ROZDZIAŁ III
Jowita stała przy kominku i rozglądała się dokoła zachwyconym wzrokiem.
- Boże, jak tu pięknie! A nie wierzyłam, jak Mara mówiła przez telefon. Myślałam, że jak zwykle przesadza.
Nawet nie zdjęła kurtki skupiona na podziwianiu ścian wyłożonych surowymi granitowymi blokami. Tym samym nie dostrzegła również złego spojrzenia, które posłała jej Mara.
- Naprawdę pięknie! - zawtórowała jej zasapana Ewa. Właśnie wtaszczyła walizkę po kilku wejściowych stopniach, co wystarczyło, żeby poczuła się zmęczona. - Boże, zapuściłam się i nie mam kondycji. Aż się boję tych nart, coś czuję, że wymięknę po godzinie. Co mi w ogóle strzeliło do głowy? Nie stałam na deskach z pięć lat! W przewidywaniu narciarskiej klęski nawet zapisałam się we wrześniu na siłownię. Ale jakoś nie wyszło. - Skrzywiła się. - No, nie dotarłam, co tu dużo gadać. A potem Pola złapała ospę i... same rozumiecie.
Jowita z trudem oderwała wzrok od misternie rzeźbionych belek na suficie. Podeszła do małego stolika i sięgnęła po niebiesko-zielony wazonik z weneckiego szkła, w kształcie kalii. Przez chwilę oglądała go, nie kryjąc zachwytu. Wazonik rzeczywiście był piękny; zielenie przechodziły w lazur, a kończyły się błękitnym kielichem.
- Co zrobić, z metabolizmem nie wygrasz, wszystkie kobiety zaczynają walczyć z nadwagą koło czterdziestki - powiedziała.
- No chyba nie wszystkie - mruknęła Mara pod nosem. Popatrzyła na poklepujących się na powitanie roześmianych dorosłych facetów, którzy zachowywali się, jakby po wakacjach wrócili do ulubionego przedszkola, i zawołała: - Dobra, chłopaki, dość tych przytulanek! Bierzcie tobołki i jazda na górę. Joachim pokaże wam pokoje. Ten środkowy ma łazienkę ze szklaną ścianą przy wannie. Widok prosto na Wildspitze. Doceńcie, że nie zatrzymałam go dla siebie, chociaż mogłam. Kto pierwszy, ten lepszy. - Roześmiała się. - A potem na dół, zaraz kolacja!
- Mara kierowniczka! - Gruby chwycił ją w ramiona i okręcił się z nią jak w walcu. - Już zapomniałem, że ty zawsze musisz rządzić. Chodź no tu, niech cię uściskam, miłośniczko filmowego kiczu. Przywiozłem nowy towar, coś tam sobie obejrzymy, jak wszyscy pójdą spać, nie?
Ten prawie dwumetrowy mężczyzna o pociągłej twarzy był tak chudy, aż dziw brał, że w ogóle może utrzymać się w pionie i nie złamać. Składał się głównie z rąk, nóg i stóp w rekordowym rozmiarze czterdzieści osiem. Na studiach miał brodę, włosy do ramion i zwykle nosił długie białe koszule, które matka szyła mu z prześcieradeł. Choć przyjaciele nazywali go Grubym, dla całego wydziału nauk społecznych był Jezusem, bo rzeczywiście wyglądał jak Zbawiciel ze świętych obrazków. Jeden, ze złotym szlaczkiem, trzymał nawet przy sobie i pewnego razu usiłował go wcisnąć policjantom z drogówki, kiedy poprosili o dokumenty ze zdjęciem. Potem przekonywał wszystkich, że gliny nie nabrały się ze względu na aureolę. Jeździł trabantem i naprawdę był to niezapomniany widok, kiedy Jezus w białej szacie z niejaką trudnością gramolił się z niewielkiego autka na parkingu przed uczelnią.
Obecnie ze Zbawiciela została tylko broda.
- A ty masz coraz wyższe czoło - zauważyła złośliwie Mara, obejmując go w pasie i zerkając od dołu na jego linię włosów, która z każdym rokiem przesuwała się do tyłu. - Niedługo będziesz całkiem łysy.
- Od dawna mu mówię, żeby zgolił te nędzne szczątki - powiedziała Jowita z niesmakiem, nie wypuszczając wazonika z rąk. Jego kolory ją hipnotyzowały.
