Miłość...
Chcesz się zakochać?
Boisz się samotności?
Porzucił cię mąż, partner, przyjaciel?
A może jeszcze nigdy się nie zakochałaś, a dopiero teraz poczułaś, że
jesteś gotowa na związek?
Jest tylko jeden "mały" problem. Jak i gdzie we współczesnym zabieganym
świecie, rozwarstwionym na ten realny i wirtualny, znaleźć miłość?
Bo co do tego, że gdzieś jest twoja wymarzona druga połowa, nie ma
najmniejszych wątpliwości!
Tylko nielicznym szczęściarom udaje się ją poznać na przysłowiowych
imieninach u cioci. W rzeczywistości pozostaje nam czekać na zrządzenie
losu, opatrzność, łut szczęścia i rozmaite przypadkowe sytuacje, które
mogą nigdy nie nastąpić.
Pandemia zamknęła nas w domach na wiele miesięcy i siłą rzeczy wpłynęła
na zmianę naszych nawyków, przekierowała też życie towarzyskie z kawiarni i restauracji do wirtualnego świata, rozgrzewając do
czerwoności wszelkie komunikatory. A właśnie ten świat cechuje
społecznie akceptowana otwartość w kwestii nawiązywania kontaktów z nieznajomymi. W pubie raczej nie podchodzimy bez skrępowania do obcych
ludzi i nie zagajamy rozmowy, zwłaszcza gdy naszym celem nie jest
niezobowiązujący szybki numerek. W realu takie zachowania mogą być
odbierane jako natarczywe i budzić niechęć, a nawet stanowczy opór.
Czujemy się nieswojo, samotnie wchodząc do kawiarni czy restauracji, a jeśli to robimy, zazwyczaj nie wyściubiamy nosa z telefonu albo laptopa,
skupiając się na pracy, wiadomościach ze świata i plotkach. Na Facebooku
i Instagramie podglądamy życie bliższych i dalszych znajomych, z uwagą
przeglądamy profile celebrytów, zazdroszcząc im pełni życia,
nonszalancji i odwagi. Nie bierzemy przy tym pod uwagę, że ich szczęście
nierzadko bywa radosną kreacją znacząco odbiegającą od szarej
rzeczywistości.
Możemy jednak wziąć sprawy w swoje ręce i świadomie rozpocząć
poszukiwania wymarzonego partnera na różnego rodzaju mniej lub bardziej
ambitnych, popularnych albo mniej popularnych portalach randkowych,
których są dziesiątki. Skoro życie w tak dużej mierze uległo
digitalizacji, nie bójmy się wykorzystywać nowych narzędzi również w tej
jego sferze. Co prawda założenie konta, zamieszczenie zdjęcia i napisanie kilku miłych zdań o sobie wymaga sporej odwagi i zastanowienia, odsunięcia od siebie myśli, co powiedzą znajomi, gdy
przypadkiem natkną się na nasz profil, lecz może się okazać, że to
jedyny słuszny wybór.
Nie musimy się godzić na celibat!
Przede wszystkim internet umożliwia poznawanie właściwie nieograniczonej
liczby osób, w dodatku bez wychodzenia z domu. Nie tracimy czasu na
przygotowania i dotarcie na randkę, wszystko odbywa się sprawniej, a w rzeczywistym świecie nigdy nie dałybyśmy rady skontaktować się z taką
rzeszą potencjalnych partnerów. Teoretycznie, przy zachowaniu zdrowego
rozsądku, taka wersja randkowania wydaje się bezpieczniejsza. Internet
eliminuje lęk przed spotkaniem w cztery oczy, obawę przed odrzuceniem i umożliwia natychmiastowe, bezproblemowe zaprzestanie kontaktów.
Zatem nie bójmy się podejmować ryzyka, wiele szczęśliwych związków
rozpoczęło się bowiem w wirtualnym świecie. Życie, ani realne, ani
wirtualne, nie jest jednak wolne od kłopotów. Tu polegają one na tym, że
na tego typu portalach zdecydowanie łatwiej znaleźć cyberoszusta niż
miłość.
Współpracując z psychologiem i specjalistą do spraw bezpieczeństwa,
postanowiliśmy sprawdzić, jak wygląda randkowanie w sieci. Wypłynęliśmy
na wzburzone wody matrymonialnych i seksualnych propozycji, a przeglądając tysiące kont i profili, znaleźliśmy tych, którym udało się
szczęśliwie zakochać, ale również natknęliśmy się na krętaczy,
hochsztaplerów, finansowe hieny, cwaniaków, sponsorów i smakoszy, którzy
podczas randki chcą tylko za darmo dobrze zjeść w drogiej knajpie, nie
są zaś w żaden sposób zainteresowani kontynuowaniem znajomości. Seating
nie jest niczym innym jak oszustwem w oszustwie i "kulinarnym"
wyłudzeniem.
