Pełnia wolności
Grete nie żyje.
Jest już po pogrzebie, a ja widziałem jej rodzinę po raz ostatni. Jej matka cały czas płakała, a gdy patrzyła na mnie wielkimi bezradnymi oczami, musiałem odwracać głowę, bo nigdy wcześniej nie zauważyłem, że Grete była do niej tak bardzo podobna. A mój teść, nie wiedząc, co zrobić ze swoimi wielkimi wyszorowanymi do czysta spracowanymi rękami, splótł je na kolanach i wyglądał na zagniewanego z czystej rozpaczy. "I to Grete, której nigdy nic nie dolegało", powiedział. Wszyscy trzej bracia Grete, którzy zawsze wydawali mi się zbyt hałaśliwi i prowincjonalni, mieli w sobie coś z niej, czego nie potrafiłem uchwycić i co bym mógł włożyć między stronice książki, jak kiedyś chowałem jej króciutkie, pisane w pośpiechu liściki: pewne ułożenie kącików ust, gest dłoni przesuwającej się po jasnych włosach - delikatny, tajemniczy znak przynależności do rodu, który pojawia się jedynie w przebłyskach i nie dla każdego jest widoczny.
Dobrze, że poszli. Nareszcie zrobiło się cicho i pusto, tak jak cicho i pusto jest we mnie. Ale ta pustka zaczęła się na długo przed śmiercią Grete.
Jej matka patrzyła na mnie podczas całej przemowy pastora, który mówił o zrządzeniu losu, trzymając się mglistych wyrażeń. Nie zrobił na mnie dużego wrażenia. Mój ojciec był pastorem, ale nie żywię zbyt wielkiego podziwu dla Boga pastorów. Gdy mój ojciec ubiegał się o nowe stanowisko, zawsze powtarzał, że robi to po naradzie z Bogiem, lecz Bóg nigdy nie doradził mu, aby szukał stanowiska gorzej płatnego niż to poprzednie.
Może jednak matka Grete przyglądała mi się jedynie po to, by odszukać w moim spojrzeniu żałobę, której tam nie było. Przeżywałem głęboką żałobę po Grete, ale przede wszystkim wtedy, gdy jeszcze żyła. A teraz piszę również po to, by się dowiedzieć, kto jest winien mojej długiej żałoby i bezsensownej śmierci Grete.
To nie ten nieszczęsny lekarz, który musiał zapłacić utratą praktyki, on był ofiarą tak jak my, inni. Nie jest winien także... Nie, wszystkie te zawoalowania już nie obowiązują. Do pustego domu nadciągnął lęk, ten, od którego chciałem uciec. Boli mnie w piersi od niewypłakanego płaczu. Czy wobec tego była to moja wina, Grete? Musiałaś umrzeć, ponieważ nie chciałem dziecka obcego mężczyzny? I czy to źle, że go nie chciałem? Czy śmierć zawsze jest czyjąś winą, czy też musi nastąpić jako naturalny kres wytyczonej odgórnie linii? Czy zmarły zawsze zwycięża, a ty leżysz teraz w trumnie z białą, zastygłą twarzą i oskarżasz tego, który pozostał przy życiu? Nie, nie sądzę, by Grete kogokolwiek oskarżała, ale spojrzenie jej matki dzisiaj mnie wystraszyło. Dlaczego ci ludzi nie pytali, na co umarła? Ostre schorzenie podbrzusza! Czy jakakolwiek matka zadowoli się takim wyjaśnieniem? Ale może ona o wszystkim wiedziała, skoro na próżno szukała rozpaczy w moim spojrzeniu.
Poznałem Grete wkrótce po tym, jak ukazała się moja pierwsza książka. Bardzo dobrze ją przyjęto, a pewna zainteresowana literaturą żona lekarza, która pomogła mi przy jej wydaniu, zapoznała mnie z grupą rysowników i pisarzy, świetnie się wśród nich czułem. Przez rok obracałem się niemal wyłącznie w ich kręgu, sporo hulaliśmy i podczas jednej z zabaw w pewnym atelier na Amagertorv spotkałem Grete. Początkowo nie zainteresowała mnie bardziej niż jakakolwiek inna spośród osiemnasto-dwudziestoletnich dziewczyn, które pojawiały się w naszym kręgu i z niego znikały, zataczając niepokojąco zmienne koła. Była ładna, apetyczna i niezaręczona z nikim, lecz następnego dnia nie myślałem o niej więcej niż o ulotnym odurzeniu tamtego wieczoru. Mieszkałem wtedy w pensjonacie na Vesterbrogade i któregoś popołudnia, niedługo po tamtej zabawie, kiedy wróciłem do domu z miasta, zastałem moją dziewczynę z atelier siedzącą u mnie na kanapie. "Dlaczego nie zadzwoniłeś? - spytała z uśmiechem. - Wyrzuciłeś mój numer telefonu?"
Nie potrafiłem się temu oprzeć. Spodobała mi się i zatrzymałem ją u siebie. Wciąż nie do końca wiem dlaczego. Kiedy patrzy się wstecz na jakiś okres swojego życia, nigdy nie da się powiedzieć z całą dokładnością, w jaki sposób doszło do pewnych wydarzeń ani kiedy i z jakiego powodu się zaczęły. Dana osoba pojawia się w życiu człowieka po cichu, prawie tak, że się tego nie zauważa. Nadchodzi powoli jak zmierzch i łagodnie rozdmuchuje samotność niczym puszek dmuchawca. Zanim człowiek się obejrzy, jest już tak mocno związany z tą osobą jak jedno kółko zębate, które sczepia się z drugim. Z tego, co wiem, Grete była pierwszą dziewczyną, która mnie pokochała. Zawsze brakowało mi inicjatywy, nie jestem ani trochę ciekawski. Pamiętam jednak, że zastanawiałem się, czy jakieś inne dziewczyny na próżno czekały, żebym do nich zadzwonił. Owszem, moralność w naszym kręgu pozwalała na dużą swobodę, ale czy mimo wszystko istniały jakieś granice, tego nie wiem. Osobiście zawsze trzymałem się z dala od mężatek i od zaręczonych dziewcząt, ale nie wiedziałem, czy tego się ode mnie wymaga.
Początkowo traktowałem Grete niemal w kategoriach małej, przyjemnej rozrywki, ot, słodkiej myśli w nawale pracy. Radziła się mnie we wszystkim, od najmniejszych drobiazgów: w kwestii swojego ubioru, zakupów, opinii w różnych sprawach. Była najbardziej niesamodzielnym stworzonkiem, jakie kiedykolwiek znałem, i może właśnie dlatego, że nigdy wcześniej nie zetknąłem się z tak bezwarunkową ufnością co do moich rad i sugestii, z czasem ją pokochałem. Ale to również nie jest właściwe słowo. Moje uczucie bowiem nie miało większego związku z erotyzmem. W tym względzie zawsze postępowałem delikatnie, żeby jej nie skrzywdzić. Trochę tak, jakby ciągle była niewinna, a jej serce należało zdobywać stale od nowa. Ta miłość, którą do niej żywiłem, miała być może w sobie cień miłości ojcowskiej, ponieważ Grete wydawała się do tego stopnia uzależniona ode mnie, że nie mogłem pojąć, jak sobie radziła w życiu przed tym popołudniem, gdy po powrocie do domu z miasta zastałem ją siedzącą na mojej kanapie.
Grete pracowała w biurze i bardzo dobrze zarabiała, ja zaś pisałem opowiadania i artykuły do czasopism, a dzięki sukcesowi, który odniosła moja powieść, całkiem nieźle z tego żyłem. Szybko stwierdziliśmy, że mieszkanie osobno jest bezsensownie drogie, skoro i tak spędzamy razem każdy dzień, i ustaliliśmy, że wspólnie wynajmiemy nieduże mieszkanie. Grete miała pewne obawy o to, co powie jej rodzina, więc aby się ich pozbyć, wzięliśmy cichy ślub, zapraszając na skromny weselny obiad jedynie dwoje naszych przyjaciół. Przeprowadziliśmy się do Vanl?se, do nowoczesnego mieszkania z dwoma pokojami, balkonem i łazienką. Wydaje mi się, że nasze umeblowanie prezentowało się nieco dziwacznie, bo ja miałem trochę starych mebli z plebanii, Grete zaś stawiała na stal i surowy dąb, czy może raczej na stal i surowy dąb stawiano w sklepach, w których kupowała brakujące nam meble.
Byliśmy bardzo szczęśliwi i chociaż nigdy o tym nie mówiłem, to właśnie świadomość tego, że jesteśmy małżeństwem, wydawała mi się taka urocza. Owo małe bezradne stworzenie miało pozostawać pod moją opieką już do końca życia. Dziwnie się czułem, myśląc o tym. Niekiedy budziłem się w środku nocy i zapalałem światło jedynie po to, by zobaczyć, jak ona śpi w białej pościeli z lekko rozchylonymi dziecinnymi ustami i delikatnym rumieńcem na policzkach, zazwyczaj bladych w ciągu dnia. Znajdowałem wiele pociechy w tym, że już nigdy nie będę sam. Planowałem napisanie dużej, ważkiej książki o znaczeniu małżeństwa w tych czasach powszechnego rozkładu. Pisałem też dla niej krótkie wiersze, jeden z nich kiedyś jej pokazałem, z dumą odczytała go później w kręgu zainteresowanych. Wyszedłem wtedy z pokoju, a jej zrobiło się bardzo przykro, gdy się dowiedziała, że mnie to zraniło. Nie potrafiła jednak tego zrozumieć. Ale ja zawsze miałem nieco dziwny stosunek do własnej twórczości. Prawie się jej wstydzę, jakby była jakimś skrywanym nałogiem i nic nie wywołuje we mnie większego lęku niż czyjeś nawiązanie do tej strony mojego życia. Uwierzyłem krytykowi, który znalazł w mojej książce najwięcej błędów, i odwracam głowę, gdy nieszczęsnym przypadkiem zobaczę ją na wystawie księgarni. Pisanie jest tak wielką i dziwną przyjemnością, że to, co zostaje napisane, nigdy tej przyjemności nie oddaje. Człowiek czuje się jak błazen, kiedy czyta to, co jest efektem tej ekstazy, tak niedoskonałym, czuje się oszukany i zawstydzony jak kochanek trzymający w ramionach oziębłą kobietę. Było mnóstwo dziewcząt, które by mnie "rozumiały", chętnych do zaciekłego dyskutowania ze mną o moich tekstach, ale ja takich dziewcząt bałem się najbardziej ze wszystkiego. Dlatego stosunek Grete do mnie wydawał mi się taki nowy i przyjemny. Traktowała moje pisanie wyłącznie jako środek do zarabiania pieniędzy i śmiałem się, gdy w pewnym chudym okresie oświadczyła: "No to napisz sztukę, mój kochany, właśnie z tego są pieniądze!". Sprawa z tamtym wierszykiem była wyłącznie moim błędem, nie powinienem był go jej pokazywać.
Pół roku po naszym ślubie Grete straciła pracę, ale żadnemu z nas za bardzo nie zależało, żeby znalazła sobie nową. Cudownie było mieć ją w domu, obserwować, jak się krząta w lśniących czystością fartuszkach, odkurza, myje podłogi i gotuje, po dziecinnemu przejęta jak mała dziewczynka, która udaje gospodynię domową. Na całe szczęście prowadzenie domu ją bawiło, bo teraz, po wszystkim, sądzę, że robiła tylko to, co mogło ją zabawić, i przerywała zabawę w momencie, gdy przestawała ją interesować.
Miałem kolegę, malarza, który często u nas bywał. Jego żona była wysoką, szczupłą dziewczyną, a jej sposób bycia miał w sobie coś wymuszonego, jakiś pośpiech, który wprawiał w zdenerwowanie, gdy się z nią przebywało. Poza tym była śliczna i naprawdę mądra, jedynie od czasu do czasu złościła mnie, okazując wobec Grete pewną intelektualną wyższość. Prawie wszystkie dziewczęta w naszym kręgu rozmawiają o niegrzecznych wierszach Schadego, o Caldwellu i o najnowszej książce Hemingwaya. Pokrywa je bez wyjątku cienka warstwa literackiego werniksu i większość z nich sypie wokół siebie frazesami tak jak choinka sypie igłami. Ale Grete milczała, gdy zaczynały, siedziała tylko zamyślona, wyskubując kłaczki wełny z mojego islandzkiego swetra, chociaż równie dobrze jak pozostałe mogłaby się pochwalić: "Spotkałam wczoraj Toma" lub "Sigfred to taki wspaniały człowiek". Później ze zdziwieniem myślałem o tym, że potrafiła wówczas zachować taką samodzielną naturalność, mimo presji, jakiej poddawały ją te osoby. Może wynikało to stąd, że wciąż jeszcze kochała mnie tak bardzo, iż instynktownie rozumiała, co w niej najbardziej lubię, i starała się to chronić. Możliwe jednak, że miało to inne przyczyny, których już nigdy nie odkryję.
Kiedy na naszym osiedlu zwolniło się mieszkanie, wprowadzili się do niego Sonja i Arne, od tej pory bywaliśmy u siebie na okrągło o każdej porze doby. Zwłaszcza Sonja i Grete spędzały razem dużo czasu i kiedy nie zastawałem Grete w domu, mogłem założyć, że jest u Sonji. Stałe przebywanie z tą parą przeszkodziło nam w odkryciu, kiedy właściwie minęły nasze miodowe miesiące. Następowało to powoli i nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Może za bardzo zagnieździłem się w fotelu, może to wszystko stało się dla mnie zbyt oczywiste i może Grete nie znosiła tego, że stała się dla mężczyzny oczywistością. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłem uwagę, było jej milczenie. Sam nigdy nie należałem do szczególnie gadatliwych i z Arnem potrafiliśmy siedzieć we dwóch godzinami, nie zamieniając ze sobą więcej niż dziesięciu słów. Ale do szczebiotania Grete się przyzwyczaiłem, wznosiło się i opadało łagodnie, wtórując mojemu stukaniu na maszynie do pisania, i nie wymagało zbyt wielu odpowiedzi. Milczenie wzięło się znikąd. Po prostu otoczyło nas jak wstrzymywany oddech, jak zalęknione, niewypowiedziane pytanie. Gdy wreszcie je usłyszałem, popatrzyłem na Grete. I bardzo się wystraszyłem, kiedy nie chciała spojrzeć mi w oczy. Odsunąłem maszynę, nie mogłem pracować. W nocy nie spałem. Zapaliłem światło i zobaczyłem, że ona też nie śpi, a jej policzki zaczerwieniły się mocniej niż dawniej, ale jej wielkie oczy omijały moje.
Któregoś wieczoru zawołałem ją do siebie i zadałem jej pytanie, a wtedy nieszczęście spadło na nas niczym jesienny sztorm, z którego nie zostaje nic poza bólem.
"Chcę znów żyć tak jak inne dziewczyny - powiedziała. - Chcę mieć pełną wolność".
Zacząłem mieć wizje. Nadciągnęły nagle, jakby tkwiły gdzieś we mnie w gotowości, czekając jedynie na okazję, by wydobyć się na powierzchnię, i od tej pory już mnie nie opuściły. Takie wizje, które czynią z człowieka osobę chorą, nikczemną i złą. Bolesne wizje zdradzonego męża.
Ale niczego nie rozumiałem. Spytałem: "Już mnie nie kochasz?".
"Nie wiem - odpowiedziała - ale może kochałabym cię bardziej, gdybyś dał mi wolność".
"To znaczy, że chcesz się rozwieść?", spytałem zalękniony.
"Nie, a po co? - odparła zniecierpliwiona i zagniewana. - Nie traktuj wszystkiego tak uroczyście. Sam też będziesz wolny".
Wypuściłem ją więc, przerażony, i nigdy więcej jej nie tknąłem, aż do śmierci.
"Możesz robić, co chcesz", oświadczyłem.
I znów w pokojach rozlegał się jej szczebiot, ale maszyna do pisania ciągle milczała. Nie mogłem pracować. Gdy Grete podchodziła i obejmowała mnie za szyję, sztywniałem zmrożony. Odczuwałem gwałtowną potrzebę bycia wobec niej brutalnym, bicia jej, brania jej dziko i bezwzględnie. Ja, który nigdy nie czułem wobec niej szczególnego pociągu erotycznego, teraz patrzyłem na nią wyłącznie z pożądaniem. Ale już nigdy jej nie tknąłem, a ona z tego powodu chyba trochę cierpiała. Ja jednak byłem w takim stanie, że zadawanie jej cierpienia przynosiło mi ulgę. Stale walczyła o skłonienie mnie do tego, na czym jej zależało. "Wyobraź sobie - mówiła - kiedy Arne idzie się spotkać z jakąś dziewczyną, Sonja prasuje mu koszulę i dba o to, żeby naprawdę dobrze wyglądał, czy to nie zabawne?" Wybuchała krótkim zbłąkanym śmiechem, który zawisał w firankach z lekkim echem płaczu.
Zauważyłem, że przyswoiła sobie sposób chodzenia Sonji, jej sposób mówienia i udawania intelektualistki. Zaczęła czytać Hemingwaya z malutką zmarszczką od wysiłku między brwiami i z tym samym wyrazem dziecinnej powagi wokół ust, z którym dawniej zamiatała podłogi w naszym mieszkaniu i gotowała.
Pamiętam pierwszy wieczór, kiedy wyszła gdzieś sama. Bardzo zadbała o swój wygląd, a w takich sytuacjach zawsze przypominała wystrojoną dziewczynę z prowincji. Najładniej wyglądała, kiedy kręciła się po domu w swoich czystych fartuszkach, a ja byłem dumny z tego, że jej cera najlepiej prezentuje się bez pudru.
Spytałem, dokąd idzie. Odpowiedziała: "Mogę ci to powiedzieć, ale skoro mam teraz pełną wolność, to równie dobrze mógłbyś mi okazać szacunek i nie pytać".
Stało się we mnie coś, czego nie potrafię wytłumaczyć. W pierwszej chwili poczułem wściekłość, która o mało mnie nie zadławiła, zgasła jednak, kiedy napotkałem przerażone oczy Grete, i naszedł mnie smutek, tak wielki i tak głęboki, że utonęło w nim wszystko. Grete wyszła, a ja nie mogłem jej zatrzymać. Grete wyszła, a ja wyobrażałem ją sobie z innymi mężczyznami - moją małą, wystraszoną i beznamiętną Grete - widziałem ją gwałconą, bo łatwo było ją zgwałcić, widziałem ją zdradzoną, bo zwierzała się każdemu. Bolałem nad nią i nad swoją miłością do niej, która krążyła gdzieś pozbawiona skrzydeł i wkrótce miała umrzeć. To, o czym dawniej myślałem z przyjemnością, teraz wywoływało jedynie udrękę. Zachowałem na przykład w pamięci obraz Grete na pewnej zabawie, na której nagle ją zauważyłem. W tańcu gwałtownie odchylała głowę do tyłu, aby uniknąć niechcianego pocałunku. Gest ten był tak niezwykły w naszym kręgu, tak wzruszający i piękny, że przeszyło mnie krótkie, intensywne poczucie szczęścia. Właśnie z takich drobiazgów budowała się moja miłość do Grete, powoli i naturalnie, lecz teraz widzę, że może tkwiła w tym egoistyczna radość posiadania, duma z człowieka, którego cech sam nie miałem.
Niekiedy mówiłem sobie: w zasadzie nie ma w tym nic złego, ona akurat w tej chwili po prostu bawi się w nowoczesność, co zapewne kiedyś się skończy. Dobrze wiedziałem, że Arne, Sonja i wielu innych żyło tak samo. Ale ja nie potrafiłem. Nie potrafiłem. Kiedy Grete wychodziła wieczorem, wizje napływały i wgryzały się w moje myśli. W nocy długo nie pozwalały mi zasnąć, a w końcu przynosiły mi złą i żałosną przyjemność.
Byliśmy małżeństwem około trzech lat. W Kopenhadze obowiązywała godzina policyjna i z czasem zaczęliśmy się widywać wyłącznie z Arnem i Sonją. Starałem się, jak mogłem, zachowywać zwyczajnie, kiedy siedzieli u nas w salonie. Po pewnym czasie jednak zacząłem wyczuwać na sobie mądre pytające spojrzenie Sonji i ogarnął mnie niepokój. Czułem do niej złość, ponieważ była współwinna mojemu nieszczęściu, a jednocześnie moje myśli traktowały ją w całkiem nowy sposób. Przypominałem uwiązanego do słupa konia, który chodzi w kółko i nagle uświadamia sobie, że już nie ma sznura. W każdym razie jej krótkie, nerwowo rzucane zdania stanowiły dla mnie mniejszą udrękę niż poplątane i buntownicze monologi Grete.
Takie rzeczy pojawiają się same z siebie, jak woda sącząca się do nieszczelnej łodzi. Nastrój, możliwość, okazja: Sonja została moją kochanką. Mądra, czuła i namiętna dziewczyna, która dawała mi krótkie, czerwone jak krew zapomnienie, po którym zawsze następowało obrzydzenie, poczucie beznadziejności i chorobliwe duchowe rozterki.
Nigdy nie roztrząsałem charakteru Sonji. Chciałem, żeby mnie nie obchodziła, żeby już nigdy więcej nie obchodziła mnie żadna kobieta. Nie rozmawiałem z nią też o Grete, ale raz powiedziała: "Biedna Grete, próbuje ugryźć więcej, niż jest w stanie przełknąć". Duma nie pozwoliła mi spytać, co ma na myśli, chociaż może powinienem był to zrobić mimo wszystko. Może duma to głupia rzecz, gdy chodzi o ludzkie życie, lecz skąd którekolwiek z nas mogło wiedzieć, że właśnie o ludzkie życie chodzi? Nie uważam już, by Sonja była czemukolwiek winna. Przecież wyznawała religię nowoczesności. Czasami spotykała się z którąś z kochanek Arnego i po koleżeńsku rozmawiała z nią na jego temat, bardzo gwałtownie, bardzo nerwowo i wśród dużej wesołości. Ale potrafiła też powiedzieć: "Ty w ogóle nie masz pojęcia, jak ja go kocham!". Kiedy spała, wyraźne się stawało, że nie jest tak młoda jak Grete, ale jej twarz była mądrzejsza, bardziej interesująca i zawsze czujna, jakby coś wywoływało u niej tak straszne zmęczenie, że nawet sen nie przynosił jej odpoczynku. Trochę kocham Sonję i kiedyś pewnie będę też kochał jakąś inną kobietę.
Owszem, zauważyłem, że Grete w pewnym momencie zaczęła więcej przebywać w domu, ale było mi to teraz obojętne. To dziwne - sądzę, że z taką dziewczyną jak Sonja byłoby inaczej - ale u Grete właśnie jej czystość zawsze kochałem: czystą cerę, delikatne rozwiane włosy, jej niewinność i jej czyste fartuszki. Teraz pokrył ją brud i jej widok przysparzał mi cierpienia. Nie byłem już w stanie się przemóc, aby jej dotknąć, ale zacząłem mieć charakterystyczne dla okresu dojrzewania sny o przemocy i bezsilnym złu wobec niej. Wydaje mi się, że gdybym ją tknął, zadziwiająca wściekłość, którą niekiedy we mnie wzbudzała, odebrałaby mi siłę.
Pewnej nocy usłyszałem, że płacze, i właśnie ten płacz teraz mnie niepokoi, bo być może wobec takiej osoby jak Grete ma się zobowiązania, i to o dość szczególnym charakterze. Może już pierwszego wieczoru, kiedy zostawiła mnie samego, powinienem był mocnym szarpnięciem przyciągnąć ją do siebie i wypełnić jej uległą istotę całą tą siłą, którą posiadałem. Bo od tej nocy już nie tylko ja cierpiałem.
Spodziewała się dziecka.
Najpierw uderzyłem ją w bladą zapłakaną twarz, potem i ja wybuchnąłem płaczem, a nie płakałem od chłopięcych lat. Sam bardzo pragnąłem dziecka, lecz wtedy, gdy to jeszcze było możliwe, uważałem, że Grete jest za młoda. Zapewne wyobrażałem ją sobie wówczas jako śliczną, poważną matkę, która zmęczona zabawą bezmyślnie zapomina o dziecku kosztem innych ciekawszych zajęć.
Gdybym ją wciąż kochał, to wszystko nie miałoby znaczenia. Dla tego, kto kocha, zawsze jest droga powrotu. Ale ja jej już nie kochałem i nie chciałem dziecka obcego mężczyzny. Ach, Sonju, Arne i wy wszyscy mądrzy nowocześni ludzie! Co wy robicie z dziećmi? Ileż to razy pokątne kliniki otwierają swoje mroczne objęcia dla waszych zdradzonych ciał? I co się dzieje z tym niepotrzebnym życiem? Czy istnieje gdzieś dom dla zmarnowanych możliwości, zaprzepaszczonych dni i dla zabitych dzieci?
Odwiedziłem ją w klinice razem z Sonją. Grete wiedziała o nas wszystko, próbowała się śmiać, udało jej się też słowami Sonji i tonem Sonji spytać: "No i co tam u was, starzy druhowie?". Potem jej drobna twarzyczka pobladła, oczy się zamknęły. Sonja poszła, a lekarz poprosił, żebym został przy Grete. Zrobił jej zastrzyk i spytał, czy wiem, kto to zrobił. Pokręciłem głową, uważałem bowiem, że to teraz bez znaczenia. Już więcej nie widziałem jej przytomnej, ale przed wyjściem ją pocałowałem, ostrożnie, jak za dawnych dni, kiedy stale się bałem, że ją skrzywdzę. Może jednak ją skrzywdziłem, bo nie powstrzymałem jej od tej ostatniej niebezpiecznej zabawy. Może... Ale teraz jestem spokojny. Bo cała moja miłość, moja radość i mój smutek zostały pogrzebane razem z nią, dlatego jej matka nie znalazła tego, czego szukała, kiedy wpatrywała się we mnie tymi wielkimi bezradnymi oczami, tak bardzo podobnymi do oczu Grete, że nie mogłem na nie patrzeć.