Zdjęła kurtkę i rzuciła na fotel, prezentując tym samym obfitą figurę, wciśniętą w ciemne legginsy i czarny golf. Na rękach miała czarne mitenki i wyglądała jak spuchnięty mim. Trudno było nie zauważyć, że mocno przytyła. Jedynym atutem jej nowej sylwetki były piersi w rozmiarze DD, co szybko dostrzegła Mara, posiadaczka nędznego A, które od zawsze stanowiło jej zgryzotę.
- Mężczyzna powinien mieć albo włosy, albo łysinę - wymądrzała się Jowita. - Wtedy przynajmniej widać, że nie próbuje rozpaczliwie zatrzymać tych pięciu kłaków na krzyż. A Grzesiek nie ma ani włosów, ani porządnej łysiny. Te zakola wyglądają jak krowie placki.
- Żebym ci nie powiedział, czego ty nie masz. A raczej... sorry, masz w nadmiarze.
Jowita zesztywniała.
- No wiesz! - Momentalnie zaszkliły jej się oczy, a usta wykrzywiły w płaczliwym grymasie. - Jesteś podły. Jak możesz! - wrzasnęła.
Niewiele myśląc, cisnęła w niego wazonikiem.
Grzesiek się uchylił, szkło trafiło w ścianę, a za jego plecami posypały się niebieskie okruchy.
Zapadła niezręczna cisza. Nikt nie wiedział, jak się zachować. Po dwóch dniach już nie czuliby się tacy spięci, sprzeczki i drobne złośliwości byłyby na porządku dziennym, nikt nie robiłby z nich dramatów. Ale zbyt długo się nie widzieli i musieli się trochę oswoić.
Zetka zadzwoniła kieliszkami i zawołała ze sztuczną wesołością:
- Kto co pije?! Jest wino, irlandzka whisky w rozmiarze XXL, na którą nasz Gruby musiał zapewne tyrać przez pół roku, nasza porządna wódka i nalewka z pigwy od teściowej Mary.
Wszyscy przyjechali prawie równocześnie. Ewa z Mikołajem właśnie wyciągali walizki z bagażnika, kiedy na podjeździe zaparkowały dwa auta. W miasteczku jakimś cudem udało się zdobyć zimowe opony i bmw Grubego mogło bez pomocy wtoczyć się pod górę.
- No, brachu, ty chyba nigdy nie przestaniesz mnie zadziwiać - powiedział Bazyl godzinę później, gdy wszyscy siedzieli już przy kolacji. - Na letnich? To trzeba mieć odwagę.
Gruby sięgnął po kolejnego kotleta.
- E, przesadzasz. Poza tym mówiłem ci, to nie letnie. W Irlandii nie słyszeli o letnich oponach. Mają po prostu opony.
- A jak raz na pięć lat poprószy śnieżek, to wszystkie samochody stoją, bo nikt nie jest w stanie pokonać najmniejszego wzniesienia. Tam się nie da kupić zimowych - dodała Jowita, która mimo wszystko poczuła się w obowiązku bronić męża. Wazonika mu nie wybaczyła i z satysfakcją pomyślała, że będzie musiał za niego zapłacić. - Czasami dość już mam Irlandii - westchnęła. - I tych tępych Irlandczyków.
- Dlaczego tępych? - Ewa się obruszyła. - Nie mów tak. Ty wiesz, ilu oni wydali na świat świetnych pisarzy? James Joyce, Wilde, Jonathan Swift, Beckett... Mają aż czterech noblistów! To genialny naród.
- Oho, moja żona wsiadła na swojego konika - szepnął Mikołaj do siedzącej obok Zetki. - Może być nieco męcząco.
Zetka uśmiechnęła się pod nosem, delikatnie odsuwając rękę, którą przez roztargnienie położył jej na kolanie.
- To w ogóle niesprawiedliwe, że wielu irlandzkich pisarzy traktuje się w kategoriach literatury angielskiej, zapominając o ich korzeniach - niestrudzenie kontynuowała Ewa. Była tłumaczką z języka angielskiego i o książkach mogłaby rozprawiać godzinami. - Mistrzostwo osiągnęli raczej w opowiadaniach, z tym że... - Przerwała gwałtownie, bo Jowita machnęła jej widelcem przed nosem. Kawałek kotleta spadł na talerz.
- Ewa, błagam. To tak, jakbyś powiedziała, że wszyscy Niemcy są geniuszami, bo Einstein był Niemcem. Bez urazy, Joachim. - Uniosła kieliszek w stronę Joachima, który odpowiedział jej tym samym. - Joyce to Joyce, a Buckley to Buckley i nie ma co dyskutować.
- Buckley? A co on napisał? - spytała zaniepokojona Ewa. To niemożliwe, żeby nawet o nim nie słyszała.
- Imogen Buckley, dyrektorka w mojej szkole. Opowiadałam kiedyś dziewczynom w pracy, że jak jechaliśmy na wakacje do Polski, to na promie obrzygałam buty jednemu facetowi. Wiecie, co powiedziała? "Na promie? Jak to? Nie wiedziałam, że Polska jest wyspą". Kurtyna.
Przy stole rozległy się śmiechy.
- Jeden niedouczony Irlandczyk nie oznacza, że cały naród to debile. - Ewa nie dawała za wygraną.
- A jeden genialny, że geniusze.
Mara znacząco spojrzała na Zetkę.
Ta w lot ją zrozumiała. Jeśli Ewa starła się z Jowitą, coś musiało być na rzeczy. Wszyscy podczas zaciętych dyskusji skakali sobie do gardeł, nikt nie odpuszczał, ale akurat te dwie zawsze trzymały sztamę.
Ogień w kominku zaczął przygasać, a więcej drewna w domu nie było. Należało iść do szopy na tyłach.
- Jakoś nie pomyślałem - powiedział ze skruchą Bazyl. Razem z Marą przyjechali pierwsi. - A potem dziewczyny wygoniły nas po zakupy.
- Biedaczek - mruknęła Mara.
Mikołaj się poderwał.
- Ja pójdę, tylko powiedz gdzie.
Zetka również wstała.
- To ja z tobą, chętnie się przewietrzę.
Sięgnęła po kurtkę, lecz nagle poczuła z tyłu na sobie ręce Joachima.
- Nie ma mowy, jesteś rozgrzana, zaraz znowu złapiesz jakąś infekcję. Ledwo wyszłaś z grypy. Kochanie, naprawdę musisz bardziej o siebie dbać, nie możesz być taka lekkomyślna.
Odebrał Zetce okrycie i wyciągnął rękę, żeby odsunąć żonie z oka niesforny lok.
Miała bujne, kręcone włosy w wiecznym nieładzie, który na dodatek zupełnie jej nie przeszkadzał. Czasami potwornie go to drażniło. Nie znosił chaosu i improwizacji. Kiedy widział na jej głowie ten nieokiełznany, żywiołowy bałagan, który czasem wydawał mu się jakimś odrębnym, złośliwym bytem, musiał się powstrzymywać, żeby nie zakładać jej kosmyków za uszy, bo nie lubiła, kiedy ktoś dotykał jej włosów. Kupił jej nawet w prezencie opaskę, lecz go wyśmiała.
Zetka zacisnęła wargi i bez protestu odłożyła kurtkę. Nikt nie zauważył złości, która błysnęła w jej oczach.
Po paru minutach Mikołaj wrócił z koszem pełnym drewna. Otrzepał się w sieni, ale i tak naniósł do środka mnóstwo śniegu, który na podgrzewanej podłodze w jednej chwili zamienił się w imponującą kałużę.
- Ej! Zobacz, co zrobiłeś! - krzyknęła Ewa. - Tarzałeś się w tym śniegu czy co?
- Coraz bardziej sypie, już prawie nie widać samochodów. - Mikołaj postawił kosz koło kominka i zaczął układać polana przy ścianie. - Zapowiadają jakąś klęskę żywiołową. W życiu nie widziałem tyle śniegu.
- I super! - włączył się Bazyl. - Jutro będą rewelacyjne warunki na stoku.
- O ile w ogóle uda się tam dotrzeć. - Mikołaj był bardziej sceptyczny. - Joachim, czy ten facet codziennie odśnieża?
Joachim miał trochę niepewną minę.
- O ile nas nie zasypie - wyznał ze skruchą. - Podobno czasami jest tyle śniegu, że nawet pług nie daje rady. Dlatego mówiłem, żebyście wzięli sporo zapasów.
Gruby parsknął śmiechem.
- Ale jaja! Znaczy zazwyczaj odśnieżają, chyba że jest śnieg, to wtedy nie.
Ewa podeszła do Mikołaja i zdjęła mu z głowy mokrą czapkę.
- Daj, położę na kaloryferze. A ty nie rechocz tak głupio - zwróciła się z naganą do Grubego. - Widziałam w sieni łopaty. Jak się rano weźmiecie, w try miga będzie po śniegu.
- Chyba nie wiesz, co mówisz, płocha kobieto! - ryknął Gruby. Wyciągnął swoje wielkie łapy, złapał Ewę i przewiesił sobie przez ramię. - Panowie, tak trzeba z babami! Bez litości!
Po kolacji rozłożyli się wokół kominka, który stanowił centralny punkt salonu. Pomarańczowe płomienie strzelały wysoko w górę, plując wokół iskrami, i odbijały się w czarnej tafli szyb naprzeciwko. Człowiek miał wrażenie, że siedzi w samym środku pożaru, a nad głową przeskakują mu świetlne iluzje. Koncepcja wystroju przemyślana była w najdrobniejszych szczegółach, nic nie pozostawiono przypadkowi. Wiedzieli od Joachima, że na zlecenie poprzedniego właściciela zajmował się tym jakiś francuski projektant, specjalizujący się w unikatowym postarzaniu drewna.
Wszyscy oniemieli, kiedy pierwszy raz weszli do kuchni. Na pierwszy rzut oka drewniane poszarzałe szafki sprawiały wrażenie, jakby zaraz miały się rozpaść. Nie trzymały kątów, miały powypaczane drzwiczki, wystające sęki i składały się z samych chropowatych krzywizn. Wyglądały jak sklecone na poczekaniu przez średnio zdolnego ucznia stolarza, przy użyciu jednego młotka i czterech gwoździ.
Mara się przestraszyła, że jak tylko spróbują którąś otworzyć, wszystko zwali im się na głowy. W najlepszym razie będą musieli podpierać drzwiczki i siłować się z szufladami. Nieufnie pociągnęła za uchwyt i oniemiała, kiedy szuflada wyjechała gładko, prezentując lśniące chromem wnętrze. Okazało się, że wszystkie meble wyposażono w najwyższej jakości zawiasy, w środku były luksusowo wykończone, a drewno, które sprawiało wrażenie zmurszałego, to solidny dąb, specjalnie postarzany, żeby sprawiał wrażenie wiekowego.
Przypomniała sobie zimowy wyjazd na narty do Les Houches, kiedy byli przekonani, że drewniany dom, który wynajęli, ma co najmniej sto lat. Marę zachwyciły stare, pociemniałe i nadgryzione przez korniki bale, pokryte patyną rzeźbione drzwi z zabytkową kołatką, i nawet delikatna woń stęchlizny, wyczuwalna we wszystkich pomieszczeniach. To był zapach jej dzieciństwa, wakacji spędzanych u dziadków na Podlasiu. Aromaty ziół suszących się w pękach nad kuchnią, smród piór opalanego na rosół koguta i kojący zapach wykrochmalonej pościeli.
Dopiero później okazało się, że to jego pierwszy zimowy sezon. Właściciel chciał mieć stary dom, lecz nie zamierzał czekać stu lat, zapłacił więc ogromne pieniądze za skomplikowany proces postarzania drewna. Zadbał o każdy detal, nawet o specjalne odświeżacze powietrza, które Mara wzięła za woń wiekowego kurzu. Nowoczesna, atrakcyjna starość była w cenie.
Dokładnie odwrotnie niż u kobiet, pomyślała wtedy z przekąsem i już do końca pobytu odnosiła się z nieufnością do tego drewnianego uzurpatora. Zupełnie straciła do niego serce.
Dlatego choć inni zachwycali się teraz "zabytkową" kuchnią, na niej nie zrobiła wrażenia. Wolała, kiedy wszystko było tym, na co wyglądało.
Na szczęście salon niczego nie udawał. Jasne deski na ścianie, ciemniejsze o ton sufitowe belki, grube szare dywany na kamiennej podłodze, niskie komody stojące wzdłuż ściany i przepiękny drewniany parawan malowany w złote ptaki - wszystko to było neutralne i gdyby nie kilka oryginalnych elementów, w zasadzie niczym by się nie wyróżniało. Najbardziej zaskakujące okazały się krzesła przy długim drewnianym stole. Wykonane z poroży jeleni, zwieńczone na górze łopatami łosia, miały siedziska obite czarną skórą wykończoną ćwiekami. Ich pokraczne sylwetki na pierwszy rzut oka wzbudzały nieufność i obawy co do stabilności, ale w efekcie dziwaczne siedziska okazały się nad wyraz wygodne. Drugim elementem były szerokie, rozłożyste sofy i wielki kwadratowy puf na środku. Wszystko obite łaciatą biało-brązową krowią skórą. Gruby z Bazylem kilka razy sprawdzali, czy to nie imitacja, jednak wyglądało na to, że mieli w salonie prawdziwą krowią sierść.
Ewa stanowczo odmówiła kontaktu z pośmiertnymi resztkami i zanim usiadła, pieczołowicie rozłożyła koc, byle tylko nie dotknąć krowiego truchła, jak uparcie określała obicia. Oświadczyła, że skoro nie jada mięsa, nie zamierza być hipokrytką. Mikołaj oczywiście nie omieszkał jej wytknąć, że jakoś nie miewa takich skrupułów, kiedy kupuje kolejną parę skórzanych butów albo nową torebkę.
Chociaż się nie umawiali, mężczyźni usiedli obok siebie, a kobiety zbiły się w gromadkę po drugiej stronie.
Mara uśmiechnęła się pod nosem. Faceci ciągnęli do facetów, tak jak one spragnione były swojego towarzystwa. Dawno temu, podczas pierwszych wyjazdów, preferowali zajęcia w podgrupach, ale widywana raz na jakiś czas przyjaciółka z biegiem lat stawała się bardziej interesująca niż codzienny mąż.
Spojrzała na Bazyla. Zaaferowany, razem z Mikołajem pochylał się nad mapą tras narciarskich. Jak go znała, pewnie jutro zerwie wszystkich o świcie, pokrzykując, że mają tylko kilka godzin, zanim zapadnie zmrok, i że trzeba maksymalnie wykorzystać czas na stoku. Ona sama już przestała się tym przejmować i wszystko robiła w swoim rytmie, nie oglądając się na niego. Gdyby nie to, podzielając jego radość życia, już dawno straciłaby swoją. Bazyl był aktywny, żeby nie powiedzieć nadaktywny: biegał, pływał, boksował, namiętnie chodził po górach, latem nie zsiadał z roweru i nie wyobrażał sobie zimy bez szusowania. A w tym wszystkim był tak zachłanny, nerwowy i przerażony, że coś może go ominąć, jakby został mu tylko tydzień życia i musiał go maksymalnie wykorzystać. Kiedy wyjeżdżali na wakacje, nie mogła rano wylegiwać się w łóżku ani potem niespiesznie jeść śniadania, kontemplując srebrne błyski na falach czy słońce wynurzające się zza gór, w zależności, gdzie ich akurat rzuciło. Nie mogła poleżeć na plaży albo spędzić poranka na tarasie z książką. Trzeba było biec, zdobywać, oglądać, zwiedzać. Nałykać się wrażeń, zachłysnąć widokami, wiecznie w pędzie; i doświadczać, doświadczać - aż do utraty tchu. Wszyscy podziwiali w Bazylu ten zapał, apetyt na życie i ciekawość świata, lecz ona czasami wolałaby po prostu poleżeć na ciepłym piachu. Pogapić się na ptaki, pomyśleć. Nie bała się spędzać czasu we własnej głowie, odcięta od zewnętrznych bodźców. Niekiedy odnosiła wrażenie, że jej mąż zachowuje się, jakby uciekał od siebie. Jakby bał się zostać sam ze sobą.
- Ale się obżarłem! - Gruby przeniósł się na fotel i wyciągnął nogi w stronę kominka. - Kotlety były zajebiste. Ty się, kobieto, marnujesz na tej uczelni - zwrócił się do Mary, wyrywając ją z zamyślenia. - A mogłabyś światu dać tyle dobrego. Ze skóry wyłazisz, żeby gamonie cię słuchały. Wystarczyłoby tylko postawić przed każdym po kotlecie. Knajpę powinnaś otworzyć - dodał. - Zawsze gotowałaś jak marzenie. Pamiętacie tamten rajd w Bieszczadach, kiedy skończyło się żarcie i został tylko suchy groch?
- Mara ugotowała nam wtedy zupę z grochu i szyszek sosnowych - wyjaśniła Zetka Joachimowi. - Muszę przyznać, że była oryginalna, lepszej grochówki w życiu nie jadłam. Potem namawialiśmy ją, żeby jeszcze raz spróbowała, ale nie chciała, podobno to była jednorazowa improwizacja.
Mara się uśmiechnęła. Spojrzała na swój pusty kieliszek. Poszukała wzrokiem Bazyla, ten jednak nie zwracał na nią uwagi, w dalszym ciągu zajęty wybieraniem tras. Wobec tego podsunęła kieliszek Grubemu, który skwapliwie go napełnił.
- Próbowałam, ale może to były jakieś specjalne, bieszczadzkie szyszki, bo innych nie dało się zjeść.
- O, nigdy się nie chwaliłaś!
- A czym się miałam chwalić, jak nie wyszło. Poza tym matka mi zabroniła eksperymentować, podobno wszystkie gary przeszły terpentyną.
- To jest jakiś pomysł. - Kiedy Gruby uczepił się tematu, nie było na niego mocnych. - Rzuć w diabły tę uczelnię, my rzucimy Irlandię i razem otworzymy jakiś kulinarny biznes. Możemy wciągnąć Bazyla, przyda nam się korposzczur - roześmiał się. - I Joachima. Dzięki tobie, chłopie, podbijemy niemiecki rynek!
- Do usług. - Joachim skinął głową. - Z tym że ja się nie znam na gotowaniu.
- Ja też nie! - parsknął znowu Gruby. - A co to za problem?
Jowita nachyliła się do Ewy.
- O, mój stary rzuca Irlandię - powiedziała z przekąsem. - Musi być już nieźle wcięty. Na trzeźwo mu się to nie zdarza.
Ewa uważniej popatrzyła na przyjaciółkę.
- Mów, co tam u ciebie. Chcesz pogadać? - zapytała z troską.
- E, nie ma o czym. - Jowita wzruszyła ramionami. Podwinęła pod siebie nogi i nakryła je kocem. - Wciąż to samo. Przecież wiesz, że jeśli o mnie chodzi, natychmiast bym wróciła. Gdyby nie dzieci, w życiu by mnie tam nie zatrzymał. Tylko że Zośka w ogóle nie zna polskiej szkoły, miała sześć lat, jak wyjechaliśmy. Jak mogłabym jej to zrobić? Michaś dopiero skończył rok, ale chyba też bym wolała, żeby tam chodził do szkoły. No i tym sposobem dupa blada.
Zetka poszła do kuchni i wróciła stamtąd z kolejną butelką wina.
Mara zmierzyła ją wzrokiem.
- W tym tempie to gwarantuję, że jutro nie ustoisz na nartach.
- A, właśnie! - przypomniała sobie Zetka. - Co wy na to, dziewczyny, żeby jutro odpuścić sobie narty? Tyle czasu się nie widziałyśmy. Niech faceci jadą, a my spędzimy sobie miły dzień w domu. Jacuzzi i te sprawy... - Mrugnęła, potrząsając butelką. - Jak przestanie tak wiać, możemy ewentualnie iść na spacer.
Wszystkie ochoczo przytaknęły.
Kątem oka Mara zauważyła, że Bazyl wreszcie podniósł głowę znad mapy. Uśmiechnęła się w duchu. Jak ona go dobrze znała.
- Jak to, w domu? - powiedział zdziwiony. - Przecież przyjechaliśmy na narty. W domu to możesz sobie w domu posiedzieć - zwrócił się do Zetki.
- Ej, ty, elokwentny! - oburzyła się ze śmiechem. - Gdzie ja mogę sobie posiedzieć, to ja wiem. Do dziewczyn mówiłam.
- Mara na pewno idzie - oświadczył z przekonaniem. - Kupiliśmy jej nowe atomiki, musi wypróbować.
- Ty kupiłeś, kochanie. - Mara uśmiechnęła się słodko. - Uparłeś się, choć stare były jeszcze w porządku.
- Bo chciałem, żebyś miała fun z jazdy.
- Ale ja jutro wolę mieć fun z dziewczynami - oświadczyła, widząc jednak, że mąż ściągnął brwi, dodała ugodowo: - Pojutrze wszystkie pójdziemy. Przecież mamy całe pięć dni.
- Cztery, w sobotę sylwester.
- I co z tego? Jak cię znam, nie zejdziesz ze stoku, dopóki świateł nie zgaszą.
Bazyl wzruszył ramionami, jednak już nie ciągnął tematu.
Zetka wyprostowała nogi i się przeciągnęła. Trochę szumiało jej w głowie, ale skoro zapadła decyzja, że jutro z dziewczynami spędzają lajtowy dzień, podsunęła kieliszek Marze.
- Nalejesz? Nie chce mi się podnosić, a ty wyglądasz na trzeźwą - zaśmiała się. - A swoją drogą, pechowy ten dom, nie sądzicie? - dodała bez związku. - Wszyscy właściciele zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach.
Siedem par oczu z zainteresowaniem zwróciło się w jej stronę. Nawet Mikołaj z Bazylem oderwali się od map.
Joachim kiwnął głową.
- To prawda, coś dziwnego było w tych śmierciach. Pierwsi właściciele byli małżeństwem, ona Czeszka, on Niemiec, zdaje się, Ackermannowie. Odkupili opuszczone górskie schronisko i zorganizowali bazę wypadową, głównie dla grotołazów. Jako tako je odremontowali, jednak warunki nadal panowały tu spartańskie, więc turyści raczej nie zaglądali. Właściciele byli dość specyficzni, kochali to miejsce, ale niezbyt o nie dbali. Pasjonowali się również eksplorowaniem jaskiń i czasami znikali na wiele dni, a wtedy hulał tu wiatr. Jeśli ktoś się przyplątał, sam musiał się obsłużyć, klucze chowali pod kamieniem albo po prostu zostawiali wszystko otwarte. Stali bywalcy o tym wiedzieli, więc czasem ktoś został na dłużej, narąbał drzewa, rozpalił w kominku, a jak chwycił nagły mróz, spuścił wodę z rur. Pewnej wiosny Ackermannowie ruszyli do kolejnej jaskini, lubili eksplorować tylko we dwójkę. Tym razem wybrali się gdzieś w masyw Leoganger Steinberge. Ostatni rozmawiali z nimi jacyś turyści, którzy zgubili się w okolicach wejścia do jaskini. Opowiadali później, że Ackermannowie podprowadzili ich kawałek, aż wrócili na szlak, i jeszcze poczęstowali czekoladą. A potem nikt ich więcej nie widział.
- Jak to? Nie szukano ich? - zapytała Mara.
- Szukano, oczywiście, że szukano. Ekipy ratowników z Niemiec i z Austrii przeszukiwały jaskinię przez wiele dni. Ta dwójka była niezwykle barwna i znana w środowisku, wszystkich poruszyło ich zaginięcie. Na ratunek z własnej inicjatywy ruszyło kilkunastu grotołazów. Doszło nawet do jakichś przepychanek, kto ma prawo organizować poszukiwania, kto jest odpowiednio przeszkolony, kto ma sprzęt, a kto wiedzę i umiejętności... No wiecie, jak zawsze w takich wypadkach.
- Całkiem jak w Polsce - wtrącił Bazyl z przekąsem. - Spór o kompetencje.
- Ta sprawa swego czasu była na wszystkich czołówkach niemieckich gazet. To jedna z najniebezpieczniejszych jaskiń, trudno dostępna, o najdłuższym trawersie, w dodatku z największą różnicą wysokości. Dopiero po dwóch tygodniach znaleziono ich plecaki, kurtki i jakieś fragmenty odzieży. Leżało to wszystko upchnięte na półce skalnej nad siedmiometrową studnią. Tak maleńkiej, że oprócz plecaków nic by się tam więcej nie zmieściło. Jakim więc cudem tam się znalazły? Przeszukano dno studni, ale ciał nie odnaleziono - zakończył Joachim. - Właściwie do dziś nie wiadomo, co się stało z Ackermannami. Spekulowano, że gdzieś utknęli, że nie mieli lin, co wydaje się o tyle nieprawdopodobne, że byli doświadczonymi grotołazami. Może zabrali liny i poszli inną drogą? Ale to nie wyjaśnia, dlaczego się rozebrali, w jaskini panowały wtedy ujemne temperatury. Jeśli stamtąd odeszli, to dlaczego bez kurtek? Czemu nie wzięli plecaków, w których były termosy pełne kawy i nieruszone kanapki? Kobieta chorowała na cukrzycę, a nie zabrała insuliny. No i nikt ich już więcej nie widział. Nie wrócili do domu, nie odezwali się nigdy do rodziny... Wszystko wskazuje na to, że jednak zginęli. Tylko w jaki sposób? I gdzie są ich ciała?
- Uznano ich za zmarłych?
- Po tylu latach? To raczej oczywiste. Ich spadkobiercy mieli jakieś pomysły na ten dom, chcieli go rozbudować, zrobić tu nowoczesny ośrodek narciarski, ale nie dostali pozwolenia na budowę wyciągu. A potem wycofał się inwestor. - Joachim zamilkł i podrapał się po głowie. - To też jest dość tragiczna historia, choć może już nie tak tajemnicza - powiedział w końcu. - Inwestorem było jakieś amerykańskie konsorcjum z Nowego Orleanu. Mieli już podobne ośrodki w Wyoming i chyba w Kolorado, a teraz postanowili zainwestować w Europie. Wszystko było dopięte niemal na ostatni guzik. A potem przyszedł huragan Katrina. Dwaj najważniejsi prezesi zginęli razem z całymi rodzinami.
- Chryste Panie! - Jowita złapała się za głowę. - Dokąd ty nas ściągnąłeś? Nad tym domem wisi jakieś fatum.
Gruby wyszczerzył zęby w niepewnym uśmiechu.
- Spokojnie, towarzysze, żadne z nas nie jest właścicielem, a kasy, jaką włożono w ten dom, pewnie nigdy na oczy nie widzieliśmy. No chyba że gości również trafiał szlag? - Popatrzył uważnie na nieodgadnioną minę Joachima. - To może ja ci lepiej naleję, jakoś niewyraźnie wyglądasz.
Joachim podsunął mu szklankę z grubo rżniętego szkła, a potem przez moment obserwował, jak w bursztynowym alkoholu połyskują refleksy światła. Pociągnął łyk i się uśmiechnął.
- Nic mi na ten temat nie wiadomo. Ale jest jeszcze historia ostatniego właściciela, twórcy tego luksusu, z którego tak ochoczo korzystamy.
Ewa poprawiła koc i sięgnęła po poduszkę. Podciągnęła kolana i oparła o nie brodę. Historia tego domu ją przerażała. Gdyby wiedziała wcześniej, możliwe, że nie zdecydowałaby się na przyjazd. O ile udałoby się przekonać Mikołaja, bo dla niego byłaby to zapewne dodatkowa atrakcja. Powiodła wzrokiem po ścianach i meblach. Przytulne do tej pory wnętrze nagle wydało się odpychające. Krowia skóra, kości zwierząt, ucięta głowa jelenia na wprost wejścia... Od początku czuła, że ten dom ma złą energię. Nikt normalny nie robi krzeseł z łosia. Poczuła jakiś przejmujący chłód bijący z każdego kąta, mimo że płomienie w kominku strzelały na półtora metra.
- Tu nie ma życia - szepnęła. - Tu są tylko pozostałości po życiu... Nie wiem, czy chcę tego słuchać...
- Nie bądź mięczak, kochanie - powiedział zniecierpliwiony Mikołaj. Przestraszył się, że Joachim, który zazwyczaj za bardzo przejmował się kobietami, gotów jeszcze zrezygnować z opowieści. A właśnie zaczęło się robić ciekawie. Posłał żonie całusa. - Mów - ponaglił tamtego. - Co z nim?
- Właściwie nic szczególnego, zwyczajny Austriak, miliardów dorobił się w branży IT...
Jowita parsknęła śmiechem.
- Austriacki miliarder, rzeczywiście nudy...
- Miałem na myśli, że żaden ekscentryk - uściślił Joachim. - Przykładny obywatel, żona, trójka dzieci. Zachwycił się tym miejscem, zwłaszcza że dziś na tej wysokości nikt tu już nie dostaje pozwolenia na budowę. Budynek nie był w najlepszym stanie. Wieczna zmarzlina porusza się jak lodowiec, tylko wolniej, dlatego dom coraz bardziej osiadał, pękały mury. Właściciel musiał zabezpieczyć fundamenty i dobudować część na solidnej już skale. Prace trwały kilka lat, nie spieszył się, chciał, żeby było idealnie, dokładnie tak, jak sobie wymyślił. Pragnął się tutaj przenieść, zamierzał napisać książkę i uważał, że tu są idealne warunki.
- Trudno się nie zgodzić - wtrąciła Ewa.
- Ale jak już wam wspominałem przez telefon, nie zdążył. Awionetka, którą pilotował, wleciała prosto w zbocze góry. Zginął na miejscu.
Mara zmarszczyła nos.
- A co w tym niezwykłego? W górach często zdarzają się wypadki małych samolotów czy helikopterów. Wiatry, gwałtowne zmiany pogody...
- Pogoda była wtedy jak drut, zero wiatru, widoczność taka, że całe Alpy jak na dłoni. Kiedy zbadano wrak, okazało się, że wszystkie systemy były sprawne i właściwie jednoznacznie nie stwierdzono, co było przyczyną katastrofy. Wyglądało, jakby facet centralnie wleciał w zbocze. Chodziły słuchy, że popełnił samobójstwo, choć jego przyjaciele twierdzili, że to niemożliwe, że był ostatnim człowiekiem, który mógłby to zrobić. W dodatku jego żona spodziewała się czwartego dziecka.
Ewa poczuła dreszcze na plecach.
- Jakoś tak mi nieswojo... Wygląda, jakby ten dom eliminował właścicieli... Po kolei.
- Przestań! - zawołała Jowita. - Sama już w życiu nie pójdę na górę.
- Rzeczywiście dziwne te przypadki, ale wiecie, jak ludzie kochają niesamowite historie. Ja bym to brał przez palce - odparł spokojnie Joachim. - Jeden z właścicieli spółki, do której obecnie należy dom, jest zafascynowany jego historią. Od niego wiem to wszystko - wyjaśnił. - Przejęli go w zeszłym roku. Wiosną, jak tylko pogoda się ustabilizuje, zabieramy się do montowania paneli.
- A swoją drogą, odważni ludzie, ci nowi właściciele... - podsumował grobowym tonem Gruby.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI