Rozdział drugi
Jolie
TERAŹNIEJSZOŚĆ
Otworzyłam frontowe drzwi... I zacisnęłam powieki - jakbym była w stanie sprawić, by chłopak i jego torba zniknęli jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Po chwili otworzyłam oczy... Mój syn nadal stał na dziedzińcu.
- Tate?
- Cześć, mamo! - rzucił Tate. Cade spojrzał na niego z absolutnym przerażeniem. Ja również.
Powietrze uszło ze mnie jak z przebitej dętki. Natychmiast spociły mi się dłonie, a serce zaczęło walić tak mocno, jakby chciało wyrwać się z klatki piersiowej.
Nie... To nie działo się naprawdę. Musiałam zasnąć, gdy Cade opuścił pokój. To był tylko sen. Nie było innej możliwości. Takie rzeczy zdarzały się tylko w najgorszych koszmarach.
A jeszcze przed chwilą czułam się tak wspaniale... Cade obiecał, że pomoże mi dokończyć sprawę z ojcem - i owszem, może nadal po części powodowały nim stare urazy, ale czułam też, że coś się zmieniło. Że więź między nami - istniejąca nawet pomimo wielu lat rozłąki - nadal jest. I że Cade, zamiast próbować ją zerwać, jak w zeszłym tygodniu, zamiast tego zaczął ją skracać, pociągać za nią tak, by przyciągnąć mnie bliżej.
A ja byłam gotowa mu na to pozwolić. Czułam, że jestem gotowa powiedzieć mu wszystko, wyjawić każdy sekret.
To było dobre uczucie.
Sięgnęłam nawet po telefon, by odezwać się do Tate'a. Minęło już trochę czasu, od kiedy ostatni raz sprawdziłam, co u niego. I choć wiedziałam, że jest już na tyle dojrzały, by poradzić sobie w życiu - pod okiem sąsiada - nadal stawałam się nerwowa, gdy za długo się nie odzywał.
Fakt, że nie mogłam zlokalizować telefonu w sypialni, demonstrował jedynie, jak roztrzepana robiłam się w domu rodzinnym. Czy naprawdę nie napisałam do Tate'a od kolacji? Spanikowana wyskoczyłam z łóżka i ubrałam się w pędzie, po czym udałam się na poszukiwania.
Gdy znalazłam się na parterze, moją uwagę przyciąg-nął odgłos silnika samochodu. Przez okno ujrzałam dobrze znanego nissana - sama podpisałam na niego umowę leasingową zaledwie trzy miesiące wcześniej.
Twarz kierowcy znałam oczywiście od chwili, kiedy się urodził.
Niedawno obiecał mi, że nie wyjedzie samochodem na autostradę, jeśli ja nie będę siedziała obok niego. A że z Bostonu dało się dojechać jedynie autostradą, istniały tylko dwie możliwości - albo Tate złamał obietnicę (co mu się nie zdarzało), albo to wszystko mi się przyśniło.
Tak - to na pewno był sen.
Bo co Tate miałby tu robić? Przecież był przekonany, że jestem na konferencji w Nowym Jorku. Nawet gdyby podejrzewał, że go okłamałam, jak mógł się domyślić, że będę w moim rodzinnym domu? I skąd się dowiedział, jak tu dojechać? Ostatnim razem widział ten dom, gdy miał siedem lat. Nie znał nazwy miasteczka, a już tym bardziej dokładnego adresu...
Nie. Nie, nie, nie! Cade nie mógł się o nim dowiedzieć w taki sposób, w takich okolicznościach!
A jednak powiew chłodnego powietrza na mojej twarzy nie pozostawiał wątpliwości - to nie był sen. Stałam na ganku domu ojca i spoglądałam na dwóch najważniejszych mężczyzn w moim życiu. I czułam, że jestem na granicy ataku paniki.
- Jolie jest twoją... matką? - Cade przybrał zimny wyraz twarzy. Nabrał niemal mistrzowskiej wprawy w tłumieniu i ukrywaniu emocji. Inaczej nie przetrwałby młodości, której elementem był mój ojciec.
Ja z kolei zamarzłam. To był mój mechanizm obronny. Głos w mojej głowie krzyczał, bym coś zrobiła, ruszyła się! Jednak ciało odmawiało posłuszeństwa.
- Eee... Tak. Nie byłem pewien, czy to właściwy adres. - Tate uśmiechnął się rozbrajająco. - Ale widzę, że trafiłem. Mam na imię Tate. - Mój syn miał wielki dar zjednywania sobie ludzi. Był zawsze miły i uśmiechnięty. I zwykle nikogo się nie bał.
Zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, by miał dobre życie i ufał ludziom. Sama nie dostałam takiej szansy. W każdej innej sytuacji uznałabym, że odniosłam kolejne zwycięstwo.
Teraz jednak dostrzegłam, że może w tej konkretnej sytuacji wyświadczyłam mu niedźwiedzią przysługę. Kochałam Cade'a - zakochałam się w nim na nowo, ale też nigdy nie przestałam go kochać. Obawiałam się jednak, że sytuacja mogła wytrącić go z równowagi. I miał do tego prawo. Mógł zachować się nieprzewidywalnie. A ja, choć z całych sił pragnęłam nie stracić tego, co zaczęło między nami kiełkować, przede wszystkim musiałam chronić syna.
Ta myśl pozwoliła mi się w końcu ruszyć z miejsca.
Zrobiłam krok przed siebie - i szybko się cofnęłam, gdyż nagle przypomniałam sobie, że wyszłam na ganek boso.
- Chodź tu, Tate! - rzuciłam ostrym tonem. Bardzo chciałam dowiedzieć się, co on tu w ogóle robi, ale to mogło zaczekać. - Ale już.
Tate zmarszczył brwi, skonfundowany, ale ruszył w moim kierunku. Cade jednak zatrzymał go, łapiąc za ramię. Zadrżałam z przerażenia.
- Zaczekaj, Tate. Powiedz mi, proszę, ile masz lat?
- Zostaw go w spokoju, Cade. - Odwróciłam się na chwilę i zanurkowałam do szafy w korytarzu, bo przypomniałam sobie, że Carla trzymała tam kapcie. - Tate, chodź do mnie.
Zdążyłam włożyć jeden kapeć i gorączkowo rozglądałam się za drugim, gdy usłyszałam, jak Tate odpowiada:
- Prawie siedemnaście. Zaraz... Cade?
- Tate! - Nie pamiętam, kiedy ostatnio użyłam wobec niego tak ostrego tonu. Ale ta rozmowa nie mogła się odbyć w ten sposób...
Jebać drugi kapeć. Nadeszła pora, by włączyć się do akcji.
Nagle za moimi plecami usłyszałam głos Carli:
- A, przyjechał!
Zaraz, zaraz... Ona spodziewała się przybycia Tate'a?
Obróciłam się na pięcie, przodem do niej.
- To twoja sprawka? - Nie miałam pojęcia, jak jej się to udało, ale sprowadziła mojego syna w miejsce, w którym absolutnie nie powinien się znaleźć. Zacisnęłam dłoń w pięść. Nigdy wcześniej nikogo nie uderzyłam, ale...
- W jakim miesiącu się urodziłeś? - Cade nadal prowadził swoje przesłuchanie.
Kurwa... Nie miałam teraz czasu na rozprawienie się z Carlą! Odwróciłam się do niej plecami, nie czekając na jej odpowiedź, i podbiegłam do Tate'a. Nie zważałam nawet na śnieg pod bosą stopą.
- Eee... W styczniu - odpowiedział Tate. - Szóstego stycznia.
Nie było trudno to policzyć. Na twarzy Cade'a widać było przekonanie, że wykonał obliczenia poprawnie. Nie byłam w stanie go powstrzymać.
- Tate, proszę cię... - Popchnęłam syna w kierunku domu. - ...wejdź do środka.
- Ale, mamo...
- Serio, Tate... - Nie pozwoliłam mu dojść do głosu. - Marsz do domu. Niedługo przyjdę.
- Jezu, dobrze już, dobrze.
Skrzywiłam się. Musiałam z nim później porozmawiać o tonie głosu, jakim wypada się zwracać do matki. Miałam ochotę podążyć za nim natychmiast, ale musiałam przecież porozmawiać najpierw z Cade'em.
Moją największą miłością...
Mężczyzną mojego życia - który obecnie przewiercał mnie wściekłym spojrzeniem z wyrazem twarzy, który domagał się natychmiastowych odpowiedzi.
Odpowiedzi, które musiały poczekać, aż mój syn znajdzie się tam, gdzie mnie nie usłyszy.
- Chodź, chodź, Tate. Zrobię ci gorącą czekoladę.
Pieprzona Carla...
Obejrzałam się na nią.
- Ani mi się waż do niego odezwać, dopóki nie wrócę.
Carla spojrzała na mnie z wściekłością.
- Spokojnie, Julianno, ja tylko chcę, żeby młody się rozgrzał. Nie musisz mi od razu urywać głowy.
Nie miała pojęcia, co działo się wewnątrz mnie. Inaczej posrałaby się ze strachu. A jej udawana niewinność nie pomagała mi się uspokoić. Wiedziałam, że posyłam syna do jaskini lwa. Niemal odpuściłam sobie rozmowę z Cade'em...
- Nic mi nie powiedziałaś? Nie miałaś mi zamiaru wspomnieć ani słowem? Kurwa!
Cade nie dał o sobie zapomnieć.
- To nie tak...
- CO nie tak?! - przerwał mi. - Jak mogłaś...
- Cade, posłuchaj... - podniosłam głos, próbując do niego przemówić.
- Pozbawiłaś mnie...
- On nie jest twoim synem! - wykrzyknęłam. Oby tylko Tate nie usłyszał... Obejrzałam się. Nie, drzwi frontowe nadal były zamknięte. A Cade wreszcie zaczął zwracać uwagę na to, co mówię. - On nie jest twoim synem - powtórzyłam. Nawet po tych wszystkich latach trudno mi było wypowiedzieć te słowa na głos.
Nie chciałam nawet myśleć, jak ciężko było je usłyszeć.
- Ale jego data urodzin... - W oczach Cade'a ujrzałam błysk nadziei. A może płomień buntu? Pragnienie przeszłości takiej, jaką sobie wyobrażał, w jaką wierzył? Opór przed przyjęciem prawdy?
Cóż - teraz musiał uznać ową prawdę. Choć zapewne doprowadziła ona do zachwiania jego świata w posadach.
I choć wyjawienie mu całej prawdy, z wszelkimi szczegółami, mogłoby pomóc załagodzić sytuację, nie byłam w stanie przekazać mu jej, stojąc na zewnątrz na jednej stopie, by tą drugą, gołą, nie dotykać śniegu. I podczas gdy mój syn był przesłuchiwany za moimi plecami przez swoją przyszywaną babcię.
Cała prawda była tak trudna, że trudno byłoby ją wyjawić nawet we w pełni komfortowych warunkach. Sama nadal miałam problem z wypowiedzeniem jej na głos.
- Skoro w styczniu skończy siedemnaście lat... - Cade nie miał zamiaru odpuścić. - ...to znaczy, że byłaś w ciąży w dniu zakończenia szkoły.
Chciałabym móc skłamać, ale mogłam jedynie odpowiedzieć:
- Tak.
Cade w końcu pojął. Ramiona mu opadły. Twarz posmutniała. Zaszłam w ciążę, gdy byliśmy razem. Jednak dziecko nie było jego. Co oznaczało...
- Aha. - Odsunął się o krok. I kolejny. - Rozumiem...
Niestety, nie rozumiał jednak nic. I choć wiedział już, że nie odebrałam mu szansy na wychowanie własnego dziecka, nie byłam pewna, czy to, czego się właśnie dowiedział, łatwiej mu będzie wybaczyć.
- Cade... - odezwałam się błagalnym tonem, do którego nie miałam prawa. Potrząsnął głową, potwierdzając moje przypuszczenia - może już nigdy nie będę mieć prawa do błagania go o cokolwiek. Cofnął się o kolejny krok.
- Ale ze mnie idiota.
- Nie... - Podążyłam za nim, wyciągając do niego ręce. - Wcale nie.
- Jebany idiota.
- Nie jesteś idiotą. Muszę ci to wszystko wyjaśnić...
On jednak mnie nie słyszał. Był w transie, osłupiały i ogłuszony. Odwrócił się ku naszemu wynajętemu wozowi.
- Eee... Ja pojadę do tego ślusarza.
Nie potrafił ukryć bólu, który czuł - choć próbował z całych sił. I chociaż wiele razy wyobrażałam sobie tę rozmowę, jego reakcja była znacznie gorsza niż cokolwiek, co sama byłam w stanie wymyślić.
Złamałam mu serce.
Znowu.
Ile jeszcze razy mogłam to zrobić, licząc przy tym, że da się to naprawić?
Czułam jego ból, jakby był moim własnym.
Cokolwiek działo się w domu, nagle straciło znaczenie.
- Cade, zaczekaj! Porozmawiajmy, proszę! - Pobiegłam za nim.
Cade stał już przy drzwiach samochodu od strony kierowcy.
- Nie mogę. - Otworzył drzwi. - Muszę... - Nie dokończył zdania, zamiast tego uniósł klucze do domku mojego ojca, które miał zamiar zabrać do ślusarza, by je skopiować. Nie byłam odpowiednio ubrana ani przygotowana, ale podbiegłam do drzwi od strony pasażera.
- Pojadę z tobą. - Pociągnęłam za klamkę. Drzwi były zamknięte. Pociągnęłam ponownie, jakby to mogło cokolwiek zmienić. - Proszę, pozwól mi jechać.
Cade zatrzymał się z jedną stopą wewnątrz kokpitu. Nie był w stanie spojrzeć mi w oczy.
- Wolałbym w tej chwili pobyć sam. - Skinął głową w kierunku domu. - A ty idź do syna. - Ostatnie słowo było jak sztylet wbity w serce. I choć wiedziałam, że cała ta sytuacja była dla niego okropna i że może, gdyby pozwolił mi wyjaśnić, zrozumiałby ją lepiej, poczułam się usprawiedliwiona. To właśnie dlatego nic mu nie powiedziałam. To dlatego zachowałam tajemnicę, nawet gdy ponownie pojawiłam się w jego życiu.
Bo czułam, że z powodu tej informacji Cade mnie znienawidzi.
A jeśli powiem mu cokolwiek więcej - znienawidzi siebie.
Sama nie wiedziałam, co gorsze.
Nie zatrzymywałam go więc dłużej. Pozwoliłam, by wsiadł za kółko i odjechał.