NORA, WSCHÓD
ŻYJĘ W NORZE. Kiedy tylko mogę, piszę na gładkich ścianach z pustaków - dawniej robiłam to paznokciami, teraz używam ołówków, które przynoszą mi strażniczki.
Światło wpada przez małe okienko z luksferów, znajduje się wysoko na ścianie i sięgają do niego tylko wielonożne pełzające stwory, które mieszkają tu ze mną. Lubię pająki i mrówki, tworzące tutaj oddzielne królestwa i potrafiące unikać się nawzajem w naszym dziewięciometrowym współdzielonym wszechświecie. Blask tamtejszego świata, jego słońca, księżyca i gwiazd, a może tylko świetlówek - tego nie mogę być pewna - wlewa się przez okno, rozszczepia i ląduje na ścianie w postaci czerwono-żółto-niebiesko-fioletowych wzorów. Przez strumień światła prześlizgują się czasem cienie gałęzi drzew, przechodzących zwierząt, uzbrojonych strażniczek, a może nawet innych więźniarek.
Kiedyś spróbowałam dosięgnąć tego okna. Ułożyłam na łóżku w stos wszystko, co miałam - stolik nocny, małe pudełko na kosmetyki oraz trzy książki, które dostałam od strażniczek (arabskie przekłady Listy Schindlera, Stu dni szczęścia i Zawsze bądź wdzięczny). Wyciągałam się na stosie najdalej, jak potrafiłam, lecz tylko zgarnęłam pajęczyny.
Gdy jeszcze miałam twarde paznokcie i ważyłam więcej, starałam się wzorem innych rachować czas, ryjąc znaki na ścianie, jeden każdego dnia, po pięć w rzędzie. Lecz szybko zdałam sobie sprawę, że cykle światła i mroku w Norze nie odpowiadają tym z wolnego świata. Przyniosło mi to ulgę, bo chęć nadążania za życiem toczącym się poza Norą zaczęła mnie przytłaczać. Odrzucenie rygoru kalendarza pozwoliło mi zrozumieć, że czas nie jest realny; gdy brak nadziei i na nic nie czekasz, traci logiczne uzasadnienie. Moja cela trwa poza czasem. Zamiast niego jest ziejący bezmiar czegoś nienazwanego, pozbawionego teraźniejszości, przyszłości oraz przeszłości, który wypełniam raz wyobrażonym, raz zapamiętanym życiem.
Czasami ktoś do mnie przyjdzie. Wyglądem i rozmowami odzwierciedlają klimat świata, w którym zmieniają się pory roku i pogoda; gdzie samochody, samoloty, łodzie i rowery przewożą ludzi z miejsca na miejsce; gdzie gromadzą się oni, aby bawić się, jeść, płakać czy wspólnie ruszać na wojnę. Prawie wszyscy moi goście są biali. I chociaż nie wiem, kiedy jest dzień, a kiedy noc, dzięki nim z łatwością rozpoznaję pory roku. Latem i wiosną ich skóra promienieje słońcem. Oddychają swobodnie i emanują energią rozkwitu. Zimą przybywają bladzi i przygnębieni, rzucając smętne spojrzenia.
Zanim moje włosy posiwiały, odwiedzających bywało więcej, byli to głównie biznesmeni z branży więziennej (tak, istnieje coś takiego), którzy przyjeżdżali popodziwiać moją Norę - mój karcer. Ci elegancko ubrani inwigilatorzy zawsze pozostawiali mnie z uczuciem pustki. Nadal, choć już nie tak często, pojawiają się reporterzy i obrońcy praw człowieka. Po wizycie Leny i kobiety z Zachodu przez jakiś czas przestali do mnie przychodzić.
Kiedy ta kobieta z Zachodu - wyglądała na około trzydziestkę - chciała przeprowadzić ze mną wywiad, strażniczka pozwoliła mi nawet usiąść na łóżku, nie przykuła mnie do ściany. Nie pamiętam, czy była dziennikarką, czy działaczką. A może pisarką. Doceniłam, że przyprowadziła tłumaczkę - młodą Palestynkę z Nazaretu. Niektórzy goście nie zadali sobie tyle trudu, zakładając, że muszę mówić po angielsku. Oczywiście potrafię, ale nie przychodzi mi to łatwo, no i nie zamierzam się do nich dostosowywać.
Ciekawiło ją moje życie w Kuwejcie, chciała rozmawiać o mojej "seksualności". Wszyscy chcą tylko historii mojej cipki. Pławią się w domysłach i ze swobodą rzucają słowa, do których nie mają prawa. Dociekała, czy to prawda, że byłam prostytutką.
- Dla ciebie prostytucja to "temat seksualności"? - zadrwiłam.
Przez jej twarz przemknął cień zakłopotania.
- Nie, oczywiście, że nie - odparła w końcu. - Zostawmy to.
Była wysoka, brązowe włosy luźno związała na karku. Miała na sobie dżinsy i prostą beżową bluzkę, żakiet i wygodne czarne buty. Ani śladu makijażu. Nie polubiłam jej. Spodobała mi się tłumaczka, niska, o ciemnej karnacji, jak moja, która włożyła czerwone Conversy z czternastoma czarnymi kropkami wyrysowanymi na białych gumowych noskach. Jedna kropka, potem grupa dziewięciu kropek i jeszcze cztery kropki: 194 - kod, którego używaliśmy, aby uniknąć izraelskiej inwigilacji. Ukryte wiadomości odczytywaliśmy z każdego pierwszego, dziewiątego, a następnie czwartego słowa. Dzięki temu wiedziałam, że była kimś więcej niż tłumaczką. Jej imię pamiętam: Lena.
Z początku nie rozumiałam. Metoda 194 sprawdza się tylko w wiadomościach pisemnych. Nie dałybyśmy rady jednocześnie liczyć, słuchać, tłumaczyć i mówić. Aż nagle zdałam sobie sprawę, że Lena, tłumacząc, przy niektórych słowach lekko stuka ołówkiem. Musiała zauważyć, kiedy to sobie wreszcie uświadomiłam, bo uśmiechnęła się subtelnie. Słowa, które wystukiwała, ułożyły się w wiadomości "zjedz notatkę", "przeżuj kartkę" oraz "taca jedzenia".
Prowadząca wywiad spuściła wzrok, jakby nagle niepewna, jak powinno brzmieć następne pytanie.
- O czym chciałabyś opowiedzieć? - spytała mnie w końcu.
Tego dnia błądziłam po plażach, pustyniach i sklepach Kuwejtu w prostszych czasach.
- Zajt u-zatar1 - wypaliłam.
- To ten palestyński sos do chleba? - Spojrzała na Lenę pytająco.
Lena przytaknęła, a kobieta coś sobie zanotowała, choć widziałam, że ta opowieść wcale jej nie pociąga. Lecz i tak ją jej przedstawiłam.
- Kiedy mieszkaliśmy w Kuwejcie, w gazetach regularnie publikowano wyniki egzaminów Tawdżihi i każdego roku w pierwszej dziesiątce najlepszych absolwentów dominowali Palestyńczycy. Kuwejtczyków ubodło to szczególnie w roku, gdy na wszystkich pierwszych pięciu miejscach znaleźli się wyłącznie Palestyńczycy. Wtedy poszła plotka, że Palestyńczycy są tacy bystrzy, ponieważ jedzą mnóstwo zajt u-zatar. I nagle cały kraj zaczął kompulsywnie pochłaniać zajt u-zatar. Sklepy nie nadążały z uzupełnianiem zapasów na półkach - roześmiałam się.
Kobieta z Zachodu wierciła się niespokojnie, słuchając przekładu Leny. Zignorowałam jej poirytowanie i kontynuowałam opowieść:
- Wiedziałam, że to nieprawda, ponieważ wsuwałam mnóstwo zataru, a w szkole i tak nigdy mi nie szło dobrze. Zostałam w dziewiątej klasie; oblałam religię i matematykę w tym samym roku, w którym mojemu bratu Dżihadowi zaproponowano przeskoczenie klasy czwartej.
A choć był to raczej szczęśliwy okres, pozostały mi po nim poczucie porażki i chęć zapewnienia młodszej wersji siebie, że jest wartościowa i mądra; przekonania jej, że potrafi się uczyć, aby uwierzyła, że nie jest głupia, mimo że świat twierdził inaczej.
Kobieta z Zachodu próbowała wejść mi w słowo, ale nie dałam sobie przerwać:
- Przez jakiś czas próbowałam poprawiać oceny i pozwoliłam bratu, aby mnie uczył. Lecz gdy szkoła wierzy, że jesteś głupia, to nieważne, ile pracy włożysz, nie zdołasz przekonać nauczycieli, że jest inaczej.
- Twój brat... Czytałam, że on był...
Nie dałam jej skończyć.
- Mój brat jest genialny - poprawiłam ją.
Spojrzała w notes, ale nie zanotowała. Rozumiałam, że moje dziecięce dylematy mało ją interesują.
- Nie obchodzi mnie, co czytałaś o moim bracie. Dżihad był delikatny i wrażliwy. Kiedy uczył się w gimnazjum, dowiedziałam się, że dwóch chłopców go prześladuje. Zebrałam paczkę dziewczyn, zaczekałyśmy na nich przed bramą szkoły i spuściłyśmy im porządne manto. Od tej pory Dżihad jeszcze bardziej mnie podziwiał. Pewnego lata...
Kobieta z Zachodu uniosła dłoń. Spojrzała w notatnik i zakryła zapisane pytania obiema rękami, wzięła głęboki wdech i mrugnęła jednym z tych przesadnie długich mrugnięć - jakby umiała oddychać przez powieki - po czym rzekła:
- Czytałam gdzieś, że w noc, kiedy Saddam Husajn najechał Kuwejt, dokonano na tobie zbiorowego gwałtu.
Uniosłam brew, sprawiając, że poczuła się nieswojo. Mimowolnie zarejestrowałam, jak kąciki ust Leny uniosły się ledwo zauważalnie.
Kobieta jednak naciskała:
- Mogę sobie tylko wyobrazić horror tamtej nocy i przepraszam, że do niego wracam.
- Dlaczego sądzisz, że masz prawo mnie o to pytać?
Lena się zawahała, lecz wiernie przetłumaczyła moją odpowiedź.
Kobieta wyglądała na mocno poirytowaną.
- Zgodziłaś się na wywiad. Dlatego zadaję ci pytania. - Przerwała, znów mrugając przeciągle. - Aby spędzić z tobą tę godzinę, musiałam przejść dwumiesięczną procedurę weryfikacyjną. Wszystkie pytania, które zadaję, przedstawiłam najpierw władzom - dodała w akcie desperacji.
Lena powtórzyła jej słowa po arabsku, lecz wzrokiem przekazała mi, że to nieprawda.
Odpowiedziałam po dłuższej chwili:
- Cóż, najwyraźniej władze nie skonsultowały ich ze mną. Bez wątpienia należy im się ode mnie reprymenda. - Mój sarkazm niemal doprowadził ją do łez, co nieco mnie ułagodziło. Dodałam więc: - Odpowiem jednak na pytanie. Nie. Nie zostałam zbiorowo zgwałcona w noc, gdy Saddam najechał Kuwejt.
Wydawała się rozczarowana, ale bez protestu przeszła do kolejnego tematu - jak związałam się z ruchem oporu. Nazywała go "terroryzmem". Dopytywała też o moją więzienną celę, którą uznała za "całkiem przyjemny pokoik", choć szybko się zmitygowała: "Ale wiem, to i tak więzienie".
- Jesteś Żydówką? - przerwałam jej wywód.
Kolejne długie mrugnięcie.
- A jakie to ma znaczenie...?
- To ma znaczenie.
- Jestem tu z przyczyn zawodowych, nie religijnych.
- A jednak większość profesjonalistów nie nazwałaby tego miejsca "całkiem przyjemnym pokoikiem" - skonstatowałam.
Spojrzała na mnie twardo.
- Jeśli zważyć na to, co nawyrabiałaś, w moim odczuciu nie zasługujesz na aż tak przyjemny. Żaden arabski kraj nie potraktowałby cię równie łagodnie. Wychłostaliby cię i już dawno powiesili.
Zamknęła notes i się podniosła.
- Myślę, że mam wszystko, czego potrzebuję - rzuciła w drodze do drzwi i poprosiła strażniczkę, by je wypuściła.
Strażniczka - która przez cały czas pilnowała, aby ani kobieta z Zachodu, ani tłumaczka nie dotknęły mnie i nic mi nie przekazały - zanim otworzyła drzwi, wpięła moje kajdanki w przykuty do ściany łańcuch.
Kobieta odwróciła się jeszcze do mnie i powiedziała:
- Chciałabym tylko, żebyś wiedziała, że moi dziadkowie...
- ...przeżyli Holokaust - dokończyłam za nią.
Jej wzrok kipiał pogardą.
- Bo tak właśnie było. I nauczyli mnie, żeby zawsze zachowywać się w porządku wobec innych. Co właśnie próbuję tu robić - zakończyła.
Lena zaczęła tłumaczyć, lecz ją powstrzymałam:
- Wcale nie po to tu przyszłaś - odpowiedziałam po angielsku z wyższością, która miała zrównoważyć moje upokorzenie, bo przecież to ja byłam przykuta do ściany.
Strażniczka kazała nam zamilknąć, za co byłam jej wdzięczna, bo dzięki temu ostatnie słowo należało do mnie. Ta odrobina poczucia kontroli znaczyła dla mnie wtedy wszystko, dosłownie wszystko.
Niewiele później usłyszałam gwizdek, sygnał, że ktoś przepycha przez otwór mój kolejny posiłek. Gdy podeszłam do drzwi, z drugiej strony rozległ się szept "w pieczywie".
Usiadłam z tacą i ostrożnie odrywałam kawałki pity, lustrując jej wnętrze, świadoma kamery na suficie. I rzeczywiście był tam, ciasno zwinięty świstek owinięty plastikiem. Postanowiłam poczekać do zmroku. Aby móc go wówczas otworzyć, przełożyłam go tymczasem po ciemku do jednej z książek. Gdy znów zapali się światło, zamierzałam udawać, że to ją czytam.
Przestań rozmawiać z dziennikarzami. Izrael sprzedaje wersję, że muzułmanie znęcali się nad tobą przez całe twoje życie, a potem zmusili cię do przyłączenia się do grupy terrorystycznej. Twierdzą, że Izrael cię ocalił, a więzienie zapewniło ci lepsze życie. Jesteś jedyną więźniarką, która miewa gości z zagranicy. Pozwala się im nawet wchodzić do twojej celi. To niespotykane! Zastanów się nad tym. Publikują twoje zdjęcia, na których siedzisz w schludnym karcerze z książkami dokoła, aby pokazać, że Izrael to naród wyrozumiały nawet wobec terrorystów. Twoja rodzina ma się dobrze. Przesyła wyrazy miłości. Wciąż walczymy, abyś mogła się z nimi zobaczyć. Zjedz tę wiadomość.
Nie potrzebowałam podpisu, aby wiedzieć, że to od Dżumany. Pierwszy sygnał, że ma się dobrze, jaki otrzymałam. Prawie nie pamiętałam jej twarzy, a i tak za nią tęskniłam. Szkoda, że nie napisała niczego o Bilalu. Czegokolwiek. Choćby samo jego imię. Albo tylko pierwszą literę imienia. B żyje i ma się dobrze. B posyła uściski. Wystarczyłoby nawet samo B.
Gdy znów się ściemniło, włożyłam karteczkę do ust, przeżułam i połknęłam. Wyobraziłam sobie, jak okropnie muszę wyglądać na publikowanych w prasie zdjęciach. Nie wolno mi było mieć tu lustra, a wiedziałam, że bez prostownicy i suszarki moje włosy kręcą się niesfornie. Wtedy jeszcze nie byłam siwiuteńka jak teraz i wciąż dbałam o takie sprawy. Nie miałam jak depilować włosków nad górną wargą, brwi też rosły nieregulowane. Zapewne wyglądałam tak, jak ludzie Zachodu wyobrażają sobie terrorystkę - zaniedbana, owłosiona, ciemnoskóra, brzydka. Lecz to nie te zdjęcia mnie niepokoiły, lecz tamte z arabskiej prasy, zrobione w Kuwejcie wiele lat temu. Wyobrażałam sobie, jak moja rodzina je ogląda. Jak bardzo musi to boleć moją matkę.
Lecz teraz nawet myśl o fotografiach już mnie nie porusza. W tej ciasnocie nie ma przestrzeni na ruch, nawet na poruszenia serca.
Po odejściu Leny i kobiety z Zachodu bardzo długo nikt mnie nie odwiedzał. Do chwili, gdy ujrzałam jakiegokolwiek innego człowieka, strażniczkę, moje włosy urosły z pięć centymetrów. Weszła do Nory z notesem i dwoma automatycznymi ołówkami w dłoniach. Mogłaby je wsunąć przez otwór w drzwiach, lecz postanowiła wejść między te cztery ściany, a najpierw zapowiedziała przez głośnik, abym przypięła się do muru. Byłam ciekawa, czy to ona przemyciła wcześniej dla mnie wiadomość. Nie wolno jej było rozmawiać, ale chyba zauważyła moją ekscytację, gdy kładła przyniesione przedmioty na łóżku, i lekko się uśmiechnęła.
Długo walczyłam o te przybory do pisania. Teraz jednak zastanawiałam się, co właściwie napisać. List? Opowiadanie! Pamiętnik! A może wiersze? Gdy tylko metalowe drzwi zamknęły się z hukiem, odpięłam się od ściany, podniosłam jeden z ołówków i otworzyłam notes.
Wpatruję się teraz w puste strony, próbując opowiedzieć swoją historię - wszystko, co wyznałam Bilalowi, i wszystko, co wydarzyło się potem. Chcę opowiedzieć ją tak, jak robią to prawdziwi gawędziarze, zakorzenić opowieść w emocjach, ale emocje pamiętam tylko z nazwy. Życie powraca do mnie w obrazach, zapachach i dźwiękach, lecz nigdy w uczuciach. Nie czuję nic.
TAŃCZ, RUBINOWA RZEKO
NIE PAMIĘTAM, kiedy pierwszy raz zatańczyłam. Kobiety mojego pokolenia rodziły się w tańcu. Po prostu: gdy się gromadziłyśmy, tańczyłyśmy. Tworzyłyśmy krąg, śpiewając i klaszcząc, i stawałyśmy w nim kolejno, kołysząc biodrami. A ja bardzo wcześnie dostrzegłam we wzroku obserwujących mnie ludzi, że mój taniec ich urzeka.
Gdy gra muzyka, moje ciało porusza się tak, jak chce. Nigdy nie starałam się go kontrolować. Całkowicie poddaje się melodii oraz wszystkim niewidzialnym, nieodgadnionym siłom, jakie ona wyzwala. Pozwalam rytmowi masować moje ciało i przejąć kontrolę nad oddechem. Może to właśnie zauważyli ci ludzie, że w tańcu było mi najbliżej do Boga i wiary.
Wschodni taniec, przez nieznających się na rzeczy ludzi nazywany "tańcem brzucha", wygląda być może na skoordynowany, kontrolowany zestaw ruchów, lecz jest wręcz przeciwnie. Nasz pląs rodzi się z chaosu i anarchii. Odrzuca kontrolę. Wymaga rezygnacji z władzy nad własnym ciałem, zwrócenia autonomii każdej kostce, każdemu więzadłu, nerwowi i mięśniowi. Każdej komórce skóry i tłuszczu. Każdemu organowi.
Przypuszczam, że to samo można powiedzieć o każdej formie tańca ludowego, ale ja znam tylko rytmy Lewantu, Babilonu, Al-Chalidż i Afryki Północnej. To ta muzyka zakorzeniała się w moim ciele od niemowlęctwa, by potem, w okresie dorastania, na dobre osadzić się w kośćcu. Teksty piosenek Umm Kulsum, skarga piszczałki naj, melodia kanun czy chrapliwy ton udu to dźwięki mojego życia. Rezonują we mnie, przywołując czasy i opowieści, w których te starożytne instrumenty miały swój udział. A chociaż uwielbiam również dźwięki Indii - złożone brzmienie sitaru lub wysokie tony strun tumbi - czy głębokie uderzenia i wielowarstwowe rytmy afrykańskich bębnów oraz przeszywającą precyzję ksylofonu, i one także poruszają moje ciało, to nie sięgają do głębi, gdzie muzyka mnie wyzwala, gdyż są tylko dźwiękami innych ludów; obcych opowieści, które poznałam już w dorosłym życiu.
Muzyka, jak język mówiony, jest nierozerwalnie związana z kulturą. Jeśli nie nauczysz się języka w młodym wieku, jego słowa zawsze będą brzmiały nieswojo i niosły akcent innego świata, choćbyś nie wiem jak dobrze zapamiętała czy nawet pokochała wyrazy, gramatykę oraz intonację swojej nowej mowy. Dlatego zawsze drażniły mnie zagraniczne "tancerki brzucha". Razi mnie wykorzystywanie naszej muzyki jako tła, aby przy niej potrząsać i kołysać ciałem bądź podskakiwać.
Wschodnia muzyka jest ścieżką dźwiękową mojego życia, a taniec jedyną narodowością, do której się przyznaję; jedyną religią, którą przyjmuję. Kiedy widzę kobiety poruszające się w "tańcu brzucha" do muzyki, której nie rozumieją, w strojach ludu, którego nie znają - lub, co gorsza, którym gardzą - czuję, że zawłaszczają sobie mnie i wszystkie arabskie kobiety, będące strażniczkami naszych tradycji i naszego dziedzictwa.
***
Moje życie rozpoczęło się w mieszkaniu o dwóch sypialniach w kuwejckim getcie Hawalli, gdzie po Nakbie osiedlali się palestyńscy uchodźcy. A choć dorastając, słyszałam opowieści o Palestynie, nie rozumiałam polityki ani nie przykładałam się do nauki. Mimo że ojciec co roku zabierał nas do Palestyny, aby "odnowić nasze papiery", pozostawała ona w moim młodym umyśle jakąś zamierzchłą krainą, odległym miejscem znanym pokoleniu babci.
Kiedyś, w czwartej klasie, koleżanka, Egipcjanka Dżamila, naigrawała się ze mnie: "Palestyńczycy są tak głupi, że Żydzi zdołali wam ukraść cały kraj". Ściągnęłam ją za warkocze na ziemię i solidnie obiłam. Szkoła zawiesiła mnie w prawach ucznia, utrwalając moją reputację awanturnicy. Był to jeden z nielicznych przypadków, kiedy Sitti Wasfijja przyznała, że jest ze mnie dumna. Potem w szkole nikt już nie ważył się mnie prześladować.
Zanim spotkałam Bilala, nikomu się nie przyznałam, że właściwie pobiłam Dżamilę właśnie po to, aby mnie zawiesili, bo zbliżały się ogólnokrajowe, centralne egzaminy. A ja ledwo potrafiłam czytać i pisać. Bardziej niż czegokolwiek bałam się wtedy, że wyjdzie na jaw, jaka to jestem głupia. Do tego czasu radziłam sobie, oszukując na testach, wykorzystując znakomitą umiejętność zapamiętywania, a gdy było trzeba - walcząc. Potem mój brat Dżihad, kiedy dotarł już prawie do tej samej klasy co ja, zaczął udzielać mi korepetycji. Robił to w tajemnicy, często powtarzając mi, że jestem "naprawdę bystra". Dzięki jego zachętom zaczęłam czytać wiersze i po pewnym czasie potrafiłam wyrecytować po arabsku niektóre z najwspanialszych, najbardziej przesyconych erotyzmem arabskich poematów. To właśnie dzięki nim opanowałam też sztukę pisania.
Mama przechowywała w pudełku czarno-białe fotografie przedstawiające jej życie w Hajfie. Pochodziła z zamożnego rodu, ale w 1948 roku, kiedy Żydzi podbili Palestynę, ukradziono im wszystko - łącznie z meblami, książkami i kontami bankowymi. Z dnia na dzień pozostali bez grosza przy duszy, los cisnął ich w różne zakątki świata, a niektórzy nawet zginęli. Nie lubiła o tym opowiadać.
"Po co rozdrapywać zabliźnione rany?" - mawiała, choć gdy opowiedziałam jej, co mi nagadała Dżamila, te słowa nie przeszły jej przez gardło.
Wtedy zadzwoniła do mamy Dżamili i zagroziła, że jak nie zawiąże córce rozwydrzonego egipskiego jęzora, to osobiście obetnie jej go przy samej twarzy. "Lepiej zdobądź się na nieco współczucia, mówiąc o Palestynie, kobieto, bo jak nie, to posmakujesz mojego trepa", darła się do słuchawki. Besztanie matki Dżamili przez moją matkę wprawiło mnie w taki zachwyt, że aż nie mogłam przestać radośnie chichotać.
Mieszkała z nami moja babcia ze strony ojca, Sitti Wasfijja, Hadżdża Umm Nabil. W przeciwieństwie do mamy nigdy tak naprawdę nie opuściła mentalnie swojej wioski w Palestynie. Jak ja teraz w Norze, przemierzała w swojej głowie Ajn as-Sultan. Zanudzała nas przy tym opowieściami o dzieciństwie i ludziach, których nie znaliśmy, przekonana, że pewnego dnia tam powrócimy.
- To najstarsze miasto świata, durna krowo - rzucała się do mnie. - Wyjątkowo stare. Starsze nawet od Jerycha. Gdybyś choć trochę przykładała się w szkole, wiedziałabyś o tym.
Później, z pomocą Dżihada, poczytałam o jej wiosce w nadziei, że dzięki temu jednak uzna mnie za bystrą.
- Sitti, Ajn as-Sultan założono siedem tysięcy lat przed naszą erą - oznajmiłam jej pewnego dnia.
- Myślisz, że tego nie wiem? Popracuj lepiej nad zrzuceniem paru kilogramów, bo nikt nie ożeni się z taką krową - odparła.
Sitti Wasfijja bywała też miła. Zaplatała mi włosy do szkoły. Uczyła mnie, jak zawijać liście winorośli, obierać cukinię i wypiekać chleb. Lecz czasami bez powodu nagle stawała się opryskliwa, co niemal zawsze zbiegało się z jej telefonami do córek, moich ciotek, które znałam tylko ze słyszenia, bo mieszkały w Jordanii. Na domiar złego w przekonaniu Sitti Wasfijji mój idealny brat nie robił nic niewłaściwego, co sprawiało, że miotane pod moim adresem obelgi bolały jeszcze bardziej. Mama twierdziła, że nie powinnam brać ich do siebie. "To tylko stara, zrzędliwa kobieta, co możemy zrobić? Naprawdę tak nie myśli" - przekonywała.
Oddałam Sitti Wasfijji z nawiązką, gdy w wieku piętnastu lat już naprawdę głęboko wierzyłam, że jestem zła. Stałam na czele gangu, który wywijał nauczycielom różne numery. Regularnie kradłam słodycze ze sklepu na rogu, a raz nawet pozwoliłam chłopcu, aby mnie pocałował w usta. Pyskowałam dorosłym, aż wreszcie doprowadziłam Sitti Wasfijję do łez.
- Jesteś złośliwą staruchą! - wydarłam się na nią. - To dlatego córki nie proszą cię, abyś z nimi zamieszkała. Nie chodzi o przeprowadzkę ani o to, że mają za małe mieszkania, czy jakimi tam jeszcze bredniami cię karmią. Po prostu jesteś paskudną, starą babą, od której wszyscy stronią, i jeśli nie nauczysz się lepiej do nas zwracać, my też cię w końcu wyrzucimy. We troje gnieździmy się w jednej sypialni, żebyś ty miała własny pokój. Powinnaś całować moją matkę po stopach za to, co dla ciebie robi. Gdyby to ode mnie zależało, dawno wywaliłabym cię na ulicę. I świetnie wiesz, że twoje głupie córki nie przesyłają nam ani grosza. Więc następnym razem, gdy oskarżysz moją matkę o podbieranie ci pieniędzy, osobiście wyrzucę cię stąd w cholerę.
Moi rówieśnicy nie zwracali się do osób starszych w taki sposób. Byłam zepsuta.
Mama zdzieliła mnie gumowym kapciem.
- Nie waż się tak mówić do babci - krzyczała, a ciosy pantofla wybijały rytm jej słów na mojej skórze. - Gdyby był tu twój ojciec, świeć Panie nad jego duszą, wymalowałby ci paskiem pręgi na całym ciele.
Ucieszyłam się, że mojego ojca nie było, bo zapewne miała rację.
- Jak w ogóle możesz jej bronić? Ciebie traktuje najgorzej! - zawołałam.
Mama upuściła kapcia. Zmęczona, oddychała z trudem. Od kiedy jej mąż zmarł, nie miała w sobie wiele woli walki. Wzięła głęboki wdech, wolno wypuściła powietrze z płuc i wyprowadziła mnie na werandę, lecz najpierw zmusiła mnie, abym przeprosiła Sitti Wasfijję, trzykrotnie ucałowała jej dłoń i trzymała buzię na kłódkę, gdy staruszka biadoliła: "Jesteś jak zdziczałe zwierzę. Źle cię wychowano".
Mama delikatnie położyła mi dłoń na ramieniu.
- Usiądźmy na zewnątrz i porozmawiajmy, habibti - rzekła.
Tak to między nami było. Kłótnia czy utarczka kończyły się w parę sekund i znów wracały habibti i inne słowa niosące miłość.
- Musisz zrozumieć. Poza nami nie ma na świecie nic. Gdzieś w głębi ducha ona rozumie, że powiedziałaś prawdę. Właśnie dlatego teraz tam płacze. Lecz dopóki jest w stanie udawać, że to ja jestem przyczyną, dla której córki nie odbierają od niej telefonów, nie odwiedzają jej ani nie zapraszają do siebie, to nie musi mierzyć się z prawdą, że dzieci ją porzuciły. A to okrutny los.
Słuchałam, świadoma, że to głos z niemych głębin mojej matki. Nasza rodzina skrywała sekrety; czaiły się w zakamarkach naszego życia, niewidoczne, niedopowiedziane, lecz wyczuwalne w tonie kłótni, w dłuższej niż zwykle chwili ciszy, w uważnym spojrzeniu. Wiele lat później dowiedziałam się na przykład, że poczęłam się zapewne jeszcze przed ślubem rodziców. Mój ojciec poprosił mamę o rękę, aby uniknąć skandalu i hańby. Nie wiem, czy te plotki były prawdziwe, ale jeśli tak, to być może właśnie z tego powodu niemal nie spotykaliśmy się z jej rodziną.
Poznałam ich, kiedy w Syrii zmarła babcia ze strony matki i pojechaliśmy do obozu dla uchodźców w Al-Jarmuku na jej pogrzeb. Wszyscy byli mili dla mnie, mojego brata i mamy. Jednak z ciepła i miłości, które okazywali sobie nawzajem, ale nie mamie, wywnioskowałam, że zawsze żyła poniekąd na marginesie swojej rodziny. Nie wyraziła tego wprost, ale pomyślałam, że to ja byłam tego powodem, albo może jej ojciec, który zmarł, gdy wszyscy byli jeszcze dziećmi, a ją kochał najbardziej.
- Muszę zapalić, habibti. Wejdź do domu. Otwórz trzecią szufladę. Z tyłu znajdziesz paczkę papierosów owiniętą w skarpety.
Mama zawsze albo paliła paczkę dziennie, albo właśnie "usiłowała rzucić" palenie. Byłam jedyną dziewczyną w gronie przyjaciółek, która w tym wieku nie popalała w ukryciu. W jakimś komiksie przeczytałam, że zachodnie firmy wykorzystują tytoń, aby powoli nas wykańczać, a przy okazji zagarniać wszystkie nasze pieniądze i zasoby. Odmowa palenia była więc aktem buntu. Lubiłam też pouczać innych, jak Zachód spiskuje. Ale tym razem nie chciałam psuć tej chwili z mamą, więc posłusznie przyniosłam jej zapas Marlboro, nastawiając po drodze w kuchni wodę na herbatę.
- Niech Bóg ci błogosławi do końca twoich dni, córciu - podziękowała, gdy wróciłam z gorącym czajnikiem, dwiema filiżankami, świeżą miętą, cukrem i zatęchłą paczką Marlboro.
Zwykle widywałyśmy dzieci bawiące się w wąskiej uliczce pod naszym balkonem, lecz dziś przypadał dzień prania i rozwieszone rzeczy przesłaniały widok. Tak jak uczyła mnie mama, dżinsy i koszule brata przekładałam przez sznurki od strony ulicy, a mamy diszdasze od mieszkania. Moje spodnie, sukienki i koszule powiewały na środkowych linkach, ukryte przed pożądliwymi spojrzeniami przechodzących nastolatków, a bieliznę rozwieszałyśmy w środku, tuż przy balkonie. Zamiast więc obserwować życie ulicy, widziałam tylko nasze majtki trzepoczące na wietrze pod błękitnym niebem.
Nalałam jej herbaty.
- Musisz ją hamować, mamo. Jest taka okropna.
- Czasami mam ochotę zabrać ją do Ammanu, aby pomieszkała tam ze swoimi córkami, lecz byłoby to nie w porządku. - Zapaliła papierosa i się zaciągnęła. Przymknęła oczy z zadowoleniem, zadzierając podbródek i wypuszczając kłąb dymu. - Twój ojciec, świeć Panie nad jego duszą, wymusił na mnie obietnicę, że choćby nie wiem co, zajmę się jego matką.
Obietnice złożone zmarłym były świętością.
Mama potrafiła przeciwstawić się Sitti Wasfijji, kiedy chciała, ale zwykle pozwalała, żeby sprawy toczyły się swoim biegiem. W przeciwieństwie do mnie nie lubiła dramatów, no chyba że ktoś krzywdził jej dzieci. W mojej obronie pogroziła nawet kiedyś teściowej kuchennym nożem. Miałam wtedy może z siedem lat i zajrzałam do domu, żeby coś zjeść, zanim pobiegnę bawić się dalej, lecz mama nalegała, abym już została.
- Poza tym - dodała zniecierpliwiona - jesteś już za duża, żeby bawić się z chłopcami. Jeszcze pomyślą, że okazujesz im względy.
Nie dosłyszałam, co odpowiedziała Sitti Wasfijja, lecz matka ruszyła do kuchni i wróciła z nożem.
- Na Boga i jego Proroka, odetnę ci ten jęzor, jeśli jeszcze raz powiesz coś podobnego.
Spytałam ją później, co takiego usłyszała od Sitti Wasfijji. Mama tylko machnęła ręką.
- Pilnuj swojego nosa i nie wtrącaj się w sprawy dorosłych - ucięła dyskusję.
Zostałam wtedy w domu, podejrzewając, że gdy tylko ojciec wróci, wybuchnie o to głośna awantura. Czekałam na nią. Lecz gdy przyszedł, mama kazała mi pójść do sąsiadów. Cokolwiek było na rzeczy, miało coś wspólnego ze mną. Nie chcieli, abym się dowiedziała, o czym mowa. Oczywiście biorąc pod uwagę to, co wiem teraz, podejrzewam, że Sitti Wasfijja przywołała plotki o moim poczęciu, dodając coś w rodzaju "niedaleko pada jabłko od jabłoni" albo nawet coś gorszego.
Mama uważała, że ojciec za mało angażuje się w obowiązki domowe.
- Jestem mężczyzną! Czego się spodziewasz, kobieto? - gardłował w odpowiedzi.
Pamiętam jednak, że zarazem lubił przecierać nasz szklany stolik kawowy Windexem, który był bardziej wymyślnym środkiem niż ten do mycia naczyń, twierdząc, że w slumsach Kuwejtu należymy do klasy średniej.
- Jalla. - Gestem wskazywał, abym do niego dołączyła. - Zaśpiewaj to, czego cię nauczyłem.
Nuciłam wtedy piosenkę Fattuma Ghawwara at-Tuszy. W weekendowe poranki, gdy mama udawała się do sąsiadów na kawę, uczył mnie kolejnych wersów. On przecierał ten stolik do kawy, a ja mu śpiewałam. Windex powodował, że na tafli powstawała tęcza, co niezmiennie mnie zachwycało. Baba mówił, że to magia Windexa. Tak naprawdę zdarzyło się to tylko dwa razy, lecz to wspomnienie w jakiś sposób rozlało się na całe moje dzieciństwo, tak jakbyśmy codziennie sprzątali, śpiewając.
Natomiast przy mamie nie wolno mi było śpiewać Fattumy.
- Ale dlaczego? - pytałam natarczywie tatę.
- Po prostu nie cierpi tej piosenki i oboje popadlibyśmy w tarapaty, gdyby się dowiedziała, że ją znasz.
Rozdarta między miłością do ojca a lojalnością wobec matki, mimo woli trzymałam buzię na kłódkę, ponieważ można na mnie liczyć. Wiedziałam, choć nie miałam pojęcia skąd, że Fattuma to zapewne imię jego nowej dziewczyny i że mama też o tym wie.
Powinnam umieć sobie więcej przypomnieć na temat ojca. Kiedy zmarł, byłam wystarczająco duża, aby nagromadzić sporo wspomnień. Przez jakiś czas odgrywałam w swojej głowie sceny, w których robił to, co chciałabym, aby robił - czesał moje włosy, uczył mnie naprawiać samochody, poszedł do szkoły w Dniu Rodziców i powiedział moim głupim nauczycielom, aby pocałowali go w dupę, pływaliśmy razem w oceanie, czytał mi na głos, nosił mnie na barana, a nawet wziął mnie w obronę, gdy mama zezłościła się po wywiadówce, no i hamował zapędy Sitti Wasfijji, kiedy twierdziła, że jestem durna jak osioł, bądź zmuszała mnie do szorowania ust mydłem, gdy przeklinałam. Wyobrażałam sobie, że jak ja ma serdecznie dość Singera mamy, jej ukochanej maszyny do szycia, i nalega, aby przestała szyć nam ubrania, po czym zabiera nas na zakupy na suk w Salmijji.
Lecz wszystko, co pozostało w mojej głowie po ojcu, to obraz mężczyzny, który śpiewał Fattumę przy wycieraniu stolika do kawy Windexem, aż w końcu umarł i rozpłynął się w niezmiennej nieobecności, zostawiając po sobie jedynie twarz otoczoną ramką, wiszącą na ścianie w dawno porzuconym kuwejckim mieszkaniu; w kraju, który nas porzucił.
***
Mama była ze mną w ciąży, gdy Izrael po raz drugi zmusił ją do uchodźstwa. Po ucieczce w 1948 roku z Hajfy założyli z moim ojcem dom w Ajn as-Sultan, tradycyjnej rodzinnej wiosce Sitti Wasfijji. Uciekając ponownie w czerwcu 1967 roku, mogli zabrać tylko tyle, ile zdołali unieść. Pokonali osiem kilometrów, gotowi przekroczyć Jordan przez Most Allenby'ego. Kiedy dotarli na miejsce, na moście tłoczyli się ludzie. Właśnie gdy mama miała na niego wejść, zawalił się. Niektórzy spadli i trzeba było ich ratować. Nie wszystkim zdołano pomóc. Mimo to pozostali parli naprzód przez zawaloną konstrukcję, brodzili w wodzie, chwytając się kabli i poszarpanych murów. Mama opowiadała mi później: "Modliłam się do Boga tylko o to, aby mnie i ojcu udało się przeprawić, i wtedy zawarłam przymierze z rzeką. Obiecałam jej, że jeśli nikogo z nas nie pochłonie, nazwę cię jej imieniem".
Lecz nazwanie mnie Jordanem wydawałoby się dziwne. Dlatego mam na imię Nahr. Rzeka.
Po zapewnieniu nam bezpieczeństwa w Jordanii ojciec zdecydował się na ryzykowny powrót do Palestyny. W 1948 roku Palestyńczycy po raz pierwszy przekonali się, że opuszczenie kraju w celu ratowania życia może oznaczać utratę wszystkiego, co posiadali, oraz niemożność powrotu. Dlatego baba przez wiele miesięcy siedział sam w naszym pustym domu, ograniczany godziną policyjną, podczas gdy Izrael umacniał władzę nad całą Palestyną. Samotność w brzemiennej ciszy opustoszałego budynku, w którym dorastał wraz z rodzeństwem w codziennym, typowym dla dużej rodziny gwarze, musiała być bolesnym przeżyciem. Mimo to pozostał tam, dopóki nie uzyskał dla nas huwijji, abyśmy mogli przebywać w Palestynie, we własnym domu na prawach "cudzoziemców-rezydentów". Twierdził jednak, że to lepsze od życia uchodźcy.
Gdy tylko mógł, ojciec znów do nas dołączył. Lecz długa rozłąka zniszczyła naszą rodzinę. Jeszcze przed moimi narodzinami rodzice wyjechali z Jordanii do Kuwejtu, gdzie ojciec zaczął pieprzyć się z pierwszą z licznego grona swoich panienek. Miała na imię Jakut, więc to właśnie imię bez konsultacji z matką podał do mojego aktu urodzenia - zamiast Nahr. Zapewne spędzał z Jakut tę noc, gdy mama wydała mnie na świat, i nieco pijany, gdy w końcu dotarł do szpitala, wciąż pławiąc się w blasku romantycznego wieczora, pod wpływem impulsu nazwał mnie na cześć kochanki, najwidoczniej nie doceniwszy intuicji ani skali gniewu mamy.
Jakut nie jest typowym imieniem dla Palestynki. Częściej spotyka się je wśród Irakijek, dlatego mawiam, że kochanka mojego ojca była córą Babilonu. Jakut znaczy "rubin" i wszyscy zgadzają się, że jest wdzięcznym i pojemnym arabskim imieniem. Lecz gdy mama ujrzała akt urodzenia, wydarła się, rozpłakała i zdzieliła ojca. Wytłukła wszystkie talerze, jakie były w domu, kilkoma z nich celnie ciskając w niego, mimo że uchylał się to w prawo, to w lewo. Pozwolił jej wyładować emocje, przeprosił, przysiągł, że mama jest jedyną kobietą, którą kocha, i obiecał, że już nigdy więcej się tak nie zachowa. Pewnie później się kochali, przez chwilę było im razem całkiem nieźle, a potem cały scenariusz powtarzał się z następną kobietą.
Kiedy mama ponownie zaszła w ciążę, zagroziła ojcu, że go zabije, jeśli nazwie dziecko na cześć jednej ze swoich "dziwek", lecz koniec końców nie musiała się tego obawiać, bo powiła syna. Ojciec nazwał go zatem Wasfi dla uczczenia swojej matki Sitti Wasfijji, co zdaniem mamy było równie fatalnym posunięciem. Chyba nie muszę nadmieniać, że mama nigdy nie użyła wobec nas imion zapisanych w aktach. Dotrzymała obietnicy złożonej rzece i zwracała się do mnie Nahr. A mój brat Wasfi został Dżihadem, takie imię wybrała mu mama, co stało się kolejnym punktem zapalnym pomiędzy nią a Sitti Wasfijją.
Tylko rodzina i niektórzy przedstawiciele szkolnej administracji wiedzieli, że tak naprawdę mam na imię Jakut, i może tak właśnie miało być, bo kiedy Amerykanie obalili Saddama, kuwejcka policja rozpytywała o Nahr, gdy w mojej przepustce jak nic stało Jakut.
Brat nie miał tyle szczęścia. Ludzie nazywali go raz jednym imieniem, raz drugim, a czasami jednym i drugim, Wasfi Dżihad. Gdy więc kuwejcka policja rozpoczęła polowanie na Palestyńczyków, aby zemścić się za to, że Jasir Arafat opowiedział się po stronie Saddama, świetnie wiedzieli, kogo szukają.
Dżihad miał zaledwie trzy lata, gdy ojciec zmarł na atak serca w ramionach kolejnej panienki. Mama kłamała ludziom, utrzymując, że był wówczas w domu. Pieczołowicie utkała na ten temat całą opowieść, która po prawdzie za każdym razem różniła się w szczegółach. "Miał na sobie tę czerwoną flanelową piżamę, którą mu kupiłam", powiedziała raz. Kiedy indziej znów był w zielonej piżamie albo w samej bieliźnie. W tamtej wersji musiała go szybko ubrać, zanim nadjechała karetka. Mamie kłamanie nie wychodziło, lecz prawda niosła zbyt wiele upokorzeń, nawet jeśli i tak wszyscy wiedzieli, a mama wiedziała, że wiedzą. Lecz to kłamstwo miało nie tylko chronić ją i nas przed wstydem. Myślę, że chciała też ocalić pamięć ojca. Mimo wszystko. Bo mama bardzo ojca kochała. A on kochał ją, na swój własny sposób.
Kiedyś w trakcie płomiennej sprzeczki o pieniądze (bo to o nie zwykle się kłóciły) Sitti Wasfijja obwiniła mamę o śmierć mojego ojca, swego jedynego syna.
- Gdybyś była lepszą żoną, nie musiałby chodzić do innych - rzuciła jakby nigdy nic, spożywając przygotowany przez mamę posiłek.
- Gdybyś wychowała mężczyznę tak, aby umiał trzymać fiuta w spodniach, a pieniądze wydawać na rodzinę, nie na dziwki, nie musiałybyśmy się teraz kłócić - odcięła się mama.
Tej nocy słyszałam, jak na balkonie przepraszała mojego zmarłego ojca za to, co powiedziała. "Przebaczam ci, kochanie. Tęsknię za tobą", szeptała miękko w eter.
***
Palestyńczycy, których wygnano z ich domów w Jerozolimie, Hajfie, Jafie, Akce, Dżeninie, Betlejem, Gazie, Nabulusie, Nazarecie, Madżdalu i z każdego większego palestyńskiego miasteczka, znaleźli miejsce w Kuwejcie. Boom naftowy dawał im szansę na rozpoczęcie nowego życia w tym kraju. Chociaż Kuwejt nigdy nie przyznał nam prawa do stałego pobytu - dając jasno do zrozumienia, że zawsze będziemy tylko gośćmi - Palestyńczycy nieźle sobie radzili i mieli swój udział w budowaniu tego zamożnego państwa, jakie znamy obecnie. Pełno nas było w niemal każdej dziedzinie życia, uczestniczyliśmy we wszystkim, a mimo to nadal pozostawaliśmy podklasą.
Wiedziałam o tym, lecz się nie przejmowałam. Kochałam Kuwejt. Miałam go za dom i byłam wierną poddaną monarchii. Każdego dnia stawałam w szeregu z innymi uczniami, aby odśpiewać hymn państwowy. Śpiewałam z pasją, lojalna wobec kolejnych emirów. Gdy w 1977 roku zmarł Sabah as-Salim as-Sabah, opłakiwałam go. I zawsze dwudziestego piątego lutego bawiliśmy się do upadłego, aby należycie uczcić kuwejcki Dzień Niepodległości, tak jakby chodziło o naszą niepodległość.
Kochałam tu wszystko - delikatne sauby regionu Chalidż, ich machbus z brązowym kurczakiem i ostrym sosem, ich diwanijje, tradycję poławiania pereł i obyczaje plemienne. Uczyłam się nawet mówić ich dialektem i uważałam, że tańczę chalidżi "lepiej niż najlepsze z nich". Przecież tak mi ktoś powiedział. W ósmej klasie wybrano mnie nawet do zespołu, który dał pokaz dla władcy w trakcie transmitowanych przez telewizję obchodów Dnia Niepodległości. Lecz jako jedyna z grupy nie tańczyłam w kolejnym roku podczas uroczystości, ponieważ ludzie poskarżyli się na mnie, twierdząc, że takiego honoru mogą dostępować tylko dzieci Kuwejtczyków.
- Nie mogą znieść, gdy Palestyńczycy są w czymkolwiek dobrzy - skwitowała mama, mając nadzieję, że dzięki temu poczuję się lepiej, lecz tylko mnie zirytowała.
Nie schlebiało mi, gdy źle wyrażała się o Kuwejtczykach. Dla niej jednak wszystko sprowadzało się do bycia Palestynką i uważała, że cały świat jest przeciwko nam. Dopiero z biegiem czasu, gdy sama doświadczyłam wojen oraz więzienia, zrozumiałam dlaczego.
- Widzisz, jak cały kraj pałaszuje zajt u-zatar, próbując nam dorównać? - Śmiała się pełną piersią, ukazując dziąsła.
A teraz sama ze sobą, w Norze, śmieję się na to wspomnienie, i jest wtedy tak, jakby te srebrne plomby były moje. Mówię mamie, jak bardzo uwielbiałam jej wybuchy śmiechu. Strażniczki już przywykły do tych dysput, które prowadzę wśród pustych ścian. Wiem, że jestem tu sama. Nie mam urojeń. Lecz ożywiona wspomnieniami przeszłość jest dla mnie bardziej realna niż teraźniejszość. Widzę i czuję, i słyszę Dżihada, Sitti Wasfijję, mamę i ojca. Lecz przede wszystkim jestem tu z Bilalem.
***
Kiedy byłam dzieckiem, nie istniały telefony komórkowe ani komputery, a telewizja oferowała tylko dwa kanały - jeden arabski i drugi po angielsku z podpisami. Programy zaczynały się wieczorem i trwały do północy. Na jednym i drugim kanale emisja zaczynała się oraz kończyła czytaniem fragmentów Koranu, co my, dzieci, niecierpliwie przeczekiwałyśmy, żeby obejrzeć kreskówki (Toma i Jerry'ego czy Strusia Pędziwiatra), a później puszczano opery mydlane. Raz w tygodniu każda stacja emitowała serial, mocno ocenzurowany, aby wyplenić wszelkie nawiązania do bliskości fizycznej, przez co nigdy nie widziałam kochanków, choćby trzymających się za ręce. Nie mieliśmy wątpliwości, w których miejscach wycięto fragmenty. W jednej chwili aktorzy patrzyli sobie głęboko w oczy, pochylali się ku sobie, gotowi na pocałunek; a potem stali dalej od siebie niż ledwie sekundę temu. Fabuła się rwała, a my domyślaliśmy się tych pocałunków, albo nawet czegoś więcej. Lecz i w tym nie byłam dobra. Umiałam sobie wyobrazić tylko to, co już poznałam, co najwyżej przelotne muśnięcie ust. Pewnego dnia Su'ad Marzuk poinformowała nas, grupę zdumionych czternastolatek, że dorośli całują się z języczkiem. Sądziłyśmy, że nas okłamuje, lecz i tak przećwiczyłyśmy taką opcję na sobie wzajemnie. Gdy miałam szesnaście lat, uważałam, że wiem o miłości już wszystko, co warto wiedzieć. Dorwałyśmy gdzieś z przyjaciółkami jedno czy dwa świńskie pisemka. A potem zdobyłyśmy nawet kasetę VHS z filmem pornograficznym.
Lubiłam flirtować i cieszyłam się dużym zainteresowaniem, ale nigdy nie miałam prawdziwego chłopaka, tak jak niektóre moje przyjaciółki. One spotykały się ze swoimi chłopakami w tajemnicy, żeby potrzymać się z nimi za ręce w parku. Uważałyśmy się za odważne i śmiałe, lecz większość nie posunęła się dalej niż do pocałunku. Wierzyłam w to, czego uczył mój świat - że Bóg przeznaczył dla mnie jednego, wybranego mężczyznę i że moje życie zacznie się na dobre, kiedy go odnajdę. Na samą myśl o ślubie i posiadaniu dzieci moje ciało płonęło jak ciała aktorek filmów porno.
Kiedy pierwszy raz ujrzałam Muhammada, miałam siedemnaście lat. A on dwadzieścia pięć. Mieszkał w ojczyźnie, lecz przyjechał do Kuwejtu do ciotki Umm Nasim, naszej sąsiadki z góry. Wszyscy widzieliśmy go miesiąc wcześniej w wiadomościach, kiedy wychodził z izraelskiego więzienia, a przyjaciółki zazdrościły mi, że zamieszkał w naszym budynku.
- Czy na żywo wygląda równie atrakcyjnie jak w telewizji? - dopytywała jedna.
Ale wtedy jeszcze go osobiście nie widziałam, a do tego uważałam, że w telewizji prezentował się nudno i staro.
- Słyszałam, że po siedmioletnim pobycie w więzieniu teraz szuka żony - plotkowała inna.
- Nahr, czy możemy się spotkać u ciebie w domu? - domagała się niecierpliwie trzecia.
- Co wam odbiło? Czy na tym świecie brakuje chłopaków w naszym wieku? - Oganiałam się od nich.
Wpatrywały się we mnie, jakbym postradała zmysły.
Muhammad Dżalal Abu Dżabal był powszechnie uznawanym bohaterem, bojownikiem partyzantki odpowiedzialnym za operacje ruchu oporu. Według moich przyjaciółek został schwytany po zabiciu w pojedynkę dwóch żołnierzy syjonistów, którzy z kolei zabili jego dwóch przyjaciół, męczenników, świeć Panie nad ich duszami.
- Jednego zadźgał nożem, a potem chwycił jego broń i zastrzelił z niej drugiego - objaśniały mi.
- No i?
- Nie jest już chłopcem. To mężczyzna. Słynny bojownik o wolność - rzekła znacząco Sabah, a zaraz potem dla podkreślenia mojej ignorancji głośno wciągnęła powietrze przez zęby. Nie cierpiałam, gdy tak się zachowywała, szczególnie w obecności innych dziewczyn.
Sabah mieszkała po sąsiedzku i znałyśmy się, odkąd sięgałam pamięcią. Nasza przyjaźń wykuwała się w ogniu rywalizacji i zazdrości, lecz też w miłości i bliskości. Znałyśmy wzajemnie swoje sekrety, sporo razem przeżyłyśmy i stawałyśmy za sobą murem wobec innych, lecz nieustannie walczyłyśmy o uznanie, która jest lepsza, a czasem też rywalizowałyśmy o uwagę tych samych chłopców.
- Niejednego dokonał. Ale jako że ciebie nie obchodzi, co się dzieje z Palestyną, to i takie sprawy nie mają dla ciebie znaczenia. Większość z nas docenia, ile poświęcił dla walki - perorowała.
Sabah gówno wiedziała o Palestynie. Żadna z nas nic nie wiedziała, ledwie strzępki z telewizyjnych wiadomości i rozmów dorosłych, którzy z nami mieszkali. I tak szczerze mówiąc, niezbyt nas to wszystko obchodziło. Byłyśmy córkami Kuwejtu, mimo że nie mogłyśmy zostać jego obywatelkami.
- Sranie w banie, Sabah. Ale może z tobą się ożeni. Próbuj, próbuj! - odparowałam.
Lecz zdawszy sobie sprawę, że nowy sąsiad zaintrygował Sabah, i ja go zapragnęłam. Byłam ładniejsza, lepiej tańczyłam, choć ona też nie wyglądała źle i była ode mnie bystrzejsza. Grała na gitarze, co mnie wkurzało, bo kiedy zaczynała, skupiała uwagę wszystkich. Na szczęście brakowało jej pewności siebie, więc przeważnie grywała w domowym zaciszu bądź tylko w gronie najbliższych przyjaciółek.
Przez kilka następnych dni składałam w całość dzieje Muhammada, ciągnąc za język Sitti Wasfijję, mamę i sąsiadów. Muhammad pochodził ze znanego rodu, posiadającego rozległe ziemie, tyle że większość z nich już skonfiskowało państwo syjonistyczne - tak ludzie nazywali Izrael, jakby niewymawianie jego nazwy mogło sprawić, że żołnierze odejdą. Gdy schwytali Muhammada, torturowali go przez osiem dni, aż podpisał zeznanie napisane na maszynie po hebrajsku, choć nie potrafił nawet czytać w tym języku, a w nim stwierdził, że był jednym z trzech napastników, którzy zaatakowali trzech żołnierzy i zabili dwóch sposród nich. Co prawda żołnierz, który przeżył, nie widział jego ataku, lecz byli inni świadkowie, również wcześniej torturowani, którzy zeznali, że przebywał nieopodal miejsca zbrodni. Został postawiony przed sądem wojskowym i skazany na dożywocie. Powiedzieli mu jednak, że może skrócić wyrok, wydając swojego młodszego brata Bilala, który zbiegł do Jordanii. Ale Muhammad utrzymywał, że brat nie miał nic wspólnego z zabójstwami. Że jego ucieczka to czysty zbieg okoliczności. Koniec końców przyznał się do zamordowania dwóch izraelskich żołnierzy, wysadzenia miesiąc wcześniej magazynu wojskowego oraz planowania ataków na ludność cywilną. Siedem lat później uwolnili go w ramach dziwnej wymiany jeńców, wymyślonej przez cieszącego się ostatnio uznaniem Izraela Husniego Mubaraka z Egiptu. I wtedy właśnie pojawił się w Kuwejcie.
Tak naprawdę nikt nie uwierzył, że Bilal nie miał nic wspólnego z tamtym tragicznym dniem. Już w wieku piętnastu lat był więziony za protesty wobec osad tylko dla Żydów i miał reputację urodzonego przywódcy. Na wygnaniu, uczęszczając na zajęcia uniwersyteckie, agitował za ruchem oporu. Izrael bardzo chciałby go dorwać. Podejmowali próby zamordowania go lub przynajmniej schwytania, ale się nie powiodły. Wreszcie sam zaproponował im układ - podda się, jeśli uwolnią Muhammada - jego wolność za wolność brata. Ku zaskoczeniu wszystkich Izrael przystał na propozycję. Stało się jasne, że Bilal stanowił dla nich cenniejszą zdobycz, niż się wydawało. Podejrzewam też, że Izrael wiedział to, czego ja dowiedziałam się wiele lat później - że właściwie nic w zeznaniu Muhammada nie było prawdą.
Aby mieć pewność, że nie aresztują brata ponownie, Bilal zażądał, aby uwolniony Muhammad został przekazany Czerwonemu Krzyżowi i wywieziony do Libanu, Kuwejtu, Jordanii, Tunezji bądź dowolnego innego arabskiego kraju, który go przyjmie, poza Egiptem, bo Egipt mógłby go zwrócić Izraelowi.
Muhammad przebył kilka krajów, zanim wylądował w domu ciotki w Kuwejcie. Nie wiedzieliśmy, dlaczego osiadł akurat tutaj. Niektórzy twierdzili, że to najlepsze miejsce, by czuć się bezpiecznie, jak już Izrael dorwie Bilala, ponieważ Kuwejt to prawdziwa przystań Palestyńczyków. Byli i tacy, co uważali, że zawarty układ stanowił, że Muhammadowi nie wolno już nigdy wrócić do Palestyny, a żadne inne miejsce nie przyjęłoby go na stałe. Jeszcze inni spekulowali, że znalazł się w Kuwejcie, bo tu dostał dobrą ofertę pracy. Sabah zaś była pewna, że przyjechał poszukać tu żony.
- Słyszałam, że jego mama w Palestynie nie może się doczekać, aby zobaczyć go żonatego - zapewniała.
Lecz dziś już wiem, że przemieszczanie się z miejsca na miejsce to coś, co wygnańcy po prostu muszą robić. Niezależnie od przyczyn ziemia pod naszymi stopami nigdy nie jest stabilna.
***
Tej wiosny 1985 roku bezwstydnie flirtowałam z Muhammadem. Najpierw dla zabawy, aby podkręcić rywalizację z Sabah, ale gdy nie okazał mi śladu zainteresowania, dostałam na jego punkcie obsesji i nie odpuszczałam tak długo, aż udało mi się zaaranżować wiele "przypadkowych" spotkań na klatce schodowej naszego budynku. Rzeczywiście był przystojny i nagle przyłapałam się na nieustannym rozmyślaniu o nim, pomimo różnicy w wieku.
- Gratuluję, Nahr. - Sabah przewróciła oczami. - Przywitałaś się z nim na klatce schodowej. Co za przełom.
Uznałam to za zazdrość i ta reakcja sprawiła mi przyjemność.
- To było coś więcej niż zwykłe "cześć" - rzuciłam prowokacyjnie i dodałam, że niebawem Muhammad zagości u sąsiadów na przyjęciu weselnym. - Mówił, że chce zobaczyć, jak tańczę - skłamałam.
Dziewczyny zapiszczały, a Sabah nic już nie odpowiedziała.
Mój plan działał. Mimo że matka po kilku piosenkach zakazała mi tańczenia na weselu.
- Dosyć, Nahr! - zawołała w końcu.
Lecz i tak wiedziałam, że przykułam jego uwagę. Tej nocy nie mógł oderwać ode mnie wzroku. Z tego lata nie pamiętam wiele, ale wiem, że oznajmiłam przyjaciółkom, że znalazłam w końcu tego mężczyznę, którego Bóg dla mnie przeznaczył.
Spotykałam się z Muhammadem regularnie - na plaży, w parkach i w centrach handlowych. Moje przyjaciółki, nawet Sabah, kryły mnie przed mamą. Opowiadał mi historie o Palestynie, tak różne od wspomnień babci i rodziców. W jego wersji młodzi ludzie wiedli bujne życie nocne, bawili się i tańczyli, odwiedzali kawiarnie, parki i kluby. Wówczas Palestyńczykom jeszcze było wolno przebywać na plaży, więc rozmawialiśmy o miłości do oceanu, bo ją współdzieliliśmy. On chciał się dowiedzieć czegoś o moim życiu. Nie lubił pustynnych upałów i z trudem aklimatyzował się w Kuwejcie. Powiedział, że gdyby mnie nie poznał, wyjechałby stąd już parę tygodni temu. "Twoja przyjaźń jest dla mnie całym światem", zapewniał. Wydawał się taki kruchy, a ponieważ mnie potrzebował, utwierdziłam się w przekonaniu, że go kocham. I to mu właśnie powiedziałam. Parę miesięcy później pojawił się w moim domu wraz z rodziną ciotki i poprosił mnie o rękę.
Fantazjowałam o bajkowej miłości i równie bajkowym seksie, o własnym domu, dzieciach i pracy na miarę współczesnej kobiety - może zostanę elegancką sekretarką, jak te z okładek kolorowych magazynów. Bez przerwy wyszukiwałam na ich błyszczących kartach nowoczesne urządzenia, które pasowałyby do życia, które sobie wymarzyłam. Pralka półautomatyczna, jaką mieliśmy w domu - przepuszczająca każdą rzecz przez rolki wyciskające nadmiar wody - w ogóle do niego nie pasowała. Niektórzy przecież mieli nawet zmywarki, które myły, płukały i suszyły naczynia. Ja też taką chciałam, a Muhammad obiecał, że ją dostanę. Wyobrażałam sobie, jak wszystkie przyjaciółki będą mi jej zazdrościć.
Sitti Wasfijja też zachwycała się nowoczesnym sprzętem, lecz zarazem odnosiła się do niego podejrzliwie. "Nie ufałabym maszynie w kwestii domycia naczyń. Nie doskrobie ich do czysta. I w domu zalęgnie się robactwo. A ja już nigdy więcej was nie odwiedzę", przestrzegała.
Mama radziła mi, abym nie podejmowała tak ważnej decyzji pochopnie. Uważała, że Muhammad jest dla mnie za stary, a lata później przyznała, że była o krok od zabronienia mi tego małżeństwa. Lecz siła mojego entuzjazmu i moja radość sprawiły, że zwątpiła w swój instynkt. "To ty w rodzinie miałaś najsilniejszą osobowość i podświadomie wszyscy ci ustępowaliśmy", wyjaśniała potem. Ja zaś uważałam wtedy, że zastrzeżenia mamy były tylko źle ulokowanymi lękami kobiety, której małżeństwo się nie udało, i tłumaczyłam sobie, że przecież moja historia rozpoczyna się całkiem inaczej niż jej.
Mój brat Dżihad nie czuł się dobrze w roli głowy domu, lecz tradycja zobowiązywała go do przyjęcia oświadczyn, mimo że miał ledwie jedenaście lat. Najpierw stwierdził:
- Wszystko mi jedno, to nie moja sprawa, Nanu. Po prostu zróbcie już coś, tak albo siak. Nie zniosę już więcej tych ceremonii zalotów!
Później, gdy zdał sobie sprawę, że wyprowadzę się z naszego mieszkania, spróbował się postawić:
- To ja jestem w tej rodzinie mężczyzną i nalegam, aby Nanu dalej tutaj mieszkała. Może odwiedzać męża, lecz nie wolno jej z nim zamieszkać - oznajmił w dniu naszych zaręczyn.
Goście oniemieli.
- Ale słodziak... - rzucił ktoś.
Wieczorem miał atak astmy i całą noc przespałam w jego łóżku, pozwalając mu się wypłakać na piersi, obiecując, że nigdy nie będę daleko i przyjdę zawsze, kiedy będzie mnie potrzebował.
Tak naprawdę Dżihad nie był jedynym mężczyzną w rodzinie. Bracia mojej matki również przybyli, aby wypełnić obowiązki społeczne i reprezentować mnie podczas formalnych rozmów o posagu oraz innych praktycznych aspektach małżeństwa. Moja rodzina nie wierzyła w opowieści o przesadnych żądaniach, jakie niektórzy w takich sytuacjach stawiali, ale też nie mogła mnie wydać całkiem darmo. Nie chcieli zniechęcić zalotnika, nie byłam jednak byle kim i zasługiwałam na odpowiedni posag. Mama stwierdziła, że trzeba rozważyć, na co młody mężczyzna może sobie pozwolić.
- Musimy mieć pewność, że otrzymasz dobrą opiekę. Jego rodzina musi nam pokazać, że traktują cię poważnie - podkreśliła.
Zanim dopięto negocjacje, ciotka Muhammada zrzuciła bombę, która niemal wszystko zniweczyła.
- Zakładamy, że ślub będzie kosztował co najmniej osiem tysięcy dinarów2. Jesteśmy gotowi zapłacić nawet dziesięć tysięcy, ale musimy trochę poczekać - oznajmiła.
- Trochę poczekać? - zdumiała się mama.
- Jego brat Bilal trafił właśnie do więzienia, więc ich matka nie może przyjechać teraz do Kuwejtu na wesele, ponieważ jeśli wyjedzie z kraju, Izrael skonfiskuje im dom. W tych okolicznościach świętowanie wesela jej najstarszego syna bez niej byłoby okazaniem jej braku szacunku, zachowaniem nie do przyjęcia - stwierdziła stanowczo ciocia Muhammada.
Trudno było polemizować z jej logiką, ale oni również rozumieli, że zawierając cywilny ślub, ale rezygnując z przyjęcia weselnego, czułabym się upokorzona. Mama przystała zatem na propozycję, abyśmy odłożyli małżeństwo na później, lecz ostatecznie to ja miałam podjąć decyzję. Koniec końców poszłam za tysiąc dinarów, złoty komplet biżuterii warty dwa tysiące dinarów i tyle samo warty mu'achchar. Rodzina Muhammada wynajęła również i urządziła apartament małżeński oraz założyła nam wspólne konto, które zasiliła kwotą dziesięciu tysięcy dinarów, z przeznaczeniem na nasze przyszłe wesele, które miało się odbyć za kilka miesięcy, kiedy - in sza Allah - Hadżdża Umm Muhammad, moja przyszła teściowa, będzie mogła przyjechać do Kuwejtu.
Czułam się usatysfakcjonowana. Kochał mnie. Rezygnacja z natychmiastowego przyjęcia weselnego stanowiła godną cenę za poślubienie bohatera narodowego. Naszym zadaniem jako kobiet było przecież poświęcanie się, a ja byłam teraz kobietą. Wyobrażałam sobie nasze piękne życie w Kuwejcie. Wspomnienia z plaż i pustyni, wakacji w Kairze, Ammanie, Bejrucie, Damaszku i Bagdadzie. Zabierałabym dzieci do Palestyny, aby odwiedzały tam nasze rodziny.
- Jestem skłonna poświęcić się dla mężczyzny, którego kocham - zadeklarowałam i nie pozwoliłam mamie odwieść się od tej myśli.
Potem jednym uchem słuchałam, jak instruowała mnie, żebym zadzwoniła do niej, jeśli Muhammad okaże się zbyt brutalny podczas naszej pierwszej wspólnej nocy.
- To normalne, że za pierwszym razem boli - tłumaczyła, gdy przeglądałam nowe stroje wchodzące w skład posagu. Nie odważyłam się odpowiedzieć, że wiem już całkiem sporo o seksie z filmów pornograficznych.
- Założyć czarne czy białe? - Zaprezentowałam jej dwa kimona.
Oblała się rumieńcem.
- To, które bardziej ci się podoba - rzuciła i wyszła.
Ślubu udzielał nam imam, a na akcie jako świadkowie podpisali się mój wujek i Dżamil, najbliższy kuwejcki przyjaciel Muhammada. On sam uśmiechał się nieśmiało i ściskał mnie za rękę.
To dla mnie trudne wspomnienie, tchnące tłumionym rozczarowaniem, do którego w tamtym czasie nie przyznawałam się nawet przed samą sobą. Zawsze marzyłam o ślubie, podczas którego setki zwróconych na mnie oczu patrzyłyby z miłością lub zazdrością, a może nawet niektóre z pożądaniem. Ale nic takiego nie miało miejsca. Były tylko skromna uroczystość, małe przyjęcie, tort i ładna sukienka - ledwie przedsmak wielkiego ślubu, który, jak wierzyłam, miał jeszcze nadejść. A może tylko sama przed sobą udawałam, że w to wierzę.