18 SIERPNIA
Otulony promieniami popołudniowego słońca gładki asfalt snuł się długą wstążką przez środek lasu. Pusta jezdnia wręcz zapraszała do dociśnięcia pedału gazu.
Teraz, w tej właśnie chwili, Robert chciał jechać tak szybko, jak to możliwe. Przez głowę przemknęła mu myśl, że nie miałby nic przeciwko, żeby tak jak w filmach since fiction osiągnąć taką prędkość, która dosłownie zabrałaby go do innego, kosmicznego wymiaru, z dala od znanego mu świata. Byłby beztroskim strażnikiem galaktyki, superbohaterem podziwianym przez wszystkich i mającym na wszystko wywalone.
Ostatnim bastionem, niepochłoniętym jeszcze przez chaos, wydawała mu się jazda samochodem. Kiedy prowadził auto, to on decydował o tym, czy jedzie prosto, czy skręci gdziekolwiek, czy zwolni, czy przyśpieszy albo całkiem się zatrzyma i zawróci.
Zawrócić. Czy tego właśnie chciał? Nawet gdyby było to możliwe, czy cokolwiek by to dało?
Z miejsca, w którym jestem, już nie da się zawrócić, a uciec chyba nie mam dokąd, pomyślał i gorzki ładunek tej refleksji jeszcze bardziej go dobił.
Miał dość, chciał wreszcie wszystko uciszyć, ale im bardziej próbował, tym większą klęskę ponosił. Czuł się, jakby ktoś zhakował mu głowę. Nie, nie tylko głowę. Całe jego życie, nad którym całkowicie stracił kontrolę.
Kochał swoją robotę i jednocześnie jej nienawidził. Przez lata dostarczała mu niezłej adrenaliny. Najpierw wojsko, później praca detektywa wydziału kryminalnego policji. Co prawda to nie to samo co w amerykańskich filmach, ale i tak okazała się ciekawsza niż bycie piekarzem.
I ta właśnie robota wypalała go również od środka. Praca z ludźmi obsadzanymi politycznie, po znajomości, którzy zupełnie nie znali się na tym fachu, to wieczna walka z wiatrakami. Galopująca głupota, małostkowość, durne procedury, które co chwilę wprowadzał ktoś niesiony falą swoich niespełnionych ambicji. Ci, którzy siedzieli cicho, szybko awansowali, dostawali premie, nagrody, dodatkowe procenty do pensji. Dowódcy, za których nie dałby złamanego grosza. Nie tylko nie umieli dowodzić, ale przede wszystkim gówno wiedzieli o prawdziwej robocie. Nie mieli pojęcia, jak to jest znaleźć się w ogniu walki, pod ostrzałem, kiedy musisz myśleć o tym, by dokończyć zadanie i przede wszystkim chronić swoich żołnierzy, żeby mogli wrócić do domów żywi.
- Banda jebanych pajaców - zaklął na głos.
Oczywiście tego aspektu nikt nie dostrzegał i za każdym razem, kiedy Robert gdzieś się pojawiał - nieważne, czy w związku z prowadzonym dochodzeniem, czy z dodatkową pracą dla dużego biznesu, czy podczas imprez towarzyskich - widział, jakie wrażenie robił swoją postawą, siłą, pewnością siebie. Kochał podziw, z jakim patrzyli na niego ludzie, zwłaszcza kobiety.
No właśnie... kobiety.
Nie sądził, że jego drugie małżeństwo legnie w gruzach. To przecież miał być projekt, który dowiezie do końca. Anita, niegdyś miłość jego życia, a dzisiaj, właśnie teraz? Sam już nie wiedział, czy bardziej ją kocha, czy jej nienawidzi.
Przez lata była najbliższą mu osobą. Podziwiana przez wszystkich lekarka, uznana neurochirurg. Kiedy ją poznał, była pewna siebie, stanowcza, skupiona, skuteczna, a do tego szalona i ciepła. Może i nie wyglądała jak seksowne laski z filmów porno czy Instagrama, ale wydawała się na swój sposób ładna, choć nie w jego typie. Z pewnością jednak ją podziwiał. I cholernie go kręciło, imponowało mu, że ktoś taki jak ona, z taką pozycją, sukcesami, zechciał być z nim.
Kumple mu zazdrościli, przez to wiele znajomości po prostu się skończyło. Szybka weryfikacja.
Ale od trzech, czterech lat Anita dziwnie zwolniła tempo, częściej chciała spędzać czas razem, w domu, stała się jakaś taka... miękka. Zwyczajna żona, nikt superspecjalny. Nie chodziła co rusz na imprezy branżowe, nie udzielała się towarzysko, nie wyjeżdżała na sympozja.
Nie to, co Magda, istny żywioł. Tak emanująca seksapilem i władzą, że nie mógł się jej oprzeć.
Zaczarowała go całkowicie. Wiedziała, jak go podkręcić, zanęcić. Wysyłała takie zdjęcia i filmiki, że wszedł w tę relację bez wahania. Bielizna, pończochy, zawsze go chciała. A seks? To po prostu ogień w najczystszej postaci. Mocny, z pogranicza BDSM, taki, jak lubił. Przy niej czuł się pożądany i zaspokajany.
Obojgu pasował ten układ.
Magda była wolna, prowokacyjna, rozpalała napięcie do granic możliwości, czym doprowadzała go do szału. Nieraz szalał z zazdrości, nie potrafił się na niczym skupić. Więc wracał do domu, w którym wszystko było takie zwyczajnie stabilne, i wyżywał się na Anicie. Dzieciakom też się obrywało. Atmosfera stawała się coraz cięższa.
Któregoś dnia, gdy wymieniał wiadomości z Magdą, niepostrzeżenie podeszła do niego żona. Szybko schował komórkę.
- Z kim piszesz? - zapytała wprost.
- Z Wiolką - odpowiedział nerwowo.
- To pokaż mi telefon - zaproponowała.
- Chyba cię pogięło - odburknął agresywnie, bez zastanowienia.
Spojrzała na niego tym swoim przenikliwym wzrokiem i z lodowatym spokojem wycedziła przez zęby:
- Ty naprawdę masz mnie za idiotkę. - Odwróciła się na pięcie i wyszła z domu bez słowa.
Kiedy ochłonął, skasował wszystkie wiadomości, a najpikantniejsze zdjęcia Magdy przeniósł do folderu "sejf". Zadzwonił do Anity, nie odebrała, zadzwonił drugi raz, to samo. I wtedy wpadł w panikę. Zaczął wybierać jej numer co kilka minut. Za ósmym razem usłyszał jej głos.
- Czego chcesz? - zapytała takim tonem, że wiedział, iż jest na przegranej pozycji.
Anita była wybitną specjalistką, ludzie ją kochali, szanowali. Piekielnie zdolna i inteligentna, miała w sobie niesamowitą intuicję i mądrość. Robert zaczął coś mętnie tłumaczyć i się kajać. Robił, co mógł, tak jak potrafił, żeby atmosfera się oczyściła. Ale Anita posłała kolejny pocisk - podziękowała za piękne imieniny i wspaniałe życzenia.
Zbladł, zrobiło mu się niedobrze. Zapomniał o imieninach żony, a to dotąd nigdy mu się nie zdarzyło.
Ostatecznie tamtą sytuację jakoś załagodził, przynajmniej tak mu się wtedy wydawało. Po południu zabrał żonę do centrum handlowego i kupił jej drogie zamszowe kozaki kowbojskie, chociaż mocno oponowała. Od tamtego dnia trzymała go na dystans, którego przez długi czas nie zauważył. Nie dostrzegł też tego, że po niedługim czasie Anita właśnie te kozaki wyrzuciła do śmieci, chociaż miała je na nogach może ze trzy, cztery razy.
Romans z Magdą całkowicie go pochłonął, spowodował, że zamiast być szczególnie czujny i sprytny, stał się nieostrożny. Ale na ten moment nie miał zamiaru rezygnować z małżeństwa, które wydawało się po prostu inną częścią jego życia. Tą oficjalną, którą wszyscy z zewnątrz się zachwycali.
Czasem, kiedy przychodziła jakaś refleksja, wyrzuty sumienia, czuł się fatalnie.
Anicie codziennie mówił, pisał w wiadomościach, że ją kocha. I to w zasadzie była prawda. Kochał ją jak przyjaciela, ale już od dawna nie interesowała go jako kobieta.
I ten układ mógłby trwać jeszcze długo, gdyby nie to, że Magda zaczęła stawiać warunki. Naciskała, żeby wyprowadził się z domu, żeby z nią zamieszkał. I nawet był moment, że ta wizja bardzo mu się spodobała - wieczorne łóżkowe szaleństwa każdego dnia, weekendy wypełnione wymarzonym seksem, bez dzieciaków, bez obowiązków.
Jednak im bardziej Magda go dociskała, szantażowała, tym więcej wątpliwości zaczęło się pojawiać. Seks nadal był najlepszy, jakiego w życiu doświadczał, ale zauważył, że trochę mniej już go to bawi.
No a miesiąc temu dotarł do ściany.
Wrócił z roboty, zmęczony i mocno sfrustrowany brakiem jakiegokolwiek postępu w trudnej sprawie, którą prowadził, i nie zdążył nawet zdjąć butów, a Anita już rzuciła się na niego z wrzaskiem.
Zanim zaczęła się na niego wydzierać, pokazała mu zdjęcie knajpki, w której spotykał się z Magdą, i zapytała, czy Robert zna to miejsce. Podała nawet dokładny adres.
Później wszystko potoczyło się jak w najgorszym filmie. Pierwszy raz zdarzyła się im taka awantura. Anita była jak w amoku. Krzyczała, wyzywała, żądała wyjaśnień. W końcu spakowała parę rzeczy i wyszła, trzaskając drzwiami. Prawie wyskoczyły z futryny.
Wkurzył się niemiłosiernie.
- Kim jest ta debilka?! Zachowuje się jak psychopatka! - wrzeszczał do słuchawki, gdy rozmawiał z Wiolką, swoją kumpelką. - Żeby dorosła baba takie coś odwalała, w domu, przy dzieciakach? Odjebało jej całkowicie!
Po tej akcji Anita wzięła urlop i udała się na miesiąc za granicę, a na jego głowie zostawiła dzieci i cały dom. Zupełnie nie rozumiał, jak to możliwe, że tak poukładana kobieta zmieniła się w histeryczkę. Jak mogła tak po prostu bez słowa wyjechać?
W jakiś sposób od kogoś dowiedziała się o nim i o Magdzie. Co dziwne, w całej tej sytuacji nie miał ani ochoty, ani siły spotykać się z kochanką, za co też od niej obrywał.
No więc wszystko się posypało...
Z goryczą przełknął ślinę i zapadł się w sobie jeszcze bardziej. Jedno wiedział z całą pewnością: jego życie teraz to katastrofa. I nie miał pojęcia, jak z tego wybrnąć. Kipiał złością na cały świat. Potworny ból wybijał gdzieś z głębi jego trzewi.
Robert mocno przyśpieszył. Pędził coraz szybciej, mocno zaciskając palce na kierownicy. Tysiące myśli, które nieproszone i niemożliwe do powstrzymania od kilku tygodni przewalały się przez jego głowę, wyczerpywało ostatki życiowej energii. Bo każda myśl była uzbrojona w te cholerne emocje, każda niosła za sobą ciężki ładunek niewyobrażalnej, beznadziejnej pustki, wciągającej go w dziwną, czarną otchłań.
Wcisnął pedał gazu w podłogę, nie zwracając uwagi na kolejne zakręty. Znał tę drogę jak własną kieszeń, więc jechał jak na autopilocie.
Dzień był upalny, bezwietrzny, jeden z piękniejszych tego lata. Cienie rzucane przez gęste liście radośnie ganiały się z cętkami światła po czarnej nawierzchni i zlewały w jedno ze skrajem drogi. Prędkość, z jaką mężczyzna wprowadził pojazd w ostry zakręt, mocno nim zarzuciła i wyrzuciła go z twardego asfaltu na miękkie pobocze, pokryte bujną leśną roślinnością.
Umysł wpadł w panikę, ale w tym samym ułamku nanosekundy jakaś inna część niego, coś, czego nie znał, nad czym nie mógł zapanować, postanowiła nie hamować, nie reagować. Rozkazała puścić kierownicę.
Wszystko stało się tak błyskawicznie, chociaż świat w głowie mężczyzny dosłownie się zatrzymał.
Widział, że już nie jedzie, ale leci, i to wprost na potężne drzewo, które wyłoniło się nie wiadomo skąd.
Jakby z oddali usłyszał potężny huk. Miażdżąca siła odebrała mu oddech i nagle zrobiło się potwornie ciemno.