Ze zdumieniem odkryliśmy, że nikt nie jest zainteresowany systemowym
ściganiem oszustów podszywających się pod celebrytów czy
wykorzystujących fotografie z banków zdjęć i wizerunki tworzone przez
sztuczną inteligencję. W zależności od przebiegu korespondencji
usiłowaliśmy składać stosowne zawiadomienia dotyczące kradzieży
tożsamości czy prób wyłudzenia pieniędzy. Mimo że wszystko to miało
znamiona czynów karalnych, policja nie chciała przyjąć zgłoszenia ani
tym bardziej nie podjęła działań prewencyjnych, by uchronić przed
naciągaczami potencjalne ofiary.
Skala takich cyberoszustw pozostaje właściwie nieznana, bo część ofiar,
zawstydzonych własną naiwnością, zwyczajnie nie chce powiadamiać organów
ścigania. Powoduje nimi nie tylko zażenowanie, ale też brak wiary w skuteczność działań policji oraz obawa, że doprowadzą one tylko do
obnażenia ich problemu przed bliskimi. Szczególnie gdy w grę wchodzi
sextortion, czyli szantażowanie ujawnieniem intymnych materiałów, takich
jak wysłane naciągaczowi nagie fotografie czy spreparowane przez niego
pornograficzne ujęcia.
Aby zgłębić temat, posługiwaliśmy się przygotowanymi na tę okazję
numerami telefonów oraz korzystaliśmy z programów umożliwiających
zidentyfikowanie widniejących na zdjęciach osób, z którymi
rozpoczynaliśmy towarzyską relację. Gdy na jednym z najpopularniejszych
portali randkowych założyliśmy kobiecy profil, niemal natychmiast
pojawiło się kilkunastu panów zainteresowanych nawiązaniem kontaktu. Już
pięciu pierwszych mężczyzn okazało się oszustami.
Tak, nam też trudno było w to uwierzyć!
Mieszkający w odległości trzydziestu kilometrów od naszego biura Maciej
wydawał się miłym kandydatem na nowego znajomego. Uśmiechnięty, pogodny,
szukający trwałego związku czterdziestolatek po przejściach sprawiał
wrażenie chłopaka z sąsiedztwa. Czar prysł, gdy podał swoje namiary i nachalnie nalegał na kontakt. Po wpisaniu numeru telefonu w wyszukiwarkę
ukazała się długa lista wyników z wielkimi czerwonymi pulsującymi
ostrzeżeniami, że jego właściciel należy do naciągaczy i należy być
ostrożnym, a najlepiej w ogóle unikać z nim kontaktu. To nam
wystarczyło, by wyzbyć się zainteresowania jego osobą.
Drugim kandydatem był uśmiechnięty amerykański lekarz Jonathan.
Przystojny, szpakowaty pięćdziesięciolatek w świetnie skrojonym ciemnym
garniturze, o ujmującym spojrzeniu i promiennym uśmiechu. Deklarował
chęć stworzenia stałego związku i poważne podejście do tematu. Tymczasem
na profilu zamieścił zdjęcie belgijskiego sportowca, który
prawdopodobnie poza leczeniem własnych kontuzji nie miał nic wspólnego z medycyną.
Jan z kolei przedstawił się jako właściciel firmy z Dubaju, który
obecnie przebywa w Polsce i rozgląda się za kandydatką na żonę. Od razu
zadeklarował zauroczenie kobietą ze zdjęcia, czyli mną ;), i zaczął
obiecywać dostatnie życie. Nadmienił, że jego międzynarodowa firma z branży budowlanej stale się rozwija i poszukuje nowych rynków, po czym
niby mimochodem, by zanęcić grubym portfelem, napomknął, że inwestuje w bitcoiny. I tak jak w poprzednich przypadkach okazało się, że nie był on
tym, za kogo się podawał: ów model z Niemiec bynajmniej nie budował
drapaczy chmur na całym świecie.
Podobnie rzecz się miała z innymi kandydatami.
Naszą uwagę zwróciło zdjęcie przystojnego mężczyzny z małą uśmiechniętą
dziewczynką u boku. Ku naszemu rozczarowaniu po niewielkiej pracy
detektywistycznej Francuz imieniem Louis okazał się naciągaczem
ukrywającym się pod zdjęciem rumuńskiego celebryty. I właśnie z Louisem
postanowiliśmy nawiązać kontakt, by spróbować obnażyć sposoby działania
oszustów.
Celem tej książki jest bowiem ujawnienie mechanizmów postępowania
cyberprzestępców z portali randkowych. Niech będzie ona przestrogą, by
nie dać się ponieść emocjom, ale uruchomić również zdrowy rozsądek i podzielić się tym, co się dzieje, z przyjaciółką bądź przyjacielem,
którzy w obiektywny sposób spojrzą na naszą nową miłosną relację.
To wszystko absolutnie jednak nie oznacza, że na portalu randkowym nie
można spotkać miłości życia. Naprawdę można! Znam kilka szczęśliwych
par, które właśnie w ten sposób się poznały i od kilku lat są w kwitnących związkach. Po prostu, jak w przypadku innych życiowych
wyborów, należy zachować rozwagę i ostrożność. To nie zakup samochodu,
który w każdej chwili można sprzedać, tylko realne zaproszenie do
swojego życia obcego człowieka, który może okazać się miłością do
grobowej deski albo... naciągaczem, któremu w dobrej wierze oddamy cały
majątek.
Ale jako że nasz mózg składa się z dwóch półkul, a wzmożona aktywność
jednej może upośledzać funkcjonowanie drugiej, nic nie jest oczywiste i łatwe. W wielkim uproszczeniu: lewa półkula odpowiada za logiczne
myślenie, rzeczową analizę, zdolność porównywania i dyscyplinowania się,
prawa zaś bazuje na emocjach, intuicji, przeczuciach, marzeniach,
skłania nas do spontaniczności. Nie bez kozery mówi się, że aby w stresie wyłączyć emocjonalną prawą półkulę, trzeba uruchomić lewą, na
przykład licząc. Banalne: ile to będzie 3084 podzielone przez 12. Zanim
dojdziemy do tego, że wynik to 257, z pewnością uspokoimy oddech,
kołatanie serca i złagodzimy napięcie.
Niestety w obliczu silnych emocji zazwyczaj pozostajemy głuche na głos
rozsądku. Na oczy opadają nam klapki, a uszy zamykają się na wszelkie
racjonalne argumenty i zastrzeżenia.
Nierzadko nasze zaangażowanie emocjonalne staje się zalążkiem
nieszczęścia. Długie rozmowy w sieci z nowym znajomym, wzajemne
zapewnienia o uczuciu i nadzieja na miłość to niekiedy paradoksalnie
doskonały przepis na katastrofę. Prawdopodobną tym bardziej, że w przeciwieństwie do spotkań w realu nie możemy swojej oceny oprzeć na
faktycznym wyglądzie danej osoby i ważnych niewerbalnych sygnałach:
mowie ciała, ruchu gałek ocznych, mimice, gestach, tembrze głosu.
Dlatego tak ważne jest racjonalne podejście, czytanie nie tylko
wiadomości, ale również między wierszami, a nawet słowami.
Nikt nie powinien oczekiwać od nas, że staniemy się jego bankomatem i skarbonką bez dna. Nikt nie ma prawa prosić nas o pieniądze i szantażować emocjonalnie tym, że jesteśmy dla niego ostatnią deską
ratunku, że tylko dzięki nam, w imię miłości i spędzenia razem reszty
życia, może wyjść z opresji. Nikt nie może wymagać od nas, byśmy
porządkowali jego życie i rozwiązywali problemy.
I taki jest też argument służb: działając w dobrej wierze i pragnąc
pomóc ukochanemu, dobrowolnie oddajemy pieniądze albo zaciągamy
pożyczki, aby wesprzeć potencjalnych partnerów. Niestety często
potrafimy utrzymywać wieloletnią relację z takimi ludźmi, którzy po
prostu naciągają nas na kasę.
Cyberoszuści są jak ogary spuszczone ze smyczy w gęstym, ciemnym lesie:
tropią, węszą, kluczą wokół nas, podpatrują, podpuszczają, by odkryć
słaby punkt. Nasze emocje i ekscytacja, słabości, głęboko skrywane
pragnienie miłości są dla nich jak najsilniejszy afrodyzjak. Jak wyraźne
ślady, po których są w stanie osaczyć, zmanipulować, unieruchomić i dopaść ofiarę.
Krążą wokół nas niby stado hien, korzystając z wszelkich możliwych
narzędzi manipulacji. Początkowo obchodzą nas szerokim łukiem, jedynie
podszeptując słowa, które mają nas uwieść. Wyczuwają nasze lęki, bolesne
doświadczenia, ale też marzenia i przekonują, że zdają sobie sprawę, co
czujemy, bo przeżyli podobne przykrości i podobne wizje szczęśliwego
życia im przyświecają. Że wiedzą doskonale, jak to jest być samotnym,
pragnąć miłości, akceptacji oraz czym jest odrzucenie i zranienie.
Usypiają naszą czujność, sondują, co jest naszą słabością, by oswoić
nas, przyczaić się i wreszcie uderzyć.
Pierwsze uderzenie jest subtelne, ale celne, wymierzone w najsłabszy
punkt. Po chwili zaś zalewają nas własnymi emocjami, obawami i marzeniami korespondującymi z tym, co same skrywamy na dnie duszy i czym
niechętnie dzielimy się nawet z bliskimi. Tak zmanipulowane i oszołomione obietnicą szczęśliwego związku jesteśmy skłonne dopuścić
oszusta do siebie bliżej niż przyjaciela.
Powoduje nami obawa przed utratą potencjalnej wielkiej miłości, nie
chcemy zapeszyć i nie dowierzamy szczęściu, które niespodziewanie stało
się naszym udziałem, ale też obawiamy się opinii znajomych i tego, jak
mogliby wpłynąć na naszą relację z nowo poznaną osobą.
Ufamy swojej intuicji i uważamy, że nikt nie jest w stanie pojąć naszego
zaangażowania i intensywności związku. Nie życzymy sobie cudzego
subiektywnego oglądu. Zresztą oszuści często sprytnie zobowiązują nas do
zachowania tajemnicy, na przykład z powodu niepokoju o powodzenie
prowadzonych interesów.
I tak oto wkrótce, zaczarowane magicznymi słowami o bezwarunkowej
akceptacji i miłości, otumanione wizją szczęśliwego życia, z niepozornej
szarej myszki przeistaczamy się w intrygującego wampa o błyszczących
nadzieją oczach, który już niebawem ma się stać pożądaną kochanką,
spełnioną partnerką, ukochaną żoną.
Oszuści z uwagą obserwują nasze reakcje, jak też kontakty towarzyskie,
analizują każdy detal, by zacieśnić krąg i zaatakować ze zdwojoną siłą.
Posunąć się do szantażu emocjonalnego, zatrzymać w przekonaniu, że to
oni są tymi, na których całe życie czekałyśmy, albo z kolei że to my
jesteśmy tymi jedynymi, które mogą ich ocalić przed złym światem.
Umiejętnie grając na najczulszych strunach emocji, bezwzględnie
wykorzystują nasze uczucia, zaangażowanie, ufność i nadzieję, by
zgrabnie lawirować w celu osiągnięcia własnych korzyści. Nie dbają o to,
do jakiego stanu nas doprowadzą. Są mistrzami w rozpoznawaniu naszych
słabości, nastrojów, w odczytywaniu marzeń i obaw, wszystko po to, by
rozegrać nasze czułe punkty. To bowiem za ich sprawą przejmą kontrolę.
Zaczną na nas wpływać, osaczać i w efekcie doprowadzą na skraj
przepaści.
A co najbardziej zatrważające, z najsilniejszych uczuć, czyli miłości i zaufania, uczynią najsubtelniejsze narzędzia władzy.
Miłość, która jako spełnienie największego z marzeń może nas
uszczęśliwić, w niewłaściwych rękach, a raczej z niewłaściwym partnerem
może stać się zaczątkiem destrukcji. I w tym przypadku trudno nawet
mówić o toksycznej miłości, bo oszust z pewnością nas nie kocha. To
nikczemna konfabulacja sprowadzająca się do podarowania kwiatów i wyznania miłości niedawno poznanej kobiecie, tylko po to, by wywołać w niej euforię. Ma pobudzić motyle w brzuchu i nierzadko zaprowadzić do
łóżka, po czym kłamca szybko o wszystkim zapomni, rozglądając się za
kolejną chętną kobietą.
Ogromnym szczęściem jest zderzenie się z oszustem tylko w wirtualnym
świecie, ci spotkani w realu bowiem mogą nas nachodzić również w miejscu
pracy, śledzić, szantażować, włamywać się do domu, zastraszać fizycznie
i psychicznie, osaczając niczym zwierzę.
Romance scam, czyli oszustwo związane z romansem i rozkochaniem w sobie ofiary, wykorzystujące czyjąś samotność i życiową pustkę, jest
potencjalnie tak łatwe do przeprowadzenia, dlatego że odwołuje się do
naszych pierwotnych potrzeb kochania i bycia kochanym. W dobie nowych
technologii i za sprawą między innymi pandemii, która zamknęła nas w domach i przekierowała na portale randkowe, potęgując przy tym
pragnienie towarzystwa i bycia z kimś, to naturalne, że część naszego
życia przeniosła się do sieci, lecz niestety w wielu przypadkach tam
utknęła. A jak wspominałam, w świecie wirtualnym łatwiej dać się zwieść.
Hochsztapler, tak jak szybko zadeklaruje żarliwe romantyczne uczucie,
tak równie prędko przejdzie do meritum i poprosi o pieniądze lub
przysługę. Pretekstów jest wiele: choroba bliskiej osoby, nagła
operacja, wypadek, niespodziewany pobyt w szpitalu, właściciel
wynajmowanego mieszkania przyszedł po pieniądze, niemożność opłacenia
rachunku za hotel, niezwykła okazja na rozpoczęcie albo sfinalizowanie
biznesu, niemożność zapłacenia za bilet lotniczy, który ma być
przepustką do upragnionego spotkania z ukochaną.
Niebagatelną rolę w oszustwie odgrywają rzekomi celnicy, bo to na nich
zazwyczaj powołują się naciągacze usidlający ofiarę. Za sprawą
funkcjonariuszy mnożą się kłopoty, bo mają jakoby zatrzymać ukochanego
lub jego bagaż na granicy, powodować problemy w firmie.
Naciągacze podszywają się pod ludzi, którzy mają wzbudzać w nas
zaufanie: lekarzy rozmaitych narodowości, amerykańskich żołnierzy,
weteranów wojennych, biznesmenów, wdowców z dziećmi, ale też pięknych i zamożnych z przejściowymi kłopotami życiowymi. Kreując się na
empatycznych bohaterów dnia codziennego, nierzadko bezinteresownie
poświęcających się ludziom w potrzebie, budzą podziw i współczucie.
Łączy ich wyjątkowa empatia, wrażliwość, zrozumienie, czułość oraz to,
że szybko przechodzą do sedna, trafiając do serca ofiar wyznaniem
miłości. Deklarowane zafascynowanie i zapewnienia, że wygląd, wiek i kilogramy nie mają znaczenia, bo miłość jest ponad fizyczne
niedoskonałości, odpalają flarę, za którą każda stęskniona akceptacji
kobieta ślepo podąży. Na co dzień nie rozmawiamy tak otwarcie z mężczyznami, bo zazwyczaj trudno wśród nich znaleźć takich, którzy
szczerze opowiedzą o sobie, trudnościach, jakie przechodzą, i pozwolą
odrzeć się z "honoru" i "męstwa", by pokazać słabości. Tym bardziej
niczym ćmy do światła ciągniemy do kogoś, kto jest naszą emocjonalną
bratnią duszą, której można się zwierzyć i - co więcej - zostać
zrozumianą.
Gdy więc okazuje się, że nad potencjalnym partnerem zbierają się czarne
chmury albo w jesieni życia szuka on miłości, by zamieszkać z nią na
drugim krańcu świata w "egzotycznej" Polsce, nie powinno dziwić, że
"wybranka" eksploduje szczęściem i gorąco odwzajemnia uczucie, już
rozkoszując się wizją szczęśliwego związku.
Zdeterminowani łgarze planujący rzekomo wspólne życie, aby nas
utwierdzić w swoich szczerych zamiarach, zanim staną na progu naszego
mieszkania, "wysyłają" pod nasz adres swój dobytek. Ten oczywiście nigdy
nie dociera, bo "zatrzymują" go wspomniani celnicy, przepada gdzieś w transporcie albo pojawia się problem z kurierem i tak dalej. A to
kolejny idealny pretekst, by poprosić o drobną zapomogę.
Miłość to skomplikowany koktajl uczuć, który przenosi nas w inny wymiar,
pozwalając na opuszczenie gardy, większą szczerość i otwartość, to
narzędzie do wyzwolenia siebie, zbudowania poczucia własnej wartości,
przewartościowania świata. Dlatego tak ważne jest znalezienie właściwego
partnera, by bezpiecznie obnażyć się przed nim emocjonalnie i duchowo, o cielesności nie wspominając. To zatrważające, gdy uświadomimy sobie, że
po drugiej stronie parawanu utkanego z pozorów szczęścia i spełnienia
może się znajdować bezwzględny złodziej czyhający nie na nasze serce,
tylko na pieniądze.
Ten rodzaj perfidnej manipulacji obliczonej na korzyści majątkowe,
pasożytujący na bliskich, zazwyczaj romantycznych relacjach, jest
szczególnie obrzydliwy i powinien być jak najsurowiej karany. Takie
wykorzystanie prowadzi do destrukcji ofiary na wielu płaszczyznach
życia, dalece wykraczając poza tę materialną. Od zranionych uczuć i zawiedzionych nadziei poczynając, przez obniżenie samooceny,
dalekosiężne skutki finansowe, izolację, chorobliwą skrytość, zwątpienie
w ludzi i niemożność zaufania w nowych i dawnych relacjach, po załamania
nerwowe, stany lękowe, bankructwo, depresję, a nawet próby samobójcze.
Niestety w naszych badaniach dotarliśmy również do tak drastycznych
przypadków.
Oszuści są doskonałymi, choć zwykle domorosłymi psychologami, którzy
rozpoznawszy nasze słabości, wykorzystują wszelkie narzędzia, by nas
skutecznie zmanipulować. Stosują różnorakie techniki. Przede wszystkim
przyjmują fałszywą tożsamość, by rozkochać ofiarę w swoim idealnym
wizerunku. Prawią czułe słówka i nieszczere komplementy, zatajając
informacje i tworząc wyimaginowany szczęśliwy świat, do którego
zapraszają z całkowitą otwartością. W miarę rozwoju znajomości wywierają
coraz większą presję emocjonalną, moralną i finansową, częstokroć
starając się wpędzić ofiarę w poczucie winy, a nawet posuwając się do
szantażu.
Nie ma tu mowy o tym, co jest fundamentem zdrowego związku, czyli
zaufaniu, zrozumieniu, wsparciu, miłości, o elementarnej uczciwości
nawet nie wspominając. To nic innego jak bałamucenie i kontrolowanie
ofiary pod płaszczykiem miłości, osaczanie jej, manipulowanie, a wszystko po to, by osiągnąć swój cel zazwyczaj związany ze zdobyciem
pieniędzy. Karmią nas bajką o Kopciuszku, którego spotkało
niewyobrażalne szczęście, lecz nie zdradzają, że w naszym życiu
zakończenie tej historii bynajmniej bajkowe nie będzie.
Odwołują się też do wszelkich plag, kataklizmów, traum, chorób, które
spadają na dobrych, Bogu ducha winnych ludzi, i dają do zrozumienia, że
nasza mała, drżąca dłoń, przyjaźnie wyciągnięta w ich stronę w dniu
nieszczęścia, może sprawić, że przetrwają najgorsze i odwdzięczą się,
zapewniając nam szczęśliwe i dostatnie życie do grobowej deski u ich
boku. W takiej sytuacji zakochana kobieta nie będzie zastanawiała się
nad drobnymi kwotami, bez których w sumie się obędzie, a które dla
"wybranka" mogą być zbawienne.
Przy wykorzystaniu manipulacji, skrupulatnie zaplanowanego w każdym
calu, zakamuflowanego i celowego działania, robią nam wodę z mózgu,
przekierowując na magiczne myślenie o szczęściu, stałym związku i prawdziwej miłości.
Nie bez kozery mawia się, że miłość to choroba, ale nie serca, tylko
mózgu. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zakwalifikowała zakochanie
jako jednostkę chorobową o numerze F63.9, co może być ciekawym punktem
wyjścia do pogłębienia naukowych rozważań. Procesy, które zachodzą w naszym organizmie, gdy się zakochujemy, sprowadzają się do zmian
biochemicznych, a samo oszołomienie miłością trwa statystycznie około
dwóch lat, o czym wiedzieli już chyba nasi pradziadowie, którzy mawiali,
że "czas mija w miłości, a miłość mija z czasem".
Gwałtowny wyrzut hormonu szczęścia, dopaminy, sprawia, że zachwycamy się
światem i jego najważniejszym elementem - naszym nowym partnerem.
Kochamy go na zabój. A gdy dopamina wypiera serotoninę, gwałtownie
obniżając jej stężenie, stajemy się rozkojarzone, niespokojne, nie
sypiamy po nocach, rozmyślając o ukochanym i planując kolejne spotkania.
Koktajl serotoniny, dopaminy, ale także adrenaliny, hormonu przetrwania,
podlany fenyloetyloaminą, odpowiedzialną za ich syntezę, dopełnia dzieła
euforycznego uniesienia, a nierzadko oszałamia i zaburza racjonalne
postrzeganie.
Tsunami hormonów, które zalewa mózg, staje się największym wrogiem
rozsądku. Świadczą o tym powiedzenia: "zakochani mają oczy, a nie widzą,
mają uszy, a nie słyszą", "miłość zdrowy rozsądek odejmuje", "miłość
jest ślepa", "w miłości serce sędzią, a nie rozum", "kiedy miłość
szepcze, rozum milczeć musi".
Cyberprzestępca, pozyskując nasze zaufanie i obiecując spełnienie
marzeń, ma jeden cel: zmanipulować nas, żerując na naszych emocjach,
odciąć od zdrowego rozsądku i racjonalnie myślących przyjaciół, by na
końcu zdobyć korzyść materialną.
Chciałoby się podsumować, że ofiary są naiwne, bezmyślne i same proszą
się o kłopoty. Wzruszyć ramionami i przejść obok obojętnie. Jednak w rzeczywistości każda z nas albo ktoś z naszych bliskich może paść ofiarą
oszusta matrymonialnego. Dlatego tak ważne jest zrozumienie tych
mechanizmów.
To jak ze świetnie znanym oszustwem na wnuczka, o którym trąbi się w mediach, o którym informuje policja i przed którym często ostrzegają
codzienne serwisy informacyjne. W obu przypadkach rzecz sprowadza się do
żerowania na emocjach i w obu przypadkach ofiary, działając w dobrej
wierze, przekazują pieniądze obcym. I choć wszyscy o tym słyszeli, nadal
kolejne osoby dają się nabrać, a reszta ma tendencje do lekceważenia
problemu.
Tymczasem metody naciągaczy stają się coraz doskonalsze i bardziej
wiarygodne - do tego stopnia, że gdy wraz z zespołem opracowywaliśmy
różne przypadki i właściwie mieliśmy już pewność, że po drugiej stronie
ekranu znajduje się oszust, przeżywaliśmy chwile zwątpienia,
zastanawiając się, ile prawdy jest w jego słowach. Tym bardziej kobieta
łaknąca miłości i otwarta na uczucie może być bezradna wobec technik
hochsztaplerów.
Co więcej, nie ma znaczenia, czy jesteśmy bogate czy biedne, świetnie
wykształcone, czy odnosimy sukcesy zawodowe. Wszyscy, zarówno kobiety,
jak i mężczyźni, marzymy o przynależeniu do kogoś, o byciu kochanym i szczęśliwym. Rodzina, nawet jeśli sprowadza się do skromnych dwóch osób,
jest wartością nadrzędną, ostoją bezpieczeństwa i gwarantem poczucia
wspólnoty.
Nie zapominajmy też o tym, że nierzadko jesteśmy skłonne do oszukiwania
samych siebie. Mimo rozsądku i życiowych doświadczeń wmawiamy sobie, że
rzeczywistość jest inna niż ta, którą postrzega rozum.
Łudzimy się i trwamy w przeświadczeniu, że oto jesteśmy wyjątkiem od
reguły, że spotyka nas coś nietuzinkowego, co teoretycznie nie miało
prawa się wydarzyć. Że jednak cudowna baśń może się urzeczywistnić, a my
staniemy się jej bohaterką, o czym z zazdrością będą plotkować
koleżanki.
Mamy przy tym świadomość, że gdy wychodzimy w rozciągniętym dresie po
zakupy lub z psem na spacer, na klatce schodowej naszego bloku raczej
nie spotkamy ideału, który otuli nas troską, czułością i bezgraniczną
miłością. Niestety często swoje trzy grosze wtrąca zarozumiałość,
jeszcze skuteczniej paraliżując rozsądek, i z radością myślimy sobie, że
wreszcie utrzemy nosa byłemu mężowi, znajomym, koleżankom z pracy, gdy
przedstawimy im opalonego przystojniaka ze sportowym samochodem w tle i z satysfakcją spojrzymy na ich szarych, całkiem zwyczajnych, znudzonych
życiem facetów, którzy już niczym nie zaskoczą swoich partnerek. Tylko
przed nami jaskrawo maluje się ekscytujące, pełne uniesień i przygód
życie, znane do tej pory z filmów i seriali.
Dlatego tak ważna jest znajomość metod manipulacji i ostudzenie emocji,
by nie przeżyć największego życiowego zawodu. Modus operandi oszustów
zazwyczaj jest podobny.
Oszust przede wszystkim buduje u ofiary fałszywe poczucie
bezpieczeństwa. Za wszelką cenę dąży do tego, by ofiara czuła się przy
nim dobrze, uwierzyła, że jest piękna i doceniana, aby była zrelaksowana
i przekonana, że szczęście jest na wyciągnięcie ręki. Cierpliwie i motywująco okazuje jej zainteresowanie, otaczając troską, dobrocią,
wyrozumiałością. Przy nim ma się czuć tak jak przy nikim innym.
Naciągacz manipuluje ofiarą tak, by wzbudzić zaufanie, by mu zawierzyła
i wyznała wszelkie sekrety, nieświadoma, że przeprowadzany jest z nią
swoisty wywiad środowiskowy, z którego dane niebawem zostaną
wykorzystane przeciwko niej.
Sprytem i kłamstwami, mydląc oczy cudownym romansem, zdobywając uczucie,
tym wytrychem otworzy bramę, by dobrać się do pieniędzy. Idealną
sytuacją jest dla niego poznanie bogatej kobiety, ale nawet te z niewielkimi możliwościami finansowymi są łakomym kąskiem, bo mogą
zaciągnąć kredyt w banku, zapożyczyć się u przyjaciół, w ostateczności
wyprzedać majątek. Tak, majątek. Dosłownie poświęcić firmę, zastawić
dom, pozbyć się rodzinnych pamiątek. Takie przypadki nie należą do
rzadkości.
A gdy to już nastąpi, pod gilotyną zobowiązań, pod pręgierzem zawodu i wstydu zrobią wszystko, by ukryć to, co się stało. Nie poproszą o pomoc;
stojąc nad przepaścią, utracą sens życia, pogrążą się w depresji, a może
nawet spróbują odebrać sobie życie.
Oszust bezwzględnie i systematycznie roztacza czar, oplatając ofiarę
gęstą siecią rzekomego zrozumienia i empatii, na przykład podnosząc na
duchu po stracie partnera. Buduje wokół niej mur z pozornego
bezpieczeństwa, do którego bramy klucz ma tylko on. Sprawia, że
skrzywdzona wcześniej kobieta nie będzie nawet podejrzewać, że jest
manipulowana, i nie zorientuje się, jakie techniki na niej zastosowano,
raczej będzie trwała w przekonaniu, że kontroluje sytuację i samodzielnie podejmuje decyzje.
Naciągacz podsyca uczucia, wkradając się coraz bezczelniej i głębiej w najskrytsze zakamarki duszy, aż wreszcie ofiara czuje ulgę, że nie jest
sama na tym świecie. Nie może uwierzyć swemu szczęściu, że oto znalazła
swoją drugą połowę. A oszust sprytnie potwierdza te uczucia i życiowe
doświadczenia, bazując na tym, co najbardziej przyciąga nas do innych,
czyli na podobieństwach i wzajemności.
Przeżył to samo, ma podobne obawy i doświadczenia, też się zwierza i liczy na wsparcie. Mówi tym samym językiem, podziela wyobrażenia, a u ofiary na horyzoncie nareszcie pojawia się wizja wspólnego szczęścia
opartego na zrozumieniu i harmonii. Wzajemnie się wzmacniają i wyświadczają sobie drobne przysługi. Początkowo sprowadzają się one do
wysłuchiwania, porad i pocieszania, później do pożyczania drobnych kwot,
które są zwracane w terminie. To ma oswoić ofiarę i utwierdzić w szczerości i uczciwości zamiarów naciągacza, by wreszcie na planszy
pojawiły się większe pieniądze, które już nigdy nie zostaną zwrócone.
Ofiara się angażuje. Czeka na każdy sygnał, niecierpliwi się, stresując
kolejną wiadomością, chce być pomocna, wspólnie budować przyszłość i pokonywać przeszkody. Nawet jeśli rozum mruczy pod nosem, że coś tu się
nie zgadza, pozostaje głucha na jego podszepty, skupiając się na
konsekwentnym brnięciu przed siebie. Stanowczo trzyma się swoich
wyborów, zapewniając samą siebie, że słusznie czyni. Boi się utraty
szansy na związek.
Umacnia się w przekonaniu, że inni na jej miejscu zachowaliby się tak
samo i że jej postępowanie nie tylko jest akceptowane, przecież pomaga
drugiemu człowiekowi, ale również społecznie właściwe.
Prawda o tym, co zrobiła, a w zasadzie co jej zrobiono, jak ją
zmanipulowano i oszukano, dociera do ofiary w chwili, gdy nie może
odzyskać pożyczonych pieniędzy, a kontakt z ukochanym staje się coraz
bardziej sporadyczny, by niespodziewanie ustać na zawsze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki