p

My Dark Desire. Dark Prince Road. Tom 2 - L.J. Shen, Parker S. Huntington

Kup ebooka

43.90 zł
35.56 zł (35,56 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Za­nim za­czniesz - dzię­ku­jemy za to, że da­li­ście szansę Za­chowi i Far­row. Lu­bimy żar­to­wać, że ta dwójka jest taka jak my - zde­rze­nie dwóch kul­tur, które ja­kimś cu­dem działa. Żadna z nas ni­gdy nie na­pi­sała ta­kiej książki. To za­szczyt mieć taką moż­li­wość.

Ja (Par­ker) ni­gdy nie są­dzi­łam, że będę w sta­nie po­dzie­lić się moją kul­turą ze świa­tem, zwłasz­cza po­przez hi­sto­rię mi­ło­sną. Je­stem po czę­ści Wiet­namką, a po czę­ści Chinką, wy­cho­waną za­równo w Orange Co­unty, jak i DMV przez moją zwa­rio­waną, nie­sa­mo­witą, zgraną ro­dzinę. Wiele ele­men­tów, które znaj­dzie­cie w My Dark De­sire, opiera się na mo­ich oso­bi­stych do­świad­cze­niach. Są nie­po­korni, nie­mal nie­wia­ry­godni i uza­leż­nia­jący. Nie mogę się do­cze­kać, aby po­ka­zać Wam część mo­jego ży­cia. A Le­igh, cie­szę się, że zgo­dzi­łaś się na­pi­sać ze mną tę książkę i słu­chać, jak opo­wia­dam o swoim dzie­ciń­stwie.

A skoro już mnie wy­wo­łano... Ja (Le­igh) cie­szy­łam się każdą se­kundą pi­sa­nia tej książki z moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Wy­szła nie­sa­mo­wita, pełna go­rą­cych żar­tów i od­zwier­cie­dla­jąca moją przy­jaźń z Par­ker. (Je­den pro­cent na­szych roz­mów do­ty­czy pracy. Po­zo­stałe dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent prze­zna­czamy na je­dze­nie i ro­dzinę). Par­ker jest moją prac­kową żoną, a bio­rąc pod uwagę, że wskaź­nik roz­wo­dów wśród Ame­ry­ka­nów azja­tyc­kiego po­cho­dze­nia wy­nosi 12,4%, ist­nieje duże praw­do­po­do­bień­stwo, że zo­sta­niemy ze sobą na całe ży­cie.

Wiele z tego, co ko­cham w Za­chu i Fae, po­cho­dzi z na­szych co­dzien­nych roz­mów. Na tym za­koń­czę, aby­ście mo­gli za­głę­bić się w hi­sto­rię. Mi­łego czy­ta­nia!

Bu­ziaki

(PS Ciotka jest praw­dziwa. Tak samo jak in­cy­dent ze skra­dzio­nym sa­mo­cho­dem. Nie mo­głam w to uwie­rzyć, ale Par­ker po­ka­zała mi ra­chunki. PO­TRZE­BUJĘ CE­LE­STE W MOIM ŻY­CIU! - Le­igh)

Far­row

Sły­sza­łam, że jej fry­zjer ma mniej ob­ser­wu­ją­cych na In­sta­gra­mie niż ona. - Tabby strze­liła gumą do żu­cia z tyl­nego fo­telu swo­jego mer­ce­desa GLE. - A ją ob­ser­wuje... coś koło czte­rech ty­sięcy? Rzeź­nik z Bal­ducci's zro­biłby lep­szą fry­zurę.

- Ob­nosi się z tą grzywką, jakby to były lata dzie­więć­dzie­siąte. Nikt nie ma od­wagi po­wie­dzieć jej, że grzywki wy­glą­dają tra­gicz­nie na krę­co­nych wło­sach - par­sk­nęła Reg­gie. - Jej ba­le­jaż jest do­słow­nie po­ma­rań­czowy.

Pa­nie i pa­no­wie, oto Ta­bi­tha i Re­gina Bal­lan­tine. Moje przy­brane sio­stry. Ra­zem zdolne wy­pro­du­ko­wać tyle jadu, że zdo­łałby za­bić wszyst­kich miesz­kań­ców spo­rej wy­spy.

Moja ma­co­cha Vera, sie­dząca za kie­row­nicą, cmok­nęła z dez­apro­batą.

- Wy­star­czy, dziew­czynki. To było nie­uprzejme. - Jej słowa nie pa­so­wały do zło­wiesz­czego chi­chotu. - Sy­lvia to miła osoba. Tro­chę bez wy­razu, ale to nie jej wina. Wi­dzia­ły­ście jej matkę?

- Nie­stety tak - za­drwiła Tabby.

Mocno przy­gry­złam wargę, sta­ra­jąc się zdu­sić pra­gnie­nie przy­po­mnie­nia im, że Sy­lvia Hall zdała eg­za­min na za­koń­cze­nie stu­diów z wy­róż­nie­niem. Jej głowa miała do za­ofe­ro­wa­nia znacz­nie wię­cej niż tylko zbyt drogą fry­zurę.

Nie­stety nie mo­głam nic po­wie­dzieć. Po pierw­sze dla­tego, że ko­biety z rodu Bal­lan­tine nie­na­wi­dziły mo­jej od­wagi i wszystko, co bym po­wie­działa, zo­sta­łoby wy­ko­rzy­stane prze­ciwko mnie. Po dru­gie po­nie­waż do­słow­nie nie mo­głam się ode­zwać - le­ża­łam w po­zy­cji em­brio­nal­nej, wci­śnięta w róg ba­gaż­nika auta, sta­ra­jąc się od­dy­chać tak płytko, jak to moż­liwe, żeby nie zdra­dzić swo­jej obec­no­ści.

SUV to­czył się wzdłuż wy­pie­lę­gno­wa­nego traw­nika ota­cza­ją­cego rzekę Po­to­mac. Po­wie­trze na ze­wnątrz zda­wało się gę­ste od za­pa­chu kwit­ną­cych kwia­tów. Ja czu­łam je­dy­nie woń bu­tów do jazdy kon­nej Tabby. Ota­czała mnie mie­szanka za­pa­chów na­wozu, siana i jed­nego ze sta­jen­nych, przed któ­rym w tym ty­go­dniu roz­ło­żyła nogi.

- Da­leko jesz­cze? - Reg­gie ob­li­zała usta, za­my­ka­jąc ja­kiś po­jem­nik. - Je­stem na­wet pod­ja­rana, wie­cie? Ni­gdy nie by­łam w domu Za­cha Suna.

- Zrób zdję­cie, bo to bę­dzie twój pierw­szy i ostatni raz - prych­nęła Tabby. - Mamo, na­wet nie wiem, dla­czego zmu­szasz nas, że­by­śmy tam po­szły. Wszy­scy wie­dzą, że Con­stance Sun wy­cię­łaby swoją wła­sną nerkę, gdyby mo­gło jej to za­gwa­ran­to­wać, że jej syn po­ślubi ko­goś, kogo ona wy­bie­rze.

- Za­chary Sun ma swój wła­sny ro­zum. Je­śli zde­cy­duje, że chce po­ślu­bić jedną z was, nikt go nie po­wstrzyma.

Po­dzi­wia­łam wieczny opty­mizm Very Bal­lan­tine. Tabby i Reg­gie były tak po­cią­ga­jące jak prze­wle­kła, wy­nisz­cza­jąca cho­roba. Śmier­telne po­łą­cze­nie wy­so­kich stan­dar­dów i ni­skiego IQ.

- Poza tym... - Vera zmie­niła sta­cję ra­diową na taką, która pusz­cza mu­zykę kla­syczną, mimo że nie znała na­wet pio­senki Yo-Yo Ma, śpie­wa­nej przez Yo Gabba Gabba. - Będą tam jesz­cze inni za­możni i wpły­wowi męż­czyźni, go­towi na za­ob­rącz­ko­wa­nie. Tak jak ten książę... Oli­ver, jak mu tam?

- Von Bi­smarck - za­żar­to­wała Tabby. - Ten fa­cet to dy­plo­mo­wany zdo­bywca krót­kich spód­ni­czek. Zła­pię od niego cho­robę we­ne­ryczną, je­śli tylko spoj­rzy w moją stronę.

Reg­gie za­chi­cho­tała.

- To słod­kie, kiedy uda­jesz, że nie je­steś za­in­te­re­so­wana.

- Mo­gła­bym po­wie­dzieć o to­bie to samo, sio­strzyczko.

- Dla two­jej in­for­ma­cji, za­pro­sił mnie raz do swo­jej re­zy­den­cji na wy­brzeżu Amalfi.

- Tylko cie­bie i każdą żywą ko­bietę, która zna­la­zła się w po­bliżu. - Tabby cmok­nęła. - Wow. Gdy­bym była tobą, od razu za­mó­wi­ła­bym za­pro­sze­nia na we­sele.

Za­ci­snę­łam ra­miona wo­kół ko­lan, prze­szu­ku­jąc w umy­śle in­for­ma­cje, które zbie­ra­łam przez kilka mie­sięcy. Mój plan nie mógł się nie udać. Do­stać się do środka. Ode­brać to, co moje. Wy­mknąć się nie­zau­wa­żona, pod osłoną nocy i w de­si­gner­skiej sukni, którą za­re­kwi­ro­wa­łam Reg­gie. To nie był mój pierw­szy prze­kręt i na pewno nie bę­dzie ostatni. Od uro­dze­nia wal­czę o prze­trwa­nie. Od mo­mentu, kiedy moja ro­dzi­cielka po­rzu­ciła mnie w kar­to­no­wym pu­dle zwi­nię­tym z Co­stco na progu domu ojca, z li­ści­kiem o tre­ści:

Cała twoja. Trzeba było od­bie­rać moje te­le­fony, dupku.

Abor­cja kosz­tuje mniej niż utrzy­ma­nie dzie­ciaka.

- Tammy

W tam­tym okre­sie mój oj­ciec roz­po­czął burz­liwy ro­mans z Verą, którą fi­nal­nie po­ślu­bił. We­dług Tabby Vera na­ma­wiała ojca, żeby "po­zbył się tego cze­goś".

"Skąd mo­żesz wie­dzieć, że to na­prawdę twoje dziecko?", pod­szep­ty­wała mu przez całe moje dzie­ciń­stwo, do­brze wie­dząc, że ją sły­szę. Ale ja nie po­trze­bo­wa­łam te­stu DNA. Matka na­tura za mnie po­świad­czyła.

Mamy z oj­cem ta­kie same ja­sno­nie­bie­skie oczy. Złote włosy, zwi­ja­jące się w bujne fale, oka­la­jące na­sze twa­rze i oczy. Mamy tak samo de­li­katną struk­turę ko­ści, ciało o dłu­gich człon­kach, a na­wet pie­przyki pod pra­wym okiem.

- Szkoda, że Ro­meo Co­sta jest już za­jęty - wes­tchnęła Vera.

- Jak­by­śmy miały ja­kie­kol­wiek szanse.

- Jak­by­śmy chciały mieć ja­kie­kol­wiek szanse. Sły­sza­łam, że to so­cjo­pata.

Reg­gie ziew­nęła.

- Na­prawdę? - Włosy Tabby opa­dły na pod­ło­kiet­nik. - Sły­sza­łam, że ufun­do­wał nowy od­dział po­łoż­ni­czy w szpi­talu Johna Hop­kinsa, kiedy tylko jego żona za­szła w ciążę.

- Pew­nie dla­tego, że mu­sieli po­sze­rzyć wej­ście, żeby mo­gli ją przez nie prze­pchnąć w dniu po­rodu. Moja ko­sme­tyczka po­wie­działa mi, że pod­czas wczo­raj­szego obiadu w Bia­łym Domu Dal­las Co­sta po­żarła po­łowę dol­nej war­stwy trzy­pię­tro­wego tortu, a reszta de­seru za­wa­liła się na ja­kie­goś ba­rona naf­to­wego.

Obiekty 1 i 2 do­stały ataku śmie­chu.

- Też czu­je­cie wy­bie­lacz? - Reg­gie po­cią­gnęła no­sem. - Mo­gła­bym przy­siąc, że za­pach Far­row ostat­nio cią­gle za mną po­dąża. Mamo, mu­sisz ją wy­rzu­cić. Za­smra­dza cały dom.

- I do­kąd do­kład­nie mia­ła­bym ją wy­słać? - Vera pod­krę­ciła kli­ma­ty­za­cję do mak­si­mum. - Po­trze­bu­jemy pie­nię­dzy na wy­na­jem tych wstręt­nych nor, które wasz oj­ciec po so­bie zo­sta­wił. Lu­dzie już za­czy­nają ga­dać. Kiedy pod­pi­sy­wa­łam umowę le­asingu na sa­mo­chód, na­wet nie zde­cy­do­wa­łam się na mer­ce­desa AMG. - Za­mil­kła. - Mo­gły­by­śmy ją upchnąć w domku przy ba­se­nie...

- Tylko nie tam. - Tabby po­chy­liła się mię­dzy przed­nimi sie­dze­niami, aż całe auto się za­trzę­sło. - Prze­ra­biam ten do­mek na drugą gar­de­robę.

Nie mo­głam uwie­rzyć, że przez na­stępną go­dzinę mia­łam prze­by­wać w to­wa­rzy­stwie se­tek osób tak samo sztucz­nych i za­pa­trzo­nych w sie­bie jak moje przy­brane sio­stry. Jed­nak nie mia­łam wy­boru. Za­chary Sun miał coś, co na­le­żało do mnie.

Wi­sio­rek z ja­de­itu ni­gdy nie po­wi­nien był zna­leźć się w tym roz­le­głym pa­łacu. Na­tu­ral­nie Vera ma­czała w tym swoje chciwe pa­lu­chy. Po śmierci ojca wy­sta­wiła na au­kcji jego rze­czy, a dzięki ich sprze­daży uzy­skała środki, za­nim do­stała pie­nią­dze z jego po­lisy ubez­pie­cze­nio­wej. Oka­zało się, że Za­chary Sun wy­li­cy­to­wał trzy razy więk­szą stawkę niż naj­wyż­sza oferta. Te­raz ten roz­piesz­czony mi­liar­der miał je­dyną pa­miątkę, która zo­stała mi po ojcu.

Nie na długo.

Vera włą­czyła kie­run­kow­skaz, wjeż­dża­jąc na ścieżkę wy­sy­paną drob­nymi ka­my­kami.

- Je­ste­śmy na miej­scu. Mój Boże, spójrz­cie na tę ko­lejkę!

Na­resz­cie!

Gdy cze­ka­ły­śmy, uci­szyła moje kłó­cące się przy­brane sio­stry.

- Nie mieli wię­cej ochro­nia­rzy, któ­rych można by po­sta­wić przy wej­ściu? To chyba lekka prze­sada!

Przy­su­nę­łam się bli­żej tyl­nych sie­dzeń i owi­nę­łam cia­śniej ciem­nym ma­te­ria­łem. Suk­nia, którą uszy­łam, tak do­brze zle­wała się z obi­ciem sie­dzeń, że by­łam pewna, iż nie ze­chcą do­kład­niej prze­szu­ki­wać ba­gaż­nika.

- Pro­szę otwo­rzyć. - Ochro­niarz stuk­nął w klapę ba­gaż­nika. Drzwi otwie­rały się w za­stra­sza­jąco wol­nym tem­pie. In­ten­sywny pro­mień la­tarki prze­bił się przez osła­nia­jący mnie ma­te­riał, na chwilę za­nim drzwi z po­wro­tem się za­trza­snęły. - Czy­sto, na­stępny.

Vera za­trzy­mała się z pi­skiem opon. Moje przy­brane po­twory wy­pa­dły z auta, za­mie­nia­jąc się miej­scami z par­kin­go­wym. Tak jak prze­wi­dy­wa­łam, męż­czy­zna za­par­ko­wał auto na pod­jeź­dzie, w miej­scu naj­bar­dziej od­da­lo­nym od sze­ro­kiego na ki­lo­metr wjazdu do po­sia­dło­ści od strony Dark Prince Road. Wsiadł do wózka gol­fo­wego wraz z in­nymi pra­cow­ni­kami i od­je­chał w stronę głów­nej drogi.

Kiedy tylko świa­tła znik­nęły, prze­czoł­ga­łam się z ba­gaż­nika na sie­dze­nie kie­rowcy i uchy­li­łam drzwi. Z góry ob­ser­wo­wało mnie ter­ra­rium ro­dziny Sun, roz­świe­tlone od jed­nego końca do dru­giego ośle­pia­ją­cymi re­flek­to­rami, jakby pod­pusz­czało mnie do wtar­gnię­cia na swój te­ren. Na­wet z od­le­gło­ści kil­ku­dzie­się­ciu me­trów rzu­cało groźny cień na przy­cięty traw­nik.

Ku­ca­jąc po­mię­dzy rzę­dami luk­su­so­wych sa­mo­cho­dów, pod­kra­dłam się ścieżką roz­świe­tloną słup­kami, kiedy mi­nął mnie par­kin­gowy w lo­tu­sie evija. Reg­gie za­bi­łaby mnie, gdyby zo­ba­czyła, w ja­kim sta­nie jest jej suk­nia. Zimny pot spra­wił, że sa­tyna przy­kle­iła się do mo­jego ciała. Roz­pru­łam też roz­cię­cie w spód­nicy kilka cen­ty­me­trów wy­żej, kiedy ku­ca­łam w ba­gaż­niku.

A to ko­lejna rzecz, którą od­kry­łam pod­czas mo­jego re­se­ar­chu: ta im­preza była ofi­cjalną in­au­gu­ra­cją po­lo­wa­nia Za­chary'ego Suna na pannę młodą. Do­słow­nie. Nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że po­ten­cjalne panny młode za­mie­rzały urzą­dzić so­bie na­wza­jem Igrzy­ska śmierci, do­póki nie zo­sta­nie tylko jedna zwy­cięż­czyni. Je­śli wie­rzyć oko­licz­nym plot­kom, Za­chary Sun - aby udo­bru­chać swoją wku­rzoną, pra­gnącą wnu­cząt matkę - miał wbrew swo­jej woli wy­brać jedną kan­dy­datkę do pół­nocy.

Wszyst­kie były piękne na różne spo­soby. Wy­so­kie i ni­skie. Krą­głe i szczu­płe. Z je­dwab­nymi suk­niami i jesz­cze bar­dziej je­dwa­bi­stymi ma­nie­rami. Córki sin­ga­pur­skich mi­liar­de­rów i by­łych sal­wa­dor­skich oli­gar­chów. Ko­re­ań­skich cze­boli i hol­ly­wo­odz­kich pro­du­cen­tów. Ale łą­czyło je jedno - wszyst­kie chciały zo­stać na­stępną pa­nią Sun.

Schy­li­łam głowę, ma­jąc na­dzieję, że wto­pię się w tłum, i za­czę­łam wy­mi­jać suk­nie ba­lowe i smo­kingi. Nie­wi­dzial­ność to moja umie­jęt­ność, którą do­sko­na­li­łam już w przed­szkolu. Głów­nie po to, by oszczę­dzić so­bie wy­zwisk, ja­kimi ob­rzu­cały mnie Vera i Obiekty 1 i 2, gdy tylko miały zły dzień.

Pa­łac gó­ro­wał nade mną w im­po­nu­ją­cym prze­py­chu - po­ła­cie bla­dego fran­cu­skiego wa­pie­nia, ce­sar­skie ko­lumny i za­dbane ogrody, które do­rów­ny­wały Wer­sa­lowi. Prze­łknę­łam ści­ska­jącą mi gar­dło gulę i we­szłam do środka, nie­siona przez tłum. Foyer ota­czały ogromne za­krzy­wione schody. Moje oczy prze­śli­zgnęły się do tych pro­wa­dzą­cych do mo­jego celu. Do biura Za­chary'ego Suna. Na dole stali ubrani w gar­ni­tury straż­nicy, z rę­kami sple­cio­nymi z przodu i słu­chaw­kami w uszach.

W ką­cie moja ro­dzina za­stęp­cza śmiała się zbyt gło­śno z tego, co mó­wili męż­czyźni w mar­ko­wych gar­ni­tu­rach. Vera przy­ci­skała do piersi przy­stawkę, pró­bu­jąc zmarsz­czyć brwi po­mimo bo­toksu. Po­sta­rzała się jak mleko w sau­nie, a jej oso­bo­wość była rów­nie ze­psuta. Mu­sia­łam uni­kać za­uwa­że­nia, ale nie mar­twi­łam się tym zbyt­nio. Nikt inny mnie tu nie znał.

Tata zbyt twardo stą­pał po ziemi, by za­da­wać się z tym tłu­mem. Je­śli cho­dzi o mnie, za­wsze uni­ka­łam wszel­kich wy­da­rzeń, które wią­zały się z pod­li­zy­wa­niem się naj­więk­szym bo­ga­czom Po­to­macu. Mał­żeń­stwo wy­da­wało mi się cał­ko­witą stratą czasu. W ży­ciu po­winno się mieć tylko jedną mi­łość. Sie­bie. I, być może, psa.

Po­cze­ka­łam, aż je­den z pra­cow­ni­ków wej­dzie po scho­dach, by za nim po­dą­żyć. Sym­fo­nia gło­sów na dole cią­gnęła się za nami na górę. Po­ru­sza­łam ustami bez­gło­śnie, uda­jąc roz­mowę, by zga­sić po­dej­rze­nia ochro­nia­rzy. Gdy zna­leź­li­śmy się za ro­giem, skie­ro­wa­łam się do bi­blio­teki, w któ­rej mie­ściło się biuro.

Na­uczy­łam się planu pię­tra re­zy­den­cji na pa­mięć. Dzię­kuję, Zil­low.

Kiedy Zach ku­pił po­sia­dłość od szwaj­car­skiej ro­dziny kró­lew­skiej, która zaj­mo­wała ją wcze­śniej, nie wpro­wa­dził tu pra­wie żad­nych zmian poza prze­kształ­ce­niem pod­ziem­nego ga­rażu w za­awan­so­waną tech­no­lo­gicz­nie ga­le­rię sztuki. Po­cząt­kowo my­śla­łam, że będę mu­siała ja­koś się tam wła­mać. Ale po­tem na­tknę­łam się na okładkę "Wi­red" z ze­szłego mie­siąca. Ar­ty­kuł o ostat­nim wro­gim prze­ję­ciu Za­cha. I tam go zo­ba­czy­łam. Uwiecz­niony na błysz­czą­cej stro­nie ma­ga­zynu, pra­wie nie­zau­wa­żalny pod mocą jego bez­dusz­nego spoj­rze­nia.

Wi­sio­rek. Wy­sta­wiony na półce. Za­bez­pie­czony szkłem.

Lo siento, fra­je­rze. Nie­długo zo­sta­niesz po­zba­wiony jed­nego z dzieł sztuki.

Prze­szłam ko­ry­ta­rzem, mi­ja­jąc ob­razy, które praw­do­po­dob­nie kosz­to­wały wię­cej niż po­sia­dłość Bal­lan­tine'ów. Zwłasz­cza te­raz, gdy Vera i jej córki po­grą­żyły firmę taty do po­ziomu, któ­rego nie osią­gnął na­wet Ti­ta­nic. Nie mia­łam po­ję­cia, co so­bie my­ślał, dzie­ląc wła­sność firmy sprzą­ta­ją­cej na cztery czę­ści. Troje ze spad­ko­bier­ców ni­gdy w ży­ciu nie prze­pra­co­wało ani jed­nego dnia.

Przede mną uka­zały się drzwi bi­blio­teki. Ści­snę­łam klamkę, spo­dzie­wa­jąc się, że ani drgnie. Spę­dzi­łam dwa mie­siące, bez prze­rwy ucząc się otwie­ra­nia zam­ków ze­sta­wem scho­wa­nym w sta­niku. Ale drzwi otwo­rzyły się bez wy­siłku i bez dźwięku.

Owiało mnie rześ­kie po­wie­trze, wy­wo­łu­jąc gę­sią skórkę. We­szłam do środka, za­mknę­łam drzwi i opar­łam się ple­cami o drewno, po­zwa­la­jąc so­bie na krótki od­po­czy­nek, by uspo­koić bi­cie serca. To nie byłby pierw­szy raz, kiedy zro­bi­łam coś, za co mo­gła­bym wy­lą­do­wać w wię­zie­niu.

Ale po raz pierw­szy mia­łam okraść jed­nego z naj­po­tęż­niej­szych lu­dzi na świe­cie.

Nie za­wra­ca­łam so­bie głowy po­dzi­wia­niem biura Za­cha Suna, mimo że ni­gdy wcze­śniej nie po­sta­wi­łam stopy w tak eks­tra­wa­ganc­kim miej­scu. A to dla­tego, że wi­sio­rek świe­cił jak la­tar­nia mor­ska. W tej sa­mej szkla­nej ga­blotce, co na stro­nie ma­ga­zynu "Wi­red", tuż obok jego iden­tycz­nej ko­pii. Je­den dla niego i je­den dla niej.

Cóż, to by pa­so­wało. Je­den z nich jest jego, a drugi mój.

Wi­siorki były nie do po­my­le­nia. Ten taty miał jedną nie­do­sko­na­łość, która czy­niła go wy­jąt­ko­wym i na­szym. Jako dziecko przy­cię­łam frędzle "dla za­bawy". Pa­sma były o około dwa cen­ty­me­try krót­sze, niż po­winny.

Prze­le­cia­łam obok biurka, igno­ru­jąc do­ku­menty, które wraz z po­dmu­chem wia­tru spa­dły na dy­wan. W końcu opuszki mo­ich pal­ców do­tknęły gru­bego szkła. Tuż nad wi­sior­kiem taty.

- Prze­pra­szam, że za­jęło mi to tyle czasu - wy­szep­ta­łam, a łzy sta­nęły mi w oczach. - Za­mknął cię w zło­tej klatce. Nie martw się. Wy­do­stanę cię stąd.

Od śmierci taty trzy­ma­łam jego ulu­biony wi­sio­rek w szafce noc­nej, by przy­tu­lać się do niego, gdy stę­sk­niona za nim bu­dzi­łam się w środku nocy. Za­nim Vera go sprze­dała, na mi­ster­nych wę­złach wciąż uno­sił się jego za­pach. Za­łożę się, że te­raz ten za­pach zo­stał stłam­szony ni­jaką eg­zy­sten­cją Za­cha.

Od­zy­skam go, tatku. Obie­cuję.

Pod­no­sząc po­darty rą­bek mo­jej bla­do­nie­bie­skiej su­kienki, od­pię­łam od pa­ska bie­li­zny prze­no­śny nóż do szkła. Ostrze klik­nęło, gdy je wy­cią­gnę­łam, i prze­bi­łam szybę. Gwał­towne ude­rze­nia roz­brzmie­wały w mo­ich uszach, gdy wy­ci­na­łam okrąg wo­kół ma­łego zamka.

Wtedy to usły­sza­łam. Wy­star­cza­jąco gło­śne, by za­głu­szyć moje serce.

- Co ty wy­pra­wiasz?

Kurwa.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Zach

Mój oj­ciec za­wsze po­wta­rzał, że lu­dzie są jak czy­sta kartka, a wspo­mnie­nia to atra­ment.

Wtedy jesz­cze nie mia­łem po­ję­cia, że księga mo­jego ży­cia zo­sta­nie po­kryta smołą i po­darta na ka­wa­łeczki.

Zo­sta­łem wy­cho­wany przez hoj­nego czło­wieka. Pie­nią­dze. Toż­sa­mość. Mi­łość. Piękny ze­staw za­sad mo­ral­nych - i jesz­cze pięk­niej­sze uzę­bie­nie. Prze­ka­zał mi to wszystko.

Jed­nak otrzy­ma­łem od niego znacz­nie cen­niej­szy po­da­ru­nek. Jego ży­cie.

Dwa­na­ście lat

Tak jak wszyst­kie nie­szczę­ścia, naj­gor­szy dzień mo­jego ży­cia roz­po­czął się nie­win­nie.

Sie­dzie­li­śmy z tatą na tyl­nym sie­dze­niu jego ben­tleya, a nasz kie­rowca usil­nie prze­śli­zgi­wał się po­mię­dzy pa­sami jezdni, pró­bu­jąc po­ko­nać duży ruch. Nie­koń­czące się trą­bie­nie wy­peł­niało moją głowę. Nad nami prze­ta­czała się ulewa, która nie od­pusz­czała, od­kąd opu­ści­li­śmy dom au­kcyjny. Ra­dio za­głu­szało moje wła­sne my­śli i sły­sza­łem je­dy­nie, jak Si­mon i Gar­fun­kel wy­ko­nują swój ka­wa­łek Bo­okends.

Z tyłu głowy czu­łem na so­bie wzrok ojca, który ob­ser­wo­wał, jak chu­cham na okno sa­mo­chodu i wy­ry­so­wuję miecz na za­pa­ro­wa­nej szy­bie.

- Przy­da­łoby ci się hobby - wes­tchnął.

- Hobby nie jest do ni­czego przy­datne. To dla­tego nosi na­zwę "hobby". - Na­ry­so­wa­łem palce ści­ska­jące miecz i krew ka­piącą z jego czubka. - Poza tym mam wiele za­in­te­re­so­wań.

Nasz kie­rowca par­sk­nął, włą­cza­jąc lewy kie­run­kow­skaz.

- Masz wiele ta­len­tów - po­pra­wił mnie tata. - To, że je­steś w czymś do­bry, nie ozna­cza, że czer­piesz z tego sa­tys­fak­cję. Sie­dze­nie na tyłku przez całe wa­ka­cje i cze­ka­nie na po­wrót naj­lep­szego przy­ja­ciela to nie hobby.

Głupi Ro­meo Co­sta. Pew­nego dnia po pro­stu wy­je­chał bez po­że­gna­nia. Naj­pierw, kiedy by­li­śmy w pod­sta­wówce, po­le­ciał do Włoch. W tym roku jego oj­ciec zmu­sił go do wy­jazdu na ja­kiś głupi obóz letni. Wró­cił z Eu­ropy jesz­cze głup­szy niż wcze­śniej. Moż­liwe, że tym ra­zem też zo­stawi gdzieś frag­ment swo­jego mó­zgu.

Spoj­rza­łem na tatę i za­mru­ga­łem.

- Dla­czego mu­szę czer­pać przy­jem­ność z tego, co ro­bię?

Na jego twa­rzy po­ja­wił się de­li­katny uśmiech. Mój oj­ciec był ogromny. A może wy­da­wał mi się ogromny, bo jesz­cze nie prze­sze­dłem mu­ta­cji. W tam­tym mo­men­cie wy­peł­niał swoim cia­łem całe tylne sie­dze­nie. Swoją obec­no­ścią. Swo­imi wło­sami w ko­lo­rze onyksu i zmarszcz­kami w ką­ci­kach oczu po­wsta­łymi od uśmie­chu. I kosz­marną bli­zną, któ­rej się do­ro­bił, kiedy opie­ko­wał się dru­żyną zu­chów. Orzeł pró­bo­wał mnie po­rwać, a on rzu­cił się śli­zgiem, żeby w ostat­niej chwili mnie ura­to­wać, wpadł na le­żak i roz­ciął so­bie czoło.

Tata po­stu­kał kciu­kiem w moją skroń.

- Po­nie­waż je­śli nie czer­piesz przy­jem­no­ści z po­dróży, jak miał­byś do­ce­nić jej cel?

- Czy ce­lem na­szej ży­cio­wej po­dróży nie jest śmierć? - Wpa­try­wa­łem się w niego, żeby nie wi­dzieć, jak moja sztuka znika z szyby w wy­niku kon­den­sa­cji pary wod­nej.

- Na­py­tasz so­bie biedy tą in­te­li­gen­cją - ro­ze­śmiał się.

- Nie za­prze­czy­łeś - wy­szep­ta­łem, wal­cząc z po­kusą za­tka­nia uszu, żeby od­ciąć się od dźwię­ków klak­so­nów i desz­czu ude­rza­ją­cego o dach auta.

- Ce­lem jest ro­dzina. Mi­łość. Wła­sne miej­sce na ziemi.

Ode­rwa­łem małą ga­łązkę od po­de­szwy swo­jego buta.

- Ty masz wiele miejsc.

- Tak, ale tylko jedno z nich na­zy­wam do­mem. Wła­śnie tam je­ste­ście ty i twoja matka.

Przyj­rza­łem mu się ze zmarsz­czo­nym czo­łem.

- Co ta­kiego zro­bi­li­śmy, że cię to uszczę­śli­wia?

- Wy­star­czy, że ist­nie­je­cie, głup­ta­sie.

Znu­dzony do gra­nic moż­li­wo­ści roz­cią­gną­łem się na sie­dze­niu i za­czą­łem stu­kać w ko­lano.

- Skoro tak cię uszczę­śli­wiamy, dla­czego za­wsze ku­pu­jesz rze­czy, żeby po­czuć się do­brze?

- Sztuka to nie "rze­czy". - Po­ło­żył swoją dłoń na mo­jej, żeby po­wstrzy­mać mnie od stu­ka­nia w ko­lano. - Sztuka to czy­jaś du­sza prze­lana w ma­te­riał. Zach, du­sze są bez­cenne. Sta­raj się chro­nić swoją naj­le­piej, jak po­tra­fisz.

Przy­su­ną­łem się bli­żej niego, by zaj­rzeć do ak­sa­mit­nego pu­dełka le­żą­cego po­mię­dzy nami.

- Mogę spoj­rzeć na tę?

- Do­piero w swoje uro­dziny.

- To dla mnie?

- To nie za­bawka. Może być nie­bez­pieczne.

- Na­wet le­piej. - Za­cie­ra­łem ręce, prze­no­sząc wzrok na ręcz­nie rzeź­bioną szka­tułkę, którą trzy­mał w dło­niach. - A to?

Wła­śnie ode­bra­li­śmy łupy taty z tru­dem zdo­byte przez nas pod­czas li­cy­ta­cji na au­kcji an­ty­ków. To zna­czy, zdo­byte przez ojca. Ja cze­ka­łem w sa­mo­cho­dzie, ukła­da­jąc kostkę Ru­bika, na­wet na nią nie pa­trząc, kiedy on prze­cho­dził przez pro­ces we­ry­fi­ka­cji toż­sa­mo­ści. Sztuka ni­gdy mnie nie in­te­re­so­wała. Oj­ciec spę­dził ostat­nie dwa­na­ście lat na wci­ska­niu mi do głowy swo­ich mą­dro­ści, ma­jąc na­dzieję, że nie­które z jego ob­se­sji prze­biją się w końcu przez moją czaszkę. Nic z tego. Mógł­bym de­ba­to­wać na te­mat prze­wagi tech­niki gongbi nad ma­lo­wa­niem za po­mocą tu­szu i la­wo­wa­nia, ale nie mógł­bym się zmu­sić do przy­zna­nia, że kilka kre­sek na pa­pie­rze w ogóle mnie ob­cho­dzi. Cza­sami po­ta­jem­nie ma­rzy­łem, by mieć ta­kiego ojca, ja­kiego ma Ro­meo. Jego oj­ciec po­zwala mu na za­bawę bro­nią i gra­na­tami ręcz­nymi. Rom wie na­wet, jak pro­wa­dzić czołg. To się na­zywa hobby!

Tata od­su­nął cięż­kie wieko i prze­chy­lił pu­dełko w moją stronę.

- To pre­zent rocz­ni­cowy dla two­jej matki.

Po­mię­dzy ścian­kami z sa­tyny le­żał okrą­gły wi­sio­rek z ja­de­itu wy­rzeź­bio­nego na kształt lwa. Czer­wony sznu­rek owi­jał się wo­kół za­krzy­wio­nej kra­wę­dzi, pro­wa­dząc do rzędu ko­ra­li­ków, du­żego wę­zła typu pan chang i dwóch frędzli. Je­dyne dwa mi­liony do­la­rów, i za co? Mama na­wet nie za­łoży cze­goś ta­kiego. Do­ro­śli po­dej­mo­wali cza­sem naj­głup­sze de­cy­zje. Oj­ciec na­zy­wał je im­pul­sami i mó­wił, że to ludz­kie od­ru­chy. Może nie by­łem zbyt ludzki, po­nie­waż ta­kie rze­czy nie wy­wo­ły­wały u mnie eks­cy­ta­cji. Wszyst­kie kwe­stie mu­sia­łem do­brze prze­my­śleć i ni­czego nie pra­gną­łem. Na­wet sło­dy­czy.

Opa­dłem na fo­tel.

- Wy­gląda jak war­stwa ple­śni ro­snąca na se­rze w po­jem­niku śnia­da­nio­wym, który Oli­ver zo­sta­wił w szkol­nej szafce.

Mój drugi naj­lep­szy przy­ja­ciel prze­ja­wiał dba­łość o hi­gienę na po­zio­mie dzika. Nie ob­ra­ża­jąc dzika, który nie­co­dzien­nie ma moż­li­wość wzię­cia prysz­nica.

- Shă háizi. - Głupi chło­piec. Chi­cho­cząc, oj­ciec pstryk­nął mnie w tył głowy. - Pew­nego dnia na­uczysz się do­ce­niać piękne przed­mioty.

Deszcz się wzmógł, ude­rzał w szyby, jakby bła­gał o wpusz­cze­nie go do sa­mo­chodu. Znie­kształ­cone czer­wone i żółte świa­tła prze­bi­jały się przez przed­nie szyby. Trą­bie­nie stało się gło­śniej­sze.

Pra­wie do­tar­li­śmy na miej­sce.

- Je­steś pe­wien, że ma­mie się to spodoba? - Po­tar­łem nos rę­ka­wem ko­szulki. - Wy­gląda jak ten na­szyj­nik, który kilka lat temu do­stała od Ayi Ce­le­ste. - By­łem pe­wien, że ciotka ku­piła go w lot­ni­sko­wym skle­piku z pa­miąt­kami, kiedy wra­cała z Szan­ghaju.

- Bę­dzie za­chwy­cona. - Pa­lec ojca prze­su­nął się nad wi­sior­kiem, nie do­ty­ka­jąc go. - Ża­łuję, że mu­sia­łem le­cieć do Xi'an w stycz­niu. Za­nim się do­wie­dzia­łem, że drugi wi­sio­rek tra­fił na au­kcję w Wa­szyng­to­nie, ktoś już go ku­pił.

- Jest taki drugi? - Tym ra­zem na­ry­so­wa­łem na szy­bie ośmior­nicę, tylko w po­ło­wie sku­pia­jąc swoją uwagę na roz­mo­wie, kiedy prze­su­wa­li­śmy się wzdłuż wzbu­rzo­nej rzeki Po­to­mac. Jesz­cze kilka ki­lo­me­trów i skrę­cimy w Dark Prince Road. - Czy to nie ob­niża jego war­to­ści?

- Cza­sami tak. Jed­nak w tym wy­padku wi­siorki zo­stały wy­ko­nane jako para, po jed­nym dla męż­czy­zny i ko­biety. Na­le­żały do ko­chan­ków z dy­na­stii Song, któ­rych po­łą­czyły gwiazdy.

Oży­wi­łem się. Na­resz­cie roz­mowa stała się cie­kawa.

- Jaka była ich hi­sto­ria? Czy zo­stali stra­ceni na gi­lo­ty­nie?

- Zach...

- Och, no tak! - krzyk­ną­łem, po czym prze­je­cha­łem pal­cem w po­przek gar­dła. - W tam­tych cza­sach za­bi­jano lu­dzi po­przez wy­ko­na­nie ty­siąca na­cięć na ich ciele. Na pewno ich roz­człon­ko­wano.

Tata roz­ma­so­wał skro­nie, pa­trząc na mnie z lek­kim uśmie­chem.

- Skoń­czy­łeś?

- Nie. Jak my­ślisz, czy po od­cię­ciu czło­wie­kowi nosa bez znie­czu­le­nia umiera on od razu, czy po­woli się wy­krwa­wia? - Ko­rek się roz­luź­nił, a sa­mo­chód na­brał pręd­ko­ści. W końcu.

- Za­chary Sun, jak to moż­liwe, że je­steś moim...

Nie­zno­śny dźwięk klak­sonu za­głu­szył jego głos. Za­głu­szył deszcz. Cały świat. Tata urwał, a jego oczy się roz­sze­rzyły. Sa­mo­chód gwał­tow­nie skrę­cił w lewo, jakby chciał unik­nąć zde­rze­nia. Tata ode­pchnął na bok pu­dełko i rzu­cił się w moją stronę, obej­mu­jąc mnie ra­mio­nami w pa­sie i bo­le­śnie przy­trzy­mu­jąc. Przy­ci­snął mnie pła­sko do sie­dze­nia, a ośle­pia­jące świa­tło re­flek­to­rów pa­dło na jego twarz.

Ben­tley prze­wró­cił się na bok, a po­tem da­cho­wał. Wy­lą­do­wa­li­śmy do góry no­gami. Oj­ciec na­dal le­żał na mnie. Na­dal mnie osła­niał. Wszystko zda­rzyło się bły­ska­wicz­nie. Gło­śne, prze­ni­kliwe dzwo­nie­nie. Po­tem ból. Wszech­ogar­nia­jący, bez­denny ból. Wszę­dzie i ni­g­dzie jed­no­cze­śnie. W tym sa­mym cza­sie nie czu­łem nic i cier­pia­łem ka­tu­sze. Za­mru­ga­łem szybko, jakby miało mi to przy­wró­cić wzrok albo słuch.

- Za­chary, nic ci nie jest. Je­steś cały. - Jego usta wy­po­wia­dały słowa, jego twarz znaj­do­wała się cen­ty­metr od mo­jej. Cały się trząsł. Spoj­rzał w dół, mię­dzy nas, i przy­mknął po­wieki. - Wo cao.

Moje oczy się za­szkliły. Oj­ciec prze­klął. A on ni­gdy nie prze­klina.

Coś lep­kiego i ciem­nego spa­dło z niego na moją prawą nogę. Strzep­ną­łem to.

Krew.

To była krew.

Krew ojca.

Wtedy to zo­ba­czy­łem. Gra­bie prze­biły mu wnętrz­no­ści. Przy­szpi­liły go do drzwi. Po­strzę­piona kra­wędź kłuła mnie w brzuch, mu­skała skórę. Wcią­gną­łem brzuch, jed­no­cze­śnie wal­cząc o od­dech.

Za­mru­ga­łem, ma­jąc na­dzieję, że ten kosz­mar się skoń­czy. Mój wzrok sku­pił się na za­krwa­wio­nej twa­rzy ojca, po­kry­tej odłam­kami szkła jak jeż kol­cami. Wszę­dzie była krew. Spły­wała po jego skroni, od bli­zny na czole aż do pod­bródka. Jego krew - cie­pła, me­ta­liczna, śmier­dząca, kle­ista - wsią­kała w moje ubra­nie, moją skórę, moje włosy. Chcia­łem go z sie­bie zrzu­cić. Chcia­łem krzy­czeć. Jego usta znowu się po­ru­szyły, ale tym ra­zem nie sły­sza­łem nic poza dzwo­nie­niem w uszach.

- Nie sły­szę cię - po­wie­dzia­łem bez­gło­śnie. - Po­wtórz.

Pró­bo­wa­łem się po­ru­szyć, do­tknąć jego czoła, po­wstrzy­mać krwa­wie­nie, ale był zbyt ciężki, a ja mu­sia­łem wcią­gać brzuch, żeby gra­bie nie prze­cięły mnie na pół.

Czer­wona torba.

Się­gną­łem po nią, wy­cią­ga­jąc rękę tak da­leko, jak tylko mo­głem. Gra­bie wy­cięły ma­leńką dziurkę w mo­jej skó­rze, ale udało mi się zła­pać pa­ku­nek, od­wra­ca­jąc go do góry no­gami. Nóż. Chwy­ci­łem w dłoń jego rączkę i spró­bo­wa­łem od­ciąć pasy bez­pie­czeń­stwa. Roz­pruły się nie­znacz­nie, ale to nic nie dało. Na­dal nie mo­głem się ru­szyć.

- Henry! - pró­bo­wa­łem wy­krzy­czeć imię kie­rowcy.

Nie otrzy­ma­łem od­po­wie­dzi.

Spoj­rza­łem przez prawe ra­mię i zo­ba­czy­łem czoło Henry'ego przy­ci­śnięte do wy­pom­po­wa­nej po­duszki po­wietrz­nej, po­wo­du­jące nie­ustanne, świ­dru­jące trą­bie­nie. Nie mu­sia­łem wi­dzieć krwi, żeby wie­dzieć, że nie żyje. Wy­glą­dał jak ku­kiełka, jego źre­nice były czarne i bez wy­razu.

Tata po­now­nie po­ru­szył ustami. Jego oczy bła­gały, że­bym go wy­słu­chał. Na­prawdę chcia­łem usły­szeć, co ma mi do po­wie­dze­nia, ale wszystko za­głu­szał klak­son.

Łza spły­nęła z jego po­liczka na mój. Z mo­jego gar­dła wy­rwał się syk, jakby kro­pla mnie opa­rzyła. Tata ni­gdy nie pła­kał. Jego usta po­ru­szały się co­raz wol­niej, jego ciało na­dal mnie okry­wało. Ochra­niało mnie przed tym, co miało się wy­da­rzyć albo co już się wy­da­rzyło. Sta­lowa klatka nas unie­ru­cho­miła. Nie mo­głem się wy­do­stać, mimo że pró­bo­wa­łem.

Udało mi się za­ci­snąć pięść na jego ko­szuli, za­nim osu­nął się na mnie ca­łym cię­ża­rem. Moje ręce za­drżały pod na­po­rem jego ciała, druga dłoń na­dal ści­skała nóż. Jego oczy po­zo­stały otwarte, ale wie­dzia­łem, że nie żyje. Du­sza mo­jego taty już ode­szła. Wtedy w końcu zro­zu­mia­łem, co miał na my­śli, mó­wiąc, że du­sze są bez­cenne.

Zmy­sły po­wró­ciły do mnie po ko­lei, po­wol­nym stru­mie­niem, ni­czym deszcz.

Naj­pierw słuch.

- Czy ktoś jesz­cze jest w środku?

- Dziecko.

- Żyje?

- Cho­lera... wąt­pię. Ta cię­ża­rówka wje­chała pro­sto w nich, na­wet nie zwal­nia­jąc. Nie mieli szans.

Po­tem - re­cep­tory skóry.

Oj­ciec był zimny. Bar­dzo zimny. Zbyt zimny. Wie­dzia­łem, co to ozna­cza. Ka­wa­łek jego twa­rzy od­dzie­lił się od ciała i spadł na moją pierś. Je­śli było go­rąco, to tego nie czu­łem. Za­drża­łem i za­ci­ska­jąc oczy, wal­czy­łem z żół­cią wzbie­ra­jącą w gar­dle i za­ci­śnię­tym żo­łąd­kiem.

Złaź ze mnie. Nie chcę czuć two­jej śmierci. Nie chcę czuć ni­czego, kropka.

Wresz­cie, moja umie­jęt­ność mó­wie­nia.

- Żyję - wy­chry­pia­łem, sły­sząc jęki, stę­ka­nia i krzyki osób, które pró­bo­wały prze­wró­cić sa­mo­chód. - Prze­ży­łem.

Jed­nak nie czu­łem się żywy.

- Trzy­maj się, mały! - usły­sza­łem wo­ła­nie. - Wy­cią­gniemy cię stam­tąd. Zaj­mie nam to tro­chę czasu, okej?

- Okej.

Nie okej. Nic nie było okej.

Za­ci­sną­łem usta i słu­cha­łem ich roz­mowy.

- Tak, Bo Sun. Ten Bo Sun. - Ci­sza. - O Boże.

- Czy on...?

- Będą mu­sieli go od­ciąć, żeby do­stać się do chłopca. Zo­stał na­bity na gra­bie przez sto­piony me­tal.

- Cho­lera. Biedne dziecko.