Wprowadzenie
Swoje dwudzieste czwarte urodziny spędziłam w pustym biurze, wpatrując
się w faks.
Biuro to, o ile kogoś z czytających to interesuje, było dużym,
prostokątnym pomieszczeniem typu open space, utrzymanym w szarości i bieli z akcentami czerwieni. Nowicjusze tacy jak ja dzielili maleńkie
boksy w lewym dolnym rogu. Pośrodku, z dala od zgiełku i krzątaniny,
znajdowały się większe boksy, zajmowane przez naszych przełożonych. Faks
szczycił się posiadaniem własnego przeszklonego boksu w prawym górnym
rogu pomieszczenia. Była połowa lat 90. XX wieku, a gospodarka Indii
właśnie otworzyła się na świat. W tamtych czasach faks był sercem każdej
organizacji: z rytmiczną regularnością pompował do naszej agencji
reklamowej informacje od klientów i wysyłał je dalej.
Tamtego popołudnia dział księgowości odbył rutynową telekonferencję z klientem. Jako najmłodsza stażem członkini zespołu odpowiadałam za
sporządzenie podsumowania spotkania - protokołu - i za przesłanie go
faksem do klienta, który miał, również faksem, potwierdzić otrzymanie
dokumentu. Zarówno agencja, jak i klient kierowali się zasadą "chroń
swój tyłek", zgodnie z którą wszystko musiało być udokumentowane na
piśmie. Bezzwłocznie ogarnęłam znane sobie dobrze zadanie - spisać
protokół, pokazać szefowej, wysłać faksem, gotowe! Spieszyłam się
przecież na swoje przyjęcie urodzinowe, do rodziny i znajomych.
Niecierpliwie spoglądałam na zegar, czekając, aż wybije godzina
siedemnasta, żeby natychmiast wybiec z biura i uniknąć długotrwałego
sterczenia w typowym mumbajskim korku. Podniosłam torebkę i już miałam
wyjść, gdy nad ścianką mojego boksu zamajaczył kanciasty, wysoki cień
szefowej, która lubiła zaglądać do naszych klitek od góry. Wychodziła
właśnie z biura i podeszła tylko, by zapytać (zdawkowo), czy otrzymałam
od klienta faks z potwierdzeniem odbioru protokołu. Odpowiedziałam, że
nie. Skierowała się w stronę windy, ale po chwili stanęła i odwróciła
się. Uśmiechnęłam się uprzejmie, spodziewając się, że powie "miłego
wieczoru" lub "wspaniałej imprezy". Zamiast tego jednak usłyszałam: "Nie
wychodź, dopóki nie przyjdzie faks z potwierdzeniem, że klient otrzymał
protokół".
Zamarłam. Nie potrafiłam wykrztusić sensownej odpowiedzi.
Wieczór mijał, a ja czekałam na faks. Stanęłam przed przeszklonym
pomieszczeniem, w którym znajdowała się maszyna, i wpatrywałam się w nią, czekając, aż zacznie wreszcie wypluwać zwoje papieru. Od czasu do
czasu wchodziłam do środka, by sprawdzić, czy przypadkiem nie
przegapiłam nadejścia faksu. Około dziewiętnastej biuro zaczęło
pustoszeć. Przyznaję: przez moją głowę przemknęła myśl, że mogłabym po
prostu iść do domu, ale bałam się konsekwencji. Czy szefowa się o tym
dowie? Czy mnie wyrzuci? Co powiedzą rodzina i znajomi, jeśli stracę tę
moją pierwszą prawdziwą pracę?
Tego wieczoru dzwoniłam do domu kilka razy. Rodzice czy też jedna z sióstr, w zależności od tego, kto akurat odebrał, informowali mnie,
którzy goście już się zjawili, a z upływem czasu - który z nich zjadł
kolację, pożegnał się i wyszedł; wszyscy życzyli mi wszystkiego
najlepszego i przepraszali, że muszą już wracać (był wtorek).
Faks przyszedł około dwudziestej pierwszej trzydzieści. Wyjęłam go z maszyny, położyłam na biurku szefowej i poszłam do domu.
Tak wyglądały moje dwudzieste czwarte urodziny. Zamiast imprezy dwa
słowa na kartce: "Otrzymaliśmy, dziękujemy".
Dziś, gdy to wspominam, nie czuję już dawnego rozczarowania, tamten
dzień jednak otworzył mi oczy na (niekiedy) trudną rzeczywistość kariery
zawodowej, a zwłaszcza na (często bezsensowne) osobiste wyrzeczenia, do
których zmusza nas życie, jeśli chcemy przeskoczyć ze wspólnego boksu
biurowego do własnego gabinetu. Zdarzenie to obudziło we mnie także
ciekawość i głęboką potrzebę zrozumienia złożoności myśli, uczuć i działań ludzkich.
Zapewne nie będzie zaskoczeniem informacja, że z tamtej firmy przeszłam
do innej, a potem do jeszcze innej, aż wreszcie zdecydowałam się zrobić
doktorat na Uniwesytecie Południowej Kalifornii. W świecie akademickim
poczułam się jak ryba w wodzie, dziś zaś cieszę się wszystkimi
przyjemnościami życia intelektualnego, które jest udziałem wykładowców
University of Houston. Kocham tę pracę i jestem przekonana, że znalazłam
swoje powołanie!
Moje życie kręci się dziś wokół wiedzy: tworzę ją poprzez własne
badania, dzielę się nią z innymi, wygłaszając wykłady i pisząc teksty, a także zdobywam ją dzięki lekturze i analizie doświadczeń innych ludzi.
Od wielu lat zajmuję się badaniem zjawisk sprawczości i niezależności w działaniu; znajdują się one w obszarze moich zainteresowań od tamtego
pamiętnego dnia, gdy - powiedzmy to sobie szczerze - nie zachowałam
czujności i pozwoliłam, by moje prawo do samostanowienia złamał ktoś,
kto zmusił mnie do zrezygnowania z własnego przyjęcia urodzinowego, by
dopilnować błahostki z gatunku, który w dalszej części tej książki
określam zbiorczo mianem dyrdymałów.
Jeszcze dziś, gdy wspominam tamten dzień, mam dreszcze. Wówczas
przyrzekłam sobie, że już nigdy nie pozwolę, by coś podobnego mnie
spotkało - a także by spotkało kogokolwiek innego, o ile będę w stanie
temu zapobiec.
Minęło już ponad 10 lat od chwili, gdy wraz z moim ówczesnym
doktorantem, a obecnie długoletnim współpracownikiem naukowym Henrikiem
Hagtvedtem ukuliśmy termin "autonomiczna odmowa". Używaliśmy tego
pojęcia w artykułach naukowych w odniesieniu do supermocy mówienia "nie"
w sposób przekonujący, tak by zniechęcić rozmówcę do wywierania nacisku.
Autonomiczna odmowa jest sposobem ekspresji własnego ja,
odzwierciedleniem indywidualnej tożsamości każdego z nas. Niniejsza
książka pozwoli ci prawdziwie zrozumieć, na czym polega autonomiczna
odmowa, odpowiedzieć sobie na pytanie, co decyduje o jej skuteczności, a także opanować trzy kompetencje, dzięki którym twoja odmowa nie będzie
podlegała dyskusji. Na razie ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że
autonomiczna odmowa pozwala nam pokonać podstawową barierę, która
utrudnia nam mówienie "nie" - z trzech powodów:
Jest odbiciem twojej tożsamości i wyraża twoje wartości, priorytety i preferencje (twoje "nie" dotyczy powodów związanych z tobą, a nie z osobą, która zwróciła się do ciebie z prośbą).
Daje wyraz przekonaniom i determinacji (jest wyrazem autonomii i pewności siebie).
Jest definitywna i nie zachęca rozmówcy do dalszych nalegań (a więc
nie zagraża twojej relacji z tą osobą ani twojej reputacji).
Po publikacji tych artykułów badawczych dzieliłam się swoimi wnioskami i przemyśleniami na temat autonomicznej odmowy za pośrednictwem platformy
Professor + Educator, różnych mediów, podczas warsztatów szkoleniowych i konferencji. Ku mojemu zaskoczeniu uczestnicy wykładów i zajęć zaczęli
prosić o więcej informacji. Niestety nie miałam nic wartościowego do
zaoferowania osobom potrzebującym dodatkowych danych. Mogłam im dać
wyłącznie swoje artykuły (których treść już przecież im przekazałam) lub
kopie swoich prezentacji w PowerPoincie (żałosne!). Chciałam tymczasem
za wszelką cenę wnieść coś nowego do świata ludzi i idei. Jako zagorzała
czytelniczka zdecydowałam, że muszę podzielić się swoją wiedzą na temat
koncepcji autonomicznej odmowy, tak jak swoją pasją, nadając jej formę
książki. Tej, którą trzymasz teraz w dłoni.
Wśród licznych porad ludzi sukcesu przewija się jedna: nie angażujmy się
w działania, które wydają się nam nieistotne. Steve Jobs był zdania, że
"koncentracja wymaga umiejętności mówienia "nie"", Oprah Winfrey
powiedziała kiedyś: ""Nie" to pełne zdanie"; były premier Wielkiej
Brytanii Tony Blair wyraził opinię: "Sztuka przywództwa polega na
umiejętności odmowy", a Warren Buffett, dyrektor generalny holdingu
Berkshire Hathaway, mówił: "Musimy opanować sztukę wyrażania zgody po
namyśle i szybkiego odmawiania". Autorzy licznych bestsellerów, w tym
Marshall Goldsmith (który zalecał sporządzenie listy spraw do
wyrzucenia), Greg McKeown ("zajmuj się wyłącznie tym, co ma znaczenie"),
Ryan Holiday ("bądź bezlitosny dla błahostek"), Matt Haig ("nie bierz na
siebie zadań, z którymi jest ci nie po drodze") i Seth Godin ("jeśli
mówisz "tak" wyłącznie po to, by uniknąć dyskomfortu wywołanego przez
odmowę, niczego nie osiągniesz") podkreślają, jak ważna jest
umiejętność mówienia nie.
Zarazem jednak, choć wszyscy akcentują, jak istotna jest umiejętność
odmawiania, brakuje usystematyzowanych, wypróbowanych metod wyrażania
odmowy w taki sposób, by nie odbiło się to na naszych relacjach,
reputacji, a zarazem zniechęciło proszących do dalszych nagabywań. Po to
właśnie powstała ta książka. W jej treści opieram się na badaniach
(własnych i cudzych), by dać czytelnikom zestaw narzędzi i kompetencji,
które pozwolą im skutecznie mówić "nie". Nauczycie się rozróżniać, kiedy
warto powiedzieć "nie", i zdobędziecie supermoc definitywnej,
autonomicznej odmowy.
Poniżej znajduje się plan niniejszej książki, a w nim informacje o zawartości poszczególnych części.
Część 1 (Mówienie "nie" to supermoc) pozwoli nam zrozumieć, dlaczego
wielu osobom proste słówko "nie" przysparza tak wielu udręk. Odkryjemy
przyczyny, które każą nam mówić "tak" również wtedy, gdy chcemy odmówić.
Dowiemy się, że zostaliśmy uwarunkowani społecznie, by wierzyć, że
odmawianie innym zaburza harmonię relacji międzyludzkich. Niektórym
słowo "nie" kojarzy się z konfliktem i lękiem - musimy jednak
przygotować się na uczucie dyskomfortu, jaki wzbudzi w nas perspektywa
udzielenia odmownej odpowiedzi, i nauczyć się sobie z nim radzić.
Tworzymy w ten sposób grunt pod wdrożenie proponowanego przeze mnie
rozwiązania: autonomicznej odmowy. Dowiemy się, jak uświadomić rozmówcy,
że nasza odmowa jest definitywna. Jak wskazuje nazwa tego narzędzia,
autonomiczna odmowa to sposób mówienia "nie", który pozwoli wam odzyskać
kontrolę nad własnym życiem. Znikną nerwy i frustracja, zyskacie spokój
i poczucie sprawczości, to zaś wyjdzie na dobre zarówno waszej
reputacji, jak i relacjom z innymi.
W części 2 (MOC autonomicznej odmowy) zajmiemy się trzema
kompetencjami, których będziecie potrzebować, by tę tytułową MOC zyskać.
Skrótowiec MOC odpowiada tym właśnie trzem kompetencjom:
Myślenie kształtujące świadomość.
Ogół zasad zastępujących decyzje.
Całokształt tożsamości.
Rozdział 1 tej części zawiera zestaw narzędzi autonomicznej odmowy. Jako
że autonomiczna odmowa koncentruje się na nas samych, kluczową
kompetencją, w którą musimy zainwestować, jest wzrost samoświadomości.
Poznamy strategie wzmacniania zarówno samoświadomości wewnętrznej
(zrozumienia własnych wartości, preferencji i przekonań, własnej wizji
sukcesu i szczęścia), jak i samoświadomości zewnętrznej (zrozumienia
tego, co myślą o nas inni ludzie). Nauczymy się także polegać na
samoświadomości, by umiejętnie porządkować kierowane do nas prośby i świadomie decydować się na ich przyjęcie lub odrzucenie.
Fundamentem autonomicznej odmowy jest ustalenie własnych zasad
reagowania w sytuacjach, gdy ktoś nas o coś prosi. Nazywam je osobistą
strategią. Pokażę wam, jak opracować swoją osobistą strategię (proste
reguły, których będziemy przestrzegać, odwołujące się do naszych
pryncypiów, wartości i priorytetów), by odzwierciedlała ona naszą
tożsamość. Przekonamy się, że strategia osobista pozwala nam
zidentyfikować źródło instynktownego oporu przed spełnieniem prośby, jak
również odmówić jej spełnienia z przekonaniem i determinacją.
Na koniec zamierzam dowieść (mam nadzieję, że skutecznie), że
autonomiczna odmowa jest działaniem angażującym całe ciało, a świadomość
znaczenia sygnałów niewerbalnych odgrywa w niej kluczową rolę.
Przekonacie się między innymi, że język niewerbalny pozwala nam osiągnąć
niejedną korzyść - z jednej strony, nasze "nie" staje się dzięki niemu
stanowcze i zdecydowane; z drugiej zaś wzmacnia naszą relację z osobą,
która nas o coś prosi.
W części 3 (Aspekty praktyczne autonomicznej odmowy) przekujemy teorię
w praktykę. Zamiast snuć rozważania na temat supermocy, jaką jest
autonomiczna odmowa, zajmiemy się analizą korzystania z niej w codziennym życiu. Wiemy, że praktyka czyni mistrza. Dobrze też wiedzieć,
co może stanąć nam na drodze do sukcesu. Zdarza się, że w obliczu
autonomicznej odmowy rozmówca nadal nalega. To nieuchronne. Jeśli jednak
nauczymy się rozróżniać sposoby perswazji i opracujemy strategie
reagowania, będziemy mieli większe szanse poradzić sobie z natrętem.
Ta książka pokaże wam, że autonomiczna odmowa nie polega wyłącznie na
mówieniu innym "nie": ale także na mówieniu "nie" samym sobie. Poczucie
sprawczości wpłynie na całe wasze życie. Dowiecie się, jaką rolę w naszym życiu osobistym i zawodowym odgrywa dialog wewnętrzny. Chwytliwy
zwrot "dzieje się tak, jak mówisz" sprawdzi się w wielu sytuacjach
codziennych, które wymagają umiejętności mówienia "nie" swoim impulsom -
i mówienia "tak" obranym celom. Bezustannie stykamy się z wieloma
dylematami zarówno prywatnie, jak i służbowo - zrezygnować z siłowni czy
nie; jak zbudować pewność siebie, która pozwoli nam stawić czoła nowym
wyzwaniom (czego być może obecnie się boimy), jak przestać się martwić i uciszyć irytujący głosik wewnętrznego krytyka. Na koniec zastanowimy
się, w jaki sposób autonomiczna odmowa sprzyja relacjom międzyludzkim i realizacji celów, które są dla nas ważne i znaczące.
To podobnie jak z zasadami, którymi rządzą się sztuka i architektura:
założenia autonomicznej odmowy, które przedstawię wam w niniejszej
książce, nie podyktują wam dokładnie, co robić, co mówić albo jakich
słów użyć w określonej sytuacji. Chcę, byście nauczyli się wnikliwego
myślenia, osiągnęli samoświadomość, która jest warunkiem koniecznym
stosowania autonomicznej odmowy. Dzięki tej podbudowie będziecie w stanie wypracować sobie metodę mówienia "nie" dopasowaną do waszych
potrzeb, sprawdzającą się w sytuacjach, których doświadczacie na co
dzień, i w kontaktach z ludźmi, których spotykacie na swojej życiowej
drodze.
Ogromną gratyfikacją podczas prowadzenia badań, które dały początek tej
książce, jak również podczas pisania była dla mnie świadomość znaczenia
autonomicznej odmowy dla wszystkich praktycznych aspektów naszego życia.
Niemal każda z grup odbiorców, do jakich zwracałam się w ciągu ostatnich
ośmiu lat - menedżerowie, profesorowie, młodzi specjaliści, urzędnicy
państwowi, kadry zarządzające wyższych uczelni - zgadzała się co do
jednego. Bez względu na to, jaką drogą podążasz: czy szukasz pierwszej
pracy, chcesz zrobić profesurę, zostać prezesem firmy, rektorem
uniwersytetu, nie dotrzesz do celu, jeśli będziesz się zgadzać na
wszystko. Musisz nauczyć się skutecznie odmawiać angażowania się w sprawy sprzeczne z twoimi aspiracjami. Przedstawiciele wszystkich
wymienionych grup są zdania, że bylibyśmy dużo szczęśliwsi, mniej
zestresowani, mielibyśmy więcej czasu i energii, gdybyśmy zdołali
rozwiązać jakże powszechny, złożony, a zarazem ogólny problem z mówieniem "nie". Z radością przedstawiam wam gotowe rozwiązanie:
umiejętność autonomicznej odmowy.
Dzięki tej książce mam nadzieję zaprezentować wam unikalną, pozytywną i świadomą strategię autonomicznej odmowy - nowy sposób myślenia, a zarazem zestaw kompetencji, które musicie zdobyć, by odmawiać
skutecznie, w sposób autentyczny i autonomiczny. Wspólnie opracujemy
plan działania, który pozwoli wam wydostać się z miejsca, w którym
obecnie się znajdujecie, i otworzyć sobie drogę ku nowym możliwościom,
zyskać dobre samopoczucie i skupić się na realizacji waszych celów
życiowych.
Rozdział 1. Dlaczego mówimy "tak", kiedy chcemy powiedzieć "nie"
ROZDZIAŁ 1
DLACZEGO MÓWIMY "TAK",KIEDY CHCEMY POWIEDZIEĆ "NIE"
Kiedy otworzył oczy tego ranka, nie mógł wiedzieć, że czeka go dzień,
który zapamięta na długo. Gdy promienie porannego słońca wpadły do
wnętrza przez niezasłonięte okno, zamknął znów oczy i wyobrażał sobie,
że jest w Anglii, że czeka go zwyczajny dzień, lektura codziennej gazety
i śniadanie w przytulnej jadalni o ścianach wyłożonych drewnianą
boazerią.
Głośny dzwonek telefonu przywrócił go do rzeczywistości. Znowu był
oficerem policji, pełniącym służbę w odludnym zakątku dolnej Birmy - w Mulmejnie. Maleńkim trybikiem w potężnej machinie brytyjskiego imperium.
Podniósł słuchawkę; zastanawiał się, co tym razem mogło pójść nie tak.
Usłyszał szorstki głos podinspektora z pobliskiego miasta informujący,
że na bazarze szaleje słoń, który zerwał się z uwięzi.
Wiedział, że nie cieszy się w wiosce popularnością. Był dla miejscowych
łatwym celem - niepostrzeżenie wyładowywali na nim niechęć wobec
Brytyjczyków. Uwielbiali podstawiać mu nogę podczas meczów piłki nożnej,
najeżdżać mu na stopy rowerem na zatłoczonym bazarze. Rozumiał tę
niechęć i współczuł im. W skrytości ducha nie podzielał imperialnych
zapędów swoich rodaków, zwłaszcza gdy widział, jak źle traktowana jest
miejscowa ludność, odzierana dzień po dniu z dobrobytu i godności. Z bólem patrzył na nędzę i brud, w jakich przyszło jej żyć. Często
zdarzało mu się marzyć o upadku imperium, który pozwoliłby jemu -
George'owi Orwellowi1 - wrócić do domu.
Ubrał się szybko; przypomniał sobie mgliście, że szaleństwo, które
ogarnia samce słoni, gdy hormony biorą górę, miejscowi określają jako
musth. Poprowadził kuca na bazar, gdzie zgromadzeni wieśniacy
poinformowali go, że słoń zniknął. Niebawem okazało się, że wcześniej
zdążył stratować człowieka na śmierć i uszkodzić jeden z domów. Orwell
postanowił wysłać ordynansa po broń, na wypadek gdyby zaszła konieczność
obrony. Był pewien, że nie użyje strzelby; był tu jednak dowódcą i musiał być przygotowany na wszystko. Kiedy miejscowi zobaczyli strzelbę,
podniosły się pomruki; byli pewni, że ma zamiar zastrzelić słonia.
Ruszyli za nim w zarośla w poszukiwaniu zwierzęcia.
Wreszcie dostrzegł je w oddali. Słoń stał samotnie na polu, beznamiętnie
skubiąc trawę. Chwytał kępy trąbą, uderzał nimi o swoją potężną nogę, by
wykruszyć z nich błoto, a potem zjadał. Najwyraźniej musth minął;
zwierzę było spokojne. Orwell wspominał później, że słoń zachowywał się
nadzwyczaj łagodnie - wydawało się, że promienieje "właściwą słoniom
aurą dobrotliwej babci".
Orwell tymczasem stał przed nim ze strzelbą, a wieśniacy śledzili każdy
jego ruch. Stojąc pomiędzy spokojnym zwierzęciem i tłumem, który coraz
głośniej wydawał niecierpliwe pomruki, zdał sobie sprawę, że wieśniacy
czekają na spektakl, dla którego tu przyszli. Kiedy wreszcie wyceluje i strzeli do zwierzęcia?
Czy powinien to zrobić i dać wieśniakom to, na co czekali, czy też
sprzeciwić się im i pozwolić, by miejscowy mahout, trener i opiekun
słoni, przyszedł i zabrał zwierzę z powrotem do domu?
Obawiał się, że wahanie lub niepewność nadszarpnie jeszcze bardziej jego
już i tak nadwątlony autorytet. Zdawał sobie sprawę, że zastrzelenie
słonia roboczego to nie błahostka. Słonie były ważnymi zwierzętami
pociągowymi - zabicie jednego z nich równało się zniszczeniu ważnego
elementu skomplikowanej maszyny.
Napięcie rosło. Niełatwo było George'owi podjąć decyzję pod czujnym
wzrokiem wpatrzonych w niego wielu par oczu. Podniósł strzelbę i wycelował, usprawiedliwiając się w duchu, że właściwie nie ma innego
wyboru. W swoim eseju napisał: "Sahib musi zachowywać się jak sahib;
sprawiać wrażenie zdecydowanego, pozbawionego rozterek, i działać bez
wahania. Przejść całą tę drogę ze strzelbą w ręku, mając za plecami dwa
tysiące ludzi, a potem odwrócić się z drżeniem i odejść, nie zrobić nic
- nie, to było niemożliwe".
Tłum powitał pierwszy wystrzał owacjami. Zaraz po nim zabrzmiały dwa
następne. Orwell ugiął się pod oczekiwaniami tłumu; powiedział "tak",
gdy chciał powiedzieć "nie" - dla własnego dobra, jak i dla tego, co
postrzegał jako dobro brytyjskiego imperium. W tamtej chwili miał
nadzieję, że wieśniacy wreszcie przestaną go darzyć niechęcią.
Po wielu latach wspominał jednak to zdarzenie z żalem - ani jego
reputacja, ani stosunki z tubylcami w Mulmejnie nie poprawiły się po
incydencie ze słoniem. Wieśniacy wciąż "przypadkowo" przewracali go
podczas meczów rozgrywanych na błotnistym dziedzińcu przed świątynią i "niechcący" najeżdżali mu na stopy rowerami na zatłoczonym bazarze.
Orwell zdradził swoje zasady i postąpił wbrew instynktowi - zastrzelił
słonia. Była to fatalna decyzja, której wspomnienie prześladowało go
przez resztę życia.
Wszystkim nam zdarza się powiedzieć "tak", gdy chcemy powiedzieć "nie".
Współczesny filozof Michael E. Bratman zauważył: "Nie jesteśmy
beznamiętnymi myślicielami". Choć ponad wiek dzieli nas od czasów, gdy
George Orwell zastrzelił słonia w kolonialnej Birmie, a jego sytuacja
wydaje nam się tak odległa; choć nie będziemy się nigdy mierzyć z tym
samym co on dylematem, nam także zdarza się stawać przed wyborami, które
wydają się tak ważkie. Owszem, czasy się zmieniły, lecz presja
społeczna, jaką odczuwamy w obliczu oczekiwań innych ludzi, może wpędzić
nas w tę samą pułapkę, w którą wpadł Orwell.
Prawdopodobnie każdemu z nas zdarzyło się wyrazić zgodę na coś, na co
nie mieliśmy ochoty, i ulec oczekiwaniom innych tylko dlatego, że nie
umieliśmy odmówić. Psychologowie społeczni nazywają tę potężną moc,
która pozwala innym ludziom władać naszym życiem, wpływem społecznym.
Kształtuje on nasze reakcje, gdy znajdujemy się pod presją lub czujemy
się oceniani przez innych. Najprostszym dowodem istnienia wpływu
społecznego jest nasza chęć ulegania temu, czego chcą od nas inni
ludzie. Dlatego zdarza się, że wyrażamy na coś zgodę, choć mamy wszelkie
racjonalne powody, by odmówić, i chcemy to zrobić. W przypadku Orwella
po wielu latach, gdy wspominał incydent ze słoniem, uczuciu dyskomfortu
towarzyszył wstyd i potępienie dla tamtej dawnej, młodszej wersji
siebie.
Na początek przeanalizujmy siły, które sprawiają, że mówimy "tak", gdy
chcemy powiedzieć "nie". Musimy wziąć tu pod uwagę fakt, że jako istoty
społeczne, kierujące się potrzebą przynależności, jesteśmy skazani na
podejmowanie decyzji i dokonywanie wyborów pod presją. W istocie, być
człowiekiem to dźwigać ewolucyjny ciężar instynktownego stawiania
współpracy i zgodności ponad sumą indywidualnych osiągnięć i wolnej
woli. Innymi słowy, odmowa wiąże się z nieprzyjemną koniecznością
odrzucenia czyjejś prośby2, by postawić na pierwszym miejscu
siebie i to, czego chcemy. Ta prosta, złożona z trzech liter odpowiedź
może stać się dla nas źródłem lęku i niepokoju. Budzi w nas liczne
rozterki, ponieważ może zagrozić naszym relacjom (czy on nie przestanie
mnie lubić?), jak również reputacji (co ona o mnie pomyśli?).
SKUPIAMY SIĘ NA LUDZIACH
Antropolodzy odkryli, że społeczeństwa ludzkie funkcjonują na bazie
zaufania i współpracy. We wszystkich kulturach istoty ludzkie w sposób
naturalny tworzyły zawsze grupy, w których jednostki współpracowały, by
przeżyć. Decyzja naszych przodków, by żyć w grupach, miała sens,
ponieważ w liczebności kryje się siła. Łatwiej i bezpieczniej było
chronić się przed groźnymi dzikimi zwierzętami, gromadzić żywność i polować, wychowywać dzieci i hodować udomowioną zwierzynę, gdy żyło się
wspólnie z innymi ludźmi, skupionymi na tych samych celach:
bezpieczeństwie i przetrwaniu. W wielu współczesnych społeczeństwach
rodzina wielopokoleniowa pozostaje ważnym elementem dzięki zaletom
takiej struktury.
W każdym miejscu na świecie, gdzie społeczeństwa ewoluowały, członkowie
tego samego plemienia opracowywali normy społeczne rządzące zachowaniami
zbiorowymi. Normy dotyczące współpracy, uprzejmości i serdeczności
pozostają fundamentem współczesnego społeczeństwa3. Już
na wczesnym etapie życia dzieci uczą się, że aby były postrzegane jako
wartościowi członkowie społeczeństwa, muszą stworzyć więź z innymi,
dostosowywać się do nich i im pomagać. Aby przygotować dzieci do
przyszłego sukcesu, rodzice i nauczyciele starają się uczyć je
uprzejmości, troski o innych, współczucia, uważności i wrażliwości na
potrzeby pozostałych.
Nie ulega wątpliwości, że społeczeństwo formuje nas w kierunku
przynależności. Podania i mity różnych kultur, od starożytnych po
współczesne, mówią o wielkich poświęceniach i nagrodach, jakie czekają
tych, którzy umieją zrezygnować z własnych pragnień dla dobra innych. Od
Biblii po Ramajanę, od bajek Ezopa po baśnie braci Grimm uczymy się,
że wartościowi członkowie społeczeństwa potrafią podjąć się
nieprzyjemnych zadań dla dobra ogółu, za co są zwykle sowicie
nagradzani.
Jedną z moich ulubionych historii, które nawiązują do kwestii mówienia
"nie", przytoczył Nelson Mandela w swojej autobiografii Długa droga do
wolności. Mandela pisze:
Ojciec opowiadał nam o historycznych bitwach i bohaterskich wojownikach
Xhosa, matka zaś wprowadzała nas w zaczarowany świat legend i opowieści,
przekazywanych przez wieki z pokolenia na pokolenie. Pobudzały one moją
dziecięcą wyobraźnię, a zwykle zawierały jakiś morał. Przypominam sobie
pewną historię, którą opowiadała nam matka, o podróżniku, który spotkał
starą kobietę o straszliwie zaropiałych powiekach. Staruszka poprosiła
podróżnika o pomoc, ten jednak udał, że jej nie widzi. Po chwili
nadszedł inny mężczyzna i kobieta zwróciła się do niego. Poprosiła, by
oczyścił jej powieki, on zaś, choć zadanie to wydało mu się
nieprzyjemne, spełnił jej prośbę. Nagle stał się cud: staruszka
zamieniła się w młodą, piękną dziewczynę. Mężczyzna poślubił ją i żyli
wspólnie w dostatku i spokoju. To prosta opowieść, ale płynący z niej
morał na długo pozostaje w pamięci: cnota i szczodrość zostaną
nagrodzone hojniej, niż się spodziewamy.
Opowiadanie historii to starożytna sztuka perswazji, przekazywania
informacji, a zarazem forma rozrywki. Choć różne wersje tej samej
opowieści pojawiają się w rozmaitych kulturach, ta właśnie, przytoczona
przez Mandelę, pozostawia nas z przeświadczeniem, że pierwszy podróżnik,
który odmówił udzielenia staruszce pomocy, na tym stracił. Przegapił
swoją szansę na szczęście, piękną żonę i dobre życie. Drugi podróżnik
otrzymał wszystkie te nagrody, ponieważ podjął się niemiłego na pierwszy
rzut oka zadania.
Badania wskazują, że potrzeba przynależności jest jednym z podstawowych
motywatorów ludzkiego działania4. Niejednokrotnie prowadzi
nas ku decyzjom ukierunkowanym na innych, a nie na siebie. Psycholog
Mark Leary i jego koledzy opracowali skalę potrzeby przynależności, by
zmierzyć, jak daleko dana jednostka jest skłonna się posunąć, by zyskać
poczucie, że przynależy do grupy5. Gdy potrzeba przynależności
jest wysoka, koncentrujemy się na innych. Jesteśmy bardziej skłonni
odsuwać na bok własne potrzeby i ulegać cudzym życzeniom. Częściej
bierzemy pod uwagę uczucia pozostałych ludzi, ponieważ przejmujemy się
ich rozczarowaniem, frustracją i niedogodnościami, które mogą wyniknąć z naszych decyzji. Jesteśmy skłonni zrobić wiele, by uniknąć odrzucenia i negatywnej oceny ze strony grupy.
Istnieje maoryskie przysłowie, które pięknie opisuje tę koncepcję
humanizmu i myślenia "przez pryzmat ludzi":
He aha te mea nui o te ao
Co jest najważniejsze na świecie?
He tangata, he tangata, he tangata
o ludzie, to ludzie, to ludzie.
NIE: ZABÓJCA HARMONII
Można by pomyśleć, że powinniśmy z łatwością mówić "nie", jeśli nie
chcemy - lub uważamy, że nie powinniśmy - czegoś zrobić. W końcu wydaje
się logiczne, że skoro wiemy, czego nie chcemy, wystarczy powiedzieć:
"Przykro mi, nie jestem zainteresowany", "Nie, dziękuję" lub po prostu
"To nie dla mnie". Dla większości ludzi jednakże odmowa jest krępująca i trudna, przede wszystkim dlatego, że czasami zmusza nas do zignorowania
oczekiwań innych lub zanegowania ich chęci i życzeń.
Dlaczego jednak słowo "nie" sprawia nam taki ból? Ponieważ jest
niepożądane ze społecznego punktu widzenia. Zastanówmy się nad tym
zjawiskiem, gdyż to ono sprawia, że często mówimy "tak", gdy chcemy
powiedzieć "nie". Przypomnij sobie ostatni raz, gdy ktoś cię o coś
poprosił, gdzieś cię zaprosił, coś ci zaoferował albo zasugerował.
Najprawdopodobniej ta osoba oczekiwała twojej zgody i współpracy. W zasadzie miała do tego prawo, zważywszy, że utrwalone normy społeczne
wskazują, iż powinniśmy modyfikować własne plany, by dostosować się do
innych, kiedy o to proszą6. W praktyce oznacza to, że zdarza nam
się spełniać nawet najbardziej absurdalne prośby. Jesteśmy uwarunkowani
na pomaganie innym i współpracę, co oznacza, że z psychologicznego
punktu widzenia mamy skłonność do mówienia "tak" nawet wówczas, gdy
chcemy powiedzieć "nie". Intuicyjnie wyczuwamy, że odmowa będzie
pogwałceniem normy społecznej i może przynieść fatalne skutki, wzbudzić
negatywną reakcję otoczenia i wywołać w nas poczucie winy7.
Badania wskazują, że odrzucenie drugiej osoby wywołuje lęk8 i uczucie wyczerpania9. Niekiedy odmowa rani odmawiającego
tak samo, a nawet bardziej niż osobę, która zwróciła się do niego z prośbą.
Zgoda jest aprobowana społecznie; odmowa niemal zawsze skutkuje
zakłóceniem harmonii. Jeden z lingwistów określił odmowę jako
"działanie zagrażające naszej reputacji, które zwykle prowadzi do
zaburzenia relacji międzyludzkich"10. Czy nam się to
podoba, czy nie, kieruje nami wewnętrzna motywacja budowania
długotrwałych, pozytywnych relacji z innymi istotami ludzkimi i dbania o nie. Ciężko pracujemy nad utrzymaniem więzi społecznych i wzdragamy się
na myśl o ich rozpadzie. Wizja utraty ważnej relacji napawa nas lękiem,
a możliwość wyrządzenia komuś krzywdy budzi w nas niepokój. Podstawowy
ludzki instynkt każe nam spełniać prośby innych, a nie im odmawiać.
Każdy z nas musi z pewnością szczerze przyznać, że "tak" to odpowiedź,
która przychodzi nam z większą łatwością. Lingwista Nick Enfield
stwierdził, że można to zaobserwować w codziennych rozmowach: bez
względu na język, jakim się posługujemy, odpowiedź odmowna na wyrażoną
prośbę jest formułowana wolniej niż odpowiedź twierdząca11.
Niemal każdy jest w stanie przywołać w pamięci choć jedną prośbę
wyrażoną w ostatnim miesiącu, której nie umiał odmówić; każdy z nas
dobrowolnie bierze na siebie różne zobowiązania, choć nie ma na to
ochoty.
SPOŁECZEŃSTWO JEST PO STRONIE TYCH, KTÓRZY PROSZĄ
Potrzeba dostosowania się jest tak bardzo ludzka, że badaniu wpływu
poświęcono cały obszar psychologii społecznej, by określić, kiedy i w jaki sposób jeden człowiek jest w stanie nakłonić drugiego, by ten
postąpił zgodnie z jego wolą. Choć ludzie są zaprogramowani na
współpracę, ironia polega na tym, że jeśli potrafisz nakłonić innych, by
robili to, czego chcesz, zdobywasz status społeczny, władzę i lepszą
pozycję w hierarchii społecznej12. Dlatego badacze od
dziesięcioleci próbują zrozumieć, na czym polega skuteczność różnych
czynników perswazji, takich jak status czy władza (na przykład gdy prosi
cię o coś twój szef), czy też zasada wzajemności (odwzajemnienie
przysługi), które prowadzą do automatycznej zgody - bezrefleksyjnego
"tak"13*. Na temat skuteczności rozmaitych taktyk perswazji
napisano niezliczone książki, bazując na założeniu, że umiejętność
nakłaniania innych do realizowania naszych zamierzeń jest warunkiem
sukcesu. Autor bestsellerów Robert Cialdini spopularyzował taktyki
wpływu, które określił: "stopa w drzwiach" i "drzwiami w twarz", jako
narzędzia perswazji.
Tymczasem psycholog społeczna z uniwersytetu Cornell Vanessa Bohns,
która bada reakcje ludzkie na prośby, wykazała, że nakłonienie ludzi, by
postępowali zgodnie z naszą wolą, nie wymaga szczególnego wysiłku.
Najważniejszy wniosek płynący z jej pracy brzmi: należy prosić o to, co
chcemy uzyskać, nawet jeśli nam samym dana prośba wydaje się absurdalna,
ponieważ prawdopodobieństwo, że osoba, do której się zwracamy, się
zgodzi, jest niezwykle wysokie. Uczestnicy badania, które przeprowadziła
Vanessa Bohns, zaczepiali nieznajomych, kierując do nich prośby
wywołujące skrępowanie (Czy mogę skorzystać z pana telefonu
komórkowego?), czasochłonne (Czy zechce pani wypełnić ten
kwestionariusz?), a nawet stanowiące naruszenie przyjętych norm (Czy
zniszczy pan tę książkę z biblioteki?) - jak się okazało, większość
pytanych spełniała te prośby.
Podobne wnioski, choć płynące z życiowych doświadczeń, sformułował
przedsiębiorca i mówca Jia Jiang, który po serii miażdżących rozczarowań
postanowił stawić czoła swojemu strachowi przed odmową i postawił sobie
wyzwanie: przez sto dni będzie codziennie narażał się umyślnie na
rozczarowanie. Napisana przez niego książka Rejection Proof jest
zbiorem przezabawnych anegdot o podejmowanych przez niego próbach
sprowokowania odmowy. Przez cały rok robił wszystko, by "skonfrontować
się z odmową". Pukał do drzwi obcych ludzi i pytał: "Czy mogę pograć w piłkę w państwa ogródku?". Po czym otrzymywał odpowiedź: "Oczywiście!".
Poprosił nawet stewardessę podczas lotu, by pozwoliła mu powiedzieć parę
słów przez intercom, i uzyskał zgodę.
Jednym z moich ulubionych przykładów zawartych w książce jest
eksperyment przeprowadzony przez Jianga w cukierni - poprosił
ekspedientkę Jackie, żeby zrobiła mu ciastko w kształcie połączonych
kółek olimpijskich. Jackie zabrała się do pracy ze szczerym zapałem.
Analizowała rozmaite sposoby połączenia ciastek, a także kształt i kolory logo olimpijskiego, żeby spełnić jego życzenie14. Co
więcej, nie policzyła nawet drożej niż zwykle za ciastka przygotowane z takim mozołem!
Zarówno Jia Jiang, jak i Vanessa Bohns przekonali się, że ludzie są
zdolni spełniać nawet najbardziej szalone prośby również wtedy, gdy
mogłoby się zdawać, że odmowa jest nieunikniona.
Nie ulega wątpliwości, że jesteśmy bardziej skłonni ulegać, niż
odmawiać. Pamiętajmy, że zgoda to preferowana społecznie forma reakcji,
odmowa zaś jest gorzej widziana. Fakt ten działa niewątpliwie na korzyść
osób, które chcą o coś poprosić; nie można tego jednak powiedzieć o tych, którzy są o coś proszeni. Niejednokrotnie zdarza się, że w obliczu
czyjejś prośby czujemy się jak zwierzę schwytane w potrzask.
DWOISTA MOTYWACJA, BY POWIEDZIEĆ"TAK": RELACJE I REPUTACJA
W związkach z innymi ludźmi kierujemy się sercem lub rozumem. Te dwa
ośrodki odpowiadają uczuciom, jakie budzi w nas druga osoba, oraz temu,
co o niej myślimy. Zarówno te uczucia, jak i myśli mogą mieć charakter
pozytywny lub negatywny. Pomyśl o członku rodziny (rodzicu lub bliskim
krewnym) i zastanów się, jakie uczucia i myśli budzi w tobie ta osoba.
Pomyśl o współpracowniku lub o szefie. Jakie uczucia i myśli wiążesz z każdym z nich? Jak sądzisz, co myślą o tobie inni?
Wszyscy chcemy być postrzegani jako ludzie uprzejmi, pogodni i serdeczni. Większości z nas zależy na tym, by inni myśleli o nas
pozytywnie. Badacze określają te skojarzenia, odwołujące się do uczuć,
stereotypem ciepła. Zarazem chcemy też, aby inni postrzegali nas jako
zdolnych, inteligentnych, wartościowych członków każdego zespołu; te
skojarzenia, odwołujące się do umiejętności, badacze nazywają
stereotypem kompetencji. Wyniki badań wskazują, że gdy oceniamy innych,
na ogół postrzegamy ich jako ciepłych lub jako kompetentnych - zazwyczaj
oceny te się nie łączą. W naszym postrzeganiu innych stereotypy ciepła i kompetencji nie idą zwykle w parze15. Jednakże gdy myślimy o tym,
jak nas oceniają inni, chcemy, by uważali nas zarazem za osoby ciepłe i kompetentne. Nic więc dziwnego, że utrzymywanie pozytywnych więzi
(relacji) społecznych i pielęgnowanie pozytywnego wizerunku siebie
(reputacji) to dwa nadrzędne cele istot ludzkich16. Po
przeanalizowaniu setek kwestionariuszy i rozmowach z licznymi
przywódcami stwierdziłam, że właśnie te dwa czynniki napędowe są
głównymi sprawcami tego, że mówimy "tak", gdy chcemy powiedzieć "nie".
Mówimy "tak", gdy chcemy powiedzieć "nie", ponieważ cenimy sobie więź,
która łączy nas z osobą, która nas o coś prosi, a spełnienie jej prośby
pozwala tę więź umocnić. Poza tym zależy nam na dobrej reputacji i chcemy, by inni widzieli nas w pozytywnym świetle. Kiedy mówimy "tak",
choć chcemy powiedzieć "nie", kieruje nami chęć albo wzmocnienia więzi z drugą osobą - pragniemy, by uważała nas za miłych, usłużnych i ugodowych
(stereotyp ciepła) - albo zadbania o swoją reputację: pragniemy być
postrzegani jako kompetentni, zdolni i ciężko pracujący (stereotyp
kompetencji).
Oczywiście mam świadomość, jak trudne może się wydawać udzielenie
odpowiedzi odmownej osobie, która nas o coś prosi, bez szkody dla
łączącej nas więzi i dla naszej reputacji. Mam jednak nadzieję, że
nauczycie się tego dzięki niniejszej książce, gdy opanujecie sztukę
autonomicznej odmowy.
Wspólnie zastanowimy się, dlaczego dbałość o dobre relacje z innymi i o własną reputację tak często sprawia, że mówimy "tak" zamiast "nie". W trakcie tego procesu warto zadać sobie kilka prostych pytań, aby
rozstrzygnąć, na czym zależy nam bardziej: na więzi czy na reputacji.
DBAŁOŚĆ O RELACJE
Wyobraź sobie, że Mark, kolega z pracy, chce ci przydzielić nowy
projekt, a ty się zgadzasz, choć masz już mnóstwo innych zobowiązań. Czy
ten scenariusz wydaje się znajomy? Przypuśćmy, że twoja przyjaciółka
Jenny proponuje ci wspólne wyjście na kieliszek wina i pogaduszki w sobotni wieczór, ty zaś wyrażasz zgodę, choć wiesz doskonale, że
ostatnie wasze wspólne wyjście wyczerpało cię emocjonalnie. A może
kuzynka Kay wpada na pomysł rodzinnej imprezy, by wzmocnić więź między
dziećmi, ty zaś czujesz się zobowiązany wziąć udział w tym
przedsięwzięciu, choć twój kalendarz na najbliższy czas jest już
wypełniony po brzegi.
W idealnym świecie chcielibyśmy się tego wszystkiego podjąć, a przy tym
tryskać energią i dobrym samopoczuciem. Nie ma jednak nic za darmo.
Jeżeli przyjmiesz dodatkowe obowiązki w pracy, Mark będzie zadowolony,
ale może to oznaczać, że nie weźmiesz udziału w najbliższym koncercie
szkolnym twojego dziecka. Jeśli umówisz się z Jenny, by podnieść ją
nieco na duchu, być może będziesz potrzebować kilku dni, żeby odzyskać
równowagę emocjonalną. A jeśli organizowanie imprez nie sprawia tobie
takiej przyjemności jak Kay, niewykluczone, że sama myśl o rodzinnym
spędzie wprawi cię w złość i niepokój.
Kiedy wiemy, że nie chcemy czegoś zrobić, a i tak to robimy, może
kierować nami lęk przed nadwerężeniem dobrej relacji i to może przeważyć
nad obawą przed utratą czasu i energii. Możemy także kierować się chęcią
wzmocnienia relacji; uzasadniamy to chęcią wsparcia drugiej osoby, by
widziała w nas przyjaciela i sprzymierzeńca. Być może w grę wchodzi
także złota zasada wzajemności: proszący wyświadczył nam w przeszłości
jakąś przysługę i odczuwamy potrzebę zrewanżowania się lub wyobrażamy
sobie, że w przyszłości będziemy potrzebować jego pomocy - i stwierdzamy, że jeśli odmówimy mu teraz, być może odpłaci nam tym samym.
Podstawowe założenie brzmi: jesteśmy poddawani socjalizacji w taki
sposób, by wierzyć - z wielu powodów - że odmowa sprawi, że staniemy się
nielubiani, niepopularni, stracimy przyjaciół, narobimy sobie wrogów, a więc nasze relacje międzyludzkie ulegną pogorszeniu.
ETYKIETY, KTÓRE ODBIERAJĄ MOC
W swoich badaniach często natykam się na osoby, które określają siebie
mianem zadowalaczy - ludzi, którzy za cel stawiają sobie zadowalanie
innych. Odmowa udzielenia komuś pomocy wprawia ich w przemożne poczucie
winy, ponieważ stawiają relacje z innymi wyżej niż własne potrzeby i chęci. Jeśli jesteś rodzicem, zdarzyło ci się z pewnością zetknąć z poradą, by nie obarczać dziecka etykietami, na przykład: powolny,
dominator, uparty czy leń. My także musimy uwolnić się od etykiet, które
nas krępują. Dlatego mam prostą prośbę do osób, które myślą o sobie jako
o zadowalaczach: nie róbcie tego. Etykiety niosą przekaz lub
zachęcają nas do mówienia o sobie w sposób, który wtłacza nas w ramy
określonej roli lub zachowania. Podobnie jak dziecko, które nazywamy
łobuzem, zaczyna uważać się za łobuza i zachowywać się jak łobuz, jeśli
uznasz siebie za zadowalacza innych, będziesz skłonny ulegać wszystkim i w każdej sytuacji, a następnie słono za to płacić.
Za każdym razem, kiedy myślisz lub mówisz o sobie, że jesteś
zadowalaczem, utrwalasz w swoim systemie przekonań imperatyw zabiegania
o akceptację. Nadanie sobie tej etykiety stawia cię w pozycji ofiary. Z jednej strony godzisz się z tą rolą; z drugiej rośnie w tobie poczucie,
że inni cię wykorzystują.
Kiedy myślę o chronicznych zadowalaczach, zawsze przychodzi mi na myśl
Maggie Carpenter, bohaterka grana przez Julię Roberts w filmie
Uciekająca panna młoda. Pewnego dnia Maggie odkrywa, że nie ma swojego
ulubionego sposobu przyrządzania jajek. Przywykła dostosowywać się pod
tym względem do upodobań kolejnych partnerów.
Rzadko odmawiałam - mówi Maggie - ponieważ wierzyłam, że miłość jest
czymś warunkowym, a ja muszę zachowywać się w określony sposób, żeby na
nią zasłużyć. Myślałam, że muszę jadać w jego ulubionych restauracjach,
słuchać jego ulubionej muzyki i zgadzać się z każdą jego opinią (nawet
jeśli budziła mój sprzeciw), ponieważ dzięki temu zadowalałam swojego
partnera i sprawiałam, że mnie kochał.
W książce Give and Take (Dawać i brać) psycholog Adam Grant dowodzi,
że każde środowisko pracy dzieli się na tych, którzy biorą, i tych,
którzy dają. Najprawdopodobniej dającymi nie są ci, którzy chcą dawać,
ale raczej ci, którzy nie potrafią odmówić żadnej prośbie. Jak pisze
Grant:
Uświadomiłem sobie, że istnieje potężna różnica pomiędzy zadowalaniem
ludzi i pomaganiem im. Bycie tym, który daje, nie oznacza, że zgadzamy
się zawsze na wszystko, że spełniamy wszystkie prośby. Chodzi o to, by
mówić "tak" niektórym ludziom (tym, którzy są szczodrzy, tym, którzy
dążą do wyrównania przysług, a nie tylko biorą), tylko czasami (kiedy
nie koliduje to z twoimi celami i ambicjami), [oraz] tylko w niektórych przypadkach (kiedy dysponujesz niezbędnymi zasobami lub
umiejętnościami)17".
Kiedy ktoś nas o coś prosi, powinniśmy pozostać wierni sobie i zgadzać
się wyłącznie wtedy, gdy nie oznacza to, że musimy dać z siebie więcej,
niż jesteśmy w stanie. Musimy robić to, co najlepsze dla innych, nie
zapominając przy tym, co jest dobre dla nas samych. W przeciwnym razie
wchodzimy w rolę ofiary (inni zmusili mnie, żebym to zrobił) lub
męczennika (zawsze muszę to robić, bo nikt inny tego nie zrobi). Sęk w tym, że odgrywając rolę ofiary lub męczennika, pozbawiamy się możliwości
przeżycia najlepszej możliwej wersji naszego życia, a w efekcie czujemy
się przytłoczeni, nieustannie zajęci, towarzyszą nam: poczucie winy,
lęk, frustracja, złość i wstyd. W istocie zadowalanie ludzi to znacznie
więcej niż tylko uprzejmość wobec nich. Kiedy zaczynamy powielać wzorzec
zachowania, w którym stawiamy potrzeby innych ponad własnymi, często ze
szkodą dla własnego zdrowia i samopoczucia, budzi to w nas wewnętrzny
opór i poczucie, że zostaliśmy wykorzystani. Laureat nagrody Pulitzera,
dziennikarz Herbert Bayard Swope, powiedział kiedyś: "Nie dam wam pewnej
recepty na sukces, ale znam przepis na nieuchronną porażkę: starajcie
się nieustannie wszystkich zadowolić".
Podczas warsztatów przywództwa, które prowadzę, uczestnicy wypełniają
krótki kwestionariusz, który pozwala im określić, na jakim etapie
rozwoju relacji z innymi się znajdują. Aby ocenić, w jakim stopniu
troszczysz się o relacje z innymi, postaraj się szczerze określić, na
ile poniższe stwierdzenia odnoszą się do ciebie.
Każde z nich może dotyczyć cię w różnym stopniu lub wcale. Oceń, na ile
dane stwierdzenie cię opisuje. Kiedy skończysz, dodaj punkty otrzymane
za poszczególne odpowiedzi, by obliczyć łączną punktację.
Pielęgnowanie relacji
Nie
dotyczy
Dotyczy w niewielkim stopniu
Dotyczy w umiarkowanym stopniu
Dotyczy
Dotyczy w bardzo dużym stopniu
Za wszelką cenę unikam konfliktów i niezgody.
1
2
3
4
5
Dostosowuję się do innych, nawet gdy nie jest to dla mnie wygodne.
1
2
3
4
5
Zauważyłem u siebie silną potrzebę zadowalania innych.
1
2
3
4
5
Można określić mnie jako zadowalacza ludzi.
1
2
3
4
5
Mam trudności z zakończeniem rozmowy lub spotkania w wybranym przeze mnie momencie.
1
2
3
4
5
Wolę skłamać, niż stawić czoła dezaprobacie lub odrzuceniu przez niektóre osoby.
1
2
3
4
5
Przypisz sobie punkty związane z każdą z odpowiedzi.
Na przykład za każdą odpowiedź "dotyczy w bardzo dużym
stopniu" daj sobie 5 punktów, za każdą odpowiedź "dotyczy" -
4 punkty i tak dalej.
Jeśli twoja punktacja wynosi:
20 lub więcej punktów: masz silną skłonność do zadowalania innych i starasz się unikać konfliktów, kłótni i negatywnych emocji w relacjach.
Umiejętność autonomicznej odmowy stanie się dla ciebie cennym
narzędziem, które pozwoli ci także budować solidne relacje
międzyludzkie. Wskazówka: Naucz się wsłuchiwać się w siebie i kierować
się własnymi wartościami, priorytetami, preferencjami i przekonaniami,
gdy ktoś cię o coś prosi. Więcej na ten temat dowiesz się z dalszej
części książki.
10-19 punktów: warto, byś poświęcił chwilę na refleksję nad
sytuacjami i osobami, które wyzwalają w tobie silną potrzebę zadowalania
innych. Uważnie buduj relacje z ludźmi i ucz się stosować narzędzie
autonomicznej odmowy.
9 lub mniej punktów: budujesz zdrowe relacje z innymi na podstawie
zasady wzajemności i nie odczuwasz presji, by spełniać cudze
oczekiwania. Pamiętaj - to, w jaki sposób odmawiasz innym, ma znaczenie,
a autonomiczna rozmowa pomoże ci w budowaniu solidniejszych i trwalszych
więzi.
PUŁAPKA ZNAJOMOŚCI
Zważywszy, że nasza skłonność do ulegania prośbom innych jest często
podyktowana potrzebą przynależności, nie ma nic dziwnego w tym, że nasze
więzi społeczne w dużej mierze decydują o tym, komu ustępujemy i dlaczego. Nie ulega wątpliwości, że chęć utrzymywania dobrych relacji z ludźmi jest zróżnicowana w zależności od naszego stosunku do danej
osoby. Są w naszym życiu osoby, z którymi wchodzimy w codzienne
interakcje, na przykład mieszkamy z nimi, pracujemy, budujemy stabilne
znajomości. Inne są nam obce, nie łączy nas z nimi żadna więź.
Umiejętność rozróżniania pomiędzy relacjami o charakterze transakcyjnym
i doraźnym, nastawionymi na wymianę, i tymi, które bazują na wspólnocie,
współpracy i wzajemnej zależności, odgrywa w życiu każdej jednostki
ludzkiej rolę funkcjonalną i adaptacyjną18. Zjawisko, które
nazywam pułapką znajomości, polega na niezdolności do odmawiania wielu
osobom, które mieszczą się gdzieś pomiędzy tymi kategoriami - zaistnieli
w naszym życiu, lecz łączą nas z nimi luźne i raczej kruche więzi. Z moich badań wynika, że łatwiej nam odmawiać osobom najbliższym (na
przykład rodzinie i przyjaciołom) oraz zupełnie obcym, których zapewne
nie zobaczymy nigdy więcej w życiu. W tym pierwszym przypadku towarzyszy
nam poczucie bezpieczeństwa i świadomość, że odmowa nie zniszczy
łączących nas więzi. W przypadku obcych - przeciwnie: nie istnieje więź,
która mogłaby ulec zniszczeniu!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki