WSTĘP
Wiem, jak to jest palnąć coś i tłumaczyć się potem, że wcale nie to
miałam na myśli. Zmuszeni jesteśmy znosić wtedy niezręczne milczenie i potępiająco-oceniający wzrok. Chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle - tak
dobrałam słowa, że ktoś poczuł się urażony. Wszyscy znamy spotkania
rodzinne, na których zawsze jest jakaś ciocia Krysia, która zebranym
wytyka życiowe porażki, dodatkowe kilogramy albo brak faceta. Staramy
się mieć na uwadze, że ciocia jest wiekowa, że ona już taka jest albo
przecież wiesz, że ona tylko żartuje. Ale poczucie frustracji z każdym
spotkaniem rośnie. Dzisiaj żałuję, że w takich sytuacjach nie chroniłam
siebie. Nie chodzi o to, by w końcu wybuchnąć i powiedzieć coś tak
raniącego, żeby ciocia poczuła się tak, jak ja się czułam, gdy mi
dogryzała, że jestem pączuś, albo powtarzała, że jak Pan Bóg rozdawał
rozmiary butów, to przy mnie się zagapił i zapomniał powiedzieć: stop.
Gdy ciocia to robiła, za każdym razem wyobrażałam sobie ten sam
scenariusz: że mówię jej coś równie bolesnego. Niestety, a może na
szczęście, wtłoczona przez dorosłych "grzeczność" nie pozwalała
zareagować. Ale pewnego razu więzy grzeczności pękły. Bo gdy
przekraczanie naszych granic osiągnie punkt krytyczny, jest już za późno
na takie względy. Język wtedy nie nazywa tego, co się w nas dzieje.
Język sam staje się "dzianiem", wybuchem, którego nie da się zatrzymać.
Przytyki cioci osiągnęły masę krytyczną i w końcu wybuchłam. A potem
nastała niezręczna cisza. Karcące spojrzenia. Wyrzuty rodziców, jak
mogłam, przecież wiem, że ciocia jest starszą i schorowaną osobą. Moje
poczucie winy, a także wstydu, że nie umiałam się powstrzymać.
Gdy szukałam tematu na doktorat, moja promotorka, profesor Jolanta
Antas, poradziła: Wybierz temat o mechanizmie językowym, którego nie
rozumiesz. Tak więc napisałam doktorat o deprecjacji, czyli o tym, jak
umniejszamy siebie i innych za pomocą słów. Gdy go pisałam, myślałam o tym, jak trudno czasem powiedzieć "stop", zareagować w porę, zanim złość
w nas napęcznieje, postawić granicę, by się chronić i obronić, gdy ktoś
słowami próbuje nas sprowadzić do parteru.
SŁOWA OBRONY KONIECZNEJ
Wiem też, jak to jest, gdy zabraknie języka w gębie. Gdy się nie wie, co
powiedzieć. Gdy wszyscy patrzą i czekają na błyskotliwą ripostę, a ty
masz ochotę się rozpłakać. Mój przyjaciel jest dorosłym dzieckiem
alkoholika (DDA), który całe dzieciństwo odgrywał rolę maskotki. Był
dzieckiem, które wygłupami skupia na sobie uwagę całej rodziny i dzięki
temu odwraca ją od problemów. Zawsze radosny, beztroski, głośny.
Uwielbiany gość na wszystkich imprezach, bo gdy przychodził, było
wiadomo, że będzie fajnie. Ale pewnego dnia odkrył, że ma już dość tej
roli. Przestał błaznować. Towarzystwo nie mogło mu tego wybaczyć:
Zachowuj się normalnie. Co się z tobą dzieje? Gdzie jest prawdziwy
Oskar? Wtedy nie miał narzędzi do obrony siebie.
Kilka lat później wybraliśmy się razem na koncert Ralpha Kaminskiego.
Weszliśmy do windy w Centrum Kongresowym. Oskar miał na sobie szalik
znanego projektanta, którego wzór z daleka rzeczywiście mógł przypominać
szaliki piłkarskie. W windzie znajdowało się już kilka osób. Jedna z kobiet, około pięćdziesiątki, zwróciła mu uwagę, że to nie boisko
piłkarskie. Nie słyszałam tego, tylko widziałam, że Oskar coś jej
tłumaczy. Do mojego ucha docierały pojedyncze słowa, że to nie tak, że
on w życiu nie był na meczu piłkarskim, że nie jest kibicem, że on na
koncert. Gdy usiedliśmy już na miejscach, poznałam szczegóły całej
historii. Wściekłam się okrutnie, bo jakim prawem obca baba komentuje
wygląd mojego znajomego? Czemu on w ogóle zaczął się tłumaczyć? Zamiast
powiedzieć jej: Szanowna pani, to trochę niegrzeczne i niestosowne
publicznie komentować czyjś wygląd. Ralph pięknie śpiewał o tęsknocie
za czułością i bliskością, a ja przed oczami miałam różne tego typu
sytuacje, gdy ktoś mnie tak zaskoczył swoim chamstwem, że zabrakło mi
słów, by się obronić. Francuzi mają na to określenie l'esprit de
l'escalier, gdy dopiero na schodach, po wyjściu z pokoju, przychodzi
nam do głowy, co powinniśmy powiedzieć pięć minut wcześniej. W tej
książce chcę opowiedzieć o narzędziach obrony koniecznej, gdy ktoś
przekracza nasze granice.
Odwoziłam znajomego do domu i rozprawialiśmy o tym, że mamy wdrukowane
przekonanie, iż nie wypada pyskować starszym. Nie pyskujemy więc, a przez to nie chronimy siebie. Mimo że słowa tamtej kobiety były jawną
agresją i atakiem na Oskara. Jego wygląd nie naruszał norm społecznych.
Po prostu jeden z jego elementów nie spodobał się tej pani. Ale przecież
to jest OK: nie jesteśmy zupą pomidorową, żeby wszyscy nas lubili. Nie
musimy podobać się wszystkim. Nie jesteśmy też jednak chłopcami do
bicia, by inni po nas jechali. Patrzyliśmy na Kaminskiego na scenie, na
jego odwagę w wychodzeniu ze stereotypu męskości, na zabawę sobą.
Dotarło też do mnie, że jeśli kiedyś moja niezgoda na takie traktowanie
miała dojść do głosu, to właśnie na tym koncercie. Zatem do wszystkich
pań i panów od szalików: nie musicie lubić i akceptować naszej inności,
ale nie macie prawa tego publicznie ogłaszać światu. Bo my będziemy
stawać w obronie siebie i swoich wyborów.
SŁOWA, KTÓRE SĄ LEKIEM
Ale wiem też, jak to jest, gdy bardzo chcemy opowiedzieć bliskiej osobie
o tym, co przeżywamy, lecz zwyczajnie brakuje nam słów. W lipcu 2007
roku spotkała mnie największa tragedia w moim życiu: umarła jedna z najbliższych mi osób. Niespodziewanie. Dwa dni później przyjeżdżają do
mnie znajomi. Próbują być blisko. Pocieszyć. Więc dlaczego po ich
wizycie czuję się jeszcze gorzej? Chcieli mnie wesprzeć. Wierzę w to.
Ale skończyło się na tym, że to ja ich pocieszałam, że ze mną OK, że się
trzymam, daję radę. Intencje mieli dobre. Zabrakło językowych strategii
na to, by towarzyszyć mi w cierpieniu. Zaczęłam pisać o tym, jak
wspierać ludzi w sytuacjach granicznych. Brałam udział w akcji
społecznej "Umierać po ludzku". Stworzyłam projekt społeczny "Słowo też
jest lekiem". Szkoliłam lekarzy, personel medyczny, wolontariuszy
pracujących z terminalnie chorymi pacjentami.
Zajmuję się językiem ponad dwadzieścia lat i nadal pamiętam tamto
uczucie. Za to - dzięki wiedzy o języku i psychologii - nauczyłam się
radzić sobie z tym, co czuję, co się ze mną dzieje. Język stanowi
przepustkę do mojego świata, ale też do świata drugiego człowieka. Do
przekonania się i usłyszenia, z jakich cegiełek jest on zbudowany.
Ta książka w prosty i przystępny sposób pokazuje, jak odbieramy świat,
co potem znajduje wyraz w języku. Odpowiada na pytanie, dlaczego czasem
przekonywanie kogoś do swoich racji zwyczajnie nie ma sensu. Dlaczego
ktoś neutralne pytanie: "Chcesz zjeść ten serek?", może odebrać jako
przytyk do swojej wagi i zareagować pretensją: "A co? Uważasz, że jestem
za gruba?", przypisując autorowi wypowiedzi złośliwą intencję, która mu
w ogóle nie postała w głowie. To książka o tym, jak lepiej zrozumieć
siebie oraz innych, ale przede wszystkim o tym, jak dzięki temu nauczyć
się stawiać granice, chronić siebie, a przez to lepiej radzić sobie z przemocą słowną i toksycznymi relacjami. Umiejętniej wyrażając siebie,
mamy także szansę pogłębić dobre relacje, budując bliskość, porozumienie
i wzajemne zrozumienie.
Tu nasuwa się pytanie: Czy po lekturze tej książki życie stanie się
łatwiejsze? Odpowiedź brzmi: NIE. Będzie za to pełniejsze.
Głębsze. Bardziej sprawcze, bo na waszych warunkach. I to z trzech
powodów.
Po pierwsze, zaczniecie dostrzegać, ile nadużyć i przemocy jest w języku
używanym wobec nas w codziennym życiu.
Po drugie, będziecie potrafili nazwać to, co wtedy przeżywacie, i dać
odpór agresji. Nawet gdy inni natychmiast przystąpią do ataku: Weź nie
przesadzaj, Niby taka mądra jesteś, a z matematyki co dostałaś? Będą
próbowali powstrzymać wasze zmagania o ustanowienie na nowo granic
między wami a światem zewnętrznym.
Po trzecie, sami będziecie musieli wykonać całkiem sporo pracy z własnym
językiem. Bo kiedy już wiemy, jak on działa, to jesteśmy bardziej
odpowiedzialni także za swoje słowa.
DLACZEGO NIE WARTO UDAWAĆ, ŻE ZAWSZE "JEST SPOKO"
Jesteśmy istotami emocjonalnymi. To złudzenie, że myślimy racjonalnie i na podstawie logicznych argumentów podejmujemy decyzje. Nasze działanie
zdecydowanie częściej jest uruchamiane z obszaru związanego z emocjami,
ukrytymi przekonaniami i schematami myślowymi. Paradoks polega na tym,
że im bardziej odcinamy się od tego, co czujemy, tym mocniej te
odepchnięte emocje upominają się o ich uznanie.
Ta książka jest o prawie do odczuwania absolutnie każdej emocji. I o ważnej roli języka w tym, co czujemy. Bo dopiero wtedy, gdy damy sobie
prawo do każdej cząstki siebie, gdy pozwolimy sobie na wściekłość,
smutek, bezradność, zazdrość i znajdziemy na to określenia, będziemy
mogli zarządzać tym, co się w nas wydarza.
Gdy prowadzę warsztaty o języku emocji dla dzieci, lubię posługiwać się
porównaniem emocji do nienadmuchanego balonika. Kiedy pozwalamy sobie na
ich doświadczanie, nazywamy to, co w nas zachodzi, i mamy poczucie, że w relacji z samym sobą czy z drugim człowiekiem możemy bezpiecznie je
przeżywać, bez bycia ocenianym czy strofowanym, wówczas te baloniki w nas są nienadmuchane. Gdy natomiast udajemy, że jest spoko, nie ma
problemu i że wcale się nie złościmy na ten autobus, który nie dość,
że przyjechał spóźniony, to jeszcze obryzgał nas błotem, to odcinanie
się od naszej złości powoduje, że balonik się nadyma i zaciska się na
nim pętla. Im dalej jesteśmy od tego, co przeżywamy i odczuwamy, tym
balonik staje się większy. I przychodzi moment krytyczny: balonik staje
się balonem i pęka z hukiem. Często niespodziewanie. Rośnie w nas cały
dzień, a potem wystarczy jakiś drobiazg, nieumyty kubek w zlewie,
nieodebrany na czas telefon czy zatkany filtr w ekspresie do kawy, i huk
pękającego balona przybiera postać wykrzyczanych bluzgów, fochów czy
litanii pretensji. Bo zebrało się w nas za dużo, aż wreszcie to coś
trudnego, czego nie chcieliśmy w sobie dostrzegać, znalazło ujście.
Najgorsze z możliwych, bo przeżywając takie trudne momenty i emocje,
możemy przy okazji obrazić kogoś, kogo kochamy, czy coś zniszczyć. To
cena udawania, że jest spoko.
Z językiem nigdy nic nie jest na sto procent. Nie możemy założyć, że
skoro ktoś powiedział coś w określony sposób, to oznacza, że na pewno
tak myślał. Nie siedzimy bowiem w głowie drugiego człowieka i dostęp do
jego intencji mamy jedynie przez ich ekspresje, czyli słowa, gesty,
mimikę. Ale konstrukcje językowe mogą być drogowskazem do
określonego widzenia świata przez drugiego człowieka. A czasem stają się
przepustką do tego, by lepiej komunikować własne potrzeby, ale też
dostrzegać i rozumieć potrzeby innych. Szczególnie gdy są nieco inne niż
nasze.
Książka Mówię, więc jestem ma jedno zadanie: otworzyć czytelników na
takie właśnie myślenie o języku. Na przysłuchiwanie się słowom i łączenie ich z konkretnymi emocjami, które w nas budzą. Na pobudzanie
ciekawości poprzez zadawanie sobie trzech pytań:
co chciałam/em powiedzieć?
co powiedziałam/em?
co
może wynikać z tego, jak to powiedziałam/em?
A także analogicznie:
co powiedział mój rozmówca?
co
mógł chcieć powiedzieć?
co
może wynikać z tego, jak to powiedział?
Tutaj dodałabym jeszcze jedno pytanie - jak JA się poczułam/em z tym, co
ktoś powiedział.
Każdy z tych elementów jest ważny, ale dla nas najistotniejsze będzie
JAK.
JAK ja to powiedziałam/em?
JAK ktoś to powiedział?
"TAKIEGO MAMLASA WYCHOWAŁAŚ", CZYLI O TYM, CO ŚWIADOME I NIEŚWIADOME
Od razu dodam: nieświadomie powiedziane. Pisząc tę książkę,
rozmawiałam z wieloma osobami. Jedna z nich opowiedziała mi, że ojciec
kiedyś powiedział jej matce: Takiego mamlasa wychowałaś. Potem dodała,
że tata miał na myśli to, że jest bardzo emocjonalna i często płacze.
Wtedy nie zareagowała. Gdy do mnie napisała, przyznała, że dopiero przed
dwoma laty dowiedziała się od psychologa, że wolno jej płakać. Ale ten
"mamlas" siedzi jej w głowie. Jedno słowo. Zapytałam, czy zauważyła, że
"mamlas" jest rodzaju męskiego, bo z językowego punktu widzenia to
ogromnie istotne. To słowo, pochodzące od czasownika "mamlać", nie dość,
że jest negatywne w wydźwięku, to jeszcze przez rodzaj męski dodatkowo
obraża moją znajomą, pozbawiając ją kobiecości i wykluczając z grona
"normalnych" kobiet. Odpowiedziała, że nie zwróciła na to uwagi.
Słowa bolą i siedzą nam w głowie, ale często nie mamy pojęcia dlaczego.
Wierzę, że zrozumienie tych językowych mechanizmów może sprawić, że
oderwiemy takie określenia czy zdania od siebie i znajdziemy dla
bolesnych słów osobną przestrzeń, gdzieś daleko od naszego myślenia o nas samych.
Nieświadomie nie tylko formułujemy zdania, ale też zarządzamy innymi
językowymi konstrukcjami. Mam znajomego, z którym często rozmawiam przez
telefon. Zauważyłam, że są dni, gdy wychwytuje ironię i niuanse językowe
niczym Wisława Szymborska. A w inne do moich słów podchodzi
łopatologicznie. Dosłowność jego odbioru dosłownie (sic!) mnie zabija. A ponieważ rozmawiamy od dłuższego czasu, to wyprowadziłam tezę, że gdy
jest bardzo zmęczony i "zarobiony", tępieje mu niuansowy zmysł i odczytuje niedosłowności łopatologicznie: jest tak i tak. Poezja w czasach wojny, nawet tej z własnym zmęczeniem, nie ma szans z prozą
życia. I rzeczywiście, wielokrotnie potwierdzał potem, że dużo pracował.
Czy to ważne? Dla niego pewnie bez znaczenia. Nawet tego nie zauważa.
Dla naszej relacji już tak. Bo taka dosłowność w odbiorze języka
może wskazywać na zmęczenie. I uruchamiać u rozmówcy empatię. Znowu
może, ale nie musi. Bo to ciągle moja hipoteza. W języku nic nigdy
nie jest na sto procent.
OVERTHINKOWANIE I GUILTY PLEASURES, CZYLI GDY BRAKUJE OKREŚLEŃ DLA DOŚWIADCZEŃ
Warto też dotknąć jeszcze jednej ważnej kwestii - niemożności nazwania
różnych doświadczeń. Zauważyłam, że na zajęciach o języku emocji
studenci często posługują się anglicyzmami, by opisać to, co czują i przeżywają. Czasem nawet te angielskie słowa przyjmują polskie końcówki,
jak wtedy, gdy jedna ze studentek powiedziała do drugiej:
Overthinkujesz! Dopytałam o sens tego wyrażenia: No wie pani, chodzi
o to, że rozkminia za dużo, w sensie, że za dużo myśli o czymś -
wyjaśniła. Z kolei w wywiadzie z Marcinem Koszałką padło takie pytanie
dziennikarki: Wszyscy potrzebujemy lekko zawstydzających rytuałów.
Jakie ty masz guilty pleasures?1 Najpierw zatem pojawiła
się definicja guilty pleasure, czyli lekko zawstydzający rytuał. W odpowiedzi Marcin Koszałka doprecyzował ten termin po swojemu jako
grzeszne przyjemności, które powodują poczucie winy: Zastanawiam
się, czy wśród swoich grzesznych przyjemności wymienić alkohol, ale
chyba nie, bo zabawa z jego udziałem wcale nie wywołuje we mnie poczucia
winy2.
Poprosiłam ludzi na portalach społecznościowych o inne przykłady. O tym,
że mnie samej brakuje pewnych określeń, przekonałam się, gdy próbowałam
wytłumaczyć bliskiej osobie, czym jest vulnerability i dlaczego polska
"wrażliwość" nie jest tu adekwatna. Mamy też inne określenie, "podatność
na zranienie", ale osoby, które używają anglicyzmu, wskazywały, że ten
polski odpowiednik jest dla nich zbyt długi, wolałyby mieć na to jedno
słowo. Kilka dni później pewna kobieta opowiadała mi o trudach opieki
nad osobą starszą: Wie pani, musiałam sobie zapodać mental
selfcare, bobym zwariowała. Owszem, możemy przetłumaczyć
selfcare jako "opiekę nad sobą samą/samym", ale to jednak kilka słów,
a mnie marzy się jedno (może neologizm "samoopieka" przyjmie się w polszczyźnie).
Dopytałam studentki i studentów o inne emocje, na które brakuje im słów
w polszczyźnie. Podali: male validation, anxiety, coping,
crash/crashi, cringe. Często spotykam się z argumentem, że to nie
kwestia braku odpowiednich słów w polszczyźnie, tylko ich nieznajomości
- kwestia ubogiego słownictwa we własnym języku. Odpowiadam wtedy, że z punktu widzenia poprawności językowej może i tak. Ale ja zachęcam, by
patrzeć na język jako na coś, co nas wyraża, i skoro ktoś, nawet znając
polski odpowiednik, wybiera anglicyzm albo buduje neologizm, to może
warto zadać sobie pytanie, jaki sens niesie to użyte przez niego słowo,
którego może nie znalazł w polskim odpowiedniku?
Równolegle do poprawnej polszczyzny istnieje polszczyzna, którą
posługują się ludzie w codziennej komunikacji, a która często odbiega od
postulowanej normatywnej wersji języka. Ta polszczyzna rządzi się innymi
prawami. Użytkownik języka intuicyjnie wybiera taką formę językową,
która najlepiej oddaje jego konceptualizację. Czasem forma ta pokrywa
się z normami postulowanymi przez poprawną polszczyznę. Zdarza się
jednak, że norma sugeruje inną formę gramatyczną niż powszechnie
używana. Może to być kwestia indywidualna, ale w języku daje się też
zaobserwować powtarzanie się form uznawanych oficjalnie za niepoprawne.
Dobrym przykładem jest stopniowe wypieranie wołacza przez mianownik.
Puryści językowi sugerują konsekwentne używanie wołacza. Profesor
Katarzyna Kłosińska wskazuje, że zastępowanie wołacza mianownikiem "jest
coraz bardziej akceptowalne, choć wciąż na pewno
niestaranne"3. Tymczasem wielu użytkowników języka formę
wołacza kojarzy z reprymendą i za bardziej neutralny uznaje mianownik.
Interesują mnie przede wszystkim słowa związane z emocjami, bo mam
wrażenie, że emocjonalnie zrobiliśmy duży krok, ale język za tym nie
nadąża. Młodzi ludzie przejmują słowa angielskie, dodają do nich polskie
końcówki i tworzą własne kody językowe. Ja też tworzę takie kody z moimi
bliskimi. Bo to buduje wspólnotę i pozwala nam komunikować nasze emocje.
Wtedy te nowe słowa zaczerpnięte z innych języków albo nasze neologizmy
stanowią odpowiedź na zadawane sobie pytanie: czy wolno nam się tak
czuć?
MÓWIĘ, WIĘC JESTEM, CZYLI PRZEPUSTKA DO BLISKOŚCI
Napisałam tę książkę dla każdego, kto nie jest specjalistą, ale chciałby
lepiej zrozumieć, jak się komunikujemy i co stoi za językiem emocji.
Opiera się ona na głównym założeniu, że język odzwierciedla sposób
widzenia świata przez mówiącego i rolę, jaką przypisuje on sobie oraz
innym. Innymi słowy, ponieważ język pokazuje, w jaki sposób człowiek
odbiera świat, to pojmowanie mechanizmów językowych pozwoli na lepsze
zrozumienie drugiego człowieka, co z kolei może się przełożyć na poprawę
komunikacji. Książka ta ma na celu dostarczenie narzędzi w postaci
repertuaru środków językowych, które mogą usprawnić komunikację na
wszystkich poziomach: zarówno w relacjach prywatnych, m.in. z partnerami
w związku czy rodzicami i dziećmi, ale też służbowych, między
współpracownikami czy między osobami świadczącymi usługi a klientami.
Dzięki temu nigdy nie zabraknie wam słów ani języka w gębie, by
odpowiedzieć na zaczepki, ochronić się przed zalewem dobrych rad,
niechcianą oceną czy krytyką. Własnymi słowami będziecie potrafili
opowiedzieć o swoich emocjach, dając innym dostęp do tego, co czujecie.
Czasem by wyznaczyć i ochronić swoje granice. A czasem by otworzyć się
przed bliską osobą i wpuścić ją do swojego świata.
Ta książka pokazuje, jak język niezauważalnie przemyca obowiązujące
narracje. Jak wspomniałam, wszystkie podane tu przykłady są autentyczne,
zebrane przeze mnie w toku wielu lat słuchania, a niekiedy
podsłuchiwania, jak mówią ludzie.
https://www.wysokieobcasy.pl/zyclepiej/7,181614,29344236,marcin-koszalka-potrafilem-wsunac-cale-ptasie-mleczko.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_wysokieobcasy&fbclid=IwAR3p1Zm3IFhHqo3gJemGMT9cHViC21N6YfU1BWoT6omJjYnu7AEUOoY_Ojg (dostęp 28.08.2023). [wróć]
Tamże. [wróć]
https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Przypadki;17186.html. [wróć]
ROZDZIAŁ 1
Uważam mianowicie, że ludzka psychika powstała po to, żeby nas obronić
przed zobaczeniem prawdy. Żeby nie pozwolić nam na ujrzenie mechanizmu
wprost.
Psychika to nasz system obronny - dba o to, żebyśmy nigdy nie pojęli
tego, co nas otacza. Zajmuje się głównie filtrowaniem informacji, mimo
że możliwości naszego mózgu są ogromne. Bo nie dałoby się unieść tej
wiedzy. Każda najmniejsza cząstka świata składa się bowiem z cierpienia1.
Zanim przyjrzymy się dokładniej relacjom między językiem a emocjami,
powinniśmy się przekonać, jak działa sam język.
Z tego rozdziału dowiesz się:
co język ma wspólnego ze sceną teatralną;
jak mówi do nas gramatyka;
czy prawda w języku jest w ogóle możliwa;
że diabeł tkwi w szczegółach, czyli jak ważne są językowe drobiazgi;
jak język ma się do naszych emocji;
jak wpływa na nas nasza potrzeba przynależności.
SŁOWA NA TEATRALNEJ SCENIE
Wyobraź sobie, że zdania, które wypowiadasz, są jak kwestie wygłaszane
przez aktorów na scenie w teatrze. Gdy mówisz: Piję kawę, na scenie
jesteś ty z filiżanką kawy. Gdy dodasz: Piję kawę z koleżanką,
pojawiają się na niej już dwie postaci. Jednak reflektor jest cały czas
w tym samym miejscu. Możesz go przybliżyć, wskazując jakiś detal
niewidoczny z daleka: Pobrudziłam filiżankę czerwoną szminką. Albo
oddalić i pokazać całe miejsce: kawiarnia jest zatłoczona. To cały czas
ta sama sytuacja. Różnica polega jedynie na tym, że jest widziana, a następnie nazywana z różnych perspektyw. Tak właśnie działa język.
Tworzy obrazy, ale zawsze są to obrazy niepełne. Ponieważ podświetlając
reflektorem jakiś kawałek rzeczywistości, pozostawia się w cieniu inny.
Cokolwiek mówimy, zawsze fragmentarycznie przedstawiamy rzeczywistość,
lecz równocześnie dzięki słowom stwarzamy obraz. Obraz tego, co w danym
momencie jest dla nas ważne. Obrazy malowane słowami mogą być
realistyczne, dosłowne, jak w przypadku picia kawy, ale mogą też być
interpretacją danej sytuacji, gdy powiesz: Jak to zobaczyłam, to szlag
mnie trafił. Nie wiemy, co się stało. Wiemy natomiast, jak na to, co
się wydarzyło, zareagował mówiący. Możemy dalej nie wiedzieć, o co
chodzi, ale dowiedzieć się, kto odpowiada za całą sytuację - Znasz
Kaśkę, zawsze coś zepsuje, lub jak powinny się potoczyć wydarzenia -
Normalny człowiek w takiej sytuacji wziąłby telefon i zadzwonił. Każde
zdanie to osobna scena. Na jednej scenie jest ktoś, kogo "trafia szlag".
Na drugiej stoi Kaśka, która coś psuje. A na trzeciej jest jakiś
człowiek, który wie, co należy zrobić. Co więcej, trzeci obraz z telefonem konstruuje nam jeszcze czwartą scenę, na której znajduje się
ktoś, kto tego aparatu nie wziął i nie zadzwonił. Dalej natomiast nie
wiemy, co się wydarzyło. Nie znamy faktów, ale to często nie przeszkadza
nam dopowiedzieć sobie, co mogło zdenerwować naszego rozmówcę, co mogło
się wydarzyć, skoro miała w tym udział Kaśka. Dlatego że każda
wypowiedź, którą tworzymy, jest równocześnie naszą interpretacją danej
sytuacji. Językoznawcy nazywają to konceptualizacją.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015, s. 264. [wróć]