p

Moc dyskomfortu. Jak rezygnacja z wygód i powrót do dzikości przywracają zdrowie, szczęście i poczucie spełnienia - Michael Easter

Kup książkę

59.90 zł
35.94 zł (35,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1 33 dni

STOJĘ NA wietrze na asfalcie, na Alasce, w Kotzebue, liczącej 3000 mieszkańców wiosce położonej ponad 30 kilometrów powyżej koła podbiegunowego, przy Morzu Czukockim. Przede mną znajdują się dwa samoloty. Jeden z nich wkrótce przeniesie mnie w głąb alaskańskiej Arktyki - w miejsce, które powszechnie uważa się za jedno z najbardziej samotnych, odległych i nieprzyjaznych na ziemi. Jestem zdenerwowany.

Zbliżająca się podróż do Arktyki to jedno. Ale nie jestem też fanem latania. Zwłaszcza w samolotach takich jak te - jednosilnikowych, dwu- i czteromiejscowych. Wyobraź sobie pustą puszkę ze skrzydłami.

Donnie Vincent wyczuwa moje zdenerwowanie. Jest łowcą z łukiem i dokumentalistą, który bierze udział w tej wyprawie razem ze mną. Podchodzi do mnie, pochyla się i ścisza głos:

- Większość tutejszych pilotów to chlejący whisky kowboje z gór. To tacy goście, którzy nie zastanawiają się dwa razy nad wdaniem się w bójkę w barze - mówi przez mroźne podmuchy. - Ale chcę, żebyś wiedział, że wynająłem absolutnie najlepszego pilota, jakiego mogłem. Brian to Top Gun.

Kiwam głową w podziękowaniu.

- Nie mówię, że się nie rozbijemy i nie zginiemy - kontynuuje Donnie. - Istnieje takie ryzyko, OK? Ale ten facet jest dobry. Więc szanse na to, że rozbijemy się samolotem, są...

Moje zdenerwowanie przeradza się w egzystencjalny strach, gdy go uciszam.

- W porządku - mówię. - Zrozumiałem.

Loty komercyjne są niezwykle bezpieczne. Statystyki mówią, że prawdopodobieństwo śmierci w wypadku w drodze na lotnisko, jest bez porównania wyższe niż w samolocie. Jednak zasada ta nie ma zastosowania do lotów samolotami typu bush plane[1] na Alasce.

Rocznie około 100 takich lotów kończy się w ogniu i siarce, a FAA (ang. Federal Aviation Administration, amerykański organ nadzoru lotniczego) wydała niedawno "bezprecedensowe ostrzeżenie" dla pilotów samolotów tego typu na Alasce, po gwałtownym wzroście liczby wypadków. Ten rok był szczególnie zły. Gwałtowne zmiany pogody, gęste mgły i dym z pożarów pogarszają widoczność. Donnie powiedział mi, że Brian ma kolegę o imieniu Mike, który niedawno rozbił się po tym, jak błędnie przewidział pogodę. Mike miał szczęście i wyszedł z tego cało, ale samolot wymagał odbudowy.

Gdy Brian podrzuci nas na arktyczne tereny, będziemy musieli stawić czoła kolejnym niebezpieczeństwom: wściekłym niedźwiedziom grizzly, ważącym 700 kilogramów łosiom, stadom żądnych mięsa wilków, rosomakom o dzikich oczach, uzależnionym od krwi borsukom, szalejącym lodowcowym rzekom, gwałtownym burzom śnieżnym, ujemnym temperaturom, huraganowym wiatrom, przepaścistym klifom, śmiertelnym chorobom o nazwach takich jak tularemia i hantawirus, rojom komarów, stadom myszy i szczurów. Ucieczki, wymioty, krwawienia... Na Zachodzie można umrzeć na milion sposobów, ale na Alasce na dwa miliony.

Nasze jedyne wyjście? Przemierzymy setki kilometrów przez te surowe tereny, aż Brian odbierze nas za 33 dni. Po drodze będziemy szukać mitycznego stada karibu, migrującej armii 400-kilogramowych duchów, które po cichu przemierzają arktyczną tundrę, a ich sękate, czterostopowe poroże wyłania się z krystalicznej mgły tylko po to, by zniknąć, gdy zmieni się wiatr.

Nadchodzące pięć tygodni to wyprawa typu wszystko albo nic. W odróżnieniu od, powiedzmy, wędrówki szlakiem Pacific Crest lub Appalachów, w głębi Alaski nie możesz zdecydować, że jesteś zbyt zmarznięty i głodny, a następnie zejść ze szlaku i przejść kilka kilometrów do autostrady, aby wezwać Ubera i pojechać do najbliższej restauracji na gorącą filiżankę kawy i stos naleśników. Szlaków jest niewiele, jeśli w ogóle są. A najbliższa droga, miejscowość, punkt zasięgu telefonu komórkowego czy szpital mogą być oddalone o setki kilometrów. Do diabła, nawet śmierć może nie pozwolić się stąd wydostać. Moja polisa ubezpieczeniowa niestety nie obejmuje "odzyskiwania zwłok z odległych lokalizacji".

Nic z tego nie brzmi jak moje bezpieczne, wygodne życie w domu. I o to właśnie chodzi. Większość ludzi w dzisiejszych czasach rzadko wychodzi poza strefę komfortu. Żyjemy w coraz bardziej chronionym, sterylnym i bezpiecznym świecie, z kontrolowaną temperaturą, za dużą ilością jedzenia, za to bez wystarczającej ilości wyzwań. A to ogranicza stopień, w jakim doświadczamy naszego "jedynego dzikiego i cennego życia", jak ujęła to poetka Mary Oliver.

Jednak najnowsze dowody pokazują, że ludzie są w najlepszej formie - silniejsi fizycznie, wytrzymalsi psychicznie i zdrowsi duchowo - jeśli doświadczają tych samych niewygód, na które nasi przodkowie byli narażeni każdego dnia. Naukowcy odkryli, że niedogodności chronią nas przed problemami fizycznymi i psychicznymi, takimi jak otyłość, choroby serca, nowotwory, cukrzyca, depresja i lęk, a nawet bardziej fundamentalnymi problemami, takimi jak poczucie braku sensu i celu.

Istnieje jednak wiele sposobów na czerpanie korzyści z dyskomfortu wymagających mniej zaangażowania. Rzeczy, które każdy może z łatwością włączyć do codziennego życia, aby poprawić stan ciała, umysłu i ducha. Moja wyprawa jest tylko skrajną wersją recepty, którą zdaniem naukowców z różnych dyscyplin powinniśmy uwzględnić w naszym życiu. To po części powrót do dzikiej natury, a po części przeprogramowanie. A korzyści, jakie z niej płyną, są bardzo kompleksowe.

Brian, Donnie, William Altman, który jest wieloletnim operatorem Donniego, i ja znajdujemy się przed kontenerem transportowym, który pełni funkcję bazy operacyjnej firmy Ram Aviation na lokalnym lotnisku w Kotzebue. Wszyscy porządkujemy sprzęt i staramy się odwracać twarze od balistycznego wiatru, który przenosi więcej słonej mgły znad morza przez ląd i do zamglonych szarych gór.

- Załadujmy sprzęt i ruszajmy, zanim napłynie więcej mgły - mówi Brian.

Donnie spędził sześć miesięcy na Alasce jako biolog pracujący dla organizacji Fish and Wildlife Service. Mieszkał w żółtym namiocie North Face, który opisuje jako "wielki żółty żelek". Później badał, polował i filmował w niektórych z najbardziej ekstremalnych i odległych miejsc na ziemi. Pewnego lata mieszkał wśród stada wilków, gdy badał łososie z rzeki Tuluksak w delcie Jukonu. Naprawdę.

William był z Donniem na prawie każdym polowaniu i jest rzadką odmianą dwudziestokilkulatków, którzy imprezują, jakby był rok 1899. Większość ostatniej dekady spędził w pozbawionym Internetu i bieżącej wody domku o wymiarach dwa i pół na dwa i pół metra w lesie w Maine. Chłopak żywi się głównie tym, co sam upoluje, wyhoduje lub zbierze.

Towarzystwo tych facetów łagodzi moje obawy. Ale tylko częściowo. Ponieważ natura jest nieprzewidywalna i bezlitosna. Nie obchodzi jej Twoje doświadczenie ani to, co wydarzyło się ostatnim razem, gdy się z nią zetknąłeś. Natura zawsze może postawić przed Tobą trudniejsze wyzwania. Groźniejsze zwierzęta, wyższe klify, niższe temperatury, szersze rzeki i więcej śniegu, deszczu, wiatru i deszczu ze śniegiem.

Donnie i William często otrzymują przypomnienie o tej niebezpiecznej rzeczywistości. Pewnego razu zabrakło im jedzenia. Prawie zginęli z głodu i zamarzli, gdyż burze śnieżne spowodowały, że ich samolot przyleciał z czterodniowym opóźnieniem. Innym razem musieli zastrzelić szarżującego niedźwiedzia grizzly wielkości lokomotywy, który zmieniłby układ ich narządów wewnętrznych. Na szczęście strzał, odbijając się rykoszetem od czaszki niedźwiedzia, pozbawił go przytomności.

Chwytam mój 40-kilogramowy plecak, który zawiera większość rzeczy potrzebnych do przetrwania przez następny miesiąc. Stosy ubrań, jedzenie, awaryjny zestaw medyczny itp. Brian zatrzymuje mnie, gdy niosę torbę do jego samolotu.

- Ty i William lecicie tamtym - mówi, wskazując na świeżo pomalowaną na zielono i złoto czteromiejscową cessnę. Wciskamy nasze plecaki w kadłub samolotu, a ja podchodzę do drzwi pasażera, po czym też się wciskam na tylne siedzenie. Kolana wbijają mi się w gardło.

Donnie i Brian wskakują do drugiego samolotu, który kołuje po pasie startowym i startuje w kierunku mgły, podczas gdy William i ja czekamy w cessnie. Nadchodzi nasz pilot. Jest młody, ma czapkę z daszkiem, krótko obcięte włosy i przeciwsłoneczne okulary pilotki. Podchodzi i wślizguje się na fotel pilota. Wyciąga dłoń w rękawiczce.

- Cześć - mówi. - Jestem Mike, wasz pilot.

William spogląda na mnie z krzywym uśmiechem. Chwileczkę, myślę, czy to ten sam Mike, który rozbił samolot? Śmigło startuje, generując decybele, które zagłuszają mój wewnętrzny krzyk.

[1] Są to niewielkie samoloty zaprojektowane do lotów na trudno dostępnych terenach - takich jak puszcze, góry czy obszary arktyczne - i przystosowane do lądowania na nierównych powierzchniach - przyp. tłum.

2 35, 55 czy 75?

POCHODZĘ OD długiej linii mężczyzn, którzy wydawali się karmić wódką, bzdurami i służącym tylko im chaosem. Mój ojciec, który zniknął, gdy byłem jeszcze w łonie matki, upił się kiedyś w Dzień Świętego Patryka, pomalował konia na zielono i wjechał na nim do baru z kobietą niebędącą moją mamą. Jeden wujek spędził kiedyś noc na izbie wytrzeźwień, krzycząc, z powodów nieznanych ani jemu, ani nikomu innemu w owym zakładzie w tę konkretną wtorkową noc: "Twoja. Mama. Pieprzy. Volkswageny!". Pewnego razu kuzyn obudził się w więzieniu okręgowym i odkrył, że stracił przytomność podczas improwizowanego zjazdu rodzinnego. Policja wrzuciła go do celi z jednym z moich wujków. Inny wujek jest częstym bywalcem więzienia stanowego w Idaho. Z kolei mój dziadek był powszechnie uważany za najbardziej czarującego i przystojnego kłamcę, oszusta i pijaka w hrabstwie Ada.

Niecałe dziesięć lat temu sam zacząłem kontynuować ten rodzinny przekaz. Zdarzyło mi się kilka momentów typu "stary, gdzie moja bryka?", złamanych kości i zerwanych relacji, a raz zostałem aresztowany podczas próby pobicia po pijaku rekordu prędkości na stałym lądzie na składanej hulajnodze.

Byłem również zawodowym hipokrytą. Miałem godną pozazdroszczenia karierę. Pracowałem dla kolorowego magazynu jako dziennikarz zajmujący się zdrowiem. Udzielałem porad, jak lepiej żyć. Byłem dobry w tej pracy. Ale nie do końca żyłem zgodnie z mądrościami, które wypisywałem. Większość energii psychicznej poświęcałem na przełączanie się między byciem pijanym a obsesją na punkcie następnego drinka.

Prawie wszystko w moim życiu podporządkowane było alkoholowi. Gdy nie piłem, odliczałem czas do weekendu, kiedy znów będę mógł się napić. Ta praktyka sprawiła, że moje życie stało się szybko przepływającą mgłą, a ja straciłem całe lata w cyklu cotygodniowego upijania się. Przechodziłem od poniedziałku do piątku od kaca i przeklinania alkoholu, przez regenerację i przekonywanie samego siebie, że tym razem będzie inaczej, aż do ponownego nawalenia się.

Alkohol był moim uspokajającym kocykiem. Zabijał stres związany z pracą. Szybko eliminował nudę. Znieczulał mnie na smutek, niepokój i strach. Zasłaniał mnie przed tym, co było niewygodne: niepewnością, sytuacjami, myślami i emocjami, które są po prostu częścią bycia człowiekiem.

Pewnego dnia, w wieku 28 lat, obudziłem się jednego ranka przesiąknięty nieszczęściem i wymiocinami o barwie whisky. To był drugi taki poranek z rzędu, a wcześniej było ich już wiele. Ale tym razem doświadczyłem jednego z tych ważnych momentów, których wtedy nie rozumiałem, poza tym, że wiedziałem, że dzieje się coś istotnego.

Doświadczyłem jasności - stanu, który w tamtym czasie był mi znany mniej więcej równie dobrze jak fizyka cząstek elementarnych. Udało mi się zobaczyć swoje życie takim, jakie rzeczywiście było, a nie takim, za jakie je uważałem. Byłem bełkoczącym idiotą, pijakiem i zawodowym oszustem, a wszystko wokół mnie było cholernym bałaganem, który z każdym kolejnym weekendem stawał się coraz większy.

Widziałem, że wkrótce zostanę zdemaskowany i stracę pracę. Następne byłyby moje związki, ponieważ przebywanie ze mną, gdy piłem, było zabawne, dopóki nie przestawało takim być, co zwykle miało miejsce po piątym drinku. Potem straciłbym moje rzeczy. Samochód, dom itp. W końcu straciłbym życie. Nie wiedziałem, czy umrę w wieku 35, 55 czy 75 lat. Wiedziałem tylko, że uzależnienie od alkoholu zabije mnie przedwcześnie. Ludzie, którzy mówią rzeczy takie jak: "Dokończmy te piwa, a potem pojeździmy na quadach", zwykle nie dożywają sędziwego wieku. Pocieszanie się alkoholem nie tylko znieczulało mnie na życie, które chciałem prowadzić, lecz także mnie zabijało.

Widziałem wybór. Opcja pierwsza to nie robić nic. Trzymać się samozadowolenia i znieczulającego stylu życia, co ostatecznie skończyłoby się źle, ale pozwoliłoby mi dalej pić. Wszystkie dotychczasowe dowody wskazywały na to, że nic tak nie rozwiązuje problemów jak pierwszy drink.

Opcja druga to poczuć się niekomfortowo. Porzucić mój płynny koc pocieszenia. Nie miałem pojęcia, dokąd zaprowadzi mnie ta druga droga i czy w ogóle będę w stanie nią podążać. Byłem przerażony. Ale zabawną rzeczą w budzeniu się pokrytym własnymi treściami żołądkowymi jest to, że łatwiej jest się zdecydować, by zacząć robić coś dokładnie odwrotnego od tego, co cię tam doprowadziło. Nikt nie staje się abstynentem w piątek wieczorem. To decyzja, którą podejmuje się w niedzielę rano.

Wywiesiłem białą flagę. Był to jednocześnie początek dyskomfortu.

Ostre fizyczne piekło trzeźwienia trwało kilka dni. Pojawiły się bóle głowy, nudności, wyczerpanie, dreszcze, poty i inne wewnętrzne męczarnie. Moje płuca zaczęły wyrzucać z siebie coś, co, jak się domyślam, było jakimś rakotwórczym koktajlem, ponieważ miałem zwyczaj przeplatać drinki paleniem marlboro.

Fizyczne dolegliwości w końcu zniknęły poniżej progu percepcji. Ale wtedy zaczęło się jeszcze większe wyzwanie związane z trzeźwością - jak poradzić sobie z szalonymi myślami, gdy zmieniony przez alkohol mózg zaczyna się przeprogramowywać? Mój umysł był jak twarda gumowa kula wystrzelona z armaty do betonowego pomieszczenia. Znajdował się w ciężkim stanie maniakalnym i miotał się od radości, że żyję, przez depresję, że tu trafiłem, po natłok przerażających pytań dotyczących mojego nowego stylu życia. Jak mam nie pić? Co mam robić w weekendy? Co powinienem powiedzieć, jeśli na imprezie towarzyskiej ktoś zapyta mnie, czy chcę się napić? Jak odnawiać kontakty ze starymi przyjaciółmi na zjazdach absolwentów i weselach?

Okazuje się, że odpowiedzi na te pytania brzmią: "Nie pij", "Wszystko, oprócz picia", "Nie, dzięki" i "Dlaczego martwisz się tym na zapas, kolego?". Teraz rozumiem tę prostotę. Ale w tamtym czasie były to dla mnie poważne, nierozwiązywalne zagadki. Czułem się jak dzieciak poproszony o rozwiązanie równania i obliczenie x. Nie zaskakuje mnie, że połowa osób przyjmowanych do ośrodków psychiatrycznych cierpi na zaburzenia związane z uzależnieniami. Musiałem na nowo nauczyć się życia i tego, jak je przeżyć.

A z tą nową drogą walczyły całe pokolenia piekielnych, naznaczonych whisky chromosomów rodziny Easterów. Tego typu geny są zakodowane w taki sposób, abyś wierzył, że jedynym rozwiązaniem jest zadymiony bar z szafą grającą, która odtwarza utwory George'a Jonesa, i że tym razem wszystko będzie dobrze, choć istnieją setki przykładów dowodzących czegoś zupełnie przeciwnego.

Ale dzień po dniu akceptowałem surowy dyskomfort ciężkiej zmiany i wkrótce świat się otworzył. Uświadomiłem sobie piękno bycia żywym i lepiej zrozumiałem swoją rolę. Na przykład przed zerwaniem z alkoholem wszystkie znaki na ziemi i niebie zdawały się wskazywać, że jestem absolutnym centrum wszechświata. Ale gdy wytrzeźwiałem, zdałem sobie sprawę, że nie jestem wcale tak cholernie ważny. Uświadomienie sobie tego jest bardzo niepokojące. Jednak kiedy zacząłem żyć zgodnie z tym odkryciem i przyznałem, że nie wiem wszystkiego i że przydałaby mi się pomoc, zyskałem spokój i dystans.

Zacząłem nawiązywać więzi z ludźmi, których kocham, na nowe, głębsze sposoby. Zacząłem odnajdywać ciszę, doświadczać spokoju i czuć się dobrze sam ze sobą. Aby przestać koncentrować się na sobie, kupiłem psa i każdego ranka zabierałem go nad pobliską rzekę, gdzie czułem dawno zapomniany spokój i pewność siebie w ciszy i mgle o 5 rano. Stałem się mniej zestresowany codziennymi problemami, takimi jak dramaty w pracy, korki, terminy i rachunki.

Nie stałem się zupełnie nową osobą i nikt nie pomyliłby mnie z panem Rogersem[2]. Byłem jednak bardziej świadomy, co pozwoliło mi dostrzec, że wciąż żyłem w komforcie. "Marynowałem się" w rzeczach. Tyle że teraz były one mniej bezpośrednio destrukcyjne, lecz potencjalnie bardziej podstępne. Wystarczyło przyjrzeć się mojemu codziennemu życiu. Było mi wygodnie dosłownie w każdej chwili.

Budziłem się w miękkim łóżku w domu z kontrolą temperatury. Do pracy dojeżdżałem pick-upem ze wszystkimi udogodnieniami typowymi dla luksusowego sedana. Wszystko, co choć trochę przypominało nudę, zabijałem smartfonem. Siedziałem na ergonomicznym krześle przy biurku i wpatrywałem się przez cały dzień w ekran, pracując umysłem, ale nie ciałem. Kiedy wracałem z pracy do domu, pochłaniałem niewymagające wysiłku, wysokokaloryczne jedzenie, które pochodziło Bóg wie skąd. Następnie siadałem na miękkiej sofie, by godzinami oglądać programy telewizyjne przesyłane z kosmosu. Rzadko, jeśli w ogóle, odczuwałem dyskomfort. Najbardziej niewygodną fizycznie rzeczą, jaką robiłem, były ćwiczenia, które wykonywałem w klimatyzowanym budynku, oglądając kanały informacyjne w telewizji kablowej, które coraz częściej tylko potwierdzały mój światopogląd, zamiast go kwestionować. Nie biegałem na zewnątrz, chyba że warunki były komfortowe. Nie mogło być ani za gorąco, ani za zimno, ani za mokro.

Jakie korzyści miałaby mi dać rezygnacja z tych wszystkich wygód?

[2] Fred Rogers to amerykański duchowny, prezenter telewizyjny dla dzieci, pedagog, aktor, kompozytor, piosenkarz i autor - przyp. tłum.

3 0,004 procent

LUDZIE W TOKU ewolucji nauczyli się szukać komfortu. Instynktownie dążymy do bezpieczeństwa, schronienia, ciepła, dodatkowego pożywienia i minimalizacji wysiłku. I przez prawie całą historię ludzkości te dążenia były korzystne, ponieważ pomagały nam przetrwać.

Dyskomfort może być zarówno fizyczny, jak i emocjonalny. To głód, zimno, ból, wyczerpanie, stres oraz wszelkie inne trudne doznania i emocje. Dążenie do komfortu motywowało nas do szukania pożywienia. Do budowania schronienia i krycia się w nim. Do ucieczki przed drapieżnikami. Do unikania zbyt ryzykownych decyzji. Do robienia wszystkiego, co pomagało nam przetrwać i rozprzestrzeniać DNA. Nic więc dziwnego, że dziś nadal domyślnie wybieramy to, co daje nam najwięcej komfortu.

Tyle tylko, że w przeszłości taki komfort był w najlepszym razie niewielki, a na dodatek krótkotrwały. W niekomfortowym świecie konsekwentne poszukiwanie odrobiny wygody pomagało nam przetrwać. Obecnie typowym problemem jest to, że otoczenie się zmieniło, ale już nasze "okablowanie" nie. Jest ono w nas głęboko zakorzenione.

Około 2,5 miliona lat temu z najinteligentniejszych małpopodobnych zwierząt tamtych czasów wyewoluował nasz przodek, Homo habilis. Osobniki tego gatunku poruszały się na dwóch nogach i używały kamiennych narzędzi, co dawało im przewagę w ich naturalnym środowisku. Jednak ci ludzie nie wyglądali tak jak my (wyobraź sobie szympansa skrzyżowanego ze współczesnym człowiekiem), a ich mózg był o około połowę mniejszy od naszego.

Później, 1,8 miliona lat temu, pojawił się Homo erectus. Ten gatunek wyglądał i zachowywał się bardziej jak my. Ci ludzie mierzyli około półtora metra i żyli w społeczeństwach łowiecko-zbierackich. Prawdopodobnie wymyślili, jak używać ognia, a ponadto myśleli abstrakcyjnie, co zakłada się, ponieważ tworzyli sztukę przez grawerowanie wzorów na znalezionych przedmiotach. Oczywiście była to bardziej sztuka w stylu wytworów upośledzonego dwulatka niż Kaplicy Sykstyńskiej, ale postęp to postęp.

Później, około 700 000 lat temu, pojawił się Homo heidelbergensis, a następnie Homo neanderthalensis. Ich mózgi były nawet nieco większe niż nasze, a gatunki te przejęły od swoich poprzedników wszystkie umiejętności, w tym używanie narzędzi czy posługiwanie się ogniem. Ponadto nauczyły się budować schronienia, szyć ubrania i polować. Były drapieżnikami na szczycie łańcucha pokarmowego. Za pomocą włóczni o kamiennych grotach zabijały zwierzęta, takie jak jelenie, nosorożce, a nawet mamuty. Obecnie wymarły mamut o masywnym tułowiu mógł ważyć tyle, co ciężarówka firmy Kenworth.

Wbrew temu, co chcą nam wmówić reklamy ubezpieczeń, przedstawiciele gatunków Homo heidelbergensis i Homo neanderthalensis nie byli idiotami. Ich imponujące polowania wymagały skoordynowanej pracy zespołowej. Starcie pojedynczego mężczyzny lub samotnej kobiety z mamutem oznaczało pewną śmierć dla każdego mężczyzny lub każdej kobiety. Ale już jako grupa mężczyzn i kobiet, zespół współpracujący zgodnie z ustaloną strategią, potrafili wyrządzić poważne szkody. To właśnie wtedy nasi przodkowie zaczęli rozumieć, że połączenie głów w celu rozwiązania wspólnych problemów może pomóc nie tylko przetrwać, lecz także żyć trochę lepiej.

W ten sposób przechodzimy do nas. Nasz gatunek, zwany Homo sapiens, chodzi po ziemi od 200 000 do 300 000 lat (w zależności od tego, którego antropologa zapytasz). I jesteśmy zaawansowanym owocem ewolucji - mimo tego, co można zobaczyć w programach reality show, takich jak Cops lub którakolwiek z wersji The Real Housewives. Wczesny Homo sapiens rozwinął złożone narzędzia, języki, miasta, walutę, rolnictwo, systemy transportowe i wiele więcej. I to jeszcze przed całą ludzką historią pisaną, która obejmuje tylko około 5000 lat.

Nowoczesne wygody i udogodnienia, które obecnie najbardziej wpływają na nasze codzienne doświadczenia - a więc samochody, komputery, telewizja, kontrola temperatury, smartfony, skrajnie przetworzona żywność i wiele innych - są dostępne dla naszego gatunku od około 100 lat lub krócej. To mniej więcej 0,03 procent czasu, przez jaki chodzimy po ziemi. Jeśli uwzględnimy wszystkie gatunki Homo - habilis, erectus, heidelbergensis, neanderthalensis i nas - oraz rozszerzymy skalę czasu do 2,5 miliona lat, wartość ta spadnie do 0,004 procent. Stały komfort jest dla nas, ludzi, czymś zupełnie nowym.

Przez te 2,5 miliona lat życie naszych przodków było przesiąknięte dyskomfortem. Ci ludzie byli stale narażeni na działanie żywiołów. Na zewnątrz było albo za gorąco, albo za zimno, albo za mokro, albo za sucho, albo za wietrznie, albo za śnieżnie. Jedyną ucieczką od warunków atmosferycznych były prymitywne schronienia, takie jak zimna, wilgotna jaskinia wypełniona nietoperzami i szczurami lub dziura wykopana w ziemi i zadaszona gałązkami lub zwierzęcą skórą. Mogła to być także inna prymitywna konstrukcja, która zapewniała schronienie wystarczające do utrzymania człowieka przy życiu, ale niewiele więcej. Dziś większość z nas żyje w temperaturze ok. 20 stopni i doświadcza warunków atmosferycznych tylko podczas dwóch minut, które zajmuje nam przejście przez parking lub ze stacji metra do biura. Amerykanie spędzają obecnie około 93% czasu w zamkniętych pomieszczeniach z kontrolowaną temperaturą, a bez klimatyzacji nie istniałyby całe miasta, na przykład Phoenix czy Las Vegas.

Pierwotni ludzie byli ciągle głodni. Hadza - tanzańskie plemię łowiecko-zbierackie, które żyje podobnie do naszych pierwotnych przodków - nieustannie narzeka antropologom na brak pożywienia. I nie chodzi tu o bezrefleksyjny apetyt pojawiający się po obejrzeniu programów kulinarnych. Członkowie tego plemienia doświadczają intensywnego, uporczywego głodu.

Wcześni ludzie z pewnością nie mieli stałego, łatwego dostępu do żywności o dużej zawartości kalorii. Musieli albo przejść wiele kilometrów, aby znaleźć odpowiednie miejsce do wykopania pokarmu głęboko z ziemi, albo zerwać owoce z drzewa. Inna możliwość to zmierzenie się ze zwierzętami, zarówno małymi, jak i ogromnymi. Do dziś Hadza są nieustannie żądleni przez roje pszczół, gdy zbierają miód, który jest przysmakiem plemienia. Prawie 80 procent kości neandertalczyków wykazuje oznaki, że ich właściciele zostali okaleczeni lub wręcz zabici przez zwierzęta. Teraz możemy zamówić dostawę w aplikacji lub podjechać do supermarketu i kupić wszystko - od miodu w uroczym plastikowym pojemniku z misiem, po mięso zapakowane w plastikową folię - i mieć prawie całkowitą pewność, że taka wyprawa nie zakończy się poważnym uszkodzeniem ciała.

Kiedy nasi przodkowie nie szukali pożywienia lub nie byli miażdżeni przez mastodonty, mieli długie chwile bezczynności, kiedy to mogli leniuchować godzinami dziennie. Musieli coś robić, aby zabić nudę.

Ludzie ci pozwolili umysłom błądzić i musieli wykazać się kreatywnością oraz polegać na sobie nawzajem w poszukiwaniu rozrywki. Jak ujęła to moja ówczesna cudownie szczera dziewczyna, a obecnie żona, kiedy wybraliśmy się na kemping na początku naszego związku: "Tematy do rozmów skończyły nam się w ciągu trzech godzin, a został nam cały dzień". Dopiero w latach 20. XX wieku, wraz z rozpowszechnieniem się radia, pojawiła się dostępna w pełnym wymiarze godzin bezmyślna ucieczka od nudy. Później, w latach 50., pojawiła się wielka telewizja. Wreszcie 29 czerwca 2007 roku dzięki iPhone'owi nuda została uznana za wymarłą. A wraz z nią wyginęły wyobraźnia i głębokie więzi społeczne.

Kiedy nasi przodkowie nie siedzieli i nic nie robili, pracowali bardzo, bardzo ciężko. Hadza ćwiczą 14 razy więcej niż przeciętny Amerykanin. Poruszają się szybko i intensywnie przez około 2 godziny i 20 minut dziennie. Przy czym, żeby było jasne, to, co robią, nazywa się po prostu "życiem", a nie "ćwiczeniami". Pierwotni ludzie chodzili lub biegali kilometrami w poszukiwaniu wody i pożywienia. W rzeczywistości powodem, dla którego ludzkie ciało jest zbudowane tak, a nie inaczej - z wysklepionymi stopami, długimi ścięgnami w nogach, gruczołami potowymi i nie tylko - jest to, że ewoluowaliśmy, by gonić zdobycz. Ścigaliśmy i tropiliśmy zwierzę przez wiele kilometrów, aż padło z wyczerpania spowodowanego przegrzaniem. Następnie zabijaliśmy je, oprawialiśmy i nieśliśmy z powrotem do obozu. Gdy zdobycz była zbyt ciężka, by ją unieść, nasi przodkowie zwijali obóz i przenosili się do miejsca, gdzie leżało jedzenie.

Zmagali się ze stresem. Z mnóstwem stresu. Jeśli nie znaleźli pożywienia, umierali. Gdy lew zdecydował, że chce ich jedzenia, umierali (albo uciekali lub zostawali okaleczeni). Jeżeli znaleźli się zbyt daleko od wody, umierali. Gdy nadeszły gwałtowne zjawiska pogodowe, umierali. Kiedy dostali infekcji, umierali. Jeśli potknęli się i złamali nogę, umierali. I tak dalej, i tak dalej.

Oczywiście, współcześni ludzie też są zestresowani. Według Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Ale nie cierpimy z powodu ostrego stresu, który dotykał ludzi przez miliony lat. Większość z nas nie doświadcza stresu fizycznego, takiego jak uczucie silnego głodu czy wyczerpanie z powodu braku żywności, noszenia ciężkich ładunków lub narażenia na przeróżne zarazki i gwałtowne wahania temperatury. Nie cierpimy również z powodu stresu psychicznego związanego na przykład z zastanawianiem się, skąd wziąć następny posiłek, strachem przed uzbrojonymi w kły drapieżnikami lub obawą, że małe skaleczenie może doprowadzić do infekcji i zabić nas w ciągu tygodnia. W rzeczywistości pandemia COVID-19 była prawdopodobnie pierwszym momentem, w którym wielu z nas poczuło zapomniany stres i zdało sobie sprawę, że ludzie nadal mogą być bezsilni wobec świata przyrody.

Dla większości współczesnych Amerykanów "stres" to często stres typu: "Przez te korki spóźnię się na zajęcia jogi". Albo: "Czy mój sąsiad zarabia więcej ode mnie?". Albo: "Przygotowanie tego arkusza kalkulacyjnego zajmie całą wieczność". Albo: "Jeśli moje dziecko nie dostanie się do prestiżowej szkoły, nasze życie przestanie mieć sens". To stres rozwiniętego świata.

Dlatego też wielu uczonych pisało o tym, że świat, jako całość, się poprawia. Wskazują oni, że ludzie żyją dłużej i lepiej, zarabiają więcej pieniędzy i są mniej narażeni na morderstwo lub głód niż kiedykolwiek wcześniej. Nawet najbiedniejsi Amerykanie są dobrze sytuowani w porównaniu z wcześniejszymi pokoleniami. I tak, wiele liczb, danych i wykresów rzeczywiście sugeruje, że świat jest lepszy. Oczywiście, że świat jest lepszy!

Jest jednak pewien haczyk - ponieważ nasi przodkowie radzili sobie z tak dużym dyskomfortem, było wiele rzeczy, z którymi nie musieli się zmagać. Chodzi mi o najbardziej palące problemy, z którymi boryka się obecnie współczesna cywilizacja. Problemy, które sprawiają, że życie wielu z nas staje się bardziej niezdrowe, nieszczęśliwe i krótkie, niż mogłoby być.

Dzięki nowoczesnej medycynie przeciętny człowiek żyje dziś dłużej niż kiedykolwiek wcześniej. Dane pokazują jednak, że większość z nas przeżywa dużą część naszych lat w złym stanie zdrowia i wymaga wspomagania w postaci leków oraz maszyn. Długość życia może wzrosnąć. Jednak długość życia w zdrowiu maleje.

32 procent Amerykanów ma nadwagę, a 38 procent jest otyłych. Osiem procent spośród tych ostatnich należy do grupy skrajnie otyłych. To sprawia, że łącznie 70 procent z nas waży za dużo. Prawie jedna trzecia Amerykanów ma obecnie cukrzycę lub stan przedcukrzycowy. Ponad 40 milionów ma problemy z poruszaniem się, które utrudniają dotarcie z punktu A do punktu B. Choroby układu krążenia zabijają jedną czwartą z nas. Te wszystkie problemy medyczne aż do XX wieku w zasadzie nie występowały.

Obecnie ludzie coraz częściej cierpią też na choroby związane z rozpaczą: depresję, stany lękowe, uzależnienia i samobójstwa. Liczba zgonów spowodowanych przedawkowaniem w ciągu ostatnich dwóch dekad wzrosła ponad trzykrotnie, a przeciętny Amerykanin jest obecnie bardziej narażony na samobójstwo niż kiedykolwiek wcześniej. Dowody sugerują, że przez prawie całą historię ludzkości samobójstwa niemal się nie zdarzały. A na przykład w moim roczniku z uczelni, liczącym 400 osób, od czasu otrzymania dyplomów każdego roku z powodu przedawkowania lub samobójstwa umierało od 1 do 3 osób.

Te choroby związane z rozpaczą spowodowały w latach 2016, 2017 i 2018 spadek średniej długości życia w USA. Jest to sytuacja niespotykana od okresu między latami 1915 a 1918, kiedy to I wojna światowa i pandemia grypy hiszpańskiej wspólnie wywołały falę zgonów.

Tak więc rzeczywiście nie musimy radzić sobie z niewygodami takimi jak zdobywanie pożywienia, duża ilość intensywnego ruchu każdego dnia, odczuwanie głębokiego głodu i narażenie na działanie żywiołów. Ale musimy radzić sobie z efektami ubocznymi naszego komfortu - długoterminowymi problemami ze zdrowiem fizycznym i psychicznym.

Brakuje nam fizycznych zmagań, takich jak konieczność ciężkiej pracy na nasze utrzymanie. Mamy zbyt wiele sposobów na znieczulanie się, na przykład jedzenie na poprawę humoru, papierosy, alkohol, tabletki, smartfony i telewizja. Jesteśmy oderwani od rzeczy, które sprawiają, że czujemy się szczęśliwi i żywi, takich jak więzi, przebywanie w świecie przyrody, wysiłek i wytrwałość.

Wydaje się, że wiemy, iż coś jest nie tak. Jeden z sondaży wykazał, że tylko 6% Amerykanów uważa, że świat się poprawia. Część antropologów twierdzi, że ludzie byli szczęśliwsi przez wszystkie wieki aż do około 13 000 lat temu. Mieli wtedy prostsze potrzeby, które łatwiej było zaspokoić, a także byli bardziej zdolni do życia tu i teraz.

Komfort i udogodnienia są świetne. Ale nie zawsze poprawiały nasz najważniejszy wskaźnik - szczęśliwe lata przeżyte w zdrowiu. Być może egzystencja wyłącznie w coraz bardziej przesadnie wygodnym, nadmiernie zabudowanym środowisku i ciągłe uleganie popędowi do komfortu ma niezamierzone efekty uboczne i sprawia, że przeoczamy głębokie ludzkie doświadczenia. W naszym życiu nie ma już warunków, w których ludzie ewoluowali, ani doświadczeń, które mieli w przeszłości. Niewątpliwie nas to zmieniło, często nie na lepsze.

4 800 twarzy

DAVID LEVARI MA trzydzieści kilka lat i jest psychologiem na Uniwersytecie Harvarda. Jest wzorem dobrze zapowiadającego się doktora psychologii z prestiżowej uczelni - wysławia się nienagannie, ma idealną brodę i interesuje się badaniami nad wielkimi pytaniami o to, dlaczego ludzie zachowują się tak, jak się zachowują.

Levari studiował pod okiem słynnego badacza Dana Gilberta, kiedy obaj podróżowali na konferencję. Gdy stali w kolejce do kontroli bezpieczeństwa na lotnisku, zauważyli coś zabawnego. Agenci ochrony lotniska traktują wielu jednoznacznie niegroźnych ludzi jak poważne zagrożenie.

Wszyscy doświadczyliśmy tego zjawiska. Pełen dobrych intencji agent ochrony lotniska rozpruwa bagaż podręczny, ponieważ podejrzewa, że czyjś banan to pistolet Beretta kaliber 9 mm. Albo niedowidząca 90-latka poruszająca się na wózku inwalidzkim zostaje poddana kontroli osobistej po tym, jak zapomniała, że ma w torebce do połowy pełną puszkę lakieru do włosów.

Oczywiście w tym przypadku zastosowanie ma powiedzenie lepiej dmuchać na zimne. "Ale zastanawialiśmy się" - powiedział Levari - "czy gdyby ludzie nagle przestali wnosić na lotnisko rzeczy, które nie są dozwolone, a skanery bagażu nigdy by się nie włączały, to czy ochrona lotniska po prostu by się zrelaksowała i nic nie robiła?". Zdaniem psychologów byłoby inaczej. "Intuicja podpowiadała nam, że agenci ochrony lotniska zrobią to, co większość z nas" - powiedział. "Kiedy zabraknie im przedmiotów do sprawdzenia, zaczną badać większy zakres rzeczy, nawet nieświadomie i niecelowo, ponieważ ich zadaniem jest szukanie zagrożeń".

Na podstawie tych rozważań Levari przeprowadził niedawno serię badań, aby się dowiedzieć, czy ludzki mózg wyszukuje problemy nawet wtedy, gdy stają się one rzadkie lub w ogóle nie występują. Jedno z nich polegało na oglądaniu sekwencji 800 różnych ludzkich twarzy - od bardzo zastraszających po zupełnie nieszkodliwe. Ludzie musieli ocenić, które z twarzy uważają za groźne. Ale po tym, jak zobaczyli 200. facjatę, Levari (bez wiedzy uczestników) zaczął wyświetlać coraz mniej groźnych twarzy.

W innym badaniu Levari zastosował podobną procedurę z tą różnicą, że tym razem uczestnicy zostali poproszeni o określenie, czy 240 proponowanych badań naukowych było etycznych czy nieetycznych. Mniej więcej w połowie badania Levari zaczął prezentować coraz mniej nieetycznych projektów.

Oceny w tych dwóch scenariuszach powinny być dość oczywiste, prawda? Osoba albo wygląda groźnie, albo nie. Projekt badania albo przekracza granice moralności, albo nie. Jeśli nie możemy traktować tych sytuacji jako zero-jedynkowych, to stawia to pod znakiem zapytania kwestię tego, czy naprawdę możemy ufać naszemu osądowi w znacznie ważniejszych sprawach. Na przykład w tej, jak bardzo wygodne stało się nasze życie i jak to na nas wpływa.

Kiedy Levari przyjrzał się wszystkim danym, odkrył, że ludzie nie postrzegają ocenianych pozycji jako czarno-białe. Widzimy szarość. A odcień szarości, który dostrzegamy, zależy od wszystkich innych pozycji, które pojawiły się wcześniej.

Gdy groźne twarze stały się rzadkością, uczestnicy badania zaczęli postrzegać neutralne twarze jako niebezpieczne. Gdy nieetyczne propozycje badań stały się rzadsze, ludzie zaczęli uznawać niejednoznaczne projekty za nieetyczne.

Nazwał to "zmianą koncepcji spowodowaną powszechnością". Chodzi o to, że zmienia się próg problemów. Pomaga to wyjaśnić fakt, że gdy doświadczamy mniej problemów, wcale nie stajemy się bardziej zadowoleni. Dzieje się tak, ponieważ obniżamy próg tego, co uważamy za problem. Kończymy z taką samą liczbą problemów, z tą różnicą, że nowe problemy są coraz mniej istotne.

W ten sposób Levari dotarł do sedna tego, dlaczego wielu ludzi potrafi znaleźć problem w niemal każdej sytuacji, bez względu na to, jak dobrze się ma względem całej reszty ludzkości. Stale przesuwamy poprzeczkę. Istnieje więc, dosłownie, naukowa podstawa dla problemów rozwiniętego świata.

"[Myślę], że jest to niskopoziomowa cecha ludzkiej psychologii" - powiedział Levari. Ludzki mózg prawdopodobnie wyewoluował w taki sposób, aby dokonywać tych względnych porównań, ponieważ wymaga to znacznie mniej energii niż zapamiętywanie każdej sytuacji, którą widziałeś lub w której się znalazłeś. Ten mechanizm mózgu pomagał pierwszym ludziom podejmować szybkie decyzje i bezpiecznie poruszać się w otoczeniu. Ale jak sprawdza się w dzisiejszym świecie? "Ponieważ ludzie dokonują tych wszystkich względnych osądów" - powiedział Levari - "stają się coraz mniej zadowoleni z tych samych rzeczy".

"To zjawisko zmiany progu bezpośrednio dotyczy tego, jak teraz oceniamy komfort" - powiedział Levari. Nazywamy to zmianą progu komfortu. Kiedy pojawia się nowe komfortowe rozwiązanie, dostosowujemy się do niego, a nasze stare wygody stają się nie do przyjęcia. Dzisiejszy komfort jest jutrzejszym dyskomfortem. Prowadzi to do nowego poziomu tego, co jest uważane za wygodne.

Schody były kiedyś cudem wygody. Ale po co je pokonywać, skoro pojawiły się schody ruchome? Trochę chudego mięsa i zwykłe ziemniaki, na które trzeba było zarobić ciężką pracą, były kiedyś posiłkiem roku. Ale po co jeść to nijakie połączenie, skoro na każdej ulicy znajdują się restauracje oferujące idealnie skomponowane kombinacje cukru, soli i tłuszczu? Chłodne tipi, jurta lub prosty domek były kiedyś luksusowym schronieniem przed warunkami atmosferycznymi. Ale teraz możemy precyzyjnie dostosować temperaturę w pomieszczeniach do naszych preferencji.

Co więcej, nowe udogodnienia spowodowały przesunięcie akceptowalnego poziomu dyskomfortu. Każdy postęp zmniejsza naszą strefę komfortu. Levari powiedział mi, że najważniejsze jest to, iż wszystko to dzieje się nieświadomie. Nie jesteśmy w stanie zauważyć, że zmiana progu komfortu nas pochłania i co z nami robi.

Co więc by się stało, gdybyśmy mogli rozpuścić otaczające nas odcienie szarości i uświadomić sobie zmianę progu komfortu?

5 20 metrów

PIERWSZY RAZ spotkałem Donniego jesienią 2017 roku.

Krajowy magazyn zlecił mi napisanie artykułu o poważnych zmianach w świecie łowieckim. Istnieje rosnąca grupa mężczyzn i kobiet obalających stereotyp, zgodnie z którym myśliwi są jedynie prymitywami z wystającymi zębami i nalanymi twarzami. Są oni przeciwieństwem myśliwych jeżdżących na skraj cywilizowanego świata i siedzących przy przekąskach w oczekiwaniu, aż jakieś naiwne, majestatyczne zwierzę wyjdzie na polanę, aby mogli je zastrzelić z dużej odległości i dodać nową dekorację na ścianę w biurze. Nie takie polowania urządzali nasi przodkowie. Nie jest to też typ polowania, na jakie chodzi Donnie.

Jest on nieformalnym liderem małego, ale rosnącego w siłę plemienia łowców z odludzi. Ludzie ci są w równym stopniu myśliwymi, co ultrawytrzymałościowymi sportowcami, "lokalnożercami", survivalowcami" i przyrodnikami. Donnie połowę swojego życia spędził, żyjąc podobnie jak nasi przodkowie. Wyrusza na wiele miesięcy w najpiękniejsze, najbardziej odległe i surowe miejsca na świecie. Na plecach ma wszystko, czego potrzebuje do przetrwania. Udane polowanie oznacza, że musi przetransportować zwierzę w 35- lub 50-kilogramowych porcjach przez kilometry trudnych tras do miejsca odbioru. Jego największa zdobycz? Czternaście transportów, za każdym razem z 50 kilogramami łosia z Jukonu. Wykorzystuje każdy użyteczny gram zwierzęcia, aby zapewnić swojej rodzinie i przyjaciołom mięso zgodne z wszystkimi punktami z reklam zdrowej żywności - bez antybiotyków i pestycydów, karmione trawą i z wolnego wybiegu.

Pierwsze promienie słońca spotkały się z neonami bulwaru The Strip, gdy opuszczałem przedmieścia Las Vegas i skręcałem na US 93 - dwupasmową autostradę, która przecina Wielką Kotlinę w Nevadzie z północy na południe. Jechałem cztery godziny przez pustynię, gdzie króliki przewyższały liczebnie przejeżdżające samochody i nawet radio AM było bezużyteczne. Dojechałem do Ely w stanie Nevada - miasta, którego wysokość nad poziomem morza wyrażona w stopach jest większa niż liczba mieszkańców.

Donnie wyskoczył z pick-upa F-250 i podszedł do mnie. Miał na sobie flanelową koszulę i wielkie buty. Jego sięgające ramion siwe włosy spływały spod wełnianej czapki. Wyciągnął szorstką dłoń, by uścisnąć moją, i zaczął mówić jak Ranger Rick [3] :

"Jestem na miejscu już od tygodnia i jest pięknie. To fantastyczny, wspaniały obszar" - powiedział. Następnie wciągnął rześkie powietrze Nevady i spojrzał w kierunku szczytów masywu White Pine sięgających 3000 metrów. "Ruszajmy w góry".

Donnie prowadził forda pustą autostradą. W końcu skręcił w wyboistą polną drogę biegnącą przez pole szałwii. Minęliśmy stojącego pick-upa otoczonego przez grupę ubranych w stroje moro mężczyzn o obfitych brzuchach, którzy przez lornetki obserwowali widniejące wyżej pasma górskie.

"Wielu facetów zatrzymuje się tutaj w lokalnym hotelu i poluje z drogi" - powiedział Donnie, kręcąc głową.

Skręcił z pustynnego płaskowyżu na prowadzącą do ciemnego kanionu kamienistą drogę, na której mogły poradzić sobie tylko samochody z napędem na cztery koła. Donnie zaczął opowiadać, że czerpie więcej z duchowego i fizycznego procesu śledzenia ofiary tygodniami we wspaniałych miejscach niż z samego zabijania. To sam proces jest nagrodą. Ale pomyślny wynik sprawia, że proces jest o wiele bardziej satysfakcjonujący.

"Nie pochodzę z rodziny myśliwsko-wędkarskiej" - powiedział. - "Jako dziecko dostałem subskrypcję magazynu " Outdoor Life " i wpadłem w obsesję. Pragnąłem tych wielkich przygód. Na pierwszym roku college'u wyruszyłem do Zatoki Księcia Williama na polowanie na czarnego niedźwiedzia".

Niezręcznie podskoczyliśmy na wyboistej drodze i przechylaliśmy się w każdej z dużych kolein, po których przejeżdżał pick-up.

"Miałem obsesję na punkcie ustrzelenia niedźwiedzia i zabrania jego mięsa" - powiedział. "Dotarłem na odległą plażę w Zatoce Wielorybów, kiedy pojawił się pierwszy niedźwiedź. Zupełnie zapomniałem, po co tam byłem. Obserwowałem, jak jego łapy uderzają o skały, jak podnosi łososia i go zjada. Dostrzegałem wszystkie drobne szczegóły jego pyska, oczu, sposobu oddychania. Byłem pod wielkim wrażeniem. Czułem mocną więź z tym niedźwiedziem. Zrobiło mi się ciężko na sercu i prawie zacząłem płakać".

Droga kończyła się na szlaku w głębi sosnowego kanionu. Wyskoczyliśmy z kabiny pick-upa i Donnie zaczął upychać sprzęt do swojego plecaka. Żadnego kamuflażu. Zamiast tego ciemny techniczny sprzęt outdoorowy, który można znaleźć w sklepach ze sprzętem wyprawowym, a nie w sklepach dla myśliwych. Donnie powiedział, że sprzęt wyprawowy - na przykład ultralekkie puchowe warstwy pośrednie i kurtki z GORETEX-u zaprojektowane dla alpinistów - jest bardziej dopasowany i sprawdza się lepiej. Sprawia również, że łatwiej jest mu rozmawiać z niemyśliwymi.

"Większość dużych zwierząt i tak widzi tylko w skali szarości" - powiedział. "Kamuflaż na polowaniach na dużą zwierzynę to głównie chwyt marketingowy". Następnie kontynuował opowieść. "Po prostu nie mogłem zastrzelić tego niedźwiedzia. Później tej nocy kapitan łodzi, na której mieszkałem, powiedział mi: "Myślę, że jesteś myśliwym. Moim zdaniem będziesz rozczarowany, jeśli nie wyjedziesz stąd z niedźwiedziem"" - powiedział Donnie.

Szliśmy stromym szlakiem biegnącym między sosnami. Słońce zaczęło zachodzić i kanion stawał się coraz ciemniejszy.