Aisling
Lat 17
SERCE TO POTWÓR.
To dlatego jest zamknięte w klatce z żeber.
Wiedziałam to od chwili narodzin, ale tego wieczora to poczułam.
Dwadzieścia minut po wjechaniu na Mass Pike wreszcie musiałam przyznać, że się zgubiłam.
Jechałam z odsuniętym szybami, pozwalając, by wilgotny letni wiatr smagał mi policzki mokre od łez, które nie chciały przestać płynąć.
Czułam w nozdrzach słodki, odurzający zapach wiosennych kwiatów przemieszany z ożywczym nocnym powietrzem.
Ona nigdy więcej nie poczuje zapachu wiosennych kwiatów.
Nie uśmiechnie się półgębkiem, jakby znała tajemnice wszechświata.
Nie przyłoży mi do piersi sukienki, kręcąc z podekscytowania ramionami i wykrzykując "Tr?s w twoim stylu!".
Dlaczego to zrobiłaś, B.?
Nienawidzę cię, nienawidzę, nienawidzę.
W oddali z namiotów w żółto-czerwone paski mrugały neony. Pośrodku rozświetlonego diabelskiego młyna widniał ogromny napis.
"Jarmark Aquila".
Utonąć. Muszę utonąć.
W morzu świateł, zapachów i cudzych nieskomplikowanych żyć.
Skręciłam ostro w prawo.
Zaparkowałam wśród SUV-ów, zdezelowanych aut i sportowych bryk. Wytoczyłam się ze swojego volvo w czarnej bluzie z kapturem, obciętych szortach i trampkach. Szorty były moją robotą: złapałam nożyczki i skróciłam stare dżinsy tak bardzo, że moje krągłe pośladki były widoczne z kosmosu. Zwykle ubierałam się jak Kate Middleton. Skromnie, grzecznie i jak księżniczka. Ale dziś chciałam ją wkurzyć za to, że umarła. Pokazać środkowy palec za to, że się ulotniła.
"Młode Amerykanki pokazują kawałek ciała, jakby faceci nie wiedzieli, co kryje się pod ubraniem. Ale ty, ma chérie, zmusisz mężczyznę, żeby zasłużył sobie na wszystko, co zobaczy, i będziesz się skromnie ubierać, słyszysz?"
Nogi same poniosły mnie w stronę zapachu waty cukrowej, popcornu z masłem i jabłek w polewie, od którego ciekła ślinka.
Nie lubiła, kiedy opychałam się śmieciowym żarciem.
Mawiała, że Amerykanie sami fundują sobie cukrzycę typu B. Miała głowę nabitą teoriami na nasz temat, a wszystkie one były nudne i ksenofobiczne. Często się o to spierałyśmy. Wokół karuzel i rollercoasterów stały namioty ze słodyczami i przekąskami oraz takie, w których odbywały się pokazy na żywo - wraz z minisalonem gier automatycznych wyznaczały granicę jarmarku. Dobiegające ze środka dzyń, dzyń, dzyń zaprawione mechanicznymi odgłosami karuzel i rollercoasterów odbijało się echem w moim pustym żołądku. Wznoszący się w samym środku diabelski młyn migał tysiącem świateł.
Kupiłam sobie różową watę cukrową i dietetyczną colę i wmieszałam się w tłum.
Kłócące się, śmiejące i całujące pary. Grupki głośnych nastolatków. Wrzeszczący rodzice. Biegające dzieci. Byłam na nich wszystkich irracjonalnie wściekła.
Za to, że żyją.
Za to, że nie rozpaczają ze mną.
Za to, że nie doceniają tego cennego daru: życia i zdrowia.
Wyrzuciłam resztkę waty do kosza i rozejrzałam się, rozważając, od której atrakcji zacząć. Kątem oka dostrzegłam wielgaśny szyld.
"Gabinet osobliwości. Nawiedzony dwór".
Nawiedzone dwory były moim placem zabaw. W końcu w jednym się wychowałam - mój dom skrywał tajemnice siedmiu pokoleń Fitzpatricków - a duchy i potwory od zawsze mnie pociągały. Stanęłam w kolejce i przestępując nerwowo z nogi na nogę, sprawdziłam telefon. Mama i bracia oczywiście próbowali się do mnie dobić.
Cillian: Gdzie jesteś, Aisling? Natychmiast oddzwoń.
Hunter: Joł, siostrzyczko. Wszystko gra? Podobno wynikła jakaś nieprzyjemna sprawa. Uściski z Kalifornii.
Mama: Słyszałam, co się stało. To okropne, kochanie. Proszę, wróć do domu, porozmawiamy. Że też musiałaś być tego świadkiem...
Mama: Wiesz, jak bardzo się niepokoję, gdy nie mogę się do Ciebie dodzwonić. Wróć do domu, Ash.
Mama: Co ja mam z tobą zrobić, Aisling? Przed wyjściem nawet nie zaparzyłaś mi mojej herbatki ziołowej. Mnie tu zżerają nerwy!
Cała matka. Egocentryczka do szpiku kości, nawet w chwili, gdy mój świat rozpada się na miliard kawałeczków. Zawsze myśli tylko o sobie.
Wepchnęłam telefon z powrotem do kieszeni, wyciągając szyję, by zerknąć na wagoniki wyjeżdżające z ust złowrogo się uśmiechającego klauna. Ze środka dobiegały stłumione krzyki. Ludzie wysiadali na chwiejnych nogach, zarumienieni z podekscytowania.
W końcu zostałam posadzona w rozklekotanym wagoniku - dwuosobowym, ale byłam sama - pochlapanym czerwoną farbą mającą udawać krew.
Wiedziałam, że nic mi nie grozi.
A mimo to tego wieczoru czułam się zagubiona, bezbronna i niesamowicie samotna. Jakby ktoś jednym ruchem zdarł ze mnie skórę, odsłaniając żyły, mięśnie, całą tę krwawą miazgę.
Właśnie straciłam najlepszą przyjaciółkę. Jedyną, która się liczyła.
Złapałam operatora za rękaw i pociągnęłam.
- Chcę wysiąść.
Otaksował mnie wzrokiem, zatrzymując spojrzenie na moich nagich udach.
- Kotku, z chęcią bym cię stąd zabrał, ale musisz poczekać, aż skończę zmianę, bo potrzebuję kasy - wybełkotał, jakby był upalony.
Ścisnęłam rękaw jego bluzy i czternaście lat nauki etykiety w jednej chwili desperacji poszły w diabły.
- Nie! Chcę tylko wysiąść. Chyba że kogoś mi dokooptujesz? - dodałam z nadzieją.
- Stara, może z tobą jechać każdy, kto ma ponad metr dwadzieścia. - Strząsnął moją rękę, marszcząc brwi. - Przeżyjesz.
- Wiem. Nie boję się, po prostu...
- Posłuchaj... - Uniósł dłoń, przerywając mój słowotok. - Jeżeli co trzy minuty nie będę wciskał tamtego czerwonego guzika, stracę robotę. Wysiadasz czy weźmiesz się w garść?
Już miałam otworzyć usta i zbyć wszystko śmiechem, gdy nagle ktoś wyszedł z kolejki.
- Weźmie się w garść, miłośniku trawki.
Łzy stanęły mi w oczach, ale wiedziałam, że jeśli zamrugam, by je stłumić, wszyscy zobaczą, że płaczę. Było mi tak wstyd, że chciałam umrzeć. Rozmazany operator posłusznie podniósł metalowy drążek, pośpiesznie i ze zwieszoną głową, witając zbliżającego się nieznajomego, a ten usiadł obok mnie i opuścił drążek, rzucając niedopałek na ziemię.
Otarłam oczy w kłębach dymu, rzucając mu bezgłośne "dziękuję". Gdy podniosłam wzrok i nasze oczy się spotkały, ścisnęło mnie w dołku, jakby moje wnętrzności przygniotła supernowa.
On.
Nie znałam go, ale śniłam o nim.
Śniłam o tym człowieku od dziewiątego roku życia.
Odkąd zaczęłam czytać pod kołdrą romanse o rycerzach w lśniącej zbroi i zakochanych w nich księżniczkach.
Pięknych i odważnych, o oczach zaglądających w duszę.
Wyglądał na dwudziestoparolatka, miał płowe, seksownie zmierzwione włosy i oczy jak dwa srebrne księżyce, które zmieniają kolor pod wpływem światła. Jego skóra lśniła, jakby zanurzył się w złocie, i był tak wysoki, że jego kolana wystawały z wagonika. Miał na sobie podarte na kolanach czarne dżinsy i koszulkę w serek opinającą umięśnioną klatę i bicepsy.
Na postrzępionym rzemyku na jego szyi wisiał medalik ze świętym Antonim.
- Je... Jestem Aisling. - Wyciągnęłam rękę. Naszym wagonikiem szarpnęło ze skrzypnięciem, a do kolejnego wskoczyły dwie dziewczyny w moim wieku, plotkując namiętnie o jakiejś Emmabelle, która chodziła z nimi do szkoły i podobno zaliczyła pół drużyny footballowej, a drugiej połowie obciągnęła.
Zignorował moją wyciągniętą rękę. Przełknęłam ślinę, kładąc dłoń na kolanach.
- Kiepski wieczór? - Zatrzymał wzrok na moich podpuchniętych oczach.
- Najgorszy. - Nie byłam nawet w stanie zdobyć się na uśmiech grzeczności.
- Bardzo wątpię.
- Och, mogę się z tobą założyć o cokolwiek, że mam najgorszy wieczór ze wszystkich tu obecnych.
Gdy uniósł z powątpiewaniem brew, przypominał przystojnego diabła, któremu na pewno nie oparłaby się żadna kobieta.
- Nie zakładałbym się ze mną.
- Tak? A to dlaczego?
- Ja zawsze wygrywam.
- Zawsze to musi być ten pierwszy raz - mruknęłam, zaczynając myśleć, że jest trochę zbyt pewny siebie jak na mój gust. - Założę się z tobą o cokolwiek, że mam najgorszy wieczór ze wszystkich ludzi na tym jarmarku.
- Doprawdy? O cokolwiek?
- W granicach rozsądku. - Ściągnęłam łopatki, przywołując się do porządku. Ona zawsze mi przypominała, żeby zachowywać się przyzwoicie. Jeśli jako duch krąży nad moją głową, nie podoba się jej mój strój. Ostatnie, czego bym chciała, to stracić dziewictwo z tym przystojnym nieznajomym przez jakiś durny zakład.
- Zgaduję, że to ty jesteś tą rozsądną. - Przekładał zapalniczkę pomiędzy swoimi długimi palcami, co zaskakująco mnie uspokajało.
- "Tą" rozsądną...?
- Z rodzeństwa.
- A skąd wiesz, że w ogóle mam rodzeństwo? - Moje brwi same się uniosły ze zdumienia.
Spojrzał na mnie zuchwale, a jego oczy mówiły to, czego absolutnie nie powinnam słyszeć od kompletnie nieznajomego. Zupełnie jakby świat należał do niego, a skoro ja po nim chodziłam, rościł sobie prawa i do mnie. Nagle zrozumiałam, że to, co się tu dzieje, jest bardzo dziwne i co najmniej trochę niebezpieczne.
Miałam ochotę się przed nim rozebrać, a nigdy nie chciałam tego zrobić przed jakimkolwiek mężczyzną - a już na pewno nie z przyczyn natury erotycznej - ale to jeszcze nie wszystko.
Chciałam go rozerwać jak piniatę, zatopić w nim szpony i wyrwać z niego wszystkie sekrety. Kim jest? Jaką ma historię? Czemu ze mną rozmawia?
- Myślisz, że nie jesteś kimś wyjątkowym - powiedział cicho.
- Ludzie często się za takich mają?
- Ci, którzy wyjątkowi nie są, owszem.
- A ja zgaduję, że ty jesteś tym łobuzem. - Odgarnęłam niesforny kosmyk za ucho. Uśmiechnął się półgębkiem i poczułam je w kościach: ciepło jego zadowolenia.
- Bingo.
- Jako dziecko pewnie byłeś diabłem wcielonym. - Przekrzywiłam głowę, jakbym pod innym kątem mogła zobaczyć jego dziecięcą buźkę.
- Takim łobuzem, że kiedy miałem dziewięć lat, matka wyrzuciła mnie z domu.
- Och, przykro mi - pisnęłam.
- A mi nie. Uciekłem spod topora.
- A twój ojciec?
- Nie zdołał. - Z podciągniętego rękawa wyciągnął paczkę papierosów jak Jack Nicholson w Locie nad kukułczym gniazdem i zapalił kolejnego śmierdziucha. Zauważyłam, że tamten operator to widzi, ale nie pisnął ani słowa. - Zastrzelili go, jak byłem mały.
- Zasłużył? - wyrwało mi się.
- Z nawiązką. - Przystojny nieznajomy się zaciągnął, a końcówka jego papierosa rozżarzyła się na pomarańczowo jak to coś w mojej klatce piersiowej. - A twoi starzy?
- Żyją i mają się dobrze.
- Ale ktoś ci umarł, bo inaczej byś nie płakała. - Wypuścił w górę wstążkę dymu. Oboje patrzyliśmy, jak szara mgiełka nad naszymi głowami się rozwiewa.
- Straciłam dziś kogoś - przyznałam.
- Kogo?
- Bez urazy, ale nie twoja sprawa.
- Nie obraziłem się, ale tak do twojej wiadomości... - Uniósł moją brodę palcem, w którym trzymał papierosa. - W hrabstwie Suffolk wszystko jest moją cholerną sprawą, słonko, a ty jesteś właśnie na jego terenie, więc przemyśl odpowiedź.
Zalała mnie fala czegoś dziwnego. Strach, pożądanie i pokrewieństwo dusz starły się ze sobą, walcząc o prym. Był bezpośredni i agresywny, rasowy wojownik. Choć zabrzmi to nieprawdopodobnie, wyczuwałam, że oboje mamy skazę w tym samym miejscu, choć powstałą w inny sposób.
Nasz wagonik ruszył i przejechaliśmy przez czarną winylową zasłonę. Z kłębów zielonego dymu wynurzył się wielki plastikowy zombiak, rechocząc mi cicho do ucha.
"Potwór cię dopadnie".
Na trasie spotkaliśmy kręcące się bestie, plujące wodą zombie i całą ich rodzinę przy kolacji. Jakieś niewinne maleństwo spojrzało na nas świecącymi czerwonymi oczami. Kolejka powoli wjechała na górę. Z sąsiednich wagonów dobiegały podekscytowane piski.
- Czujesz się czasem zagubiony? - zapytałam szeptem.
Nieznajomy splótł nasze ręce na odrapanej plastikowej ławeczce między nami. Jego dłoń była ciepła, sucha i szorstka. Moja - zimna, miękka i wilgotna. Nie odsunęłam się, nawet gdy niebezpieczeństwo zaczęło mnie coraz bardziej osaczać, gęstniejąc w powietrzu, wysysając tlen.
"Jeśli bawisz się z potworami, nie zdziw się, gdy oberwiesz".
- Nie. Musiałem się odnaleźć w bardzo młodym wieku.
- Szczęściarz.
- Tak bym się nie określił. - Zachichotał.
- Czyli nie jesteś Irlandczykiem? - Nie mogłam się powstrzymać przed pociągnięciem go za język.
Nie wyglądał na Irlandczyka - był za wysoki, za śniady, za szeroki w barach - ale mówił z akcentem z Southie, jak większość irlandzkich robotników.
- Zależy, z której strony na to spojrzeć - odparł. - Wracając do tematu twojego zagubienia...
- A tak. - Odchrząknęłam, znów myśląc o niej. - Ja chyba nigdy się nie odnajdę. Nie mam wielu przyjaciół. Szczerze mówiąc, miałam tylko jedną prawdziwą przyjaciółkę i dziś ona umarła.
- Nie ma czego odnajdywać. Nie o to w życiu chodzi. Tylko o stworzenie siebie. Jest coś wyzwalającego w znajomości każdej cząstki siebie, swojego potencjału. Duma z samego siebie sprawia, że człowiek jest niezwyciężony. - Jego głos sączył się we mnie, trafiając w najczulszą strunę.
Nasze splecione palce się zacisnęły. Wagonik w ostatniej chwili uciekał przez nadlatującymi potworami, które chciały nas złapać. W kolejce słychać było piski i chichoty.
Nie powiedział, że mu przykro z powodu mojej straty, jak wszyscy inni.
- A ty kim jesteś? - zapytałam szeptem.
- Potworem.
- Ale tak na serio - nie ustępowałam.
- Serio. Mrok to mój żywioł, a moją rolą jest budzić strach. Dla niektórych jestem ich najgorszym koszmarem. I jak każdy potwór zawsze biorę to, czego chcę.
Dotarliśmy na sam szczyt.
- A teraz chcę cię pocałować, Aisling.
Wagonikiem szarpnęło do tyłu, przechylił się i zaczęliśmy spadać, coraz szybciej i szybciej.
Nieznajomy zdławił ustami mój krzyk. Jego wargi były gorące, słone i zaborcze. Wszystkie moje zahamowania, kompleksy i lęki w jednej chwili wyparowały. Miał smak papierosów, gumy miętowej i seksu. Pachniał mężczyzną. Puściłam drążek i wczepiłam się w jego koszulkę, przyciągając go do siebie i zatracając się w upojnej chwili. Potwór pożerał księżniczkę, której nie pospieszył na ratunek żaden rycerz w lśniącej zbroi.
Przekrzywił głowę, jedną ręką przytrzymując mnie za kark, a drugą ujmując mój policzek. Rozwarł językiem moje usta i zaczął dotykać mojego języka, z początku delikatnie, a potem coraz śmielej i śmielej. Gdy nasze języki na dobre splotły się z sobą w tańcu, żołądek podszedł mi do gardła i na dobre wyzbyłam się wszelkich obaw.
Nagle świat stał się większy, jaśniejszy.
Poczułam ciepło między nogami i zaczęłam mimowolnie napierać na niego lędźwiami. Byłam boleśnie pusta. Ale gdy tylko owionął mnie podmuch chłodnego powietrza, ścisnęłam uda.
Koniec przejażdżki.
Wyjechaliśmy z tunelu.
Z przerażająco kamienną twarzą przerwał pocałunek i się odsunął.
Dziewczyny z wagonika za nami szeptały: "o cholera", "ale numer" i "to na bank on".
Czyli kto?
- Twój pierwszy pocałunek, co? - Z błyskiem rozbawienia w zimnych oczach opuszkiem kciuka wytarł mi ślinę z kącika ust. Jakbym była zabawką, którą można w każdej chwili zastąpić nową. - Trochę wprawy i się nauczysz.
Dziewczyny za nami zachichotały. W myślach otwierałam już wyimaginowanego laptopa i wpisywałam w wyszukiwarkę "najlepsze miejsca pochówku dla tych, którzy spalili się ze wstydu".
- Serio nie powiesz mi, jak się nazywasz? - zapytałam chrapliwym głosem. Odchrząknęłam. - A co, gdyby to faktycznie był mój pierwszy pocałunek? Trauma do końca życia. Jak po czymś takim zaufać komuś innemu?
Operator zaczął odblokowywać drążki.
- Koniec przejażdżki. Wysiadać.
Nieznajomy odgarnął mi włosy z twarzy.
- Przeżyjesz - wychrypiał.
- Nie bądź tego taki pewien.
- Nie doceniasz mnie. Wiem cholernie dużo o ludziach. A poza tym już ci zdradziłem swoje imię: Potwór.
- Chyba ksywkę... - zaczęłam.
- Ksywki mówią o człowieku więcej niż imiona.
Z tym akurat się zgodzę. Ojciec nazywał mojego starszego brata, Cilliana, mo ?rga, co znaczy "mój złoty" po gaelicku, a młodszego, Huntera, ceann beag, czyli "mały".
Mnie nie nadał żadnego przydomka.
Moje imię oznaczało wizję, sen. Może tylko tym byłam dla ojca. Czymś nierealnym, nienamacalnym i nieważnym. Miałam być ideą. Ładniutkim naczyniem do pokazywania.
Grzeczną, ułożoną córeczką, na której nie spoczywa ciężar jego oczekiwań. Nie było mi przeznaczone przejąć rodziną firmę czy rodzić męskich potomków rodu. Byłam jego prezentem dla matki, więc grałam swoją rolę, skacząc koło niej, spełniając jej wszystkie zachcianki, towarzysząc w zakupach, chodząc z nią do fryzjera i dotrzymując jej towarzystwa pod jego nieobecność.
Teraz planowałam pójść na medycynę, by po zrobieniu dyplomu móc zająć się również jej zdrowiem. Jane Fitzpatrick od zawsze nie znosiła wizyt lekarskich. Twierdziła, że doktorzy ją oceniają i jej nie rozumieją.
Nie mogłam się doczekać dnia, w którym ich zastąpię i będę mogła odhaczyć kolejny punkt na liście niemal niemożliwych do osiągnięcia celów wyznaczonych mi przez rodziców.
- Nie boję się potworów. - Ściągnęłam łopatki.
Zadowolony z odpowiedzi uniósł moją brodę.
- Może jesteś jedną z nas. Sama przed chwilą stwierdziłaś, że nie wiesz, kim jesteś.
Chciałam pójść z nim. Byłam gotowa schować dumę do kieszeni i deptać mu po piętach, dopytując, co miał na myśli. Ale był szybszy. Zwinnie jak tygrys wyskoczył z wagonika i zniknął w kolorowym tłumie niczym potwór rozpływający się w powietrzu.
Przyszłam tu, by utonąć.
Teraz prawie nie mogłam oddychać.
Trzy godziny później adrenalina i ból nadal nie odpuszczały. Spróbowałam wszystkich atrakcji. Przejadłam się słodyczami. Wypiłam piwo korzenne na ławce, obserwując ludzi. Nic nie pomagało. Bez końca odgrywałam w głowie moment, w którym ją znalazłam, jakbym chciała się ukarać... właśnie, za co? Że jej nie powstrzymałam? Nie przyjechałam wcześniej?
Nie mogłam temu nijak zapobiec.
Czyżby? Prosiła cię o pomoc. Ale byłaś głucha.
Przez całą noc szukałam Potwora, chociaż wcale nie zamierzałam. Mimowolnie wypatrywałam go w tłumie, przeczesywałam wzrokiem kolejki.
W końcu zaczęłam się zastanawiać, czy nie był tylko wymysłem mojej rozgorączkowanej wyobraźni. Wszystko w naszym spotkaniu było takie nierealne.
W przenośnej toalecie dostrzegła na drzwiach świeżo wyskrobane słowa, jakby przeznaczone tylko dla mnie.
"Pożądanie przemija, miłość trwa.
Pożądanie jest niecierpliwe, miłość czeka.
Pożądanie spala, miłość ogrzewa.
Pożądanie niszczy, ale miłość? Miłość zabija.
S.A.B."
Z wybiciem północy dałam za wygraną. Nie znajdę go.
Mój telefon pękał w szwach od nieodebranych połączeń i esemesów; wiedziałam, że jeśli szybko nie wrócę do domu, rodzice wyślą ekipę poszukiwawczą.
Zaginięcie siedemnastolatki, która osiem godzin temu wyszła z domu, to jeszcze nie powód do niepokoju.
Ale zaginięcie siedemnastoletniej dziedziczki naftowej, której tatuś należał do najbogatszych ludzi na świecie - to już tragedia. Nie miałam wątpliwości, że moja rodzina podniesie krzyk.
Byłam Fizpatrickiem, a Fitzpatricków zawsze należało chronić.
Zerknęłam w telefon.
Mama: Coraz bardziej się niepokoję. Odpisz cokolwiek, proszę. Rozumiem, że jesteś wstrząśnięta, ale my się tu denerwujemy! Nie mogę zasnąć, a dobrze wiesz, jak potrzebuję snu.
Mama: Twój ojciec za wszystko obwini mnie. Mam nadzieję, że jesteś z siebie zadowolona, Aisling.
Merde, mamo. Skończ już, błagam.
Hunter: Ojciec dostanie zawału, siostrzyczko. Tak tylko mówię. Jeszcze więcej uścisków z Kalifornii.
Cillian: Skończ z tymi dramami. To była tylko pracownica.
Tato: Przykro mi z powodu Twojej straty, Ash. Proszę, wróć do domu.
Liście szeleściły mi pod butami, gdy powlekłam się do volvo XC90 mamy. Już miałam otworzyć drzwi, wsiąść i pojechać z powrotem do Avebury Court Manor, naszej rodzinnej rezydencji, gdy coś usłyszałam. Szelest, który bynajmniej nie dobiegał spod moich stóp. Gwałtownie podniosłam głowę, wpatrując się w ciemność. Jakieś trzy auta dalej na skraju parkingu był zadrzewiony zakątek prowadzący w las, ustronny i tonący w mroku.
- Nie, nie, nie. Błagam. Wiem, że dałem ciała, ale przysięgam, że to się więcej nie powtórzy.
Ktoś zawodził, jakiś mężczyzna.
Zmrużyłam oczy, chowając się między swoim autem a zaparkowanym obok chevroletem impalą, i dostrzegłam dwie sylwetki za gęstym listowiem. Jedna stała, mierząc z broni. Druga klęczała, jakby się modliła do bezlitosnego boga. Może dlatego, że tego wieczoru widziałam już śmierć, strzał adrenaliny nie wywołał u mnie histerii.
- Kłamstwami niczego nie wskórasz - warknął mężczyzna z bronią.
- Skąd przypuszczenie, że...
- Ruszasz ustami. - Czubkiem buta kopnął drugiego mężczyznę w kolano i tamten zawył jak zwierzę. - Ostrzegałem, że trzeciej szansy nie będzie.
- Ale ja...
- Ostatnie życzenie, Mason. - Oprawca fuknął, a mi zmroziło krew w żyłach, bo rozpoznałam ten głos. Wszędzie bym go rozpoznała, uzmysłowiłam sobie, aż po kres moich dni.
To był głos potwora.
Mojego potwora.
Mężczyzny, który podarował mi mój pierwszy pocałunek.
Klęczący trząsł się jak osika, próbując powstrzymać łzy przerażenia. W końcu pokręcił głową.
- Gdyby Nikki pytała, powiedz jej, że to przez dragi - wyrzucił z siebie. - Nie chcę, żeby znała prawdę. Już dość się wycierpiała.
- Słowo. Żegnaj.
I z tymi słowami potwór dwukrotnie pociągnął za spust pistoletu, który trzymał przy skroni klęczącego mężczyzny.
Po głuchym odgłosie poznałam, że pewnie miał tłumik. Zasłoniłam dłonią usta, dławiąc krzyk przerażenia, który wydarł mi się z gardła.
Zabił człowieka. W miejscu publicznym.
Bez mrugnięcia okiem.
Nogi się pode mną ugięły i upadłam na twardy beton. Panicznie szukając po kieszeniach kluczyków, prawie nie czułam pieczenia zdartych kolan.
Wiej, merde, wiej!
Otworzyłam volvo i wślizgnęłam się za kółko, przygryzając wargę, żeby nie krzyknąć, i gorączkowo przecierając załzawione oczy i spoconą twarz.
To się nie dzieje. To tylko wytwór twojej wyobraźni.
Nagle ktoś walnął otwartą dłonią w boczną szybę. Podskoczyłam tak wysoko, że uderzyłam głową w sufit. Obróciłam się i ujrzałam potwora. Musiał mnie zauważyć albo gorzej: usłyszeć mój krzyk. Z zamglonymi oczami i trzęsącymi się palcami przekręciłam kluczyk w stacyjce. W ułamku sekundy wsadził coś w szparę drzwi i odblokował je z przerażającą łatwością, uniemożliwiając mi wrzucenie wstecznego biegu. Wsparł nonszalancko dłonie na dachu, demonstrując muskuły.
- Wieczór pełen wrażeń, co nie, maleńka? - Śmiertelny spokój, z jakim to powiedział, tylko wszystko pogorszył.
- Nic nie widziałam! - zawołałam, odskakując, jakby chciał mnie uderzyć.
Ku mojemu zdumieniu wybuchnął gardłowym śmiechem, który w jego ustach brzmiał dziwnie nienaturalnie, jakby nigdy mu się to nie zdarzało.
- Teraz wierzysz, że jestem potworem? - Nachylił się i zawisł ustami tuż przy moich. Znów zmroziło mi krew w żyłach, ale tym razem nie byłam w stanie się poruszyć. To pewnie szok, pomyślałam. Podręcznikowy przykład mechanizmu walki i ucieczki, z tym że moje zdradzieckie ciało wybrało opcję numer trzy: zamrożenie.
Nie, to nie był tylko strach. W grę wchodziło jeszcze coś. Coś gorącego i zjadliwego, co od siebie odsuwałam.
"Znajomość każdej cząstki siebie".
Ta bestia właśnie posłała komuś dwie kulki, a ja lgnęłam do niego, spragniona jego dotyku.
- Naprawdę pozwolisz mi się teraz pocałować? - Zmarszczył brwi, niemal muskając ustami moje wargi. Byłam jak zahipnotyzowana. Oniemiała. Musiałam się ruszyć.
Rusz się, merde. Rusz się.
Wreszcie zdołałam pokręcić głową.
Złapał zębami moją dolną wargę i delikatnie ją pociągnął, po czym musnął językiem jej wnętrze.
- Jesteś piękną kłamczuchą, Aisling. - Jego niski głos przyprawił mnie o drżenie. - I chyba właśnie się odnalazłaś. Ty też jesteś potworem. - Zanim się ode mnie oderwał, jeszcze raz wpił się w moje usta. - Jeśli piśniesz komuś o tym słówko, to cię znajdę i zabiję. A teraz sugeruję, żebyś uciekała. Jak najdalej. Daję ci dwuminutowe fory i ruszam w pościg.
Z tymi słowy odwrócił się i odszedł niespiesznym krokiem. W świetle latarni wyglądał jak skomplikowany czarny charakter z filmu noir, któremu widzowie sekretnie kibicują.
Opanowany. Powolny. Zabójczy.
Wcisnęłam gaz do dechy, nie oglądając się za siebie.
Prawie zarżnęłam silnik. Ale ostatkiem sił przywiózł mnie do domu.
Wkrótce po tamtym pamiętnym jarmarku mój brat Hunter wreszcie wrócił na dobre z Kalifornii.
Złotowłosy i opalony jak nigdy. Zamieszkał w apartamencie w śródmieściu z dziewczyną o imieniu Sailor, która została doń najęta w charakterze niani. Widziałam ją kilka razy, gdy jej matka gotowała dla nas na specjalne okazje.
Tato lubił rządzić w domu żelazną ręką, a Hunter był z nas wszystkich najtrudniejszy do poskromienia.
Parę dni po jego przeprowadzce odwiedziłam go w nowym mieszkaniu. Sailor akurat nie było, a on brał jeden ze swoich długich prysznicy, podczas których, jak podejrzewałam, głównie robił sobie dobrze, zwłaszcza że po powrocie do Bostonu miał zakaz randkowania.
Z nudów zwiedziłam salon, który wyglądał jak żywcem wyjęty z magazynu wnętrzarskiego. Był zbyt wymuskany, zbyt lśniący, zbyt nowoczesny, by można w nim poczuć się przytulnie. Jedyny dowód na to, że ktoś tu mieszka, stanowiły zdjęcia w ramkach na kominku. Nie musiałam się im nawet przyglądać, by wiedzieć, że umieściła je tam Sailor, nie Hunter.
On zawsze uważał, że nie ma prawdziwej rodziny, ale wiedząc, że od szóstego roku życia mieszkał poza domem, nie mogłam go za to winić.
Ciekawość wzięła górę i podeszłam do kominka. Pierwsza fotografia przedstawiała piegowatego rudzielca, w którym rozpoznałam Sailor, w objęciach swojej starszej kopii - Sparrow - i ciemnowłosego mężczyzny w średnim wieku.
Na drugiej Sailor bawiła się na jakiejś imprezie z dwiema koleżankami blondynkami. Wszystkie były roześmiane i miały na nosach zabawne neonowe okulary.
W blondynkach rozpoznałam siostry Penrose, które niedawno pokazała lokalna telewizja, kiedy odśnieżały podwórka seniorów.
A na trzeciej...
Na trzeciej była Sailor i potwór.
Mój potwór.
Chłopak z jarmarku.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej