Farrow
Słyszałam, że jej fryzjer ma mniej obserwujących na Instagramie niż ona. - Tabby strzeliła gumą do żucia z tylnego fotelu swojego mercedesa GLE. - A ją obserwuje... coś koło czterech tysięcy? Rzeźnik z Balducci's zrobiłby lepszą fryzurę.
- Obnosi się z tą grzywką, jakby to były lata dziewięćdziesiąte. Nikt nie ma odwagi powiedzieć jej, że grzywki wyglądają tragicznie na kręconych włosach - parsknęła Reggie. - Jej balejaż jest dosłownie pomarańczowy.
Panie i panowie, oto Tabitha i Regina Ballantine. Moje przybrane siostry. Razem zdolne wyprodukować tyle jadu, że zdołałby zabić wszystkich mieszkańców sporej wyspy.
Moja macocha Vera, siedząca za kierownicą, cmoknęła z dezaprobatą.
- Wystarczy, dziewczynki. To było nieuprzejme. - Jej słowa nie pasowały do złowieszczego chichotu. - Sylvia to miła osoba. Trochę bez wyrazu, ale to nie jej wina. Widziałyście jej matkę?
- Niestety tak - zadrwiła Tabby.
Mocno przygryzłam wargę, starając się zdusić pragnienie przypomnienia im, że Sylvia Hall zdała egzamin na zakończenie studiów z wyróżnieniem. Jej głowa miała do zaoferowania znacznie więcej niż tylko zbyt drogą fryzurę.
Niestety nie mogłam nic powiedzieć. Po pierwsze dlatego, że kobiety z rodu Ballantine nienawidziły mojej odwagi i wszystko, co bym powiedziała, zostałoby wykorzystane przeciwko mnie. Po drugie ponieważ dosłownie nie mogłam się odezwać - leżałam w pozycji embrionalnej, wciśnięta w róg bagażnika auta, starając się oddychać tak płytko, jak to możliwe, żeby nie zdradzić swojej obecności.
SUV toczył się wzdłuż wypielęgnowanego trawnika otaczającego rzekę Potomac. Powietrze na zewnątrz zdawało się gęste od zapachu kwitnących kwiatów. Ja czułam jedynie woń butów do jazdy konnej Tabby. Otaczała mnie mieszanka zapachów nawozu, siana i jednego ze stajennych, przed którym w tym tygodniu rozłożyła nogi.
- Daleko jeszcze? - Reggie oblizała usta, zamykając jakiś pojemnik. - Jestem nawet podjarana, wiecie? Nigdy nie byłam w domu Zacha Suna.
- Zrób zdjęcie, bo to będzie twój pierwszy i ostatni raz - prychnęła Tabby. - Mamo, nawet nie wiem, dlaczego zmuszasz nas, żebyśmy tam poszły. Wszyscy wiedzą, że Constance Sun wycięłaby swoją własną nerkę, gdyby mogło jej to zagwarantować, że jej syn poślubi kogoś, kogo ona wybierze.
- Zachary Sun ma swój własny rozum. Jeśli zdecyduje, że chce poślubić jedną z was, nikt go nie powstrzyma.
Podziwiałam wieczny optymizm Very Ballantine. Tabby i Reggie były tak pociągające jak przewlekła, wyniszczająca choroba. Śmiertelne połączenie wysokich standardów i niskiego IQ.
- Poza tym... - Vera zmieniła stację radiową na taką, która puszcza muzykę klasyczną, mimo że nie znała nawet piosenki Yo-Yo Ma, śpiewanej przez Yo Gabba Gabba. - Będą tam jeszcze inni zamożni i wpływowi mężczyźni, gotowi na zaobrączkowanie. Tak jak ten książę... Oliver, jak mu tam?
- Von Bismarck - zażartowała Tabby. - Ten facet to dyplomowany zdobywca krótkich spódniczek. Złapię od niego chorobę weneryczną, jeśli tylko spojrzy w moją stronę.
Reggie zachichotała.
- To słodkie, kiedy udajesz, że nie jesteś zainteresowana.
- Mogłabym powiedzieć o tobie to samo, siostrzyczko.
- Dla twojej informacji, zaprosił mnie raz do swojej rezydencji na wybrzeżu Amalfi.
- Tylko ciebie i każdą żywą kobietę, która znalazła się w pobliżu. - Tabby cmoknęła. - Wow. Gdybym była tobą, od razu zamówiłabym zaproszenia na wesele.
Zacisnęłam ramiona wokół kolan, przeszukując w umyśle informacje, które zbierałam przez kilka miesięcy. Mój plan nie mógł się nie udać. Dostać się do środka. Odebrać to, co moje. Wymknąć się niezauważona, pod osłoną nocy i w designerskiej sukni, którą zarekwirowałam Reggie. To nie był mój pierwszy przekręt i na pewno nie będzie ostatni. Od urodzenia walczę o przetrwanie. Od momentu, kiedy moja rodzicielka porzuciła mnie w kartonowym pudle zwiniętym z Costco na progu domu ojca, z liścikiem o treści:
Cała twoja. Trzeba było odbierać moje telefony, dupku.
Aborcja kosztuje mniej niż utrzymanie dzieciaka.
- Tammy
W tamtym okresie mój ojciec rozpoczął burzliwy romans z Verą, którą finalnie poślubił. Według Tabby Vera namawiała ojca, żeby "pozbył się tego czegoś".
"Skąd możesz wiedzieć, że to naprawdę twoje dziecko?", podszeptywała mu przez całe moje dzieciństwo, dobrze wiedząc, że ją słyszę. Ale ja nie potrzebowałam testu DNA. Matka natura za mnie poświadczyła.
Mamy z ojcem takie same jasnoniebieskie oczy. Złote włosy, zwijające się w bujne fale, okalające nasze twarze i oczy. Mamy tak samo delikatną strukturę kości, ciało o długich członkach, a nawet pieprzyki pod prawym okiem.
- Szkoda, że Romeo Costa jest już zajęty - westchnęła Vera.
- Jakbyśmy miały jakiekolwiek szanse.
- Jakbyśmy chciały mieć jakiekolwiek szanse. Słyszałam, że to socjopata.
Reggie ziewnęła.
- Naprawdę? - Włosy Tabby opadły na podłokietnik. - Słyszałam, że ufundował nowy oddział położniczy w szpitalu Johna Hopkinsa, kiedy tylko jego żona zaszła w ciążę.
- Pewnie dlatego, że musieli poszerzyć wejście, żeby mogli ją przez nie przepchnąć w dniu porodu. Moja kosmetyczka powiedziała mi, że podczas wczorajszego obiadu w Białym Domu Dallas Costa pożarła połowę dolnej warstwy trzypiętrowego tortu, a reszta deseru zawaliła się na jakiegoś barona naftowego.
Obiekty 1 i 2 dostały ataku śmiechu.
- Też czujecie wybielacz? - Reggie pociągnęła nosem. - Mogłabym przysiąc, że zapach Farrow ostatnio ciągle za mną podąża. Mamo, musisz ją wyrzucić. Zasmradza cały dom.
- I dokąd dokładnie miałabym ją wysłać? - Vera podkręciła klimatyzację do maksimum. - Potrzebujemy pieniędzy na wynajem tych wstrętnych nor, które wasz ojciec po sobie zostawił. Ludzie już zaczynają gadać. Kiedy podpisywałam umowę leasingu na samochód, nawet nie zdecydowałam się na mercedesa AMG. - Zamilkła. - Mogłybyśmy ją upchnąć w domku przy basenie...
- Tylko nie tam. - Tabby pochyliła się między przednimi siedzeniami, aż całe auto się zatrzęsło. - Przerabiam ten domek na drugą garderobę.
Nie mogłam uwierzyć, że przez następną godzinę miałam przebywać w towarzystwie setek osób tak samo sztucznych i zapatrzonych w siebie jak moje przybrane siostry. Jednak nie miałam wyboru. Zachary Sun miał coś, co należało do mnie.
Wisiorek z jadeitu nigdy nie powinien był znaleźć się w tym rozległym pałacu. Naturalnie Vera maczała w tym swoje chciwe paluchy. Po śmierci ojca wystawiła na aukcji jego rzeczy, a dzięki ich sprzedaży uzyskała środki, zanim dostała pieniądze z jego polisy ubezpieczeniowej. Okazało się, że Zachary Sun wylicytował trzy razy większą stawkę niż najwyższa oferta. Teraz ten rozpieszczony miliarder miał jedyną pamiątkę, która została mi po ojcu.
Nie na długo.
Vera włączyła kierunkowskaz, wjeżdżając na ścieżkę wysypaną drobnymi kamykami.
- Jesteśmy na miejscu. Mój Boże, spójrzcie na tę kolejkę!
Nareszcie!
Gdy czekałyśmy, uciszyła moje kłócące się przybrane siostry.
- Nie mieli więcej ochroniarzy, których można by postawić przy wejściu? To chyba lekka przesada!
Przysunęłam się bliżej tylnych siedzeń i owinęłam ciaśniej ciemnym materiałem. Suknia, którą uszyłam, tak dobrze zlewała się z obiciem siedzeń, że byłam pewna, iż nie zechcą dokładniej przeszukiwać bagażnika.
- Proszę otworzyć. - Ochroniarz stuknął w klapę bagażnika. Drzwi otwierały się w zastraszająco wolnym tempie. Intensywny promień latarki przebił się przez osłaniający mnie materiał, na chwilę zanim drzwi z powrotem się zatrzasnęły. - Czysto, następny.
Vera zatrzymała się z piskiem opon. Moje przybrane potwory wypadły z auta, zamieniając się miejscami z parkingowym. Tak jak przewidywałam, mężczyzna zaparkował auto na podjeździe, w miejscu najbardziej oddalonym od szerokiego na kilometr wjazdu do posiadłości od strony Dark Prince Road. Wsiadł do wózka golfowego wraz z innymi pracownikami i odjechał w stronę głównej drogi.
Kiedy tylko światła zniknęły, przeczołgałam się z bagażnika na siedzenie kierowcy i uchyliłam drzwi. Z góry obserwowało mnie terrarium rodziny Sun, rozświetlone od jednego końca do drugiego oślepiającymi reflektorami, jakby podpuszczało mnie do wtargnięcia na swój teren. Nawet z odległości kilkudziesięciu metrów rzucało groźny cień na przycięty trawnik.
Kucając pomiędzy rzędami luksusowych samochodów, podkradłam się ścieżką rozświetloną słupkami, kiedy minął mnie parkingowy w lotusie evija. Reggie zabiłaby mnie, gdyby zobaczyła, w jakim stanie jest jej suknia. Zimny pot sprawił, że satyna przykleiła się do mojego ciała. Rozprułam też rozcięcie w spódnicy kilka centymetrów wyżej, kiedy kucałam w bagażniku.
A to kolejna rzecz, którą odkryłam podczas mojego researchu: ta impreza była oficjalną inauguracją polowania Zachary'ego Suna na pannę młodą. Dosłownie. Nie miałam wątpliwości, że potencjalne panny młode zamierzały urządzić sobie nawzajem Igrzyska śmierci, dopóki nie zostanie tylko jedna zwyciężczyni. Jeśli wierzyć okolicznym plotkom, Zachary Sun - aby udobruchać swoją wkurzoną, pragnącą wnucząt matkę - miał wbrew swojej woli wybrać jedną kandydatkę do północy.
Wszystkie były piękne na różne sposoby. Wysokie i niskie. Krągłe i szczupłe. Z jedwabnymi sukniami i jeszcze bardziej jedwabistymi manierami. Córki singapurskich miliarderów i byłych salwadorskich oligarchów. Koreańskich czeboli i hollywoodzkich producentów. Ale łączyło je jedno - wszystkie chciały zostać następną panią Sun.
Schyliłam głowę, mając nadzieję, że wtopię się w tłum, i zaczęłam wymijać suknie balowe i smokingi. Niewidzialność to moja umiejętność, którą doskonaliłam już w przedszkolu. Głównie po to, by oszczędzić sobie wyzwisk, jakimi obrzucały mnie Vera i Obiekty 1 i 2, gdy tylko miały zły dzień.
Pałac górował nade mną w imponującym przepychu - połacie bladego francuskiego wapienia, cesarskie kolumny i zadbane ogrody, które dorównywały Wersalowi. Przełknęłam ściskającą mi gardło gulę i weszłam do środka, niesiona przez tłum. Foyer otaczały ogromne zakrzywione schody. Moje oczy prześlizgnęły się do tych prowadzących do mojego celu. Do biura Zachary'ego Suna. Na dole stali ubrani w garnitury strażnicy, z rękami splecionymi z przodu i słuchawkami w uszach.
W kącie moja rodzina zastępcza śmiała się zbyt głośno z tego, co mówili mężczyźni w markowych garniturach. Vera przyciskała do piersi przystawkę, próbując zmarszczyć brwi pomimo botoksu. Postarzała się jak mleko w saunie, a jej osobowość była równie zepsuta. Musiałam unikać zauważenia, ale nie martwiłam się tym zbytnio. Nikt inny mnie tu nie znał.
Tata zbyt twardo stąpał po ziemi, by zadawać się z tym tłumem. Jeśli chodzi o mnie, zawsze unikałam wszelkich wydarzeń, które wiązały się z podlizywaniem się największym bogaczom Potomacu. Małżeństwo wydawało mi się całkowitą stratą czasu. W życiu powinno się mieć tylko jedną miłość. Siebie. I, być może, psa.
Poczekałam, aż jeden z pracowników wejdzie po schodach, by za nim podążyć. Symfonia głosów na dole ciągnęła się za nami na górę. Poruszałam ustami bezgłośnie, udając rozmowę, by zgasić podejrzenia ochroniarzy. Gdy znaleźliśmy się za rogiem, skierowałam się do biblioteki, w której mieściło się biuro.
Nauczyłam się planu piętra rezydencji na pamięć. Dziękuję, Zillow.
Kiedy Zach kupił posiadłość od szwajcarskiej rodziny królewskiej, która zajmowała ją wcześniej, nie wprowadził tu prawie żadnych zmian poza przekształceniem podziemnego garażu w zaawansowaną technologicznie galerię sztuki. Początkowo myślałam, że będę musiała jakoś się tam włamać. Ale potem natknęłam się na okładkę "Wired" z zeszłego miesiąca. Artykuł o ostatnim wrogim przejęciu Zacha. I tam go zobaczyłam. Uwieczniony na błyszczącej stronie magazynu, prawie niezauważalny pod mocą jego bezdusznego spojrzenia.
Wisiorek. Wystawiony na półce. Zabezpieczony szkłem.
Lo siento, frajerze. Niedługo zostaniesz pozbawiony jednego z dzieł sztuki.
Przeszłam korytarzem, mijając obrazy, które prawdopodobnie kosztowały więcej niż posiadłość Ballantine'ów. Zwłaszcza teraz, gdy Vera i jej córki pogrążyły firmę taty do poziomu, którego nie osiągnął nawet Titanic. Nie miałam pojęcia, co sobie myślał, dzieląc własność firmy sprzątającej na cztery części. Troje ze spadkobierców nigdy w życiu nie przepracowało ani jednego dnia.
Przede mną ukazały się drzwi biblioteki. Ścisnęłam klamkę, spodziewając się, że ani drgnie. Spędziłam dwa miesiące, bez przerwy ucząc się otwierania zamków zestawem schowanym w staniku. Ale drzwi otworzyły się bez wysiłku i bez dźwięku.
Owiało mnie rześkie powietrze, wywołując gęsią skórkę. Weszłam do środka, zamknęłam drzwi i oparłam się plecami o drewno, pozwalając sobie na krótki odpoczynek, by uspokoić bicie serca. To nie byłby pierwszy raz, kiedy zrobiłam coś, za co mogłabym wylądować w więzieniu.
Ale po raz pierwszy miałam okraść jednego z najpotężniejszych ludzi na świecie.
Nie zawracałam sobie głowy podziwianiem biura Zacha Suna, mimo że nigdy wcześniej nie postawiłam stopy w tak ekstrawaganckim miejscu. A to dlatego, że wisiorek świecił jak latarnia morska. W tej samej szklanej gablotce, co na stronie magazynu "Wired", tuż obok jego identycznej kopii. Jeden dla niego i jeden dla niej.
Cóż, to by pasowało. Jeden z nich jest jego, a drugi mój.
Wisiorki były nie do pomylenia. Ten taty miał jedną niedoskonałość, która czyniła go wyjątkowym i naszym. Jako dziecko przycięłam frędzle "dla zabawy". Pasma były o około dwa centymetry krótsze, niż powinny.
Przeleciałam obok biurka, ignorując dokumenty, które wraz z podmuchem wiatru spadły na dywan. W końcu opuszki moich palców dotknęły grubego szkła. Tuż nad wisiorkiem taty.
- Przepraszam, że zajęło mi to tyle czasu - wyszeptałam, a łzy stanęły mi w oczach. - Zamknął cię w złotej klatce. Nie martw się. Wydostanę cię stąd.
Od śmierci taty trzymałam jego ulubiony wisiorek w szafce nocnej, by przytulać się do niego, gdy stęskniona za nim budziłam się w środku nocy. Zanim Vera go sprzedała, na misternych węzłach wciąż unosił się jego zapach. Założę się, że teraz ten zapach został stłamszony nijaką egzystencją Zacha.
Odzyskam go, tatku. Obiecuję.
Podnosząc podarty rąbek mojej bladoniebieskiej sukienki, odpięłam od paska bielizny przenośny nóż do szkła. Ostrze kliknęło, gdy je wyciągnęłam, i przebiłam szybę. Gwałtowne uderzenia rozbrzmiewały w moich uszach, gdy wycinałam okrąg wokół małego zamka.
Wtedy to usłyszałam. Wystarczająco głośne, by zagłuszyć moje serce.
- Co ty wyprawiasz?
Kurwa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki