p

Moc wojownika jest w tobie. Jak żyć w zgodzie ze sobą? - Iwona Guzowska

Kup ebooka

47.90 zł
38.80 zł (38,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Dedykacja Od autorki Część I Prolog

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

4 7 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24

OD AUTORKI

Jak dobrze, że JESTEŚ.

Całą sobą cieszę się z naszego spotkania, ze wspólnej podróży, w którą razem wyruszamy.

Książka, którą trzymasz w rękach, po prostu przyszła. Po cichutku, niezapowiedziana. Sama wybrała sobie czas i okoliczności. Pewnego dnia po prostu ją zauważyłam, zaskoczona jej nagłą obecnością. Początkowo nie miałam pewności, czy powinnam ją spisać, czy nie, w jaki sposób ją wydać, czy w ogóle. I to też się zdarzyło "samo". Pewnego dnia odebrałam telefon i usłyszałam ciepły kobiecy głos, który tak po prostu oznajmił: "Chcę wydać pani książkę". Magda, właścicielka głosu, z pełnym zaufaniem zostawiła mnie z procesem tworzenia pomimo tego, że było mi trudno choćby zdawkowo streścić, o czym ta historia będzie. Ale książka zaczęła się materializować. Przez każdy rozdział prowadziła mnie swoimi często zaskakującymi ścieżkami. Kiedy podejmowałam próby pisania z głowy, ze swoich wyobrażeń, przestawała się pisać. Dosłownie. Więc pozwoliłam jej płynąć, tworzyć się w takiej postaci, w jakiej miała być. I jest.

O czym? A może o kim? O nas wszystkich. O odkrywaniu siebie. O zrozumieniu swojej unikatowej drogi. O uzdrawianiu własnych ran. O odwadze i odpowiedzialności. O zaufaniu do życia. O mocy płynącej z serca. O miłości. Tej bezwarunkowej, mądrej, stanowiącej źródło wszystkiego, co w życiu ma prawdziwą wartość.

Czytaj tę książkę przede wszystkim sercem. Nie za pomocą logiki, analitycznego umysłu. Bo to nie tylko powieść i nie tylko poradnik, choć z całą pewnością znajdziesz w niej cenne wskazówki, inspirację do zmian. Jestem pewna, że wszystko, o czym piszę, już wiesz. Ale czasem potrzebujemy coś sobie przypomnieć, odświeżyć, by spojrzeć na własne istnienie z nieco innej perspektywy.

Moja perspektywa podróży przez życie nabrała zupełnie innego wymiaru w chwili, w której doświadczyłam stanu poszerzonej świadomości. Ten pierwszy przebłysk zdarzył się niespodziewanie, spontanicznie. Koniec września dwa tysiące pierwszego roku, późny wieczór. W niewielkiej szatni było już cicho i pusto. Zostaliśmy tylko ja i trener. Czekałam na wywołanie do walki w obronie tytułu mistrzyni świata w boksie zawodowym. Serce z pełną mocą łomotało w piersi, adrenalina docierała do każdej komórki. Wytrenowane mięśnie były dobrze rozgrzane, gotowe do wysiłku. Ciało kumulowało energię niczym czający się do skoku na swoją ofiarę tygrys. Za to w głowie - chaos potworny. Stres do granic wytrzymałości, bo skołowany umysł produkował niezliczone scenariusze nadchodzącej walki. Natłok myśli był wręcz przytłaczający. Każda z nich niosła solidny ładunek emocjonalny. Strach mieszał się z niezłomną wiarą w zwycięstwo, stres z pewnością, że mogę na sobie polegać. Mieszanka emocji mocno mnie wyczerpywała, a ja nie widziałam, co zrobić, by włączyć to cholerne myślenie. Bezradna wobec szalejącego we mnie lęku, czułam napływające do oczu łzy. Przecież nie mogę się teraz rozpłakać, pomyślałam. W końcu się poddałam i szeptem wypowiedziałam sama do siebie: "Niech będzie, co ma być".

I wydarzyła się najprawdziwsza magia! Znany mi do tej pory świat zaczął się rozmywać, oddalać niczym w filmie science fiction. Jakaś potężna siła przełączyła mnie w zupełnie inny tryb. Mój umysł się wyciszył, wręcz zniknął. W zadziwiający sposób się rozpłynęłam, by jednocześnie stać się częścią wszystkiego. By stać się wszystkim. Do szatni wszedł operator, za nim stanął dźwiękowiec. Dali znać, że za 5... 4... 3... 2... 1... transmisja na żywo. Poczułam, jak trener kładzie rękę na moim barku i lekko mnie popycha, żebym ruszyła. W hali szaleństwo - tysiące kibiców, mnóstwo świateł, muzyka. Widziałam, słyszałam, czułam wszystko, a jednak bardziej byłam jakby poza. Znajdowałam się w centrum wydarzeń, byłam ich główną bohaterką, a jednocześnie obserwowałam wszystko z dystansu, z boku. W centralnym punkcie hali stał ring, w swoim narożniku czekała na mnie Kelsey Jeffries. Podskakiwała, zadawała ciosy w powietrze, robiła show. Weszłam do ringu spokojna jak nigdy wcześniej. Teraz widziałam, słyszałam, czułam w niespotykanej jakości - jakby dolby surround, 10K, wszystko naraz. Stanęłam naprzeciwko rywalki, popatrzyłam jej w oczy, wysłuchałam instrukcji sędziego. Komenda shake hands, powrót do narożnika, gong. Zaczęła się walka. W magiczny sposób stałam się częścią tej walki. Ja nią byłam. Ona była mną.

Tego dnia stoczyłam najlepszy pojedynek w swojej karierze, ale znacznie ważniejsze okazało się to, czego doświadczyłam. Wiedziałam, że będę chciała się dowiedzieć, jak odtworzyć to mistyczne doświadczenie, jak wrócić do stanu tak głębokiego czucia, połączenia z życiem. I ono samo dało mi ku temu sposobność. Kiedy już z pełną świadomością odważyłam się otworzyć na to, co wykracza poza ramy racjonalnego umysłu, zmieniło się wszystko, choć pozornie nie zmieniło się nic.

Nadal jestem tu, na Ziemi. Żyję pełnią codziennego życia. Nie umiem latać, przenosić się w przeszłość czy przyszłość, nie mam nadprzyrodzonych zdolności ani nawet magicznej różdżki. A jednak... wiem, że jestem kimś więcej, niż do tej pory mi się wydawało. Jestem duchową istotą z ogromnymi zasobami energii, z otwartym dostępem do innych światów i wymiarów. Tak samo jak ty!

I o tym też traktuje ta książka. Pierwsza jej część to historia o naszych ludzkich zawiłościach, o zagubieniu, o odcięciu od swojej mocy. Opowiada o drodze, dzięki której możemy zmienić patrzenie i myślenie o sobie i o własnym losie, dzięki której możemy wreszcie odnaleźć siebie. Bohaterem tego fragmentu został pewny siebie, silny mężczyzna na życiowym zakręcie. Dlaczego mężczyzna? Bo męska energia od lat dominuje na świecie, bo jej niedojrzałość prowadzi do bólu i cierpienia. Ból jednego człowieka najczęściej skutkuje zadawaniem go wielu innym. Czy można to zatrzymać? Tak. Bardzo w to wierzę. I w tym pomaga właśnie magia, której doświadcza bohater. Zdradzę ci, że ta magia jest tak samo prawdziwa jak ja i ty. Wiem, bo jej doświadczam. Nawet jeżeli w to nie uwierzysz, to warto przeżyć tych kilka chwil w towarzystwie Roberta, Imanity i Vica.

Druga część książki to nic innego jak moje życiowe perypetie i nauka, jaką z nich wyciągam. Zmiany zachodzące w wyniku podjętych decyzji, wykonanej przeze mnie pracy i determinacji przekraczają moje wszelkie dotychczasowe wyobrażenia. Dzielę się tym z tobą, bo to naprawdę działa. Wszystko przetestowałam na sobie, na własnej skórze. To nie jest teoria, coś, czego się gdzieś naczytałam czy zamówiłam na Temu. To trening, któremu się poddałam, praktyka, która stała się moim codziennym działaniem. Wyłam z bólu, z niewygody, ale się nie zatrzymałam, nie zrezygnowałam. Nie uciekłam. Efekt? Nigdy nie byłam w lepszym miejscu życia - dosłownie i w przenośni.

Przeczytaj tę książkę. Zatrzymaj się na tak długo, ile trzeba, pomyśl, co możesz zrobić już dziś. Co jesteś gotowy zastosować teraz. I z odwagą działaj.

Bo zasługujesz na doświadczanie samoistnej, wibrującej gwiezdnym pyłem radości. Bo zasługujesz na życie w nieskończonej miłości.

PROLOG

18 SIERPNIA

Otulony promieniami popołudniowego słońca gładki asfalt snuł się długą wstążką przez środek lasu. Pusta jezdnia wręcz zapraszała do dociśnięcia pedału gazu.

Teraz, w tej właśnie chwili, Robert chciał jechać tak szybko, jak to możliwe. Przez głowę przemknęła mu myśl, że nie miałby nic przeciwko, żeby tak jak w filmach since fiction osiągnąć taką prędkość, która dosłownie zabrałaby go do innego, kosmicznego wymiaru, z dala od znanego mu świata. Byłby beztroskim strażnikiem galaktyki, superbohaterem podziwianym przez wszystkich i mającym na wszystko wywalone.

Ostatnim bastionem, niepochłoniętym jeszcze przez chaos, wydawała mu się jazda samochodem. Kiedy prowadził auto, to on decydował o tym, czy jedzie prosto, czy skręci gdziekolwiek, czy zwolni, czy przyśpieszy albo całkiem się zatrzyma i zawróci.

Zawrócić. Czy tego właśnie chciał? Nawet gdyby było to możliwe, czy cokolwiek by to dało?

Z miejsca, w którym jestem, już nie da się zawrócić, a uciec chyba nie mam dokąd, pomyślał i gorzki ładunek tej refleksji jeszcze bardziej go dobił.

Miał dość, chciał wreszcie wszystko uciszyć, ale im bardziej próbował, tym większą klęskę ponosił. Czuł się, jakby ktoś zhakował mu głowę. Nie, nie tylko głowę. Całe jego życie, nad którym całkowicie stracił kontrolę.

Kochał swoją robotę i jednocześnie jej nienawidził. Przez lata dostarczała mu niezłej adrenaliny. Najpierw wojsko, później praca detektywa wydziału kryminalnego policji. Co prawda to nie to samo co w amerykańskich filmach, ale i tak okazała się ciekawsza niż bycie piekarzem.

I ta właśnie robota wypalała go również od środka. Praca z ludźmi obsadzanymi politycznie, po znajomości, którzy zupełnie nie znali się na tym fachu, to wieczna walka z wiatrakami. Galopująca głupota, małostkowość, durne procedury, które co chwilę wprowadzał ktoś niesiony falą swoich niespełnionych ambicji. Ci, którzy siedzieli cicho, szybko awansowali, dostawali premie, nagrody, dodatkowe procenty do pensji. Dowódcy, za których nie dałby złamanego grosza. Nie tylko nie umieli dowodzić, ale przede wszystkim gówno wiedzieli o prawdziwej robocie. Nie mieli pojęcia, jak to jest znaleźć się w ogniu walki, pod ostrzałem, kiedy musisz myśleć o tym, by dokończyć zadanie i przede wszystkim chronić swoich żołnierzy, żeby mogli wrócić do domów żywi.

- Banda jebanych pajaców - zaklął na głos.

Oczywiście tego aspektu nikt nie dostrzegał i za każdym razem, kiedy Robert gdzieś się pojawiał - nieważne, czy w związku z prowadzonym dochodzeniem, czy z dodatkową pracą dla dużego biznesu, czy podczas imprez towarzyskich - widział, jakie wrażenie robił swoją postawą, siłą, pewnością siebie. Kochał podziw, z jakim patrzyli na niego ludzie, zwłaszcza kobiety.

No właśnie... kobiety.

Nie sądził, że jego drugie małżeństwo legnie w gruzach. To przecież miał być projekt, który dowiezie do końca. Anita, niegdyś miłość jego życia, a dzisiaj, właśnie teraz? Sam już nie wiedział, czy bardziej ją kocha, czy jej nienawidzi.

Przez lata była najbliższą mu osobą. Podziwiana przez wszystkich lekarka, uznana neurochirurg. Kiedy ją poznał, była pewna siebie, stanowcza, skupiona, skuteczna, a do tego szalona i ciepła. Może i nie wyglądała jak seksowne laski z filmów porno czy Instagrama, ale wydawała się na swój sposób ładna, choć nie w jego typie. Z pewnością jednak ją podziwiał. I cholernie go kręciło, imponowało mu, że ktoś taki jak ona, z taką pozycją, sukcesami, zechciał być z nim.

Kumple mu zazdrościli, przez to wiele znajomości po prostu się skończyło. Szybka weryfikacja.

Ale od trzech, czterech lat Anita dziwnie zwolniła tempo, częściej chciała spędzać czas razem, w domu, stała się jakaś taka... miękka. Zwyczajna żona, nikt superspecjalny. Nie chodziła co rusz na imprezy branżowe, nie udzielała się towarzysko, nie wyjeżdżała na sympozja.

Nie to, co Magda, istny żywioł. Tak emanująca seksapilem i władzą, że nie mógł się jej oprzeć.

Zaczarowała go całkowicie. Wiedziała, jak go podkręcić, zanęcić. Wysyłała takie zdjęcia i filmiki, że wszedł w tę relację bez wahania. Bielizna, pończochy, zawsze go chciała. A seks? To po prostu ogień w najczystszej postaci. Mocny, z pogranicza BDSM, taki, jak lubił. Przy niej czuł się pożądany i zaspokajany.

Obojgu pasował ten układ.

Magda była wolna, prowokacyjna, rozpalała napięcie do granic możliwości, czym doprowadzała go do szału. Nieraz szalał z zazdrości, nie potrafił się na niczym skupić. Więc wracał do domu, w którym wszystko było takie zwyczajnie stabilne, i wyżywał się na Anicie. Dzieciakom też się obrywało. Atmosfera stawała się coraz cięższa.

Któregoś dnia, gdy wymieniał wiadomości z Magdą, niepostrzeżenie podeszła do niego żona. Szybko schował komórkę.

- Z kim piszesz? - zapytała wprost.

- Z Wiolką - odpowiedział nerwowo.

- To pokaż mi telefon - zaproponowała.

- Chyba cię pogięło - odburknął agresywnie, bez zastanowienia.

Spojrzała na niego tym swoim przenikliwym wzrokiem i z lodowatym spokojem wycedziła przez zęby:

- Ty naprawdę masz mnie za idiotkę. - Odwróciła się na pięcie i wyszła z domu bez słowa.

Kiedy ochłonął, skasował wszystkie wiadomości, a najpikantniejsze zdjęcia Magdy przeniósł do folderu "sejf". Zadzwonił do Anity, nie odebrała, zadzwonił drugi raz, to samo. I wtedy wpadł w panikę. Zaczął wybierać jej numer co kilka minut. Za ósmym razem usłyszał jej głos.

- Czego chcesz? - zapytała takim tonem, że wiedział, iż jest na przegranej pozycji.

Anita była wybitną specjalistką, ludzie ją kochali, szanowali. Piekielnie zdolna i inteligentna, miała w sobie niesamowitą intuicję i mądrość. Robert zaczął coś mętnie tłumaczyć i się kajać. Robił, co mógł, tak jak potrafił, żeby atmosfera się oczyściła. Ale Anita posłała kolejny pocisk - podziękowała za piękne imieniny i wspaniałe życzenia.

Zbladł, zrobiło mu się niedobrze. Zapomniał o imieninach żony, a to dotąd nigdy mu się nie zdarzyło.

Ostatecznie tamtą sytuację jakoś załagodził, przynajmniej tak mu się wtedy wydawało. Po południu zabrał żonę do centrum handlowego i kupił jej drogie zamszowe kozaki kowbojskie, chociaż mocno oponowała. Od tamtego dnia trzymała go na dystans, którego przez długi czas nie zauważył. Nie dostrzegł też tego, że po niedługim czasie Anita właśnie te kozaki wyrzuciła do śmieci, chociaż miała je na nogach może ze trzy, cztery razy.

Romans z Magdą całkowicie go pochłonął, spowodował, że zamiast być szczególnie czujny i sprytny, stał się nieostrożny. Ale na ten moment nie miał zamiaru rezygnować z małżeństwa, które wydawało się po prostu inną częścią jego życia. Tą oficjalną, którą wszyscy z zewnątrz się zachwycali.

Czasem, kiedy przychodziła jakaś refleksja, wyrzuty sumienia, czuł się fatalnie.

Anicie codziennie mówił, pisał w wiadomościach, że ją kocha. I to w zasadzie była prawda. Kochał ją jak przyjaciela, ale już od dawna nie interesowała go jako kobieta.

I ten układ mógłby trwać jeszcze długo, gdyby nie to, że Magda zaczęła stawiać warunki. Naciskała, żeby wyprowadził się z domu, żeby z nią zamieszkał. I nawet był moment, że ta wizja bardzo mu się spodobała - wieczorne łóżkowe szaleństwa każdego dnia, weekendy wypełnione wymarzonym seksem, bez dzieciaków, bez obowiązków.

Jednak im bardziej Magda go dociskała, szantażowała, tym więcej wątpliwości zaczęło się pojawiać. Seks nadal był najlepszy, jakiego w życiu doświadczał, ale zauważył, że trochę mniej już go to bawi.

No a miesiąc temu dotarł do ściany.

Wrócił z roboty, zmęczony i mocno sfrustrowany brakiem jakiegokolwiek postępu w trudnej sprawie, którą prowadził, i nie zdążył nawet zdjąć butów, a Anita już rzuciła się na niego z wrzaskiem.

Zanim zaczęła się na niego wydzierać, pokazała mu zdjęcie knajpki, w której spotykał się z Magdą, i zapytała, czy Robert zna to miejsce. Podała nawet dokładny adres.

Później wszystko potoczyło się jak w najgorszym filmie. Pierwszy raz zdarzyła się im taka awantura. Anita była jak w amoku. Krzyczała, wyzywała, żądała wyjaśnień. W końcu spakowała parę rzeczy i wyszła, trzaskając drzwiami. Prawie wyskoczyły z futryny.

Wkurzył się niemiłosiernie.

- Kim jest ta debilka?! Zachowuje się jak psychopatka! - wrzeszczał do słuchawki, gdy rozmawiał z Wiolką, swoją kumpelką. - Żeby dorosła baba takie coś odwalała, w domu, przy dzieciakach? Odjebało jej całkowicie!

Po tej akcji Anita wzięła urlop i udała się na miesiąc za granicę, a na jego głowie zostawiła dzieci i cały dom. Zupełnie nie rozumiał, jak to możliwe, że tak poukładana kobieta zmieniła się w histeryczkę. Jak mogła tak po prostu bez słowa wyjechać?

W jakiś sposób od kogoś dowiedziała się o nim i o Magdzie. Co dziwne, w całej tej sytuacji nie miał ani ochoty, ani siły spotykać się z kochanką, za co też od niej obrywał.

No więc wszystko się posypało...

Z goryczą przełknął ślinę i zapadł się w sobie jeszcze bardziej. Jedno wiedział z całą pewnością: jego życie teraz to katastrofa. I nie miał pojęcia, jak z tego wybrnąć. Kipiał złością na cały świat. Potworny ból wybijał gdzieś z głębi jego trzewi.

Robert mocno przyśpieszył. Pędził coraz szybciej, mocno zaciskając palce na kierownicy. Tysiące myśli, które nieproszone i niemożliwe do powstrzymania od kilku tygodni przewalały się przez jego głowę, wyczerpywało ostatki życiowej energii. Bo każda myśl była uzbrojona w te cholerne emocje, każda niosła za sobą ciężki ładunek niewyobrażalnej, beznadziejnej pustki, wciągającej go w dziwną, czarną otchłań.

Wcisnął pedał gazu w podłogę, nie zwracając uwagi na kolejne zakręty. Znał tę drogę jak własną kieszeń, więc jechał jak na autopilocie.

Dzień był upalny, bezwietrzny, jeden z piękniejszych tego lata. Cienie rzucane przez gęste liście radośnie ganiały się z cętkami światła po czarnej nawierzchni i zlewały w jedno ze skrajem drogi. Prędkość, z jaką mężczyzna wprowadził pojazd w ostry zakręt, mocno nim zarzuciła i wyrzuciła go z twardego asfaltu na miękkie pobocze, pokryte bujną leśną roślinnością.

Umysł wpadł w panikę, ale w tym samym ułamku nanosekundy jakaś inna część niego, coś, czego nie znał, nad czym nie mógł zapanować, postanowiła nie hamować, nie reagować. Rozkazała puścić kierownicę.

Wszystko stało się tak błyskawicznie, chociaż świat w głowie mężczyzny dosłownie się zatrzymał.

Widział, że już nie jedzie, ale leci, i to wprost na potężne drzewo, które wyłoniło się nie wiadomo skąd.

Jakby z oddali usłyszał potężny huk. Miażdżąca siła odebrała mu oddech i nagle zrobiło się potwornie ciemno.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki