowniejszym mężczyzną pod słońcem". Ale przede wszystkim był dobrym człowiekiem. Wspaniałym, świetnym człowiekiem. Toteż gdy go zabrakło, wiekowa pani Barrow nie mogła się z tym pogodzić. Była do niego bardzo przywiązana, właściwie to nawet można by powiedzieć, że była od niego uzależniona. Przeżyła z nim czterdzieści lat i, jak sama twierdziła ze smutkiem, "o czterdzieści za mało". Pan Barrow za życia również był nauczycielem. Idealnie się zatem dobrali. Babcia Lorena powiedziała Rose, że gdyby kiedyś przeżywała ciężkie chwile, gdyby dotarła do punktu bez wyjścia, opowie jej o dziadku. Wierzyła, że taka osoba potrafi pokrzepić niejedno serce. Ale później...

A teraz, gdy jej najukochańsza wnuczka chciała wyjść za mąż, za równie wspaniałego człowieka, babcia Lorena była pełna obaw. Wiedziała, jaka jest Rose, a mimo że pragnęła jej szczęścia, jak każdy inny z domowników, oczywiście poza małą Avą, nie widziała przyszłości dla tej pary. Wiedziała, że ona nie chce wcale wychodzić za mąż. Wszystko, co robiła dobrego dla innych, do czego dążyła, miało jakiś ukryty cel. Nigdy nie była bezinteresowna, mimo wysiłków pana Barrowa, który starał się, jak to tylko możliwe ukrócić harce córci. Coś jej chodziło po ślicznej główce, od czegoś chciała uciec bądź komuś się sprzeciwić. Starsza pani miała już przeszło sześćdziesiąt lat i doskonale znała się na ludziach. Przez trzydzieści pięć lat pracowała w prywatnej szkole. Znała tam wiele dziewcząt, podobnych do Rose: impulsywnych, idących na żywioł, postępujących szybciej, niż myślały, i nie patrzących na konsekwencje płynące z ich zachowania. Jako wyuczona pani psycholog umiała z nimi rozmawiać, chętnie słuchała ich problemów i dawała im praktyczne rady.

Z każdym kolejnym rokiem uczyła się coraz lepiej rozpracowywać ludzi, potrafiła szybko stworzyć portret psychologiczny każdego człowieka, tak jak to zrobiła z Rose. Musiała się tylko dowiedzieć, jaki jest ten problem, który tak bardzo dziewczyna pragnęła od siebie odsunąć. A gdy się już tego dowie, pomoże jej go rozwiązać. "Od problemów się nie ucieka, problemy się rozwiązuje", zwykła mawiać. Zatem i ten kłopot, jaki by on nie był, wspólnie na pewno rozwiążą. Wyciągnie wszystko z Rose. Możliwe, że ta rozmowa zakończy się kolejną kłótnią. Babcia Lorena uwielbiała się do wszystkiego wtrącać, każdemu doradzała, co ma robić, jak robić, gdzie i z kim. Rose bardzo kochała tę starszą panią, ale przy każdej pogawędce z nią dawała jej jasno do zrozumienia, że jest najbardziej wścibskim człowiekiem, jakiego widział świat. Chociaż gdy przychodziły jej smutne chwile i miała ochotę płakać, babcia zawsze była na posterunku, gotowa, aby ją pocieszyć i dać najlepszą radę. Sama dziewczyna nigdy nie korzystała z niczyich rad, dlatego nie cierpiała, jak ktoś coś jej doradzał i pouczał ją jak małe dziecko. Mimo wszystko staruszka postanowiła spróbować do niej dotrzeć. Ona także umiała dopiąć swego. Nie wyglądała co prawda na krzepką i silną osóbkę, którą niewątpliwie była. Miała kręcone siwe włosy, ciasno upięte w kok, małe, podkrążone, niebieskie oczy i pełną buzię w kolorze kredy. Ale wygląd człowieka nieraz potrafi zwieść, bo ta mała, niepozorna pani posiadała najwięcej krzepy i wigoru z całej rodziny. Gdy inni padali ze zmęczenia, ona jeszcze miała energię i chęć do pracy. I nigdy, przenigdy na nic się nie skarżyła. Wychowała dwójkę dzieci, które wyrosły na porządnych ludzi, a teraz wychowywała ukochane wnuczki. Zawsze była pełna ciepła, wrażliwości i troski o całą rodzinę. Dlatego pod tym względem Rose bardzo ją podziwiała, ale nie starała się do niej upodobnić. Nie było po prostu sensu, wiedziała bowiem, że ciepłem rodzinnym i troską nigdy nie dorówna babci. Nieraz słyszała, że przypomina ją charakterem, ale tę z młodości. Tę uroczą, impulsywną panienkę, jaką niegdyś była. Teraz nikt nie dopatrzyłby się podobieństwa w ich zachowaniu, choćby nie wiadomo jak się starał. Dziewczyna trochę tego żałowała, ale nie przejmowała się tym zbytnio. W tej chwili miała ważniejsze sprawy na głowie. Miała wyjść za mąż i nic jej w tym nie przeszkodzi.

 

Rose siedziała na wyściełanym czerwonym kocem parapecie przy oknie i wyglądała przez okno. Nie wiedziała właściwie, po co siedzi bezczynnie i patrzy w martwy punkt, ale to nie było ważne. Po prostu, miała ochotę popatrzeć z wysokości na okolicę. Przed nią rozciągał się uroczy widok: kilometry zielonych łąk porośniętych białymi stokrotkami i mleczami, rozległe złote pola, na których czerwienią połyskiwały setki maków. Niebo było dzisiaj bez jednej chmurki, a promienie słońca świeciły ostrym blaskiem i przygrzewały jak nigdy. Dziewczyna była zamyślona. Za dwa tygodnie brała ślub, odrywała się od spódnicy mamy i wyprowadzała do dworu Kamelia oddalonego o kilka kilometrów od Arszeniku. Właściwie cieszyła się na to małżeństwo, czemu by nie? Miała niecałe osiemnaście lat, a to odpowiedni wiek na założenie rodziny, czyż nie? Ale coś nią targało, nie dawało jej spokoju, po nocach nie sypiała, zastanawiając się, co to może być. Nie potrafiła znaleźć na to odpowiedzi. Sama nie wiedziała, o co jej tak naprawdę chodzi. Przecież dopięła swego, nie jedzie do szkoły, bo wstępuje w związek małżeński, NA ZAWSZE.

Jej myśli zostały przerwane pukaniem do drzwi.

– Wejść – powiedziała spokojnie.

Do izby weszła lekkim krokiem babcia Lorena. Była uśmiechnięta, ale jej oczy wyrażały troskę. Podeszła do bladej dziewczyny siedzącej w bezruchu i pogłaskała ją po włosach.

– Jak się miewasz, drogie dziecko? – zapytała ciepło. – O czym tak dumasz, słoneczko? Czy coś cię niepokoi? Wyglądasz na zmęczoną i taka bledziutka jesteś.

Rose wymusiła uśmiech.

– Ależ skąd! – zawołała z udawaną radością. – Nic mi nie jest, babciu, dziękuję za twoją troskę!

– Szczęśliwa jesteś, dziecinko? Taka jakaś smutna się wydajesz.

– Szczęśliwa? – powiedziała szybko Rose. – Oczywiście że jestem szczęśliwa, jakże mogłoby być inaczej? Wychodzę za mąż. Czy to nie jest szczyt szczęścia?

– Ty mi powiedz – rzekła babcia. – Ale powiedz mi prawdę i nie próbuj mnie okłamać, bo wiesz, że to nie ma sensu. Wiem, kochanie, o tobie wszystko, albo i więcej. Umiem rozpoznać, kiedy coś ci leży na wątrobie. – Usiadła koło wnuczki i wzięła ją za rękę. – Wiesz, że możesz mi powiedzieć o wszystkim, a ja nikomu o tym nie powiem. Możesz mi zaufać. – Tu spojrzała na jej bladą buzię. Rose uparcie milczała, znowu nie wiedziała, co ma powiedzieć.

– A zatem – kontynuowała babcia – o co chodzi?

Dziewczyna się nie odzywała. Znowu musi kłamać. Jeżeli powie jej o wszystkim, co jest przyczyną nagłych zaręczyn, ona nie zrozumie. Będzie ją godzinami nakłaniała do wyznania prawdy i postąpienia według woli ojca. Bo prawda wyzwala, człowiek czuje się lekki i szczęśliwy, gdy prawda go ocali. Akurat! Prawda nigdy nie opłacała się Rose. Kłamstwo zawsze było sto razy prostsze. Ludzie prawdomówni mieli zawsze trudniej w życiu. Tak przynajmniej sądziła zbuntowana nastolatka. A więc i teraz ta cała prawda na nic jej się nie zda, a wpędzi ją tylko w większe kłopoty. Co do tego nie było najmniejszych wątpliwości.

Rose uśmiechnęła się, w policzkach ukazały się dołeczki, a jej oczy zabłyszczały.

– Ach babuniu, ty zawsze doszukujesz się problemów u całej rodziny, bo chyba zwyczajnie ci się nudzi! Nic mi nie jest, po prostu dzisiaj się nie wyspałam i jeszcze do tego ten upał...

– Bzdury gadasz, dziecinko – przerwała jej babcia. – Uważnie cię obserwuję. Od kilku dni chodzisz jak nakręcona. Gdy oznajmiłaś nam, że wychodzisz za mąż, byłaś niezdrowo podekscytowana. Zawsze miałaś w sobie dużo energii, ale to było coś innego, to było chore podniecenie tą całą sprawą. Aż tu nagle już dzisiaj cała twoja radość uciekła. Nie sądzę, żeby nagle coś ci się odwidziało, jeśli chodzi o cały ten ślub. Po prostu, gdy zrozumiałaś w co się wpędziłaś, było za późno, żeby "to coś" odkręcić. Chcę się dowiedzieć, czym jest "to coś". Powiesz mi czy nie?

– Nie ma o czym mówić. Wydaje ci się, babciu – rzekła Rose, trochę tym wszystkim przytłoczona. Najpierw Larry, teraz babcia. Można zwariować w tym domu! Niech ją Bóg ma w opiece, bo zaraz jej normalnie nerwy puszczą! Jeszcze chwila...

– Aha, wydaje mi się – powiedziała babcia szyderczo. – Nie wydaje mi się, kochanie, żeby coś mi się wydawało. Ja wiem swoje. Wiem, że czujesz coś do Laurence'a, ale nie do tego stopnia, żeby brać z nim ślub. Poza tym uciekasz od czegoś, oj, uciekasz aż się kurzy...

– Od niczego nie uciekam! – krzyknęła Rose, nie zważając, że z dołu ktoś może ją usłyszeć. – I byłabym ci babciu bardzo wdzięczna, gdybyś przestała się wtrącać do moich prywatnych spraw! To moja rzecz, co robię, za kogo wychodzę za mąż i jaki mam w tym interes! Jestem dorosła i nie potrzebuję tych twoich niezbędnych rad, którymi wszystkich raczysz, odkąd tylko pamiętam! Uważam temat za zamknięty! – Aby podkreślić irytację, odwróciła się od babci i zaczęła gwizdać.

Gdyby to był ktokolwiek inny, a nie babcia, z pewnością by się bardzo oburzyła. Ta jednak tylko lekko zmarszczyła brwi, po czym podeszła do lustra wiszącego nad toaletką i zaczęła sobie jak gdyby nigdy nic poprawiać fryzurę.

– Twarda z ciebie sztuka – rzekła po chwili. – Twój ojciec miał rację, chcąc cię wysłać do tej szkoły. Może chociaż tam nauczyliby cię manier, moja panno. – Nagle pani Barrow doznała olśnienia. Popukała się w czoło, ganiąc się w myślach, że wcześniej na to nie wpadła. Wiedziała, że prędzej czy później uda jej się dowiedzieć prawdy o planach wnuczki. – Wydaje mi się, Rose, że znam z grubsza twoje zamiary. Tu nie chodzi o miłość, rodzinę czy obawy większości dziewcząt o staropanieństwo. Głównym powodem twoich szybkich planów małżeńskich jest szkoła! – zawołała. – Nigdy nie paliłaś się zbytnio do nauki. Oczywiście, jeśli będziesz mężatką, to żadna siła cię nie zmusi do studiowania, tu czy za granicą, prawda, słoneczko?

Na twarz Rose momentalnie wpłynęły dwa czerwone rumieńce. Nie ze wstydu, jak mogłoby się wydawać, ale z wielkiej złości. Ona wiedziała! Rose właściwie nie powiedziała nic, co mogłoby ją zdradzić, a babcia mimo wszystko przejrzała jej zamiary! To było nie do uwierzenia! I co ona ma teraz zrobić? Jeżeli babcia powie ojcu, ten przeprowadzi z nią kolejną rozmowę i choćby miał ją zlać, wyciągnie z niej całą prawdę. Wszystko wtedy się zawali. Poślą ją do tej głupiej szkoły, a Larry straci do niej zaufanie. Nie, nie mogła do tego dopuścić. Przeszła szybko do obrony.

– Nie bądź śmieszna, babciu – rzekła zimno Rose. – Wychodzę za mąż z miłości, a moje zachowanie jest powodem tego, że trochę się tym stresuję. Ślub to przecież wielkie przeżycie, które się pamięta do końca swoich dni. Ty tego nie przeżywałaś?

– Oj, głupstwa opowiadasz – powiedziała babcia. – Nigdy w życiu się nie stresowałaś. Przede wszystkim nie miałaś powodu. Twoje życie od początku było szczęśliwe i ustabilizowane. Nie miałaś żadnych trosk ani ograniczeń. Znam twój sekret Rose i uważam, że byłoby lepiej, gdybyś powiedziała o wszystkim rodzicom, Laurence'owi i przerwała ten cyrk, zanim popełnisz głupstwo, którego prędzej czy później będziesz żałować.

– Nie interesuje mnie to, co ty uważasz! Mylisz się i to bardzo. Po raz kolejny ubzdurałaś sobie coś w tej głowie i za nic na świecie od tego nie odstąpisz, prawda? Jak zawsze wiesz wszystko najlepiej. Taka wielka wyrocznia! A teraz pozwól, że ci coś wyjaśnię. Za dwa tygodnie biorę ślub i nic ani nikt mi w tym nie przeszkodzi – krzyknęła i żeby jeszcze zdenerwować bardziej staruszkę, dodała złośliwie: – No, chyba że w tym czasie się drugi raz zakocham i wywołam skandal!

Nie chciała tego powiedzieć, ale w przypływie takich emocji, była w stanie wykrzyczeć niemal wszystko, byleby tylko postawić na swoim. Nawet największą bzdurę.

– Nie krzycz – rzekła spokojnie babcia. – I nie gadaj głupot.

– Bo co? Przy tobie nie da się pohamować krzyku! Poza tym jestem u siebie!

– Ja również, ale jestem od ciebie starsza i nie życzę sobie, abyś na mnie podnosiła głos i zachowywała się wulgarnie.

– Jeśli dasz mi spokój, krzyku więcej nie usłyszysz!

– Dopóki jesteś pod tym dachem wraz z rodzicami, nie będziesz miała takiej wolności, jaką byś chciała. Bo nie ja jedna po prostu martwię się o ciebie.

– Oczywiście! Znam ja te wasze zmartwienia! To się nazywa dyktowaniem mi co mam robić, a czego nie. To jest narzucanie mi swoich racji, wbrew temu, co ja uważam i jak postępuję!

– Uspokój się, bo zacznę podejrzewać, że jesteś niezrównoważona psychicznie. Do normalnego człowieka dociera to, że ktoś się o niego martwi, choćby w najmniejszym stopniu. Ale ty zdajesz się z tego nic sobie nie robić. Nie można z tobą prowadzić normalnego dialogu, rozmowy, bo ty od razu zmieniasz to w problem i robisz z tego awanturę.

– Bo ty do tego doprowadzasz!

– Nie, drogie dziecko. Ja po prostu próbuję z tobą normalnie porozmawiać, jak człowiek z człowiekiem.

– Ja już skończyłam z tobą rozmawiać, babciu! – zawołała zimno Rose. – Żadna z twoich świętych rad mnie już nie zaskoczy i niczego nie zmieni. Wyjdź z mojego pokoju!

Starszą panią ostatnie słowa Rose oburzyły. Nie dała po sobie jednak nic poznać. Wychodząc z pokoju, powiedziała na koniec:

– Zrobisz, jak uważasz. A mną się możesz nie przejmować. Ja pary z ust nie puszczę. Nie będę cię też więcej niepokoić.

Rose została sama ze swoimi myślami. "Oszaleję!", myślała. "Po prostu oszaleję! To moja sprawa, moja!!! Im nic do tego". I aby dać upust swojej złości, rzuciła się łóżko, rozpaczliwie waląc pięściami o twardą skórzaną narzutę.

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI

Przybycie dwóch nieznajomych

Minął już tydzień od ostatniej, nieprzyjemnej rozmowy Rose z babcią Loreną. Od tamtej pory dziewczyna nie usłyszała od niej ani jednego słowa krytyki czy chłodnego upomnienia. Babcia dotrzymała obietnicy i przestała się wtrącać do nie swoich spraw. Rose bardzo ten układ odpowiadał. Nareszcie mogła decydować o sobie i robić wszystko według własnego zdania. Nawet ojciec przeszedł pewną zmianę. Był czulszy i milszy dla córki. Pomagał jej też w wyborze sukni ślubnej i pierwszych, drobnych przygotowaniach do wesela. W głębi duszy żałował trochę, że córka jednak nie pojedzie się kształcić za granicę, ale nie wspominał o tym przy niej, gdyż nie chciał psuć jej dobrego humoru.

Tego samego dnia wydarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego. Do dworku zwanego Arszenik przybyło dwóch nieznajomych mężczyzn. Rose nigdy wcześniej nie widziała ich tutaj. Musieli przyjechać z bardzo daleka, gdyż w obrębie kilku kilometrów Rose znała wszystkie twarze, choćby tylko z widzenia. Ale tych dwóch panów nie kojarzyła, a pamięć do twarzy miała doskonałą. Gdy tylko zobaczyła ich na drodze, szybko pobiegła do domu po ojca. Ten zdziwił się nagłym wezwaniem przez córkę. Od dłuższego czasu nikt tędy nie przejeżdżał, a ci dwaj mężczyźni ewidentnie kierowali się w stronę ich dworku. Pan Barrow wyszedł przywitać gości. Rose natomiast stanęła pod dębem i z zaciekawieniem obserwowała, jak zsiadają z koni. Ku jej wielkiemu zdziwieniu ojciec bardzo serdecznie powitał jednego z nich. Udało jej się trochę usłyszeć z tego, co mówili.

– A kogóż to moje oczy widzą! – ryknął pan Barrow. – Czyż to nie Anthony DaSilva? Gdzieś ty się tak długo podziewał? Elaine niemalże usycha z tęsknoty za tobą.

"Elaine?!" W głowie Rose zapanował zamęt. "A co ma Elaine do tego wszystkiego? Czyżby skądś znała tych nieznajomych? Nie, niemożliwe. Elaine poza Laurence'em i kilkoma chłopcami ze swojego rodzinnego dworku nie znała innych mężczyzn. A już na pewno nie na tyle, żeby "usychać za nimi z tęsknoty". Dziwne, bardzo dziwne". Podeszła bliżej, aby dokładniej przysłuchać się tej rozmowie. Stanęła cichutko koło bramy, między dwoma dębami i nasłuchiwała. "Do licha!", powiedziała w duchu. "Niewiele słychać!" Musi podejść bliżej. A jeśli ją zobaczą, jak się czai, jak jakiś złodziej? Uznają ją za idiotkę, albo nienormalną. Wychyliła się lekko zza drzewa i próbowała jak najwięcej usłyszeć.

– Proszę, proszę – ciągnął rozmowę pan Barrow. – A kimże jest twój przyjaciel, Tony? Proszę pozwolić, młodzieńcze, że się przedstawię – rzekł, wyciągając rękę na powitanie. – Jestem William Barrow. – Po czym uścisnął dłoń drugiego mężczyzny.

– Wejdźcie, drodzy panowie, do domu. Konie każę zaprowadzić do stajni. – Dan! Do licha, gdzie ten łobuz się podziewa, gdy jest potrzebny? Dan! – wrzeszczał William. Zastanawiał się, gdzie jest jego pracownik od stajni. Coraz to częściej miał ochotę go zwolnić. Nigdy nie zjawiał się na czas. Był leniwy i wiecznie znudzony. – No nic. Zaczekajcie chwilę, panowie. Sam zaprowadzę konie – rzekł z ledwo skrywaną złością. "Cholera", klął pod nosem. "Jak Boga kocham, zwolnię tego darmozjada! Zwymyślam go, aż mu w pięty pójdzie!" – Proszę, panowie, zapraszam do domu. Zaraz przyjdę i dokończymy naszą rozmowę. – To rzekłszy, wziął w dłoń lejce i poprowadził konie w stronę stajni.

Rose postanowiła się ujawnić, zanim ci dwaj wejdą do domu. Ależ ten tata jest niemądry! Zapraszać obcych pod swój dach! Gdyby mama lub babcia zobaczyły, że obcy mężczyźni wchodzą do domu, z pewnością umarłyby ze strachu.

Poprawiła włosy, po czym wyszła zza dębu i zaczęła iść w kierunku nieznajomych. Stali tyłem, więc nie widzieli jej. Ona jednak bez chwili wahania podeszła bliżej. Sądziła, że usłyszą jej kroki i odwrócą się. Oni jednak jej nie słyszeli. Uznała, że najlepiej będzie się odezwać.

– Witam! – rzekła z uśmiechem.

Nieznajomi gwałtownie się odwrócili, w tym samym momencie, jakby byli umówieni na jednakową reakcję. Wyglądali doroślej niż z daleka. Na pewno byli starsi od Laurence'a o dobre kilka lat. Pierwszy mężczyzna, ten, z którym rozmawiał ojciec, był wysoki i niezwykle przystojny. Był bardzo dobrze zbudowany, zupełnie jak bogowie greccy z książek o mitologii, miał gęste ciemne włosy i urzekające oczy w kolorze morza w czasie sztormu. Drugi był trochę niższy od pierwszego i z pewnością nieco młodszy. A może Rose tylko tak się zdawało? W każdym razie miał chłopięce rysy twarzy i czarujący uśmiech. Na głowie miał bujne, potargane przez wiatr, brązowe loki. Obydwaj panowie spodobali się dziewczynie od razu.

– Nazywam się Claryssa Rose Barrow. Jestem córką Williama Barrowa. Chyba się jeszcze nie znamy – powiedziała i wyciągnęła rękę.

Pierwszy z mężczyzn, chyba Tony, czy jakoś tak, ujął jej dłoń i lekko pocałował.

– Anthony DaSilva – przedstawił się.

To samo uczynił drugi mężczyzna.

– Christian Irving – rzekł.

Rose spodobały się oba nazwiska. Irving to było dość znane nazwisko w rodzinnym mieście babci Loreny, ale DaSilva brzmiało niezwykle obco.

– DaSilva? – rzekła Rose, jakby nie zważając na osobę trzecią. – To chyba nie jest angielskie ani francuskie nazwisko, prawda, proszę pana?

– Istotnie – zaśmiał się Anthony. – Nie jest. To hiszpańskie nazwisko.

– Pochodzi pan z Hiszpanii? – spytała, szeroko rozszerzając oczy.

– Ależ skąd, droga pani! Jestem Anglikiem, ale mój pradziadek był Hiszpanem. Nazwisko odziedziczył po nim mój dziadek, potem ojciec, no i w końcu ja.

Rose uznała, że czas skończyć nierozwinięty temat o nazwiskach i przejść do sedna sprawy.

– A co takiego sprowadza panów do Arszeniku, jeśli wolno mi spytać?

Teraz to oni wyglądali na zaskoczonych.

– Do czego? Jakiego arszeniku? – spytał Anthony.

Rose przewróciła oczami.

– Ten dworek nosi nazwę Arszenik – rzekła znudzonym głosem, jakby wyjaśniała rzeczy oczywiste.

– Jak trucizna – zauważył Christian Irving. – A kto wpadł na pomysł, aby nazwać dwór tak oryginalnie?

– Mój dziadek, George Barrow. Ten dom ma swoją historię, której nie będę panom opowiadać, bo sama jej dokładnie nie znam. Wiem tylko tyle, że przed laty moja prababcia Eliza Barrow otruła się w tym domu arszenikiem z rozpaczy, gdy dowiedziała się, że jej mąż ma romans i... – tu urwała i zarumieniła się. Nie powinna była tego mówić. To nie wypadało. Żeby zatuszować drobną wpadkę powtórzyła wcześniejsze pytanie: – To czego panowie tutaj szukają?

– Christian to mój przyjaciel – odparł Tony. – Wracamy razem z dalekiej podróży. Przez dwa lata pracowaliśmy na północy, w Anglii. On jest tutaj przejazdem, a ja... – zamilkł na chwilkę – ja przyjechałem do Elaine.

Rose zdumiała się. A więc jednak się nie przesłyszała! Ten przystojny dżentelmen przyjechał do jej przyjaciółki! To naprawdę brzmiało dziwnie...

– A skąd pan zna Elaine? – spytała dociekliwie. Musiała się dowiedzieć, skąd ta dziewczyna wytrzasnęła takiego mężczyznę. To było trochę niesamowite. Ten człowiek był jej zdaniem śmiały, pełen życia i bardzo wesoły, natomiast Elaine taka cichutka i skryta. Zupełnie jak dwie strony medalu.

– No jak to skąd? To pani, panno Barrow, nic nie wie? – zdziwił się Anthony. – Poznałem ją na przyjęciu, gdy uczyła się przez rok w szkole w Faithwood. Jesteśmy zaręczeni. Czyżby Elaine nie wspominała o mnie? Bo ona mi o pani bardzo wiele opowiadała.

Zna ją ze szkoły! Rose miała ochotę popukać się w czoło. No tak! Przecież dwa lata temu Elaine faktycznie była w szkole, podczas gdy ona, Rose chodziła na prywatne nauki do panny Parson. Że też nie wspomniała jej nigdy o tym! "Cicha woda brzegi rwie", pomyślała Rose. Ale czemu nic mi nie powiedziała? Nigdy nie miałyśmy przed sobą tajemnic. Rose chwilę się zastanowiła. Chyba nie obawiała się, że mogłabym go jej odebrać, czy coś takiego. Spojrzała na niego zalotnie spod lekko przymkniętych powiek. Hm... Dziwne.

– Ależ tak – rzekła Rose, próbując ukryć zmieszanie. – Oczywiście, wspominała co nieco o panu. – I obawiając się, że spyta ją o konkrety, szybko dodała: – A ciekawa jestem, co też ta moja kochana przyjaciółka mówiła o mnie.

– Cóż... – zaczął.

– Pewnie same złe rzeczy – wtrąciła Rose. – I co gorsza prawdziwe. To powiedziawszy, wybuchnęła śmiechem.

– Wybaczy mi pani, ale pójdę zobaczyć, gdzie się podział pani ojciec – powiedział Christian, widząc, że na razie nic tu po nim. Wziął i pocałował jej dłoń, po czym skłonił się i odszedł w stronę stajni.

– Na czym stanęło? – spytała Rose

Tony roześmiał się i wzruszył ramionami.

– Pytała mnie pani...

– Rose – rzekła.

– Słucham? – zapytał z zastanowieniem.

– Na imię mi Rose – odparła, uśmiechając się. – Nie "pani". To dobre dla starszych kobiet, ale nie dla mnie. Ja jestem po prostu Rose.

– Hm, a nie Claryssa? – spytał z wesołością. – Tak się panienka przedstawiła.

– Nie lubię mojego pierwszego imienia. Wszyscy moi przyjaciele, tak jak i rodzina nazywają mnie Rose – wyjaśniła. – Proszę tak właśnie mnie nazywać.

– Obawiam się jednak, że nie wypadałoby, abym w obecności panienki rodziców zwracał się do niej po imieniu. Nie żebym nie chciał, ale...

– Rozumiem – powiedziała niezniechęconym tonem. – Ale przecież nie musi pan w towarzystwie mojego ojca czy matki nazywać mnie "Rose". Ale przy Elaine czy pańskim przyjacielu to chyba nie będzie nic złego, prawda? Mam nadzieję, że i pan nie będzie miał nic przeciwko temu, abym zwracała się do pana Anthony lub tylko Tony.

Na jego twarz wpłynął czarujący uśmiech.

– Oczywiście, że nie będę miał... Rose.

Spodobała jej się ta odpowiedź.

– A więc, droga Rose – zaczął. – Pytałaś mnie, co Elaine mi o tobie opowiadała.

– Tak?

Zawahał się. Słyszał dużo rzeczy o Rose Barrow i to nie tylko od swojej narzeczonej, ale też od "przyjaciółek" panny Barrow, które przyjechały do szkoły na dwuletnią naukę. Niektóre z nich, a wśród nich między innymi Alice March, nie skąpiły sobie uwag na temat impulsywnej Rose i jej fatalnego zachowania wobec starszych. Na przykład całkiem niedawno w przyjacielskim liście od jednej z nich dowiedział się o ucieczce Rose z lekcji, co doprowadziło jej prywatną nauczycielkę do nie lada furii. Albo to, że dwa miesiące temu na letnim przyjęciu panna Barrow zaszokowała wszystkich, gdy pod koniec wieczoru opuszczała zabawę nieco wstawiona. Cała wieś o tym huczała przez dobre dwa tygodnie. Tony uważał takie informacje za wyjątkowo zabawne, ale przy tym bardzo bezczelne, gdyż nie znosił, gdy ktoś w jego towarzystwie obgadywał osoby trzecie. A teraz, co mógł powiedzieć tej interesującej, młodej dziewczynie? Jak odpowiedzieć na jej pytanie? Może jej przecież wyznać, czego się o niej dowiedział. Wiedział, że tak nie przystoi i że niejedna dama poczułaby się urażona takimi opowieściami. Ale patrząc w wesołe oczy Rose, Tony wcale nie uważał, że ta urocza kobietka oburzy się, zwymyśla go lub odwróci na pięcie i odejdzie. "Poza tym – myślał wesoło – ciekaw jestem, jak ona na to zareaguje".

– Cóż, Rose – rzekł śmiało Tony. – Faktycznie miała pani rację, że słyszałem o rzekomych "złych rzeczach" wygłaszanych na pani temat.

Twarz Rose momentalnie się zmieniła. Bladość na jej twarzy zniknęła bezpowrotnie, a na jej miejsce wpełzły rumieńce złości i lekkiego zawstydzenia. Brwi impulsywnie się zmarszczyły, a w obecnie zwężonych oczach zapanował mrok.

O co temu człowiekowi chodziło? Przecież ona tak tylko zażartowała. O jakich "złych rzeczach" doszły go słuchy? Czyżby Elaine miała czelność ją oczerniać w oczach zupełnie obcych ludzi? Czy może też posiadał jeszcze inne źródło informacji?

– Jakich złych rzeczach?! – zawołała. – Czy Elaine...

– Ależ skąd! – zaprzeczył gwałtownie Tony. – Nie sądzę, aby Elaine miała jakiekolwiek powody do zarzucania pani... Yyy... To jest... Rose, czegokolwiek złego! W jej oczach jesteś najczulszą i najukochańszą osobą, jaką nosi ta ziemia. Z jej opowiadań dowiedziałem się nieco o twojej delikatności i sile ducha. Mówiła o waszej wieloletniej i trwałej przyjaźni oraz o tym, jak bardzo cię podziwia. Że zawsze można na tobie polegać i nigdy nie odmówiłaś jej pomocy ani pociechy...

Kilka minut temu z pewnością te wszystkie komplementy schlebiałyby jej. Ale w tej chwili myślała tylko o tych "złych rzeczach", o których jak na razie nie raczył napomnieć szanowny pan DaSilva! Ciekawe, kto ma taki niewyparzony jęzor, że ma odwagę ją oczerniać! Najpierw się tego dowie, a później będzie czas na pochlebstwa.

– Chwileczkę – powiedziała zimno Rose. – Bardzo się cieszę z tego, o czym rzekomo mówiła Elaine. Ale...

– Nie "rzekomo" – przerwał jej, bezczelnie się uśmiechając.

– Mniejsza o to! Mówię o tym... To znaczy chcę zapytać, kto rozsiewa o mnie te plotki, o których RZEKOMOŚ słyszał!

Anthony przewrócił wesoło oczami, wciąż się uśmiechając. Widział w jej oczach słabo skrywaną furię. Do twarzy jej z tym było. To źle, że chciał trochę się z nią podroczyć, ale na to nie było rady.

– Różni ludzie gadali, moja droga, oj różni.

Nie miał wcale zamiaru wymieniać jej nazwisk, chociaż strasznie go korciło.

– No wiem przecież, że nie jedna osoba! – mówiła, niemalże krzycząc. – Sam mi żeś to powiedział, ale ja pytam, kto konkretnie!

Anthony lekko zmarszczył brwi.

– Panienko – powiedział żartobliwym tonem. – Chyba nie sadzisz, że postąpiłbym aż tak niedyskretnie, żeby wymieniać nazwiska znienawidzonych przez panią ludzi, a moich serdecznych przyjaciół.

Rose wydęła ze złością wargi.

– Ależ owszem, tego właśnie żądam! Skoro już zacząłeś ten temat i zaszliśmy aż tak daleko, nie ma sensu przerywać. A więc kto?

Mężczyzna pokręcił głową.

– Nigdy nie dajesz za wygraną, co? A gdybym nawet ci powiedział, to co byś zrobiła? Poszłabyś do domów tych osób i zrobiła im awanturę?

Teraz to już była lekka przesada! Rose poczuła się urażona tymi słowami. Nie pozwoli do siebie mówić w ten sposób. Już ona mu pokaże! Zacisnęła usta i wycedziła przez zęby:

– Nie mam takiego zwyczaju, żeby nachodzić ludzi w ich własnych domach i wytrząsać na nich swoje nerwy. Tak robią prostaczki albo kobiety nieposiadające własnej godności i dumy! A ja dumę bez wątpienia mam! Czyżby Elaine o tym nie wspomniała?

– Hm... Ten szczegół chyba pominęła – zaśmiał się Tony. – Może chciała, żebym sam to ocenił.

Na te słowa roześmiała się. Z niechęcią przyznała, że mimo wszystko narzeczony Elaine potrafi doprowadzić człowieka do śmiechu. Po chwili przybrała jednak swoją zwykłą, poważną minę.

– Ale jednak – powiedziała wyniośle, z uporem – chciałabym, żeby łaskawy pan wyjawił mi nazwiska tych bezczelnych delikwentów, którym tak bardzo zależy na ośmieszeniu mnie.

– No i na co to ci się zda? – zapytał. – Przecież sama przed chwilą powiedziałaś, że masz dumę i afery im nie zrobisz, bez względu na to, co by mówili. Czemu więc tak ci na tym zależy?

– Ponieważ – rzekła z udawanym znudzeniem – chcę wiedzieć, kogo mam traktować wyjątkowo ozięble, a kogo obdarzać szczególnymi względami. Za nic nie chciałabym się pomylić.

Teraz to on zaczął się śmiać.

– Cieszę się niezmiernie, że mimo pozorów i gadaniny ludzi, posiada panienka wrodzone poczucie humoru. A teraz, droga Rose – powiedział i wyciągnął rękę przed siebie. – Jeśli pozwolisz, wejdziemy do domu. Christian i twój ojciec wracają ze stajni, a my tu stoimy tak sami i rozmawiamy tajemniczo.

– Co z tego? – zdziwiła się

Westchnął i zmrużył oczy.

– Co by na to powiedział twój narzeczony?

– Och! – westchnęła ciężko. Czuła się bardzo zawiedziona. Nie chciała, żeby jej nowi znajomi wiedzieli o zaręczynach. Nie mogła zrozumieć, czemu wolała zostawić to w sekrecie, ale to był fakt. Trochę się zmieszała. Chyba faktycznie lepiej będzie, jak wejdą do domu.

Spuściła głowę i znów westchnęła.

– Skąd o tym wiesz?

– Ależ oczywiście Elaine mi napisała w liście, jak tylko została ta nowina ogłoszona. Nie masz pojęcia, jaka wydawała się uradowana. Pisała, że już nie może się doczekać tego... Hm.. Jak to ona ujęła... "wielkiego wydarzenia". – Spojrzał na jej przejętą minę i zmarszczone brwi. Zamyślił się na moment. – Ale ty chyba nie okazujesz takiego entuzjazmu jak ona, co?

Zdenerwowała się. Cała jej radość nagle uleciała.

– A cóż cię to obchodzi? – rzekła ze złością. – Nie sądzę, abyśmy znali się na tyle długo, żebym ci mówiła o tym, co myślę na temat własnego ślubu. To nie twoja rzecz! Chodźmy do domu. Nie wiem w ogóle, po co z tobą o tym wszystkim rozmawiałam. Jesteś narzeczonym Elaine, prawda? Przyjechałeś tu do niej, nie do mnie, a stoisz tu ze mną i od piętnastu minut rozmawiamy nie wiadomo o czym! Idź do niej! Z pewnością bardzo się ucieszy – ucięła rozmowę i oboje podążyli w milczeniu w stronę domu.

 

Elaine istotnie była bardzo uradowana. Przez całą kolację wesoło trajkotała, opowiadała śmieszne historyjki i nowinki i nie odstępowała ukochanego na krok. Wydawała się być najszczęśliwszą dziewczyną na świecie. O dziwo, najbardziej cichą personą tego wieczoru była Rose. To było do niej bardzo niepodobne. Zawsze to ona była najżywszą i najweselszą osobą, zarówno na przyjęciach, jak i posiłkach w gronie rodzinnym. Mało się śmiała, niewiele jadła i uparcie milczała. Sama nie wiedziała, co jej dolega. Jej mina wyrażała głęboką zadumę i smutek. Wszyscy byli zajęci Elaine i jej narzeczonym. Nikt nie zwracał na nią uwagi, z wyjątkiem Christiana. Tylko on dostrzegł, że Rose coś dolega. Nic się jednak nie odezwał, tylko przyglądał się jej z uwagą. Gdy ją pierwszy raz zobaczył, wydawała się inna: żywsza, szczęśliwsza. Rose czuła się poirytowana. Nawet Laurence nie zauważył, że jego ukochaną coś gryzie. Siedział tylko koło niej, trzymając ją za rękę i coś jej szepcząc do ucha. Rose zupełnie ignorowała to. Dlaczego nie potrafiła dzisiaj cieszyć się razem ze wszystkimi? Czyżby ta jej dolegliwość miała związek z przybyciem dwóch nieznajomych?

Rose nie umiała odpowiedzieć na pytanie, o co jej tak naprawdę chodzi. Przecież za tydzień wychodziła za mąż za ukochanego mężczyznę i rozpoczynała nowy etap życia. Czy to nie jest powód do radości? Jedyne, co w tej chwili wiedziała Rose, to to, że cała wesołość znikła, gdy Anthony wspomniał o istnieniu jej narzeczonego, tym samym uświadamiając Rose, że sam jest po słowie z Elaine. Czy to możliwe, że była zazdrosna o ukochaną przyjaciółkę? Czy naprawdę była aż tak okrutna, że przez chociażby krótką chwilę zapragnęła mieć dla siebie i mężczyznę Elaine? Czy byłaby w stanie zranić tak drogą jej osobę, jaką była słodka i kochająca ją całym sercem Elaine Harlow? Niemożliwe przecież! Nie może być zazdrosna o Anthony'ego DaSilvę! Dopiero co go poznała! Nic o nim właściwie nie wiedziała, poza tym że jego przodkowie pochodzili z Hiszpanii. No i że... – tu urwały się jej myśli, aby na nowo uderzyć z podwójną siłą – jest narzeczonym Elaine!

"Tak", myślała Rose. "To jest powód! Ale ja przecież nie jestem taka! Nigdy nie skrzywdziłabym do tego stopnia ani jej, ani Laurence'a! Kocham ich. To moja rodzina, najbliższe mi osoby! Bardziej się liczą niż matka, ojciec, a nawet babcia! Dlaczego tak się dzieje?!", krzyczało jej serce. "Co jest nie tak? CO?! Jeżeli faktycznie to jest powodem moich trosk, to znaczy, że jestem zła, bardzo zła, a przez to bardzo nieszczęśliwa!"

Nigdy dotychczas w swoim życiu nie była tak naprawdę nieszczęśliwa. Młoda panienka w ogóle nie powinna znać takiego słowa jak "nieszczęście"! A mimo wszystko Rose czuła się okropnie.

"Nie!" Tutaj jej myśli wbiegły na całkiem nowy tor. "Nie będę nieszczęśliwa!", krzyczała w duchu. "Nigdy! Nigdy nie pozwolę sobie na to! Postaram się zawsze znajdować powody do radości i upijać się własnym szczęściem, aż do nieprzytomności! Nikt po mnie nic nie pozna! Wszystkich oszukam i zrobię z nich durniów! A potem będę się śmiać! A ponadto... – tu na jej wargi wpłynął przebiegły uśmiech – wyjdę za Laurence'a i będę najszczęśliwszą panną młodą, jaką kiedykolwiek widziała ta wieś! A oni – spojrzała na Elaine – niech się cieszą wspólnymi chwilami...

Wiedziała, że Elaine i Tony różnią się od siebie. Różnią i to bardzo! Nie będą szczęśliwi razem. To nie jest możliwe w przypadku tak odrębnych osobowości. Prędzej czy później się rozstaną. Ale tymczasem ona zajmie się sobą i przygotowaniami do wesela. I to była jej kolejna spontaniczna decyzja, która niewątpliwie za jakiś czas miała okazać się błędem.

– Rose, skarbie – rzekł pan Barrow, nalewając sobie kolejny kieliszek bimbru. – O ile mnie pamięć nie zawodzi, to dokładnie za tydzień ty i Laurence bierzecie ślub, czyż nie?

Serce Rose zabiło mocniej! O Boże, zupełnie zapomniała o Laurensie! W głowie snuje fantazje na temat Tony'ego, gdy powinna myśleć o narzeczonym. Gdzie tam narzeczonym?! Już prawie mężu! Co też ona sobie wyobraża? Och, dlaczego ojciec musiał jej przypomnieć to wydarzenie niedalekiej przyszłości! Właśnie teraz, gdy przeżywa rozterki sercowe!

– Tak – odpowiedziała cicho, uśmiechając się niewyraźnie. – A o co chodzi?

– Tak się zastanawiam, córeczko – powiedział. – Skoro ty i Elaine jesteście już obie zaręczone, to może zgodziłybyście się pomyśleć o wspólnym weselu?

Rose zbladła. Nie, tego było już za wiele! Kto to myślał, żeby urządzać wspólne wesele? Każda z panienek z osobna marzy przecież, żeby to tylko ona była królową własnego ślubu, a nie musiała dzielić zaszczyty z jakąś inną dziewczyną. Wtedy cała zabawa nie miałaby najmniejszego sensu. Przynajmniej takie było zdanie Rose.

Nim zdążyła odpowiedzieć, do dialogu włączyła się Elaine.

– Ach, wujku – tu zwróciła się do pana Barrowa. – To wspaniały pomysł! Wspaniale byłoby urządzić dwa śluby za jednym razem! Mniej wydatków i przygotowań, za to efekt bardzo praktyczny, nie sądzisz, Rose?

"Oj, Elaine, Elaine", myślała Rose. "Kochanie, że też ty nic nie rozumiesz! W każdym razie nie mam zamiaru ci tego tłumaczyć. Co ma być, to i tak będzie". Zastanowiła się. Z drugiej jednak strony, to właściwie czemu by nie zgodzić się na to połączenie? Lepiej zniosę jedną taką paradę niż oba te cyrki z osobna.

– Ależ oczywiście! – zawołała wesoło, zrywając się z krzesła. – To doskonały plan! – Zerknęła na Tony'ego. Mina trochę mu zrzedła. Rose uśmiechnęła się triumfalnie. "Czyżbyś myślał, że będę cierpieć, patrząc na obydwie udawane maskarady, szczerząc się jak ta głupia przez całą zabawę? O nie, mój drogi. Tak dobrze to nie ma!" – Zacznijmy najlepiej od razu przygotowania. Tak, tak! Świetnie! – mówiła szybko. Nie chciała, aby jej ktokolwiek przerwał. – Mamusiu, trzeba będzie pojechać do miasta i kupić nam sukienki ślubne i poślubne. Tato, a co z tortem i szampanem? Trzeba będzie zająć się tym i to jak najprędzej. Został nam tylko tydzień! Sama mam o tym wszystkim myśleć? Mam tylko dwie ręce i... – paplała wesoło jeszcze kilka minut, wprawiając wszystkich zgromadzonych na kolacji w osłupienie. Zauważyła, że Tony patrzy na nią ze zdziwieniem przez cały czas, a Christian uśmiecha się do niej z niemałym podziwem. "Dobrze", myślała. "Jest bardzo dobrze..."

 

Po kolacji gości zaprowadzono do dwuosobowej sypialni, która mieściła się na piętrze, w końcu korytarza. Dziewczęta natomiast rozeszły się do swoich sypialni. Było już późno, wszyscy zdawali się spać. Wszyscy oprócz Rose. Nie chciało jej się spać. Nie mogła spać, myśląc cały czas o swoich zrękowinach z Laurence'em. Dlaczego ona się tak oszukiwała? Czyżby naprawdę wierzyła, że wszystko ułoży się pomyślnie, tak jak to sobie zaplanowała? Ona i Larry, Elaine i Tony. Wszyscy staną się jedną wielką rodziną i będą żyć długo i szczęśliwie. "Nie", myślała Rose. "Takie bajeczki są dla małych dzieci i dziewczynek, co wierzą w opowieści o wróżkach, królewnach i rycerzach". Nie ma czegoś takiego, jak szczęśliwe zakończenie. Nie było jej to przeznaczone! Musiała jasno spojrzeć prawdzie oczy: nie kochała Laurence'a! Owszem, chciała być jego żoną, ale to było kilka dni wcześniej, jeszcze zanim, zanim... "No właśnie", zastanawiała się. "Co "zanim"? Zanim co?" Zanim poznała Anthony'ego, narzeczonego najlepszej przyjaciółki? Zanim uświadomiła sobie, że oszukuje samą siebie, myśląc, że kocha Laurence'a? To wszystko było takie skomplikowane, a ona nie lubiła trudnych rzeczy. Zawsze była prosta, szczera, od razu zmierzała do puenty, bez zbędnych wstępów i wyjaśnień. Co ona ma teraz zrobić? Odwołać wszystko? Zgodzić się na naukę za granicą? Poplątać sprawy i tak już poplątane? "Ech – myślała – nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem". Co będzie, to będzie. Nieważne, co będzie, ważne, że po prostu będzie. I koniec, i kropka. No, teraz może iść spać. Jutro z pewnością wydarzy się coś interesującego. Jej zawsze zdarzało się coś niesamowitego. Taka już była. Panna Rose Barrow, a już za tydzień pani Rose Harlow.

Obudziła się w środku nocy, cała przemarznięta. No tak, niepotrzebnie na noc otworzyła sobie okno. W pokoju panowało przeraźliwe zimno. Zachciało jej się świeżego powietrza, to teraz ma! Z pewnością się zaziębi, a na weselu będzie okropnie pociągać nosem. Brr...

Rose wstała i zamknęła okno, po czym położyła się z powrotem na poduszkę i zamknęła oczy. Minęło pół godziny, a ona wciąż nie spała. Gdy bezskutecznie próbowała zasnąć przez drugie pół godziny, w końcu się poddała. Nie uśnie, nie ma na to mocnych. Gdy raz się obudzi, nie ma takiej możliwości, aby jej się udało ponownie zapaść w sen.

Wstała, przeciągnęła się i zerknęła na zegar ścienny. Dochodziła trzecia! Jak to możliwe? Tak wczesna godzina, a jej już nie chce się spać. Trudno. Zejdzie sobie cichutko na dół w szlafroku i posiedzi w salonie. Bardzo lubiła siedzieć w salonie. To było jej ulubione pomieszczenie w domu. Pod ścianą stały olbrzymia półka z książkami i wielki fotel, obity na czerwono, a obok mieściły się stoliczek do kawy i duża porcelanowa rzeźba. Na środku pokoju postawiono sporej wielkości dębowy stół i sześć sosnowych krzeseł, których siedzenia były również obite na czerwono. Pod drugą ścianą stała trzyosobowa kanapa, a zaraz koło niej ustawiono brązową donicę z kwiatami. Nad kanapą wisiał duży, oprawiony w owalną ramę obraz przedstawiający martwą naturę. W rogu pokoju wbudowany był kominek – dzięki Bogu, że ktoś w nim jeszcze napalił, w tę lodowatą noc! Cała izba sprawiała wrażenie dość przytulnej, mimo że urządzona była w twardym i zimnym, prawie średniowiecznym stylu.

Rose cichutko zeszła po schodach, trzymając w ręku świecę i weszła do salonu. W pokoju także panował chłód, ale nie taki, jak w sypialni, ponieważ tu chociaż palił się wątły płomień w kominku. Owinęła się szlafrokiem i zarzuciła na ramiona gruby koc. Nie wiedziała, co będzie robić sama w środku nocy. Może sobie poczyta? Ostatecznie minął już jakiś czas, odkąd miała chociaż chwilę na porządną lekturę. Tęskniła za literaturą, gdyż od dziecka uwielbiała czytać. Szczególnie pociągała ją literatura grozy oraz romanse, zwane przez Grace "zakazaną literaturą". Ponieważ matka nie popierała żadnej z książek, które kochała Rose, dziewczyna rzadko kiedy mogła otwarcie sobie po prostu poczytać, nie słysząc przy tym jakiejś oburzonej uwagi. A teraz, gdy była tu całkiem sama, nikt jej nie mógł niczego zabronić! Mogła robić to, na co tylko miała ochotę. I to przez najbliższe trzy, cztery godziny. Grace zawsze wstawała około pół do siódmej, więc było jeszcze dużo czasu.

Niewiele myśląc, podeszła do półki z książkami i zaczęła przebiegać palcem wskazującym po tytułach. "Hm... Co za nudziarstwa", myślała, ze wstrętem czytając takie tytuły, jak Średniowieczna poezja lub Jak żyć bez grzechu. Przewróciła oczami. To na pewno były książki mamy, bo nawet babcia nie przeczytałaby czegoś takiego. No a gdzie się podziały jej ulubione lektury? Muszą gdzieś tu być. Przecież niemożliwe, żeby ktoś je śmiał wyrzucić. Matka może nie lubiła tego typu książek, ale każdą szanowała i nigdy nie pozwoliłaby na to, aby choć jedna trafiła do kosza jak niepotrzebny, stary but. Może są gdzieś w głębi? Rose zaczęła cichutko wyjmować książki, jedną po drugiej, aż w końcu na stole powstała spora piramida. W głębi ukazało się kilka znajomych, kolorowych okładek. Niewątpliwie to były jej powieści. Sięgnęła ręką po jedną z nich i wyciągnęła. Spojrzała na tytuł: Romanse Margaret. To była jedna z jej ulubionych książek i jednocześnie jedna z najbardziej znienawidzonych przez Grace. Czemu nie? Minął już jakiś rok, odkąd ostatnio ją czytała. Usiadła ze swoją zdobyczą na kanapie i zaczęła czytać.

Dwadzieścia minut później czytała już trzeci rozdział, gdy nagle usłyszała czyjeś kroki. O, matko! A jeśli to Grace? Jeżeli ją zobaczy samą, po ciemku w pokoju, rozeźli się na nią. Nie tylko z powodu "zakazanej literatury", ale też dlatego, że nie jest w łóżku, ale w salonie i to w cienkim szlafroku i aż prosi się o przeziębienie. Rose miała ochotę w tej chwili znaleźć się pod stołem. Z niewiadomych jednak powodów nie mogła się poruszyć.

Drzwi otworzyły się i ku zdziwieniu Rose do pokoju wszedł Anthony. Nie wiadomo, kto był bardziej zaskoczony, on czy ona. Widząc ich miny, można by pomyśleć, że oboje się czegoś takiego nie spodziewali. Po tak niespodziewanym spotkaniu, pierwsza zeszła na ziemię Rose.

– Co ty tu robisz o tej porze? – spytała sztywno.

– A ty?

– Ja spytałam pierwsza – stwierdziła Rose.

– A ja drugi – odparł.

Zmarszczyła brwi. "Nie odpowiada się pytaniem na pytanie. Nie pannie Rose Barrow! To niegrzeczne".

– Oj, już dobrze, droczę się z tobą – zaśmiał się Tony, widząc jej wściekłą minę. Minę, pod której maską złości kryła się jakaś tęsknota. Tęsknota, której zdawał się nie dostrzegać. A może też nie chciał dostrzec? Podszedł bliżej i usiadł koło niej na kanapie. – Jeśli bardzo chcesz wiedzieć, kochana Rose, to jestem tu z tego samego powodu co ty – rzekł cicho.

"Co ma znaczyć ta tajemnicza odpowiedź? Jezu Chryste", myślała Rose. "Czemu ten człowiek nie może mówić jaśniej, zamiast owijać wszystko w bawełnę?"

– Nie wiesz, po co tu jestem, tak samo jak ja nie wiem, czego ty szukasz w moim salonie o czwartej nad ranem?

– Nie mogłem spać. A obudził mnie hałas zrobiony przez pannę Rose schodzącą głośno po skrzypiących schodach.

– Nazywasz hałasem odgłos drobnych kroków? – zapytała Rose z szyderczym uśmiechem.

– Gdzie tam! Jestem pewien, że nie tylko ja zostałem brutalnie wyrwany z głębokiego snu. Reszta domowników po prostu starała się znowu usnąć. Leżałem w łóżku i zastanawiałem się, czy to ty schodzisz, czy moja Elaine.

"Moja Elaine", to zdanie utkwiło jej w pamięci. To ono sprawiło, że na twarz Rose powróciła płachta goryczy i obojętności.

– I co? Czy będąc jeszcze w pokoju, domyślałeś się, kogo niesie na dół?

– Tak, domyślałem się, że to ty.

– A skąd wiedziałeś? – spytała.

– Hm... Nazwijmy to męską intuicją.

Rose zaśmiała się.

– Nie bądź śmieszny! Mężczyźni w ogóle nie mają intuicji! Coś takiego posiadają wyłącznie kobiety! Kobiety błyskotliwe i inteligentne.

– Rozumiem, że i ty do nich należysz – rzekł ze złośliwym uśmiechem.

Nawet podobała jej się ta rozmowa. Ale nie da po sobie tego poznać. Raz może się kierować bardzo praktyczną radą babci, która brzmiała: "Im bardziej jesteś niedostępna i zimna, tym bardziej pociąga to mężczyzn". Tak, to była prawda. Rose niejednokrotnie się o tym przekonała. "Czasem jednak ta babcia przydaje się do czegoś", rzekła w duchu.

– Oczywiście, że ja jestem jedną z nich! W przeciwieństwie do wielu głupich idiotek z tej wsi, ja mam własną intuicję i rozum! – i dodała szybko: – Na pewno sto razy więcej niż ta płytka, pusta gęś Alice March!

Triumfalny uśmiech wbiegł na twarz Tony'ego.

– A! – zawołał. – Więc tu cię boli! Wreszcie cię mam!

Rose zbladła.

– Nie wiem, co masz na myśli! Ja tylko mówię, że...

– Dobrze, dobrze, nie tłumacz się. Wszystko bardzo dobrze zrozumiałem.

– Tak?! A co takiego zrozumiałeś? – zapytała zimno.

– Ależ oczywiście twoje przejęcie tym, co ci powiedziałem wczoraj o ludziach, którzy lubią żywo pogawędzić o tobie i o twoich małych występkach – powiedział, po czym spojrzał na jej twarz.

Wcale nie zdziwiło go to, że liczko panny Barrow nie wyrażało smutku, jaki by się pojawił na buziach większości panienek. Sądził, że Rose wpadnie w szał i odpowiednio to podkreśli prostackimi wyrazami. Ona jednak leciutko zmarszczyła brwi i ku jego zdziwieniu roześmiała się z wyszukaną obojętnością.

– Ja miałabym się przejmować tym, co to czupiradło o mnie opowiada? – spytała z udanym zdziwieniem. – Chyba żartujesz sobie w tej chwili ze mnie, Anthony. – A bo to ja nie mam ciekawszych rzeczy na głowie, żeby jeszcze zaprzątać ją sobie niepotrzebnymi głupotami? Uważasz, że boli mnie to, co ktoś na mnie złego powie, czyż nie? Otóż mylisz się, mój drogi. Nie boli mnie to, tylko bawi oraz lekko irytuje. Dlaczegóż niby miałabym się tym przejmować? Gdybym miała zamartwiać się każdym złym słowem, jakie powie na mnie jakiś wstrętny szczur, to wierz mi, oszalałabym już dawno. Dlatego po prostu nie zwracam na to uwagi. Szkoda mi życia na troski. Plotkarzy i fałszywe osoby traktuję jak powietrze. Nawet nie masz pojęcia, jak w takiej sytuacji tych szubrawców szlag trafia! Sama się o tym przekonałam! Więc nie mów mi, że to mnie dotyka czy rani. Ja też zwyczajnie lubię fałszerzom za ich plecami przyprawiać rogi! Dlatego wspomniałam imię tej idiotki. Ot i wszystko.

Tony nie mógł się powstrzymać od tego, aby nie wybuchnąć śmiechem.

– Jesteś niesamowita – rzekł. – Masz odpowiedź na każde pytanie, co? Ale wiem coś, o czym ty nie wiesz. A mianowicie zdaję sobie sprawę, że każda dziewczyna w głębi duszy chociaż troszeczkę się przejmuje tym, co kto o niej mówi czy myśli, nawet ty, Rose.

To ją trochę zdenerwowało. Oczywiście irytowało ją to, że mało kto na nią nie gada za jej plecami, ale gdyby ujawniała swój gniew za każdym razem, kiedy coś jej się nie podoba, znaczyłoby to, że uległa, została pokonana. "Pokonana", jakże Rose nie znosiła tego słowa! Nie, nigdy nie będzie "pokonaną"! Choćby i wszyscy byli przeciwko niej.

– Nie masz racji! – zawołała ze złością. – Niczym się w życiu nie przejmowałam, a już na pewno nie takimi głupotami! Nagle zaniemówiła. Źle to zakończyła.

– Co znaczy "a już na pewno"? – zapytał Tony, uśmiechając się szyderczo. – Widzisz, a jednak coś cię potrafi obejść. Gdyby tak nie było, nie wrzeszczałabyś na mnie i nie użyłabyś zwrotu "a już na pewno". Znaczy to, że umiesz się też przejmować. Nie dajesz po sobie tego poznać. Przyznaję, że znakomicie się maskujesz, ale równie szybko pozwalasz, żeby twoje prawdziwe myśli wychodziły na wierzch.

Rose zmrużyła oczy i przechyliła głowę na lewą stronę.

– Czy ty żeś przypadkiem nie skończył jakichś studiów psychologicznych, czy coś? Bo zachowujesz się teraz jak moja babcia. Też jej się wydaje, że pozjadała wszystkie rozumy i wie o wszystkim, o czym nie chciałabym, żeby wiedziała.

Roześmiał się.

– Wcale nie potrzeba ukończyć psychologii, aby się na tobie poznać. Za szybko się ujawniasz. Uważasz, że doskonale wszystko ukrywasz, ale wystarczy, że popełnisz drobny błąd, a już cała prawda wychodzi na jaw. Ale rozchmurz się. Na świecie jest niewiele osób, które potrafią tak dobrze znać się na ludziach, jak ja czy twoja babcia. Zaufaj mi. Masz szczęście, Rose, że nie wszyscy znają się na tej twojej "psychologii". Gdyby tak było, twój narzeczony dawno by cię rozgryzł i nie dawał robić z siebie takiego durnia, jakiego z niego robisz.

Serce Rose zabiło mocniej. O co mu chodziło? Czy tak się rozgadał tylko po to, aby dojść do tak strasznej puenty? Nagle przeraziła się. Boże, on wie! Wie, tak jak i babcia Lorena. Co ona takiego zrobiła; gdzie się aż tak potknęła, żeby pozwolić, aby Tony dowiedział się o jej prawdziwych uczuciach? Musi bardziej się kontrolować, działać mniej impulsywnie. Może wtedy...

– Co ty za bzdury opowiadasz?! – krzyknęła wściekła.

– To nie są żadne bzdury, tylko fakty, droga pani. Odkąd cię poznałem, a to już będzie przynajmniej ze dwanaście godzin – w tym miejscu zaśmiał się – uważnie cię obserwowałem. Gdy pierwszy raz przyjemnie nam się gawędziło, zauważyłem, ile w tobie jest chęci do życia, ile radości, radości, która uleciała, gdy pozwoliłem sobie wspomnieć, że masz narzeczonego. I nagle wszystko to znikło. Sposępniałaś i zaniemówiłaś. Przy stole też ci się ukradkiem przypatrywałem, ale na szczęście tego nie zauważyłaś. Zachowywałaś się jak trusia, a przecież wcale nią nie jesteś. Wtedy dotarło do mnie, co jest prawdziwą przyczyną twojego, hm... smutku.

Rose spojrzała na niego twardo.

– Chyba jednak jesteś pomylony. W życiu większej bzdury nie słyszałam! Po prostu trochę się obawiam przed ślubem, jak każda panienka, która wychodzi za mąż. I... – tu urwała. Zmarszczyła się i zapytała złośliwie: – A tak w ogóle, to co ciebie obchodzimy ja i Laurence? Czy to...

– Widzisz, i znów to samo – rzekł lekko. – Twoje wielkie przejęcie. Gdyby nie to było powodem twojego "nieszczęścia", nie unosiłabyś się tak. Przejrzałem cię na wylot, kochanie.

Gdy tylko wypowiedział to ostatnie słowo, szybko zbliżył się do niej i zanim zdążyła zareagować, pocałował ją. Pozwalając sobie na tę chwilę zapomnienia, Rose nawet nie zastanawiała się, czy dobrze robi. To było spontaniczne, zupełnie jak większość podejmowanych przez nią decyzji. Smakując jego ciepłe wargi, wcale nie miała ochoty, aby ten pocałunek dobiegł końca. Pierwszy raz w życiu czuła się, jakby płynęła. Sprawiło jej to ogromną rozkosz. Ręka mężczyzny powoli powędrowała ku lekko odsłoniętemu dekoltowi. Westchnęła podniecona, pozwalając, aby ją dotykał.

Ale w głowie znów rozsądek wziął górę nad namiętnością. Gwałtownie odsunęła się od niego i przyłożyła dłonie do ust, jak gdyby chciała zapobiec pragnieniu kolejnego pocałunku.

– To się nie powinno zdarzyć – rzekła w końcu. – Po co to zrobiłeś?

Rozsiadł się wygodniej na kanapie.

– Gdybyś, droga Rose, faktycznie cieszyła się na to małżeństwo z Laurence'em, nie dopuściłabyś, aby to się stało. Tymczasem tobie najwyraźniej nie przeszkadzał fakt, że byłaś całowana i to bynajmniej nie przez własnego narzeczonego. Chyba nie miałaś nic przeciwko temu, bo czułem, jak ci się podobało.

Rose miała ochotę w tej chwili dać upust całej swojej złości, furii, jaka ją przepełniała. Ale powiedziała tylko:

– To się musi skończyć, jeszcze zanim się zacznie!

– Już się zaczęło, mała nerwusko, i nie zmienisz tego.

– Ależ zmienię! – rzekła z wściekłością. – Nic się nie wydarzyło! Nie było tej rozmowy i nie było tu ciebie. A teraz wybacz, wracam do łóżka, bo za kilka godzin mam masę roboty. Jadę do miasta, razem z Elaine – powiedziała z naciskiem na ostatnie słowo. – Muszę zacząć przygotowywać się do wesela i ona również!

Roześmiał się.

– Czy masz na myśli całą tę szopkę, co ma się odbyć za kilka dni?

– Tak, właśnie to mam na myśli! I nie powinieneś przyjmować tego tak lekko, bo ty sam bierzesz w niej udział.

Widać było po nim, że jej słowa wcale go nie zniechęciły.

– I co? – zaczął. – Myślisz, że po tym co się wydarzyło, wszystko pójdzie tak gładko? Ty weźmiesz ślub z Laurence'em, ja z Elaine, tak?

– Czy nie po to tu przyjechałeś? Sam wczoraj powiedziałeś, że jesteś tu dla Elaine.

– To było wczoraj, a dzisiaj to zupełnie co innego. Wczoraj nie znałem ciebie.

– Czyżbyś tak szybko zmieniał kobiety, jak zmieniasz zdanie? – spytała lodowato.

– Niezupełnie – rzekł. – Ale wiem, że ty wiesz, iż nic, co w tej chwili mówisz, nie dojdzie do skutku.

Nachmurzyła się. Czy on nigdy nie przestanie?

– I co niby zamierzasz z tym zrobić? Powiesz wszystko Elaine? Potrafiłbyś ją aż tak skrzywdzić?

– Nigdy bym jej nie skrzywdził – powiedział. – To cudowna osoba, pełna ciepła i miłości, i kocham ją.

– Więc nie rozumiem, czemu się z nią żenisz, jeśli nie jesteś pewien, czy tego chcesz?!

– A ty za to wiesz, co?

Ogłupił ją tym zdaniem. Miał rację. Nie wiedziała na sto procent, po co to robi. Dla niego to było nic takiego. Ludzie się żenią przeważnie dla bezpieczeństwa i z obawy przed samotnością. Możliwe, że i w jego przypadku tak było. A ona, Rose?

– Zatem czego chcesz ode mnie?! – zapytała bez związku.

– Twojej obecności w moim życiu.

Potrząsnęła przecząco głową.

– Wiesz, że to niemożliwe! Za daleko zaszłam w jedną sprawę, żeby teraz się z niej wycofać. Zresztą wcale tego nie chcę. Jest mi dobrze, tak jak jest.

– Szczerze wątpię – powiedział szybko. – Zrobisz Rose, jak będziesz uważała, ale ostrzegam cię, szybko pożałujesz tej decyzji.

Oczy jej zabłysły, twarz pociemniała.

– Nigdy niczego nie żałowałam! Jeżeli coś raz postanowię, robię to i niczego nie żałuję – odparła już mniej pewnym głosem.

Wyszła z pokoju i udała się z powrotem do swojej sypialni.

– Zaczniesz żałować – rzekł Tony już sam do siebie. – A kiedy, to tylko kwestia czasu.

 

Razem z nieokreślonymi uczuciami Rose wtargnęła do pokoju i zamknęła drzwi. Aby ukoić swoje nerwy, wyciągnęła spod łóżka swój pamiętnik, po czym zapamiętale zaczęła coś bazgrać. Tylko to ją uspokajało, wylewanie swoich żali na kartki papieru. Zapisywała tam wszystkie swoje myśli, uczucia oraz poszczególne wydarzenia, o których nie powinien wiedzieć nikt z dorosłych. Oczywiście niektóre z nich dawno się wydały, jeszcze zanim zdążyła je przelać na papier. Miała tam na przykład takie rewelacje, jak odegrane zaręczyny z Laurence'em, wagary z Elaine czy ich pierwsze wspólne "wstawienie się" podczas pamiętnych chrzcin jedynego chrześniaka Rose – Michaela. Tego nie zapomni do końca życia. Z uśmiechem na ustach przypominała sobie, jak niesamowicie się wtedy czuła. I te spojrzenia całej rodziny! Za taki widok można by dać się pokroić. A teraz jak gdyby nigdy nic spisywała powierzchownie minione właśnie wczesnoporanne wydarzenia.

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY

Pani Rose Harlow

A więc w końcu nadszedł ten dzień, którego Rose tak się obawiała. Dzień ślubu. Elaine cały ranek chodziła jak nakręcona i bez przerwy paplała o tym, jak to będzie cudownie na wspólnym weselu. Cieszyła się, że obydwie z Rose w końcu wychodzą za mąż, w dodatku za tak wspaniałych mężczyzn, jak Tony i Laurence. To z pewnością będzie najcudowniejszy dzień w całym ich życiu. Dzień, którego nie zapomną nigdy.

Rose za to nic się nie odzywała, tylko uważnie ją obserwowała.

"Boże, jaka ona jest ślepa!", myślała. "Czy ona naprawdę nie widzi, że zachowanie Anthony'ego uległo poważnej zmianie? Ona cały czas łazi za nim i coś gada. I nic nie dostrzega. Przecież on nawet na nią nie patrzy! Cały czas gapi się na mnie, a ja nie wiem, jak mam zareagować przy Elaine! Hm... Może w ogóle nie będę zwracać na to uwagi? Jeśli będę go traktować jak powietrze, może się odczepi i zajmie Elaine, zamiast ciągle posyłać mi te znaczące spojrzenia!" Pokręciła z niedowierzaniem głową. "O Jezu, bardzo jestem ciekawa, co z tego wszystkiego wyniknie..."

 

Od rana w Arszeniku huczało jak w ulu. Babcia Lorena i służąca Zara biegały przez całe przedpołudnie z półmiskami między kuchnią a placem za domem, gdzie miały się odbyć ślub i przyjęcie weselne. Cała kuchnia obecnie przypominała obraz po bitwie. Wszędzie walały się brudne miski i sztućce. I nikt w tym momencie nie miał czasu tego pozmywać, bo Zara także była bardzo zapracowana. Pani Barrow przygotowywała ciepłe posiłki, a mała Ava z niechęcią pomagała przy pieczeniu ciast. Wcale nie rajcowało jej to wszystko. Jasne, cieszyła się, że w końcu ta zarozumiała siostrunia się hajtnie i wyjedzie z dworu miejmy nadzieję, że na zawsze. To był jedyny plus w tej całej paradzie. Ale to nie znaczyło, że ją mieli zatrudniać jako darmową siłę roboczą i to w dodatku w kuchni! Małej Avie w ogóle się to nie podobało. A co, jeśli się pobrudzi? Albo oparzy o gorące formy do ciast? Bardzo chciała zaprotestować, ale postanowiła tego dnia nie denerwować mamy, która i tak miała dziś dosyć na głowie. Za to może się zawsze wyżalić babci, która z zainteresowaniem i niezwykłą cierpliwością wysłuchiwała każdego żalu. Ale zrobi to później, bo teraz nawet babcia była zajęta i nie miała ani chwili czasu.

Nawet ojciec miał mnóstwo na głowie. Pojechał z samego rana przygotować dwa stare, rodzinne dwory. Jeden mieli zamieszkiwać po ślubie Rose i Laurence, drugi Anthony i Elaine. Od kilku tygodni dworkami zajmowały się sprzątaczki i służące państwa Barrow, aby te nadawały się do zamieszkania. Trzeba było przyznać, że w te kilka dni zdziałały cuda. Posiadłości wyglądały jak domy z marzeń. Przyszły dwór państwa Harlow nosił nazwę Kamelia, natomiast ten drugi nazywał się Orchidea i był oddalony od pierwszego jedynie o trzy posesje. "No – myślał pan Barrow – wszyscy spisali się na medal".

Jedynymi osobami, które nic tego dnia nie robiły, były Elaine i Rose. Nawet trzej panowie pojechali powozem do miasta po kwiaty zamówione u najlepszej kwiaciarki już pięć dni temu. Elaine niepokoiła się trochę, bo wyjechali przed trzema godzinami i do tej pory nie wrócili. Pani Barrow uspokoiła ją jednak:

– Nie martw się, dziecinko. Wrócą, nim się obejrzysz. Wiesz, że wszystko musi trochę potrwać. Sam dojazd tam zajmuje prawie siedemdziesiąt minut, a jeszcze przecież muszą się jakoś zapakować z tymi kwiatami, prawda?

Elaine kiwnęła głową i uśmiechnęła się, po czym poszła do ogrodu, zobaczyć jak radzą sobie babcia Lorena i służąca.

Rose natomiast cały ranek siedziała w swoim pokoju przed lustrem i szczotkowała swoje ciemne włosy. Dawno już powinna była się ubrać, ale postanowiła pozostać w koszuli nocnej, dopóki nie zajdzie potrzeba, aby włożyć nową suknię ślubną, która leżała rozłożona na łóżku. Patrzyła na swoje odbicie i uważnie się sobie przyglądała. Miała poważną minę i smutne oczy. Zastanawiała się, czy ta blada dziewczyna, która patrzyła na nią z odbicia, to naprawdę ona. Przecież Rose Barrow zawsze była taka wesoła i pełna energii. Rzadko kiedy się smuciła, bo wiedziała, że szkoda czasu na smutki i troski. Tymczasem ta panienka z lustra wcale nie przypominała silnej panny Barrow. Nie, to nie mogła być ona! Coś tu jest nie w porządku. Bardzo nie w porządku...

– Uśmiechnij się, ty wyblakła wiedźmo – rzekła cicho do odbicia. Nic, ani drgnęło. Pozostało w miejscu, jak Rose. Nie, źle to rozegrała. Za mało było w tym uporu. Spróbuje zatem jeszcze raz. Zmarszczyła czarne brwi, rozszerzyła oczy. Zacisnęła dłonie w dwie małe piąstki. – Każę ci się uśmiechnąć! Natychmiast! – rozkazała stanowczo. Czekała w napięciu. Ale i to na dumną damę z lustra nie podziałało. "Czemu ona mnie nie słucha?", zastanawiała się. "Przecież to ja ją stworzyłam. Jeśli ona się uśmiechnie, ja także to uczynię! Jeżeli to czupiradło po drugiej stronie lustra stanie się szczęśliwe, to i ja taka będę. Ale nie, jak na złość nie chce! Trudno, nie to nie".

Oparła głowę o ręce. Chciała, żeby już było po ślubie. Wierzyła, że wtedy wszystko się ułoży. Że to, co teraz przeżywa, to, jak powiedziała Tony'emu, tylko panieńskie obawy.

"Anthony DaSilva! To wszystko jego wina!" Rose wiedziała, że jej prawdziwe problemy nie zaczęłyby się nigdy, gdyby nie on! W obecnej chwili przepełniała ją straszna wściekłość i gwałtowna niechęć do niego.

Po co tu przyjechał? Dlaczego musiał tak po prostu się tu zjawić i wywrócić jej życie do góry nogami? Nie czułaby się tak strasznie, gdyby nie te jego awanse do niej, irytujące, aczkolwiek intrygujące uwagi na temat jej zachowania. Gdyby... Gdyby nie ten namiętny pocałunek! Tu uśmiechnęła się. Nie, to wspomnienie zachowa dla siebie, jego wcale nie miała ochoty wyrzucać z pamięci. Chciała pamiętać to cudowne uniesienie, gdy ta chwila nastąpiła. Tak, zawsze będzie o tym pamiętać. To będzie jej skarb, jej sekret.

Wstała ze stołka i podeszła do łóżka. Spojrzała na swoją suknię. Była naprawdę piękna. Najdroższa w całym sklepie, jak podkreślił dość uprzejmie pan Barrow. Normalnie nie kupiłby jej tak drogiego prezentu, ale to przecież ślub jego ukochanej córeczki. Nie miał więc sumienia odmówić jej pięknego stroju na jej własne wesele.

Suknia ta była trochę za długa na Rose, toteż musiała kupić buty na wysokim obcasie. Miała też, zdaniem babci, skandalicznie głęboki dekolt z przesadną ilością falbanek i cekinów. Pośrodku u góry przyczepiona była duża róża z jedwabiu. Cały zaś stan okrywała naszyta w nadmiernej ilości gipiura. Rękawy sukienki były bufiaste i obszyte u dołu diamencikami. Spódnica była bardzo długa i szeroka, składała się z kilku warstw materiału. Ostatnia, wierzchnia warstwa była uszyta z atłasu. Całość sprawiała wrażenie bardzo ciężkiego stroju, odpowiedniego raczej na bal niż na ślub. Rose jednak nie chciała nikogo słuchać; jak zwykle zresztą. Miała własne zdanie i jeśli uważała, że jej suknia jest najpiękniejsza i najszykowniejsza na świecie, to tak właśnie było i nikt nic nie miał do powiedzenia.

Pan Barrow chciał również sprawić nie gorszą sukienkę dla Elaine. Ta jednak najwyraźniej nie chcąc naciągać go na zbytnie koszty, uparła się na zwykłą jedwabną suknię, której oszczędzono ozdób. Nie dała się za nic namówić na coś bardziej wytwornego, mimo że ojciec Rose czuł się głupio, sprawiając własnej córce suknię elegantszą niż mają księżne na dworach, a Elaine, którą traktował niemal jak własne dziecko, prostą i bardzo skromną. Ta jednak najwyraźniej czuła się bardzo zadowolona. Pocałowała pana Barrowa w policzek, zapewniając, że piękniejszego prezentu nigdy w życiu nie dostała.

 

Rose usłyszała głośny i radosny śmiech Elaine, dobiegający z dołu. "Co jej się znów stało?", zastanawiała się. Wyjrzała przez okno. "No tak, panowie wrócili, dlatego jest taka wesoła. Boże, czym się tu tak ekscytować?" Jej ukochanego nie było raptem trzy godziny, a ona cieszy się jak dziecko na jego powrót, jakby go nie widziała z miesiąc. Czy ona, Rose Barrow, tak histerycznie reagowała na widok Laurence'a, jak Elaine na Tony'ego? Raczej nie. Ale mimo wszystko była zadowolona, że wszyscy trzej już przyjechali z miasta. Patrząc z okna swojego pokoju, Rose stwierdziła, że ogromne wiązanki kwiatów, które przywieźli, są naprawdę śliczne. Mnóstwo białych i herbacianych róż, pięknie przystrojonych tonami wstążek i błyszczących ozdób. Od razu było widać, że ktoś się nad nimi nieźle napracował, bo efekt końcowy sprawiał wrażenie bardzo eleganckiego.

– Szkoda, że w takich jasnych kolorach – mruknęła. – Białe róże? Prawie jak na pogrzeb.

Odeszła od okna i podreptała w stronę szafy. Otworzyła ją i wyciągnęła bieliznę, którą miała zamiar założyć pod suknię ślubną.

Już chciała się zacząć ubierać, gdy uchylone drzwi do jej pokoju lekko skrzypnęły. Kierując oczy w ich stronę, jej wzrok napotkał zdziwione spojrzenie Anthony'ego. Zaskoczył ją bardzo. Przecież jest w samej koszuli nocnej, a ktoś mógłby wejść nagle do jej sypialni, tak jak on to zrobił i gdyby ich zobaczył, na pewno oburzyłby się.

– Co ty sobie wyobrażasz? – spytała ściszonym głosem z obawy, że Elaine bądź Laurence mogliby ich usłyszeć. – Nie umiesz pukać?

– Drzwi były otwarte – odrzekł lekko. – Poza tym, złośnico, co to dla ciebie za różnica, czy pukałem czy nie, skoro już tu wszedłem? Chyba nie masz, kochanie, nic przeciwko?

– Chyba, mój drogi, pomyliłeś sypialnie! – zawołała z irytacją. – Pokój Elaine jest naprzeciwko mojego. To tam – rzekła, wskazując ręką drzwi w korytarzu.

– Wiem, gdzie to jest – powiedział ze śmiechem. – Elaine zajmę się później. Teraz przyszedłem do ciebie.

"Cholera jasna! Za kogo on ją uważa?!"

– To bezczelność! Proszę wyjść z mojej sypialni natychmiast, bo chcę się ubrać, a twoja obecność mi w tym bardzo przeszkadza.

– A jeśli nie wyjdę, to co? – zapytał niemiłym głosem. – Zawołasz Laurence'a?

Przeszła szybko do ataku.

– Nie twoja sprawa, co zrobię! Ale mówię, żebyś sobie poszedł, bo nie mam przyjemności przebywać w twoim towarzystwie. Mam ci wskazać drzwi czy też sam trafisz?

– Uspokój się, bo jeszcze nas usłyszą – powiedział rozkazującym tonem. – Skoro tak bardzo chcesz, żebym odszedł, proszę bardzo. Miałem pewną sprawę do ciebie, ale ponieważ jesteś taka niemiła, zapominam o wszystkim.

Odwrócił się i już miał wychodzić, gdy nagle Rose usłyszała ciężkie kroki w korytarzu.

– Rose! – usłyszała głos. – Z kim ty rozmawiasz? Nie szykujesz się jeszcze?

"O Matko Boska! To ojciec! Co robić? Co robić?" Jej umysł pracował teraz bardzo szybko. "Jeśli zobaczy Tony'ego wychodzącego z mojej sypialni, zacznie coś podejrzewać! Z drugiej jednak strony, gdy tu wejdzie i zobaczy mnie samą, domyśli się, że ktoś u mnie jest, bo słyszał głosy rozmowy, a wtedy wszystko się wyda! Muszę coś zrobić! Szybko, szybko!"

Niewiele myśląc, chwyciła zaskoczonego Tony'ego za rękę i wciągnęła go z powrotem do pokoju. Otworzyła ciężkie drzwi do swojej wielkiej garderoby i bez namysłu wpadła tam razem z nim jak szalona, po czym zamknęła cichutko drzwi. Miała dużo szczęścia, gdyż w tym momencie do izby wszedł ojciec.

– Rose? – zapytał. – Jesteś tu?

Rose przycisnęła złego kochanka do ściany i położyła mu dłoń na ustach, nakazując błagalnie oczami ciszę. Oczy mu rozbłysły. "Jezu Chryste!" Ona tu drżała z przerażenia, a ten człowiek najwyraźniej miał z tego świetną zabawę.

– Rose! – zawołał pan Barrow. – Gdzie jesteś? Chodź tu i natychmiast posprzątaj ten bałagan! – Wolnym krokiem podszedł do małego fotela i spoczął na nim. Czuł się zmęczony tymi wszystkimi przygotowaniami. Posiedzi tu chwilę i poczeka, aż jego córka wróci.

Tymczasem przerażona Rose cały czas zamykała ręką usta Tony'ego, ale to zdawało się już nie wystarczać. On niemalże dostawał ataku śmiechu, gdy tak patrzył na jej szaleńczy strach. Przeszła do ostateczności. Jeśli to go nie uspokoi, to już chyba nic tego zrobić nie zdoła! Szybko odłożyła rękę i bez namysłu zasłoniła mu usta swoimi. Momentalnie jego chichoty ucichły. Przycisnęła się do niego mocniej, jak gdyby z obawy, że zaskoczony mógłby ją odepchnąć. On jednak tego nie zrobił. Wręcz przeciwnie, objął ją, nie przestając całować. Rose znów poczuła się tak lekko, zupełnie jak tamtego wczesnego ranka, gdy Tony niespodziewanie pocałował ją, a ona zdawała się płynąć w namiętnym uniesieniu. Nie, nie chciała tego przerywać! Być może po raz ostatni czuje ciepło jego ust. Wykorzysta każdą skradzioną chwilę, choćby to było nawet bardzo niewłaściwe!

Czekając dobre kilka minut na córkę, pan Barrow znudził się w końcu. Wstał i wyszedł. Słychać było jak schodzi po schodach.

– Gdzie ona jest? – usłyszeli głos Grace.

– Nie wiem – odparł pan Barrow. – Pewnie w ogrodzie, albo może gdzieś wyszły z Elaine. W każdym razie w pokoju jej nie ma. Spokojnie, kochanie, jestem pewny, że zaraz wróci...

 

Dalszych słów kochankowie nie słyszeli. Ale też wcale im na tym nie zależało. Teraz dopiero czuli się razem szczęśliwi. W pewnym momencie Rose opanowała się i przestała go całować. Podeszła do drzwi i otworzyła je. Wyszła z garderoby, a Tony podążył za nią. Odwróciła się do niego. Zmarszczyła lekko brwi.

– Jaka jest ta sprawa, z którą przyszedłeś do mnie?

Wybuchnął śmiechem.

– Jesteś niemożliwa – rzekł. – Pół minuty temu mocno mnie obejmowałaś za szyję i gorąco całowałaś, a teraz przybierasz dawną pozę obojętnej Rose? Kochanie, jestem w szoku.

– Jaka była ta sprawa? – powtórzyła pytanie. – Powiesz mi czy mam się domyślać?

Cios poniżej pasa. Nawet Anthony DaSilva nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Czemu znów jest taka zimna? Czyżby minione zdarzenia z garderoby nic dla niej nie znaczyły?

– Już po sprawie – rzekł, uśmiechając się czule, ale też nieco złośliwie. – Załatwiłaś to sama i to szybciej niż mógłbym przypuszczać. Masz bajeczne usta.

Źrenice Rose gwałtownie się rozszerzyły.

– Aha, a więc to była ta ważna sprawa.

– Nie mówiłem, że jest ważna.

– Och! – zawołała. – Mniejsza o to. Czyli mam rozumieć, że gdybym nie zechciała cię wcześniej wyrzucić z pokoju, finał byłby podobny?

– Tak – odparł. – Po prostu miałem ochotę się z tobą odpowiednio pożegnać, zanim obydwoje rozpoczniemy nowe życie i to bynajmniej nie wspólne.

Nie spodobała jej się ta odpowiedź, ale wiedziała, że on ma rację. Za dwie godziny już nic nie będzie można z tym zrobić. Ich drogi rozejdą się, nim zdążyły się dobrze zejść. Rose musiała stawić temu czoło. Jest zaręczona z innym. Chce tego ślubu, ale nie jest pewna, czy chce tego, co będzie potem, to znaczy przez resztę jej życia. Jeżeli odwoła wszystko, ojciec ją wydziedziczy i wyrzuci z domu, choćby ją kochał najbardziej na świecie. Ale on liczył się z opinią publiczną i cieszył się ogromnym szacunkiem wśród mieszkańców wsi. Nie mógłby znieść, jeśli jego córka zhańbiłaby całą rodzinę Barrow.

– No, to chyba już żeśmy się miło pożegnali, prawda? – rzekła Rose. – A teraz proszę cię, abyś sobie poszedł, bo naprawdę muszę się przygotować.

Nic nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko i wyszedł z pokoju, zostawiając Rose zupełnie samą. Usłyszała skrzypnięcie drzwi do sypialni Elaine. Niewątpliwie Tony poszedł teraz do niej, jak wcześniej zapowiedział. Rose wściekła się, ale w porę zdążyła pohamować gniew, bo do pokoju wkroczyła babcia.

Jak ona tu się dostała tak cicho! Przecież powinno być ją słychać, jak szła po schodach; dlaczego więc Rose nie usłyszała jej kroków? To dziwne. Czasami zastanawiała się, czy jej babcia nie jest zjawą w ludzkiej skórze.

– Nie słyszałam cię – powiedziała Rose.

– Wiem – odparła kobieta. – Chciałam żebyś mnie nie słyszała, inaczej nie skradałabym się tak cicho.

– Coś się stało? – spytała dziewczyna. – Nie pomagasz Zarze w ogrodzie?

Oczy staruszki zwęziły się.

– W co ty grasz, moje dziecko? – rzekła niemiło.

– Nie mam zielonego pojęcia, o czym mówisz! – powiedziała niespokojnie Rose.

Babcia uniosła prawą brew.

– Nie wiesz? – I po krótkiej przerwie dodała, podnosząc głos: – A mi się wydaje, że wiesz doskonale, o czym mówię. Nie udawaj głupiej, kochana. Widziałam, jak on wychodził z twojego pokoju!

– Kto to jest "on"?

– Już ty dobrze wiesz, kto! – zawołała. – Co ty sobie myślisz? Czyżbyś już zdążyła zapomnieć, że dziś wychodzisz za mąż? A może nie wychodzisz? Może chciałabyś ogłosić wszystkim wszem i wobec, że nie spieszy ci się zbytnio do ożenku, bo chwilowo znalazłaś sobie nowego kochasia, co?

Rose doskoczyła do staruszki z pasją, na jej twarzy pojawił się wyraz wielkiego oburzenia. Nie, nie pozwoli się obrażać! Już ona jej pokaże! Nieważne, że to właśnie babcia była osobą, której chciała się odgryźć za bolesne słowa. Ktokolwiek ośmieli się rzucać obelgi na pannę Barrow, zdobędzie w niej największego wroga! Dziewczyna zacisnęła pięści, jej oczy zwęziły się jak u wściekłego tygrysa.

– Jak śmiesz tak do mnie mówić! – warknęła głośno, nie zważając na to, że rodzice lub Elaine mogą ją usłyszeć. – Co ty sobie, babciu, w ogóle wyobrażasz?! Że jesteś jakimś szpiegiem? Mówiłam ci już setki razy, żebyś się nigdy nie wtrącała do moich prywatnych spraw, ale ty zdaje się tego nie rozumiesz! Masz kłopoty ze słuchem? Jeżeli tak, to może już czas wycofać się z aktywnego życia rodzinnego? – Widząc zgorszoną minę babci, dodała poirytowana: – A jeśli nawet był u mnie Tony, to co z tego? Czyżby zaręczonej kobiecie nie wolno było już nawet porozmawiać z innym mężczyzną niż z jej narzeczonym? Mam do tego całkowite prawo! I ciebie nie powinno to obchodzić, bo...

– Skończ już, drogie dziecko – rzekła starsza pani Barrow. – Owszem, nieraz słyszałam te twoje kazania na temat mojego rzekomego wtrącania się w, hm... jak to było... twoje prywatne sprawy. Ale widzę, że teraz są to również sprawy Elaine i równie nieświadomego jak ona, jej brata Laurence'a, który jest twoim narzeczonym – wyraźnie podkreśliła słowo "narzeczonym". – I nie jestem żadnym szpiegiem. Po prostu szłam do twojego pokoju, aby pomóc ci w ubieraniu się. – Zmarszczyła brwi. – I wtedy zobaczyłam, jak ten... ten pozbawiony moralności zdrajca wychodzi z twojej sypialni! A ty oczywiście jeszcze paradujesz beztrosko w zupełnym negliżu, jak jakaś... – Westchnęła lekko. – To utwierdziło mnie w przekonaniu, że powinnaś odwołać cały ten ślub, zanim wszystko zrujnujecie, ty i on! Jeśli tego nie zrobisz, niewątpliwie Elaine dowie się o wszystkim. I Larry też! Nie mogę pozwolić, żebyś okłamywała wszystkich dookoła, bo tak ci wygodnie.

Rose wściekła się.

– Szantażujesz mnie?! – zawołała. – Co, chcesz opowiedzieć Elaine jakieś durne głupstwa, które sama sobie wymyśliłaś w tej wszechwiedzącej głowie i złamać jej serce?! Jakim prawem ingerujesz w moje życie? Ba! W życie wszystkich dookoła i wywracasz wszystko do góry nogami, bo wydaje ci się, że wszystko wiesz najlepiej! Proszę bardzo! Mów sobie, co chcesz i komu chcesz! I tak nikt ci nie uwierzy! Nawet nie ma w co, bo między mną a Anthonym do niczego nie doszło i dopóki żyję, nie dojdzie!

– Tak? To proszę, wytłumacz mi, co ten mężczyzna robił w twojej sypialni, kiedy ty nawet nie miałaś na sobie bielizny, tylko tę cieniutką koszulkę nocną. Przecież ten strój niemalże nie zakrywa tego, co powinien!

– Nie twoja rzecz – rzekła mrożącym krew w żyłach tonem Rose.

– Skoro między wami do niczego nie doszło, to czego robisz, dziecko, z tego taką wielką tajemnicę?

Oj, babcia naprawdę potrafiła podejść Rose, co tylko ją oczywiście bardziej irytowało.

– Och, no już dobrze! Niech ci będzie, skoroś taka ciekawa – zawołała dziewczyna. – Tony miał do mnie pewną sprawę do omówienia na osobności, ot i wszystko.

– Jaką? – spytała staruszka podejrzliwie.

– A cóż cię to obchodzi?! Nie pchaj się, babciu, tam, gdzie cię nie potrzebują! To zdaje się moja sprawa, o czym rozmawiałam z Anthonym, czyż nie?

– Wiesz dobrze, że to nie wypada! Zapraszać cudzego narzeczonego do swej sypialni i w dodatku rozmawiać z nim nie wiadomo o czym! I jeszcze do tego ten prześwitujący strój. Och, Matko Boska! A gdyby tak cię zobaczyli matka albo ojciec?

Na dźwięk ostatniego słowa Rose zadrżała. Jeszcze jej umysł nie ostygł, po ostatnich krępujących przeżyciach w garderobie, gdy ojciec był tuż za drzwiami, a ona rozpaczliwie próbowała nie dać się ponieść namiętności.

– Oj, daj już temu spokój! Nic się nie wydarzyło! I nie używaj przy mnie słowa "gdyby", bo mnie denerwujesz, gdy rozważasz każdą sytuację na wszystkie możliwe sposoby. Ważne, że nikt mnie nie widział i to wystarczy. I błagam cię, przestań się tak trząść jak osika, bom gotowa pomyśleć, że jesteś chora!

– Odwołaj ten ślub – wypaliła nagle bez związku babcia, jakby nie zauważyła wcześniejszych słów Rose. – Odkręć to, zanim będzie za późno.

Rose, ochłonąwszy trochę, przekrzywiła głowę i rzekła:

– Wiesz, że tego nie zrobię. Zdajesz sobie sprawę, że nigdy się nie wycofuję, gdy coś postanowię. Nie mam najmniejszego zamiaru niczego odwoływać! Wszystko jest już gotowe! Za kilka godzin ja i Elaine będziemy szczęśliwymi mężatkami i nic ani nikt tego nie zmieni. – Zacisnęła w uporze usta. – I ty mi w tym nie przeszkodzisz! Co byś nie zrobiła, ja i tak dopnę swego! Wszystko dziś będzie idealnie, tak jak sobie to planowałam od dawna.

– Ale, kochanie, w imię czego? – spytała babcia. – Po co to robisz? Przecież, jeżeli dzisiaj zawrzesz małżeństwo z Laurence'em, popełnisz wielki błąd! Widzę wyraźnie, że ciebie i tego prawie że obcego mężczyznę łączy coś więcej niż tylko przyjacielskie pogaduchy. Oszukujesz sama siebie, myśląc, że jest inaczej! Lepiej będzie wyznać wszystkim prawdę, przyznać się do błędu i zakończyć to! W ten sposób unikniesz upokorzenia, jakiego z pewnością doznasz, jeżeli jednak weźmiesz ślub! Zaoszczędź bólu sobie, Elaine i jej najwidoczniej ślepemu bratu! Głupiec z niego, że nie dostrzega twojego widocznego zauroczenia tym całym Anthonym! Ale ja, kochana Rose, zbyt wiele przeżyłam, żeby ot tak uwierzyć w te twoje banalne tłumaczenia. Ja mam swoje racje. Tak, tak, wiem – rzekła, widząc złą minę Rose. – Przyrzekłam ci, że nigdy więcej nie będę wkraczała w twoje sprawy, ale...

– Więc tego nie rób! – krzyknęła Rose. – Bądź zatem konsekwentna w swych działaniach! I nie mów mi stale, co jest dla mnie dobre, a co nie, bo ja doskonale zdaję sobie sprawę ze swojego postępowania. Wiem, co jest dla mnie najlepsze. Nie oszukuję samej siebie! Mylisz się! Mylisz!!! – Wszystkie swoje słowa Rose podkreślała, wymachując rękami i tupiąc nogami z wściekłością. Miała wielką ochotę wykrzyczeć się, ot tak. Po prostu wrzasnąć i drzeć się tak głośno, póki nie zedrze sobie gardła. Ten cichy dom coraz bardziej zaczynał ją przytłaczać, a jego domownicy wraz z nim! – Moje małżeństwo nie będzie błędem! – zawołała. – Sama go chciałam i wiedz, że teraz jestem bardzo szczęśliwa, a będę jeszcze szczęśliwsza, gdy się pobierzemy. Ja i Laurence – dodała z naciskiem. – I proszę cię po raz ostatni: nie wchodź z butami w moje życie. Niczego nie wskórasz, a możesz tylko pogorszyć sprawę!

Babcia Lorena popatrzyła w błyszczące oczy wnuczki i pokręciła głową. Ciężko wypuściła powietrze z płuc, dając przy tym znak, że się poddaje.

– Nie mam co z tobą walczyć, Rose – powiedziała w końcu. – Wiem, że i tak postąpisz po swojemu, jak zawsze. Odkąd tylko pamiętam, nie chciałaś słuchać niczyich rad, a moimi wręcz żeś ostro pogardzała. Widzę, że to pozostało ci do dziś. Zastanawiam się tylko, dlaczego jesteś taka niedobra. Nie tak cię twoi rodzice wychowywali. A ty zachowujesz się po prostu niegrzecznie i nikogo nie szanujesz, a zwłaszcza mnie.

Rose wydęła wargi.

– Nazywasz brakiem szacunku posiadanie własnego zdania i walkę o swoje, gdy inni są przeciwko tobie?

– Nie, kochanie. Można mieć własne zdanie na każdy temat, a mimo wszystko szanować opinię innych ludzi. Znam dużo takich osób. Z wieloma rzeczami nie zgadzają się, ale szanują wypowiedzi innych i nie napadają na nich jak ty na mnie...

Tego naprawdę nie dawało się już słuchać. Rose podparła się piąstkami pod boki.

– Ale jestem na sto procent przekonana, że TYM innym osobom nie narzucasz swoich racji i nie wywierasz na nich presji, jaką na mnie starasz się wywrzeć przy każdej nadarzającej się okazji!

– Rose, posłuchaj... – zaczęła znów babcia.

– Nie, to ty mnie posłuchaj! Dość długo znosiłam twoje nudne morały prawione bez przerwy na temat dobrych manier i tego, jak no tam... szacunku, ale miarka się przebrała! Od dzisiaj decyduję o sobie całkowicie i nikt mi tego nie zabroni, a już na pewno nie ty! Nigdy więcej nie życzę sobie tych "złotych środków", które rozwiązują wszystkie problemy! – Obecne zachowanie Rose można by nazwać niedopuszczalnym, wręcz skandalicznym. Ale ona wcale nie myślała teraz o swoim karygodnym postępowaniu. Nie myślała o nikim innym, tylko o sobie. O tym, jaka ją w tej chwili wypełniała ogromna złość i nienawiść do wszystkich, którzy się jej sprzeciwiali i próbowali ją zepchnąć na ślepy tor. Drogę bez powrotu. Zaułek, z którego nie ma wyjścia. Rose wiedziała, że nie przystoi jej odnosić się w ten sposób do osób starszych, ale po prostu nic nie mogła na to poradzić. Działała pod wpływem gwałtownego impulsu, jak zawsze zresztą. Czuła się tak, jak gdyby cały świat był przeciwko niej, a ona sama jedna musiała się mu przeciwstawić. Jedyną osobą, od której nigdy nie usłyszała słowa krytyki, była Elaine. To właśnie między innymi dlatego Rose tak strasznie obawiała się, że mogłaby ją skrzywdzić. Nie rozumiała tej niezwykłej delikatności przyjaciółki. Kochała ją bardzo, ale nie potrafiła jej zrozumieć. Umarłaby, gdyby i ona odwróciła się od niej. Miała w niej oparcie. Tylko w stosunku do Elaine Rose nigdy nie umiała się zachować egoistycznie. Bo Elaine zrobiłaby dla niej wszystko, nawet kosztem własnego szczęścia, byle by przyjaciółce uchylić nieba. Tak. Tylko ona została Rose. Reszta się nie liczyła. Gdy Rose pomyślała o Elaine, jej gniew nieco przygasł. Opanowała się i delikatny, blady uśmiech wpłynął na jej twarz. – A teraz proszę, żebyś już poszła. Idź pomóc Zarze w ogrodzie, macie z pewnością jeszcze dużo pracy. Z ubiorem poradzę sobie sama. Idź już, proszę.

Babcia przystanęła w progu.

– Robisz wielki błąd. Ale ponieważ w grę wchodzi także szczęście Elaine, nic jej nie powiem o twoich "małych" incydentach. Masz słuszność, pękłoby jej serce, gdyby się dowiedziała, że ty i...

– Idź już! – krzyknęła dziewczyna. – Odejdź, zanim osobiście cię wyprowadzę!

– I jeszcze jedno.

Rose zgrzytnęła zębami. "Dość, za dużo, za wiele..."

– Nie graj takiej słodkiej panienki przed mężem, jak ostatnio weszło ci to w paskudny nawyk – poleciła złośliwie staruszka. Momentami jej wygląd przypominał dziewczynie wizerunek bystrego i przebiegłego lisa.

Starsza pani Barrow już odwróciła się, żeby ostatecznie wyjść, kiedy to Rose ją zatrzymała. Dopadła do niej.

– O czym ty mówisz?! – zawołała.

– Nie udawaj, że nie wiesz – odparła lekko. – Jesteś za bystra, żeby udawać taką głupią lalkę. I muszę ci przyznać, że niezła z ciebie aktoreczka. Moja mała sensatorka.

– Co to ma wszystko znaczyć?! – warknęła dziewczyna.

– Myślałam, że jesteś ciut mądrzejsza – ciągnęła dalej babcia. – Ale żeby takie rzeczy zostawiać na wierzchu?

Rose wyprostowała się. Zacisnęła pięści.

– Znów mam się domyślać, o co świętej trójcy (mama, tata, babcia) chodzi?! Nie owijaj w bawełnę, tylko mów!

– Znalazłam coś, co należy do ciebie, kochana.

Rose wstrzymała oddech, serce jej przyspieszyło, źrenice powiększyły się tak, że teraz wyglądały jak dwa błyszczące spodki. Nie, to niemożliwe! Nie dziś, nie teraz! Uszczypnijcie ją!

– Co to takiego?! – wycedziła z gniewem i przerażeniem.

Babcia przekręciła głowę na prawo, po czym wyciągnęła spod spódnicy sporych rozmiarów przedmiot. Wyglądem przypominał książkę, ale to nie było to. Rzuciła zeszyt na łóżko, tuż przed oczy dziewczyny. W Rose momentalnie zagotowała się krew. Na policzki wystąpiły pąsy, oczy zwęziły jak u kota. Gwałtownie chwyciła przedmiot. Ku jej niemiłemu zaskoczeniu, ta książka była jej pamiętnikiem! Dziennikiem, w którym zapisywała wszystkie intymne sprawy! Boże, niemożliwe, że ta starucha...

– Jakim prawem?! – krzyknęła tylko, bo z zaskoczenia zabrakło jej słów.

– Leżał na wierzchu – wyjaśniła lekko.

– Nieprawda! – odkrzyknęła Rose. – Dobrze wiem, gdzie ostatnio kładłam swoją własność! Zresztą to nie ma znaczenia! Ważne jest, że to należy do mnie i nikt nie ma prawa dotykać moich prywatnych rzeczy! Jak mogłaś?!

– Nie było napisane "nie dotykać" – tłumaczyła się złośliwie starsza pani Barrow.

– To nieważne! Ale jest podpisane dużymi literami: Rose Barrow! A to oznacza, że do ciężkiej cholery tylko ja mam prawo do tego dziennika!

– Przestań się wreszcie drzeć, bo nic ci to nie da.

– Nic mnie to nie obchodzi! Ruszyłaś coś, co nie należy do ciebie. Kolejny raz wcięłaś się w moje sprawy!

– I tak wiem o tobie, moja droga, wszystko. Pamiętnik jest tylko niemiłym dla mnie dodatkiem – odparła spokojnie babcia. – A to, faktycznie masz rację, ruszyłam bez pozwolenia. Robiłam porządek w twoim pokoju wczoraj wieczorem i wpadł mi w ręce. A ponieważ martwię się o ciebie i widzę, że coraz to dziwniejsze rzeczy wyprawiasz, postanowiłam się dowiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Ot i wszystko.

– Nie, to nie jest wszystko! – odburknęła wściekle.

– Niewiarygodne, że takie masz występki na sumieniu – pokręciła głową. – I przyznaję, że ukrywanie tego znakomicie ci wychodziło.

– I co teraz masz zamiar zrobić?! – warknęła dziewczyna. – Powiesz rodzicom? Pokażesz Elaine? Proszę bardzo! Mam to gdzieś! I tak zrobię po swojemu, wiesz o tym!

– Nic nikomu nie zamierzam pokazywać – odparła babcia.

– Świetnie, więc teraz wyjdź!

– Można mieć tylko nadzieję, że wszystko się samo jakoś ułoży – westchnęła babcia Lorena. – Modlę się tylko o to, żeby zamiast ciebie, zadecydował o twoim życiu los, bo ty sama nie wiesz, czego tak naprawdę chcesz.

– Wyjdź!

Starsza pani zniknęła za drzwiami. Rose ponownie opanowało wielkie pragnienie wykrzyczenia się. Do diabła, jak ona mogła?!!! Najchętniej by teraz cisnęła w nią czymś bardzo ciężkim i twardym. Ale stłumiła w sobie te negatywne emocje, po czym beztrosko wzięła się za doprowadzanie swojego wyglądu do porządku. Ważne, że przez resztę życia nie będzie musiała oglądać swojej babci.

 

Bielizna, suknia i cudem zdobyta koralowa szminka. Rose kupiła ją od starej znajomej, panny Diany Newton, która z kolei ukradła ją pewnej nieprzyzwoitej pani z przyjęcia na balu w mieście Jackpool. A kiedy ta zauważyła brak cennego kosmetyku, zrobiła wielką aferę i już połowa gości zaproszonych na przyjęcie wiedziała, że używa kosmetyków jak jaka "dama do towarzystwa". Nie było wątpliwości, że ludzie czuli wielkie zażenowanie i niechęć do tej pani. Gdy Rose usłyszała od Diany tę historię, przez dwa dni śmiała się do rozpuku. Pomadka ta znakomicie podkreślała i tak wyraziste wargi Rose, dając oszałamiający efekt. Oczywiście nie mogła powiedzieć nikomu o swojej nowej zdobyczy, bo niejedna osoba zgorszyłaby się, słysząc o podobnych rzeczach. Młode panny nie potrzebowały się malować. Węgielki do oczu nie były mile widziane w porządnych domach, a co dopiero szminki! Nawet Elaine z pewnością nie byłaby tym zachwycona, gdyby dowiedziała się, że jej przyjaciółka maluje się nie gorzej niż paryska kurtyzana albo gejsza. Także ten drobny sekrecik Rose wolała zachować dla siebie.

Pół godziny później, ustroiwszy się w bogaty zwój sukni, dziewczyna usiadła przed lustrem. Wyciągnęła z dna szuflady pomadkę, zdjęła jej skuwkę i wciągnęła aromatyczną woń róż. Wykręciwszy odrobinę szminki, lekko pociągnęła nią sobie najpierw górną wargę, potem dolną.

Usłyszała kroki w holu. "Boże! Kto to znowu idzie?" Szybko cisnęła kosmetyk na dno szuflady i gwałtownie ją zatrzasnęła.

– Kochanie – usłyszała z tyłu głos Grace. – Może pomóc ci w czymś?

"Nie, dziękuję!", miała ochotę powiedzieć Rose. "Najpierw Tony próbował "użyczyć" mi swojej pomocy, potem babcia Lorena. Obydwoje niestety zawiedli. Także i ty, matko, raczej nie możesz mi w niczym pomóc!" Zamiast tego rzekła tylko:

– Tak, oczywiście. Pomogłabyś mi upiąć włosy? Bo zdaje się, że sama się z nimi nie uporam. Jest ich stanowczo za dużo.

Grace uśmiechnęła się.

– Oczywiście, kochanie.

Podeszła do córki i delikatnie pogłaskała ją po falowanych włosach.

– Jesteś szczęśliwa, dziecinko? – spytała delikatnym, dźwięcznym głosem.

"Boże!", krzyczało serce Rose. "I znów to samo! Czy naprawdę każdy, kogo spotkam, będzie mi zadawał to samo pytanie? To jakieś okropne déja vu!"

Delikatny uśmiech rozjaśnił bladą twarzyczkę Rose.

– Oczywiście mamo. Dzisiaj jest mój wielki dzień! – "I Elaine", dodała w myśli. – Jakże mogłabym nie czuć szczęścia?

Grace uśmiechnęła się, po czym wzięła w dłoń szczotkę i zaczęła czesać ciemne włosy Rose.

– W jaki sposób mam ci je upiąć, słoneczko? – spytał mama. – Wolisz gładko zaczesane i spięte do góry czy lekko przewiązane wstążką, a po bokach policzków dwa opadające luźno kosmyki? A może po prostu zrobię ci koka?

– Wolę tę drugą opcję – rzekła bez namysłu Rose. – A na wstążkę przypniesz mi ten aksamitny kwiatek – powiedziała, podając go mamie.

– Nie za dużo tych ozdób? – zapytała Grace, kręcąc grymaśnie głową.

Rose potrząsnęła włosami.

– Nie. Rok temu na przyjęciu u państwa March miałam taką właśnie fryzurę z kwiatem i wszystkim bardzo się podobała. Proszę, uczesz mnie tak samo. – Mama nic nie odpowiedziała, tylko zajęła się niesfornymi kosmykami córki. Rose miała bardzo gęste włosy, odziedziczone po matce. Stanowiły jej największą ozdobę, ale miały jedną wadę, strasznie się plątały, tworząc okropne kołtuny na jej delikatnej głowie. Często miała problem, gdy próbowała je sama ułożyć. Dlatego też zawsze pomagały jej w tym mama lub służąca Zara. – Au! – jęknęła dziewczyna, gdy matka za mocno szarpnęła szczotką.

– Przepraszam, kochanie – rzekła ze skruchą Grace. – Ale sama widzisz, jaki to problem, gdy ma się tak grube włosy jak ty.

Rose kiwnęła w odpowiedzi głową.

Mama nie bardzo wiedziała, o czym mogłaby jeszcze porozmawiać z córką. Nigdy nie była zbyt towarzyska, ale nawet w towarzystwie własnego dziecka czuła się skrępowana ponurą ciszą. Spytała więc o coś, co już dawno wiedziała:

– A którą suknię założysz na wesele?

Rose odwróciła wzrok w stronę fotela, na którym rozkładała się głęboko wycięta sukienka, w kolorze czerwonego wina. U dołu obszyta została niezliczoną ilością falbanek i piór.

– Tę włożę – rzekła krótko.

Grace przybrała lekko oburzoną minę.

– I znów te ogromne dekolty... Kiedy wreszcie zrozumiesz, że to nawet nie wypada chodzić w takich roznegliżowanych strojach? I jeszcze do tego ten wyzywający kolor. Powinnaś założyć coś bardziej skromnego. Widziałaś tę błękitną sukienkę Elaine? Prosta, stosowna do okazji i w delikatnych barwach. Nie rozumiem, kochanie, dlaczego ojciec pozwala ci na takie stroje. Już dawno miałam mu powiedzieć, żeby ci zabronił chodzić w czymś takim, bo w takich rzeczach to nawet nie przystoi się pokazywać. Nie w tym wieku. A ty jesteś jeszcze taka młoda! Nie wiem, czemu on to aprobuje.

Rose syknęła ze znudzeniem i pokręciła oczami.

– Mamo – powiedziała. – Myślę, że troszeczkę za bardzo bierzesz wszystko do siebie. Mam prawie osiemnaście lat i nic się nie stanie, gdy od czasu do czasu założę coś bardziej wytwornego. A tata mi nie zabrania, bo po prostu nie widzi w tym nic złego. I ja też nie.

– Oj, Rose, Rose – westchnęła Grace. – Jesteś strasznie uparta. Czemu nie zdecydujesz się jednak na coś prostszego, tylko te falbaniaste tony jedwabiu?

– Bo ta mi się podoba! – zawołała z uporem. – Suknię weselną wybierałam prawie godzinę. A gdy tylko tę ujrzałam, już wiedziałam, że ją kupię. Nie tylko jej szykowny krój, ale i odważny, stylowy kolor!

– No dobrze już, dobrze – rzekła cicho Grace. – Rób sobie, jak tam uważasz, ale ja umywam od tego ręce. Jak dostaniesz zapalenia płuc czy innego świństwa, na mnie nie licz.

Rose nachmurzyła się. Czasem naprawdę nie rozumiała swojej mamy. Co tak naprawdę miała na myśli? Jej zachowanie bardzo ją denerwowało. No tak! Cała mama. Tu mówi o nieprzyzwoitości, wyzywającym stroju, a tu plecie Rose bajeczkę o zapaleniu płuc! Ciężko było dotrzeć do tego, o co chodziło Grace. Dlatego też Rose rzadko kiedy próbowała dociekać prawdy.

– Tak, rozumie się – wycedziła dziewczyna przez zęby.

I to był koniec całej rozmowy matki z córką.

 

Dwie godziny później Rose była już gotowa. Poprawiała właśnie szminkę na ustach, gdy usłyszała mrożący krew w żyłach głos ojca:

– Rose! Goście zaczynają się zjeżdżać! Schodź już! Wszyscy czekamy na ciebie!

Na policzki gwałtownie wystąpiły jej krwawe pąsy. Przełknęła głośno ślinę.

 

Następnego ranka zbudziła się z potwornym bólem głowy. Przez pierwszych kilka chwil nie bardzo wiedziała, gdzie jest. Pokój, w którym się znajdowała, wydawał się jej zupełnie obcy. Zdawałoby się, że nigdy wcześniej nie była w tym miejscu. Co to za dom? Czyje to jest łóżko? Gdzie się podziali mama, Elaine, Tony, Laurence? Czyżby wszyscy zniknęli?

Tysiące pytań bez odpowiedzi kłębiło się w obolałej głowie Rose. Położyła sobie rękę na czole i ciężko westchnęła. Jedno było pewne. Albo wczorajszego wieczoru uderzyła się bardzo mocno w głowę, albo też konkretnie sobie wypiła. Niewiele pamiętała. Nie była nawet pewna, czy wyszła za mąż. A co jeśli nie wyszła? Może ją porwali, nikt nie wie, co się z nią dzieje? Jeżeli jest tu zupełnie sama? Nie, nie... Musi myśleć racjonalnie, wykluczając wszystkie niedorzeczności z umysłu.

Nie wytrzymała. Co się u diabła dzieje! Gdzie ona jest?! Jeżeli zaraz ktoś tu się nie zjawi, zacznie krzyczeć. Będzie wrzeszczała tak głośno, aż się zleci pół wsi. Wolała, żeby myśleli, że ją mordują, niż czuć się taką zagubioną kobietką, jaką była w tej chwili. Opadła ciężko na poduszki, próbując przywołać wspomnienia wczorajszego dnia. Zamknęła oczy, zmarszczyła czoło. Tak, tak... Delikatne, blade obrazy pojawiły się jej przed oczami.

Ślub się odbył, wesele też. Pamiętała, jak razem z Laurence'em pobrali się w jej pięknym ogrodzie rodziny Barrow. Babcia Lorena stała z kamienną twarzą, młodzi się cieszyli, starsi płakali, a ona sama czuła w środku zamęt, ale na twarzy miała promienny i, co dziwniejsze, szczery uśmiech. Chyba jednak cieszyła się z tego małżeństwa, mimo że strasznie się przed nim wzbraniała. Widząc radość na twarzy zgromadzonych i Laurence'a, sama poczuła lekką nutkę szczęścia. Następne w kolejności były zaślubiny Elaine i jej niewiernego narzeczonego Anthony'ego DaSilvy. Ledwo co pamiętała to wydarzenie. Było jak za bardzo gęstą mgłą.

Potem, hm... Potem było wesele obydwu par. Tańce, śpiewy, skoczna muzyka. Tak. Teraz dopiero Rose przypomniała sobie. Wypiła wczorajszego wieczoru dużo więcej niż przystoi dobrze wychowanej damie. Niewątpliwie ponownie udało jej się wywołać skandal, gdy po piątym toaście zażyczyła sobie tańców, nie tylko z własnym mężem, ale też z Christianem Irvingiem! Podobało jej się to, prawie tak bardzo jak jemu. Tańczyli razem, uwalniając swój wdzięk i urok. Nie protestował też, gdy Rose mocniej przytuliła się do niego w takt romantycznych dźwięków muzyki. Wręcz przeciwnie. Był nią zachwycony. Zarówno rodzice, jak i wielu z gości przybierało zszokowane miny, ale Laurence'a nie zdawało się to denerwować. Nawet nie był o nią zazdrosny, dlatego jego żona mogła tańcować tego wieczoru do woli, z kim tylko chciała i jak chciała. Zawsze umiała ładnie się poruszać, a alkohol tylko poprawiał jej umiejętności taneczne. Na Anthony'ego prawie nie patrzyła, mimo że wczoraj ukradkiem przyglądał jej się, niezauważalnie przenosząc spojrzenia z Elaine na Rose. Starała się o nim zapomnieć i po prostu zignorować jego czar. Dzięki wódce prawie jej się to udało, ale, jak można się domyśleć, niezupełnie.

Dalej już niewiele pamiętała. Hm... A, tak. Kilka godzin później ona i Laurence wsiedli do powozu i pojechali do jakiejś posiadłości. "Zaraz, zaraz, jak to było?" Rose popukała się w czoło. No jasne! Znajdowała się w dworze Kamelia! Jej... ich nowym domu. Przyjechali tu zaraz po weselu, no i... Rose zarumieniła się leciutko. No, reszty nie trzeba się chyba domyślać. Wiadomo, noc poślubna i takie tam. Po prostu norma życiowa.

 

Nie miała ochoty leżeć dalej w łóżku i bezczynnie rozmyślać. Wstała, bezskutecznie próbując utrzymać równowagę, ale to było na nic. Runęła jak długa z powrotem na miękką pościel. Chyba jeszcze wciąż w jej ciele bezczelnie krążył alkohol, zakazując zbędnego ruchu. Rose zamyśliła się. Chyba wypiła zdecydowanie więcej niż pięć kolejek, bo inaczej nie powinna była wciąż być pijana. Nachmurzyła się. Wcale nie zamierzała robić sobie z tego powodu wyrzutów. Trudno, stało się. Lubiła sobie od czasu do czasu wypić, nawet pod oburzonym spojrzeniem matki i przy zmarszczonych brwiach ojca. No co? Przecież musiała jakoś świętować swoje zamążpójście, czyż nie? Wykrzywiła lekko wargi w małym grymasie. Ale denerwowało ją to, że jej obecny stan nie dało się już porównać do kaca czy zwykłego wstawienia się. Ona była po prostu zdrowo upita! Jak pospolita pijaczka! Ale po co tyle wypiła? Jasne, wesele, zabawa i reszta. Ale to nie jest jeszcze powód do takich akcji, jakich się dopuściła! No nic...

I co dalej? Dobrze, mniej więcej poukładała sobie wszystkie zdarzenia w jedną logiczną całość. Jeszcze jedno pytanie pozostawało bez odpowiedzi. Gdzie się podział jej mąż? Która to jest już godzina? "Znów nic nie wiem! Boże, już nigdy w życiu nie tknę alkoholu! O niczym nie mam pojęcia! Mogliby mnie w nocy wynieść i zakopać pod ziemią, a ja nawet nie wiedziałabym, co się dzieje! Koniec z tym!" Szybkim ruchem ponownie odrzuciła stos pościeli i wyskoczyła zła z łóżka. Złapała się jego poręczy, aby nie upaść. "Cholera jasna!" Kiedy wreszcie odzyska równowagę? Zarzuciła niedbale na siebie swój nowy, puchaty szlafrok w kolorze zimnej zieleni i włożyła ranne pantofelki.

Hm... Jest w ogóle w tym domu jakaś służąca czy ktoś taki? No bo chyba jej ojciec zatrudnił tu kogoś, prawda? A może przyśle jej Zarę albo Luizę? Przecież nie spodziewa się, że Rose sama będzie dbała o tyle metrów kwadratowych? Bystrym wzrokiem Rose ogarnęła całą sypialnię. Nie, zdecydowanie sama nie będzie tu robić porządków.

Lekkim krokiem podeszła do drzwi. Otworzyła je i uważnie wyjrzała na zewnątrz. Dziwne, żadnych hałasów, szmerów czy nawet rozmów. Wyszła na hol. Nie bardzo wiedziała, w którą stronę ma iść. Była tu co prawda dwa tygodnie temu z ojcem. Oprowadził ją i Laurence'a, ale i tak nic nie pamiętała z tamtej wycieczki.

"Co gdzie się znajduje?", zamyśliła się. "Kuchnia!" No właśnie. Pamiętała gdzie się znajduje kuchnia. Tam właśnie się uda! "Yyy... moment. Gdzie są schody?" Jak dostanie się na dół, jeżeli nie wie nawet, gdzie znajdują się schody? No bo bez wątpienia jest w tej chwili na piętrze, prawda?

Podeszła do najbliższego okna. Otworzyła je i wychyliła się. Tak, dokładnie tak, jak myślała. Jest na pierwszym piętrze, w jej nowym domu. Odetchnęła trochę świeżym powietrzem, po czym zamknęła okno. Przeszła jeszcze kilkanaście kroków, a potem skręciła w prawo. Jej oczy przepełniła nieopisana radość. "Są schody! Nareszcie!" Szybko schwyciła się bezpiecznej poręczy i wolno, małymi kroczkami zaczęła schodzić na parter.

Po drodze przyglądała się ścianom. Wisiało na nich pełno rozmaitych obrazów, między innymi martwa natura i stare portrety rodzinne. Rose przystanęła na chwilę na jednym schodku i z uwagą zerknęła na jeden z malunków. Przedstawiał bez wątpienia jej własny wizerunek. Wysoka, piękna pani o niebieskozielonych oczach, wydatnych czerwonych ustach i ciemnych włosach ciasno upiętych w kok. Ale owa dama miała przynajmniej ze dwadzieścia pięć lat! Zatem to nie mogła być Rose. Dziewczyna przysunęła się bliżej obrazu i spojrzała w jego prawy dolny róg. Podpis brzmiał: Eliza Barrow, 15 maja 1845.

Rose wytrzeszczyła oczy w niedowierzaniu. Prababcia Eliza Barrow! Słynna osoba w całej rodzinie Barrow, kobieta, która popełniła samobójstwo po zdradzie jej męża! Rose słyszała dużo opowieści o swojej prababci, skandalizujących opowieści. Wiedziała, że babcia była bardzo piękną kobietą, ale nigdy nie spodziewała się, że ona sama była do niej aż tak uderzająco podobna! Zerknęła jeszcze raz na datę. Dobry Boże, przecież ten obraz ma już sześćdziesiąt lat! I wciąż znakomicie się trzyma. Coś wspaniałego!

Dobrze, dobrze. Może kiedy indziej zajmie się podziwianiem sztuki. Teraz musi znaleźć kogoś w tym wielkim domu. Najlepiej by było, gdyby tą osobą okazał się Laurence Harlow. Odwróciła się od obrazu i szła dalej w dół, w dół...

Gdy weszła do znajomego pomieszczenia, jej wzrok padł od razu na zupełnie obcą osobę, która zmywała naczynia w jej nowej, pięknie urządzonej kuchni. Zmarszczyła brwi i spytała zdziwionym tonem.

– Kim pani jest? Co pani robi w moim domu?

Kobieta odwróciła głowę i zaskoczona spojrzała na Rose. Miała może ze trzydzieści lat. Była to drobnej postury kobieta o czarnych oczach i delikatnym profilu jasnej twarzy. Gdy zobaczyła złą minę Rose, na jej okrągłej buzi pojawiło się niemałe przerażenie.

– Ja, ja... – zaczęła się jąkać.

Rose podparła się pod boki.

– Tak?

Kobieta wyprostowała się i spojrzała jej w oczy.

– Ja, proszę pani, jestem nową pokojówką. Zostałam tu zatrudniona. Będę u państwa pracować – rzekła niepewnie.

Rose zdziwiła się. Wiedziała, że owej nocy była potwornie pijana, wiedziała, że do tej pory wewnątrz niej wciąż pulsował alkohol. No ale przecież nie była wstawiona do tego stopnia, aby nie pamiętać, że w Kamelii kogoś w ogóle zatrudniła. Takie rzeczy raczej się zapamiętuje. Przekrzywiła głowę. Trzeba będzie to wyjaśnić. Chciała tę sprzątaczkę zapytać, czy wie gdzie się podział Laurence, ale wiedziała, że to byłoby głupie pytanie. Poczułaby się z pewnością zażenowana, gdyby wiedziała, że żona nie ma zielonego pojęcia o miejscu przebywania jej własnego męża. Ta cała sytuacja całkowicie wymknęła jej się spod kontroli.

– Doprawdy? – spytała Rose. – A kto panią zatrudnił?

Kobieta wytrzeszczyła oczy.

– To pani nie wie?

Rose nachmurzyła się. "Co za tępe babsko!"

– Gdybym wiedziała, to nie pytałabym przecież, prawda?

Pokojówka spłonęła rumieńcem.

– Tak, oczywiście – wypaplała niemrawo. – Zostałam tu zatrudniona kilka dni temu przez starszego pana Barrowa.

– Hm... Williama Barrowa? – zapytała Rose.

– Tak. Pomagałam w sprzątaniu, zanim pani z mężem żeście się wprowadzili. Pan Barrow dobrze mi zapłacił, więc zostałam tu i obiecałam, że będę utrzymywać ten dom w jak najlepszym porządku.

Na twarzy Rose widać było wyraźną ulgę. Całe szczęście, że nie będzie zmuszona do roboty w tak dużej posiadłości. "Dobrze, że tata o wszystkim pomyślał! Ale – zastanowiła się w takim domu jedna sprzątaczka to stanowczo za mało". Będzie musiała jeszcze kogoś zatrudnić. Pieniędzy mają jak lodu, więc to nie stanowi chyba problemu.

– Sama chcesz zajmować się tym domem?

Pokojówka uśmiechnęła się.

– Ależ nie, proszę pani! Mam tutaj do pomocy Zarę!

Rose nadstawiła uszu.

– Zarę? – spytała. – Zarę Louis?

Kobieta kiwnęła głową.

– Tak, dokładnie. Słyszałam, że chętnie pracowała u państwa Barrow przez wiele lat, więc pan William Barrow kazał jej teraz tutaj przyjechać, aby mi pomagała prowadzić ten piękny dom, specjalnie dla pani – podkreśliła ostatnie słowa.

"Hm...", myślała Rose. "Podlizuje mi się jak każda z nowych służących. Pewnie liczy na solidny napiwek czy coś w tym stylu. Ale dopóki nie zobaczę zapału w jej pracy, nic nie dostanie. Nie ode mnie. Muszę powiedzieć o tym Laurence'owi. Ale gdzież on jest, u diabła?"

– Dobrze. – Rose machnęła obojętnie ręką. Postanowiła dyskretnie dowiedzieć się czegoś o miejscu, dokąd udał się jej mąż. – Czy pan Harlow już wyszedł do miasta? – spytała przebiegle. Palnęła to, co pierwsze przyszło jej do głowy. Przecież ta nierozgarnięta baba w końcu się wygada.

Brwi pokojówki lekko się uniosły.

– Ależ droga pani Harlow! – zawołała. – Przecież szanowny pani małżonek udał się godzinę temu do dworu państwa DaSilva! Nie wiedziała pani o tym? – spytała zuchwale.

Rose przeszyła ją płonącym wzrokiem, który mógłby roztopić lód na biegunie północnym. Kobieta wzdrygnęła się. Jak ona śmiała tak się odzywać do osoby pokroju Rose Barrow? Bez szacunku, w dodatku bardzo niedyskretnie. Ale na twarzy Rose po chwili zagościł chytry uśmieszek. "Aha! A więc tam go poniosło!" Ale po co on do nich pojechał? Dlaczego jej nie zabrał? Mógł ją chyba obudzić. No, bo przecież aż tak pijana to ona nie była, aby nie mieć siły na krótką przejażdżkę do "starych" przyjaciół, prawda?

– Hm... Do Orchidei? – zapytała.

– Aha – odparła kobieta. – Nie została pani poinformowana?

Rose miała ochotę jej przyłożyć za te wścibskie pytania, ale opanowała się.

– Ależ tak, wspominał mi o tym co nieco – rzekła zimno. – Ale na śmierć zapomniałam... Cóż, nieważne – powiedziała po chwili. – Jak pani na imię?

Pokojówka wyprostowała się z całą godnością.

– Nazywam się Kim River. – Po czym dygnęła lekko. – Do pani usług.

– Ja jestem pani Rose Harlow. Idę teraz do mojego pokoju ubrać się. Proszę, abyś za pół godziny przyniosła mi śniadanie.

Ruszyła do drzwi.

– Ale... – zaczęła Kim.

Odwróciła się.

– Tak? O co chodzi?

– Pan Harlow zostawił w salonie dla pani karteczkę. Leży na stole.

Rose za bardzo nie wiedziała, gdzie ten salon się znajduje. Nie może dać po sobie tego poznać, bo wyjdzie na idiotkę. Usiadła na krześle.

– Ach tak! – zawołała. – Czy wobec tego możesz mi ją przynieść? Słabo się czuję.

Kim kiwnęła głową.

– Oczywiście, już niosę. Nie powinna pani wstawać z łóżka. Blada pani jest. Proszę iść się położyć, a ja za chwilkę przyniosę śniadanie i gorącą herbatę.

 

Rose wstała od niechcenia i udała się z powrotem do swojej sypialni. Położyła się do łóżka. Nagle poczuła się bardzo słabo. Normalna reakcja organizmu po wódce. Miała tylko nadzieję, że ten lichy stan szybko jej minie, bo nie zamierzała tu spędzić całego dnia, leżąc bezczynnie.

Wylegując się w chłodnej pościeli, zastanawiała się, po jakiego grzyba Laurence pojechał do Orchidei. Co on mógł mieć ważnego do załatwienia? Na pewno miał jakiś interes do Tony'ego, bo raczej nie udał się tam w celach towarzyskich. Gdyby tak było, zabrałby ją przecież ze sobą. Wiedział, jak ona uwielbia chodzić w gości. Nie cierpiała siedzieć w domu i nudzić się bez sensu, gdy równie dobrze mogłaby spędzić ten czas na zabawach z przyjaciółmi. Zastanowiła się moment. No, ale z drugiej strony, to jakież może on mieć interesy do Tony'ego, gdy przecież poznali się dopiero dwa tygodnie temu?! W tak krótkim czasie, nie powinno się załatwiać wspólnie poważnych spraw. Ech...

Usiadła i podłożyła sobie poduszkę pod plecy. Zaplotła ręce na piersi i cierpliwie czekała, aż nowa pokojówka raczy jej dostarczyć ciepły posiłek i wiadomość od Laurence'a.

Dwie minuty później usłyszała kroki w holu. Do pokoju wkroczyła Kim, niosąc dużą srebrną tacę, na której leżały ciepłe i pachnące pieczywo, masło i dzbanuszek z kawą. Spod talerzyka z dżemem wystawała mała karteczka. Kobieta postawiła tacę na stoliczku koło łóżka, po czym zabrała się do zbierania porozrzucanych po całym pokoju ubrań Rose.

– Dziękuję – rzekła cicho. Pokojówka nic nie odpowiedziała, tylko dalej robiła swoje. Ta cała Kim wcale nie podobała się Rose. Od razu stwierdziła, że brak jej ogłady i uniżoności, którą okazywano w Arszeniku. Nalewając sobie kawę, spytała: – Gdzie jest Zara? Nie widziałam jej w domu.

Kim odwróciła się do niej.

– Zara jest na strychu. Robi tam porządek, gdyż wczoraj zabrakło jej na to czasu. Państwo za szybko się zjawili i musiałyśmy zająć się bagażami. Powinna niedługo zejść. Czy mam ją zawołać?

– Nie, nie – odparła Rose. – Tak tylko pytam.

Zastanowiła się. Co ona miała zrobić? Umysł rozjaśnił jej się nagle. A tak, przeczytać wiadomość od Laurence'a. Odstawiła filiżankę z gorącym napojem i sięgnęła po liścik.

 

Kochanie!

Pojechałem na kilka godzin do Anthony'ego i Elaine. Wrócę, nim się obejrzysz. Kocham Cię.

Oddany Ci mąż.

 

Rose szybkim ruchem zmięła kartkę i rzuciła jak najdalej od siebie. Ach, cóż za wyczerpująca treść! To się rozpisał jej kochany mąż! Wiedziała, gdzie jest, ale czytając tę wiadomość, liczyła na jakieś głębsze wyjaśnienie! Tymczasem jemu szkoda było ręki na rozpisywanie się. Co z niej za idiotka! Chyba nie liczyła, że jej mąż będzie się tłumaczył z każdego wyjścia, prawda? Co z tego, że ją zostawił i poszedł rzekomo w "interesach" do starych przyjaciół? Ona sobie posiedzi sama w tym wielkim, pustym domu i ponudzi się trochę. Może w końcu dobrze wytrzeźwieje.

Ale nic nie mogła na to poradzić, że pod wpływem alkoholu stawała się dużo bardziej nieprzyjemna i szczersza do bólu, niż potrafiła być zwykle. Toteż będąc porządnie wstawioną, czuła teraz potworną wściekłość, na Laurence'a, Kim, Zarę i innych. Żądała wyjaśnień, trochę więcej uwagi, jaka jest potrzebna głównie małym dzieciom i rzecz jasna, zrozumienia! A oni wszyscy gdzieś zniknęli, jak z bicza strzelił! I zostawili ją samą! Czuła się opuszczona, skrzywdzona, cholernie wściekła! W tym momencie miała wielką ochotę wziąć coś potwornie ciężkiego i z całej siły cisnąć tym w pierwszą osobę, jaka się jej nawinie pod rękę. Nawet w tą całą, zupełnie nieznaną jej Kim. Chociaż, jakby się nad tym dłużej zastanowić, to najchętniej właśnie w nią. Rose poczuła chęć, żeby poleciało coś wielkiego i roztrzaskało jej tę bladą, wystraszoną twarz!

Ale na razie postanowiła pozostać tylko przy słodkich marzeniach. Rose zacisnęła usta i podrapała się lekko po głowie. Hm... Chyba teraz należałoby się ubrać? Któraż to jest już godzina? Wzięła w dłoń mały zegarek na pozłacanym łańcuszku.

– O matko! – aż ze zdziwienia wytrzeszczyła oczy. – To już jedenasta! – Tu zwróciła się do Kim: – Dlaczego nikt mnie nie obudził wcześniej? – zawołała z wyrzutem.

Pokojówka na chwilę przerwała rozpakowywanie walizek Rose i popatrzyła na nią (po raz kolejny z wielkim zdziwieniem) ciemnymi oczyma.

– Gdy szanowny pani mąż wychodził z domu, zabronił komukolwiek panią budzić. Dodał też, że jest pani bardzo zmęczona i osłabiona i kazał mi dopilnować, żeby pani w ogóle nie wstawała dziś z łóżka. Czy dobrze się pani czuje?

Rose zacisnęła pięści. Czy ona się nie przesłyszała? Laurence śmiał powiedzieć o niej, że co? Że jest "zmęczona"? "Osłabiona"? I jeszcze do tego to "bardzo"!? No świetnie. W dodatku to małe czarne czupiradło ma ją pilnować jak małe dziecko i zająć się nią jak jakaś pielęgniarka w domu dla upośledzonych! Wolałaby już nawet, żeby jej mąż powiedział prawdę tej pokojówce. Prosto z mostu, na przykład: "Pani Harlow jest strasznie pijana. Niech dużo odpoczywa" albo "Proszę, abyś zajęła się swoimi obowiązkami, a pani Rose sama zajmie się sobą, gdy wytrzeźwieje po wczorajszej zabawie", czy coś takiego. Wtedy Kim z pewnością by się oburzyła i nie użalałaby się nad nią jak nad więźniem czekającym na wyrok.

A tak, to niech to wszystko szlag trafi!

– Tak, świetnie – wymamrotała Rose. – Proszę, żebyś teraz sobie poszła, bo muszę się ubrać.

– No, ale szanowny pan...

– Oj, dajże spokój! – przerwała jej ze złością. – Pan Harlow jest trochę przewrażliwiony. Wie doskonale, że bezczynne leżenie w łóżku mi nie służy. Nawet gdy jestem faktycznie chora. Idź już!

Kim posłusznie wyszła z sypialni, a Rose pospiesznie wstała i podeszła do garderoby. Uśmiechnęła się. Hm... Garderoba. W tej chwili nie kojarzyła się jej już tylko z ubraniami, ale też z drobnym incydentem, który wydarzył się poprzedniego ranka. Z Tonym. Ekscytująca zabawa w chowanego, gdy w każdej chwili ktoś mógł nakryć ich niedyskretny pocałunek. Cudowne wspomnienie. Ale... Ale potem przypomniała sobie, jak obecnie stoją sprawy i cały czar prysł jak bańka mydlana. Potrząsnęła głową. Nie, nie czas teraz na przeszłe marzenia. Nigdy nie była sentymentalna. Mając tę cechę, ludzie mają w życiu bardzo ciężko. I ona o tym doskonale wiedziała. Weźmy na przykład babcię Lorenę. Rose nie znała w swoim krótkim życiu bardziej sentymentalnej osoby niż starsza pani Barrow. To już będzie z pięć lat, jak stary pan Barrow umarł na zawał, a ona wciąż płacze po nocach, a dniami wspomina spędzone z nim cudowne chwile. Chwile, zwykła przypominać jej Rose, które nigdy nie wrócą. Więc po co rozpaczasz?

Niekiedy myślała: "Gdybym to ja miała wspominać wszystkich zmarłych mi bliskich, to możliwe, że zapłakałabym się na śmierć! Lepiej jest po prostu nie pamiętać, zapomnieć, wymazać z pamięci. To dużo korzystniejsze rozwiązanie". Tak samo jak skradzione chwile z Tonym. Są bliskie jej sercu, ale w tej chwili, naprawdę dużo lepiej będzie, jeżeli wyrzuci je z serca, wymaże gumką jak błąd ortograficzny w zeszycie. Jeżeli tego nie zrobi, będzie cierpieć. Nie, nie chciała cierpieć. To było nie do zniesienia! "Jesteś mężatką do cholery!", powtarzała sobie cicho raz po raz. "No, ale Tony..." Potrząsnęła głową. "Zapomnij o nim", myślała. Tak, to magiczne słowo wypełniło cały jej umysł, ją całą. ZAPOMNIEĆ, to tak jakby nigdy nie istnieć. A jeżeli coś nigdy nie istniało, to nie można tego pamiętać, czyż nie?

Popatrzyła smętnym wzrokiem na dużą przestrzeń garderoby.

"Hm..., zastanawiała się. "W co by się tu ubrać?" Już zapomniała to, co miała zapomnieć, więc czas iść dalej. Hm... Ten dzień rozpoczynał jej nowe życie. Taak... Zatem powinna założyć coś nowego, świeżego, czego nigdy wcześniej nie miała na sobie. Ale co?

– A co mi tam, raz się żyje – rzekła do siebie, ściągając stos sukien, nie patrząc na to, czy były one na wieszaku czy na półce, po czym ogromną górę materiału rzuciła na miękki dywan rozłożony na podłodze.

"No, od razu lepiej", pomyślała, przekopując się przez kolorowy tunel koronek i falban. Chwytała każdy strój w ręce i dokładnie oglądała ze wszystkich stron.

Zastanawiała się nad nową ciemnoniebieską suknią, którą kupiła dwa dni temu, gdy była z ojcem w mieście po "drobne" zakupy. Wliczając w to jeszcze kilka innych kosztownych strojów i drobiazgów, jakimi były błyszcząca biżuteria i rozmaite fasony barwnych kapeluszy, przystrojonych masą kolorowych wstążek i drobnych kwiatków. Nie było żadnej wątpliwości, że Rose kochała zakupy! Każda nowa rzecz, taka świeża, cudna i pachnąca tą nowością, cieszyła ją tak niesamowicie, jak gdyby wciąż była kilkuletnią dziewczynką.

Cóż... Łatwo było skołować tatę, aby pozwolił jej na to nieprzyzwoite szastanie pieniędzmi. Wystarczyło podać jeden skromny argument, taki jak: "Tatusiu, wychodzę za mąż i potrzebuję nowych ubrań! Jak ja będę wyglądać w tych starych łachach?". Do tego jeszcze odpowiednio błagalna mina i już miała to, czego chciała. Uważała się za wyjątkową szczęściarę, bo pan Barrow faktycznie rozpieszczał ją i pozwalał jej od najmłodszych lat niemalże na wszystko. Pod warunkiem oczywiście, że nie zrobiłaby nic, co przyniosłoby wstyd rodzinie. Tak więc życie z ojcem od początku przypominało baśniową idyllę. Dopóki, niestety, nie zdecydowała się na małżeństwo, bo na gwałt chciała uciec przed szkołą. No ale co z tego? Jeżeli jej nie wyjdzie z Laurence'em, będzie to wina niczyja inna, tylko ojca, bo to on ją doprowadził do tego nieodwracalnego kroku i w krótkim czasie uczynił z niej młodą mężatkę.

Bo szkoła... "Szkoła, szkoła...", huczało jej w głowie. Szkoła wcale nie jest najważniejsza, wbrew temu, co się komu wydaje. Gdyby priorytetem była faktycznie szkoła, świat skończyłby się bardzo szybko. Przynajmniej świat Rose. Nauka oznaczała dla niej więzienie, brak rozrywek i wolności! To kilkuletnie życie w zamknięciu bez dostępu do prawdziwego, cudownego świata. Bez smaku życia! Po prostu śmierć radości i źródła szczęścia! Oczywiście nie miała nic przeciwko lekcjom gry na pianinie czy zajęciom tanecznym. Rozwijanie kultury bardzo odpowiadało Rose. Bo kochała czytać, grać i ubóstwiała tańce towarzyskie. Uwolnić swoje ciało i dać się porwać magii tańca! Tak... To był kawałek jej życia, jej świata. Tym mogła wyrazić siebie. I książki. Uwielbiała książki, bardziej nawet niż lekcje muzyki. Wystarczyło usiąść na kanapie, zanurzyć się w świat romansów i nie myśleć o wszystkich kłopotach, jakie na niej ciążyły. To naprawdę lubiła robić. Czego oczywiście nie można by powiedzieć o nauce języka francuskiego czy rosyjskiego. Jakże ona tego nienawidziła! Wiedziała, że nie ma talentu do języków! Od pierwszej lekcji z tą żylastą panną Parson uświadomiła sobie, że to będzie zawsze jej pięta achillesowa. Ona będzie Achillesem, a ta wiedźma bez wątpienia Parysem! Zawsze umiała trafić w jej piętę! Rose zmarszczyła brwi. Hm... Po co o tym rozmyślać, skoro już się uwolniłam od niej i od tej głupiej szkoły? Czy nie lepiej zająć się teraz sukienką, skoro tak postanowiłam najpierw?

Kiwnęła głową. Tak, zdecydowanie to będzie lepsze zajęcie.

Podeszła do wielkiego lustra, oprawionego w złotą ramę i przyłożyła materiał do ciała. Obejrzała się ze wszystkich stron. Zmarszczyła brwi. Po co w ogóle kupiła tę sukienkę? Z przykrością musiała stwierdzić, że nie było jej dobrze w niebieskim. W coś takiego można ubierać blondynki jak Elaine czy ta kwoka Alice March. Nawet piękna ciemnoniebieska barwa nie pasowała do niej. Brunetki nie powinny zakładać żadnych odcieni niebieskiego ani żółtego. Z jej niebanalną południową urodą strzałem w dziesiątkę z pewnością byłaby suknia czerwona lub wrzosowa. Gdy była na zakupach z ojcem, na wystawie pokazana była prześliczna karminowa suknia. W dodatku została wyjątkowo głęboko wycięta, więc na Rose wyglądałaby z pewnością bardzo efektywnie. A tak?

Odeszła od lustra i ruszyła w stronę stosu sukien. Musi znaleźć jakąś czerwoną sukienkę. Musi! Nie czuła się dobrze, a ciepłe kolory zdecydowanie zawsze pomagały jej się ożywić. Rzuciła się w materiały.

– Zielona, niebieska, brązowa... – mówiła z niesmakiem, odrzucając kolejne stroje. No dobrze, a gdzie czerwona? Czy jest tu w ogóle jakakolwiek czerwona suknia? Przecież w Arszeniku miała ich tyle! Co się z nimi stało? Przecież to niemożliwe, żeby ktoś ośmielił się zapomnieć zapakować jej najlepsze stroje, i to teraz, gdy właśnie się wyprowadziła i bardzo potrzebuje ulubionych rzeczy. Niech no tylko Zara raczy zejść na dół, a już ona jej wygarnie! Po długim przekopywaniu się natknęła się w końcu na upragniony kolor. Szybkim ruchem odrzuciła kupę jedwabiu i wyciągnęła spod spodu koralową suknię. Obracając materiał w palcach, uważnie się jej przyglądała. Nie bardzo pamiętała, skąd się ta stara kiecka tutaj wzięła. Nie nosiła jej chyba ze dwa lata, tak że zupełnie o niej zapomniała. Rose uśmiechnęła się, po czym przytuliła policzek do ciepłego jedwabiu. – Moja kochana sukieneczka – szeptała. – Przeleżała tyle czasu na dnie szafy, aby mnie teraz wyratować z ubraniowej opresji.

Niewiele myśląc, zrzuciła z siebie atłasową koszulę nocną i zabrała się do ubierania. Po chwili zaczęła się szarpać z ciężkim materiałem. Kurczę, zupełnie zapomniała o tych dziesiątkach guzików! Sama sobie za nic nie poradzi. Musi zawołać Kim albo Zarę. Zmarszczyła nos jak królik. Hm... Zdecydowanie pośle po Zarę. Ta cała nowa Kim ani trochę nie przypadła jej do gustu. I jeszcze w dodatku ta jej fałszywa troska i głupie uśmiechy. Znała ją niecałe pół godziny, a ta już działa jej na nerwy.

– Zaro! – krzyknęła wściekle Rose, siłując się bezskutecznie ze zwojami sukni. – Chodź tutaj natychmiast! Potrzebuję twojej pomocy. – Czyjeś kroki natychmiast dało się słyszeć na kamiennych schodach. Do pokoju wbiegła Kim, z trudem łapiąc oddech. Rose wydęła usta. – Wołałam Zarę! Nie słyszałaś? – zapytała niemiło.

Kim przechyliła głowę na lewe ramię.

– Wszystko w porządku, proszę pani? Wołała pani pomocy, więc myślałam, że to coś poważnego.

– A nie widać?

– Oczywiście, ale...

– Nic nie mów, tylko idź po Zarę. Musi mi pomóc z tą sukienką, bo zaraz dostanę szału, jeżeli za minutę ona się tu nie zjawi!

Niezniechęcona tonem przełożonej, Kim podeszła do Rose.

– Mówiłam pani, że Zara sprząta na strychu. Niedługo skończy. A czy do tego czasu nie mogłabym ja jakoś pomóc?

Rose spojrzała na nią lekceważącym wzrokiem.

– Umiesz sobie radzić z tak malutkimi guzikami?

Kim roześmiała się serdecznie.

– Ależ oczywiście! Co to za problem zapiąć kilka guziczków? Czy do tego zadania potrzebuje pani koniecznie obecności Zary?

– Nie, ale to Zara zawsze zajmowała się mną i spełniała wszystkie moje zachcianki. Przynajmniej tak było, odkąd tylko pamiętam. To było jej zadanie, zadbać o mój wygląd, ubiór i moje zajęcia przypadające mi na dany dzień.

– No dobrze, ale Zara w tej chwili naprawdę nie może przyjść, więc jeśli nie ma pani nic przeciwko, to ja się dzisiaj zajmę ubieraniem pani.

Rose kiwnęła głową.

Kim podeszła do czerwonej z wysiłku Rose i zabrała się za zapinanie kilkudziesięciu purpurowych guzików.

– Podoba się pani tutaj? – spytała po chwili Kim, nie odrywając się od pracy.

– Słucham? – Rose w tej chwili myślała o czymś zupełnie innym.

– Dom, podoba się pani?

– Tak, tak, bardzo – odparła niepewnie Rose i zarumieniła się lekko. Nie znała dokładnie jeszcze wszystkich miejsc w tym pięknym domu. Wstyd jej było, że nie ma zielonego pojęcia, co, gdzie i jak jest tutaj. Ale tak na pierwszy rzut oka trzeba było przyznać, że wszyscy nieźle się spisali, bo wystrojony dom przypominał niemalże pałac. Wszystko było śliczne, nowe i pachniało świeżością. A ona, zawsze przyzwyczajona do luksusu, czuła się cudownie wśród pięknych rzeczy. Jak księżna. Ba! Jak królowa!

– Zadbaliśmy o niego najlepiej, jak tylko się dało. Starszy pan Barrow wydał rozkaz wysprzątania całego dworu specjalnie dla pani i pana Harlow. Dodał też, hm... zaraz... – pokojówka zamyśliła się, szukając odpowiednich słów – że dom ma wyglądać jak z bajki, czy coś takiego. Nie pamiętam dokładnie.

– Jestem naprawdę pod wrażeniem. Wszystko jest tutaj tak, jak powinno być – rzekła Rose.

Faktycznie to miejsce przypominało jej dwór jak z bajki, może nawet trochę podobny był do domu z Romansów Margaret. Tamten świat przedstawiony na żółtych kartkach papieru dokładnie odpowiadał młodzieńczym marzeniom Rose. Wszystko było piękne, idealne. Wspaniali ludzie kształtujący swoje idee, bez problemów, bez trosk, po prostu prawdziwa bajka. Dlatego gdy teraz i jej życie ponownie przeobrażało się w słodką idyllę, jaka otaczała ją przed laty, czuła się w pełni szczęśliwa.

– Jest pani bardzo podobna do swojej babki – wypaliła bez związku Kim, przerywając na chwilę i patrząc wzrokiem przeszywającym na wylot w bladą twarz Rose.

Dziewczyna zadrżała.

– Coś powiedziała?

– Obraz na ścianie w holu – kobieta spuściła wzrok. – Gdy zamiatałam schody, dostrzegłam portret pani babci. Najpierw myślałam, że to pani, ale potem przeczytałam napis i...

– Zamilcz, proszę! – zawołała Rose.

Nie miała pojęcia, dlaczego tak zareagowała. No i co z tego, że była niemalże takiej samej urody co babcia Eliza? Wiedziała, że to prawda. Przecież nieraz słyszała, jak ludzie i znajomi porównują jej wygląd z aparycją starej pani Barrow. Nie dziwiłoby jej to wcale, gdyby nie to, że zawsze ktoś potem szeptał na jej temat coś do rodziców, tak że ona sama nie mogła nic usłyszeć. Zdawała sobie jednak sprawę, że nie były to raczej komplementy, bo po każdej takiej dyskretnej uwadze jej matka wyglądała, jakby ktoś celowo nastąpił na jej grób. Nigdy jej jednak nikt nie powiedział, o co im chodziło.

– Pani Harlow – zaczęła cicho Kim. – Czy powiedziałam coś nie tak? Jeżeli wymsknęło mi się coś, co panią zdenerwowało, to naprawdę szczerze przepraszam.

Rose wróciła myślami z powrotem do sypialni.

– Nic się nie stało – rzekła z lekką irytacją. – Po prostu nie zwróciłam uwagi na żaden portret, więc twoje zdanie lekko mnie zdziwiło.

Pokojówka uśmiechnęła się.

– Och, to dobrze, że się pani nie gniewa. – I dodała: – Ależ tak, przypomina pani Elizę Barrow! Powiem nawet, że jesteście jak dwa ziarnka ryżu. Te same oczy, usta, cera. Skóra ściągnięta prosto z babci. A powiem pani jeszcze, co kiedyś słyszałam. Mianowicie, podobno często ludzi pochodzących z tej samej rodziny, gdy są do siebie podobni z wyglądu, cechuje ten sam charakter i podobny życiorys. Przeżywają podobne przygody i rozterki. Początkowo w to nie wierzyłam, ale potem przypatrzyłam się mojej nieżyjącej już siostrze i ciotce. Były niemalże identyczne. I wie pani, co się stało? Zginęły dokładnie w taki sam sposób! Obydwie skręciły sobie kark, spadając ze schodów. Tyle że ciotka zmarła w 1870 roku, a moja starsza siostra dopiero dwa lata temu. I wszystko przez to, że akurat obie trafiły na krzywy stopień. I to ten sam! Wszystkie te sytuacje były do siebie takie podobne, że ja sama przez chwilę byłam przekonana, że to jakieś rodzinne fatum. Przecież każda rodzina ma jakieś swoje przekleństwo. Tyle że jedna to odkrywa wcześniej, druga później. To jak taki zły duch, który czai się w środku szczęśliwego grona rodzinnego. Ja jednak patrząc na pani babkę, myślę, że jej życie by...

Rose zbladła na to przemówienie, godne rodu wariatów. "Boże, co ta idiotka wygaduje!" Czyżby sugerowała, że życie Rose, będzie takie jak tragicznej postaci, jaką była niewątpliwie Eliza Barrow? Że co, otruje się? Da wygrać śmierci i powie, że po prostu się poddaje, bo życie jest nie w porządku? Przecież to chore! Nie ma czegoś takiego jak klątwy czy śmiertelne przeznaczenie. Nie dla Rose. Ona nigdy nie wierzyła w jakieś głupie zabobony. I to wcale nie dlatego, że to nie było po chrześcijańsku, czy coś. Po prostu to wydawało jej się na poziomie obłąkanych czubków. To tak jak dawać wiarę egzorcyzmom czy sektom.

– Co ty za idiotyzmy mi tu wymyślasz? – warknęła ostro. – Przecież to jakaś totalna bzdura! Nie ma na świecie klątw i tych innych bzdur! Tak samo jak nie istnieją dwie takie same osoby, które by przeżywały dokładnie to samo! To niedorzeczne! Przestań gadać głupoty, bo ja, jako racjonalna osoba, nie mam najmniejszej ochoty ich wysłuchiwać.

– To nie są żadne bzdury, proszę pani – rzekła śmiało Kim. – To wszystko jest szczerą prawdą. Wiem, bo mama mi opowiadała.

– O matko, już dajmy temu spokój! – wycedziła przez zęby Rose. – Być może takie przypadki są częste w twojej rodzinie, ale nie u mnie! Moi krewni są całkowicie normalni i tak samo jak ja nie wierzą w brednie.

Nie było to tak do końca prawdą, ale Rose nie miała zamiaru się przyznawać, że zarówno Grace, jak i babcia Lorena są "zafascynowane" takimi tematami, jak fatum. Grace nawet w nie często wierzyła i z zaciekawieniem słuchała różnych historyjek od swoich nie mniej mądrych przyjaciółeczek. Doprowadzało to Rose do szału. "Boże, jak można mieć stadium myślenia na tak niskim poziomie, żeby dawać wiarę takim bzdetom?" Od razu nią szarpało, jak ktoś napomknął ten temat. Ale zawsze jakoś udawało jej się wyciszyć i powiedzieć sobie w duchu: "Jestem normalną osobą, nie wierzę w zjawiska paranormalne ani w przeznaczenie. Sama decyduję o swoim losie. Nikt ani nic innego".

Jedyna rzecz, która podobała się Rose w związku z "siłami wyższymi", to było straszenie zimowymi nocami Elaine, która panicznie bała się duchów. Dawało to Rose niesamowitą przyjemność znęcania się nad jej biednym umysłem. Lubiła wymyślać straszne opowieści. Przeczytała w swoim życiu sporo książek o tej tematyce, nocne opowiastki przychodziły jej więc z łatwością. Elaine potem nieraz nie dawała Rose spać w nocy w obawie, że jakiś upiór dopadnie ją we śnie i zamorduje. Gdy mówiła o tym swojej kochanej przyjaciółce, ta tylko wybuchała śmiechem, po czym kręciła głową w niedowierzaniu. Jak taka inteligentna osóbka jak Elaine może się bać czegoś, czego nie ma? To dobre do straszenia dzieciaków z podwórka. "Hm...", myślała często. "Najwidoczniej Elaine ma wciąż umysł małego dziecka, bojaźliwego dziecka w dodatku". Nie było to przyjemne odkrycie.

– Och – machnęła ręką Kim. – Jak pani uważa, ale ja jestem przekonana, że jest w tym nutka prawdy. No bo przecież...

– Dość! – Rose miała tego naprawdę powyżej uszu.

Kim posłusznie zamilkła i dalej zajęła się poprawianiem fałd w różnych miejscach sukni.

– Kiedy Zara skończy to uporządkowywanie strychu? – spytała po chwili Rose.

– Hm, nie wiem dokładnie. Może za kilka minut, może za godzinę – odparła. – Nie ma pani pojęcia, jak tam dużo jest do zrobienia, a Zara przecież jest sama. To niestety wymaga czasu.

– To dlaczego jej nie pomagałaś, zanim ja wstałam?

– A bo ja, proszę pani, miałam inne zadanie. Musiałam przygotować stół do kolacji, posprzątać salon i zrobić pani śniadanie.

– Do kolacji?!

Kim kiwnęła głową.

– Tak. Pan Harlow wróci dopiero w porze kolacyjnej, tak kazał przekazać – rzekła Kim, po czym zeszła na dół do kuchni.

Rose zaniemówiła. Przecież to dopiero za ładnych kilka godzin. To co ona ma tu sama robić? W tej wielkiej hacjendzie, SAMA? Potem przypomniała sobie słowa listu. Pojechałem na kilka godzin... Wrócę, nim się obejrzysz".

Aha, jasne! Nim się obejrzę! Wiedziała, wszyscy mężczyźni to podli kłamcy! Zaczynając od pana Barrowa, a na Laurensie kończąc! Co za świat!

REDAKCJA: Novae Res

KOREKTA: Aleksandra Tykarska

OKŁADKA: Wiola Pierzgalska

FOTOGRAFIA autorki: Paulina Sadowska

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

? Karolina Sowińska i Novae Res s.c. 2015

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-7942-473-3

 

NOVAE RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: [email protected], http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

 

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.