p

Mit normalności. Trauma, choroba i zdrowienie w toksycznej kulturze - Gabor Maté, Daniel Maté

Kup ebooka

49.99 zł
38.49 zł (38,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Opinie o książce Mit normalności

"W książce Mit nor­mal­no­ści Gabor Maté zabiera nas w nie­zwy­kłą podróż, w trak­cie któ­rej odkry­wamy, że nasz emo­cjo­nalny dobro­stan i komu­ni­ka­cja spo­łeczna (w skró­cie: to, jak żyjemy) są powią­zane ze zdro­wiem, cho­ro­bami i uza­leż­nie­niami. Prze­wle­kłe scho­rze­nia psy­chiczne i fizyczne mogą nie być odręb­nymi bytami, lecz skom­pli­ko­wa­nymi, wie­lo­aspek­to­wymi pro­ce­sami, które odzwier­cie­dlają (nie)zdol­ność orga­ni­zmu do przy­sto­so­wa­nia się do kon­tek­stu kul­tu­ro­wego, w któ­rym żyjemy, oraz do war­to­ści, jakimi się kie­ru­jemy. Ta pasjo­nu­jąca i zna­ko­mi­cie napi­sana opo­wieść ma dale­ko­siężne impli­ka­cje dla wszyst­kich aspek­tów naszego życia, w tym także dla zdro­wia psy­chicznego i prak­ty­ko­wa­nia medy­cyny".

dr Bes­sel A. van der Kolk, pre­zes Trauma Rese­arch Foun­da­tion, pro­fe­sor psy­chia­trii na Boston Uni­ver­sity School of Medi­cine, autor best­sel­lera z 1. miej­sca listy "New York Timesa" Strach ucie­le­śniony: Mózg, umysł i ciało w tera­pii traumy

"Pisząc książkę Mit nor­mal­no­ści, Gabor i Daniel Maté opra­co­wali nie­zrów­nane źró­dło wie­dzy dla nas wszyst­kich. To obszerne, prze­ni­kliwe, zna­ko­mi­cie udo­ku­men­to­wane i inspi­ru­jące dzieło pomaga ujrzeć, jak stresy współ­cze­snej kul­tury kształ­tują nasz dobro­stan we wszyst­kich jego prze­ja­wach. Wni­kli­wie przy­glą­da­jąc się zdro­wiu fizycz­nemu i psy­chicz­nemu z sze­ro­kiej per­spek­tywy, auto­rzy rzu­cili wyzwa­nie uprosz­czo­nym poglą­dom na zabu­rze­nia i cho­roby, pro­po­nu­jąc w ich miej­sce peł­niej­szy punkt widze­nia na roz­kwit czło­wieka, który ma bez­po­śred­nie impli­ka­cje dla naszego życia jako jed­no­stek, rodzin i spo­łecz­no­ści. Ta dro­bia­zgowa, inspi­ru­jąca i pły­nąca z serca lek­tura skła­nia do kwe­stio­no­wa­nia utrwa­lo­nych mnie­mań i głę­bo­kiego zasta­no­wie­nia się nad tym, kim jeste­śmy i jak możemy żyć peł­niej i swo­bod­niej, wyko­rzy­stu­jąc moc umy­słu w dąże­niu do uzdra­wia­nia i pełni ist­nie­nia w naszej wspól­nej egzy­sten­cji na tej pla­ne­cie".

dr Daniel J. Sie­gel, pro­fe­sor kli­niczny na UCLA School of Medi­cine, dyrek­tor wyko­naw­czy Mind­si­ght Insti­tute oraz autor best­sel­lera "New York Timesa" Intra­Con­nec­ted: MWe (Me + We) as the Inte­gra­tion of Self, Iden­tity, and Belon­ging

"Mądra, wyra­fi­no­wana, naukowa i kre­atywna książka, będąca inte­lek­tu­al­nym i peł­nym współ­czu­cia stu­dium tego, kim jeste­śmy i kim możemy się stać. Nie­zbędna lek­tura dla każ­dego, kto ma prze­szłość i przy­szłość".

Tara Westo­ver, autorka best­sel­lera "New York Timesa" Uwol­niona

"Gabor i Daniel Maté napi­sali książkę, w któ­rej czy­tel­nicy mogą szu­kać wytchnie­nia i pocie­sze­nia w chwi­lach głę­bo­kiego oso­bi­stego i spo­łecz­nego kry­zysu. Mit nor­mal­no­ści jest nie­zbęd­nym kom­pa­sem w dez­orien­tu­ją­cych cza­sach".

Esther Perel, psy­cho­te­ra­peutka, pisarka i autorka pod­ca­stu Where Sho­uld We Begin?

"Gabor Maté bły­sko­tli­wie, bez ogró­dek i z pasją wyraża to, czego instynk­tow­nie wszy­scy się domy­ślamy, choć w głębi duszy nie chcemy się z tym zmie­rzyć: że cała kon­struk­cja spo­łeczna świata, w któ­rym żyjemy, jest głę­boko wadliwa i tok­syczna na każ­dym pozio­mie. Książka ta nie ogra­ni­cza się do pre­cy­zyj­nego opi­sa­nia ogromu nie­go­dzi­wo­ści, lecz także wska­zuje moż­li­wo­ści jego napra­wie­nia. Pro­wa­dząc nas po zwod­ni­czym lesie naszych umy­słów i spo­łe­czeń­stwa, Maté z jed­nej strony nie pozwala przy­my­kać oczu na zło, z dru­giej zaś poka­zuje świa­tło. Książka Mit nor­mal­no­ści jest dokład­nie tym, czego dziś potrze­bu­jemy".

Marianne Wil­liam­son, autorka best­sel­lera "New York Timesa" Powrót do miło­ści

"Mit nor­mal­no­ści jest zdu­mie­wa­ją­cym dzie­łem o wiel­kim roz­ma­chu, a zara­zem głę­boko prag­ma­tycz­nym i prak­tycz­nym. Wie­rzę, że otwo­rzy nam ono wrota do nowych cza­sów, w któ­rych wresz­cie zro­zu­miemy, iż nasze emo­cje, kul­tura, ciało i duch nie są odręb­nymi bytami, a dobro­stan może być jedy­nie wyni­kiem potrak­to­wa­nia ich jako spój­nej cało­ści. Będę wra­cać do tej książki po wie­le­kroć".

V (daw­niej Eve Ensler), autorka ksią­żek Mono­logi waginy oraz Wybacz mi

"Mit nor­mal­no­ści może na zawsze zmie­nić spo­sób, w jaki postrze­gasz swoje życiowe doświad­cze­nia oraz ich for­ma­tywny wpływ na bio­lo­gię ciała. Przede wszyst­kim jed­nak Gabor Maté wska­zuje nam drogę do nie­zwy­kle waż­nego dziś uzdro­wie­nia spo­łecz­no­ści".

dr Elissa Epel, pro­fe­sorka na Uni­wer­sy­te­cie Kali­for­nij­skim w San Fran­ci­sco i współ­au­torka best­sel­lera Telo­mery i zdro­wie

"W tej zna­ko­mi­tej, fascy­nu­ją­cej i prze­ło­mo­wej książce Gabor Maté zagląda za kulisy spo­łecz­nego transu, który zaśle­pił nas na śmier­telne skutki wszech­obec­nej traumy. Poka­zuje nam, że trauma ta nie jest kwe­stią oso­bi­stą. Jej źró­dłem jest kul­tura, która utrud­nia zaspo­ka­ja­nie naszych pod­sta­wo­wych potrzeb w zakre­sie więzi, auten­tycz­no­ści i sensu ist­nie­nia. Opie­ra­jąc się na dzie­się­cio­le­ciach pracy kli­nicz­nej, fascy­nu­ją­cych zdo­by­czach współ­cze­snej nauki i kon­tem­pla­cyj­nej mądro­ści, Maté wyja­śnia, jak w kry­zy­sie współ­cze­sno­ści kie­ro­wać się jasnym spoj­rze­niem i wiel­kim ser­cem".

Tara Brach, autorka ksią­żek Radi­cal Accep­tance i Radi­cal Com­pas­sion

"Gabor i Daniel Maté pro­po­nują wyjąt­kową i zaska­ku­jącą, a zara­zem zba­wienną drogę wyj­ścia z tok­sycz­nej ilu­zji "nor­mal­no­ści". Ta nie­zwy­kła i rewo­lu­cyjna książka wywrze głę­boki wpływ na dobro­stan nas samych, spo­łe­czeń­stwa i całej pla­nety w epoce, w któ­rej mądrość i współ­czu­cie są nie­zbęd­nymi atu­tami w walce o wspólne prze­trwa­nie".

wie­lebny Joan Jiko Hali­fax, opat Upaya Zen Cen­ter

"W cza­sach, gdy tak wielu z nas boryka się z pro­ble­mami natury cie­le­snej i men­tal­nej, książka Gabora Maté jest ist­nym darem nie­bios, dają­cym mądrość i realną nadzieję. Maté jest wybit­nym myśli­cie­lem i uta­len­to­wa­nym pisa­rzem, któ­rego twór­czość zawsze mnie inspi­ro­wała. Mit nor­mal­no­ści nie sta­nowi pod tym wzglę­dem wyjątku. Nie będzie prze­sadą stwier­dze­nie, że ta prze­ło­mowa książka może pomóc nam w uzdro­wie­niu w wymia­rze indy­wi­du­al­nym, rodzin­nym i spo­łecz­nym".

David Sheff, autor best­sel­lera "New York Timesa" Cudowny chło­piec

"Gabor Maté doko­nał już bar­dzo wiele, zdej­mu­jąc piętno pato­lo­gii z uza­leż­nień, cho­rób auto­im­mu­no­lo­gicz­nych i ADHD, teraz zaś, w swoim opus magnum, zachęca nas do dal­szego posze­rza­nia hory­zon­tów myślo­wych. W książce Mit nor­mal­no­ści twier­dzi on, że wymie­nione pro­blemy i wiele innych tra­pią­cych nasze spo­łe­czeń­stwo bolą­czek mają zwią­zek nie tylko z trau­mami, jakich doświad­czy­li­śmy, ale są też symp­to­mami tok­sycz­nej istoty naszej mate­ria­li­stycz­nej, izo­lu­ją­cej, patriar­chal­nej i rasi­stow­skiej kul­tury. W tej zna­ko­mi­cie napi­sa­nej książce nie­zwy­kłe jest nie tylko samo to twier­dze­nie, lecz także ogrom wspie­ra­ją­cych jego praw­dzi­wość badań nauko­wych, fascy­nu­ją­cych histo­rii pacjen­tów oraz poru­sza­ją­cych prze­żyć wła­snych autora. Nasza kul­tura rze­czy­wi­ście jest bar­dzo chora, a ja nie znam lep­szego dia­gno­sty i leka­rza niż Gabor Maté. Jego książka sta­nowi receptę na uzdro­wie­nie, jeśli tylko zdo­bę­dziemy się na odwagę, by z niej sko­rzy­stać".

dr Richard Schwartz, twórca modelu psy­cho­te­ra­peu­tycz­nego Inter­nal Family Sys­tems

"Mit nor­mal­no­ści to książka, która wzbo­gaci każ­dego - mądra, głę­boka i uzdra­wia­jąca praca, będąca zwień­cze­niem wielu lat nazna­czo­nego bólem gro­ma­dze­nia war­to­ścio­wej wie­dzy dr. Maté".

Johann Hari, autor best­sel­lera "New York Timesa" Zło­dzieje. Co okrada nas z uwagi

"Ta pory­wa­jąca książka opiera się na dwóch waż­nych praw­dach naszych cza­sów - iż wszystko jest ze sobą powią­zane, w tym traumy psy­chiczne i cho­roby fizyczne, oraz że nie są to ano­ma­lie naszego spo­łe­czeń­stwa, ale smutna codzien­ność, a nawet epi­de­mia, którą sami sobie zgo­to­wa­li­śmy. Mit nor­mal­no­ści jest potęż­nym wezwa­niem do zmiany spo­sobu, w jaki żyjemy i kochamy, rozu­miemy, myślimy i trak­tu­jemy sie­bie nawza­jem, ze strony kogoś znaj­du­ją­cego się w zna­ko­mi­tym poło­że­niu, by spo­rzą­dzić mapę tych obsza­rów i dać nam cenne narzę­dzia do poru­sza­nia się po nich".

Rebecca Sol­nit, autorka książki Męż­czyźni obja­śniają mi świat

"W tej obszer­nej i zna­ko­mi­cie napi­sa­nej książce Gabor Maté i jego syn Daniel sta­wiają nie­zwy­kle trafną dia­gnozę przy­pa­dło­ści naszej kul­tury i przedsta­wiają plan uzdro­wie­nia, dając jed­no­cze­śnie wska­zówki nie­zbędne do stwo­rze­nia bar­dziej gościn­nego i przy­jaź­niej­szego świata dla nas i naszych dzieci".

dr Tsa­bary She­fali, autorka best­sel­le­rów z listy "New York Timesa" i psy­cho­lożka kli­niczna

"Naj­now­sza książka Gabora Maté to prze­wod­nik po samo­świa­do­mo­ści, spo­łecz­nym wglą­dzie i uzdra­wia­niu, głę­boko oso­bi­sty i zara­zem nie­zwy­kle przy­stępny. Książka ta, napi­sana płynną, nie­ska­zi­telną prozą i nace­cho­wana głę­boką mądro­ścią, świet­nym humo­rem oraz z tru­dem zdo­bytą pokorą, zasłu­guje na to, by stać się Drogą rza­dziej prze­mie­rzaną naszego poko­le­nia. Chcąc pod­su­mo­wać ją w dwóch sło­wach, książka Mit nor­mal­no­ści jest żar­li­wie czuła".

Wil­liam M. Wat­son, dok­tor teo­lo­gii, Towa­rzy­stwo Jezu­sowe, pre­zes i zało­ży­ciel Sacred Story Insti­tute

"Mit nor­mal­no­ści to szcze­gó­łowe i wszech­stronne spoj­rze­nie na to, co wszy­scy powin­ni­śmy wie­dzieć - choć czę­sto nie potra­fimy postę­po­wać zgod­nie z tą wie­dzą - pod wzglę­dem ludz­kiego zdro­wia, dobro­stanu psy­chicz­nego, doj­rze­wa­nia i szczę­ścia. Jest to rów­nież wni­kliwe bada­nie korzy­ści i suk­ce­sów, ogra­ni­czeń i sła­bych punk­tów naszego sys­temu opieki zdro­wot­nej i psy­chicz­nej".

Resmaa Mena­kem, autor best­sel­le­rów My Grand­mo­ther's Hands, The Quaking of Ame­rica oraz Mon­sters in Love

"Mit nor­mal­no­ści to istny maj­stersz­tyk opi­su­jący pełne dyso­nan­sów doświad­cze­nia bycia czło­wie­kiem w naszej anor­mal­nej i tok­sycz­nej współ­cze­snej kul­tu­rze. Zasad­ni­czym celem tego dzieła, zarówno nie­zwy­kle smut­nego, jak i wznio­słego, jest zasy­pa­nie prze­pa­ści oddzie­la­ją­cej dzi­siej­szego czło­wieka od jego auten­tycz­nego ja i ule­cze­nie zbio­ro­wej traumy, która tłumi naszą natu­ralną eks­pre­sję i radość. Jeśli chcesz zdo­być się na odwagę i zary­zy­ko­wać wywró­ce­nie swo­jego życia do góry nogami, podej­mu­jąc wyzwa­nie przyj­rze­nia się praw­dzie o sobie i kul­tu­rze, która dosłow­nie nas zabija - jest to lek­tura dla cie­bie".

dr Rachel Carl­ton Abrams, lekarka medy­cyny inte­gra­cyj­nej

"Mit nor­mal­no­ści pozwala spoj­rzeć z wyjąt­ko­wej per­spek­tywy na sprawy, które uwa­żamy za "nor­malne", i pomaga prze­bu­dzić się na to, co w naszym życiu jest praw­dziwe, auten­tyczne. Gabor i Daniel Maté napi­sali fascy­nu­jącą książkę, która pomoże ci zakwe­stio­no­wać dotych­cza­sowe poglądy, by roz­wiać mgłę ilu­zji i ujrzeć, co naprawdę dzieje się w twoim umy­śle i w twoim ciele".

Sha­ron Sal­zberg, autorka ksią­żek Loving­kind­ness i Real Hap­pi­ness

"Dzięki skru­pu­lat­nym bada­niom i zami­ło­wa­niu do szcze­gó­łów książka cenio­nego leka­rza Gabora Maté jest arcy­dzie­łem poka­zu­ją­cym, jak trauma wpływa nie tylko na nasze indy­wi­du­alne ciała i psy­chikę, ale też na całe spo­łe­czeń­stwa. Mit nor­mal­no­ści wysiewa ziarna, któ­rych owoce pomogą nam zmie­nić to, co uzna­jemy za "nor­malne", i daje pozwo­le­nie na powie­dze­nie sta­now­czego "nie" spra­wom przy­czy­nia­ją­cym się do mno­że­nia dają­cych się unik­nąć cho­rób".

dr Lissa Ran­kin, autorka best­sel­le­rów z listy "New York Timesa" Umysł sil­niej­szy od medy­cyny i Sacred Medi­cine

"To naj­wy­bit­niej­sze dotąd dzieło Gabora Maté jest lek­turą obo­wiąz­kową dla nas wszyst­kich. Wybitny pisarz nie owija w bawełnę: poka­zuje, jak począw­szy od wła­snego sys­temu umy­słu i ciała, a na ciele poli­tycz­nym skoń­czyw­szy, zatra­camy wła­sną auten­tycz­ność i jak zbiera to żniwo pod wzglę­dem psy­cho­lo­gicz­nym, fizycz­nym, ducho­wym i spo­łecz­nym".

dr Julie Hol­land, autorka książki Dobra che­mia. Co nauka mówi o psy­cho­de­li­kach i poczu­ciu połą­cze­nia

"Raz na jakiś czas poja­wia się książka, która kre­śli nową wizję świata i rzuca świa­tło na to, co do tej pory było skryte w cie­niu, choć jest to tak ważne dla naszego zdro­wia i dobrego samo­po­czu­cia jak woda dla ryb, tlen dla czło­wieka i miłość dla duszy. Ta praca jest praw­dzi­wym maj­stersz­ty­kiem, poucza­ją­cym i bły­sko­tli­wym opi­sem warun­ków głę­bo­kiego uzdro­wie­nia".

dr Jef­frey D. Redi­ger, teo­log, adiunkt na Harvard Medi­cal School, autor książki Cured: Streng­then Your Immune Sys­tem and Heal Your Life

"Gabor Maté jest bły­sko­tliwy i pełen pasji, wraż­liwy i nie­ustra­szony, a jego słowa są nace­cho­wane skła­nia­jącą do dzia­ła­nia szcze­ro­ścią. Wszech­stronne i prze­ni­kliwe ana­lizy autora łączą w sobie głę­boką wie­dzę, ciężko wypra­co­waną mądrość kli­niczną, oso­bi­ste traumy i prak­tyczne suge­stie. To arcy­dzieło czyta się jak inte­li­gentny thril­ler, który suge­styw­nie eks­po­nuje wyzwa­nia, przed jakimi sta­jemy, a zara­zem wska­zuje drogę do ich poko­na­nia. Lek­tura obo­wiąz­kowa dla każ­dego, kto pasjo­nuje się wła­snym umy­słem, sza­leń­stwem współ­cze­snego świata i moż­li­wo­ściami budo­wa­nia lep­szej przy­szło­ści".

dr Rick Han­son, autor książki Rezy­lien­cja. Jak ukształ­to­wać fun­da­ment spo­koju, siły i szczę­ścia

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

W tłum. Anny Tanal­skiej-Dulęby (PIW, War­szawa 1996). [wróć]

Choć słowa "mit" będę uży­wał głów nie we współ­cze­snym zna­cze­niu cze­goś fik­cyj­nego lub wpro­wa­dza­ją­cego w błąd, w znacz­nie dal­szej czę­ści książki będę miał oka­zję do poka­za­nia uzdra­wia­ją­cej mocy praw­dzi­wego myśle­nia mitycz­nego, w pra­daw­nym zna­cze­niu tego ter­minu - przy­pisy dolne pocho­dzą od autora, chyba że ozna­czono ina­czej. [wróć]

W tłu­ma­cze­niu Roberta Sudóła (Cha­rak­tery, Kielce 2014). [wróć]

Mark Epstein jest psy­chia­trą, nauczy­cie­lem medy­ta­cji bud­dyj­skiej i pisa­rzem. [wróć]

Zob. roz­dział 6, pierw­szy aka­pit oraz przy­pis. [wróć]

Dham­ma­pada w prze­kła­dzie Zbi­gniewa Bec­kera. [wróć]

Podob­nie jak ja, Eva Hof­f­man w latach 50. wyemi­gro­wała do Van­co­uver; obec­nie od lat mieszka w Lon­dy­nie. [wróć]

Roz­dział 4. [wróć]

Obi-Wan Kenobi do Luke'a Sky­wal­kera w Powro­cie Jedi (1983). [wróć]

W tłum. Ischim Odo­ro­wicz-Śliwy (Stu­dio Astrop­sy­cho­lo­gii, Bia­ły­stok 2014). [wróć]

Z głę­bo­kim smut­kiem przy­ją­łem wia­do­mość o jej śmierci, która dotarła do mnie mniej wię­cej rok po wspo­mnia­nej roz­mo­wie. [wróć]

Sfor­mu­ło­wa­nie ukute w 1982 roku przez bada­czy z nie­miec­kiego Uni­wer­sy­tetu w Heidel­bergu. [wróć]

Dosł. cia­ło­umysł; w pol­skim wyda­niu książki C. Pert, przy­wo­ły­wa­nym już wcze­śniej, kon­strukt ten został nazwany ukła­dem umysł-ciało. W dal­szej czę­ści tek­stu ter­miny te są uży­wane zamien­nie - przyp. tłum. [wróć]

Pra­wie zawsze śmier­telna cho­roba zwy­rod­nie­niowa układu ner­wo­wego, znana w Wiel­kiej Bry­ta­nii jako jedna z cho­rób neu­ronu rucho­wego, a w Sta­nach Zjed­no­czo­nych rów­nież jako cho­roba Lou Geh­riga. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Cho­dzi, odpo­wied­nio, o książki Roz­pro­szone umy­sły. Przy­czyny i lecze­nie zespołu defi­cytu uwagi, Kiedy ciało mówi nie. Koszty ukry­tego stresu, Bli­skie spo­tka­nia z uza­leż­nie­niem. W świe­cie głod­nych duchów oraz o napi­saną wspól­nie z dr. Gor­do­nem Neu­fel­dem Więź. Dla­czego rodzice powinni być waż­niejsi od kole­gów. [wróć]

Mor­ris Ber­man, The Twi­li­ght of Ame­ri­can Cul­ture (W.W. Nor­ton, New York 2001), s. 64-65. [wróć]

Thom Hart­mann, The Last Hours of Ancient Sun­li­ght: The Fate of the World and What We Can Do About It Before It's Too Late (Three Rivers Press, New York 2000), s. 164. [wróć]

Chri­stine But­torff i in., Mul­ti­ple Chro­nic Con­di­tions in the Uni­ted Sta­tes (RAND Cor­po­ra­tion, Santa Monica, CA 2017). [wróć]

Nearly 7 in 10 Ame­ri­cans Take Pre­scrip­tion Drugs, Mayo Cli­nic, Olm­sted Medi­cal Cen­ter Find, Mayo Cli­nic, infor­ma­cja pra­sowa, 19 czerwca 2013, https://new­sne­twork.may­oc­li­nic.org/discus­sion/nearly-7-in-10-ame­ri­cans-take-pre­scrip­tion-drugs-mayo-cli­nic-olm­sted-medi­cal-cen­ter-find/. [wróć]

Carly Weeks, Up to Half of Baby Boomers Will Have High Blood Pres­sure Soon, Report Warns, "Globe and Mail", 3 kwiet­nia 2013. [wróć]

Alvaro Alonso i Miguel Hernán, Tem­po­ral Trends in the Inci­dence of Mul­ti­ple Scle­ro­sis: A Sys­te­ma­tic Review, "Neu­ro­logy 71", nr 2 (8 lipca 2008), doi: 10.1212/01.wnl.0000316802.35974.34. [wróć]

Calum Mac­Leod, Obe­sity of China's Kids Stuns Offi­cials, "USA Today", 9 stycz­nia 2007, https://usa­to­day30.usa­to­day.com/news/world/2007-01-08-chi­nese-obesity_x.htm. [wróć]

Men­tal Health by the Num­bers, Natio­nal Alliance on Men­tal Ill­ness, https://www.nami.org/mhstats. [wróć]

10 The Size and Bur­den of Men­tal Disor­ders in Europe, "Scien­ce­Da­ily", 6 wrze­śnia 2011, https://www.scien­ce­da­ily.com/rele­ases/2011/09/110905074609.htm. Źró­dło: Euro­pean Col­lege of Neu­rop­sy­cho­phar­ma­co­logy. [wróć]

Brett Bur­stein i in., Suici­dal Attempts and Ide­ation Among Chil­dren and Ado­le­scents in US Emer­gency Depart­ments, 2007-2015, "JAMA Pedia­trics 173", nr 6 (kwie­cień 2019), s. 598-600, https://doi.org/10.1001/jama­pe­dia­trics.2019.0464, cyt. w: Carly Cas­sella, Child Suicide Attempts Are Sky­roc­ke­ting in the US, and Nobody Knows Why, "Scien­ce­Alert", 11 kwiet­nia 2019, https://www.scien­ce­alert.com/us-chil­dren-are-facing-a-men­tal-health-cri­sis-as-suici­dal-ide­ations-climb. [wróć]

12 Samira Shac­kle, "The Way the Uni­ver­si­ties Are Run Is Making Us Ill": Inside the Stu­dent Men­tal Health Cri­sis, "Guar­dian", 27 wrze­śnia 2019. [wróć]

Hui Cao i in., Pre­va­lence of Atten­tion-Defi­cit/Hype­rac­ti­vity Disor­der Symp­toms and Their Asso­cia­tions with Sleep Sche­du­les and Sleep-Rela­ted Pro­blems Among Pre­scho­olers in Main­land China, "BMC Pedia­trics 18", nr 1 (19 lutego 2018), s. 70. [wróć]

Caro­line Hick­man i in., Young People's Voices on Cli­mate Anxiety, Govern­ment Betrayal and Moral Injury: A Glo­bal Phe­no­me­non, pre­print prze­słany do cza­so­pi­sma "Lan­cet", wrze­sień 2021, https://papers.ssrn.com/sol3/papers.cfm?abstract_id=3918955. [wróć]

CDC Con­ti­nues to Sup­port the Glo­bal Polio Era­di­ca­tion Effort, Cen­ters for Dise­ase Con­trol and Pre­ven­tion, 18 marca 2016, https://www.cdc.gov/polio/upda­tes/?s_cid=cs_404. [wróć]

Zgod­nie z pod­su­mo­wa­niem dr. Bes­sela van der Kolka w jego przed­mo­wie do książki Petera Levine'a Trauma i pamięć. Mózg i ciało w poszu­ki­wa­niu auten­tycz­nej prze­szło­ści (Czarna Owca, War­szawa 2017). [wróć]

Levine, Trauma i pamięć, tłum. Maria Reimann. [wróć]

John Bowlby, Sepa­ra­tion: Anxiety and Anger (Basic Books, New York 1973), s. 12. [wróć]

Bes­sel van der Kolk, Strach ucie­le­śniony, Mózg, umysł i ciało w tera­pii traumy, tłum. Mał­go­rzata Załoga (Czarna Owca, War­szawa 2018). [wróć]

Levine, Trauma i pamięć. [wróć]

Peter Levine, Healing Trauma Study Guide (Sounds True, Boul­der, CO: 1999), s. 5. [wróć]

Clyde Hert­zman i Tom Boyce, How Expe­rience Gets Under the Skin to Cre­ate Gra­dients in Deve­lop­men­tal Health, "Annual Review of Public Health 31" (21 kwiet­nia 2010), s. 329-347. [wróć]

Mark Epstein, Trauma codzien­no­ści, tłum. Robert Sudół (Cha­rak­tery, Kielce 2014). [wróć]

Levine, Healing Trauma Study Guide, 7. [wróć]

10 Ibid. [wróć]

Tara Westo­ver, Uwol­niona. Jak wykształ­ce­nie odmie­niło moje życie, tłum. Bar­bara Sze­lewa-Kro­piw­nicka (Czarna Owca, War­szawa 2019). [wróć]

Rollo May, Odwaga two­rze­nia, tłum. Ewa i Tomasz Hor­now­scy (Rebis, Poznań 1994). [wróć]

13 Ger­shen Kauf­man, Shame: The Power of Caring (Schenk­man Books, Roche­ster, VT 1980), s. 20. [wróć]

Eli­za­beth Wurt­zel, Eli­za­beth Wurt­zel Con­fronts Her One-Night Stand of a Life, "New York", 6 stycz­nia 2013. [wróć]

Dham­ma­pada - Ścieżka Prawdy Buddy, tłum. Zbi­gniew Bec­ker. [wróć]

Eva Hof­f­man, Time (Pro­file Books, Lon­don 2009), s. 7-8. [wróć]

Can­dace Pert, Mole­kuły emo­cji. Naukowe dowody na łącz­ność ciała i duszy, tłum. Ischim Odo­ro­wicz-Śliwa (Stu­dio Astrop­sy­cho­lo­gii, Bia­ły­stok 2014). [wróć]

M. Wir­sching i in., Psy­cho­lo­gi­cal Iden­ti­fi­ca­tion of Bre­ast Can­cer Patients Before Biopsy, "Jour­nal of Psy­cho­so­ma­tic Rese­arch 26", nr 1 (1982), s. 1-10. [wróć]

S. Greer i T. Mor­ris, Psy­cho­lo­gi­cal Attri­bu­tes of Women Who Deve­lop Bre­ast Can­cer: A Con­trol­led Study, "Jour­nal of Psy­cho­so­ma­tic Rese­arch 19", nr 2 (kwie­cień 1975), s. 147-153. [wróć]

San­dra P. Tho­mas i in., Anger and Can­cer: An Ana­ly­sis of the Lin­ka­ges, "Can­cer Nur­sing 23" nr 5 (listo­pad 2000), s. 344-348. [wróć]

A.J. Wil­bo­urn i H. Mit­su­moto, Why Are Patients with ALS So Nice, pre­lek­cja na Dzie­wią­tym Mię­dzy­na­ro­do­wym Sym­po­zjum ALS/MND, Mona­chium 1998. [wróć]

The­resa Mehl, Berit Jor­dan i Ste­phan Zierz, "Patients with Amy­otro­phic Late­ral Scle­ro­sis (ALS) Are Usu­ally Nice Per­sons" - How Phy­si­cians Expe­rien­ced in ALS See the Per­so­na­lity Cha­rac­te­ri­stics of Their Patients, "Brain Beha­vior 7", nr 1 (sty­czeń 2017). [wróć]

Frank J. Penedo i in., Anger Sup­pres­sion Media­tes the Rela­tion­ship Between Opti­mism and Natu­ral Kil­ler Cell Cyto­to­xi­city in Men Tre­ated for Loca­li­zed Pro­state Can­cer, "Jour­nal of Psy­cho­so­ma­tic Rese­arch 60", nr 4 (kwie­cień 2006), s. 423-427. [wróć]

Edna Maria Vis­soci Reiche, San­dra Ode­brecht Var­gas Nunes i Helena Kami­nami Mori­moto, Stress, Depres­sion, the Immune Sys­tem, and Can­cer, "Lan­cet Onco­logy 5", nr 10 (paź­dzier­nik 2004), s. 617-625. Autorki stwier­dziły: "Kon­cep­cje te mogą wyja­śniać zwięk­szone wystę­po­wa­nie nowo­two­rów lim­fa­tycz­nych i hema­to­lo­gicz­nych oraz czer­nia­ków zaob­ser­wo­wa­nych w kohor­cie 6284 żydow­skich Izra­el­czy­ków, któ­rzy stra­cili doro­słego syna. Zapa­dal­ność na raka była więk­sza u rodzi­ców ofiar wypad­ków i rodzi­ców pogrą­żo­nych w żało­bie w porów­na­niu z innymi z człon­kami popu­la­cji. Rodzice pogrą­żeni w żało­bie po wypad­kach byli rów­nież bar­dziej nara­żeni na raka układu odde­cho­wego". [wróć]

J. Li i in., The Risk of Mul­ti­ple Scle­ro­sis in Bere­aved Parents: A Nation­wide Cohort Study in Den­mark, "Neu­ro­logy 62", nr 5 (9 marca 2004), s. 726-729. [wróć]

10 A. Roberts i in., PTSD Is Asso­cia­ted with Incre­ased Risk of Ova­rian Can­cer: A Pro­spec­tive and Retro­spec­tive Lon­gi­tu­di­nal Cohort Study, "Can­cer Rese­arch 79", nr 19 (1 paź­dzier­nika 2019), s. 5113-5120; https://doi.org/10.1158/0008-5472.CAN-19-1222 (5 wrze­śnia 2019). [wróć]

Pre­mal H. The­kar i in., Chro­nic Stress Pro­mo­tes Tumor Growth and Angio­ge­ne­sis in a Mouse Model of Ova­rian Car­ci­noma, "Nature Medi­cine 12", nr 8 (12 sierp­nia 2006), s. 939-944; opu­bli­ko­wano online 23 lipca 2006, https://doi.org/10.1038/nm1447. [wróć]

Saskia L. Mol i in., Symp­toms of Post-Trau­ma­tic Stress Disor­der After Non-Trau­ma­tic Events: Evi­dence from an Open Popu­la­tion Study, "Bri­tish Jour­nal of Psy­chia­try 286" (czer­wiec 2005), s. 494-499. [wróć]

S. Weiss, The Medi­cal Stu­dent Before and After Gra­du­ation, "Jour­nal of the Ame­ri­can Medi­cal Asso­cia­tion 114" (1940), s. 1709-1718. [wróć]

Z oso­bi­stej kore­spon­den­cji z dr. Jef­fem Redi­ge­rem, dyrek­to­rem medycz­nym McLean Hospi­tal, Harvard. [wróć]

Wstęp

Dlaczego normalność jest mitem (i czemu to takie ważne)

Fakt, że miliony ludzi mają te same wady, nie czyni tych wad cno­tami; fakt, że podzie­lają tyle błęd­nych prze­ko­nań, nie czyni tych prze­ko­nań praw­dami; a fakt, że ludzie dzielą pewną formę pato­lo­gii umy­sło­wej z milio­nami innych ludzi, nie czyni ich zdro­wymi.

Erich Fromm, Zdrowe spo­łe­czeń­stwo1

Źle się dzieje w spo­łe­czeń­stwie, które ma nie­spo­ty­kaną wcze­śniej obse­sję na punk­cie zdro­wia.

Zafik­so­wa­li­śmy się na zdro­wiu i dobrym samo­po­czu­ciu. Branże warte wiele miliar­dów dola­rów czer­pią zyski z nie­ustan­nego anga­żo­wa­nia ludzi - men­tal­nego i emo­cjo­nal­nego, by nie wspo­mnieć o finan­so­wym - w nie­usta­jącą pogoń za zdrow­szym odży­wia­niem się, młod­szym wyglą­dem, dłuż­szym życiem, lep­szym samo­po­czu­ciem czy choćby ogra­ni­cze­niem dole­gli­wo­ści. Na okład­kach maga­zy­nów, w wia­do­mo­ściach tele­wi­zyj­nych, rekla­mach i w codzien­nym potoku inter­ne­to­wych tre­ści, które roz­prze­strze­niają się lotem bły­ska­wicy, spo­ty­kamy się z rze­ko­mymi "prze­ło­mami zdro­wot­nymi", pro­mu­ją­cymi tę czy inną metodę dba­nia o sie­bie. Robimy, co w naszej mocy, by spro­stać wyzwa­niom: bie­rzemy suple­menty, cho­dzimy na zaję­cia jogi, co rusz prze­sta­wiamy się na inną dietę, robimy sobie bada­nia gene­tyczne, pla­nu­jemy metody zapo­bie­ga­nia nowo­two­rom albo demen­cji i szu­kamy porad medycz­nych lub alter­na­tyw­nych tera­pii doty­czą­cych przy­pa­dło­ści ciała, umy­słu i duszy.

Mimo to nasze zbio­rowe zdro­wie się pogar­sza.

Dla­czego tak się dzieje? Jak sobie wytłu­ma­czyć, że we współ­cze­snym świe­cie, w apo­geum geniu­szu i zaawan­so­wa­nia medy­cyny, coraz czę­ściej zapa­damy na prze­wle­kłe cho­roby fizyczne i pogłę­bia się pro­blem cho­rób psy­chicz­nych oraz uza­leż­nień? Co wię­cej, skoro już to zauwa­żamy, dla­czego nie czu­jemy się tym bar­dziej zanie­po­ko­jeni? I jak mamy zna­leźć spo­sób na zapo­bie­ga­nie wielu nęka­ją­cym nas dole­gli­wo­ściom i ich lecze­nie, pomi­ja­jąc nawet tak dotkliwe kata­strofy jak pan­de­mia COVID-19?

Jako leka­rza z ponad­trzy­dzie­sto­let­nim sta­żem i róż­no­rod­nym doświad­cze­niem - od przyj­mo­wa­nia poro­dów do pro­wa­dze­nia oddziału opieki palia­tyw­nej - zawsze ude­rzały mnie zależ­no­ści mię­dzy czło­wie­kiem a spo­łecz­nymi i emo­cjo­nal­nymi kon­tek­stami, w któ­rych toczy się nasze życie i roz­wija zdro­wie lub cho­roba. Ta cie­ka­wość czy raczej fascy­na­cja skło­niła mnie z cza­sem do uważ­nego zapo­zna­nia się z naj­now­szymi zdo­by­czami nauki, które bez­błęd­nie kre­ślą takie powią­za­nia. W moich poprzed­nich książ­kach oma­wia­łem nie­które z tych zależ­no­ści, prze­ja­wia­jące się w okre­ślo­nych przy­pa­dło­ściach, takich jak zespół nad­po­bu­dli­wo­ści psy­cho­ru­cho­wej z defi­cy­tem uwagi (ADHD), nowo­twory i wszel­kiego rodzaju cho­roby auto­im­mu­no­lo­giczne oraz uza­leż­nie­nia. Pisa­łem też o roz­woju czło­wieka w dzie­ciń­stwie, naj­bar­dziej for­ma­tyw­nym okre­sie naszego życiaq1.

W tej książce, Mit nor­mal­no­ści, zają­łem się zagad­nie­niem znacz­nie obszer­niej­szym. Dosze­dłem do wnio­sku, że za epi­de­mią prze­wle­kłych dole­gli­wo­ści psy­chicz­nych i fizycz­nych, jaką nazna­czona jest współ­cze­sność, stoi wada naszej kul­tury, która przy­czy­nia się do wysypu doku­cza­ją­cych nam cho­rób oraz - a nawet przede wszyst­kim - cechuje się ide­olo­gicz­nymi mar­twymi punk­tami, unie­moż­li­wia­ją­cymi nam dokładną ocenę naszej trud­nej sytu­acji i podej­mo­wa­nie dzia­łań na rzecz jej poprawy. Te mar­twe punkty - powszechne w całej kul­tu­rze, lecz w kata­stro­fal­nym stop­niu tra­piące mój zawód - spra­wiają, że nie jeste­śmy świa­domi zależ­no­ści, które wiążą zdro­wie z życiem spo­łeczno-emo­cjo­nal­nym.

Ujmę to ina­czej: prze­wle­kła cho­roba - psy­chiczna lub fizyczna - jest w dużej mie­rze pochodną lub cechą tego, jak się rze­czy mają, a nie usterką; sta­nowi kon­se­kwen­cję naszego życia, a nie tajem­ni­cze wyna­tu­rze­nie.

Nawią­za­nie do tok­sycz­nej kul­tury w pod­ty­tule tej książki może się koja­rzyć z zanie­czysz­cze­niem śro­do­wi­ska, tak powszech­nym od zara­nia ery prze­my­sło­wej i tak nie­przy­ja­znym dla ludz­kiego zdro­wia. Rze­czy­wi­ście nie brak w naszym oto­cze­niu praw­dzi­wych, fizycz­nych tru­cizn, od czą­stek azbe­stu po coraz wyż­sze stę­że­nie dwu­tlenku węgla. "Tok­sycz­ność" można też jed­nak rozu­mieć w bar­dziej współ­cze­snym zna­cze­niu zaczerp­nię­tym z psy­cho­lo­gii popu­lar­nej, pole­ga­ją­cym na sze­rze­niu się nega­tyw­no­ści, nie­uf­no­ści, wro­go­ści i pola­ry­za­cji, nie­wąt­pli­wie cechu­ją­cych obecną sytu­ację socjo­po­li­tyczną. Oba te zna­cze­nia możemy bez­sprzecz­nie włą­czyć do tych roz­wa­żań, ja jed­nak uży­łem ter­minu "tok­syczna kul­tura" w odnie­sie­niu do cze­goś więk­szego i głę­biej zako­rze­nio­nego: całego kon­tek­stu struk­tur spo­łecz­nych, sys­te­mów prze­ko­nań, zało­żeń i war­to­ści, który nas ota­cza i siłą rze­czy prze­nika każdy aspekt naszego życia.

Wpływ jako­ści życia spo­łecz­nego na zdro­wie nie jest nowym odkry­ciem, lecz uświa­do­mie­nie go sobie ni­gdy nie było pil­niej­sze. Postrze­gam go jako naj­do­nio­ślej­szy pro­blem zdro­wotny naszych cza­sów, napę­dzany skut­kami pogłę­bia­ją­cych się nie­rów­no­ści, stresu i widma kata­strofy kli­ma­tycz­nej, by wymie­nić tylko kilka naj­waż­niej­szych czyn­ni­ków. Nasza kon­cep­cja dobro­stanu musi zmie­nić swój wymiar z indy­wi­du­al­nego na glo­balny w każ­dym zna­cze­niu tego słowa. Jest to szcze­gól­nie istotne w epoce zglo­ba­li­zo­wa­nego kapi­ta­li­zmu, który - jak mówi histo­ryk kul­tury Mor­ris Ber­man - stał się "total­nym śro­do­wi­skiem komer­cyj­nym, ota­cza­ją­cym cały świat men­talny"q2. Bio­rąc pod uwagę pod­kre­ślaną w tej książce jed­ność umy­słu i ciała, dodam, że sta­nowi on rów­nież totalne śro­do­wi­sko fizjo­lo­giczne.

Twier­dzę, że nasza kul­tura spo­łeczna i eko­no­miczna z samej swej natury wytwa­rza chro­niczne stre­sory, mające bar­dzo poważny, nega­tywny wpływ na zdro­wie, który na prze­strzeni kil­ku­dzie­się­ciu ostat­nich lat nie­ustan­nie się nasi­lał.

Przy­to­czę przy­datną ana­lo­gię. W kon­tek­ście labo­ra­to­ryj­nym kul­tura jest pre­pa­ra­tem bio­che­micz­nym opra­co­wa­nym tak, by sprzy­jał roz­wo­jowi tego czy innego orga­ni­zmu. Przy zało­że­niu, że wpro­wa­dzo­nym do niej drob­no­ustro­jom nic nie dolega i są w dobrej kon­dy­cji gene­tycz­nej, pra­wi­dłowo utrzy­my­wana kul­tura powinna wspie­rać ich pomyślny, zdrowy wzrost i namna­ża­nie się. Jeśli wśród mikro­or­ga­ni­zmów w bez­pre­ce­den­so­wym tem­pie zaczną ple­nić się pato­lo­gie lub mikroby nie będą się pra­wi­dłowo roz­wi­jać, to zna­czy, że albo kul­tura została ska­żona, albo od samego początku była źle dobrana. Bez względu na powód możemy słusz­nie nazwać ją kul­turą tok­syczną - nie­od­po­wied­nią dla stwo­rzeń, któ­rym miała sprzy­jać, lub co gor­sza, groźną dla ich prze­trwa­nia. Tak samo jest ze spo­łecz­no­ściami ludz­kimi. Jak powie­dział pre­zen­ter radiowy, akty­wi­sta i pisarz Thom Hart­mann: "Kul­tura może być zdrowa lub tok­syczna, opie­kuń­cza lub zabój­cza"q3.

Z per­spek­tywy dobro­stanu nasza obecna kul­tura postrze­gana przez pry­zmat eks­pe­ry­mentu labo­ra­to­ryj­nego jest demon­stra­cją nie­po­wo­dzeń o coraz bar­dziej glo­bal­nym wymia­rze. Pomimo ist­nie­nia spek­ta­ku­lar­nych środ­ków eko­no­micz­nych, tech­no­lo­gicz­nych i medycz­nych obar­cza nie­zli­czone rze­sze ludzi cho­ro­bami zro­dzo­nymi ze stresu, igno­ran­cji, nie­rów­no­ści, degra­da­cji śro­do­wi­ska, zmian kli­ma­tycz­nych, ubó­stwa oraz izo­la­cji spo­łecz­nej. Pozwala milio­nom na przed­wcze­sną śmierć z powodu cho­rób, któ­rym umiemy zapo­bie­gać, lub nie­do­stat­ków, jakie mogli­by­śmy wyeli­mi­no­wać z nad­dat­kiem.

W Sta­nach Zjed­no­czo­nych, naj­bo­gat­szym kraju w dzie­jach i sercu zglo­ba­li­zo­wa­nego sys­temu gospo­dar­czego, 60 pro­cent doro­słych cierpi na jedną z cho­rób prze­wle­kłych, takich jak nad­ci­śnie­nie lub cukrzyca, a ponad 40 pro­cent ma dwa takie scho­rze­nia lub wię­cejq4. Pra­wie 70 pro­cent Ame­ry­ka­nów przyj­muje co naj­mniej jeden lek na receptę; ponad połowa bie­rze dwaq5. Jeśli w moim kraju, Kana­dzie, utrzyma się dotych­cza­sowa ten­den­cja, w ciągu kilku lat nawet połowa wszyst­kich uro­dzo­nych w erze wyżu demo­gra­ficz­nego będzie cier­pieć na nad­ci­śnie­nieq6. U kobiet nie­współ­mier­nie wzro­sła czę­sto­tli­wość wystę­po­wa­nia cho­rób auto­im­mu­no­lo­gicz­nych mają­cych poważne kon­se­kwen­cje, takich jak stward­nie­nie roz­siane (SM)q7. Wśród osób mło­dych zdają się też rosnąć sta­ty­styki zapa­dal­no­ści na nowo­twory nie­zwią­zane z pale­niem tyto­niu. Wskaź­niki oty­ło­ści i wiele zwią­za­nych z nią zagro­żeń dla zdro­wia rosną w wielu kra­jach, w tym Kana­dzie, Austra­lii, a zwłasz­cza w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, gdzie kry­te­ria oty­ło­ści speł­nia ponad 30 pro­cent doro­słych. W tej nie­we­so­łej sta­ty­styce Mek­syk prze­ści­gnął ostat­nio swego pół­noc­nego sąsiada, wsku­tek czego co godzinę stwier­dza się cukrzycę u trzy­dzie­stu ośmiu Mek­sykanów. Za sprawą glo­ba­li­za­cji Azja nie pozo­staje w tyle. "Chiny weszły w erę oty­ło­ści - poin­for­mo­wał pekiń­ski badacz zdro­wia dzieci Ji Chen­gye. - Postę­puje w szo­ku­ją­cym tem­pie"q8.

W całym zachod­nim świe­cie wśród mło­dych, doro­słych i senio­rów stwier­dza się coraz wię­cej zabu­rzeń zdro­wia psy­chicz­nego. W Kana­dzie naj­szyb­ciej rosną sta­ty­styki depre­sji i sta­nów lęko­wych, a w 2019 roku ponad 50 milio­nów Ame­ry­ka­nów - czyli wię­cej niż 20 pro­cent doro­słej popu­la­cji - doświad­czyło epi­zodu cho­roby psy­chicz­nejq9. Z kolei w Euro­pie, według auto­rów nie­daw­nego mię­dzy­na­ro­do­wego bada­nia, zabu­rze­nia psy­chiczne stały się "naj­więk­szym wyzwa­niem zdro­wot­nym XXI wieku"q10. Miliony ame­ry­kań­skich dzieci i mło­dzieży przyj­mują środki pobu­dza­jące, anty­de­pre­syjne, a nawet prze­ciw­p­sy­cho­tyczne, któ­rych dłu­go­trwały wpływ na roz­wi­ja­jący się mózg nie został jesz­cze dogłęb­nie zba­dany: trwa ryzy­kowny eks­pe­ry­ment spo­łeczny w obsza­rze che­micz­nej kon­troli mózgów i zacho­wań mło­dych ludzi. Mro­żący krew w żyłach nagłó­wek, jaki uka­zał się w 2019 roku w inter­ne­to­wym ser­wi­sie infor­ma­cyj­nym Scien­ce­Alert, mówi sam za sie­bie: "Liczba prób samo­bój­czych wśród ame­ry­kań­skich dzieci rośnie w zawrot­nym tem­pie i nikt nie wie dla­czego"q11. W rów­nie czar­nych bar­wach rysuje się sytu­acja w Wiel­kiej Bry­ta­nii, gdzie nie­dawno "Guar­dian" doniósł, że: "W bry­tyj­skich uni­wer­sy­te­tach gwał­tow­nie rośnie liczba przy­pad­ków lęków, zała­mań psy­chicz­nych i depre­sji wśród stu­den­tów"q12. W miarę postę­pów glo­ba­li­za­cji warunki panu­jące dotych­czas w kra­jach "roz­wi­nię­tych" stop­niowo prze­ni­kają do innych rejo­nów świata. Na przy­kład ADHD zyskuje wagę "coraz więk­szego pro­blemu zdro­wia publicz­nego" w Chi­nachq13.

Kata­strofa kli­ma­tyczna, któ­rej skutki już odczu­wamy, stwo­rzyła zupeł­nie nowe źró­dło nie­bez­pie­czeństw dla zdro­wia; stała się - jeśli to w ogóle moż­liwe - jesz­cze groź­niej­szą wer­sją nukle­ar­nego mie­cza Damo­klesa, wiszą­cego nad ludz­ko­ścią od cza­sów Hiro­szimy. "Nie­po­kój doty­czący zmian kli­ma­tycz­nych prze­kłada się wśród mło­dych ludzi na prze­świad­cze­nie, że nie mają przy­szło­ści, a ludz­kość jest ska­zana na zagładę" - donie­śli auto­rzy prze­pro­wa­dzo­nego w 2021 roku bada­nia postaw świa­to­po­glą­do­wych, w któ­rym wzięło udział ponad dzie­sięć tysięcy osób z czter­dzie­stu dwóch kra­jów. W połą­cze­niu z poczu­ciem zdrady i pozo­sta­wie­nia ich wła­snemu losowi przez rządy i doro­słych taka apa­tia i despe­ra­cja "są chro­nicz­nymi stre­so­rami, które będą miały zna­czące, dłu­go­fa­lowe i nara­sta­jące nega­tywne kon­se­kwen­cje dla zdro­wia psy­chicz­nego dzieci i mło­dzieży"q14. Jeśli wyobra­zimy sobie ludz­kość w postaci kolo­nii orga­ni­zmów z labo­ra­to­ryj­nej ana­lo­gii, te i inne wskaź­niki jed­no­znacz­nie potwier­dzą nam tok­sycz­ność kul­tury. Co gor­sza, można mówić o swo­istej akli­ma­ty­za­cji - czy raczej akul­turyzacji - do wielu tra­pią­cych nas pro­ble­mów. Stały się one, z braku lep­szego słowa, nor­malne.

W prak­tyce medycz­nej słowo "nor­mal­ność" odnosi się mię­dzy innymi do stanu, do jakiego dążymy my, leka­rze, wyzna­cza­jąc gra­nicę mię­dzy zdro­wiem a cho­robą. Celem sto­so­wa­nia kura­cji i leków jest osią­gnię­cie "nor­mal­nych pozio­mów" i "nor­mal­nego funk­cjo­no­wa­nia". Suk­ces lub nie­po­wo­dze­nie oce­niamy rów­nież na pod­sta­wie "norm sta­ty­stycz­nych"; zapew­niamy zanie­po­ko­jo­nych pacjen­tów, że ten czy inny objaw lub sku­tek uboczny jest zupeł­nie nor­malny i "nale­żało się go spo­dzie­wać". Wszystko to są kon­kretne i uza­sad­nione zasto­so­wa­nia tego ter­minu, które umoż­li­wiają nam reali­styczną ocenę sytu­acji, pozwa­la­jącą na odpo­wied­nie ukie­run­ko­wa­nie wysił­ków.

To nie w tym sen­sie tytuł tej książki odnosi się do nor­mal­no­ści, lecz w zna­cze­niu bar­dziej pod­stęp­nym, które nie tylko nie pomaga nam w dąże­niu do zdrow­szej przy­szło­ści, lecz wręcz tor­pe­duje takie sta­ra­nia.

Jeste­śmy nie­zrów­nani pod wzglę­dem przy­wy­ka­nia do róż­nych rze­czy, co ma swoje dobre i złe strony, zwłasz­cza gdy zmiany są stop­niowe. Nowo­modny cza­sow­nik "nor­ma­li­zo­wać" odnosi się do pro­cesu, dzięki któ­remu coś, co wcze­śniej odbie­gało od normy, staje się na tyle nor­malne, że nie zwra­camy na to uwagi. Na pozio­mie spo­łecz­nym zatem nor­mal­ność czę­sto ozna­cza "nie ma tu nic do oglą­da­nia"; wszyst­kie sys­temy pra­cują tak jak powinny i nie ma sensu roz­trzą­sać tematu.

Prawda widziana moimi oczami jest zupeł­nie inna.

Nie­ży­jący już David Foster Wal­lace, mistrz słowa, pisarz i ese­ista, roz­po­czął kie­dyś prze­mó­wie­nie pod­czas uro­czy­sto­ści ukoń­cze­nia stu­diów zabawną przy­po­wie­ścią, która dobrze ilu­struje pro­blemy z nor­mal­no­ścią. Histo­ria opo­wiada o dwóch rybach, które spo­ty­kają star­szego przed­sta­wi­ciela swego gatunku, ten zaś wita je wesoło: "Cześć, jak tam woda?". Dwie młode ryby płyną przez chwilę w mil­cze­niu, po czym jedna patrzy na drugą i mówi: "A co to takiego ta woda?". Spo­strze­że­nie, do któ­rego prze­my­śle­nia Wal­lace chciał zachę­cić słu­cha­czy, pole­gało na tym, że "naj­bar­dziej oczy­wi­ste, wszech­obecne i ważne realia są czę­sto tymi, które naj­trud­niej dostrzec i omó­wić". Przy­znał, że w pierw­szej chwili może to brzmieć banal­nie, lecz "w codzien­nych oko­pach doro­słej egzy­sten­cji banały mogą decy­do­wać o życiu lub śmierci".

Trudno o lep­sze uję­cie tezy tej książki. Rze­czy­wi­ście bowiem życie i śmierć poszcze­gól­nych ist­nień ludz­kich - jakość egzy­sten­cji, a w wielu przy­pad­kach czas jej trwa­nia - są ści­śle zwią­zane z tymi aspek­tami współ­cze­snego spo­łe­czeń­stwa, które "naj­trud­niej dostrzec i omó­wić"; zja­wi­skami, które podob­nie jak woda dla ryb są zbyt roz­le­głe i zbyt bli­skie, aby uzmy­sło­wić sobie ich zna­cze­nie. Innymi słowy, te aspekty codzien­nego życia, które zdają się nam teraz nor­malne, w isto­cie naj­gło­śniej doma­gają się wni­kli­wej ana­lizy. To moje zasad­ni­cze stwier­dze­nie. Idąc jego tro­pem, moim głów­nym zamia­rem jest przed­sta­wie­nie nowego spo­sobu widze­nia i oma­wia­nia tych zja­wisk, pozwa­la­ją­cego na prze­nie­sie­nie ich z tła na pierw­szy plan, aby­śmy mogli jak naj­szyb­ciej zna­leźć jakże potrzebne roz­wią­za­nia.

Posta­ram się poka­zać, że wiele z tego, co w naszym spo­łe­czeń­stwie ucho­dzi za nor­malne, nie jest ani natu­ralne, ani zdrowe, a speł­nie­nie kry­te­riów nor­mal­no­ści owego spo­łe­czeń­stwa pod wie­loma wzglę­dami ozna­cza dosto­so­wa­nie się do wyma­gań głę­boko nie­nor­mal­nych w kon­tek­ście naszych natu­ral­nych potrzeb - jest więc nie­zdrowe i krzyw­dzące na pozio­mie fizjo­lo­gicz­nym, men­tal­nym, a nawet ducho­wym.

Gdy­by­śmy zaczęli postrze­gać fakt ist­nie­nia wielu cho­rób nie w cha­rak­te­rze okrut­nego zrzą­dze­nia losu lub wred­nej zagadki, lecz raczej spo­dzie­wa­nej, a zatem nor­mal­nej kon­se­kwen­cji nie­nor­mal­nych, nie­na­tu­ral­nych oko­licz­no­ści, mia­łoby to prze­ło­mowe impli­ka­cje dla naszego podej­ścia do wszyst­kiego, co ma zwią­zek ze zdro­wiem. Chore ciała i umy­sły nie byłyby już trak­to­wane jako prze­jawy indy­wi­du­al­nych pato­lo­gii, lecz żywe sygnały ostrze­gaw­cze każące nam przyj­rzeć się temu, w któ­rym miej­scu nasze spo­łe­czeń­stwo się wyna­tu­rzyło i które z domi­nu­ją­cych pew­ni­ków i zało­żeń doty­czą­cych zdro­wia są w isto­cie fik­cją. Widziane wyraź­nie, mogłyby one udzie­lić nam też wska­zó­wek, co należy zro­bić z myślą o zawró­ce­niu z obra­nego kursu i budo­wie zdrow­szego świata.

Naj­więk­szą prze­szkodą w two­rze­niu owego zdro­wego świata, więk­szą niż nie­do­statki tech­no­lo­gii, nie­wy­star­cza­jące fun­du­sze czy brak nowych odkryć, jest wypa­czona idea nor­mal­no­ści w naszej kul­tu­rze, która powstrzy­muje nas nawet przed tymi dzia­ła­niami, które powinny wyni­kać z już zdo­by­tej wie­dzy. Jej tamu­jący wpływ jest szcze­gól­nie dotkliwy w dzie­dzi­nie, w któ­rej jasność widze­nia jest potrzebna naj­bar­dziej: medy­cy­nie.

Obecny para­dyg­mat medyczny, ze względu na rze­komo naukowy cha­rak­ter, który pod pew­nymi wzglę­dami bar­dziej przy­po­mina ide­olo­gię niż wie­dzę empi­ryczną, jest obar­czony podwój­nym błę­dem. Spro­wa­dza on zło­żone zja­wi­ska do czy­stej bio­lo­gii i oddziela umysł od ciała, zaj­mu­jąc się pra­wie wyłącz­nie jed­nym albo dru­gim, z pomi­nię­ciem ich zasad­ni­czej jed­no­ści. Wada ta nie unie­waż­nia bez­dy­sku­syj­nie nie­zwy­kłych osią­gnięć medy­cyny ani nie kala dobrych inten­cji wielu prak­ty­ku­ją­cych ją osób, lecz poważ­nie ogra­ni­cza moż­li­wo­ści czy­nie­nia dobra przez naukę medyczną.

Jeden z naj­pow­szech­niej­szych i kata­stro­fal­nych błę­dów, na jakie nara­żony jest nasz sys­tem opieki zdro­wot­nej, sta­nowi igno­ran­cja - w rozu­mie­niu nie­wie­dzy albo czyn­nego igno­ro­wa­nia tego, co nauce udało się już usta­lić. Przy­kła­dem są coraz licz­niej­sze dowody na to, że żywych ludzi nie można podzie­lić na odrębne narządy i układy, a nawet na "umy­sły" i "ciała". Ogól­nie rzecz bio­rąc, świat medyczny nie chciał lub nie potra­fił przy­swoić tych dowo­dów i odpo­wied­nio sko­ry­go­wać metod postę­po­wa­nia. Nowa nauka - w tym wiele kon­cep­cji wcale już nie tak świe­żych - nie wywarła jesz­cze zna­czą­cego wpływu na tok kształ­ce­nia w aka­de­miach medycz­nych, ska­zu­jąc przy­szłych pra­cow­ni­ków służby zdro­wia, choćby tych o naj­lep­szych inten­cjach, na błą­dze­nie po omacku. Wielu z nich musi docho­dzić do wnio­sków samo­dziel­nie.

Dla mnie pro­ces łącze­nia ele­men­tów ukła­danki roz­po­czął się kil­ka­dzie­siąt lat temu, gdy kie­ru­jąc się intu­icją, wysze­dłem poza stan­dar­dowy reper­tuar suchego lekar­skiego kwe­stio­na­riu­sza doty­czą­cego obja­wów i histo­rii medycz­nej, by zapy­tać pacjen­tów o szer­szy kon­tekst cho­roby: ich egzy­sten­cję. Jestem głę­boko wdzięczny za to, czego nauczy­łem się od tych męż­czyzn i kobiet na pod­sta­wie ich życia i umie­ra­nia; ich cier­pie­nia i powrotu do zdro­wia, a także z przy­ta­cza­nych przez nich histo­rii. Sedno tych doświad­czeń, w pełni zgodne z tym, co poka­zuje nauka, jest nastę­pu­jące: zdro­wie i cho­roba nie są przy­pad­ko­wymi sta­nami okre­ślo­nego ciała lub jego czę­ści. Sta­no­wią w isto­cie wyraz całego życia, któ­rego z kolei nie spo­sób pojąć w izo­la­cji, pozo­staje ono bowiem pod wpły­wem splotu oko­licz­no­ści, rela­cji, zda­rzeń i doświad­czeń - lub ujmu­jąc to jesz­cze traf­niej, jest ich skut­kiem.

Mamy rzecz jasna powody do cie­sze­nia się ze zdu­mie­wa­ją­cych postę­pów medy­cyny, jakie doko­nały się w ciągu dwóch ostat­nich stu­leci, oraz z nie­stru­dzo­nego hartu ducha i geniu­szu inte­lek­tu­al­nego tych, któ­rych prace dopro­wa­dziły do gigan­tycz­nego roz­woju w wielu dzie­dzi­nach ludz­kiego zdro­wia. Przy­to­czę tylko jeden przy­kład: zapa­dal­ność na polio - strasz­liwą cho­robę, która jesz­cze dwa czy trzy poko­le­nia wcze­śniej uśmier­cała lub oka­le­czała nie­zli­czone dzieci - według ame­ry­kań­skich Cen­trów Kon­troli i Zapo­bie­ga­nia Cho­ro­bom od 1988 roku spa­dła o ponad 99 pro­cent; więk­szość dzi­siej­szych dzieci praw­do­po­dob­nie ni­gdy o tej cho­ro­bie nie sły­szałaq15. Podob­nie jest w przy­padku nieco bliż­szego naszym cza­som pro­blemu HIV, który sto­sun­kowo szybko z wyroku śmierci stał się moż­liwą do opa­no­wa­nia cho­robą prze­wle­kłą - przy­naj­mniej dla tych, któ­rzy mają dostęp do odpo­wied­nich rodza­jów tera­pii. A choć pan­de­mia COVID-19 miała tra­giczne skutki, bły­ska­wiczny roz­wój szcze­pio­nek można zali­czyć do trium­fów współ­cze­snej nauki i medy­cyny.

Pro­blem z takimi dobrymi wie­ściami - a są to naprawdę zna­ko­mite infor­ma­cje - polega na tym, iż pod­sy­cają one krze­piące prze­ko­na­nie o doko­ny­wa­niu postę­pów ku zdrow­szym stan­dar­dom życia i skła­niają do zwod­ni­czej bier­no­ści. Rze­czy­wi­sty obraz jest zupeł­nie inny. Daleko nam do bycia o krok od roz­wią­za­nia sto­ją­cych przed nami współ­cze­snych pro­ble­mów zdro­wot­nych, a za więk­szo­ścią z nich led­wie udaje się nam nadą­żyć. Czę­sto naj­lep­sze, co umiemy zro­bić, spro­wa­dza się do zła­go­dze­nia obja­wów - chi­rur­gicz­nie, far­ma­ko­lo­gicz­nie bądź na oby­dwa spo­soby. Bez względu na to, jak mile widziane są prze­łomy w medy­cy­nie i jak owocne oka­zują się bada­nia, sed­nem pro­blemu nie jest defi­cyt wie­dzy, tech­no­lo­gii czy metod, lecz ogra­ni­czone, prze­sta­rzałe podej­ście, które nie wyja­śnia obser­wo­wa­nych zja­wisk. Obra­łem sobie za cel przed­sta­wie­nie świe­żego spoj­rze­nia, które moim zda­niem nie­sie ze sobą ogromne moż­li­wo­ści two­rze­nia zdrow­szego para­dyg­matu: nowej wizji nor­mal­no­ści, która pie­lę­gnuje to, co w nas naj­lep­sze.

Wątek tej książki podąża za zazę­bia­ją­cymi się kwe­stiami przy­czyn, powią­zań i kon­se­kwen­cji, które rzu­tują na nasze zdro­wie lub jego brak. Roz­pocznę od wnę­trza na pozio­mie bio­lo­gii czło­wieka, a następ­nie - bada­jąc bli­skie zależ­no­ści, w ramach któ­rych roz­wi­jają się nasze ciała, mózgi i cha­rak­tery - przejdę do kwe­stii zewnętrz­nych, ku naj­bar­dziej glo­bal­nym wymia­rom zbio­ro­wej egzy­sten­cji, a mia­no­wi­cie aspek­tom socjo­eko­no­micz­nym i poli­tycz­nym. Po dro­dze pokażę, jak zdro­wie fizyczne i psy­chiczne jest mister­nie powią­zane z naszymi odczu­ciami lub prze­ko­na­niami na temat sie­bie i świata i jak życie zaspo­kaja nie­zby­walne ludz­kie potrzeby bądź tego nie robi. Ponie­waż trauma we współ­cze­snym życiu sta­nowi pod­sta­wową war­stwę doświad­czeń, w dużej mie­rze igno­ro­waną lub błęd­nie rozu­mianą, zacznę od jej robo­czej defi­ni­cji, która stwo­rzy grunt pod dal­sze roz­wa­ża­nia.

Na każ­dym eta­pie tych roz­wa­żań moim zada­niem będzie zaj­rze­nie za kulisy powszech­nej wie­dzy i prze­ka­zy­wa­nych mądro­ści, z uwzględ­nie­niem tego, co mówi nauka i uważna obser­wa­cja, w celu oba­le­nia mitów, które pod­trzy­mują obecne sta­tus quo. Podob­nie jak w moich poprzed­nich książ­kach, nauka i jej impli­ka­cje dla zdro­wia zostaną przy­bli­żone poprzez wzięte z życia histo­rie i stu­dia przy­pad­ków osób, które wspa­nia­ło­myśl­nie podzie­liły się ze mną swo­imi prze­ży­ciami w zdro­wiu i cho­ro­bie. Są wśród nich rela­cje zale­d­wie tro­chę zaska­ku­jące, jak i naprawdę nie­wia­ry­godne; roz­dzie­ra­jące serce i inspi­ru­jące.

Tak, inspi­ru­jące. Z tych trud­nych opo­wie­ści wyła­nia się bowiem pokrze­pia­jący wnio­sek. Gdy trzeźwo spoj­rzymy na to, co my jako kul­tura uzna­li­śmy za nor­malne na temat zdro­wia oraz cho­roby, i zdamy sobie sprawę, że nie taka powinna być kolej rze­czy i nie jeste­śmy na nią ska­zani, możemy dostrzec moż­li­wość powrotu do tego, co od początku prze­wi­działa dla nas natura. Pro­ces wspo­mnia­nego w pod­ty­tule zdro­wie­nia - w rozu­mie­niu ponow­nego sta­wa­nia się cało­ścią - może się roz­po­cząć dopiero wów­czas, gdy posta­no­wimy jasno ujrzeć, jak się sprawy mają. Stwier­dze­nie to nie sta­nowi obiet­nicy cudow­nego wyle­cze­nia, a po pro­stu nawią­zuje do ist­nie­ją­cych w każ­dym z nas, trud­nych jesz­cze do wyobra­że­nia moż­li­wo­ści dąże­nia do dobro­stanu; moż­li­wo­ści ujaw­nia­ją­cych się dopiero wtedy, gdy sku­tecz­nie sta­wimy czoła mitom2 o nor­mal­no­ści, do któ­rych bier­nie przy­wy­kli­śmy. Jeśli jest to prawdą dla czło­wieka jako jed­nostki, musi być też praw­dziwe dla ludz­ko­ści jako gatunku.

Zdro­wie­nie nie jest pew­ni­kiem, ale realną moż­li­wo­ścią. Nie będzie prze­sadą stwier­dze­nie, że w tym momen­cie dzie­jów jest też czymś koniecz­nym. Wszystko, co przez lata widzia­łem i czego się nauczy­łem, daje mi pew­ność, że mamy w sobie jego moc.

Roz­dział 1

Ostatnie miejsce, w którym chciałbyś być: oblicza traumy

Trudno wyobra­zić sobie ludz­kie życie bez choćby odro­biny cier­pie­nia, a jed­nak więk­szość z nas nie ma poję­cia, co robić, gdy cier­pimy3.

Mark Epstein, Trauma codzien­no­ści4

Wyobraź sobie nastę­pu­jącą sytu­ację: w krzep­kim wieku sie­dem­dzie­się­ciu jeden lat, sześć lat przed napi­sa­niem tej książki, jej autor wraca do Van­co­uver z pre­lek­cji w Fila­del­fii. Wykłady oka­zały się suk­ce­sem, mia­łem entu­zja­stycz­nie nasta­wioną publicz­ność, a moje prze­sła­nie o wpły­wie uza­leż­nie­nia i traumy na ludz­kie życie zostało cie­pło przy­jęte. Podró­żo­wa­łem z nie­ocze­ki­wa­nymi wygo­dami, dzięki uprzej­mo­ści linii lot­ni­czych Air Canada, które prze­nio­sły mnie do klasy biz­nes. Gdy samo­lot scho­dził nad wspa­niałą pano­ramą Van­co­uver, roz­cią­ga­jącą się od morza do nieba, byłem niczym Mały Jack Hor­ner z dzie­cię­cej rymo­wanki, pro­mie­nie­jący satys­fak­cją z samego sie­bie. Po wylą­do­wa­niu, gdy samo­lot koło­wał do bramy, ekran tele­fonu roz­bły­snął wia­do­mo­ścią od mojej żony Rae: "Prze­pra­szam, jesz­cze nie wyszłam z domu. Na­dal chcesz, żebym po cie­bie przy­je­chała?". Zesztyw­nia­łem, a satys­fak­cja prze­mie­niła się we wście­kłość. "Nie trzeba" - podyk­to­wa­łem krótko do tele­fonu. Roz­go­ry­czony wysia­dłem, prze­sze­dłem odprawę celną i wró­ci­łem do domu tak­sówką, a jazda trwała rap­tem dwa­dzie­ścia minut. (Jestem prze­ko­nany, że czy­tel­nik wła­śnie kur­czowo ści­ska książkę w empa­tycz­nym obu­rze­niu na jawną znie­wagę doznaną przez autora). Spo­tkaw­szy się z Rae, wark­ną­łem "cześć", które zabrzmiało bar­dziej jak oskar­że­nie niż powi­ta­nie, i led­wie wymie­ni­łem z nią spoj­rze­nia. Co wię­cej, wła­ści­wie nie nawią­za­łem z nią kon­taktu wzro­ko­wego przez następną dobę. Zwra­ca­łem się do niej lako­nicz­nymi burk­nię­ciami. Odwra­ca­łem wzrok, górną część twa­rzy mia­łem napiętą jak maska i bez prze­rwy zaci­ska­łem szczękę.

Co się ze mną działo? Czy tak wygląda reak­cja doj­rza­łego doro­słego, któ­remu stuk­nął siódmy krzy­żyk? Tylko na pozór. W takich przy­pad­kach doro­słego Gabora jest we mnie bar­dzo mało. Więk­szość tkwi w szpo­nach odle­głej prze­szło­ści, bli­skiej począt­kom mojego życia. Tego rodzaju fizyczno-emo­cjo­nalne zakrzy­wie­nie czasu, unie­moż­li­wia­jące mi cie­sze­nie się chwilą, jest jedną z oznak traumy i moty­wem prze­wod­nim wielu ludzi w naszej kul­tu­rze. W rze­czy­wi­sto­ści tkwi ona w nas cier­niem tak głę­boko, że wiele osób nawet nie zdaje sobie sprawy z jej ist­nie­nia.

Grecki źró­dło­słów słowa trauma ozna­cza "ranę". Nie­za­leż­nie od tego, czy zda­jemy sobie z tego sprawę, odnie­sione rany - czy też spo­soby, w jaki sobie z nimi radzimy - narzu­cają więk­szość naszych zacho­wań, kształ­tują nawyki spo­łeczne oraz wzorce myśle­nia o świe­cie. Mogą nawet decy­do­wać o tym, czy w ogóle jeste­śmy zdolni do racjo­nal­nego myśle­nia w naj­waż­niej­szych dla życia kwe­stiach. U wielu z nas trauma ujaw­nia się w naj­bliż­szych związ­kach, szko­dząc im na naj­róż­niej­sze spo­soby.

W 1889 roku pio­nier w tej dzie­dzi­nie, fran­cu­ski psy­cho­log Pierre Janet, po raz pierw­szy opi­sał trau­ma­tyczne wspo­mnie­nie jako pod­trzy­my­wane w "odru­cho­wych dzia­ła­niach i reak­cjach, odczu­ciach i posta­wach (...) odtwa­rzane i odgry­wane na nowo w for­mie fizycz­nych doznań"q16. W obec­nym stu­le­ciu jeden z czo­ło­wych psy­cho­lo­gów traumy i uzdro­wi­cieli Peter Levine napi­sał, że wstrzą­sa­jący dla orga­ni­zmu bodziec "może zachwiać bio­lo­giczną, psy­cho­lo­giczną i spo­łeczną rów­no­wagą czło­wieka, a wspo­mnie­nie wyda­rze­nia może przy­ćmić wszyst­kie inne doświad­cze­nia i unie­moż­li­wić doce­nia­nie tego, co dzieje się tu i teraz"q17. Levine nazywa to zja­wi­sko "tyra­nią prze­szło­ści".

W moim przy­padku wzo­rzec wro­go­ści wobec wia­do­mo­ści przy­sła­nej przez Rae można odna­leźć w pamięt­niku, który pro­wa­dziła w Buda­pesz­cie moja matka nie­mal nie­czy­tel­nym pismem i z dużymi prze­rwami w cza­sie pierw­szych lat mojego życia u kresu dru­giej wojny świa­to­wej i po jej zakoń­cze­niu. Poniż­szy wpis, prze­tłu­ma­czony przeze mnie z węgier­skiego, spo­rzą­dziła 8 kwiet­nia 1945 roku, gdy mia­łem czter­na­ście mie­sięcy:

Mój malutki, dopiero po wielu mie­sią­cach ponow­nie biorę do ręki pióro, aby pokrótce naszki­co­wać dla cie­bie nie­wy­obra­żalną gehennę tych cza­sów, któ­rych szcze­gó­łów wola­ła­bym, abyś nie poznał (...). Dwu­na­stego grud­nia strza­ło­krzy­żowcy zago­nili nas do ogro­dzo­nego getta w Buda­pesz­cie, z któ­rego z nie­sły­cha­nym tru­dem udało się nam wydo­stać, by zna­leźć schro­nie­nie w domu będą­cym pod szwaj­car­ską kura­telą. Stam­tąd po dwóch dniach pobytu wysła­łam cię z zupeł­nie obcą osobą do two­jej cioci Violi, bo wie­dzia­łam, że twój mały orga­nizm nie wytrzyma tru­dów egzy­sten­cji w tym budynku. Zaczęło się wtedy pięć lub sześć naj­strasz­niej­szych tygo­dni mojego życia, gdy nie mogłam cię zoba­czyć.

Prze­ży­łem dzięki życz­li­wo­ści i odwa­dze nie­zna­nej chrze­ści­janki, któ­rej mama powie­rzyła mnie na ulicy, ta zaś prze­ka­zała mnie krew­nym, któ­rzy miesz­kali w ukry­ciu w rela­tyw­nie bez­piecz­nych warun­kach. Gdy woj­ska sowiec­kie roz­gro­miły Niem­ców i wró­ci­łem do matki, przez kilka dni nawet na nią nie spoj­rza­łem.

Wybitny dwu­dzie­sto­wieczny bry­tyj­ski psy­chia­tra i psy­cho­log John Bowlby znał ten rodzaj zacho­wa­nia: nazwał go odłą­cze­niem lub zobo­jęt­nie­niem (ang. detach­ment). W swo­jej kli­nice obser­wo­wał dzie­się­cioro małych dzieci, które ze względu na nie­prze­wi­dziane oko­licz­no­ści musiały na dłuż­szy czas zostać oddzie­lone od rodzi­ców. "Pod­czas pierw­szego spo­tka­nia z matką po dniach albo tygo­dniach roz­łąki każde z dzieci wyka­zy­wało pewien dystans - zauwa­żył Bowlby. - Dwoje zda­wało się nie roz­po­zna­wać matek. Pozo­sta­łych ośmioro odwró­ciło się od nich albo nawet ode­szło. Więk­szość pła­kała lub była bli­ska łez; u kilku na buziach gry­mas pła­czu poja­wiał się na prze­mian ze zobo­jęt­nie­niem"q18. Może się to wyda­wać sprzeczne z intu­icją, lecz odtrą­ce­nie kocha­ją­cej matki jest reak­cją adap­ta­cyjną: "Opusz­cza­jąc mnie, wyrzą­dzi­łaś mi taką krzywdę, że nie chcę nawią­zy­wać z tobą kon­taktu - mówi umysł małego dziecka. - Ni­gdy wię­cej nie chcę czuć takiego bólu". U wielu dzieci - a ja bez wąt­pie­nia do nich nale­ża­łem - takie wcze­sne reak­cje zako­rze­niają się w ukła­dzie ner­wo­wym, umy­śle i ciele, by siać spu­sto­sze­nie w przy­szłych związ­kach. Poja­wiają się przez całe życie w obli­czu incy­den­tów choćby w nie­wiel­kim stop­niu przy­po­mi­na­ją­cych ich pier­wo­wzór i czę­sto bez świa­do­mo­ści sytu­acji, która je wytwo­rzyła. Moja roz­draż­niona, obronna reak­cja na wia­do­mość od Rae była sygna­łem, że kon­trolę prze­jęły stare, głę­bo­kie obwody emo­cjo­nalne, zapro­gra­mo­wane w dzie­ciń­stwie, pod­czas gdy racjo­nalne, uspo­ka­ja­jące i samo­re­gu­lu­jące się czę­ści mojego mózgu zostały odłą­czone.

"Trauma zawsze jest przed­wer­balna" - napi­sał psy­chia­tra Bes­sel van der Kolkq19. Jego stwier­dze­nie jest w dwój­na­sób praw­dziwe. Po pierw­sze, krzywd psy­chicz­nych dozna­jemy czę­sto, zanim jesz­cze mózg jest w sta­nie sfor­mu­ło­wać jaką­kol­wiek wer­balną nar­ra­cję, tak jak stało się to w moim przy­padku. Po dru­gie, nawet gdy umiemy się już komu­ni­ko­wać za pośred­nic­twem słów, nie­które rany pozo­sta­wiają ślady w obsza­rach układu ner­wo­wego, które nie mają nic wspól­nego z języ­kiem ani poję­ciami; doty­czy to oczy­wi­ście mózgu, lecz także reszty ciała. Poku­tują one w tych czę­ściach nas, do któ­rych nie mają dostępu myśli ani słowa - możemy nawet poku­sić się o nazwa­nie tego poziomu trau­ma­tycz­nego pro­gra­mo­wa­nia "sub­wer­bal­nym". Jak wyja­śnia Peter Levine, "Świa­doma, jawna pamięć sta­nowi zale­d­wie czu­bek przy­sło­wio­wej góry lodo­wej. Jest jedy­nie wska­zówką pro­wa­dzącą do ukry­tych, pier­wot­nych, nie­jaw­nych doświad­czeń, które kie­rują nami w spo­sób trudny do wyobra­że­nia dla świa­do­mego umy­słu"q20.

Trzeba przy­znać, że moja żona nie pozwala mi wymi­gi­wać się od odpo­wie­dzial­no­ści za sytu­acje takie jak lot­ni­skowy foch przez zrzu­ca­nie całej winy na nazi­stów, faszy­stów i traumy z nie­mow­lęc­twa. Tak, moja histo­ria zasłu­guje na współ­czu­cie i zro­zu­mie­nie - a ona dała mi ich pod dostat­kiem - lecz w pew­nym momen­cie wymówka "to przez Hitlera" już nie przej­dzie. Odpo­wie­dzial­ność można i trzeba brać na sie­bie. Po dwu­dzie­stu czte­rech godzi­nach mojego mil­cze­nia Rae miała dość. "Mógł­byś już sobie odpu­ścić" - powie­działa. Tak też zro­bi­łem - co sta­nowi miarę postępu i względ­nej doj­rza­ło­ści z mojej strony. Daw­niej kilka dni lub dłu­żej zaję­łoby "odpusz­cze­nie sobie": pusz­cze­nie urazy w nie­pa­mięć, wyzwo­le­nie się z klesz­czy chłodu, roz­luź­nie­nie twa­rzy, zła­go­dze­nie głosu i spoj­rze­nie na swoją życiową part­nerkę z wła­snej woli i z miło­ścią.

"Mój pro­blem polega na tym, że oże­ni­łem się z kimś, kto mnie rozu­mie" - zży­ma­łem się czę­sto tylko na poły żar­to­bli­wie. Tak naprawdę rzecz jasna wiel­kim bło­go­sła­wień­stwem było poślu­bić kogoś, kto ma zdrowe gra­nice, widzi mnie takim, jaki jestem teraz, i nie zamie­rza dźwi­gać cię­żaru moich dłu­gich i nie­prze­wi­dzia­nych wizyt w odle­głej prze­szło­ści.

Czym jest trauma i jak działa

Piętno traumy jest powszech­niej­sze, niż się nam wydaje. Stwier­dze­nie to może dzi­wić o tyle, że "trauma" stała się w naszym spo­łe­czeń­stwie swego rodzaju nośnym hasłem. Zacznijmy od tego, że ter­min ten nabrał wiele potocz­nych odcieni, które wpro­wa­dzają w błąd i roz­my­wają jego zna­cze­nie. Zde­cy­do­wa­nie warto przed­sta­wić je wyczer­pu­jąco i przy­stęp­nie, zwłasz­cza w kon­tek­ście zdro­wia, a ponie­waż wszystko jest ze sobą powią­zane, także w odnie­sie­niu do innych obsza­rów spo­łecz­nych.

Zwy­cza­jowe poj­mo­wa­nie traumy budzi sko­ja­rze­nia z dra­ma­tycz­nymi wyda­rze­niami: hura­ga­nami, znę­ca­niem się, rażą­cym zanie­dba­niem i wojną. Ma to nie­za­mie­rzony i mylący efekt, który polega na rele­go­wa­niu traumy do sfery nie­nor­mal­no­ści, nie­ty­po­wo­ści, incy­den­tal­no­ści. Skoro ist­nieje grupa ludzi, któ­rych nazy­wamy "strau­ma­ty­zo­wa­nymi", to zna­czy, że więk­szość z nas taka nie jest. Podej­ście to jest w dużej mie­rze nie­tra­fione. Trauma prze­nika naszą kul­turę, od funk­cjo­no­wa­nia na pozio­mie jed­nostki przez rela­cje spo­łeczne, rodzi­ciel­stwo, edu­ka­cję, kul­turę popu­larną i poli­tykę aż po gospo­darkę. Wyjąt­kiem w naszym spo­łe­czeń­stwie byłby raczej ktoś nie­na­zna­czony jej pięt­nem. Zna­leź­li­by­śmy się bli­żej prawdy, pyta­jąc: Gdzie każdy z nas sytu­uje się w sze­ro­kim i zaska­ku­jąco inklu­zyw­nym spek­trum traumy? Które z jej licz­nych blizn każdy z nas nosił przez całe życie (lub jego więk­szość) i jaki był ich wpływ? Jakie zyska­li­by­śmy moż­li­wo­ści, gdy­by­śmy lepiej się z nimi zazna­jo­mili, a może nawet zżyli?

Naj­pierw należy jed­nak odpo­wie­dzieć na bar­dziej pod­sta­wowe pyta­nie: Czym jest trauma? W zna­cze­niu, w jakim uży­wam tego słowa, jest ona wewnętrzną raną; trwa­łym pęk­nię­ciem lub roz­dar­ciem jaźni spo­wo­do­wa­nym trud­nymi lub bole­snymi wyda­rze­niami. Zgod­nie z tą defi­ni­cją trauma jest przede wszyst­kim tym, co dzieje się w kimś wsku­tek trud­nych lub bole­snych wyda­rzeń; nie cho­dzi o same wyda­rze­nia. Ujmuję to nastę­pu­jąco: "Trauma nie jest tym, co ci się przy­da­rza, lecz tym, co dzieje się w tobie". Wyobraź sobie wypa­dek samo­cho­dowy, w któ­rym ktoś doznaje wstrzą­śnie­nia mózgu: wypa­dek jest wyda­rze­niem, a uraz jego trwa­łym następ­stwem. Na podob­nej zasa­dzie trauma jest ura­zem psy­chicz­nym, osa­dzo­nym w naszym ukła­dzie ner­wo­wym, umy­śle i ciele, który utrzy­muje się długo po zakoń­cze­niu pier­wot­nego incy­dentu (lub incy­den­tów) i może zostać wywo­łany w dowol­nym momen­cie. Sta­nowi ona zbiór cięż­kich życio­wych doświad­czeń, w któ­rego skład wcho­dzi sama krzywda i jej pochodne, czyli cię­żary, jakimi rany te obar­czają nasze ciała i dusze: nie­roz­wią­zane emo­cje, które nas nawie­dzają; narzu­cane przez nie mecha­ni­zmy radze­nia sobie z pro­ble­mami; tra­giczne, melo­dra­ma­tyczne lub neu­ro­tyczne sce­na­riu­sze, które prze­ży­wamy nie­świa­do­mie, lecz nie­uchron­nie, oraz - co rów­nie ważne - żniwo, jakie wszystko to zbiera w naszych cia­łach.

Jeśli rana nie zagoi się sama, może się wyda­rzyć jedno z dwojga: będzie się jątrzyć albo, co jest częst­sze, zosta­nie zastą­piona grubą war­stwą tkanki bli­zno­wa­tej. Otwarta rana jest cią­głym źró­dłem cier­pień i miej­scem nara­żo­nym na ból wsku­tek nawet naj­błah­szego bodźca. Zmu­sza nas do nie­ustan­nej czuj­no­ści - nie­jako do cią­głego jej pie­lę­gno­wa­nia - i ogra­ni­cza zdol­ność do ela­stycz­no­ści i podej­mo­wa­nia sku­tecz­nych dzia­łań zapo­bie­ga­ją­cych dozna­niu ponow­nej krzywdy. Lep­sza jest bli­zna, która zapew­nia ochronę i spaja tkanki, ma ona jed­nak swoje wady: jest sztywna, twarda i nie­ela­styczna, blo­kuje zdrowy wzrost i sta­nowi obszar odrę­twia­łej mar­twoty. Pier­wotna żywa zdrowa tkanka nie rege­ne­ruje się.

Bez względu na to, czy nie­roz­wią­zana trauma jest otwartą raną, czy bli­zną, sta­nowi fizyczną i psy­chiczną barierę. Umniej­sza ona nasze wro­dzone zdol­no­ści i powo­duje trwałe znie­kształ­ce­nie w postrze­ga­niu świata i innych ludzi. Dopóki jej nie prze­pra­cu­jemy, trauma blo­kuje nas w prze­szło­ści i okrada z bogac­twa chwili obec­nej, ogra­ni­cza­jąc nasz poten­cjał. Zmu­sza­jąc nas do wypie­ra­nia zra­nio­nych i nie­chcia­nych aspek­tów psy­chiki, dzieli nasze ja na czę­ści. Dopóki nie zosta­nie zauwa­żona i zro­zu­miana, sta­nowi też hamu­lec dla roz­kwitu. W wielu przy­pad­kach - tak jak w moim - trauma nisz­czy poczu­cie wła­snej war­to­ści, zatruwa związki i odbiera radość z życia. We wcze­snym dzie­ciń­stwie może nawet zakłó­cać zdrowy roz­wój mózgu. Poza tym, o czym wkrótce napi­szę, trauma poprze­dza wszel­kiego rodzaju cho­roby w ciągu całego życia i się do nich przy­czy­nia.

Łącz­nie wpływy te sta­no­wią główną i zasad­ni­czą prze­szkodę w roz­woju dla bar­dzo wielu ludzi. Raz jesz­cze przy­wo­łam słowa Petera Levine'a: "Nie­wy­klu­czone, że trauma jest naj­czę­ściej uni­kaną, igno­ro­waną, baga­te­li­zo­waną, nego­waną, źle poj­mo­waną i nie­le­czoną przy­czyną ludz­kiego cier­pie­nia"q21.

Dwa rodzaje traumy

Zanim przy­stą­pię do dal­szych roz­wa­żań, wpro­wa­dzę roz­róż­nie­nie dwóch form traumy. Pierw­sza - w zna­cze­niu, w jakim kli­ni­cy­ści i eks­perci tacy jak Levine czy van der Kolk zwy­kle uży­wają tego słowa - polega na auto­ma­tycz­nych reak­cjach oraz adap­ta­cjach umy­słu i ciała do kon­kret­nych, moż­li­wych do ziden­ty­fi­ko­wa­nia, bole­snych i przy­tła­cza­ją­cych zda­rzeń, do jakich doszło w dzie­ciń­stwie lub póź­niej. Moja prak­tyka medyczna i obszerne bada­nia dowo­dzą, że cier­pie­nia są udzia­łem wielu dzieci, przy czym może cho­dzić o otwarte znę­ca­nie się lub poważne zanie­dba­nia w rodzi­nie pocho­dze­nia, a także o ubó­stwo, rasizm lub ucisk, które w wielu spo­łe­czeń­stwach są na porządku dzien­nym. Kon­se­kwen­cje bywają strasz­liwe. Urazy tego rodzaju znacz­nie czę­ściej, niż się powszech­nie uważa, pro­wa­dzą do powsta­nia wielu obja­wów i syn­dro­mów oraz sta­nów dia­gno­zo­wa­nych jako pato­lo­gie fizyczne lub psy­chiczne - zależ­ność ta pozo­staje nie­mal nie­do­strze­gana przez medy­cynę i psy­chia­trię głów­nego nurtu, jeśli nie liczyć szcze­gól­nych przy­pad­ków "scho­rzeń", takich jak zespół stresu poura­zo­wego. Ten rodzaj krzywdy jest przez nie­któ­rych nazy­wany "traumą przez duże T". Leży ona u pod­staw wielu zja­wisk okre­śla­nych mia­nem cho­rób psy­chicz­nych. Two­rzy ona też sprzy­ja­jące pod­łoże dla cho­rób soma­tycz­nych, wywo­łu­jąc stany zapalne, nasi­la­jąc stres fizjo­lo­giczny i zabu­rza­jąc funk­cjo­no­wa­nie genów, przy czym takich nie­ko­rzyst­nych mecha­ni­zmów jest znacz­nie wię­cej. Pod­su­mo­wu­jąc, do traumy przez duże T docho­dzi wów­czas, gdy ludziom wraż­li­wym przy­da­rzają się rze­czy, które nie powinny mieć miej­sca: dziecko jest mal­tre­to­wane, w rodzi­nie docho­dzi do prze­mocy lub peł­nego wza­jem­nej nie­na­wi­ści roz­wodu, umiera jedno z rodzi­ców. Wszyst­kie te zja­wiska speł­niają kry­te­ria dzie­cię­cych traum w dobrze zna­nych bada­niach nad nega­tyw­nymi doświad­cze­niami z dzie­ciń­stwa (ACE, od ang. adverse chil­dhood expe­rien­ces). Także i w tym przy­padku trau­ma­tyczne wyda­rze­nia same w sobie nie są toż­same z traumą - krzywdą dla wła­snego ja - do któ­rej docho­dzi w czło­wieku dopiero na ich sku­tek.

Ist­nieje jesz­cze inna forma traumy - moim zda­niem nie­mal wszech­obecna w naszej kul­tu­rze - którą nie­kiedy okre­śla się mia­nem "traumy przez małe t". Czę­sto obser­wo­wa­łem, jak dłu­go­trwałe ślady na psy­chice dzieci mogą pozo­sta­wić pozor­nie zwy­czajne wyda­rze­nia, które pewien wybitny badacz traf­nie nazwał "mniej pamięt­nymi, lecz bole­snymi i znacz­nie powszech­niej­szymi nie­szczę­ściami dzie­ciń­stwa"q22. Mogą one obej­mo­wać zastra­sza­nie ze strony rówie­śni­ków, oka­zjo­nalne i pod­szyte dobrymi inten­cjami, lecz powta­rza­jące się ostre uwagi rodzica, a nawet brak wystar­cza­ją­cego kon­taktu emo­cjo­nal­nego z doro­słymi opie­ku­nami.

Dzieci, zwłasz­cza te bar­dzo wraż­liwe, można zra­nić na wiele spo­so­bów: są wśród nich oczy­wi­ście rze­czy złe, które się wyda­rzyły, lecz także rze­czy dobre, do któ­rych nie doszło, takie jak nie­za­spo­ko­je­nie emo­cjo­nal­nej potrzeby dostro­je­nia lub poczu­cie bycia nie­do­strze­ga­nym i nie­ak­cep­to­wa­nym, nawet przez kocha­ją­cych rodzi­ców. Trauma tego rodzaju nie musi być spo­wo­do­wana jaw­nym cier­pie­niem czy nie­szczę­śli­wymi zrzą­dze­niami losu, o jakich była mowa wcze­śniej, lecz także może pro­wa­dzić do bólu wyni­ka­ją­cego z ode­rwa­nia od samego sie­bie, do któ­rego docho­dzi wsku­tek nie­za­spo­ko­je­nia pod­sta­wo­wych potrzeb. Tego rodzaju defi­cyty bry­tyj­ski pedia­tra D.W. Win­ni­cott nazwał "nie­za­dzia­niem się niczego, gdy mogło się zadziać coś dobrego" - do tego tematu wrócę jesz­cze pod­czas roz­wa­żań o roz­woju czło­wieka. "Traumy życia codzien­nego z łatwo­ścią bowiem wywo­łują w nas uczu­cia podobne do uczuć osie­ro­co­nego dziecka" - napi­sał psy­chia­tra Mark Epsteinq23.

Jeśli pomimo dzie­się­cio­leci gro­ma­dze­nia dowo­dów trauma przez duże T led­wie została odno­to­wana na rada­rze medy­cyny, trudno się dzi­wić, że trauma przez małe t nie wywo­łała na nim naj­mniej­szego bły­sku.

Nawet po doko­na­niu roz­róż­nie­nia traum przez duże T i małe t, bio­rąc pod uwagę kon­ti­nuum i sze­ro­kie spek­trum ludz­kich doświad­czeń, należy mieć na uwa­dze, że w praw­dzi­wym życiu gra­nice są płynne - nie­ła­two je wyty­czyć i nie powinno się ich sztywno prze­strze­gać. Cechę wspólną obu typów zwięźle pod­su­mo­wał Bes­sel van der Kolk: "Trauma ma miej­sce wtedy, gdy się nas nie dostrzega i nie rozu­mie".

Choć obie formy traumy mogą wpły­wać na życie i funk­cjo­no­wa­nie ludzi na bar­dzo różne spo­soby - przy czym ta przez duże T zasad­ni­czo boli i oka­le­cza znacz­nie moc­niej - pod wie­loma wzglę­dami ich kon­se­kwen­cje się nakła­dają. Jedna i druga repre­zen­tuje roz­łam w jaźni i rela­cji ze świa­tem. Ów roz­łam jest istotą traumy. Jak napi­sał Peter Levine, trauma "to utrata połą­cze­nia - z samym sobą, rodziną i ota­cza­ją­cym świa­tem. Trudno ją dostrzec, bo zacho­dzi powoli, z bie­giem czasu. Adap­tu­jemy się do tych sub­tel­nych zmian, czę­sto zupeł­nie ich nie dostrze­ga­jąc"q24. Utrwa­le­nie tej utraty połą­cze­nia kształ­tuje nasz pogląd na rze­czy­wi­stość: zaczy­namy wie­rzyć w świat, który widzimy przez jej spę­kany pry­zmat. Otrzeź­wia­jące jest uświa­do­mie­nie sobie, że to, za kogo się uwa­żamy, oraz nasze typowe zacho­wa­nia, w tym wiele pozor­nych "skraj­no­ści" - naj­mniej i naj­bar­dziej funk­cjo­nal­nych aspek­tów "nor­mal­nego" ja - czę­sto są po czę­ści kon­se­kwen­cjami trau­ma­tycz­nej straty. Dla odmiany nie­po­ko­jącą dla wielu z nas może być myśl, że choć samym sobie zda­jemy się szczę­śliwi i dobrze przy­sto­so­wani, w isto­cie pla­su­jemy się gdzieś na spek­trum traumy, nawet jeśli miej­sce to znaj­duje się daleko od bie­guna tej przez duże T. Wszel­kie porów­na­nia osta­tecz­nie oka­zują się zawodne. Nie­ważne, czy możemy wska­zać inne osoby, które zdają się bar­dziej strau­ma­ty­zo­wane od nas, bo cier­pień nie da się porów­nać. Nie­wła­ściwe jest też wyko­rzy­sty­wa­nie wła­snej traumy do wywyż­sza­nia się nad innymi ("Nie prze­sze­dłeś tego co ja") ani do zasła­nia­nia się przed uza­sad­nio­nymi pre­ten­sjami innych, gdy zacho­wu­jemy się destruk­cyj­nie. Każdy z nas dźwiga cię­żar ran na swój wła­sny spo­sób; w porów­ny­wa­niu go z innymi nie ma żad­nego sensu ani war­to­ści.

Czym trauma nie jest

Więk­szość z nas zapewne sły­szała - może nawet z wła­snych ust - słowa w rodzaju: "O Boże, po tym wczo­raj­szym dobi­ja­ją­cym fil­mie wysze­dłem z kina z traumą". Mogli­śmy też prze­czy­tać (zwy­kle napi­saną w lek­ce­wa­żą­cym tonie) histo­rię o stu­den­tach nawo­łu­ją­cych do sto­so­wa­nia "ostrze­żeń doty­czą­cych tre­ści", bo tre­ści te mogą nara­żać ich na powtórną traumę. We wszyst­kich podob­nych przy­pad­kach zasto­so­wa­nie oma­wia­nego ter­minu jest zro­zu­miałe, lecz nie­wła­ściwe; tak naprawdę bowiem ludzie odno­szą się w nich do stresu fizycz­nego i (lub) emo­cjo­nal­nego. "Wszyst­kie trau­ma­tyczne wyda­rze­nia są oczy­wi­ście stre­su­jące, lecz nie wszyst­kie stre­su­jące wyda­rze­nia są trau­ma­tyczne" - zauwa­żył traf­nie Peter Levineq25.

Wyda­rze­nie jest trau­ma­ty­zu­jące lub retrau­ma­ty­zu­jące tylko wtedy, gdy coś czło­wie­kowi odbiera, przez co rozu­miem pogłę­bie­nie wcze­śniej­szych psy­chicz­nych (lub fizycz­nych) ogra­ni­czeń w spo­sób trwały. Wiele spraw w życiu, w tym w sztuce, w sto­sun­kach spo­łecz­nych lub w poli­tyce, może nie­po­koić, stre­so­wać, a nawet rodzić ból, nie przy­czy­nia­jąc się zara­zem do powsta­wa­nia nowych traum. Nie ozna­cza to, że stare trau­ma­tyczne reak­cje, które nie mają nic wspól­nego z obec­nymi wyda­rze­niami, nie mogą być wywo­łane przez dzi­siej­sze stresy - weźmy na przy­kład pew­nego niżej pod­pi­sa­nego, który wraca z zagra­nicz­nych pre­lek­cji do domu... To nie to samo co ponowna trau­ma­ty­za­cja, chyba że z bie­giem czasu przy­czy­nia się do wspo­mnia­nego pogłę­bie­nia ogra­ni­czeń.

Poniż­sza lista eli­mi­na­cyjna spraw­dza się sto­sun­kowo dobrze. Coś nie jest traumą, jeśli w dłuż­szej per­spek­ty­wie nastę­pu­jące stwier­dze­nia pozo­stają praw­dziwe:

Nie ogra­ni­cza cię, nie krę­puje, nie umniej­sza zdol­no­ści do odczu­wa­nia lub myśle­nia, do ufa­nia sobie lub bro­nie­nia swo­ich praw, doświad­cza­nia cier­pie­nia bez popa­da­nia w despe­ra­cję lub do oka­zy­wa­nia współ­czu­cia w obli­czu czy­je­goś bólu. Nie unie­moż­li­wia ci doświad­cza­nia bólu, smutku i stra­chu bez poczu­cia przy­tło­cze­nia albo koniecz­no­ści ucie­ka­nia w pracę lub kom­pul­syw­nego uspo­ka­ja­nia się lub sty­mu­lo­wa­nia w dowolny spo­sób. Nie skła­nia cię ani do wywyż­sza­nia się, ani do usu­wa­nia się w cień w celu uzy­ska­nia akcep­ta­cji lub uspra­wie­dli­wie­nia wła­snej egzy­sten­cji. Nie umniej­sza zdol­no­ści do odczu­wa­nia wdzięcz­no­ści za piękno i cud życia.

Jeśli dla odmiany dostrze­gasz w sobie te chro­niczne ogra­ni­cze­nia, mogą one repre­zen­to­wać cień, jakim trauma poło­żyła się na two­jej psy­chice, albo obec­ność nie­za­go­jo­nej rany emo­cjo­nal­nej, bez względu na wiel­kość "t".

Trauma odrywa nas od ciała

"Odkąd ktoś naru­szył twoją prze­strzeń i wnik­nął w cie­bie, twoje ciało prze­stało być twoje" - powie­działa mi V, pisarka znana wcze­śniej jako Eve Ensler, w nawią­za­niu do wyko­rzy­sty­wa­nia sek­su­al­nego przez ojca, gdy była młodą dziew­czyną5. "Staje się ono kra­jo­bra­zem stra­chu, zdrad, smutku i okru­cień­stwa. Twoje ciało jest ostat­nim miej­scem, w któ­rym chciał­byś być. W ten spo­sób zaczy­nasz żyć w swo­jej gło­wie; zaczy­nasz żyć bez moż­li­wo­ści ochrony swo­jego ciała i rozu­mie­nia go. Posłu­chaj, do tego stop­nia byłam ode­rwana od wła­snego ciała, że nie zda­wa­łam sobie sprawy z ist­nie­nia w nim guza wiel­ko­ści awo­kado". Choć histo­rie moja i V zde­cy­do­wa­nie się róż­nią, wiem, o czym mówi. Przez wiele lat za naj­trud­niej­sze pyta­nie uzna­wa­łem: "Co czu­jesz?". Zazwy­czaj odpo­wia­da­łem poiry­to­wa­nym: "A skąd mam wie­dzieć?". Nie mia­łem podob­nego pro­blemu w przy­padku pyta­nia o myśli; w tej kwe­stii zawsze byłem eks­per­tem. Nie­umie­jęt­ność odpo­wie­dzi na pyta­nie, jak lub co się czuje, jest jed­nak wia­ry­godną oznaką odłą­cze­nia się od ciała.

Co pro­wa­dzi do takiego odłą­cze­nia? W moim przy­padku odpo­wiedź nie wymaga głęb­szych docie­kań. Jako nie­mowlę na Węgrzech w cza­sie wojny nie­ustan­nie zno­si­łem głód i dyzen­te­rię, stany sil­nego dys­kom­fortu groźne i nie­po­ko­jące dla doro­słego, nie mówiąc o rocz­nym dziecku. Wchła­nia­łem ponadto lęki i cią­głe cier­pie­nie emo­cjo­nalne mojej matki. Gdy młody czło­wiek nie może liczyć na ulgę, jego natu­ralną reak­cją - a tak naprawdę jedyną - staje się stłu­mie­nie i odcię­cie się od sta­nów uczu­cio­wych sko­ja­rzo­nych z cier­pie­niem. Czło­wiek prze­staje rozu­mieć wła­sne ciało. O dziwo, to wyob­co­wa­nie wzglę­dem samego sie­bie może ujaw­nić się w póź­niej­szym życiu w postaci pozor­nej siły, takiej jak moja zdol­ność do funk­cjo­no­wa­nia na wyso­kich obro­tach pomimo głodu, stresu lub zmę­cze­nia; do nie­stru­dzo­nego par­cia przed sie­bie bez świa­do­mo­ści, że potrze­buję prze­rwy, jedze­nia albo odpo­czynku. Dla odmiany u nie­któ­rych ludzi odłą­cze­nie od ciała obja­wia się nie­wie­dzą, kiedy należy prze­stać jeść lub pić - sygnał "wystar­czy" się do nich nie prze­bija.

Bez względu na formę odłą­cze­nie prze­ja­wia się w doświad­cze­niach życio­wych osób obar­czo­nych traumą i sta­nowi istotny aspekt kon­ste­la­cji cech, które się na nią skła­dają. Podob­nie jak stało się to w przy­padku V, zaczyna się ono jako natu­ralny i nie­odzowny mecha­nizm orga­ni­zmu, umoż­li­wia­jący upo­ra­nie się z pro­ble­mem. Nie prze­ży­łaby kosz­ma­rów dzie­ciń­stwa, gdyby była stale obecna i świa­doma doświad­cza­nia fizycz­nej i emo­cjo­nal­nej udręki, w pełni poj­mu­jąc to, co się jej wyda­rza. Ist­nie­nie mecha­nizmów tego rodzaju jest więc swo­istym bło­go­sła­wień­stwem, ponie­waż na krótką metę ratują nam one życie. Ale jeśli pozo­stawi się je wła­snemu losowi na dłuż­szy czas, odci­skają one swoje piętno na psy­chice i ciele w nie­usu­walny spo­sób, gdy uwa­run­ko­wane reak­cje zako­rze­niają się i prze­kształ­cają w trwałe mecha­nizmy, pomimo swej nie­ade­kwat­no­ści do nowych sytu­acji. Rezul­ta­tem jest chro­niczne cier­pie­nie, a czę­sto - co wkrótce pokażę - nawet cho­roby.

"Nie­zwy­kłym aspek­tem mojego zetknię­cia z rakiem - powie­działa mi V - był pro­ces, jakiego doświad­czy­łam po prze­bu­dze­niu po dzie­wię­cio­go­dzin­nej ope­ra­cji, która pozba­wiła mnie kilku narzą­dów i sie­dem­dzie­się­ciu węzłów chłon­nych. Obu­dzi­łam się wśród wor­ków, rurek i wysta­ją­cych ze mnie innych rze­czy, ale po raz pierw­szy w życiu byłam cia­łem... Tak, czu­łam ból, ale też pod­eks­cy­to­wa­nie. Myśla­łam: "Jestem cia­łem. O Boże, jestem tutaj. Jestem w tym ciele"". Jej rela­cja o nagłym odna­le­zie­niu się w swym fizycz­nym ja jest cha­rak­te­ry­styczna dla pro­cesu zdro­wie­nia: gdy pęta traumy zaczy­nają się roz­luź­niać, chęt­nie na powrót nawią­zu­jemy kon­takt z odcię­tymi wcze­śniej czę­ściami nas samych.

Trauma zagłu­sza głos intu­icji

Prze­cięt­nej oso­bie, która zna­la­złaby się w daw­nym poło­że­niu V, natura dora­dzi­łaby ucieczkę lub prze­ciw­sta­wie­nie się wyko­rzy­sta­niu cie­le­snemu i ata­kowi na duszę. Szko­puł w tym, że żadne z tych roz­wią­zań nie jest dostępne dla małego dziecka, ponie­waż próba zasto­so­wa­nia dowol­nego z nich ozna­cza­łaby nara­ża­nie się na dal­sze nie­bez­pie­czeń­stwo. Dla­tego natura reali­zuje w takich przy­pad­kach plan C: oba impulsy zostają stłu­mione przez wyci­sze­nie emo­cji, które napę­dzi­łyby takie odru­chy. Stłu­mie­nie to zdaje się podobne do reak­cji zamro­że­nia (ang. fre­eze), wyka­zy­wa­nej przez nie­które stwo­rze­nia w sytu­acji, gdy zarówno walka, jak i ucieczka są nie­moż­liwe. Zasad­ni­cza róż­nica polega na tym, że gdy jastrząb odleci, uda­jący mar­twego opos może zająć się swo­imi spra­wami, ponie­waż jego stra­te­gia prze­trwa­nia oka­zała się sku­teczna. Dla odmiany pod­dany trau­mie układ ner­wowy ni­gdy się nie odmraża.

"Mamy uczu­cia, ponie­waż mówią nam one, co sprzyja naszemu prze­trwa­niu, a co je utrud­nia" - powie­dział kie­dyś nie­ży­jący już neu­ro­bio­log Jaak Pank­sepp. Pod­kre­ślał on, że emo­cje nie płyną z myślą­cego mózgu, lecz z pra­daw­nych struk­tur zwią­za­nych z prze­trwa­niem. Są moto­rami napę­do­wymi oraz gwa­ran­tami życia i roz­woju. Silny gniew wywo­łuje reak­cję walki, prze­możny strach daje asumpt do ucieczki. Dla­tego jeśli oko­licz­no­ści naka­zują stłu­mie­nie tych natu­ral­nych, zdro­wych impul­sów (obrony lub rej­te­rady), budzące je wewnętrzne sygnały - same uczu­cia - rów­nież będą musiały zostać stłu­mione. Nie ma alarmu, nie ma mobi­li­za­cji. Jeśli wydaje się to daremne, to jedy­nie w ogra­ni­czo­nym zna­cze­niu: na pozio­mie egzy­sten­cjal­nym jest to naj­lep­sze z naj­gor­szych wyjść i jedyne, które ogra­ni­cza ryzyko dal­szych krzywd.

Rezul­ta­tem jest stłu­mie­nie świata uczuć, a nie­jed­no­krot­nie także utwar­dze­nie psy­chicz­nej sko­rupy dla dodat­ko­wej ochrony. Żywy przy­kład tego zja­wi­ska podaje pisarka Tara Westo­ver w swoim best­sel­le­ro­wym pamięt­niku Uwol­niona. W poniż­szym frag­men­cie wspo­mina wpływ nad­użyć ze strony rodzeń­stwa, świa­do­mie igno­ro­wa­nych przez jej rodzi­ców:

(...) widzia­łam sie­bie jako nie­złomną, nie­czułą jak kamień. Na początku trudno było mi w to uwie­rzyć, ale pew­nego dnia stało się to prawdą. Wtedy, wie­rząc w to, potra­fi­łam się prze­ko­nać, że to mnie nie dotyka, że on mnie nie dotknął, bo nic nie jest w sta­nie mnie poru­szyć. Nie zda­wa­łam sobie sprawy z tego, że mia­łam rację. Bez reszty wypeł­ni­łam się pustką. Drę­cząc się, roz­my­śla­jąc nad tym, co wynika z tam­tej nocy, nie rozumia­łam tej jed­nej pod­sta­wo­wej prawdy - to, że mnie to nie dotyka, było wła­śnie jej skut­kiemq26.

Trauma ogra­ni­cza ela­stycz­ność reak­cji

Wróćmy do dra­ma­tycz­nej sceny otwie­ra­ją­cej niniej­szy roz­dział, tym razem jed­nak umie­śćmy ją w rów­no­le­głym wszech­świe­cie, w któ­rym nie rzą­dzi piętno mojej traumy: samo­lot ląduje, a na ekra­nie tele­fonu poja­wia się wia­do­mość od Rae. "Ech, nie tego się spo­dzie­wa­łem - mówię do sie­bie. - Ale rozu­miem, pew­nie zatra­ciła się w malo­wa­niu. Nic nowego i nic, co mia­łoby zwią­zek ze mną. Tak naprawdę dobrze ją rozu­miem: ile razy sam byłem tak pochło­nięty pracą, że nie zwra­ca­łem uwagi na zega­rek? Dobra; pojadę tak­sówką". Mógł­bym poczuć ukłu­cie zawodu i pozwo­lić sobie je prze­żyć, dopóki nie prze­mi­nie; wybrać wraż­li­wość, zamiast czuć się ofiarą. Po powro­cie do domu nie byłoby ner­wów, emo­cjo­nal­nej izo­la­cji ani fochów - może tro­chę deli­kat­nego dro­cze­nia się, ale wszystko w gra­ni­cach peł­nego miło­ści humoru, który nie naru­sza bli­sko­ści.

Oka­zał­bym w ten spo­sób ela­stycz­ność odpo­wie­dzi, czyli zdol­ność do decy­do­wa­nia o tym, jak pod­cho­dzimy do nie­unik­nio­nych życio­wych wzlo­tów i upad­ków, roz­cza­ro­wań, suk­ce­sów i wyzwań. "Ludzka wol­ność wymaga zdol­no­ści do zro­bie­nia prze­rwy mię­dzy bodź­cem i reak­cją. W prze­rwie tej doko­nu­jemy wyboru reak­cji, którą chcie­li­by­śmy z całą mocą reali­zo­wać" - napi­sał psy­cho­log Rollo Mayq27. Trauma nam tę wol­ność odbiera.

Ela­stycz­ność odpo­wie­dzi jest funk­cją środ­kowo-czo­ło­wej czę­ści kory mózgo­wej. Ze zdol­no­ścią tą nie rodzi się żadne nie­mowlę; zacho­wa­niem dzieci rzą­dzą instynkt i odruch, a nie świa­domy wybór. Wol­ność wyboru poja­wia się wraz z roz­wo­jem mózgu. Im cięż­sza i wcze­śniej­sza trauma, tym mniej jest spo­sob­no­ści do zako­do­wa­nia ela­stycz­no­ści reak­cji w odpo­wied­nich obwo­dach mózgu i tym szyb­ciej się ona wyłą­cza. Czło­wiek blo­kuje się w prze­wi­dy­wal­nych, odru­cho­wych odru­chach defen­syw­nych, zwłasz­cza na stre­su­jące bodźce. Pod wzglę­dem emo­cjo­nal­nym i poznaw­czym nasz zakres dzia­łań nie­mal zupeł­nie się usztyw­nia - a im więk­sza trauma, tym dotkliw­sze ogra­ni­cze­nia. Prze­szłość raz po raz przej­muje kon­trolę nad teraź­niej­szo­ścią i ją pochła­nia.

Trauma two­rzy oparty na wsty­dzie wize­ru­nek samego sie­bie

Jeden z naj­smut­niej­szych listów, jakie kie­dy­kol­wiek otrzy­ma­łem, napi­sał do mnie pewien miesz­ka­niec Seat­tle, który prze­czy­tał moją książkę o nało­gach, Bli­skie spo­tka­nia z uza­leż­nie­niem. Poka­zuję w niej, że uza­leż­nie­nie jest skut­kiem - nie jedy­nym moż­li­wym, ale czę­stym - traumy z dzie­ciń­stwa. Pomimo dzie­wię­ciu lat życia w trzeź­wo­ści wciąż wal­czył ze sobą, nie pra­co­wał od dekady i leczył się z powodu zabu­rzeń obse­syjno-kom­pul­syw­nych. Choć książka go zafa­scy­no­wała, napi­sał: "Nie chcę obwi­niać swo­jej matki. Jestem śmie­ciem z wła­snego powodu". Mogłem jedy­nie wes­tchnąć: samo­bi­czo­wa­nie się wsty­dem łatwo przy­wdziewa szaty oso­bi­stej odpo­wie­dzial­no­ści. Co wię­cej, jego wnio­sek był błędny: w mojej książce nie ma żad­nych prze­sła­nek do obwi­nia­nia rodzi­ców ani zachęt do takiego postę­po­wa­nia. Powiem wię­cej: na kilku stro­nach wyja­śniam w niej, dla­czego zrzu­ca­nie odpo­wie­dzial­no­ści na rodzi­ców jest nie­wła­ściwe, nie­tra­fione i pozba­wione nauko­wych pod­staw. Odru­chowe chro­nie­nie matki przez tego męż­czy­znę nie sta­no­wiło reak­cji obron­nej przed czym­kol­wiek, co napi­sałem lub zasu­ge­ro­wa­łem, lecz przed jego wła­snym nie­uświa­do­mio­nym gnie­wem. Głę­boko skry­wane, zamro­żone emo­cje, nie znaj­du­jąc zdro­wego ujścia, zwró­ciły się prze­ciwko niemu w postaci nie­na­wi­ści do samego sie­bie.

"W doświad­cza­niu wstydu zawiera się dotkliwe poczu­cie bycia czło­wie­kiem z gruntu ułom­nym pod jakimś waż­nym wzglę­dem" - pisze psy­cho­log Ger­shen Kauf­manq28. U nie­mal wszyst­kich osób nazna­czo­nych pięt­nem traumy roz­wija się głę­boki, oparty na wsty­dzie, nega­tywny obraz sie­bie, któ­rego więk­szość z nich jest aż nazbyt świa­doma. Do naj­bar­dziej tok­sycz­nych kon­se­kwen­cji wstydu należy utrata współ­czu­cia do samego sie­bie. Im dotkliw­sza trauma, tym defi­cyt ten jest głęb­szy.

Nega­tywny obraz samego sie­bie nie zawsze prze­nika do świa­do­mo­ści, a nawet może uda­wać wła­sne prze­ci­wień­stwo: wysoką samo­ocenę. Nie­któ­rzy przy­wdzie­wają pan­cerz mega­lo­ma­nii i wypie­rają się wszel­kich wad, by nie odczu­wać wynisz­cza­ją­cego wstydu. To samo­uwiel­bie­nie jest rów­nież pew­nym prze­ja­wem wstrętu do samego sie­bie jak skrajna samo­kry­tyka, choć uważa się je za znacz­nie nor­mal­niej­sze. O sza­leń­stwie naszej kul­tury może świad­czyć fakt, że nie­które jed­nostki, ucie­ka­jące przed wsty­dem w bez­wstydny nar­cyzm, mogą nawet osią­gnąć wysoki sta­tus spo­łeczny, eko­no­miczny i poli­tyczny oraz suk­ces. Tryby naszej kul­tury miaż­dżą więk­szość naj­bar­dziej dotknię­tych traumą, lecz mogą też - w zależ­no­ści od pocho­dze­nia kla­so­wego, środ­ków finan­so­wych, rasy i innych czyn­ni­ków - wynieść nie­któ­rych na naj­wyż­sze pie­de­stały.

Naj­częst­szym prze­ja­wem wstydu w naszej kul­tu­rze jest prze­ko­na­nie o "byciu nie­wy­star­cza­jąco dobrym". Pisarka Eli­za­beth Wurt­zel, która w 2020 roku zmarła w wieku 52 lat na raka piersi, od naj­młod­szych lat cier­piała na depre­sję. Miała trau­ma­tyczne dzie­ciń­stwo, począw­szy od ukry­wa­nej przed nią tajem­nicy na temat toż­sa­mo­ści jej praw­dzi­wego ojca. "Byłam bar­dzo przy­gnę­biona i mia­łam prze­wle­kłą depre­sję, w którą popa­dłam w wieku mniej wię­cej dzie­się­ciu lat - napi­sała w auto­bio­gra­ficz­nym arty­kule dla cza­so­pi­sma "New York". - Zamiast jed­nak zabić moją wolę, depre­sja mnie zmo­ty­wo­wała: pomy­śla­łam, że jeśli oka­za­ła­bym się wystar­cza­jąco dobra w czym­kol­wiek, dużym lub małym, może uda­łoby mi się zyskać kilka chwil szczę­ścia"q29. Prze­świad­cze­nie o wła­snej nie­ade­kwat­no­ści było moto­rem napę­do­wym wielu bły­sko­tli­wych karier i tyluż cho­rób, czę­sto u tej samej osoby.

Trauma wypa­cza nasz świa­to­po­gląd

"Umysł poprze­dza wszel­kie myśli. Umysł jest ich zwierzch­ni­kiem; umysł je kształ­tuje"6. Tak zaczyna się Dham­ma­pada, ponad­cza­sowy zbiór myśli Buddyq30. Innymi słowy, świat, w który wie­rzymy, staje się świa­tem, w jakim żyjemy. Jeśli postrze­gam go jako miej­sce wro­gie, w któ­rym mogą pro­spe­ro­wać tylko zwy­cięzcy, rów­nie dobrze mogę się stać agre­sywny, samo­lubny i wynio­sły, aby w nim prze­trwać. W póź­niej­szym życiu będę skła­niać się ku śro­do­wi­skom sprzy­ja­ją­cym rywa­li­za­cji i przed­się­wzię­ciom, które będą umac­niać ten pogląd i potwier­dzać jego słusz­ność. Nasze prze­ko­na­nia nie tylko mają moc samo­speł­nia­ją­cych się wizji; one budują świat.

Pozwolę sobie na śmia­łość dopi­sa­nia tego, co Budda pomi­nął: zanim umysł będzie mógł two­rzyć świat, świat two­rzy nasze umy­sły. Trauma, zwłasz­cza ciężka, narzuca zapa­try­wa­nia nace­cho­wane bólem, stra­chem i podejrz­li­wo­ścią; sta­nowi pry­zmat, który zarówno znie­kształca, jak i deter­mi­nuje nasz pogląd na sprawy. Może on też, poprzez samą siłę wypar­cia, uka­zy­wać nam świat w naiw­nie różo­wych bar­wach, które zaśle­piają nas na rze­czy­wi­ste, bie­żące nie­bez­pie­czeń­stwa - jest niczym kamu­flaż dla lęków, któ­rych nie śmiemy sobie uświa­do­mić. Może też wresz­cie dopro­wa­dzić do odrzu­ce­nia bole­snej rze­czy­wi­sto­ści poprzez nawy­kowe okła­my­wa­nie sie­bie i innych.

Trauma odgra­dza nas od teraź­niej­szo­ści

Jadłem kie­dyś posi­łek w restau­ra­cji w Oslo z nie­miec­kim psy­cho­lo­giem Fran­zem Rup­per­tem. Hałas był przy­tła­cza­jący: z kilku gło­śni­ków dud­niła muzyka pop, a ekrany zamon­to­wane wysoko na ścia­nach jarzyły się róż­nymi pro­gra­mami tele­wi­zyj­nymi. Pomy­śleć, że gdy wielki nor­we­ski dra­ma­turg Hen­rik Ibsen gościł w tym samym lokalu nieco ponad sto lat wcze­śniej, pano­wała tu znacz­nie spo­koj­niej­sza atmos­fera. "Co tu jest grane?" - zawo­ła­łem do mojego towa­rzy­sza, pró­bu­jąc prze­krzy­czeć kako­fo­nię, i z poiry­to­wa­niem pokrę­ci­łem głową. "Trauma" - odparł i wzru­szył ramio­nami. Rup­pert miał na myśli po pro­stu to, że ludzie roz­pacz­li­wie szu­kają ucieczki od samych sie­bie.

Skoro trauma pociąga za sobą ode­rwa­nie od samego sie­bie, słusz­nie byłoby dodać, że jeste­śmy zbio­rowo zale­wani bodź­cami, które wyko­rzy­stują ją i wzmac­niają. Pre­sja w pracy, wie­lo­za­da­nio­wość, media spo­łecz­no­ściowe, potok wia­do­mo­ści, mno­gość źró­deł roz­rywki - wszystko to spra­wia, że zatra­camy się w myślach, gorącz­ko­wych dzia­ła­niach, gadże­tach i bła­hych roz­mo­wach. Jeste­śmy pochło­nięci roz­ma­itymi zaję­ciami, które pocią­gają nas nie dla­tego, że są potrzebne, inspi­ru­jące czy krze­piące albo wzbo­ga­cają nasze życie lub nadają mu sens, ale z tego pro­stego powodu, że uni­ce­stwiają teraź­niej­szość. Jakim absur­dem jest odkła­da­nie pie­nię­dzy na zakup naj­now­szych urzą­dzeń "oszczę­dza­ją­cych czas", by potem móc ten czas lepiej "zabi­jać". Świa­do­mość chwili stała się źró­dłem lęków. Późny kapi­ta­lizm jest nie­zrów­nany w pod­sy­ca­niu poczu­cia lęku przed chwilą obecną - tak naprawdę znaczna część jego suk­cesu jest uza­leż­niona od roz­dź­więku mię­dzy nami a teraź­niej­szo­ścią, naszym naj­więk­szym darem, przy czym roz­dź­więk ten staje się coraz szer­szy, mają go zaś wypeł­nić fał­szywe pro­dukty i sztuczne roz­rywki kul­tury kon­sump­cyj­nej.

To, co zostało utra­cone, dobrze opi­suje uro­dzona w Pol­sce pisarka Eva Hof­f­man7 jako: "Nic wię­cej i nic mniej niż doświad­cza­nie samego doświad­cze­nia. Czym to jest? Być może czymś w rodzaju umie­jęt­no­ści do postrze­ga­nia fak­tur lub doznań chwili, swo­body pozwa­la­ją­cej pod­dać się ryt­mowi wyda­rze­nia lub spo­tka­nia, podą­żać za nur­tem uczu­cia lub myśli, nie wie­dząc, dokąd pro­wa­dzi, bądź zatrzy­mać się na czas dosta­tecz­nie długi, by star­czyło go na reflek­sję lub kon­tem­pla­cję"q31. Osta­tecz­nie odwra­camy uwagę od samego życia.

Nie zaczęło się od cie­bie

Jes­sica, sześć­dzie­się­cio­sied­mio­let­nia miesz­kanka Reginy w Saskat­che­wan, opie­kuje się dwoj­giem wnu­cząt, któ­rych ojciec - jej syn - zmarł wsku­tek przedaw­ko­wa­nia. Jej dru­giego syna spo­tkał ten sam los. Gdy prze­pro­wa­dza­łem z nią wywiad, przy­szło mi na myśl, że skoro Jes­sica znała mój pogląd na przy­czyny uza­leż­nień jako mające swe źró­dło w trau­mie z dzie­ciń­stwa, sama chęć dia­logu była z jej strony nie­zwy­kła. "Kiedy patrzę wstecz na życie moich synów, zdaję sobie sprawę z ogromu traumy - wyja­śniła. - Miesz­ka­łam z nimi, byłam więc jej czę­ścią. Wycho­wy­wa­łam ich samot­nie od czasu, gdy mieli dwa i trzy lata, aż do ponow­nego wyj­ścia za mąż, kiedy mieli lat sześć i sie­dem. Mam świa­do­mość, że wpły­wały na nich mój spo­sób życia, moje postę­po­wa­nie, to, co wie­dzia­łam i czego nie wie­dzia­łam".

Po wcze­snym odej­ściu bio­lo­gicz­nego ojca ojczym znę­cał się nad chłop­cami zarówno fizycz­nie, jak i emo­cjo­nal­nie. "Byłam bar­dzo samotna, wystra­szona i czu­łam się jak w potrza­sku" - wspo­mina Jes­sica. Brak intu­icji, która pozwa­la­łaby jej unik­nąć wybie­ra­nia takich, a nie innych męż­czyzn, nie­zdol­ność do bro­nie­nia sie­bie i chro­nie­nia synów w obli­czu nad­użyć sta­no­wiły kon­se­kwen­cje ran odnie­sio­nych przez Jes­sicę w dzie­ciń­stwie. Choć wie­działa, że jest kochana, została pozo­sta­wiona sama sobie z głę­bo­kim emo­cjo­nal­nym cier­pie­niem, od któ­rego z bie­giem czasu musiała się odciąć. "Jako dziecko bar­dzo wsty­dzi­łam się swo­ich uczuć - wspo­mina. - Byłam bar­dzo wraż­liwa i czę­sto pła­ka­łam".

W więk­szo­ści przy­pad­ków trauma ma cha­rak­ter wie­lo­po­ko­le­niowy. Prze­cho­dzi z rodzica na dziecko, roz­cią­ga­jąc się z prze­szło­ści w przy­szłość. Prze­ka­zu­jemy potom­stwu to, z czym sami się nie upo­ra­li­śmy. Dom staje się miej­scem, w któ­rym nie­świa­do­mie - tak jak ja to robi­łem - odtwa­rzamy sce­na­riu­sze przy­po­mi­na­jące sytu­acje, w któ­rych zosta­li­śmy zra­nieni w dzie­ciń­stwie. "Traumy doty­czą matek i macie­rzyń­stwa, ojców i ojco­stwa, bycia mężem i żoną - powie­dział mi tera­peuta kon­ste­la­cji rodzin­nych, Mark Wolynn. - Na tym grun­cie traumy mnożą się i powta­rzają, wsku­tek czego ni­gdy nie zostają wyle­czone". Wolynn jest auto­rem traf­nie zaty­tu­ło­wa­nej książki Nie zaczęło się od cie­bie. Jak dzie­dzi­czona trauma wpływa na to, kim jeste­śmy, i jak zakoń­czyć ten pro­ces. Trauma, o czym wkrótce napi­szę, może nawet wpły­wać na aktyw­ność genów na prze­strzeni poko­leń8.

Nic więc dziw­nego, że star­szy wnuk Jes­siki miał pro­blemy z uży­wa­niem nar­ko­ty­ków i zacho­wa­niem oraz trud­no­ści w nauce. Dzięki wszyst­kiemu, czego się nauczyła, i pomimo nie­wy­obra­żal­nych strat, jest w sta­nie oka­zy­wać mu wię­cej cie­pła i robić to lepiej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej dla wła­snych synów. Warto też zwró­cić uwagę na brak samo­oceny w rela­cji Jes­siki: mówi ona raczej o "świa­do­mo­ści" niż osą­dza­niu sie­bie za to, czego nie rozu­miała, a nawet nie mogła rozu­mieć wcze­śniej. Obwi­nia­nie sie­bie, które stale ciąży ku prze­szło­ści, jedy­nie odcią­gnę­łoby ją od zaj­mo­wa­nia się bli­skimi tu i teraz.

Zro­zu­miaw­szy, jak cier­pie­nie w sys­te­mie rodzin­nym czy nawet w spo­łecz­no­ści ścieli się wstecz przez gene­ra­cje, uznamy winę za poję­cie nie­ma­jące w tym kon­tek­ście zna­cze­nia. "Dostrze­że­nie tego szybko roz­wiewa wszel­kie skłon­no­ści do postrze­ga­nia rodzica jako zło­czyńcy" - napi­sał John Bowlby, bry­tyj­ski psy­chia­tra, który wyka­zał decy­du­jącą rolę rela­cji mię­dzy doro­słym a dziec­kiem w kształ­to­wa­niu psy­che. Bez względu na to, jak daleko spoj­rzymy w prze­szłość na łań­cuch zależ­no­ści - do pra­dziad­ków, przod­ków sprzed ery nowo­żyt­nej, Adama i Ewy, pierw­szej jed­no­ko­mór­ko­wej ameby - nie znaj­dziemy jed­nego win­nego, któ­rego mogli­by­śmy wska­zać oskar­ży­ciel­skim pal­cem. A to powinno przy­nieść ulgę.

To nie koniec dobrych wia­do­mo­ści: postrze­ga­nie traumy jako pro­cesu wewnętrz­nego daje nam jakże potrzebną spraw­czość. Jeśli potrak­tu­jemy traumę jako czyn­nik zewnętrzny, coś, co się nam przy­da­rza lub wokół nas dzieje, sta­nie się ona odpry­skiem histo­rii, któ­rego ni­gdy nie zdo­łamy usu­nąć. Jeżeli zaś dla odmiany uznamy, że do traumy doszło wewnątrz nas w wyniku tego, co się wyda­rzyło - w zna­cze­niu krzywdy lub odłą­cze­nia - uzdro­wie­nie i ponowne połą­cze­nie stają się real­nymi moż­li­wo­ściami. Próba dystan­so­wa­nia się od świa­do­mo­ści traumy ogra­ni­cza naszą zdol­ność wglądu w sie­bie. I na odwrót, kształ­to­wa­nie na jej pod­sta­wie twar­dej jak skała toż­sa­mo­ści - nie­za­leż­nie od tego, czy cho­dzi o postawę obronną, cynizm, czy uża­la­nie się nad sobą - ozna­cza nie­zro­zu­mie­nie i utratę spo­sob­no­ści do uzdro­wie­nia, ponie­waż z defi­ni­cji trauma repre­zen­tuje wypa­cze­nie i ogra­ni­cze­nie naszego poten­cjału. Wyj­ście naprze­ciw trau­mie bez wypie­ra­nia się jej lub prze­sad­nego iden­ty­fi­ko­wa­nia z nią wska­zuje moż­li­wo­ści odzy­ska­nia zdro­wia i rów­no­wagi.

"To prze­ciw­no­ści losu otwie­rają umysł i pod­sy­cają cie­ka­wość skła­nia­jącą do szu­ka­nia nowych spo­so­bów dzia­ła­nia" - powie­dział mi Bes­sel van der Kolk. Potem zaś przy­to­czył Sokra­tesa: "Życie nie­po­znane nie jest warte życia. Dopóki ktoś nie poznaje samego sie­bie, dopóty jest cał­ko­wi­cie uza­leż­niony od tego, do czego został przy­sto­so­wany, lecz gdy uświa­domi sobie moż­li­wość doko­ny­wa­nia wybo­rów, może z niej sko­rzy­stać". Zauważ, że nie dodał: "Po kilku deka­dach tera­pii". Póź­niej napi­szę o tym, że wyzwo­le­nie możemy osią­gnąć nawet dzięki umiar­ko­wa­nej dozie wglądu w sie­bie; goto­wo­ści do kwe­stio­no­wa­nia wielu prawd, któ­rych się trzy­mamy, i punk­tów widze­nia, z któ­rych prawdy te wydają się tak realne - że pozwolę sobie spa­ra­fra­zo­wać słowa, jakie duch słyn­nego mistrza Jedi prze­ka­zał przy­gnę­bio­nemu mło­demu pada­wa­nowi w waż­nym momen­cie, w odle­głej galak­tyce9.

* * *

Choć w tym roz­dziale sku­pi­łem się na oso­bi­stym wymia­rze traumy, ist­nieje ona rów­nież w sfe­rze zbio­ro­wej, doty­ka­jąc całe narody i ludy w róż­nych dzie­jo­wych momen­tach. Do dziś ude­rza ona w nie­które grupy z nie­pro­por­cjo­nalną siłą, jak to ma miej­sce w przy­padku rdzen­nych miesz­kań­ców Kanady. Odma­wia­nie im praw i prze­śla­do­wa­nia ze strony kolo­ni­za­to­rów, które cią­gnęły się przez poko­le­nia, zwłasz­cza zaś trwa­jąca sto lat gehenna ich dzieci, upro­wa­dza­nych z rodzin i wycho­wy­wa­nych w pro­wa­dzo­nych przez Kościół szko­łach z inter­na­tem, gdzie sze­rzyły się fizyczne, sek­su­alne i emo­cjo­nalne nad­uży­cia, pozo­sta­wiły ich z tra­gicz­nym dzie­dzic­twem uza­leż­nień, cho­rób psy­chicz­nych i fizycz­nych oraz samo­bójstw. Ich trauma była nie­ustan­nie prze­ka­zy­wana kolej­nym gene­ra­cjom. Innym zna­mien­nym przy­kła­dem jest trau­ma­tyczna spu­ści­zna nie­wol­nic­twa i rasi­zmu w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Sze­rzej na ten bole­sny temat wypo­wie­dzia­łem się w czę­ści IV.

Roz­dział 2

Życie w niematerialnym świecie: emocje, zdrowie oraz jedność ciała i umysłu

Jeżeli nie możemy cze­goś zmie­rzyć, nauka nie przy­zna, że to ist­nieje - i wła­śnie dla­tego nauki ści­słe nie zaj­mują się takimi "nie­by­tami", jak emo­cje, umysł, dusza czy duch.

Can­dace Pert, Mole­kuły emo­cji10

Miałam trzy­dzie­ści sześć lat, gdy powie­dziano mi, że mam raka piersi we wcze­snym sta­dium" - powie­działa Caro­line, miesz­kanka Pocono Moun­ta­ins w Pen­syl­wa­nii. Dia­gnozę tę usły­szała ponad trzy­dzie­ści lat temu, w 1988 roku. Guz wycięto chi­rur­gicz­nie i pod­dano Caro­line radio­te­ra­pii. Kilka lat póź­niej, gdy w jej lewym bio­drze i kości udo­wej poja­wiły się prze­rzuty, Caro­line wyma­gała pil­nej wymiany stawu; chi­rur­dzy musieli też usu­nąć znaczną część kości udo­wej. "Dawali mi wtedy rok, naj­wy­żej dwa - wspo­mina. - Moi chłopcy byli bar­dzo mali, mieli tylko osiem i dzie­więć lat. Nie­dawno skoń­czy­łam pięć­dzie­siąt sześć lat, znacz­nie prze­ży­łam więc nawet ich naj­bar­dziej rekor­dowe prze­wi­dy­wa­nia".

W mię­dzy­cza­sie Caro­line wie­lo­krot­nie prze­cho­dziła che­mio­te­ra­pię. Do czasu naszej roz­mowy nowo­twór osią­gnął sta­dium palia­tywne, roz­prze­strze­nił się na prawe bio­dro i udo. Choć gdy roz­ma­wia­li­śmy, nie mogła już ocze­ki­wać znacz­nego prze­dłu­że­nia swego życia11, ta matka dwóch synów pro­mie­niała głę­boką satys­fak­cją z toku, jaki obrały sprawy. Dostała wszak dwie nie­prze­wi­dziane dekady na wycho­wy­wa­nie dzieci.

- Wiesz - zamy­śliła się - patrząc na wła­sną śmier­tel­ność i sły­sząc, że zostało mi od dwu­na­stu do dwu­dzie­stu czte­rech mie­sięcy... zacho­wa­łam się bar­dzo wul­gar­nie wobec leka­rza i powie­dzia­łam, że prze­pra­szam, ale potrze­buję dzie­się­ciu lat, żeby moi syno­wie wyro­śli na męż­czyzn. I zro­bię wszystko, co w mojej mocy, by ich tak wycho­wać.

- "Wul­gar­nie" - powtó­rzy­łem. - Co kon­kret­nie powie­dzia­łaś? - Uży­łam słowa na "p". Powie­dzia­łam, że pier­dolę ich sta­ty­styki.

- Wyszło ci to na dobre - zauwa­ży­łem. - Przy­pusz­czam, że pomo­gło ci to wydłu­żyć życie.

- Wła­śnie tak mu powie­dzia­łam. - Caro­line się roze­śmiała. - "Pier­dolę wasze sta­ty­styki. Potrze­buję tych lat, żeby ich wycho­wać na ludzi". Wyszedł z gabi­netu. Naj­wy­raź­niej nie spodo­bał mu się mój język. Pew­nie stwier­dził, że jestem stuk­nięta i ordy­narna. Czę­sto myśla­łam, żeby odna­leźć tego leka­rza, który od tam­tej pory prze­pro­wa­dził się do Kali­for­nii, i powie­dzieć mu, że moi chłopcy mają teraz dwa­dzie­ścia cztery i dwa­dzie­ścia pięć lat. Jeden jest w szkole pody­plo­mo­wej w Prin­ce­ton. Drugi miał trudny czas, ale się pozbie­rał i ukoń­czy stu­dia z trzema tytu­łami, z wyróż­nie­niem.

Wybuch Caro­line wobec niczego nie­spo­dzie­wa­ją­cego się leka­rza nie paso­wał do jej cha­rak­teru. Przez całe życie była miłą, uni­ka­jącą zwad osobą. "Zawsze sta­ra­łam się być opie­kuń­cza, oddana, nieść pomoc innym, czę­sto ze szkodą dla samej sie­bie - powie­działa mi. - Wystrze­ga­łam się wszel­kich kon­flik­tów. I zawsze musia­łam pano­wać nad sytu­acją, upew­nia­jąc się, że wszystko jest w porządku". Caro­line prze­ja­wiała coś, co nazwano "super­au­to­no­miczną samo­wy­star­czal­no­ścią"12. Zna­cze­nie tego ter­minu dokład­nie odpo­wiada jego brzmie­niu: jest to prze­sadna, nie­współ­mierna do oko­licz­no­ści awer­sja do pro­sze­nia kogo­kol­wiek o cokol­wiek.

Mała uwaga: nikt nie przy­cho­dzi na świat z takimi cechami. Nie­odmien­nie wyni­kają one ze spo­so­bów radze­nia sobie z traumą wynie­sioną z okresu roz­wo­jo­wego, począw­szy od wyrze­cze­nia się samego sie­bie we wcze­snym dzie­ciń­stwie. Taka supre­sja ma trwałe kon­se­kwen­cje, a zwią­zane z nią pro­cesy zostały omó­wiony sze­rzej w roz­dziale 7.

"Doszłam do prze­ko­na­nia, że prak­tycz­nie każda cho­roba, nawet jeśli nie ma psy­cho­so­ma­tycz­nego pod­łoża, posiada wyraźny psy­cho­so­ma­tyczny ele­ment" - napi­sała pio­nierka neu­ro­bio­lo­gii Can­dace Pert w książce Mole­kuły emo­cji, która uka­zała się w 1997 roku. Pisząc o "ele­men­cie psy­cho­so­ma­tycz­nym", Pert nie miała na myśli współ­cze­snego, czę­sto iro­nicz­nego baga­te­li­zo­wa­nia cho­roby jako neu­ro­tycz­nego wymy­słu. Cho­dziło jej raczej o ści­śle naukowe kono­ta­cje tego słowa, mające zwią­zek z jed­no­ścią ludz­kiej psy­che (umy­słu i ducha) i somy (ciała); jed­no­ścią, którą wie­lo­krot­nie badała i odno­to­wy­wała w labo­ra­to­rium. Jej odkry­cia, jak słusz­nie twier­dziła, miały umoż­li­wić "syn­tezę zacho­wa­nia, psy­cho­lo­gii i bio­lo­gii"q32.

W kon­cep­cji ści­słego powią­za­nia umy­słu i ciała nie ma niczego odkryw­czego; jeśli już, to za novum można uznać prze­ko­na­nie - pota­jem­nie pod­trzy­my­wane i jaw­nie wcie­lane w życie przez wielu leka­rzy o dobrych inten­cjach - że aspekty te da się roz­dzie­lić. Tra­dy­cyjne prak­tyki medyczne na całym świe­cie, choć brak im cudow­nej tech­no­lo­gii i nauko­wego know-how roz­wi­nię­tego na Zacho­dzie, od dawna uznają ist­nie­nie tej unii. Pomimo sztucz­nego roz­dzie­le­nia tych dwóch ele­men­tów przez zachod­nią medy­cynę więk­szość ludzi na­dal domy­śla się - choćby na pozio­mie intu­icyj­nym - że myśle­nie i samo­po­czu­cie są nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zane. Typowe jest na przy­kład mówie­nie o wrzo­dach jako kon­se­kwen­cji życio­wych stre­sów, bólu głowy wyni­ka­ją­cym z napię­cia psy­chicz­nego czy nie­prze­two­rzo­nych lękach pro­wa­dzą­cych do ata­ków paniki. Ta sama zasada obo­wią­zuje przy ana­li­zo­wa­niu nie tylko poszcze­gól­nych obja­wów, lecz także więk­szo­ści rodza­jów cho­rób. Zabu­rze­nia emo­cjo­nalne wyni­ka­jące z pro­ble­mów w związ­kach, kło­poty finan­sowe i dowolne inne źró­dła dłu­go­trwa­łych nie­po­ko­jów prze­kła­dają się na obcią­że­nia fizjo­lo­giczne, które mogą pro­wa­dzić do cho­roby.

Do opi­sa­nia tej jed­no­ści Pert ukuła ter­min body­mind13. Na ofi­cjal­nej stro­nie inter­ne­to­wej na temat jej prac i spu­ści­zny odno­to­wano, że poję­cie to zostało "celowo napi­sane bez łącz­nika, aby pod­kre­ślić jed­ność jego czę­ści skła­do­wych". Ciała i umy­słu, choć nie są toż­same, nie da się zro­zu­mieć w ode­rwa­niu od sie­bie. Możemy igno­ro­wać ten para­doks lub mu zaprze­czać, ale nie zdo­łamy od niego uciec. Od czasu uka­za­nia się prze­ło­mo­wej pracy Pert bio­lo­giczny wpływ emo­cji - tych "nie­by­tów", nad któ­rych nie­zna­jo­mo­ścią tak ubo­le­wała - był sze­roko badany i został udo­ku­men­to­wany w wielu tysią­cach pomy­sło­wych eks­pe­ry­men­tów. Warto zapo­znać się z kil­koma z nich, pamię­ta­jąc, że każdy sta­nowi jedy­nie wierz­cho­łek góry lodo­wej podob­nie prze­ko­nu­ją­cych spo­strze­żeń.

Nie­miec­kie bada­nie z 1982 roku, zapre­zen­to­wane na czwar­tym mię­dzy­na­ro­do­wym sym­po­zjum na temat zapo­bie­ga­nia i wykry­wa­nia raka, które odbyło się w Lon­dy­nie, wyka­zało, że pewne aspekty oso­bo­wo­ści są sil­nie sko­re­lo­wane z nowo­two­rem piersi. Pięć­dzie­siąt sześć kobiet przy­ję­tych do szpi­tala w celu wyko­na­nia biop­sji oce­niono pod kątem takich cech, jak tłu­mie­nie emo­cji, racjo­na­li­zo­wa­nie, zacho­wa­nia altru­istyczne, uni­ka­nie kon­flik­tów i super­au­to­no­miczna samo­wy­star­czal­ność, któ­rej uoso­bie­niem była Caro­line. Na pod­sta­wie samych wyni­ków wywia­dów zarówno pro­wa­dzący je, jak i "ślepi" oce­nia­jący, któ­rzy nie mieli bez­po­śred­niego kon­taktu z kobie­tami, byli w sta­nie posta­wić trafną dia­gnozę nawet u 94 pro­cent wszyst­kich pacjen­tek z nowo­two­rem i w mniej wię­cej 70 pro­centach przy­pad­ków łagod­nychq33. We wcze­śniej­szym, bry­tyj­skim bada­niu prze­pro­wa­dzo­nym w King's Col­lege Hospi­tal w Lon­dy­nie stwier­dzono, że kobiety ze zło­śli­wymi guzami piersi cecho­wały się "skraj­nym tłu­mie­niem gniewu i innych uczuć" w "znacz­nie więk­szej licz­bie przy­pad­ków", niż odno­to­wano w gru­pie kon­tro­l­nej, skła­da­ją­cej się z kobiet przy­ję­tych na biop­sję w tym samym cza­sie, u któ­rych stwier­dzono zmiany nowo­two­rowe piersi o łagod­nym cha­rak­te­rzeq34.

W wyda­nej w 2000 roku publi­ka­cji "Can­cer Nur­sing" przyj­rzano się zależ­no­ściom mię­dzy tłu­mie­niem gniewu a rakiem, czę­sto dostrze­ga­nym mię­dzy innymi przez pie­lę­gniarki na oddzia­łach onko­lo­gicz­nych. "W jakiś spo­sób pie­lę­gniarki intu­icyj­nie wyczu­wały, że ta swo­ista "łagod­ność" jest szko­dliwa. Pogląd ten został już obec­nie poparty bada­niami"q35. Spo­strze­że­nia pie­lę­gnia­rek przy­po­mniały mi publi­ka­cję na temat stward­nie­nia zani­ko­wego bocz­nego (ALS, od ang. amy­otro­phic late­ral scle­ro­sis)14, omó­wioną przez dwóch neu­ro­lo­gów z Cle­ve­land Cli­nic na mię­dzy­na­ro­do­wym kon­gre­sie w Bawa­rii w latach 90q36. Ich per­so­nel także twier­dził, że pacjenci z ALS są wyjąt­kowo mili - do tego stop­nia, że w więk­szo­ści przy­pad­ków umiał traf­nie prze­wi­dzieć, u kogo zosta­nie stwier­dzona ta cho­roba, a u kogo nie. "Oba­wiam się, że ta osoba ma ALS, bo jest zbyt miła" - zapi­sy­wali pra­cow­nicy szpi­tala w kar­cie pacjenta. Albo: "Ten pacjent nie może mieć ALS, bo nie jest wystar­cza­jąco miły". Neu­ro­lo­dzy byli w szoku. "Pomimo krót­kiego kon­taktu z cho­rymi oraz, co oczy­wi­ste, for­mu­ło­wa­nia opi­nii na pod­sta­wie nie­nau­ko­wych metod, ich uwagi pra­wie za każ­dym razem oka­zy­wały się trafne" - zauwa­żyli.

Roz­ma­wia­łem z dr. Asą J. Wil­bo­ur­nem, głów­nym auto­rem wspo­mnia­nej publi­ka­cji. "Feno­men ten ma cha­rak­ter nie­malże uni­wer­salny - powie­dział mi. - W labo­ra­to­rium, gdzie bada się wielu pacjen­tów z ALS, wie­dza ta jest czymś oczy­wi­stym, a my zaj­mu­jemy się ogromną liczbą takich przy­pad­ków. Sądzę, że każdy, kto ma do czy­nie­nia z tą cho­robą, zdaje sobie sprawę z praw­dzi­wo­ści tego zja­wi­ska". Takie nie­ofi­cjalne spo­strze­że­nia zostały póź­niej potwier­dzone w bar­dziej for­mal­nych bada­niach, o czym świad­czy tytuł arty­kułu opu­bli­ko­wa­nego nie­dawno w jed­nym z cza­so­pism neu­ro­lo­gicz­nych: ""Osoby ze stward­nie­niem zani­ko­wym bocz­nym zwy­kle są miłe" - cechy oso­bo­wo­ści pacjen­tów w oczach spe­cja­li­stów w obsza­rze ALS"q37.

W bada­niu męż­czyzn z rakiem pro­staty tłu­mie­nie zło­ści zostało sko­ja­rzone ze zmniej­sze­niem sku­tecz­no­ści komó­rek NK (natu­ral­nych zabój­ców), będą­cych pierw­szą linią obrony układu odpor­no­ścio­wego przed nowo­two­rami zło­śli­wymi i intru­zami z zewnątrz. Komórki te odgry­wają bar­dzo ważną rolę w nabie­ra­niu odpor­no­ści na nowo­tworyq38. We wcze­śniej­szych bada­niach stwier­dzono, że aktyw­ność komó­rek NK u zdro­wych mło­dych ludzi maleje nawet pod wpły­wem sto­sun­kowo nie­wiel­kiego napię­cia psy­chicz­nego - zwłasz­cza u osób emo­cjo­nal­nie odizo­lo­wa­nych, co samo w sobie sta­nowi zna­czące źró­dło prze­wle­kłego stresu.

Potężny wymiar fizjo­lo­giczny ma rów­nież smu­tek. Poucza­jące bada­nie opu­bli­ko­wane w bry­tyj­skim cza­so­pi­śmie "Lan­cet Onco­logy" ilu­struje wpływ czyn­ni­ków psy­cho­lo­gicz­nych na skom­pli­ko­wane szlaki łączące układ odpor­no­ściowy, hor­mony i układ ner­wowy, na przy­kład w okre­sie żałoby. U rodzi­ców, któ­rzy stra­cili doro­słego syna na sku­tek wypadku lub kon­fliktu zbroj­nego, auto­rzy bada­nia odno­to­wali zwięk­szoną czę­stość wystę­po­wa­nia nowo­two­rów lim­fa­tycz­nych i hema­to­lo­gicz­nych - czyli nowo­two­rów krwi, szpiku kost­nego i węzłów chłon­nych - oraz raka skóry i płucq39. Wojna zabija, lecz głę­boka strata emo­cjo­nalna może być rów­nie śmier­cio­no­śna. Podob­nie jest w przy­padku innych cho­rób. W ogól­no­kra­jo­wym duń­skim bada­niu stwier­dzono, że u pogrą­żo­nych w żało­bie rodzi­ców dwu­krot­nie rośnie ryzyko zacho­ro­wa­nia na stward­nie­nie roz­sianeq40.

(Pomimo tak prze­ko­nu­ją­cych dowo­dów nie sądzę, aby utrata bli­skiej osoby - bez względu na wymiar emo­cjo­nalny - sama w sobie sta­no­wiła zagro­że­nie dla zdro­wia. Uwa­żam, że jest to uza­leż­nione od spo­sobu, w jaki ludzie radzą sobie ze stratą, w tym od wspar­cia, na jakie mogą liczyć. Na naszą fizjo­lo­gię wpły­wają nie tylko wyda­rze­nia jako takie, lecz także reak­cje emo­cjo­nalne i spo­sób, w jaki je prze­twa­rzamy).

Zale­d­wie jedno bada­nie, przed­sta­wione w 2019 roku w perio­dyku "Can­cer Rese­arch", powinno skło­nić każ­dego kli­ni­cy­stę do zro­bie­nia szyb­kiego kursu medy­cyny układu cia­ło­umy­słu. Stwier­dzono, że kobiety z cięż­kim zespo­łem stresu poura­zo­wego (PTSD) są dwu­krot­nie bar­dziej nara­żone na nowo­twór jaj­nika niż te, które nie były obcią­żone traumąq41. W "Daily Gazette" wyda­wa­nej przez Uni­wer­sy­tet Harvarda, gdzie prze­pro­wa­dzono to bada­nie, napi­sano: "Odkry­cia wska­zują, że sil­niej­sze objawy PTSD, takie jak łatwość ule­ga­nia stra­chowi pod wpły­wem typo­wych dźwię­ków lub uni­ka­nie wspo­mnień o trau­ma­tycz­nych doświad­cze­niach, mogą się wią­zać ze zwięk­szo­nym ryzy­kiem raka jaj­nika nawet dzie­siątki lat po prze­ży­ciu przez kobiety trau­ma­tycz­nego wyda­rze­nia". Im cięż­sze objawy traumy, tym bar­dziej agre­sywny oka­zy­wał się rak.

Prze­pro­wa­dzone na Harvar­dzie bada­nia dostar­czyły dal­szych prze­ko­nu­ją­cych dowo­dów na nie­ro­ze­rwalny zwią­zek mię­dzy stre­sem emo­cjo­nal­nym a sta­nem fizycz­nym orga­ni­zmu w zdro­wiu i w cho­ro­bie. Już we wcze­śniej­szych ana­li­zach powią­zano depre­sję z pod­wyż­szo­nym ryzy­kiem raka jaj­nika. Wpływ stresu także został zba­dany: wśród myszy labo­ra­to­ryj­nych, któ­rym do jamy brzusz­nej wstrzyk­nięto komórki raka jaj­nika, nowo­twór roz­wi­jał się czę­ściej i roz­prze­strze­niał szyb­ciej u tych osob­ni­ków, które pod­da­wano pre­sji emo­cjo­nal­nej wyni­ka­ją­cej z ogra­ni­czeń fizycz­nych lub izo­la­cji, niż u gry­zoni mają­cych nie­skrę­po­wany kon­takt z innymiq42. Harvardzcy naukowcy wysu­nęli hipo­tezę, że stres może "sprzy­jać roz­wo­jowi raka jaj­nika przez blo­ko­wa­nie głów­nych mecha­ni­zmów chro­nią­cych przed nie­po­ha­mo­wa­nym wzro­stem komó­rek". Innymi słowy, stres może osła­biać zdol­ność układu odpor­no­ścio­wego do kon­tro­lo­wa­nia i eli­mi­no­wa­nia nowo­two­rów.

Impli­ka­cje tego spo­strze­że­nia wykra­czają daleko poza PTSD, ponie­waż w naszej kul­tu­rze stres i trauma doty­kają wiele osób, które nie kwa­li­fi­kują się do takiej dia­gnozy. Według zaska­ku­ją­cego spo­strze­że­nia, zamiesz­czo­nego w 2005 roku przez fiń­skich bada­czy na łamach "Bri­tish Jour­nal of Psy­chia­try", osoby prze­cho­dzące "różne życiowe zda­rze­nia", do jakich zali­czono sto­sun­kowo typowe stresy i trud­no­ści emo­cjo­nalne, takie jak pro­blemy w związ­kach i w pracy, niekwa­li­fi­kujące pacjen­tów do posta­wie­nia for­mal­nej dia­gnozy, cier­pią na wię­cej obja­wów podob­nych do zespołu stresu poura­zo­wego - jak złe sny lub odrę­twie­nie emo­cjo­nalne - niż osoby obcią­żone poważ­niej­szą traumą, oca­lałe z wojny lub kata­strofyq43.

Harvardzka publi­ka­cja na temat raka jaj­nika wska­zuje na kilka obie­cu­ją­cych moż­li­wo­ści lecze­nia. Zasu­ge­ro­wano w niej, że kobiety, u któ­rych objawy PTSD ustą­piły - na przy­kład dzięki sku­tecz­nej psy­cho­te­ra­pii - były obar­czone mniej­szym ryzy­kiem zacho­ro­wa­nia na nowo­twór zło­śliwy niż pacjentki wyka­zu­jące symp­tomy tego zespołu. Eks­cy­tu­jące są roz­wa­ża­nia doty­czące poten­cjału pre­wen­cyj­nego i tera­peu­tycz­nego oraz impli­ka­cji spo­łecz­nych wyni­ka­ją­cych z per­spek­tywy zdro­wot­nej, która trak­tuje emo­cje jak praw­dziwe i ważne "byty", jakimi są one w isto­cie.

Choć wszystko to jest aktu­alne, a przy­to­czone bada­nia naukowe pachną świe­żo­ścią, zależ­no­ści te nie są niczym nowym. W wykła­dzie z 1939 roku dla absol­wen­tów medy­cyny, zamiesz­czo­nym w "Jour­nal of the Ame­ri­can Medi­cal Asso­cia­tion" (JAMA), dr Soma Weiss poin­for­mo­wał słu­cha­czy, że "czyn­niki spo­łeczne i psy­chiczne odgry­wają rolę w każ­dej cho­ro­bie, lecz w przy­padku wielu scho­rzeń mają one domi­nu­jące zna­cze­nie"q44. Ten ceniony węgier­sko-ame­ry­kań­ski kli­ni­cy­sta dodał, że "aspekty psy­chiczne sta­no­wią rów­nie aktywny bodziec w lecze­niu pacjen­tów jak czyn­niki che­miczne i fizyczne". Stwier­dze­nia te wygło­sił nie jako psy­cho­ana­li­tyk teo­re­tyk, lecz sza­no­wany prak­tyk pato­fi­zjo­lo­gii i far­ma­ko­te­ra­pii, czyli medycz­nego sto­so­wa­nia leków. W Harvard Medi­cal School pamięć o Weis­sie jest pod­trzy­my­wana przez coroczny dzień badań na jego cześć, lecz pro­po­no­wana przez niego per­spek­tywa inte­gra­cyjna oraz wspie­ra­jąca ją obszerna lite­ra­tura naukowa wciąż nie mogą się prze­bić do kon­wen­cjo­nal­nego myśle­nia medycz­nego. "Sprawa połą­cze­nia umysł-ciało od dawna jest czymś, czego stu­dio­wa­nie wiąże się z wiel­kim zagro­że­niem dla dal­szej kariery na Harvar­dzie - powie­dział mi nie­dawno ceniony lekarz i pra­cow­nik naukowy tej czci­god­nej insty­tu­cji. - Zaczyna się to zmie­niać, lecz sprawa wciąż jest bar­dzo trudna"q45.

Istot­nie trudna. Pod­czas pre­lek­cji czę­sto pro­szę o pod­nie­sie­nie ręki tych słu­cha­czy, któ­rzy w ciągu ostat­nich pię­ciu lat odwie­dzili neu­ro­loga, kar­dio­loga, pul­mo­no­loga, reu­ma­to­loga, gastro­en­te­ro­loga, der­ma­to­loga, immu­no­loga... i tak dalej. "Leka­rza dowol­nej spe­cja­li­za­cji" - mówię. Pod­nosi się las rąk. "A teraz niech pozo­sta­wią ręce w górze ci z was - cią­gnę - któ­rych spe­cja­li­sta zapy­tał o stresy lub traumy z dzie­ciń­stwa, więzi z rodzi­cami, jakość obec­nych rela­cji, samot­ność lub życie towa­rzy­skie, satys­fak­cję z pracy i nasta­wie­nie do niej, poglądy na temat szefa lub spo­sób, w jaki czło­wiek ten was trak­tuje, odczu­wa­nie rado­ści lub gniewu, bie­żące trud­no­ści lub o to, co myśli­cie na wła­sny temat". W pęka­ją­cych w szwach salach, w któ­rych zasiada nawet kil­ka­set osób, liczbę unie­sio­nych rąk można na ogół poli­czyć na pal­cach jed­nej z nich. "Tym­cza­sem te nie­za­dane pyta­nia mają wiele wspól­nego z tym, dla­czego więk­szość z was posta­no­wiła poszu­kać pomocy medycz­nej" - dodaję.

Mimo wszystko obraz sytu­acji stop­niowo się kla­ruje, w miarę jak współ­cze­sne bada­nia potwier­dzają tra­dy­cyjne mądro­ści. Sto­sun­kowo nowa dzie­dzina nauki, psy­cho­neu­ro­im­mu­no­lo­gia, bada nie­zli­czone zależ­no­ści mię­dzy cia­łem a umy­słem; tema­tem jej zain­te­re­so­wań są powią­za­nia w obrę­bie emo­cji, układu ner­wo­wego i układu odpor­no­ścio­wego oraz stres jako pod­łoże cho­rób. Mylące jest jed­nak nawet okre­śle­nie "powią­za­nia", albo­wiem powią­zane mogą być jedy­nie byty odrębne, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści mamy do czy­nie­nia z jed­no­ścią. Ta nowa dys­cy­plina, okre­ślana nie­kiedy trud­nym do wymó­wie­nia mia­nem psy­cho­neu­ro­im­mu­no­en­do­kry­no­lo­gii, bazuje na jed­no­ści mię­dzy wszyst­kimi naszymi skład­ni­kami: umy­słem, mózgiem, ukła­dem ner­wo­wym i odpor­no­ścio­wym oraz apa­ra­tem hor­mo­nal­nym (stąd "endo­kryno"). Każdy z tych ele­men­tów można badać osobno, lecz nie zdo­łamy w pełni zro­zu­mieć żad­nego z nich bez uchwy­ce­nia całego obrazu. Od kory mózgo­wej przez ośrodki emo­cjo­nalne mózgu aż po auto­no­miczny układ ner­wowy; od sta­łych lub płyn­nych aspek­tów apa­ratu odpor­no­ścio­wego po narządy hor­mo­nalne i ich wydzie­liny; od układu reak­cji na stres do wnętrz­no­ści... wszystko sta­nowi jed­ność.

Jed­no­ści tej w naj­mniej­szym stop­niu nie umniej­sza kwe­stia obda­rze­nia nas przez ewo­lu­cję instynk­tami, emo­cjami, zło­żo­nymi zacho­wa­niami oraz odręb­nymi narzą­dami i ukła­dami. Bez względu na wyra­fi­no­wa­nie ludz­kich umy­słów fak­tem jest, że ich pod­sta­wowe tre­ści - to, o czym myślimy, w co świa­do­mie lub nieświa­do­mie wie­rzymy, co czu­jemy lub czego odczu­wać nie jeste­śmy w sta­nie - sil­nie wpły­wają na nasze ciała, na korzystne i nie­ko­rzystne spo­soby. I na odwrót, doświad­cze­nia naszych ciał gro­ma­dzone od chwili przyj­ścia na świat nie mogą nie rzu­to­wać na spo­sób myśle­nia, odczu­wa­nia, postrze­ga­nia i zacho­wa­nia. Tak w naj­więk­szym skró­cie przed­sta­wia się pod­sta­wowe zało­że­nie psy­cho­neu­ro­im­mu­no­lo­gii.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki