Rozdział 1
Natasza wysiadła z samochodu. Zatrzasnęła drzwi i rozejrzała się po ulicy. Wreszcie objęła wzrokiem czteropiętrowy blok na nowym osiedlu. Uśmiechnęła się lekko do siebie. Poprawiła torebkę na ramieniu i dopiero wtedy zerknęła na Patryka. Miał radosny wyraz twarzy i spoglądał na ten sam budynek, któremu przed chwilą się przyglądała. Grzywka opadała mu na czoło, odgarnął ją do tyłu w zawadiacki, chłopięcy sposób. Lubiła ten gest. Przyjemnie ścisnęło ją w żołądku.
- Idziemy? - spytał, wyciągając do niej rękę. Złapała ją. Była ciepła i sucha, a jego palce oplotły jej dłoń, dając poczucie bezpieczeństwa. Nareszcie przybiła do brzegu, znalazła przystań swojego życia, miała swój wymarzony happy end po nieudanych związkach, złamanym sercu i nadziei niejednokrotnie zdruzgotanej przez rozczarowania. Cmoknęła go w policzek, a potem pogłaskała po wypielęgnowanej brodzie.
- Boję się, że za chwilę się obudzę - powiedziała. - Przekroczę próg tego mieszkania i wypadnę z lustra. Znów będę Alicją nie po tej stronie, co trzeba.
Rozbawiła go tą metaforą. Sam też czuł tremę, bo wspólne mieszkanie oznaczało, że oboje myślą poważnie o założeniu rodziny. Niby był na nią gotowy, ale ciężar odpowiedzialności rodził lęk. Na razie niewielki, czający się w zakamarkach pomiędzy innymi emocjami, ale on wiedział, że w każdej chwili może zmienić się w ogromny strach.
Patryk Gajosz miał trzydzieści sześć lat, ale doskonale pamiętał rozwód rodziców, kłótnie, rzucanie talerzami i przepychanki. Jako szesnastolatek przyrzekł sobie, że nigdy się nie ożeni i nie będzie miał dzieci. Potem jednak zakochał się po raz pierwszy i drugi, a jego poglądy na temat życia rodzinnego powoli ewoluowały. Był przekonany, że jego życiową partnerką aż do grobowej deski będzie Iza Januszewska. Jakże się w niej zakochał! Zaślepiło go to uczucie tak bardzo, że kiedy przyjaciel powiedział mu, że widział ją z jakimś dryblasem z siłowni w niedwuznacznej sytuacji, nie przyjął tego do wiadomości i o mało nie pobił wtedy kumpla za rzucanie oszczerstw na Bogu ducha winną dziewczynę. Nawet podetknięte mu pod nos zdjęcia uznał za manipulację. Dopiero gdy Iza stanęła w przedpokoju ze spakowaną walizką i oznajmiła, że odchodzi, dotarło do niego, że to koniec. Prosił ją, błagał, nawet klęknął, by nie odchodziła, ale dziewczyna już podjęła decyzję. Wyprowadziła się z ich wynajmowanego wspólnie mieszkania i nigdy więcej jej nie spotkał. Najpierw pił i płakał, potem zaliczał panny i mężatki poznane w pubach, aż wreszcie los postawił na jego drodze Nataszę. To ona odmieniła jego życie i znów nadała mu sens. Zakochiwał się w niej powoli, jakby bał się, że zaraz wszystko runie niczym domek z kart. Jednak po trzech latach randek postanowili wspólnie wynająć mieszkanie, by się sprawdzić. Mieszkali w nim kolejne trzy, wystawiając się na różne próby, aż wreszcie poczuli się gotowi, by kupić coś swojego. Wili gniazdko. Lęk przed założeniem rodziny rozwiał się jak dym. Wspomnienia traumatycznego rozstania z Izą się zatarły.
- To nie sen - odpowiedział, przygarniając ją ramieniem do siebie. Stali tak przez chwilę oparci o samochód, przyglądając się wejściu do klatki. Wokół bloków rosły młode drzewa, rabaty z kwiatami były wypielęgnowane, podsypane świeżą korą, chodniki równe, gdzieniegdzie stały ławki, wszystkie pomalowane na ten sam nierzucający się w oczy brązowy kolor. Niedaleko nich oko cieszyła magnolia w pełnym rozkwicie. Jej duże różowe kwiaty dodawały otoczeniu koloru.
Natasza odetchnęła głęboko. Spojrzała na Patryka.
- Idziemy - zdecydowała. Ponownie chwycili się za ręce i ruszyli do drzwi.
- Chyba powinienem cię przenieść przez próg - zażartował.
- Odpuszczę ci - zaśmiała się, a powietrze przeszył jej perlisty głos, w którym mieściło się tyle szczęścia, że można by nim obdzielić nie tylko mieszkańców tego osiedla, lecz także całego miasta.
- Proszę. - Patryk otworzył drzwi przed Nataszą i gestem zaprosił ją do środka. Skłoniła mu się, podejmując grę, i po chwili wchodzili po schodach na pierwsze piętro. Ich buty wybijały radosny rytm, były niczym fanfary zapowiadające tryumfalne wejście do mieszkania.
Jest winda, pomyślała, świetne rozwiązanie przy dzieciach. Nie będę musiała znosić wózka. Natasza coraz częściej rozważała zajście w ciążę. Na razie rozmawiali o tym z Patrykiem w żartach, ale temat powoli wybrzmiewał i oboje dojrzewali do decyzji o potomstwie. Zegar biologiczny tykał, na razie jeszcze dość cicho, ale jego dźwięk odbijał się echem w dyskusjach o przyszłości.
Mężczyzna wyjął z kieszeni klucze zawieszone na srebrnym breloczku z miniaturowym modelem samochodu swojej ulubionej marki. Pomachał nimi przed nosem Nataszy.
- Gotowa?
Kobieta kiwnęła głową. Nabrała duży haust powietrza i zamknęła oczy. Wtedy rozległ się zgrzyt klucza w zamku. Poczuła, jak Patryk łapie ją za dłoń. Zrobiła krok naprzód. Zapach farby, kleju i drewna uderzył ich od progu, ale był przyjemny, kojarzył się ze świeżością. Natasza przez ostatnie kilkanaście dni nie zaglądała do mieszkania, to Patryk wziął na siebie ostatnie dwa tygodnie remontu i pilnował, by wszystko zakończyło się zgodnie z ustalonym terminem. Ona w tym czasie brała dodatkowe zlecenia, by zarobić na meble i wyposażenie łazienki. Wieczorem była tak zmęczona, że zasypiała czasami na siedząco. Ufała swojemu chłopakowi i wierzyła, że mieszkanie będzie idealne, zgodne z tym, co razem zaprojektowali. Później stwierdziła, że chce mieć niespodziankę, zobaczyć dopiero efekt ostateczny. Najprzyjemniejszą rzecz, jaką jest ustawianie mebli, dobieranie dodatków i różnego rodzaju gadżetów, zostawiła dla siebie. Patryk obiecał, że w to nie będzie się wtrącał. Taki podział obowiązków i przyjemności uważała za sprawiedliwy. Zresztą właśnie to w ich związku podobało się jej najbardziej. Zawsze potrafili znaleźć kompromis, rozmawiali o trudnych sprawach, dzielili się obowiązkami i nigdy jeszcze się na sobie nie zawiedli, co Natasza niezwykle doceniała. Wcześniej życie jej nie rozpieszczało. Nie miała łatwego dzieciństwa z narcystyczną matką i ojcem krążącym wokół niej niczym satelita. Nie wiedziała, czy jej rodzice zawsze tacy byli, mało pamiętała z tego, co wydarzyło się przed jej dziewiątymi urodzinami. Cezurą w jej życiu była śmierć siostry. Być może właśnie to zdarzenie wszystko zmieniło. Utwardziło i znieczuliło matkę, a ojca oddaliło od rodziny. Ciągłe awantury, niespełnione oczekiwania, presja i przerost matczynych ambicji spowodowały, że jako dziewiętnastoletnia dziewczyna, zaraz po maturze, wyprowadziła się z domu i odtąd liczyła wyłącznie na siebie. Uczyła się i pracowała, nigdy nie prosząc rodziców o pomoc finansową, choć bywały czasy, kiedy nie miała za co kupić chleba. Przeszukiwała wtedy wszystkie swoje torebki, kurtki i spodnie w poszukiwaniu jakichś zapomnianych złotówek. Ratowała ją zazwyczaj współlokatorka, studentka farmacji. Wynajmowały z Anią jeden pokój, by było taniej. Dopiero po skończeniu studiów przeniosły się do kawalerki. Były jak papużki nierozłączki do czasu, gdy przyjaciółka wyszła za mąż. Wtedy jednak Nataszę stać już było na to, by płacić czynsz samodzielnie. Dostała pracę w spółdzielni mieszkaniowej, rozliczała rachunki, robiła bilanse i zestawienia, a z czasem zatrudniła się jako księgowa w dużej firmie budowlanej i wreszcie zarabiała tyle, by zacząć gromadzić oszczędności.
Patryk był jej drugim chłopakiem. Z pierwszym - Julkiem - była rok i cztery miesiące, ale nie układało się im w zasadzie od samego początku. Chłopak był uparty jak osioł i wszystko zawsze wiedział lepiej niż inni. Dzisiaj już nie pamiętała nawet, co ją w nim urzekło. Na szczęście rozstali się w zgodzie i każde poszło w swoją stronę bez awantur czy zbędnych słów pożegnania. Za to kiedy poznała Patryka, czuła się tak, jakby poraził ją piorun. Doskonale pamiętała dzień, kiedy zjawił się w jej biurze. Mogłaby zamknąć oczy i opisać, jak był ubrany, jak uczesany i jak pięknie się do niej uśmiechnął. Szukał wtedy jej szefa. Zagadał do niej na temat pogody, a ona czuła, jak po jej ciele rozlewa się przyjemne ciepło. Zaczerwieniła się po same uszy. Nie mogła wydusić z siebie żadnego słowa, co na pewno zwróciło jego uwagę. Drugi raz spotkała go, kiedy wychodziła z biura. Wpadli na siebie i chcąc nie chcąc, znów spoglądali na siebie z ciekawością. To ona się odważyła i zagadała, a potem od słowa do słowa wszystko potoczyło się tak, że jeszcze tego samego dnia wieczorem siedzieli przy butelce wina w pubie.
- Otwórz oczy - zaśmiał się, wyrywając Nataszę ze wspomnień. Puścił dłoń dziewczyny i czekał na jej reakcję. Był niezwykle dumny z tego, co udało się zrobić w mieszkaniu. Drewniane podłogi, gładkie jasne ściany, meble na wymiar i wyspa kuchenna, o której marzyła Natasza, a w łazience duży, wygodny prysznic, nowoczesne kafle na ścianach i podłodze. Wszystko zgodnie z trendami mody wnętrzarskiej.
Natasza uniosła powieki. Nie wierzyła, że to ich mieszkanie. Obróciła się wokół własnej osi i choć otworzyła usta, nie mogła wydusić z siebie żadnego słowa. Spojrzała pod nogi. Stała na pięknej dębowej podłodze ciągnącej się z korytarza przez pokoje, jedynie część kuchenna odznaczała się jasną terakotą. Było przestronnie, czysto i elegancko. Poczuła, że w jej gardle wyrosła jakby wielka gula. Nie mogła przełknąć śliny. Położyła dłoń na piersi i uspokajała oddech.
- Powiedz coś - ponaglił ją Patryk, równie podekscytowany.
- Jest... - wyjąkała - ...jest przepięknie! - Natasza rzuciła mu się na szyję. Pocałowała go w policzek, zaraz oderwała się od chłopaka i podeszła do szafek kuchennych. Zaczęła otwierać drzwiczki, zaglądać do piekarnika i lodówki. Wreszcie stanęła przy wyspie i położyła dłonie na blacie. Przymierzała się do zabudowy, sprawdzała, czy wszystko jest na odpowiednim miejscu.
- Jest idealnie - szepnęła. - Tak jak chciałam. A łazienka? - spytała nagle, a wtedy Patryk wyciągnął do niej rękę. Pobiegli oglądać kolejne pomieszczenia.
- Te kafle, które wybrałaś, wyglądają zajebiście - powiedział. Spoglądali na jasną glazurę imitującą marmur. Biała ceramika i baterie w kolorze złota pięknie pasowały do całości.
Natasza odkręciła wodę i podstawiła dłonie pod strumień, by upewnić się, że nie śni.
- A przywieźli łóżko do sypialni? - zainteresowała się.
- Oczywiście - uśmiechnął się filuternie. Potem pociągnął ją w kierunku pokoju. - Chodź, trzeba sprawdzić materac.
- No pewnie - zaśmiała się, siadając na brzegu łóżka. Brakowało jeszcze kołdry, poduszek i prześcieradła, ale w tym momencie to nie było istotne. Patryk klęknął przed nią, położył dłonie na jej udach i spojrzał w oczy.
- Jesteś szczęśliwa? - spytał.
Kiwnęła głową, bo pod powieki wcisnęły się jej łzy wzruszenia. Nigdy wcześniej nie czuła równie rozpierającego od środka szczęścia. To było tak nietypowe dla niej uczucie, że miała wrażenie, że za chwilę uniesie się w powietrze.
Patryk sięgnął do kieszeni, a po chwili podsunął pod nos Nataszy niewielkie pudełko obłożone czerwonym aksamitem. Wiedziała, co kryje jego wnętrze. Czuła, że ten dzień zbliżał się wielkimi krokami. Raz usłyszała, jak szeptał przez telefon z Anką, początkowo nie rozumiała, co takiego knuje z jej przyjaciółką, ale kiedy chłopak zaczął mówić o rozmiarze i palcach, uśmiechnęła się pod nosem i szybko wycofała z pokoju, żeby jej nie zobaczył. Nie mogła mu zepsuć niespodzianki. Wszystko miało być idealnie, tak jak sobie oboje wymarzyli. Łzy popłynęły jej po policzkach, a palce tak jej drżały, że była pewna, że nie będzie w stanie utrzymać podarunku.
- Mamy mieszkanie - stwierdził. - Teraz już tylko musimy się pobrać. Nataszo - dodał oficjalnym tonem. Kilka razy chrząknął, bo ze wzruszenia zatykało mu gardło. - Nataszo... czy zostaniesz moją żoną?
- Tak... - szepnęła bez zastanowienia, choć miała ochotę krzyknąć z radości. Otworzyła pudełko i po chwili wsuwała na palec złoty pierścionek z niewielkim brylantem. - Tak... Tak... Tak!
Patryk podniósł się i pocałował narzeczoną. Najpierw delikatnie, czule, ale po chwili ruchy młodej pary stały się gwałtowniejsze, ich oddechy przyspieszone. Kochali się tego dnia po raz pierwszy w swoim nowym mieszkaniu jako narzeczeni. Nie spieszyli się, celebrowali miłość, obsypywali pocałunkami swoje ciała, rozkoszowali namiętnością. Każde z nich chciało zapisać w pamięci ten niezwykły moment.
*
Natasza stała w końcu korytarza i dyrygowała mężczyznami wnoszącymi do mieszkania granatową sofę. Stękali przy tym i klęli, kiedy nie mogli zmieścić się w futrynie.
- Odkręćcie nóżki! - krzyknęła przerażona, widząc, że za chwilę jej idealna ściana zostanie uszkodzona.
- Cholera - jęknął jeden z pracowników i szybko podszedł do nogi kanapy. Zaczął ją odkręcać i kiedy wreszcie udało się pozbawić sofę odstających części, mężczyźni wnieśli ją i ustawili w miejscu wskazanym przez Nataszę. Po chwili dokręcili nogi i wrócili do samochodu po stół i krzesła, a ona przesunęła mebel o kilka centymetrów bliżej drzwi balkonowych.
- Proszę uważać - ostrzegała co chwilę. Serce jej łomotało, była niezwykle podekscytowana. Czekała, kiedy wreszcie zostanie sama i powyjmuje z wielkiej papierowej torby poduszki, wazony, koc i świece. Mieszkanie należało ocieplić dodatkami. Zdecydowała się na zakup poszewek w jaskrawożółtym kolorze. Będzie pięknie kontrastował z granatem sofy. Kilka minut później przesunęła stół, by znalazł się centralnie pod wiszącą ascetyczną lampą składającą się z fikuśnej żarówki, paru prętów i grubej liny. Poustawiała krzesła i uśmiechnęła się do siebie. Wreszcie będzie tu jak w domu. W jej domu.
Nagle rozległo się pikanie piekarnika. Doskoczyła do kuchni, przekręciła pokrętła i uchyliła drzwiczki. Z wnętrza rozniósł się przyjemny zapach wegetariańskich lazanii. Rozejrzała się za silikonowymi uchwytami, ale nigdzie ich nie dostrzegła, choć była pewna, że przyniosła je tu ze swojego poprzedniego mieszkania. Potem zerknęła na podłogę. Pod oknem stały trzy duże pudła wypełnione jej rzeczami. Nimi zajmie się jutro. Dziś razem z Patrykiem oczekiwali gości, dlatego dwoiła się i troiła, by przygotować kolację. Na blacie wyspy kuchennej stało wino, obok kieliszki i wielka miska chipsów. Zerknęła na zegarek. Do przyjścia gości pozostało pół godziny, a Patryka jeszcze nie było. Dzwonił, że się spóźni, ale nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie pojawi się w domu.
- Mój narzeczony - szepnęła kilka razy, by nacieszyć się nowym stanem rzeczy. Wyciągnęła przed siebie dłoń, by upewnić się, że pierścionek naprawdę tkwi na jej palcu serdecznym. Wreszcie wszystko w jej życiu układało się tak, jak należy. Włączyła na telefonie muzykę, zakręciła się wokół własnej osi i zaczęła nucić razem z ulubioną wokalistką. Nie usłyszała, kiedy zamek w drzwiach zazgrzytał, więc podskoczyła, kiedy nagle wyrósł przed nią Patryk z wielkim bukietem herbacianych róż. Podszedł do narzeczonej i objął ją wpół, po czym przyciągnął do siebie i namiętnie pocałował.
- Ładnie pachnie - pochwalił. W powietrzu unosił się zapach lazanii ze szpinakiem. - Będą pasować? - spytał, pokazując kwiaty.
- Są idealne, jak wszystko - odparła. Po chwili umieściła bukiet w wazonie na środku okrągłego szklanego stołu. - Gdzieś w pudełkach są podkładki pod talerze. Nie zdążyłam tego wypakować.
- Okej, które pudło obstawiasz?
- Nie wiem. - Podrapała się po głowie. Wreszcie odłożyła ścierkę kuchenną na blat i podeszła do kartonów. Otworzyła pierwszy z brzegu i ku swojemu zaskoczeniu od razu znalazła podkładki. Kupiła je zaraz po tym, jak zamówili kanapę. Ułożyła je na stole i przyjrzała się swojej kompozycji.
- Wezmę szybki prysznic i zaraz ci pomogę. - Patryk zerknął na zegarek. Goście będą lada chwila. Musi jeszcze zrzucić garnitur i włożyć coś swobodniejszego. Znów cmoknął Nataszę w policzek i zniknął w łazience.
*
Pół godziny później zaczęli schodzić się goście. Każdy wręczał gospodarzom prezent z okazji parapetówki, po chwili więc na podłodze przy sofie urosła ich cała góra. Jako ostatni przyszli Ania i Maks. Od progu tłumaczyli się, że musieli odebrać dzieciaki z dodatkowych zajęć, a potem zawieźć je do dziadków.
- Nic nie szkodzi, wchodźcie - zachęcała Natasza. Uściskała przyjaciółkę, dostrzegając, że Ania ostatnio zmizerniała. Poczuła pod palcami jej kościste ramię. Przyjrzała się koleżance, bo coś w jej wyglądzie budziło niepokój. - Dobrze się czujesz? - spytała.
- Tak - odparła. - Po prostu miałam ciężki dzień.
Natasza przyjaźniła się z Anią od wielu lat. Poznały się przypadkiem pod tablicą ogłoszeń o wynajmie mieszkań. Obie szukały wtedy stancji, bo nie było ich stać na samodzielny wynajem kawalerki. Spisywały do notesów adresy, a kiedy obie sięgnęły po papierowy pasek z numerem telefonu z tego samego ogłoszenia, uśmiechnęły się do siebie i to w zasadzie załatwiło sprawę. Niemal od razu poczuły, że mogą sobie zaufać, i na spotkanie z właścicielem mieszkania pojechały razem. Było to dwupokojowe lokum w centrum Wrzeszcza. Ania i Natasza zajęły jeden pokój, zaś w drugim mieszkała studentka medycyny, z którą szybko znalazły wspólny język. Właściciel mieszkania okazał się sympatycznym starszym panem, który trzymał nieruchomość dla wnuka pracującego w Norwegii. Chłopakowi jednak nie spieszyło się do powrotu do Polski, więc dziewczęta mieszkały we Wrzeszczu do końca studiów, a potem jeszcze dwa lata, zanim Ania nie wyprowadziła się do chłopaka, a Nataszę stać było wreszcie, by wynająć samodzielnie kawalerkę.
Wkrótce Ania zaszła w ciążę z Maksem, którego poznała w kinie na maratonie horrorów, i wyszła za niego za mąż. Od tamtej pory żyli w szczęśliwym związku, a ich dom zapełniło troje dzieci, dwa koty i świnka morska. Co prawda, Patryk nie przepadał za mężem przyjaciółki swojej narzeczonej, ale znosił wspólne spotkania od czasu do czasu, by nie wszczynać kłótni. Na szczęście Natasza najchętniej umawiała się wyłącznie z Anią, na ploteczki i poważne rozmowy o życiu, więc on nie musiał w tym uczestniczyć. Maks denerwował Patryka przyklejonym do twarzy uśmiechem i drażnił swoimi sukcesami finansowymi. Pracował w salonie Mercedesa, gdzie nieźle zarabiał, a do tego znał się na samochodach, co również było irytujące. Patryk nie lubił, kiedy mężczyzna wymądrzał się na temat silników, paliwa i przyszłości motoryzacji. W ogóle nie lubił jego sposobu mówienia, ale znosił rozmowy z nim z cierpliwością godną mnicha buddyjskiego.
Za to Natasza traktowała Anię jak siostrę. Zawsze mogła na nią liczyć. Przyjaciółka była farmaceutką i myślała o założeniu własnej apteki, bo na razie pracowała u kogoś, tylko wciąż brakowało jej odwagi. Powtarzała jak mantrę, że za rok, że jeszcze dzieci muszą podrosnąć, i cały czas odkładała pieniądze na realizację marzenia. Chłopaka swojej przyjaciółki tolerowała, może nawet lubiła, choć miała nieodparte wrażenie, że Patryk jest sztuczny i gra rolę kogoś, kim tak naprawdę nie jest. Natasza jednak zapewniała ją, że jest najszczęśliwszą kobietą na świecie, więc Ania starała się nie komentować jego sposobu bycia.
- Piękne mieszkanie - pochwaliła teraz.
- Nie takie duże jak wasze, ale też myślę, że jest piękne - odpowiedziała przyjaciółka. - Idealne!
- Jak będziecie mieć trójkę dzieci - zażartował Maks - to też pomyślicie o większym, bo inaczej oszalejecie.
- Żadnych dzieci - odezwał się Patryk, a Natasza poczuła, jak ścisnęło ją w żołądku. Spojrzała na narzeczonego, a ten odchrząknął i dodał z lekkością w głosie: - Przynajmniej na razie. Musimy się trochę odkuć, bo spłukaliśmy się do ostatniego grosza i mamy dożywocie na kredyt.
Goście usiedli przy stole. Nie wystarczyło krzeseł dla wszystkich, więc część osób siedziała na sofie, a część na prowizorycznych siedziskach, ale nikomu ta odrobina niewygody nie przeszkadzała. Patryk otwierał właśnie szampana. Wszyscy chwycili kieliszki w dłonie i wznieśli toast za to, by młodym dobrze mieszkało się w nowym miejscu.
- I jeszcze coś! - zawołała Natasza, wyciągając przed siebie rękę.
- O! - krzyknęła Ania. - Nareszcie Patryk się zdecydował!
- Brawo!
- Gratulacje!
- Za narzeczonych!
Toastom nie było końca. Patryk otworzył drugiego, potem trzeciego szampana. Po godzinie niektórzy poprosili o drinki lub wino. Z talerzy powoli znikało jedzenie. A kiedy Maks pozwolił sobie pogłośnić muzykę, pary zaczęły podrygiwać na dębowym parkiecie. Natasza śmiała się, rozluźniona, a rozcieńczone szampanem szczęście bąbelkowało w jej ciele. Zauważyła, że miska po chipsach jest już zupełnie pusta. Przeszła do kuchni, by wyjąć z szafki kolejną paczkę. Zaraz koło niej zakręciła się Ania.
- Gratuluję. - Uściskała przyjaciółkę i pocałowała ją w policzek. - Tak się cieszę!
- Ja też. Już myślałam, że nigdy się nie oświadczy, a chciałabym ślubu - dodała z nostalgią w głosie. - Niby to tylko papier, ale... ale dla mnie ważny.
- No tak, szczególnie jeżeli chcielibyście mieć dzieci, to wiele reguluje.
- Tak! Czuję, że moje jajeczka są w pełnej gotowości i tylko czekają na złoty strzał - zażartowała. - Boję się, że zaraz może być za późno, ale teraz kasa... No wiesz, jak to jest przy kupnie mieszkania.
- Wiem. Na długo wzięliście kredyt?
- Na dwadzieścia lat - powiedziała, przesypując chipsy do miski. Potem odwróciła się do lodówki, otworzyła drzwi i wyjęła z niej sałatkę z mozzarellą. Wsunęła półmisek w dłonie Ani. - Patryk wziął kredyt na siebie. Ja wyłożyłam wkład własny i... - Zrobiła gest ręką. - Kupiłam część mebli. Ostatnimi czasy harowałam jak wół.
Ania drgnęła. Przyjrzała się przyjaciółce, po czym zerknęła w stronę Patryka.
- Rozumiem, że podpisaliście jakieś papiery - odezwała się. - Że masz potwierdzenie...
- Po co? Przecież niedługo się pobierzemy i wszystko i tak będzie wspólne...
- Natasza... ty jesteś księgową, więc nie trzeba ci tłumaczyć...
- Proszę cię, Anka, nie dzisiaj. Wszystko będzie dobrze. Kochamy się. Nigdy nie byliśmy tak szczęśliwi jak teraz.
Ania wzruszyła ramionami. Nie chciała burzyć spokoju przyjaciółki, ale miała dziwne przeczucie. Rozmawiały o tym kiedyś i przecież Natasza zarzekała się, że jeżeli kupią wspólnie mieszkanie, to będzie miała to na papierze, zabezpieczy się, bo przecież wspólność majątkowa nie obejmuje nieruchomości nabytej przed ślubem. Mieszkanie więc oficjalnie było Patryka albo raczej, precyzyjnie mówiąc, banku. Nie powiedziała tego głośno. Patrzyła na rozanieloną twarz przyjaciółki i chcąc nie chcąc, też się uśmiechnęła. Cmoknęła ją w policzek.
- Żebyście zawsze byli tacy szczęśliwi. A rodzice wiedzą już o waszych zaręczynach? - spytała.
- W niedzielę idziemy do mamy Patryka - powiedziała Natasza.
- A twoi?
Przyjaciółka pokręciła głową.
- Nie - odparła, a w jej głosie zabrzmiała dziwna nuta. - Wiesz przecież, że nie widziałam ich chyba... - Zastanowiła się. Próbowała policzyć w pamięci, kiedy ostatnio odwiedziła rodziców. To było kilka lat temu. Pokłóciła się wtedy z matką... Nagle przed jej oczami pojawił się obraz twarzy Cecylii. Szybko potrząsnęła głową, wyrzucając z niej matkę. Podała Ani miskę z chipsami. - Zresztą nie mówmy teraz o nieprzyjemnych sprawach.
- Racja!
*
W niedzielę Natasza pomagała pani Gajosz w kuchni. Wyciągała talerze, przecierała je ścierką i zanosiła do pokoju na stół, przy którym siedział jej narzeczony, jego siostra z mężem i dwoje seniorów. Prawdę mówiąc, spodziewała się bardziej intymnej atmosfery tego obiadu, ale kiedy Patryk zdradził matce powód ich wizyty, ta zaprosiła jeszcze córkę z mężem oraz rodziców. Zrobiło się tłoczno i gwarnie. Natasza przyglądała się każdej twarzy z osobna i oswajała z myślą, że to będzie jej najbliższa rodzina. Nie miała nic przeciwko, lubiła przecież panią Gajosz, mniej jej byłego męża, u którego wizyta też ją czekała. Seniorów znała słabo, a siostrę Patryka i jej męża widziała kilka razy w życiu, choć przecież z Patrykiem spotykali się od kilku lat. Dziewczyna była sporo młodsza od brata, niedawno wyszła za mąż i spodziewała się dziecka. Wydawała się sympatyczna, choć zamknięta w sobie i nieśmiała.
- To kiedy ślub? - Ewa Gajosz przeszła do konkretów, kiedy wszyscy usiedli już przy stole. Podała Nataszy półmisek z ziemniakami, wpatrując się w nią wyczekująco; raczej nie chodziło jej o to, by dziewczyna nałożyła sobie odpowiednią porcję na talerz.
- Mamo, nie poganiaj ich - odezwała się Marysia. Natasza dostrzegła, że dziewczyna położyła dłoń na udzie swojego męża, jakby szukała oparcia w mężczyźnie. - Pobiorą się w odpowiednim czasie.
- Jeszcze o tym nie rozmawialiśmy - odpowiedział Patryk.
- Ledwo się zaręczyliśmy - bąknęła Natasza.
- Jesteście ze sobą już tyle lat, że nie ma na co czekać - upierała się Gajosz. - Nie jesteście już najmłodsi. Pamiętaj - zwróciła się do Nataszy - że pierwsze dziecko należy urodzić do trzydziestego piątego roku życia...
- Teraz są inne czasy - stanęła w obronie narzeczonej brata Marysia.
- Czasy może inne, ale ciało kobiety wciąż takie samo.
- Na pewno nie będziemy długo czekać na ślub. - Patryk umiejętnie zmienił kierunek rozmowy. - Myślę, że za rok... - Spojrzał na Nataszę, a ona kiwnęła głową, choć faktycznie nie rozmawiali jeszcze o dacie. Termin jednak wydał się jej rozsądny. - Za rok, w maju...
- W maju? - oburzyła się Ewa. - W nazwie miesiąca musi być "r".
- "R"? - Patryk parsknął śmiechem. - Co to za dziwne przesądy?
- Może i przesądy, ale to się nigdy z powietrza nie bierze. Na zimne należy dmuchać.
- Jak dla mnie może być maj - odezwała się Natasza. - Piękny miesiąc.
- Tylko żeby nie było, że nie ostrzegałam.
- Maj czy czerwiec, to przecież już nie ma większego znaczenia - burknął Patryk. - Nie rób problemów.
- No dobrze. - Ewa Gajosz zawiesiła na chwilę głos. - A kiedy poznam twoich rodziców? Trzeba z nimi omówić sprawy wesela i ślubu.
- Z nimi? - zdziwiła się Natasza.
- Mamo! Nic nie będziesz omawiać. Sami sobie zorganizujemy wesele. To my zdecydujemy co i jak.
- Oboje pracujemy, dobrze zarabiamy... - dodała dziewczyna.
- Ale mieliście dużo wydatków... Chcę wam pomóc.
- Nie trzeba, damy radę.
- Dobrze, to w takim razie kiedy ich poznam ot tak, dla zasady, zgodnie z tradycją? - Kobieta lekko się zirytowała. - Chcę wiedzieć, z jaką rodziną będzie związany mój syn. Myślę, że mam do tego prawo. No i! - przypomniała sobie nagle. - Musisz powiedzieć ojcu, niech też partycypuje w kosztach.
- Mamo - jęknął chłopak - to nie biznes, tylko ślub; nikt w niczym nie musi partycypować.
- Niech ci ojciec sypnie kasą - upierała się. - Aha! I pamiętaj, żebyś na weselu nie sadzał mnie koło tego drania.
- Słuchaj, mamo - Patryk starał się uspokoić Ewę - poznasz ich w odpowiednim czasie. Zorganizujemy spotkanie - dodał niepewnie, bo znał sytuację Nataszy. Nieraz opowiadała mu o kłótniach z matką, o jej narcystycznym zachowaniu, o braku zainteresowania własną córką. Teraz jednak zależało mu na tym, by jak najszybciej zmienić temat na neutralny. - Maryśka - zwrócił się do siostry - powiedz lepiej, jak się czujesz i kiedy mogę się spodziewać siostrzeńca.
Dziewczyna się rozpogodziła. Położyła rękę na wydatnym już brzuchu i zaczęła opowiadać o swoim samopoczuciu, o zachowaniu męża, o czytaniu bajek, słuchaniu muzyki poważnej i o tym wszystkim, co miało wpłynąć na życie małego człowieka, znajdującego się od kilku miesięcy w jej łonie. Pani Gajosz wzdychała, kiwała głową, za to najstarsi członkowie rodziny od czasu do czasu wtrącali, jak bardzo się cieszą, że będą mieć prawnuka lub prawnuczkę. Natasza odetchnęła, kiedy wreszcie rozmowy przy stole przestały dotyczyć jej rodziców. Co prawda, od jakiegoś czasu rozważała, czy się do nich nie odezwać, sprawdzić, jak sobie radzą i czy może charakter matki złagodniał na stare lata, ale zaraz ganiła się za naiwne myślenie i stwierdzała, że jeżeli się nie odzywają, to znaczy, że za nią nie płaczą. A im dłużej odkładała wizytę u rodziców, tym trudniej było jej się na nią zdecydować.
- Chyba powinnam do nich pójść - powiedziała, gdy razem z Patrykiem szli w kierunku swojego nowego mieszkania. Pogoda była piękna, wieczór ciepły. W powietrzu pachniały wiosenne kwiaty. Nie spieszyli się. W głowach przyjemnie szumiało im wino.
- Do kogo? - spytał, nie zrozumiawszy w pierwszej chwili, kogo Natasza ma na myśli.
- Do rodziców... - westchnęła.
- Przepraszam cię za moją mamę.
- Nie szkodzi, chciała dobrze - odparła. - Powinnam pojechać do ojca i matki...
- Chcesz, żeby byli na naszym ślubie?
- Tak... Chyba tak. - Kiwnęła głową. - Ale... - zastanowiła się - może nie róbmy wesela, co? Wystarczy obiad i ciasto. Po co ten cały cyrk? Nie mamy po dwadzieścia lat... To w zasadzie tylko formalność.
- Naprawdę? - W głosie Patryka usłyszała wyraźną ulgę.
- Tak.
- Jestem za - podchwycił szybko. - Bałem się, że będziesz chciała tego całego cyrku z karetami, końmi, welonem i tańcami. Pamiętasz wesele mojego kuzyna, a potem siostry? To był koszmar!
Natasza parsknęła śmiechem.
- Myślałam, że mnie znasz.
- Znam! - Pocałował ją w rękę. - Ale... jeżeli chodzi o ślub, to podobno - zaakcentował ostatnie słowo - panny młode są nieobliczalne. Realizują wtedy wszystkie scenariusze z baśni, jakie poznały w dzieciństwie. Chcą być księżniczkami w wielkich sukniach przypominających bezy... Chcą, by dynie zmieniały się w karety. Nakładają na głowy diademy. Podczas tańców musi być dym, żeby wyglądało, jakby młodzi wynurzali się z mgły nad rozlewiskiem... I dodatki! Wszystko w jednej tonacji kolorystycznej! Pamiętasz? Nie niebieskiej, lecz... lapis-lazuli. - Ostatnie słowo Patryk wymówił z wyraźną kpiną w głosie.
Dziewczyna zanosiła się śmiechem, bo wyobraziła sobie, jak siedzi w wieży, spuszcza warkocz przez niewielkie okienko, a na horyzoncie widzi nadjeżdżającego Patryka w błyszczącej zbroi i z powiewającym nad jego głową proporcem w kolorze lapis-lazuli. Wokół nisko nad ziemią unosi się mgła, w oddali ryczy trzygłowy smok.
- Wariat! - rzuciła, po czym ich usta spotkały się w namiętnym pocałunku. - Kocham cię.
- Ja ciebie bardziej. - Teraz on się uśmiechał. - Za to, że jesteś taka mądra, rozsądna i zrównoważona... - wymieniał, obsypując jej policzki pocałunkami - i kochana... i namiętna... i moja... I taka... smakowita...
- Pójdziesz ze mną do moich rodziców? - spytała. - Nie chcę iść sama, bo znów wszystko skończy się awanturą.
- Pójdę... - Dalej ją całował. - Stoczę walkę ze smokiem, jeżeli trzeba... w obronie... dziewicy...
Parsknęła śmiechem.
- Tylko bez kultu dziewictwa, proszę...
- Jest przereklamowane, to prawda - zażartował, po czym wymruczał jej do ucha: - Chodź szybko do domu, bo nie wytrzymam...