Joga jest ustaniem poruszeń umysłu.
(Patandźali, Jogasutry)
Jest stanem, w którym żadne zewnętrzne praktyki, ćwiczenia, oddechy, medytacje nie są nam w ogóle potrzebne. Dlatego lepiej się do nich nie przywiązywać. To paradoks - niejedyny w praktyce jogi, ale fundamentalny. Praktyka ma nas uwolnić od... praktyki. Mówiąc kolokwialnie: ma nam pozwolić "wrzucić na luz", żebyśmy mogli cieszyć się życiem takim, jakie jest. Joga ma nas wywikłać. Nie wkręcać w kolejną grę iluzji i zaprzeczeń.
Na różnych polach i każdy w swoim stylu, wszyscy jesteśmy trochę jak nałogowi palacze, którzy pozbywając się pewnego dnia papierosów ze swego życia, stają się strażnikami czystego powietrza i upierdliwymi aktywistami antynikotynowymi. Popadamy z jednego dramatu w drugi, nieustannie starając się nadążyć za małpką skaczącą w naszych głowach. Z gałęzi na gałąź, z przeszłości w przyszłość, ze zmartwienia w zmartwienie, z lęku w lęk, z planu w plan, z akcji w reakcję. Często bez ładu i składu, od emocji do emocji, kierując się nieuświadomionymi motywacjami.
Joga to stan, w którym możliwe jest osiągnięcie chwili wytchnienia od nieustannej aktywności naszego "małpiego" umysłu i złapania kontaktu z tym, co w nas spokojne, ciche i wolne od lęku.
Co to ma wspólnego z rzeką podziemną, od której zaczęłam ten rozdział? Tak nazywam nurt, który niesie nieuświadomione treści naszej psychiki. To właśnie nad brzegiem naszej wewnętrznej, podziemnej, nieuświadomionej rzeki, w jej głębinach rozgrywa się nasza tajemna historia. Trzeba się w nią zanurzyć, aby się dowiedzieć, co tak naprawdę jest grane.
Jeśli chcemy uspokoić umysł, żeby przestał szaleć i reagować na każdą pozbawioną znaczenia bzdurę, musimy się dowiedzieć, kim naprawdę jesteśmy. Poznać siebie, czyli zgłębić mity, legendy i prawa, które doprowadziły nas do szaleństwa. Opowie nam o nich ciało, wyszepcze oddech, wypromieniuje cisza.
"Ciało opowie"? Co to znowu za nawiedzone głupoty? - zapytasz pewnie. A przecież za każdym razem kiedy doświadczamy silnych emocji, zwłaszcza stresu, ciało reaguje i zapisuje te reakcje w tkankach. Pamięta. Niektóre z naszych ciężkich przeżyć są tak stare, że po prostu nie ma słów, by o nich opowiedzieć. Niekiedy są też tak bolesne, że nawet będąc w wieloletniej psychoterapii, trzymamy je poza nią. Tak właśnie było ze mną.
Swoją tajemną historię odtwarzałam mozolnie przez lata psychoanalizy i innych form pracy terapeutycznej. Dowiedziałam się o sobie rzeczy pięknych i strasznych. Odzyskując ogromną część zapomnianej opowieści o swoim życiu, nauczyłam się rozumieć, dlaczego czasem bez wyraźnego powodu wpadam w panikę albo reaguję złością i rozpaczą na pewien typ ludzkich zachowań. Dowiedziałam się, gdzie jest źródło potwornego zmęczenia, którego często doświadczam, i jakich sytuacji powinnam unikać.
To już było bardzo wiele: zajrzałam w nurt swojej podziemnej rzeki. A jednak dopiero kiedy w praktyce jogicznej zaangażowałam do pracy ciało i oddech, puścił lód, w którym przechowywałam największą zgrozę. Traumy, o których - mimo zaangażowania i talentu moich terapeutek i terapeutów - nie potrafiłam słowami opowiedzieć nawet samej sobie. Historię o przemocy i molestowaniu seksualnym, która była moim udziałem we wczesnym dzieciństwie, a potem w wieku dojrzewania. Historię zmowy, która miała strzec mojego zapomnienia. Historię zdrady i potwornego bólu.
Rozpuszczanie lodu pokrywającego moją wewnętrzną rzekę trwało lata i polegało na regularnym, codziennym ćwiczeniu w pełnym skupieniu na macie, na świadomym oddychaniu i... na czekaniu w ciszy na to, aż COŚ usłyszę. Pracując z własnym ciałem, poznając je dobrze i wzmacniając, stworzyłam silny, bezpieczny schron w sobie samej. Tam mogłam sobie wszystko bezpiecznie przypomnieć, odpłakać, ukoić. A kiedy już ustał mój wewnętrzny szloch, mogłam nareszcie usłyszeć ciszę i przyjąć do wiadomości, że to na nią przez cały ten czas "siedzenia w ciszy" czekałam.
W krótkich, a czasem nieco dłuższych chwilach, kiedy doświadczam prawdziwej wewnętrznej ciszy, kiedy przestają mieć na mnie wpływ dramaty, gry i zabawy nieustannie kreowane przez umysł, doświadczam poczucia, że JESTEM. Niepotrzebne mi do tego żadne zewnętrzne imię, nazwisko, przynależność do jakiejś grupy czy narodowości, praca, wygląd, więzi, posiadanie czegokolwiek. Nic nie musi mnie określać, nic nie musi się dziać albo nie dziać. Moja wewnętrzna rzeczywistość JEST. Nie potrzebuje żadnych narracji ani form, by się przejawiać. Jestem i już! Zrelaksowana i szczęśliwa z tym, co mam i czego mi brak. Spokojnie reagująca na zdarzenia życia - z nadziejami, ale bez oczekiwań. W dobrym humorze.
Czy to znaczy, że unoszę się stale metr nad ziemią, nie odczuwam lęku, złości albo zniechęcenia? Oczywiście, że nie. Odczuwam zimno, miewam kaca, kiedy przesadzę z winem do kolacji, i szlag mnie trafia, gdy patrzę na polityków. Praktyka jogi nie ma na celu uczynienia z człowieka natchnionego elfa, odklejonego od rzeczywistości. Żyjemy w ciałach wyposażonych w układ nerwowy, odczuwamy emocje. Jesteśmy zanurzeni w kulturze i proponowanych przez nią narracjach. Borykamy się z nią, czasem działamy automatycznie i głupio. Jednak będąc w praktyce jogi, stajemy się bardziej świadomi. Elastyczne staje się nie tylko nasze ciało, ale i psychika. Możemy nazwać, co czujemy, uznać, przeżyć i odpuścić. Potem zaś wrócić do CISZY i znowu, zawsze od nowa, odczuć własne bezwarunkowe istnienie.
W tej książce znajdziesz podstawowe informacje i przemyślenia, które składają się na mój sposób wprowadzania słuchaczy i słuchaczek w praktykę jogi. Nie traktuj jej jednak, proszę, jako podręcznika ani (Bogini, broń!) wyroczni w żadnej z poruszanych tutaj kwestii. Joga to ogromne stare drzewo, którego korzenie wyrastają z Wed2 i które rozrasta się nieustannie od kilku tysięcy lat.
Każdy i każda z nas - nauczycieli i nauczycielek jogi, jeśli tylko trzyma się kanonu, czyli szanuje i wprowadza w życie to, czego uczą nas Jogasutry3, jest niczym listek czy też gałązka wypuszczana w jego gigantycznej koronie.
Choć wszyscy należymy do tego samego organizmu, pełnimy w nim jednak różne funkcje i przyjmujemy odmienne perspektywy. Fanatyzm, sekciarstwo i fundamentalizm nie mają nic wspólnego z prawdziwą jogą, choć niestety nader często występują pod jej przebraniem.
Najczęściej jednak powierzchownie i komercyjnie rozumiana "joga" jest po prostu kolejnym aroganckim przywłaszczeniem kulturowym4, czyli przyjęciem narzędzi, wizerunków i symboli, które należą do kultury innej niż nasza własna - często po to, by czerpać z tego zysk.
Czy zakładając kupiony pod wpływem "joginki" naszyjnik (malę modlitewną), złożony ze stu ośmiu koralików, wiesz przynajmniej, co on symbolizuje? Czy wie to owa "joginka"? Czy robiąc sobie tatuaż z symbolem ?5, jantrą6, mandalą7, wiesz, co tak naprawdę zapisujesz na swoim ciele i umyśle? Czy intonując mantrę8, rozumiesz jej treść i przypisane do niej działanie? Jeżeli odpowiedź brzmi "nie", to znaczy, że bierzesz udział w teatrzyku opartym na idei przywłaszczenia kulturowego. Śmiem twierdzić, że jest to jeden z głównych grzechów zachodniej społeczności jogicznej.
Chciałabym, aby ten tekst, będący w dużej części zapisem treści części teoretycznej moich warsztatów Miejsce Mocy, stanowił po prostu punkt wyjścia do waszych własnych poszukiwań. Ale dlaczego "lewa joga"? - zapytasz. Ponieważ, jak wszystko na świecie, joga także ma swoje implikacje polityczne. Po pierwsze, dlatego że niesie przesłanie równości, wewnętrznej wolności i empatii. Po drugie, ponieważ od kilku dekad jest pożerana przez wielki biznes, wykrzywiana i używana jako narzędzie do czerpania ogromnych zysków w bardzo nieetyczny sposób. Tak, twoja ulubiona markowa mata, na której oddajesz się medytacjom nad dobrocią własnego serca, oraz legginsy do ćwiczeń z najnowszej kolekcji znanej projektantki, z których tak się cieszysz, z dużym prawdopodobieństwem zostały wyprodukowane w skrajnie nieetycznych warunkach. Być może nawet w "ukochanych Indiach". Po trzecie zaś, skoro już jesteśmy przy Indiach, obecnie realizowana tam obsesyjnie prohinduistyczna polityka znajduje swoje odzwierciedlenie w tysiącach pozornie uduchowionych, a tak naprawdę skrajnie politycznych nauk rozmaitych popularnych na Zachodzie "guru". Wystarczy bowiem, że ktoś odpowiednio wygląda i powołuje się na święte pisma, powtarzając co drugie zdanie oklepane komunały o "rozwoju duchowym", by joginki i jogini z Zachodu rzucili się go udostępniać, kompletnie nieświadomi, że oto szerzą antyislamskie obsesje rozdzierające obecne Indie.
Książka Moja lewa joga to także próba zajrzenia pod podszewkę wszystkiego, czym bywa dziś praktyka jogi, a także związana z nią moda. Wywrócenie na lewą stronę tego ślicznego ubranka, w które tak chętnie się stroimy pod pretekstem praktykowania jogi, nie rozumiejąc, że tak naprawdę właśnie w ten sposób się od niej oddalamy.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
Rzeka
Dobry i zły ból, czyli rzecz o nauczycielach
Cisza przed burzą
Co mnie tu będą straszyć?
Święty mąż i epicki powrót joginek
Bardzo niechciany powrót przed kamerę
Jogini, ale czasem wkurwini, czyli jogiczne jest polityczne
Gruzowisko
Osiem gałęzi, trzy sznury