p
Jan Niziński
Szpital i początki
Ze wspomnień moich rodziców wynika, że byłem szczęśliwym dzieckiem.
Siedziałem godzinami z zabawkami, wymyślając różne historie, dobrze się
uczyłem i dużo się śmiałem. Gdy miałem cztery lata moi rodzice się
rozstali i nagle znalazłem się w nowej rzeczywistości. Nie miałem już
jednego domu, tylko dwa, w których to bywałem po trzy dni. Miałem
poczucie, że nigdzie nie mam swojego miejsca. Moi rodzice dużo
pracowali, więc we wczesnych latach dzieciństwa najwięcej czasu
spędzałem z bardzo często się mną opiekującą babcią. Wszystko zaczęło
się zmieniać, kiedy to w wieku dziewięciu lat zdiagnozowano u mnie
nowotwór złośliwy, który ulokował się w mojej kostce i dużej części
piszczeli. Nagle place zabaw i szkoła zamieniły się w szpitalne sale i zwisające woreczki z chemią. To było straszne doświadczenie, wszędzie,
gdzie się nie spojrzało, cierpiały i umierały inne dzieci. Chemioterapię
przechodziłem w Polsce, ale na ostateczną operację, dzięki zbiórce
pieniędzy zorganizowanej przez moich rodziców, wylądowałem w małym
miasteczku w Niemczech, dzięki czemu uniknąłem amputacji nogi. Mimo
wszystko mam bardzo dużo ciepłych wspomnień z tamtego okresu. Nie
zrozumcie mnie źle, rak jest przerażający, ale to był okres mojego
życia, gdy moi rodzice mieli dla mnie najwięcej czasu, a poza tym
walczyli o moje życie wspólnie, razem. Całodniowe leżenie z mamą czy
tatą, oglądanie z nimi seriali było wręcz spełnieniem marzeń, a i tak
byłem na takiej ilości morfiny, że bólu prawie nie czułem. Po operacji
nastał czas na rehabilitację i powolne wracanie do "normalnego" życia.
Jeszcze przez wiele miesięcy nie byłem w stanie chodzić, a uwierzcie mi,
ponowna nauka chodzenia to okropnie mozolny proces. Mniej więcej po
dwóch latach wróciłem do podstawówki, do piątej klasy. Na początku byłem
swego rodzaju fenomenem jako ciekawy, długowłosy blondyn, który ciągle
kulał i przeżył jakąś straszną chorobę. Niestety z czasem ta ciekawość
zaczęła przeradzać się w nieprzyjemne komentarze, uwagi, żarty,
wytykanie, aż w końcu w pełnoprawne prześladowanie. Byłem słabym,
wrażliwym ogniwem, któremu bardzo zależało, by ludzie go lubili, a niezbyt mu to wychodziło. To był czas, w którym uśmiech i motywacje do
życia zaczęła mi zastępować samotność i powoli pojawiająca się depresja.
Światełko w tunelu
W gimnazjum sprawy trochę się zmieniły. Pojechałem na pierwszy w życiu
obóz, gdzie przypomniałem sobie, że ludzie jednak mogą mnie lubić,
dzięki czemu odzyskałem trochę pewności siebie i zacząłem poznawać coraz
więcej osób. Nie byłem już jednak tym samym chłopakiem co wcześniej,
bardzo się zmieniłem. Jakbym miał jakoś nazwać ten okres
gimnazjalno-licealny, to nazwałbym go okresem pustki. Wielkiej,
wszechobecnej pustki. Przestało mi zależeć na ludziach, przestałem
wierzyć w jakiś sens życia, traciłem swoją wrażliwość, wchodziłem tylko
w coraz większy mrok. Zacząłem też eksperymentować z różnymi
substancjami. Na początku była to marihuana, później alkohol, różne
psychoaktywne leki, które można było kupić w aptece bez recepty, takie
jak thiocodin czy acodin, a z czasem pojawiały się też mocniejsze
używki. Moim życiem kierowała coraz większa autodestrukcja, a ono samo
było mi bardziej obojętne. Poznawałem masę znajomych i traciłem wielu
przyjaciół. Wchodziłem w puste relacje, oparte na wspólnym ćpaniu i seksie. Moje więzi z rodzicami też były tragiczne, dużo się kłóciliśmy.
Ja czułem się nierozumiany, niekochany i nieakceptowany, a oni widzieli
we mnie coraz mniej ze swojego ukochanego syna. Przyznaję, że byłem
bardzo trudnym dzieckiem, ale oni nie byli też najłatwiejszymi
rodzicami. Z perspektywy czasu wiem, że kierowała nimi bezradność,
strach, złość czy ból, a nie brak miłości czy chęć ukarania mnie, co
wtedy tak odczuwałem. Patrzyli na mnie głównie przez pryzmat moich
problemów, z którymi sami też nie dawali sobie rady. W końcu nasze
kłótnie i moje postępujące uzależnienie doprowadziły do tego, że
pojechałem do ośrodka leczenia uzależnień.
Ośrodki to straszne miejsca, ale nie trafiają tam tylko okropne osoby.
Oczywiście, większość z nich to dilerzy, którzy chowają się przed
wyrokami, ale zdarzają się wyjątki. Mimo wszystko, niezależnie skąd
przyszliśmy i jakie prowadziliśmy życia, wszyscy wylądowaliśmy w tym
samym miejscu. W każdym razie nie jechałem tam poznawać nowych
znajomych, a wytrzeźwieć. Ośrodek pozwolił mi spojrzeć z dystansu na to
wszystko, co doprowadziło do tego, że się tam znalazłem. Był to czas
zajrzenia w głąb siebie i stworzenia siebie na nowo. Janek 2.0. Dopiero
w tamtym miejscu zrozumiałem, co narkotyki robią z ludźmi. Obserwowałem
masę cudownych, ciekawych i ambitnych osób, które za sprawą nałogu stały
się bezmózgimi zombie, niepotrafiącymi przeżyć nocy bez kresek i tabletek. Przed ośrodkiem zawsze dostrzegałem w narkotykach jakąś
estetykę. Większość ćpających znajomych, to osoby o artystycznych
umysłach, potrafiące opisywać swoje narkotyczne tripy, w tak barwnych
słowach, że można by pomyśleć, że dodają one ciekawości. W pewien sposób
dragi były wpisane w kulturę, która nas ukształtowała. Ulubieni muzycy
przedawkowywali, a ulubieni pisarze pisali książki w barach. W całym tym
kulcie autodestrukcji był jakiś urok, a w ośrodkach miałem okazję poznać
ten świat z drugiej strony. Większość osób nawet nie zdawała sobie
sprawy z tego, że cotygodniowe branie mefedronu nie jest zdrowe. Dla
nich to była głównie ucieczka od rzeczywistości, często patologicznej, z którą sami sobie nie radzili. Czar prysł.
Samodzielność
Po pobycie w ośrodku w wieku siedemnastu lat zamieszkałem sam. Mama i ojczym, z którymi mieszkałem od drugiej klasy gimnazjum, wyprowadzili
się razem z moimi siostrami na Teneryfę. W domu mamy i tak czułem się
okropnie, miałem wrażenie, że jestem problemem, a nie dzieckiem. Czułem,
że mama ze mną walczy, zamiast mnie wspierać. Nagle, kiedy się
wyprowadziłem, zrozumiałem, że to ja muszę o siebie dbać, bo nikt inny
tego nie zrobi, że to ode mnie zależy, jak będzie wyglądało moje życie.
Ponadto byłem w klasie maturalnej, a zależało mi, by dostać się na
studia. Ten kawałek niezależności i samostanowienia sprawił, że
brzydziło mnie to, jakim człowiekiem byłem, ile krzywdy wyrządzałem
innym, a przede wszystkim samemu sobie. W pewien sposób przestałem też
mieć się przeciwko czemu buntować. Zacząłem przykładać się do terapii i pracować nad sobą. Moim zdaniem wspólnym problemem depresji i uzależnienia jest to, że zapominasz, że może być inaczej, lepiej. Cały
świat traci sens, na niczym za bardzo ci nie zależy i przez to bardzo,
ale to bardzo trudno jest uwierzyć, że za tymi wszystkimi ciemnymi
chmurami istnieje jeszcze jakieś słońce. Godzisz się z tą chujową
rzeczywistością, tracisz motywację i odnajdujesz pewien rodzaj komfortu
w tym cierpieniu, bo właściwie nawet nie wiesz, o co miałbyś walczyć. Ja
z tego jednak wyszedłem. W ciągu dwóch miesięcy zaliczyłem klasę
maturalną i dostałem się na studia. Odbudowałem wiele zepsutych relacji
i zacząłem zdawać sobie sprawę, że nagle, pierwszy raz od wielu lat, mam
dużo rzeczy, na których mi zależy i których nie chcę stracić.
Lepiej Nie Wiedzieć
Całe życie byłem obserwatorem. W momencie, gdy moja relacja z rodzicami
była trudna, dużo uwagi poświęcałem lustrzanym relacjom przyjaciół i znajomych. Obserwowałem co działa, a co nie i przenosiłem te zachowania
do mojego życia. Niedługo po wyprowadzce moje relacje z rodzicami
zaczęły się poprawiać. Na początku powoli, bardzo trudno było nam
odbudować wzajemne zaufanie, ale im dłużej podążałem "dobrą ścieżką",
tym było ono coraz większe. Czasem nadal nie mogę uwierzyć w to, jak z relacji, w której w żaden sposób nie byliśmy w stanie razem
funkcjonować, doszliśmy do tego punktu, że nie wyobrażam sobie życia bez
rodziców. Wszystkie te trudne doświadczenia skłoniły mnie do myśli, że
może trzeba coś z tym więcej zrobić. Uważam, że wszystkie trudne
doświadczenia nie mają żadnego znaczenia i są tylko pustymi traumami,
jeśli ich jakoś nie wykorzystamy. Dostałem taką szansę dzięki mojej
przyjaźni z Jarkiem Szulskim, który akurat w tym czasie zakładał nową
szkołę o nazwie Liceum Artes Liberales. Poznałem go trzy lata wcześniej
na organizowanym przez niego wyjeździe o nazwie SHIFT12345 i mimo
miejsca, w jakim wtedy się znajdowałem, zauważył we mnie coś dobrego,
uwierzył we mnie. Spotykaliśmy się dosyć często, a w trakcie jednego z takich spotkań, rozmawiając o tym, jak wielka przepaść dzieli pokolenie
współczesnych nastolatków i ich rodziców, wpadliśmy na pomysł, który
mógłby tę przepaść zmniejszyć. Stwierdziliśmy, że trzeba stworzyć
warsztaty dla rodziców prowadzone przez młodych ludzi, którzy wyjaśnią i opowiedzą im o wszystkim, co powinni wiedzieć o świecie swoich pociech.
Pozwolą im zajrzeć przez dziurkę od klucza do świata nastolatków i po
nim ich oprowadzą. Na początek zacząłem prowadzić rozmowy i ankiety z różnymi młodymi ludźmi, tak, by samemu trochę bardziej zrozumieć ich
potrzeby, wartości i to, czym żyją. Po przeprowadzeniu kilkuset rozmów,
razem z dwójką byłych wychowanków Jarka Szulskiego i pod nadzorem
psycholożki, zaczęliśmy tworzyć pierwsze na świecie warsztaty o świecie
młodych z perspektywy młodych. Warsztaty okazały się sukcesem, rodzice
mówili, że otworzyliśmy im oczy, a sprawą zainteresowały się też media,
doprowadzając do tego, że w ciągu lekko ponad miesiąca pojawiłem się w "Dużym Formacie", Dzień Dobry TVN i Trójce Polskiego Radia. Zostałem
zakwalifikowany jako changemaker przez Ashokę i zacząłem aktywnie
działać w obszarach zdrowia psychicznego nastolatków i ich relacji z rodzicami.
Na jeden z naszych warsztatów przyszedł Aleksander Drzewiecki,
przewodniczący Rady Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę i przedsiębiorca, z którym od razu złapaliśmy wspólny język. Umówiliśmy się na kawę i okazało się, że obaj znamy problem - tylko z różnych stron - jakim jest
przepaść między dorosłymi a dziećmi z wzajemnym zrozumieniem. Zaczęliśmy
współpracować, a efektem jest między innymi platforma parenteen.pl oraz
ta książka.
Aleksander Drzewiecki
Ojcostwo
Jestem ojcem dwójki wspaniałych dzieci. Jednak rodzicielstwo nie
przyszło nam łatwo. Staraliśmy się o pierwsze dziecko sześć lat,
próbując wszelkich dostępnych wtedy metod leczenia bezpłodności.
Uczestniczyliśmy też w kursie dla rodziców adopcyjnych, realizowanym
przez Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Ostatecznie nie zdecydowaliśmy się
wtedy na adopcję, a rok później przyszedł na świat nasz biologiczny syn
Staś. Jak cieszyło mnie spędzanie z nim godzin na wspólnych kąpielach,
zabawach, rozmowach, wycieczkach, wyprawach, poznawaniu świata, nauce,
czytaniu, grze na instrumentach. Te chwile wspominam jako wspaniały czas
mojego życia i dziś wdzięczny jestem, że tyle było mi ich danych.
Jednocześnie, w tym okresie przeszedłem ogromną wewnętrzną transformację
i rozwój związany z rodzicielstwem. Większość moich wyobrażeń
dotyczących ojcostwa, wzorców postępowania z mojego dzieciństwa,
usłyszanych lub zaczerpniętych z poradników, okazała się nieadekwatna do
rzeczywistości i doprowadziła mnie do bezsilności. Radzenie sobie z nią
i towarzyszącym jej uczuciom złości, lęku, poczucia winy, bywało z pewnością trudne dla mojego dziecka. Przeformułowanie własnych przekonań
nie było dla mnie łatwym zadaniem.
Gdy piszę te słowa, mój syn ma lat siedemnaście i wciąż - tradycyjnie od
piętnastu lat - regularnie wyjeżdżamy na kilkudniowy tzw. męski wypad,
na którym w sytuacji jeden na jeden odbywamy te najbliższe i najważniejsze rozmowy. Obecnie dużo rozmawiamy o wyborze kierunku
studiów i uczelni, doświadczeniach związanych z wchodzeniem w dorosłość,
doświadczaniu używek i o różnych ryzykownych sytuacjach, z którymi
spotyka się mój syn. Zdarzają się trudne rozmowy. Czuję, jak wielkimi
krokami zbliża się moment, gdy mój syn wyfrunie z domu.
Córeczkę - Biankę - poznałem, gdy miała siedem tygodni. Gdy Staś miał
kilka lat, wróciliśmy do ośrodka adopcyjnego, by dokończyć przerwany
wcześniej kurs. Tym razem pewni, że chcemy adoptować dziecko. Od
poprzedniej próby minęło zbyt wiele lat, więc musieliśmy zaczynać
szkolenie od początku. Dziewięciomiesięczny kurs adopcyjny PRIDE
(Parents Resource of Information Development and Education), nosił
polski podtytuł "Jak być dobrym rodzicem adopcyjnym". Byliśmy jedynymi
rodzicami w grupie uczestników szkolenia, więc szybko odkryliśmy, że w rzeczywistości kurs w 95 proc. dotyczył tego, jak być dobrym rodzicem po
prostu, a może 5 proc. dotyczyło specyfiki adopcyjnej. Jestem niezwykle
szczęśliwy i wdzięczny za możliwość bycia tatą Bianusi. Uwielbiam
wspólne słuchanie i śpiewanie piosenek, jej ogromną wrażliwość i zdolność współodczuwania, kreatywne, czasem szalone pomysły, otwartość
na ludzi i na świat czy gotowość do dzielenia się ze mną ważnymi
sprawami. Gdy piszę te słowa, ona ma jedenaście lat i z przytupem
wchodzi w okres dorastania, i mimo różnych zgrzytów z tym związanych
codziennie odkrywam, jak wspaniale jest poznawać drugiego, bliskiego
człowieka i towarzyszyć mu w jego drodze. Człowieka, który rozwija się i co chwila objawia w nowej wersji siebie. Jak dobrze jest móc przy tym
wciąż odkrywać i rozwijać siebie.
Fundacja
Współpracę z Fundacją Dajemy Dzieciom Siłę rozpocząłem w 2004 roku
(wtedy nazywała się jeszcze Fundacja Dzieci Niczyje). Przez ostatnie
dwadzieścia lat moja relacja i zaangażowanie w jej działalność
przyjmowała różną intensywność i wiele form. Najczęściej, pracując
bezpośrednio z zarządem i ścisłym kierownictwem fundacji, wspierałem
rozwój organizacji, doradzałem w obszarze fundraisingu, szkoleń
pracowników i w różnorodnych kwestiach strategicznych czy zarządczych.
Od dziesięciu lat jestem członkiem Rady Fundacji, a od 2022 roku jej
przewodniczącym.
W październiku 2022 roku rozmawialiśmy w zespole ds. szkoleń FDDS nad
stworzeniem programu profilaktycznego dla rodziców dorastających dzieci
i nastolatków. Był to czas, gdy prawie siedemdziesięciu psychologów i psycholożek pracujących na linii telefonu zaufania dzieci i młodzieży
116 111 nie nadążało odbierać połączeń. Pomimo, że telefon czynny jest
całą dobę siedem dni w tygodniu, dodzwaniało się jedynie co trzecie
dziecko: linie były przeciążone, notorycznie zajęte. Wszystkie dostępne
badania na temat stanu psychicznego dorastających dzieci i młodzieży
oraz dane statystyczne dotyczące hospitalizacji psychiatrycznych,
samookaleczeń i prób samobójczych wskazywały na gwałtownie narastający
od 2010 roku problem zdrowia młodych osób. Większość dostępnych badań
wskazuje na ogromną rolę rodziców jako tych, którzy mają największy
wpływ na tworzenie okoliczności chroniących dzieci przed kryzysem
psychicznym. Poczułem, że moja misja związana z Fundacją Dajemy Dzieciom
Siłę dotarła do miejsca, w którym potrzebuję i chcę zaangażować się
jeszcze bardziej.
Relacyjna Psychologia Rozwojowa
Rodzicielstwo to fascynująca dziedzina życia. Oprócz wspomnianego
wcześniej kursu adopcyjnego PRIDE, miałem przez lata możliwość
uczestniczenia w licznych kursach rodzicielskich (od szkoły rodzenia
poczynając, po kursy pozytywnej dyscypliny, szkolne warsztaty dla
rodziców czy roczny kurs All About Parenting). Przeczytałem na ten temat
mnóstwo książek, z których najbardziej rezonują we mnie dzieła Jespera
Juula. Juul pisał "wszyscy mamy ten sam problem, który można określić
następująco: kocham cię, ale jak mam postępować, żebyś i ty poczuł, że
cię kocham?" Podkreśla on, że rolą rodziców nie jest wychowywanie, lecz
po prostu stwarzanie okoliczności sprzyjających naturalnemu rozwojowi,
takich jak przestrzeń do przeżywania emocji i wyrażania uczuć,
eksplorowania zainteresowań, swobodnej zabawy. Juul obudził we mnie
przekonanie, że nie potrzebuję być idealnym rodzicem, ponieważ każde
dziecko ma w sobie naturalny potencjał do rozwoju. Chodzi jedynie o to,
by tego potencjału nie zblokować. Zamiast więc koncentrować się na
"wychowywaniu", kształtowaniu i kontrolowaniu zachowań dziecka, lepiej
skupić się na budowaniu relacji opartej na zrozumieniu, pełnej
akceptacji, wsparciu i poczuciu bezpieczeństwa. Ogromną pomocą dla
takiej formy rodzicielstwa okazała się książka Więź dr Gordona
Neufelda i Gabora Maté, która odkryła przede mną kolejne książki i szkolenia obu autorów i zaprosiła do zanurzenia się w świecie Relacyjnej
Psychologii Rozwojowej. W badaniach neurobiologicznych znajduje ona
odpowiedź na pytanie, co jest najbardziej wspierającym, naturalnym dla
gatunku ludzkiego środowiskiem wzrastania i rozwoju. Relacyjna
Psychologia Rozwojowa podważa pewne psychologiczne półprawdy i wyjaśnia,
dlaczego powszechne i promowane w masowej kulturze przekonania dotyczące
potrzeb dorastających dzieci oraz wynikające z nich wskazówki
postępowania dla rodziców, wbrew dobrym intencjom, mogą być
niewspierające. Inspirowane poradami Instytutu dr. Neufelda
rodzicielstwo przynosi mi radość i wytchnienie. I oczywiście wciąż
popełniam błędy i czasem się gubię. Jednak dziś czuję, że mam ze sobą
kompas, który wskazuje mi właściwy kierunek.
Spotkanie międzypokoleniowe
W styczniu 2023 roku uczestniczyłem w warsztatach dla rodziców "Lepiej
nie wiedzieć" realizowanych w Liceum Arters Liberales w Warszawie.
Warsztaty prowadzone były przez trzy młode, nastoletnie osoby. Tam
pierwszy raz spotkałem Janka Nizińskiego, głównego prowadzącego - wtedy
osiemnastolatka. Na sali kilkudziesięciu rodziców wsłuchiwało się w opowieści o tym, jak dorastające dzieci wchodzą w dorosłość: o wyzwaniach w świecie mediów społecznościowych, gamingu, patomuzyce,
używkach, doświadczeniach seksualnych, presji szkoły, relacjach
rówieśniczych i romantycznych, zaburzeniach odżywiania, depresji,
samookaleczaniu i próbach samobójczych. Niecodzienna sytuacja: dzieci
uczące rodziców. A ze strony tych drugich niedowierzanie, zaskoczenie,
zdziwienie i mnóstwo pytań: "to co my mamy w tej czy innej sytuacji
robić?". Szkolenie mocno uświadomiło mi, jak ogromna jest przepaść w rozumieniu wielu tematów między dzisiejszymi osobami nastoletnimi, a pokoleniem ich rodziców. Zaangażowanie młodych dorosłych w pracę na
rzecz dobrego rodzicielstwa wydała mi się koniecznością. Kilka tygodni
później spotkałem się w Klubokawiarni Międzypokoleniowa na warszawskim
Muranowie z Jankiem na kawie. Zawarliśmy wtedy porozumienie, by wspólnie
kontynuować rodzicielską misję. Efektem tego porozumienia było powstanie
parenteen.pl, społeczności rodziców dorastających dzieci i nastolatków
oraz wspierających ich specjalistów. No i ta książka.
1. Przyklejeni do ekranów
W jakim wieku zaczęłaś korzystać z social mediów?
Zaczęłam w wieku dziesięciu lat od Snapchata i Facebooka. Facebooka
miałam dlatego, że jest on takim podstawowym medium, jakimś must have.
Snapchat natomiast był jedną z pierwszych aplikacji, gdzie można było
wysyłać sobie bezpośrednio zdjęcia, gdzie istniało story, więc można
było pokazywać swój dzień, autentyczny moment, w którym się człowiek
znajdował.
Ja sam pamiętam, że funkcją Snapchata, która najbardziej mnie
wciągnęła były dni. Polegało to na tym, że jeśli codziennie wysyłało się
komuś jedno zdjęcie, to miało się przy koncie tej osoby pokazaną liczbę
tych dni. Mam wrażenie, że była to jedna z pierwszych widzianych przeze
mnie w internecie rzeczy, która tak uzależniała, zmuszała ludzi do
korzystania z aplikacji regularnie.
Też je pamiętam. Streaki dawały to złudne poczucie, że budujesz z kimś
relację, co było iluzją. Bo jak można ją zbudować wysyłając sobie
wzajemnie tylko zdjęcia? W ogóle mam wrażenie, że Snapchat rozpoczął
takie uwiązywanie ludzi do aplikacji, takie pośrednie przymuszenie do
ciągłego relacjonowania rzeczywistości. Tę funkcję najbardziej chyba
przejął BeReal i Instagram.
A ile mniej więcej czasu spędzasz dziennie w social mediach?
Obecnie do trzech godzin, a na samym Instagramie godzinę. Były jednak w moim życiu takie momenty, w których totalnie social mediów nadużywałam.
Wtedy czas w telefonie potrafił dochodzić nawet do dwunastu godzin w ciągu dnia.
Kiedy miało miejsce to apogeum?
Nałożyły się na siebie początek pandemii i mój gorszy stan psychiczny.
Zostaliśmy wtedy zamknięci w domach, lekcje były online, a ja dostałam
nagle dużo wolnego czasu, z którym nie do końca wiedziałam co zrobić.
Pamiętam, że pobrałam wtedy po raz pierwszy TikToka, w którego totalnie
się wciągnęłam, potrafiłam siedzieć na nim dosłownie cały dzień. Teraz
jest to dla mnie straszne, boli mnie serce, jak o tym mówię, ale nie
miałam wtedy pojęcia, jak mogę zagospodarować tyle wolnego czasu, więc
marnowanie go mi nie przeszkadzało.
Kiedy twoim zdaniem zaczyna się uzależnienie od social mediów? Kiedy
można mówić o szkodliwym ich używaniu? Bo jednak nie zrezygnujemy z nich
całkowicie, tyle pracy, kontaktów międzyludzkich przeniosło się do
sieci, że obecnie jest praktycznie niemożliwe, by ich nie mieć.
Wtedy, gdy klikamy w ikonkę Instagrama czy TikToka automatycznie,
bezmyślnie oraz gdy nasze relacje, obowiązki i pasje w świecie
rzeczywistym są zaniedbywane właśnie na rzecz social mediów. Wiem, że
nie trzeba wiele, by do takiego stanu się doprowadzić, bo są one
skonstruowane tak, byśmy chcieli spędzać na nich jak najwięcej czasu.
Mogą być jakąś formą ucieczki od samego siebie. Pomagają w dystansowaniu
się od obowiązków, znieczulają na własne uczucia. Są więc zapychaczem
czasu. Ma to odbicie też w mózgu, bo nasz układ nagrody jest wtedy
ciągle zaspokajany. Social media to prosta dopamina, dostępna na
wyciągnięcie ręki, zdecydowanie łatwiejsza w osiągnięciu niż ta, którą
otrzymujemy po wykonaniu jakiegoś zadania w świecie rzeczywistym.
Jaką rolę odgrywają twoim zdaniem social media? Bo jak o nich
opowiadasz, to mam wrażenie, że one potrafią naprawdę wiele człowiekowi
zastąpić.
Pozwalają na pewno utrzymywać relacje międzyludzkie. Podglądając przez
chociażby Instagrama życie innych ludzi, możemy dowiadywać się gdzie są,
z kim są, jak się czują. Oczywiście jest to relacja jednostronna, bo ci
ludzie nie mają pojęcia o naszym istnieniu, ale my dostajemy wypaczone,
ale jednak, poczucie bliskości z drugim człowiekiem. W social mediach
możemy też wyrazić siebie tak, jak chcemy. Daje to możliwość ucieczki od
siebie, własnych problemów, niekiedy bardzo trudnej rzeczywistości.
Powiedziałaś przed chwilą, że social media są dla nas ucieczką od
rzeczywistości, ale też miejscem, gdzie możemy wyrazić samych siebie.
Jak rozumiesz tę autentyczność w nich?
Dla mnie jest to trochę kwestia sporna, bo przecież każdy z nas przed
wstawieniem jakiegoś zdjęcia czy relacji poświęca temu dłuższą chwilę,
wybiera te najciekawsze, więc ta autentyczność już jakoś zanika. Z drugiej jednak strony dają one możliwość wyrazu siebie. Może patrzę na
to trochę inaczej niż ty, bo pochodzę z małego miasteczka, gdzie w świecie rzeczywistym miałam bardzo ograniczoną liczbę osób, z którymi
mogłam się trzymać i social media te ograniczenia trochę zdejmowały.
Mogłam przez nie kontaktować się z osobami o podobnych
zainteresowaniach, podobnych poglądach, podobnych ambicjach, których w świecie rzeczywistym bym nie poznała. To miało oczywiście też swoją
ciemniejsza stronę, bo służyło mi do ucieczki od rzeczywistości. Jeśli
miałam konflikt z rodzicami, ze znajomymi ze szkoły czy masę obowiązków,
to zatopienie się w telefonie dawało mi komfort, pomagało odciągać moje
myśli od trudności w realu, co było dla mnie o wiele prostsze, niż
stanięcie z moimi problemami, uczuciami czy oczekiwaniami twarzą w twarz.
Mogłabyś rozwinąć jeszcze temat autentyczności?
Tak jak mówiłam, jest to dla mnie temat sporny. Ja sama przyznaję się,
że nie jestem w mediach taka, jak w rzeczywistości i myślę, że nie
byłabym w stanie być, nawet gdybym bardzo się starała. Więc z jednej
strony możemy na tych platformach próbować pokazywać to, jacy jesteśmy w realnym świecie, ale zawsze siłą rzeczy będziemy delikatnie zmieniać ten
obraz siebie, by pokazać go od najlepszej strony, czy to przez
pokazywanie najciekawszych chwil, czy najładniejszego zdjęcia.
Od razu nasuwa się pytanie o edytowanie zdjęć. Wiem, że robi to
zdecydowana większość osób. Ty sama masz z tym jakieś doświadczenia?
Interesuję się fotografią, więc oczywiście przerabiam zdjęcia, ale
trochę w innym celu; można powiedzieć, że robię to bardziej
profesjonalnie. Zdarzało mi się jednak edytować zdjęcia, na których
byłam. Myślę że w momencie, w którym zaczęłam dorastać, moje poczucie
własnej wartości, pewność siebie bardzo się obniżyły. Zmagałam i wciąż
zmagam się z trądzikiem, który wtedy był moim dużym kompleksem, więc
korzystałam z jakichś retuszy, by wygładzić sobie cerę, wyglądać tak jak
inne osoby w mediach społecznościowych. Teraz już tego nie robię, bo
jestem bardziej samoświadoma, wiem, że wypryski są normalne i naturalne,
ale wtedy tak nie myślałam. Bardziej od retuszu zdjęć są też chyba
popularne filtry udostępniane przez aplikacje. Obecnie masz je na tak
zaawansowanym poziomie, że nawet nie zauważysz, że ktoś ich używa. Jest
to dużym problemem, bo o ile ja czy ty wiemy, że są one sztuczne, tak
dzieciom oglądającym influencerów serwowane są nierealne, nieosiągalne
standardy piękna.
Co sądzisz o influencerach? Małaś jako dziecko swoich ulubionych?
Jak byłam mała, obserwowałam tylko tych topowych youtuberów, więc w świat influencerów za bardzo wtedy nie weszłam. Jednak później wpadłam w pułapkę i faktycznie śledziłam masę kont. Co prawda były wśród nich
wartościowe treści, ale większość z nich to była kompletna papka. W ogóle jak pomyślę sobie o współczesnych influencerach, to trochę
przeraża mnie fakt, że mają oni po dwadzieścia parę lat, a ich główną
widownią są kilkulatkowie. Moim zdaniem to, co mówią, co promują jest w wielu przypadkach bardzo niewłaściwie dla dzieci, które nie mają jeszcze
wypracowanego własnego systemu wartości.
Prawda. Dodatkowo współcześnie zostanie influencerem jest stosunkowo
łatwe. Mam wrażenie, że nastolatek, idąc do liceum, musi liczyć się z tym, że przynajmniej jedna osoba z klasy jakoś tam wybije się w internecie. Może przez łatwość tego "zawodu" jednym z popularniejszych
marzeń dzieci jest zostanie właśnie influencerem. Powiedziałaś też o youtuberach, których trzeba było obserwować, byli must have. Co przez to
rozumiesz?
Oni po prostu byli najpopularniejsi. Na ich profilach mogłeś dowiedzieć
się najwięcej. Moi rówieśnicy często do nich nawiązywali, więc jeśli się
ich nie obserwowało, to było się gdzieś tam poza wieloma tematami w rozmowach, czuło się trochę wykluczonym.
Mówisz wiele o negatywnych stronach social mediów. Mają one w ogóle
jakieś swoje pozytywy?
Oczywiście. Praktycznie wszystko ma swoją złą i dobrą stronę. Mam
wrażenie, że pomocą dla dobrego korzystania z social mediów jest
świadomość tego, jak one działają, jak możemy nimi zarządzać. Więc jeśli
zrozumiemy, jak otaczać się treściami dla nas wartościowymi, to mogą nas
edukować, zainspirować, pomóc w nawiązywaniu kontaktów z innymi.
Naprawdę stwarzają niezwykłe możliwości.
Mówiłaś wcześniej o tym, że nadużywałaś social mediów. Dlaczego
właściwie zdecydowałaś się to zmienić?
Chyba dlatego, że zobaczyłam, jak duży mają one wpływ na moje codzienne
życie i na jego jakość. W tym najgorszym momencie potrafiłam odwlekać
najważniejsze zadania tylko po to, by posiedzieć dłużej w telefonie.
Poza tym potwornie mnie on męczył. Wiesz, jak przeglądasz
trzydziestosekundowe filmiki na TikToku, to bombardujesz swój mózg
ilością bodźców, których nie jest on w stanie przerobić. Skutkuje to
trudnościami w nauce, problemami z koncentracją, co też zaczęłam
wyraźnie u siebie zauważać. Wtedy stwierdziłam, że muszę z tym
nadużywaniem mediów skończyć, bo nie byłam w stanie przez pięć minut
słuchać jednej osoby, w trakcie wyłączałam się i kompletnie zapominałam,
o czym ona wcześniej mówiła. Pomogło mi na przykład poświęcenie jednego
wieczoru na przejrzenie profilów, które śledzę i zrobienie "czystki".
Stwierdziłam, że od teraz obserwuję tylko te treści, które mnie edukują,
inspirują, w jakiś sposób rozwijają. Dzięki temu zaczęłam się dużo mniej
porównywać z osobami w internecie, przestał być on moim głównym punktem
odniesienia. Wyjście z uzależnienia było niezwykle trudne, musiałam na
nowo nauczyć się czerpać przyjemność z zadań, które stawiam sobie w świecie rzeczywistym, ale im bardziej udaje mi się to osiągnąć, tym
większą odczuwam radość z życia, z małych rzeczy.
Jak w ogóle udało ci się tego dokonać? Bo mam wrażenie, że wielu
nastolatków to przerasta, a tobie jednak udało się zejść z tych dwunastu
do trzech godzin dziennie przed ekranem telefonu.
Moje odklejanie się od smartfona było długotrwałym procesem, który
zresztą nadal trwa. Na pewno pomogła mi świadomość tego, jak social
media działają na nasz mózg, na wydzielanie dopaminy, dlaczego mają taki
wpływ na jakość mojego życia. Pomogło też odinstalowanie TikToka, na
którym spędzałam najwięcej czasu. Gdy to zrobiłam, przyłapywałam się na
tym, że często automatycznie klikałam palcem w miejsce, gdzie znajdowała
się wcześniej jego ikonka, co też bardzo wyraźnie pokazywało mi, jak
mocno jestem uzależniona. Pierwszy tydzień był koszmarny. Byłam
przygnębiona, sfrustrowana, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, ale dalej
było już coraz łatwiej. Skuteczność odchodzenia od social mediów
zapewniła mi też myśl, że nie jest to na stałe. Jak wcześniej próbowałam
usuwać konta na aplikacjach, ustawiać sobie w telefonie ograniczenia, to
moje uzależnienie wracało ze zdwojoną siłą. Tym razem stwierdziłam, że
będzie to raczej próba ich ograniczenia, znalezieniu balansu niż
odcięcia całkowitego, i dopiero to podejście dało efekt. W ogóle myślę,
że ten balans jest kluczem. Bo tak, jak mówiłam, współcześnie trochę nie
da się żyć bez social mediów, a one same, o ile wie się, jak z nich
korzystać, mogą dać człowiekowi naprawdę wiele.
Zgodzę się, że obecnie młode osoby nie są w stanie nie mieć kont w tych wszystkich aplikacjach, bo znaczna część życia właśnie na nich się
opiera. Kontakty międzyludzkie, wiedza na temat różnych wydarzeń czy
imprez, zadania domowe, GPS-y, dokumenty - to wszystko jest w telefonie.
Dla mnie bezsensowne byłoby odcinanie dziecka od tego wszystkiego, mimo
że social media potrafią tak niezdrowo wciągać, szybko i mocno
uzależnić. Co twoim zdaniem powinien zrobić rodzic?
Oczywiście standardowa odpowiedź brzmi: rozmawiać ze swoim dzieckiem.
Moim zdaniem po stronie rodzica leży uświadomienie sobie, a później
młodej osobie, jak te aplikacje wpływają na nasze życie. Na pewno
bezsensowne jest dawanie szlabanów na telefon, bo to spowoduje utratę
zaufania do rodzica i poczucie wykluczenia z części życia towarzyskiego
u dziecka, a przez to jeszcze zwiększy chęć korzystania z social mediów.
Jeżeli faktycznie ma ono problem z nadużywaniem telefonu, to można
spróbować inaczej wypełnić mu czas. Zapisać na jakieś ciekawe zajęcia
dodatkowe albo samemu coś zorganizować. I tak, jak mówiłam wcześniej,
najważniejsza jest rozmowa, świadomość tego, co dziecko ogląda w internecie. Wiadomo, że nie będzie tak, że wyspowiada się ono ze
wszystkiego co ogląda, a rodzic nie może też tego oczekiwać czy próbować
naruszać jego prywatność. Nie chodzi też w tym wypadku o dokładną wiedzę
na temat tego, co młoda osoba ogląda, a bardziej świadomość tego, jak to
na nią wpływa, czy te treści, profile ją rozwijają, uwrażliwiają,
inspirują, pozytywnie rozśmieszają. Jeśli chodzi o równowagę, to naszła
mnie taka myśl, że jeżeli rodzic naprawdę bardzo stresuje się treściami,
które dziecko ogląda i faktycznie walczy sam ze sobą, by nie naruszać
jego prywatności, to może podsyłać młodej osobie jakieś fajne, wcześniej
przez siebie zweryfikowane profile czy filmiki. To, poza poczuciem
wpływu, pokaże też dziecku, że widzi on jego zainteresowania, nie neguje
ich i może prowadzić do polepszenia relacji.
Czyli świadomość rodzica jest kluczem. Mam wrażenie, że zarówno w przypadku gier, jak i social mediów są one już na tyle rozwinięte, są
tak istotną częścią naszego świata, że bez sensu jest z nimi jako rodzic
walczyć, a raczej skupić się na pozytywach i minimalizowaniu szkód,
które mogą dziecku wyrządzić. Co sądzisz o rozwiązaniach bazujących na
partnerstwie, czyli takich, gdzie rodzic nie tylko daje kary i nakazy,
ale razem z dzieckiem ogranicza czas przed ekranem?
Uważam, że to dobry pomysł, ale musi się to dziać za zgodą wszystkich
stron. Ważne też jest, by rodzic pamiętał, że to po jego stronie leży
wyciąganie dziecka z telefonu, czy to poprzez planowanie wspólnych
aktywności, czy poprzez zaczynanie ciekawych rozmów. W tym rozwiązaniu
podoba mi się jeszcze to, że by ono zadziałało, to rodzic też musi
odłożyć smartfona. Teraz również coraz więcej dorosłych ma problem z nadużywaniem social mediów i nawet nie są tego świadomi. Dopiero w momencie, gdy wszyscy w rodzinie odłożą telefony, można faktycznie
spędzać ze sobą czas, celebrować wspólne chwile, zatrzymać się, skupić
na sobie nawzajem.
2. Gaming
Kiedy zacząłeś grać w gry?
Wydaję mi się, że mogłem być w przedszkolu, gdy na zjazdach rodzinnych
kuzyn pokazywał mi jakieś gierki. Później grywałem na komputerze
siostry. Momentem przełomowym była komunia, bo dostałem wtedy laptop i mogłem już grać na nim intensywnie.
Co znaczy intensywnie?
W zasadzie nigdy nie grywałem przez jakąś chorą ilość czasu. Może sam
sobie nie pozwalałem za długo siedzieć przed komputerem, bo byłem
grzecznym dzieckiem i obchodziło mnie, czy rodzice będą się tym martwić.
W moim przypadku ta intensywność objawiała się nawet nie czasem, który
zajmowała mi gra, ale samym myśleniem o graniu. Zajmowało mnie to non
stop, można powiedzieć, że jakoś tam tym żyłem.
W jakie gry najczęściej grałeś?
W singlowe, bo miałem w domu słaby internet. Uwielbiałem bawić się lego,
więc naturalnie moją pierwszą miłością były gry lego. Później taką
poważniejszą, doroślejszą grą było Uncharted na PlayStation. Jednak
czymś, co zrobiło na mnie największe wrażenie był Skyrim. Dostałem go,
jak miałem jedenaście lat. Mimo że kupili mi go moi rodzice, to bardzo
się kryłem z odpalaniem go, bo gra była od osiemnastu lat i pojawiały
się w niej serio brutalne, przemocowe sceny. Pamiętam, że w któreś
wakacje na trzy tygodnie pojechałem z moim kuzynem do dziadków i pół
dnia napieprzaliśmy w Skyrima, a pół dnia siedzieliśmy na dworze i o nim
gadaliśmy. Ty się teraz śmiejesz, ale to serio były jedne z najlepszych
wakacji w moim życiu.
A jak oceniasz gry jako sposób na spędzanie wolnego czasu?
Przez granie głównie w gry solowe doceniałem w rozgrywce trochę inne
rzeczy niż moi rówieśnicy. Osobiście gry dawały mi trochę tego, co innym
dają książki czy filmy, czyli ciekawy sposób dostarczania jakichś
narracji, fabuł, ukazywanie interesujących postaci. Pomagało mi też się
zrelaksować, odstresować po szkole, odciąć się trochę od życia i wejść w ten niesamowity, wirtualny świat. Dzisiaj jednak widzę, że gry są fajnym
uzupełnieniem życia, ale raczej nie są rzeczą, na której chciałbym
budować osobowość i moje zainteresowania. Po prostu na przestrzeni lat
zauważyłem, że brakuje mi w nich poczucia sprawczości, zacząłem wtedy
szukać innych zajawek i znalazłem tworzenie muzyki, która wypełniła mi
tę lukę. To nie jest tak, że totalnie odpuściłem sobie gry, nadal
pomagają mi się rozluźnić, oderwać od codzienności i oczekiwań, ale to
muzyka daje mi jednak to, czego tak bardzo w grach szukałem.
Kiedy właściwie granie zaczyna być problemem?
Warto chyba zauważyć, że gry tak naprawdę niewiele różnią się od książki
czy filmu. Oczywiście to jest dość kontrowersyjne stwierdzenie, bo te
drugie są bardziej klasycznymi mediami, więc ludzie raczej je będą
uznawać za wyższą, lepszą formę rozrywki. Jednak te trzy formy spędzania
wolnego czasu łączy to, że w którymś momencie możemy się w nich
zatracić. Przestać przez nie widywać się z bliskimi, przestać wypełniać
swoje obowiązki, przestać robić inne rzeczy - ogólnie zaniedbywać życie.
W takim przypadku pojawia się problem i wtedy możemy mówić już o uzależnieniu. Jednak w grach dochodzi jeszcze aspekt spędzania czasu z ludźmi. Bo o ile w przypadku czytania czy oglądania filmów jesteś
kompletnie sam, więc masz poczucie wyalienowania i w którymś momencie
może zacząć ci po prostu brakować innych, tak gry online dają ci iluzję,
że jesteś wśród ludzi, masz z nimi kontakt, więc nie czujesz się
wyobcowany. Myślę, że przez to gry mogą być i są uznawane za bardziej
uzależniające.
Powiedziałeś wcześniej, że ty byłeś zwolennikiem gier solowych. Masz
jednak jakieś doświadczenie z rozgrywką wieloosobową?
Oczywiście. Mimo tego, że zawsze lubiłem gry solowe, to byłem jednak też
na nie trochę "skazany" przez słaby internet w domu. Jednak raz na jakiś
czas udawało mnie się go złapać i grywając w te gry ze znajomymi,
dostrzegałem, że jest to dla mnie świetna rozrywka. Rozumiem przez to,
jak potrafią wciągnąć. Jednak dla mnie były one o tyle problematyczne,
że, jak mówiłem wcześniej, ja grałem, by się zrelaksować, a gry online
zawsze bardzo mnie stresowały. Przez to, że nie byłem w nie najlepszy,
czułem się zawsze tym słabym ogniwem, czułem, że inni, grając ze mną,
realnie tracili. Zdarzały się sytuacje, że jakiś kumpel potrafił na mnie
nakrzyczeć, bo źle rozegrałem misję. Nie miałem do niego o to pretensji,
rozumiałem, że jest to dla niego ważne, ale wiedziałem, że mnie te
rozgrywki po prostu męczą. Z jednej strony chciałem brać w nich udział,
interesowałem się nimi, ale z drugiej powodowały u mnie wielki stres,
więc było to takie love-hate relationship.
Poznałeś jakichś ludzi poprzez gry?
Słyszałem o historiach, jak dwie osoby żyjące na różnych kontynentach
zaczynają ze sobą grać i przez to zostają najlepszymi przyjaciółmi, więc
jest to dość częste zjawisko, ale ja tak nie miałem. Poznawałem
znajomych moich znajomych przez Counter Strike, ale nie nawiązywałem z nimi jakichś głębszych relacji.
Dużo się mówi, że dzieci grają z osobami starszymi, już dorosłymi, od
których uczą się wulgaryzmów, różnych wyzwisk. Myślisz, że faktycznie
tak jest?
Pewnie że tak. To moim zdaniem w ogóle jest bardzo ciekawe pytanie, bo w popularnych grach online typu CS:GO czy League of Legends jest tyle
agresji, tam wszyscy wyzywają się na prawo i lewo. Rzeczywiście są to
miejsca, gdzie młoda osoba może zostać po raz pierwszy zmieszana z błotem, gdzie dostanie takimi wyzwiskami, że nawet nie będzie do końca
wiedziała, o co chodzi. Osobiście nie miałem takich doświadczeń, bo
zawsze grałem z moimi kumplami, którzy mieli tyle lat ile ja, więc
zwyzywany nigdy nie zostałem, ale współcześnie dzieci wchodzą dużo
szybciej w ten świat i dużo szybciej orientują się, ile jest w nim
agresji. I myślę, że większym problemem niż to, że poczują się one
zranione przez słowa ludzi, z którymi grają, jest to, że przejmą
agresywne zachowania z gier i od innych graczy. Wiadomo, że nie będzie
to tak, że młoda osoba wyjdzie na ulicę i zacznie strzelać, bo tak
robiła w grze. Chodzi mi tu bardziej o agresję werbalną, niecierpliwość
do ludzi.
Mam też jednak wrażenie, że jest też druga strona tego medalu. Wiesz,
że gry mogą powodować agresję, nakręcać ją, ale mogą być też miejscem,
gdzie złość można wyładować.
Tak rzeczywiście jest. Znam gościa, który na co dzień jest mega
kulturalny, wrażliwy, tworzymy razem muzykę, a jak zaczyna grać w CS'a,
to się odpala, totalnie puszczają mu hamulce. Nie mówię oczywiście, że
to dobrze, ale coś w tym jest, że niektórzy, tylko grając, mogą dać
upust swoim emocjom. Może tak jest przez poczucie anonimowości, braku
konsekwencji tego, że nie widzisz tak naprawdę człowieka, którego
obrażasz. Mam wrażenie, że to jest w ogóle dość częste zjawisko, że
ludzie, grając, zmieniają się kompletnie, bo mogą sobie na to pozwolić,
myślę, że w grach nikt aż tak bardzo jak w świecie rzeczywistym nie
przejmuje się tym, co ktoś inny mu powie.
Zauważyłem, że popularność gier wzrosła w czasie pandemii. Masz
osobiście poczucie, że wtedy zacząłeś więcej grać?
Tak. Wiadomo, grałem z kumplami podczas tych nudniejszych lekcji, w weekendy nie można było przecież normalnie wyjść na imprezę, więc gry
były naturalną opcją, by się z kimś "spotkać". Mam parę swoich
ulubionych historii z pandemii. Poszedłem kiedyś na przykład z kumplem
na koncert w Minecrafcie. To chyba najlepszy przykład tego, jak ludzie w grach robili sobie alternatywę dla normalnego życia.
Opowiedz o tym coś więcej, bo w sumie trudno to sobie wyobrazić.
Mnie też nie było łatwo sobie to wyobrazić. Po prostu pewnego dnia
napisał do mnie kumpel, że jest takie wydarzenie i musimy koniecznie
wziąć w tym udział. Było to hostowane w Stanach, dla nas odbywało się
zatem w środku nocy, więc specjalnie nie spaliśmy. Jeśli chodzi o dźwięk, to trzeba było wejść na Twicha, czyli taką platformę
livestreamową i odpalić konkretnego streama, gdzie leciała sama muzyka.
Dla doświadczenia wizualnego wchodziło się na specjalny serwer w Minecrafcie, gdzie były wybudowane psychodeliczne, wielkie drzewa, a w nich sale koncertowe. Była też scena, na której mogły być tylko postaci
reprezentujące muzyków, a na widowni były postaci graczy. Było to
naprawdę super i trochę otworzyło mi to też głowę. Wiesz, uświadomiłem
sobie, że ta społeczność gamingowa potrafi być wspaniała, że ludzie z niej potrafią w sumie zrobić coś z niczego.
W ogóle myślę że takie gry jak Minecraft potrafią rozwijać
kreatywność.
Pewnie, że tak. Minecraft ma masę zalet. Słyszałem nawet o szkołach,
które wykorzystują go do zajęć i każą dzieciakom na przykład coś w nim
zbudować. Budowanie jest tam teoretycznie bardzo proste, ale po czasie
okazuje się złożone, bo możesz tworzyć różne skomplikowane mechanizmy.
Wiem, że powstała kiedyś na jednym z serwerów biblioteka, gdzie można
było przeczytać książki w wielu krajach zakazane ze względów
politycznych. To pokazuje, że w Minecrafcie jest sporo projektów, które
mogą edukować, rozwijać, pomagać w zdobywaniu wiedzy.
Porównywałeś wcześniej gry do książek czy filmów. Myślisz, że wejdą
one kiedyś na ten sam poziom?
Moim zdaniem już weszły. Ich budżet jest już na przykład podobny do tego
w dużych hollywoodzkich produkcjach. Natomiast jeśli chodzi o narrację,
stronę fabularną, to gry nie odbiegają od dobrych książek. Pamiętam, jak
kiedyś kłóciłem się o to z moim tatą, który mówił, że są one dużo mniej
wartościowe i oczywiście są takie gry, które mają zapewnić jedynie
dynamiczną rozgrywkę. Jednak naprawdę są takie, które w sposób możliwy
chyba tylko dla gier przekazują bardzo rozbudowaną i piękną narrację.
Trzeba pamiętać, że gra będąca w pełni interaktywnym doświadczeniem
umożliwia twórcom przedstawienie historii w zupełnie inny sposób, niż
zrobiliby to za pomocą książki czy filmu. Myślę, że warto, by rodzice o tym pamiętali i w momencie, gdy ich dziecko interesowałoby się grami,
umieli wynaleźć takie, które przedstawiają historię w ciekawy sposób i mu je podsunęli. Dzięki temu może ono rozwijać siebie czy swoją
wrażliwość, dowiadywać się nowych rzeczy tak, jak robiłoby to, czytając
książki albo oglądając filmy.
Wspomniałeś teraz o swoim ojcu. Jak rodzice reagowali na twoją zajawkę
grami?
Tak jak mówiłem wcześniej, zawsze miałem taką autoblokadę, jeśli chodzi
o nadużywanie gier. Nie zaniedbywałem na ich rzecz innych spraw, więc
myślę, że oni tak naprawdę nie zdążyli się zmartwić tym, że za dużo
siedzę przed komputerem. Jednak czuję, że traktują oni gry jako rzecz
gorszą niż inne media, ale może brać się to z tego, że są dość wiekowymi
ludźmi i po prostu nic na ten temat nie wiedzą. Pamiętam jednak, jak
kiedyś w podstawówce zawaliłem jakiś sprawdzian i moja mama od razu
zrzuciła to na komputer i dała mi mój jedyny w życiu szlaban, który
trwał trzy dni. To było dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie. Byłem
wtedy mały, a w gry grałem naprawdę niewiele, więc było to dla mnie
bardzo bolesne i niezrozumiałe.
A jak twoim zdaniem mogliby zachować się rodzice w momencie, gdy ich
dziecko faktycznie za dużo gra? Należałoby jakoś to ograniczać, czy
starać się w ogóle w to nie ingerować?
Moim zdaniem słabym pomysłem jest dawanie młodej osobie, która coraz
więcej gra nagłego szlabanu. To, jak w przypadku każdego uzależnienia,
po prostu nie zadziała. Zresztą w przypadku gier to nie tylko
uzależnienie, ale też jakieś wykluczenie ze społeczności, bo jeśli w klasie inni umawiają się na granie po lekcjach, a jednej z tych osób
rodzice zabronią korzystać z komputera, to będzie się ona czuła
kompletnie poza grupą i jeszcze bardziej na granie będzie się nakręcać,
bo wiadomo, że zakazany owoc smakuje najlepiej. Warto też podejść do
gier poważnie od samego początku, stawiać dziecku od jego pierwszej z nimi styczności granice, by zrozumiało, że to ono kontroluje grę, a nie
gra jego. Inną, trochę mniej konwencjonalną rzeczą jest zainteresowanie
się tym, co tak interesuje młodą osobę. Wiesz, tak jak mówiłem
wcześniej, można wynaleźć takie gry, które nie są tylko bezmyślną
strzelanką i odkrywać razem z dzieckiem ciekawy świat, który nam
prezentują. Wielu rodziców niestety demonizuje gry, traktuje je jako
źródło wielkiego zła, co nie pomaga dziecku w zdrowym do nich podejściu,
a jest to rozrywka, której naprawdę warto dać szansę. Rodzic może
znaleźć dzięki nim frajdę, nie tyle z samej rozgrywki, ile ze spędzania
z dzieckiem czasu, poznania w jakimś stopniu świata, które je fascynuje.
Myślę też, że wtedy samo dziecko nabiera fajnego zdania o rodzicu.
Spojrzy na niego jako na osobę nim zainteresowaną, chcącą być blisko, w temacie, co jest niezwykle ważne. To wszystko, co mówię można przyrównać
do sytuacji z alkoholem. Dziecko prędzej czy później po niego sięgnie i trudno jest jakimiś racjonalnymi krokami sprawić, by tego nie zrobiło,
więc może warto nie udawać, że ono nie pije, tylko jakoś tam to
zaakceptować, wyznaczając przy tym jednak granice, może zabrzmi to
banalnie, ale po prostu zainteresować się tym.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki