p
Opinie o książce Mit normalności
"W książce Mit normalności Gabor Maté zabiera nas w niezwykłą podróż,
w trakcie której odkrywamy, że nasz emocjonalny dobrostan i komunikacja
społeczna (w skrócie: to, jak żyjemy) są powiązane ze zdrowiem,
chorobami i uzależnieniami. Przewlekłe schorzenia psychiczne i fizyczne
mogą nie być odrębnymi bytami, lecz skomplikowanymi, wieloaspektowymi
procesami, które odzwierciedlają (nie)zdolność organizmu do
przystosowania się do kontekstu kulturowego, w którym żyjemy, oraz do
wartości, jakimi się kierujemy. Ta pasjonująca i znakomicie napisana
opowieść ma dalekosiężne implikacje dla wszystkich aspektów naszego
życia, w tym także dla zdrowia psychicznego i praktykowania medycyny".
dr Bessel A. van der Kolk, prezes Trauma Research Foundation, profesor
psychiatrii na Boston University School of Medicine, autor bestsellera z 1. miejsca listy "New York Timesa" Strach ucieleśniony: Mózg, umysł i ciało w terapii traumy
"Pisząc książkę Mit normalności, Gabor i Daniel Maté opracowali
niezrównane źródło wiedzy dla nas wszystkich. To obszerne, przenikliwe,
znakomicie udokumentowane i inspirujące dzieło pomaga ujrzeć, jak stresy
współczesnej kultury kształtują nasz dobrostan we wszystkich jego
przejawach. Wnikliwie przyglądając się zdrowiu fizycznemu i psychicznemu
z szerokiej perspektywy, autorzy rzucili wyzwanie uproszczonym poglądom
na zaburzenia i choroby, proponując w ich miejsce pełniejszy punkt
widzenia na rozkwit człowieka, który ma bezpośrednie implikacje dla
naszego życia jako jednostek, rodzin i społeczności. Ta drobiazgowa,
inspirująca i płynąca z serca lektura skłania do kwestionowania
utrwalonych mniemań i głębokiego zastanowienia się nad tym, kim jesteśmy
i jak możemy żyć pełniej i swobodniej, wykorzystując moc umysłu w dążeniu do uzdrawiania i pełni istnienia w naszej wspólnej egzystencji
na tej planecie".
dr Daniel J. Siegel, profesor kliniczny na UCLA School of Medicine,
dyrektor wykonawczy Mindsight Institute oraz autor bestsellera "New York
Timesa" IntraConnected: MWe (Me + We) as the Integration of Self,
Identity, and Belonging
"Mądra, wyrafinowana, naukowa i kreatywna książka, będąca intelektualnym
i pełnym współczucia studium tego, kim jesteśmy i kim możemy się stać.
Niezbędna lektura dla każdego, kto ma przeszłość i przyszłość".
Tara Westover, autorka bestsellera "New York Timesa" Uwolniona
"Gabor i Daniel Maté napisali książkę, w której czytelnicy mogą szukać
wytchnienia i pocieszenia w chwilach głębokiego osobistego i społecznego
kryzysu. Mit normalności jest niezbędnym kompasem w dezorientujących
czasach".
Esther Perel, psychoterapeutka, pisarka i autorka podcastu Where Should
We Begin?
"Gabor Maté błyskotliwie, bez ogródek i z pasją wyraża to, czego
instynktownie wszyscy się domyślamy, choć w głębi duszy nie chcemy się z tym zmierzyć: że cała konstrukcja społeczna świata, w którym żyjemy,
jest głęboko wadliwa i toksyczna na każdym poziomie. Książka ta nie
ogranicza się do precyzyjnego opisania ogromu niegodziwości, lecz także
wskazuje możliwości jego naprawienia. Prowadząc nas po zwodniczym lesie
naszych umysłów i społeczeństwa, Maté z jednej strony nie pozwala
przymykać oczu na zło, z drugiej zaś pokazuje światło. Książka Mit
normalności jest dokładnie tym, czego dziś potrzebujemy".
Marianne Williamson, autorka bestsellera "New York Timesa" Powrót do
miłości
"Mit normalności jest zdumiewającym dziełem o wielkim rozmachu, a zarazem głęboko pragmatycznym i praktycznym. Wierzę, że otworzy nam ono
wrota do nowych czasów, w których wreszcie zrozumiemy, iż nasze emocje,
kultura, ciało i duch nie są odrębnymi bytami, a dobrostan może być
jedynie wynikiem potraktowania ich jako spójnej całości. Będę wracać do
tej książki po wielekroć".
V (dawniej Eve Ensler), autorka książek Monologi waginy oraz Wybacz
mi
"Mit normalności może na zawsze zmienić sposób, w jaki postrzegasz
swoje życiowe doświadczenia oraz ich formatywny wpływ na biologię ciała.
Przede wszystkim jednak Gabor Maté wskazuje nam drogę do niezwykle
ważnego dziś uzdrowienia społeczności".
dr Elissa Epel, profesorka na Uniwersytecie Kalifornijskim w San
Francisco i współautorka bestsellera Telomery i zdrowie
"W tej znakomitej, fascynującej i przełomowej książce Gabor Maté zagląda
za kulisy społecznego transu, który zaślepił nas na śmiertelne skutki
wszechobecnej traumy. Pokazuje nam, że trauma ta nie jest kwestią
osobistą. Jej źródłem jest kultura, która utrudnia zaspokajanie naszych
podstawowych potrzeb w zakresie więzi, autentyczności i sensu istnienia.
Opierając się na dziesięcioleciach pracy klinicznej, fascynujących
zdobyczach współczesnej nauki i kontemplacyjnej mądrości, Maté wyjaśnia,
jak w kryzysie współczesności kierować się jasnym spojrzeniem i wielkim
sercem".
Tara Brach, autorka książek Radical Acceptance i Radical Compassion
"Gabor i Daniel Maté proponują wyjątkową i zaskakującą, a zarazem
zbawienną drogę wyjścia z toksycznej iluzji "normalności". Ta niezwykła
i rewolucyjna książka wywrze głęboki wpływ na dobrostan nas samych,
społeczeństwa i całej planety w epoce, w której mądrość i współczucie są
niezbędnymi atutami w walce o wspólne przetrwanie".
wielebny Joan Jiko Halifax, opat Upaya Zen Center
"W czasach, gdy tak wielu z nas boryka się z problemami natury cielesnej
i mentalnej, książka Gabora Maté jest istnym darem niebios, dającym
mądrość i realną nadzieję. Maté jest wybitnym myślicielem i utalentowanym pisarzem, którego twórczość zawsze mnie inspirowała. Mit
normalności nie stanowi pod tym względem wyjątku. Nie będzie przesadą
stwierdzenie, że ta przełomowa książka może pomóc nam w uzdrowieniu w wymiarze indywidualnym, rodzinnym i społecznym".
David Sheff, autor bestsellera "New York Timesa" Cudowny chłopiec
"Gabor Maté dokonał już bardzo wiele, zdejmując piętno patologii z uzależnień, chorób autoimmunologicznych i ADHD, teraz zaś, w swoim opus
magnum, zachęca nas do dalszego poszerzania horyzontów myślowych. W książce Mit normalności twierdzi on, że wymienione problemy i wiele
innych trapiących nasze społeczeństwo bolączek mają związek nie tylko z traumami, jakich doświadczyliśmy, ale są też symptomami toksycznej
istoty naszej materialistycznej, izolującej, patriarchalnej i rasistowskiej kultury. W tej znakomicie napisanej książce niezwykłe jest
nie tylko samo to twierdzenie, lecz także ogrom wspierających jego
prawdziwość badań naukowych, fascynujących historii pacjentów oraz
poruszających przeżyć własnych autora. Nasza kultura rzeczywiście jest
bardzo chora, a ja nie znam lepszego diagnosty i lekarza niż Gabor Maté.
Jego książka stanowi receptę na uzdrowienie, jeśli tylko zdobędziemy się
na odwagę, by z niej skorzystać".
dr Richard Schwartz, twórca modelu psychoterapeutycznego Internal Family
Systems
"Mit normalności to książka, która wzbogaci każdego - mądra, głęboka i uzdrawiająca praca, będąca zwieńczeniem wielu lat naznaczonego bólem
gromadzenia wartościowej wiedzy dr. Maté".
Johann Hari, autor bestsellera "New York Timesa" Złodzieje. Co okrada
nas z uwagi
"Ta porywająca książka opiera się na dwóch ważnych prawdach naszych
czasów - iż wszystko jest ze sobą powiązane, w tym traumy psychiczne i choroby fizyczne, oraz że nie są to anomalie naszego społeczeństwa, ale
smutna codzienność, a nawet epidemia, którą sami sobie zgotowaliśmy.
Mit normalności jest potężnym wezwaniem do zmiany sposobu, w jaki
żyjemy i kochamy, rozumiemy, myślimy i traktujemy siebie nawzajem, ze
strony kogoś znajdującego się w znakomitym położeniu, by sporządzić mapę
tych obszarów i dać nam cenne narzędzia do poruszania się po nich".
Rebecca Solnit, autorka książki Mężczyźni objaśniają mi świat
"W tej obszernej i znakomicie napisanej książce Gabor Maté i jego syn
Daniel stawiają niezwykle trafną diagnozę przypadłości naszej kultury i przedstawiają plan uzdrowienia, dając jednocześnie wskazówki niezbędne
do stworzenia bardziej gościnnego i przyjaźniejszego świata dla nas i naszych dzieci".
dr Tsabary Shefali, autorka bestsellerów z listy "New York Timesa" i psycholożka kliniczna
"Najnowsza książka Gabora Maté to przewodnik po samoświadomości,
społecznym wglądzie i uzdrawianiu, głęboko osobisty i zarazem
niezwykle przystępny. Książka ta, napisana płynną, nieskazitelną prozą i nacechowana głęboką mądrością, świetnym humorem oraz z trudem zdobytą
pokorą, zasługuje na to, by stać się Drogą rzadziej przemierzaną
naszego pokolenia. Chcąc podsumować ją w dwóch słowach, książka Mit
normalności jest żarliwie czuła".
William M. Watson, doktor teologii, Towarzystwo Jezusowe, prezes i założyciel Sacred Story Institute
"Mit normalności to szczegółowe i wszechstronne spojrzenie na to, co
wszyscy powinniśmy wiedzieć - choć często nie potrafimy postępować
zgodnie z tą wiedzą - pod względem ludzkiego zdrowia, dobrostanu
psychicznego, dojrzewania i szczęścia. Jest to również wnikliwe badanie
korzyści i sukcesów, ograniczeń i słabych punktów naszego systemu opieki
zdrowotnej i psychicznej".
Resmaa Menakem, autor bestsellerów My Grandmother's Hands, The
Quaking of America oraz Monsters in Love
"Mit normalności to istny majstersztyk opisujący pełne dysonansów
doświadczenia bycia człowiekiem w naszej anormalnej i toksycznej
współczesnej kulturze. Zasadniczym celem tego dzieła, zarówno niezwykle
smutnego, jak i wzniosłego, jest zasypanie przepaści oddzielającej
dzisiejszego człowieka od jego autentycznego ja i uleczenie zbiorowej
traumy, która tłumi naszą naturalną ekspresję i radość. Jeśli chcesz
zdobyć się na odwagę i zaryzykować wywrócenie swojego życia do góry
nogami, podejmując wyzwanie przyjrzenia się prawdzie o sobie i kulturze,
która dosłownie nas zabija - jest to lektura dla ciebie".
dr Rachel Carlton Abrams, lekarka medycyny integracyjnej
"Mit normalności pozwala spojrzeć z wyjątkowej perspektywy na sprawy,
które uważamy za "normalne", i pomaga przebudzić się na to, co w naszym
życiu jest prawdziwe, autentyczne. Gabor i Daniel Maté napisali
fascynującą książkę, która pomoże ci zakwestionować dotychczasowe
poglądy, by rozwiać mgłę iluzji i ujrzeć, co naprawdę dzieje się w twoim
umyśle i w twoim ciele".
Sharon Salzberg, autorka książek Lovingkindness i Real Happiness
"Dzięki skrupulatnym badaniom i zamiłowaniu do szczegółów książka
cenionego lekarza Gabora Maté jest arcydziełem pokazującym, jak trauma
wpływa nie tylko na nasze indywidualne ciała i psychikę, ale też na całe
społeczeństwa. Mit normalności wysiewa ziarna, których owoce pomogą
nam zmienić to, co uznajemy za "normalne", i daje pozwolenie na
powiedzenie stanowczego "nie" sprawom przyczyniającym się do mnożenia
dających się uniknąć chorób".
dr Lissa Rankin, autorka bestsellerów z listy "New York Timesa" Umysł
silniejszy od medycyny i Sacred Medicine
"To najwybitniejsze dotąd dzieło Gabora Maté jest lekturą obowiązkową
dla nas wszystkich. Wybitny pisarz nie owija w bawełnę: pokazuje, jak
począwszy od własnego systemu umysłu i ciała, a na ciele politycznym
skończywszy, zatracamy własną autentyczność i jak zbiera to żniwo pod
względem psychologicznym, fizycznym, duchowym i społecznym".
dr Julie Holland, autorka książki Dobra chemia. Co nauka mówi o psychodelikach i poczuciu połączenia
"Raz na jakiś czas pojawia się książka, która kreśli nową wizję świata i rzuca światło na to, co do tej pory było skryte w cieniu, choć jest to
tak ważne dla naszego zdrowia i dobrego samopoczucia jak woda dla ryb,
tlen dla człowieka i miłość dla duszy. Ta praca jest prawdziwym
majstersztykiem, pouczającym i błyskotliwym opisem warunków głębokiego
uzdrowienia".
dr Jeffrey D. Rediger, teolog, adiunkt na Harvard Medical School, autor
książki Cured: Strengthen Your Immune System and Heal Your Life
"Gabor Maté jest błyskotliwy i pełen pasji, wrażliwy i nieustraszony, a jego słowa są nacechowane skłaniającą do działania szczerością.
Wszechstronne i przenikliwe analizy autora łączą w sobie głęboką wiedzę,
ciężko wypracowaną mądrość kliniczną, osobiste traumy i praktyczne
sugestie. To arcydzieło czyta się jak inteligentny thriller, który
sugestywnie eksponuje wyzwania, przed jakimi stajemy, a zarazem wskazuje
drogę do ich pokonania. Lektura obowiązkowa dla każdego, kto pasjonuje
się własnym umysłem, szaleństwem współczesnego świata i możliwościami
budowania lepszej przyszłości".
dr Rick Hanson, autor książki Rezyliencja. Jak ukształtować fundament
spokoju, siły i szczęścia
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
W tłum. Anny Tanalskiej-Dulęby (PIW, Warszawa 1996). [wróć]
Choć słowa "mit" będę używał głów nie we współczesnym znaczeniu czegoś fikcyjnego lub wprowadzającego w błąd, w znacznie dalszej części książki będę miał okazję do pokazania uzdrawiającej mocy prawdziwego myślenia mitycznego, w pradawnym znaczeniu tego terminu - przypisy dolne pochodzą od autora, chyba że oznaczono inaczej. [wróć]
W tłumaczeniu Roberta Sudóła (Charaktery, Kielce 2014). [wróć]
Mark Epstein jest psychiatrą, nauczycielem medytacji buddyjskiej i pisarzem. [wróć]
Zob. rozdział 6, pierwszy akapit oraz przypis. [wróć]
Dhammapada w przekładzie Zbigniewa Beckera. [wróć]
Podobnie jak ja, Eva Hoffman w latach 50. wyemigrowała do Vancouver; obecnie od lat mieszka w Londynie. [wróć]
Rozdział 4. [wróć]
Obi-Wan Kenobi do Luke'a Skywalkera w Powrocie Jedi (1983). [wróć]
W tłum. Ischim Odorowicz-Śliwy (Studio Astropsychologii, Białystok 2014). [wróć]
Z głębokim smutkiem przyjąłem wiadomość o jej śmierci, która dotarła do mnie mniej więcej rok po wspomnianej rozmowie. [wróć]
Sformułowanie ukute w 1982 roku przez badaczy z niemieckiego Uniwersytetu w Heidelbergu. [wróć]
Dosł. ciałoumysł; w polskim wydaniu książki C. Pert, przywoływanym już wcześniej, konstrukt ten został nazwany układem umysł-ciało. W dalszej części tekstu terminy te są używane zamiennie - przyp. tłum. [wróć]
Prawie zawsze śmiertelna choroba zwyrodnieniowa układu nerwowego, znana w Wielkiej Brytanii jako jedna z chorób neuronu ruchowego, a w Stanach Zjednoczonych również jako choroba Lou Gehriga. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Chodzi, odpowiednio, o książki Rozproszone umysły. Przyczyny i leczenie zespołu deficytu uwagi, Kiedy ciało mówi nie. Koszty ukrytego stresu, Bliskie spotkania z uzależnieniem. W świecie głodnych duchów oraz o napisaną wspólnie z dr. Gordonem Neufeldem Więź. Dlaczego rodzice powinni być ważniejsi od kolegów. [wróć]
Morris Berman, The Twilight of American Culture (W.W. Norton, New York 2001), s. 64-65. [wróć]
Thom Hartmann, The Last Hours of Ancient Sunlight: The Fate of the World and What We Can Do About It Before It's Too Late (Three Rivers Press, New York 2000), s. 164. [wróć]
Christine Buttorff i in., Multiple Chronic Conditions in the United States (RAND Corporation, Santa Monica, CA 2017). [wróć]
Nearly 7 in 10 Americans Take Prescription Drugs, Mayo Clinic, Olmsted Medical Center Find, Mayo Clinic, informacja prasowa, 19 czerwca 2013, https://newsnetwork.mayoclinic.org/discussion/nearly-7-in-10-americans-take-prescription-drugs-mayo-clinic-olmsted-medical-center-find/. [wróć]
Carly Weeks, Up to Half of Baby Boomers Will Have High Blood Pressure Soon, Report Warns, "Globe and Mail", 3 kwietnia 2013. [wróć]
Alvaro Alonso i Miguel Hernán, Temporal Trends in the Incidence of Multiple Sclerosis: A Systematic Review, "Neurology 71", nr 2 (8 lipca 2008), doi: 10.1212/01.wnl.0000316802.35974.34. [wróć]
Calum MacLeod, Obesity of China's Kids Stuns Officials, "USA Today", 9 stycznia 2007, https://usatoday30.usatoday.com/news/world/2007-01-08-chinese-obesity_x.htm. [wróć]
Mental Health by the Numbers, National Alliance on Mental Illness, https://www.nami.org/mhstats. [wróć]
10 The Size and Burden of Mental Disorders in Europe, "ScienceDaily", 6 września 2011, https://www.sciencedaily.com/releases/2011/09/110905074609.htm. Źródło: European College of Neuropsychopharmacology. [wróć]
Brett Burstein i in., Suicidal Attempts and Ideation Among Children and Adolescents in US Emergency Departments, 2007-2015, "JAMA Pediatrics 173", nr 6 (kwiecień 2019), s. 598-600, https://doi.org/10.1001/jamapediatrics.2019.0464, cyt. w: Carly Cassella, Child Suicide Attempts Are Skyrocketing in the US, and Nobody Knows Why, "ScienceAlert", 11 kwietnia 2019, https://www.sciencealert.com/us-children-are-facing-a-mental-health-crisis-as-suicidal-ideations-climb. [wróć]
12 Samira Shackle, "The Way the Universities Are Run Is Making Us Ill": Inside the Student Mental Health Crisis, "Guardian", 27 września 2019. [wróć]
Hui Cao i in., Prevalence of Attention-Deficit/Hyperactivity Disorder Symptoms and Their Associations with Sleep Schedules and Sleep-Related Problems Among Preschoolers in Mainland China, "BMC Pediatrics 18", nr 1 (19 lutego 2018), s. 70. [wróć]
Caroline Hickman i in., Young People's Voices on Climate Anxiety, Government Betrayal and Moral Injury: A Global Phenomenon, preprint przesłany do czasopisma "Lancet", wrzesień 2021, https://papers.ssrn.com/sol3/papers.cfm?abstract_id=3918955. [wróć]
CDC Continues to Support the Global Polio Eradication Effort, Centers for Disease Control and Prevention, 18 marca 2016, https://www.cdc.gov/polio/updates/?s_cid=cs_404. [wróć]
Zgodnie z podsumowaniem dr. Bessela van der Kolka w jego przedmowie do książki Petera Levine'a Trauma i pamięć. Mózg i ciało w poszukiwaniu autentycznej przeszłości (Czarna Owca, Warszawa 2017). [wróć]
Levine, Trauma i pamięć, tłum. Maria Reimann. [wróć]
John Bowlby, Separation: Anxiety and Anger (Basic Books, New York 1973), s. 12. [wróć]
Bessel van der Kolk, Strach ucieleśniony, Mózg, umysł i ciało w terapii traumy, tłum. Małgorzata Załoga (Czarna Owca, Warszawa 2018). [wróć]
Levine, Trauma i pamięć. [wróć]
Peter Levine, Healing Trauma Study Guide (Sounds True, Boulder, CO: 1999), s. 5. [wróć]
Clyde Hertzman i Tom Boyce, How Experience Gets Under the Skin to Create Gradients in Developmental Health, "Annual Review of Public Health 31" (21 kwietnia 2010), s. 329-347. [wróć]
Mark Epstein, Trauma codzienności, tłum. Robert Sudół (Charaktery, Kielce 2014). [wróć]
Levine, Healing Trauma Study Guide, 7. [wróć]
10 Ibid. [wróć]
Tara Westover, Uwolniona. Jak wykształcenie odmieniło moje życie, tłum. Barbara Szelewa-Kropiwnicka (Czarna Owca, Warszawa 2019). [wróć]
Rollo May, Odwaga tworzenia, tłum. Ewa i Tomasz Hornowscy (Rebis, Poznań 1994). [wróć]
13 Gershen Kaufman, Shame: The Power of Caring (Schenkman Books, Rochester, VT 1980), s. 20. [wróć]
Elizabeth Wurtzel, Elizabeth Wurtzel Confronts Her One-Night Stand of a Life, "New York", 6 stycznia 2013. [wróć]
Dhammapada - Ścieżka Prawdy Buddy, tłum. Zbigniew Becker. [wróć]
Eva Hoffman, Time (Profile Books, London 2009), s. 7-8. [wróć]
Candace Pert, Molekuły emocji. Naukowe dowody na łączność ciała i duszy, tłum. Ischim Odorowicz-Śliwa (Studio Astropsychologii, Białystok 2014). [wróć]
M. Wirsching i in., Psychological Identification of Breast Cancer Patients Before Biopsy, "Journal of Psychosomatic Research 26", nr 1 (1982), s. 1-10. [wróć]
S. Greer i T. Morris, Psychological Attributes of Women Who Develop Breast Cancer: A Controlled Study, "Journal of Psychosomatic Research 19", nr 2 (kwiecień 1975), s. 147-153. [wróć]
Sandra P. Thomas i in., Anger and Cancer: An Analysis of the Linkages, "Cancer Nursing 23" nr 5 (listopad 2000), s. 344-348. [wróć]
A.J. Wilbourn i H. Mitsumoto, Why Are Patients with ALS So Nice, prelekcja na Dziewiątym Międzynarodowym Sympozjum ALS/MND, Monachium 1998. [wróć]
Theresa Mehl, Berit Jordan i Stephan Zierz, "Patients with Amyotrophic Lateral Sclerosis (ALS) Are Usually Nice Persons" - How Physicians Experienced in ALS See the Personality Characteristics of Their Patients, "Brain Behavior 7", nr 1 (styczeń 2017). [wróć]
Frank J. Penedo i in., Anger Suppression Mediates the Relationship Between Optimism and Natural Killer Cell Cytotoxicity in Men Treated for Localized Prostate Cancer, "Journal of Psychosomatic Research 60", nr 4 (kwiecień 2006), s. 423-427. [wróć]
Edna Maria Vissoci Reiche, Sandra Odebrecht Vargas Nunes i Helena Kaminami Morimoto, Stress, Depression, the Immune System, and Cancer, "Lancet Oncology 5", nr 10 (październik 2004), s. 617-625. Autorki stwierdziły: "Koncepcje te mogą wyjaśniać zwiększone występowanie nowotworów limfatycznych i hematologicznych oraz czerniaków zaobserwowanych w kohorcie 6284 żydowskich Izraelczyków, którzy stracili dorosłego syna. Zapadalność na raka była większa u rodziców ofiar wypadków i rodziców pogrążonych w żałobie w porównaniu z innymi z członkami populacji. Rodzice pogrążeni w żałobie po wypadkach byli również bardziej narażeni na raka układu oddechowego". [wróć]
J. Li i in., The Risk of Multiple Sclerosis in Bereaved Parents: A Nationwide Cohort Study in Denmark, "Neurology 62", nr 5 (9 marca 2004), s. 726-729. [wróć]
10 A. Roberts i in., PTSD Is Associated with Increased Risk of Ovarian Cancer: A Prospective and Retrospective Longitudinal Cohort Study, "Cancer Research 79", nr 19 (1 października 2019), s. 5113-5120; https://doi.org/10.1158/0008-5472.CAN-19-1222 (5 września 2019). [wróć]
Premal H. Thekar i in., Chronic Stress Promotes Tumor Growth and Angiogenesis in a Mouse Model of Ovarian Carcinoma, "Nature Medicine 12", nr 8 (12 sierpnia 2006), s. 939-944; opublikowano online 23 lipca 2006, https://doi.org/10.1038/nm1447. [wróć]
Saskia L. Mol i in., Symptoms of Post-Traumatic Stress Disorder After Non-Traumatic Events: Evidence from an Open Population Study, "British Journal of Psychiatry 286" (czerwiec 2005), s. 494-499. [wróć]
S. Weiss, The Medical Student Before and After Graduation, "Journal of the American Medical Association 114" (1940), s. 1709-1718. [wróć]
Z osobistej korespondencji z dr. Jeffem Redigerem, dyrektorem medycznym McLean Hospital, Harvard. [wróć]
Wstęp
Dlaczego normalność jest mitem (i czemu to takie ważne)
Fakt, że miliony ludzi mają te same wady, nie czyni tych wad cnotami;
fakt, że podzielają tyle błędnych przekonań, nie czyni tych przekonań
prawdami; a fakt, że ludzie dzielą pewną formę patologii umysłowej z milionami innych ludzi, nie czyni ich zdrowymi.
Erich Fromm, Zdrowe
społeczeństwo1
Źle się dzieje w społeczeństwie, które ma
niespotykaną wcześniej obsesję na punkcie zdrowia.
Zafiksowaliśmy się na zdrowiu i dobrym samopoczuciu. Branże warte wiele
miliardów dolarów czerpią zyski z nieustannego angażowania ludzi -
mentalnego i emocjonalnego, by nie wspomnieć o finansowym - w nieustającą pogoń za zdrowszym odżywianiem się, młodszym wyglądem,
dłuższym życiem, lepszym samopoczuciem czy choćby ograniczeniem
dolegliwości. Na okładkach magazynów, w wiadomościach telewizyjnych,
reklamach i w codziennym potoku internetowych treści, które
rozprzestrzeniają się lotem błyskawicy, spotykamy się z rzekomymi
"przełomami zdrowotnymi", promującymi tę czy inną metodę dbania o siebie. Robimy, co w naszej mocy, by sprostać wyzwaniom: bierzemy
suplementy, chodzimy na zajęcia jogi, co rusz przestawiamy się na inną
dietę, robimy sobie badania genetyczne, planujemy metody zapobiegania
nowotworom albo demencji i szukamy porad medycznych lub alternatywnych
terapii dotyczących przypadłości ciała, umysłu i duszy.
Mimo to nasze zbiorowe zdrowie się pogarsza.
Dlaczego tak się dzieje? Jak sobie wytłumaczyć, że we współczesnym
świecie, w apogeum geniuszu i zaawansowania medycyny, coraz częściej
zapadamy na przewlekłe choroby fizyczne i pogłębia się problem chorób
psychicznych oraz uzależnień? Co więcej, skoro już to zauważamy,
dlaczego nie czujemy się tym bardziej zaniepokojeni? I jak mamy znaleźć
sposób na zapobieganie wielu nękającym nas dolegliwościom i ich
leczenie, pomijając nawet tak dotkliwe katastrofy jak pandemia COVID-19?
Jako lekarza z ponadtrzydziestoletnim stażem i różnorodnym
doświadczeniem - od przyjmowania porodów do prowadzenia oddziału opieki
paliatywnej - zawsze uderzały mnie zależności między człowiekiem a społecznymi i emocjonalnymi kontekstami, w których toczy się nasze życie
i rozwija zdrowie lub choroba. Ta ciekawość czy raczej fascynacja
skłoniła mnie z czasem do uważnego zapoznania się z najnowszymi
zdobyczami nauki, które bezbłędnie kreślą takie powiązania. W moich
poprzednich książkach omawiałem niektóre z tych zależności,
przejawiające się w określonych przypadłościach, takich jak zespół
nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi (ADHD), nowotwory i wszelkiego rodzaju choroby autoimmunologiczne oraz uzależnienia. Pisałem
też o rozwoju człowieka w dzieciństwie, najbardziej formatywnym okresie
naszego życiaq1.
W tej książce, Mit normalności, zająłem się zagadnieniem znacznie
obszerniejszym. Doszedłem do wniosku, że za epidemią przewlekłych
dolegliwości psychicznych i fizycznych, jaką naznaczona jest
współczesność, stoi wada naszej kultury, która przyczynia się do wysypu
dokuczających nam chorób oraz - a nawet przede wszystkim - cechuje się
ideologicznymi martwymi punktami, uniemożliwiającymi nam dokładną ocenę
naszej trudnej sytuacji i podejmowanie działań na rzecz jej poprawy. Te
martwe punkty - powszechne w całej kulturze, lecz w katastrofalnym
stopniu trapiące mój zawód - sprawiają, że nie jesteśmy świadomi
zależności, które wiążą zdrowie z życiem społeczno-emocjonalnym.
Ujmę to inaczej: przewlekła choroba - psychiczna lub fizyczna - jest w dużej mierze pochodną lub cechą tego, jak się rzeczy mają, a nie
usterką; stanowi konsekwencję naszego życia, a nie tajemnicze
wynaturzenie.
Nawiązanie do toksycznej kultury w podtytule tej książki może się kojarzyć z zanieczyszczeniem środowiska, tak powszechnym od zarania ery przemysłowej i tak nieprzyjaznym dla ludzkiego zdrowia. Rzeczywiście nie brak w naszym otoczeniu prawdziwych, fizycznych trucizn, od cząstek azbestu po coraz wyższe stężenie dwutlenku węgla. "Toksyczność" można też jednak rozumieć w bardziej współczesnym znaczeniu zaczerpniętym z psychologii popularnej, polegającym na szerzeniu się negatywności, nieufności, wrogości i polaryzacji, niewątpliwie cechujących obecną sytuację socjopolityczną. Oba te znaczenia możemy bezsprzecznie włączyć do tych rozważań, ja
jednak użyłem terminu "toksyczna kultura" w odniesieniu do czegoś
większego i głębiej zakorzenionego: całego kontekstu struktur
społecznych, systemów przekonań, założeń i wartości, który nas otacza i siłą rzeczy przenika każdy aspekt naszego życia.
Wpływ jakości życia społecznego na zdrowie nie jest nowym odkryciem,
lecz uświadomienie go sobie nigdy nie było pilniejsze. Postrzegam go
jako najdonioślejszy problem zdrowotny naszych czasów, napędzany
skutkami pogłębiających się nierówności, stresu i widma katastrofy
klimatycznej, by wymienić tylko kilka najważniejszych czynników. Nasza
koncepcja dobrostanu musi zmienić swój wymiar z indywidualnego na
globalny w każdym znaczeniu tego słowa. Jest to szczególnie istotne w epoce zglobalizowanego kapitalizmu, który - jak mówi historyk kultury
Morris Berman - stał się "totalnym środowiskiem komercyjnym, otaczającym
cały świat mentalny"q2. Biorąc pod uwagę podkreślaną w tej
książce jedność umysłu i ciała, dodam, że stanowi on również totalne
środowisko fizjologiczne.
Twierdzę, że nasza kultura społeczna i ekonomiczna z samej swej natury
wytwarza chroniczne stresory, mające bardzo poważny, negatywny wpływ na
zdrowie, który na przestrzeni kilkudziesięciu ostatnich lat nieustannie
się nasilał.
Przytoczę przydatną analogię. W kontekście laboratoryjnym kultura jest
preparatem biochemicznym opracowanym tak, by sprzyjał rozwojowi tego czy
innego organizmu. Przy założeniu, że wprowadzonym do niej drobnoustrojom
nic nie dolega i są w dobrej kondycji genetycznej, prawidłowo
utrzymywana kultura powinna wspierać ich pomyślny, zdrowy wzrost i namnażanie się. Jeśli wśród mikroorganizmów w bezprecedensowym tempie
zaczną plenić się patologie lub mikroby nie będą się prawidłowo
rozwijać, to znaczy, że albo kultura została skażona, albo od samego
początku była źle dobrana. Bez względu na powód możemy słusznie nazwać
ją kulturą toksyczną - nieodpowiednią dla stworzeń, którym miała
sprzyjać, lub co gorsza, groźną dla ich przetrwania. Tak samo jest ze
społecznościami ludzkimi. Jak powiedział prezenter radiowy, aktywista i pisarz Thom Hartmann: "Kultura może być zdrowa lub toksyczna, opiekuńcza
lub zabójcza"q3.
Z perspektywy dobrostanu nasza obecna kultura postrzegana przez pryzmat
eksperymentu laboratoryjnego jest demonstracją niepowodzeń o coraz
bardziej globalnym wymiarze. Pomimo istnienia spektakularnych środków
ekonomicznych, technologicznych i medycznych obarcza niezliczone rzesze
ludzi chorobami zrodzonymi ze stresu, ignorancji, nierówności,
degradacji środowiska, zmian klimatycznych, ubóstwa oraz izolacji
społecznej. Pozwala milionom na przedwczesną śmierć z powodu chorób,
którym umiemy zapobiegać, lub niedostatków, jakie moglibyśmy
wyeliminować z naddatkiem.
W Stanach Zjednoczonych, najbogatszym kraju w dziejach i sercu
zglobalizowanego systemu gospodarczego, 60 procent dorosłych cierpi na
jedną z chorób przewlekłych, takich jak nadciśnienie lub cukrzyca, a ponad 40 procent ma dwa takie schorzenia lub więcejq4. Prawie 70
procent Amerykanów przyjmuje co najmniej jeden lek na receptę; ponad
połowa bierze dwaq5. Jeśli w moim kraju, Kanadzie, utrzyma się
dotychczasowa tendencja, w ciągu kilku lat nawet połowa wszystkich
urodzonych w erze wyżu demograficznego będzie cierpieć na
nadciśnienieq6. U kobiet niewspółmiernie wzrosła
częstotliwość występowania chorób autoimmunologicznych mających poważne
konsekwencje, takich jak stwardnienie rozsiane (SM)q7. Wśród osób
młodych zdają się też rosnąć statystyki zapadalności na nowotwory
niezwiązane z paleniem tytoniu. Wskaźniki otyłości i wiele związanych z nią zagrożeń dla zdrowia rosną w wielu krajach, w tym Kanadzie,
Australii, a zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie kryteria otyłości
spełnia ponad 30 procent dorosłych. W tej niewesołej statystyce Meksyk
prześcignął ostatnio swego północnego sąsiada, wskutek czego co godzinę
stwierdza się cukrzycę u trzydziestu ośmiu Meksykanów. Za sprawą
globalizacji Azja nie pozostaje w tyle. "Chiny weszły w erę otyłości -
poinformował pekiński badacz zdrowia dzieci Ji Chengye. - Postępuje w szokującym tempie"q8.
W całym zachodnim świecie wśród młodych, dorosłych i seniorów stwierdza
się coraz więcej zaburzeń zdrowia psychicznego. W Kanadzie najszybciej
rosną statystyki depresji i stanów lękowych, a w 2019 roku ponad 50
milionów Amerykanów - czyli więcej niż 20 procent dorosłej populacji -
doświadczyło epizodu choroby psychicznejq9. Z kolei w Europie, według autorów niedawnego międzynarodowego badania, zaburzenia
psychiczne stały się "największym wyzwaniem zdrowotnym XXI
wieku"q10. Miliony amerykańskich dzieci i młodzieży przyjmują
środki pobudzające, antydepresyjne, a nawet przeciwpsychotyczne, których
długotrwały wpływ na rozwijający się mózg nie został jeszcze dogłębnie
zbadany: trwa ryzykowny eksperyment społeczny w obszarze chemicznej
kontroli mózgów i zachowań młodych ludzi. Mrożący krew w żyłach
nagłówek, jaki ukazał się w 2019 roku w internetowym serwisie
informacyjnym ScienceAlert, mówi sam za siebie: "Liczba prób
samobójczych wśród amerykańskich dzieci rośnie w zawrotnym tempie i nikt
nie wie dlaczego"q11. W równie czarnych barwach rysuje się
sytuacja w Wielkiej Brytanii, gdzie niedawno "Guardian" doniósł, że: "W brytyjskich uniwersytetach gwałtownie rośnie liczba przypadków lęków,
załamań psychicznych i depresji wśród studentów"q12. W miarę
postępów globalizacji warunki panujące dotychczas w krajach
"rozwiniętych" stopniowo przenikają do innych rejonów świata. Na
przykład ADHD zyskuje wagę "coraz większego problemu zdrowia
publicznego" w Chinachq13.
Katastrofa klimatyczna, której skutki już odczuwamy, stworzyła zupełnie nowe źródło niebezpieczeństw dla zdrowia; stała się - jeśli to w ogóle możliwe - jeszcze groźniejszą wersją nuklearnego miecza Damoklesa, wiszącego nad ludzkością od czasów Hiroszimy. "Niepokój dotyczący zmian klimatycznych przekłada się wśród młodych ludzi na przeświadczenie, że nie mają przyszłości, a ludzkość jest skazana na zagładę" - donieśli autorzy przeprowadzonego w 2021 roku badania postaw światopoglądowych, w którym wzięło udział ponad dziesięć tysięcy osób z czterdziestu dwóch krajów. W połączeniu z poczuciem zdrady i pozostawienia ich własnemu losowi przez rządy i dorosłych taka apatia i desperacja "są chronicznymi stresorami, które będą miały znaczące, długofalowe i narastające negatywne konsekwencje dla zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży"q14. Jeśli wyobrazimy sobie ludzkość w postaci kolonii organizmów z laboratoryjnej analogii, te i inne wskaźniki jednoznacznie potwierdzą
nam toksyczność kultury. Co gorsza, można mówić o swoistej aklimatyzacji
- czy raczej akulturyzacji - do wielu trapiących nas problemów. Stały
się one, z braku lepszego słowa, normalne.
W praktyce medycznej słowo "normalność" odnosi się między innymi do
stanu, do jakiego dążymy my, lekarze, wyznaczając granicę między
zdrowiem a chorobą. Celem stosowania kuracji i leków jest osiągnięcie
"normalnych poziomów" i "normalnego funkcjonowania". Sukces lub
niepowodzenie oceniamy również na podstawie "norm statystycznych";
zapewniamy zaniepokojonych pacjentów, że ten czy inny objaw lub skutek
uboczny jest zupełnie normalny i "należało się go spodziewać". Wszystko
to są konkretne i uzasadnione zastosowania tego terminu, które
umożliwiają nam realistyczną ocenę sytuacji, pozwalającą na odpowiednie
ukierunkowanie wysiłków.
To nie w tym sensie tytuł tej książki odnosi się do normalności, lecz w znaczeniu bardziej podstępnym, które nie tylko nie pomaga nam w dążeniu
do zdrowszej przyszłości, lecz wręcz torpeduje takie starania.
Jesteśmy niezrównani pod względem przywykania do różnych rzeczy, co ma
swoje dobre i złe strony, zwłaszcza gdy zmiany są stopniowe. Nowomodny
czasownik "normalizować" odnosi się do procesu, dzięki któremu coś, co
wcześniej odbiegało od normy, staje się na tyle normalne, że nie
zwracamy na to uwagi. Na poziomie społecznym zatem normalność często
oznacza "nie ma tu nic do oglądania"; wszystkie systemy pracują tak jak
powinny i nie ma sensu roztrząsać tematu.
Prawda widziana moimi oczami jest zupełnie inna.
Nieżyjący już David Foster Wallace, mistrz słowa, pisarz i eseista,
rozpoczął kiedyś przemówienie podczas uroczystości ukończenia studiów
zabawną przypowieścią, która dobrze ilustruje problemy z normalnością.
Historia opowiada o dwóch rybach, które spotykają starszego
przedstawiciela swego gatunku, ten zaś wita je wesoło: "Cześć, jak tam
woda?". Dwie młode ryby płyną przez chwilę w milczeniu, po czym jedna
patrzy na drugą i mówi: "A co to takiego ta woda?". Spostrzeżenie, do
którego przemyślenia Wallace chciał zachęcić słuchaczy, polegało na tym,
że "najbardziej oczywiste, wszechobecne i ważne realia są często tymi,
które najtrudniej dostrzec i omówić". Przyznał, że w pierwszej chwili
może to brzmieć banalnie, lecz "w codziennych okopach dorosłej
egzystencji banały mogą decydować o życiu lub śmierci".
Trudno o lepsze ujęcie tezy tej książki. Rzeczywiście bowiem życie i śmierć poszczególnych istnień ludzkich - jakość egzystencji, a w wielu
przypadkach czas jej trwania - są ściśle związane z tymi aspektami
współczesnego społeczeństwa, które "najtrudniej dostrzec i omówić";
zjawiskami, które podobnie jak woda dla ryb są zbyt rozległe i zbyt
bliskie, aby uzmysłowić sobie ich znaczenie. Innymi słowy, te aspekty
codziennego życia, które zdają się nam teraz normalne, w istocie
najgłośniej domagają się wnikliwej analizy. To moje zasadnicze
stwierdzenie. Idąc jego tropem, moim głównym zamiarem jest
przedstawienie nowego sposobu widzenia i omawiania tych zjawisk,
pozwalającego na przeniesienie ich z tła na pierwszy plan, abyśmy mogli
jak najszybciej znaleźć jakże potrzebne rozwiązania.
Postaram się pokazać, że wiele z tego, co w naszym społeczeństwie
uchodzi za normalne, nie jest ani naturalne, ani zdrowe, a spełnienie
kryteriów normalności owego społeczeństwa pod wieloma względami oznacza
dostosowanie się do wymagań głęboko nienormalnych w kontekście naszych
naturalnych potrzeb - jest więc niezdrowe i krzywdzące na poziomie
fizjologicznym, mentalnym, a nawet duchowym.
Gdybyśmy zaczęli postrzegać fakt istnienia wielu chorób nie w charakterze okrutnego zrządzenia losu lub wrednej zagadki, lecz raczej
spodziewanej, a zatem normalnej konsekwencji nienormalnych,
nienaturalnych okoliczności, miałoby to przełomowe implikacje dla
naszego podejścia do wszystkiego, co ma związek ze zdrowiem. Chore ciała
i umysły nie byłyby już traktowane jako przejawy indywidualnych
patologii, lecz żywe sygnały ostrzegawcze każące nam przyjrzeć się temu,
w którym miejscu nasze społeczeństwo się wynaturzyło i które z dominujących pewników i założeń dotyczących zdrowia są w istocie fikcją.
Widziane wyraźnie, mogłyby one udzielić nam też wskazówek, co należy
zrobić z myślą o zawróceniu z obranego kursu i budowie zdrowszego
świata.
Największą przeszkodą w tworzeniu owego zdrowego świata, większą niż
niedostatki technologii, niewystarczające fundusze czy brak nowych
odkryć, jest wypaczona idea normalności w naszej kulturze, która
powstrzymuje nas nawet przed tymi działaniami, które powinny wynikać z już zdobytej wiedzy. Jej tamujący wpływ jest szczególnie dotkliwy w dziedzinie, w której jasność widzenia jest potrzebna najbardziej:
medycynie.
Obecny paradygmat medyczny, ze względu na rzekomo naukowy charakter,
który pod pewnymi względami bardziej przypomina ideologię niż wiedzę
empiryczną, jest obarczony podwójnym błędem. Sprowadza on złożone
zjawiska do czystej biologii i oddziela umysł od ciała, zajmując się
prawie wyłącznie jednym albo drugim, z pominięciem ich zasadniczej
jedności. Wada ta nie unieważnia bezdyskusyjnie niezwykłych osiągnięć
medycyny ani nie kala dobrych intencji wielu praktykujących ją osób,
lecz poważnie ogranicza możliwości czynienia dobra przez naukę medyczną.
Jeden z najpowszechniejszych i katastrofalnych błędów, na jakie narażony
jest nasz system opieki zdrowotnej, stanowi ignorancja - w rozumieniu
niewiedzy albo czynnego ignorowania tego, co nauce udało się już
ustalić. Przykładem są coraz liczniejsze dowody na to, że żywych ludzi
nie można podzielić na odrębne narządy i układy, a nawet na "umysły" i "ciała". Ogólnie rzecz biorąc, świat medyczny nie chciał lub nie
potrafił przyswoić tych dowodów i odpowiednio skorygować metod
postępowania. Nowa nauka - w tym wiele koncepcji wcale już nie tak
świeżych - nie wywarła jeszcze znaczącego wpływu na tok kształcenia w akademiach medycznych, skazując przyszłych pracowników służby zdrowia,
choćby tych o najlepszych intencjach, na błądzenie po omacku. Wielu z nich musi dochodzić do wniosków samodzielnie.
Dla mnie proces łączenia elementów układanki rozpoczął się kilkadziesiąt
lat temu, gdy kierując się intuicją, wyszedłem poza standardowy
repertuar suchego lekarskiego kwestionariusza dotyczącego objawów i historii medycznej, by zapytać pacjentów o szerszy kontekst choroby: ich
egzystencję. Jestem głęboko wdzięczny za to, czego nauczyłem się od tych
mężczyzn i kobiet na podstawie ich życia i umierania; ich cierpienia i powrotu do zdrowia, a także z przytaczanych przez nich historii. Sedno
tych doświadczeń, w pełni zgodne z tym, co pokazuje nauka, jest
następujące: zdrowie i choroba nie są przypadkowymi stanami określonego
ciała lub jego części. Stanowią w istocie wyraz całego życia, którego z kolei nie sposób pojąć w izolacji, pozostaje ono bowiem pod wpływem
splotu okoliczności, relacji, zdarzeń i doświadczeń - lub ujmując to
jeszcze trafniej, jest ich skutkiem.
Mamy rzecz jasna powody do cieszenia się ze zdumiewających postępów
medycyny, jakie dokonały się w ciągu dwóch ostatnich stuleci, oraz z niestrudzonego hartu ducha i geniuszu intelektualnego tych, których
prace doprowadziły do gigantycznego rozwoju w wielu dziedzinach
ludzkiego zdrowia. Przytoczę tylko jeden przykład: zapadalność na polio
- straszliwą chorobę, która jeszcze dwa czy trzy pokolenia wcześniej
uśmiercała lub okaleczała niezliczone dzieci - według amerykańskich
Centrów Kontroli i Zapobiegania Chorobom od 1988 roku spadła o ponad 99
procent; większość dzisiejszych dzieci prawdopodobnie nigdy o tej
chorobie nie słyszałaq15. Podobnie jest w przypadku nieco
bliższego naszym czasom problemu HIV, który stosunkowo szybko z wyroku
śmierci stał się możliwą do opanowania chorobą przewlekłą - przynajmniej
dla tych, którzy mają dostęp do odpowiednich rodzajów terapii. A choć
pandemia COVID-19 miała tragiczne skutki, błyskawiczny rozwój
szczepionek można zaliczyć do triumfów współczesnej nauki i medycyny.
Problem z takimi dobrymi wieściami - a są to naprawdę znakomite
informacje - polega na tym, iż podsycają one krzepiące przekonanie o dokonywaniu postępów ku zdrowszym standardom życia i skłaniają do
zwodniczej bierności. Rzeczywisty obraz jest zupełnie inny. Daleko nam
do bycia o krok od rozwiązania stojących przed nami współczesnych
problemów zdrowotnych, a za większością z nich ledwie udaje się nam
nadążyć. Często najlepsze, co umiemy zrobić, sprowadza się do
złagodzenia objawów - chirurgicznie, farmakologicznie bądź na obydwa
sposoby. Bez względu na to, jak mile widziane są przełomy w medycynie i jak owocne okazują się badania, sednem problemu nie jest deficyt wiedzy,
technologii czy metod, lecz ograniczone, przestarzałe podejście, które
nie wyjaśnia obserwowanych zjawisk. Obrałem sobie za cel przedstawienie
świeżego spojrzenia, które moim zdaniem niesie ze sobą ogromne
możliwości tworzenia zdrowszego paradygmatu: nowej wizji normalności,
która pielęgnuje to, co w nas najlepsze.
Wątek tej książki podąża za zazębiającymi się kwestiami przyczyn,
powiązań i konsekwencji, które rzutują na nasze zdrowie lub jego brak.
Rozpocznę od wnętrza na poziomie biologii człowieka, a następnie -
badając bliskie zależności, w ramach których rozwijają się nasze ciała,
mózgi i charaktery - przejdę do kwestii zewnętrznych, ku najbardziej
globalnym wymiarom zbiorowej egzystencji, a mianowicie aspektom
socjoekonomicznym i politycznym. Po drodze pokażę, jak zdrowie fizyczne
i psychiczne jest misternie powiązane z naszymi odczuciami lub
przekonaniami na temat siebie i świata i jak życie zaspokaja niezbywalne
ludzkie potrzeby bądź tego nie robi. Ponieważ trauma we współczesnym
życiu stanowi podstawową warstwę doświadczeń, w dużej mierze ignorowaną
lub błędnie rozumianą, zacznę od jej roboczej definicji, która stworzy
grunt pod dalsze rozważania.
Na każdym etapie tych rozważań moim zadaniem będzie zajrzenie za kulisy
powszechnej wiedzy i przekazywanych mądrości, z uwzględnieniem tego, co
mówi nauka i uważna obserwacja, w celu obalenia mitów, które podtrzymują
obecne status quo. Podobnie jak w moich poprzednich książkach, nauka i jej implikacje dla zdrowia zostaną przybliżone poprzez wzięte z życia
historie i studia przypadków osób, które wspaniałomyślnie podzieliły się
ze mną swoimi przeżyciami w zdrowiu i chorobie. Są wśród nich relacje
zaledwie trochę zaskakujące, jak i naprawdę niewiarygodne; rozdzierające
serce i inspirujące.
Tak, inspirujące. Z tych trudnych opowieści wyłania się bowiem
pokrzepiający wniosek. Gdy trzeźwo spojrzymy na to, co my jako kultura
uznaliśmy za normalne na temat zdrowia oraz choroby, i zdamy sobie
sprawę, że nie taka powinna być kolej rzeczy i nie jesteśmy na nią
skazani, możemy dostrzec możliwość powrotu do tego, co od początku
przewidziała dla nas natura. Proces wspomnianego w podtytule zdrowienia
- w rozumieniu ponownego stawania się całością - może się rozpocząć
dopiero wówczas, gdy postanowimy jasno ujrzeć, jak się sprawy mają.
Stwierdzenie to nie stanowi obietnicy cudownego wyleczenia, a po prostu
nawiązuje do istniejących w każdym z nas, trudnych jeszcze do
wyobrażenia możliwości dążenia do dobrostanu; możliwości ujawniających
się dopiero wtedy, gdy skutecznie stawimy czoła mitom2 o normalności, do których biernie przywykliśmy. Jeśli jest to prawdą dla
człowieka jako jednostki, musi być też prawdziwe dla ludzkości jako
gatunku.
Zdrowienie nie jest pewnikiem, ale realną możliwością. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że w tym momencie dziejów jest też czymś koniecznym. Wszystko, co przez lata widziałem i czego się nauczyłem, daje mi pewność, że mamy w sobie jego moc.
Rozdział 1
Ostatnie miejsce, w którym chciałbyś być: oblicza traumy
Trudno wyobrazić sobie ludzkie życie bez choćby odrobiny cierpienia, a jednak większość z nas nie ma pojęcia, co robić, gdy
cierpimy3.
Mark Epstein, Trauma
codzienności4
Wyobraź sobie następującą sytuację: w krzepkim wieku siedemdziesięciu jeden lat, sześć lat przed napisaniem
tej książki, jej autor wraca do Vancouver z prelekcji w Filadelfii.
Wykłady okazały się sukcesem, miałem entuzjastycznie nastawioną
publiczność, a moje przesłanie o wpływie uzależnienia i traumy na
ludzkie życie zostało ciepło przyjęte. Podróżowałem z nieoczekiwanymi
wygodami, dzięki uprzejmości linii lotniczych Air Canada, które
przeniosły mnie do klasy biznes. Gdy samolot schodził nad wspaniałą
panoramą Vancouver, rozciągającą się od morza do nieba, byłem niczym
Mały Jack Horner z dziecięcej rymowanki, promieniejący satysfakcją z samego siebie. Po wylądowaniu, gdy samolot kołował do bramy, ekran
telefonu rozbłysnął wiadomością od mojej żony Rae: "Przepraszam, jeszcze
nie wyszłam z domu. Nadal chcesz, żebym po ciebie przyjechała?".
Zesztywniałem, a satysfakcja przemieniła się we wściekłość. "Nie trzeba"
- podyktowałem krótko do telefonu. Rozgoryczony wysiadłem, przeszedłem
odprawę celną i wróciłem do domu taksówką, a jazda trwała raptem
dwadzieścia minut. (Jestem przekonany, że czytelnik właśnie kurczowo
ściska książkę w empatycznym oburzeniu na jawną zniewagę doznaną przez
autora). Spotkawszy się z Rae, warknąłem "cześć", które zabrzmiało
bardziej jak oskarżenie niż powitanie, i ledwie wymieniłem z nią
spojrzenia. Co więcej, właściwie nie nawiązałem z nią kontaktu
wzrokowego przez następną dobę. Zwracałem się do niej lakonicznymi
burknięciami. Odwracałem wzrok, górną część twarzy miałem napiętą jak
maska i bez przerwy zaciskałem szczękę.
Co się ze mną działo? Czy tak wygląda reakcja dojrzałego dorosłego,
któremu stuknął siódmy krzyżyk? Tylko na pozór. W takich przypadkach
dorosłego Gabora jest we mnie bardzo mało. Większość tkwi w szponach
odległej przeszłości, bliskiej początkom mojego życia. Tego rodzaju
fizyczno-emocjonalne zakrzywienie czasu, uniemożliwiające mi cieszenie
się chwilą, jest jedną z oznak traumy i motywem przewodnim wielu ludzi w naszej kulturze. W rzeczywistości tkwi ona w nas cierniem tak głęboko,
że wiele osób nawet nie zdaje sobie sprawy z jej istnienia.
Grecki źródłosłów słowa trauma oznacza "ranę". Niezależnie od tego, czy
zdajemy sobie z tego sprawę, odniesione rany - czy też sposoby, w jaki
sobie z nimi radzimy - narzucają większość naszych zachowań, kształtują
nawyki społeczne oraz wzorce myślenia o świecie. Mogą nawet decydować o tym, czy w ogóle jesteśmy zdolni do racjonalnego myślenia w najważniejszych dla życia kwestiach. U wielu z nas trauma ujawnia się w najbliższych związkach, szkodząc im na najróżniejsze sposoby.
W 1889 roku pionier w tej dziedzinie, francuski psycholog Pierre Janet,
po raz pierwszy opisał traumatyczne wspomnienie jako podtrzymywane w "odruchowych działaniach i reakcjach, odczuciach i postawach (...)
odtwarzane i odgrywane na nowo w formie fizycznych doznań"q16. W obecnym stuleciu jeden z czołowych psychologów traumy i uzdrowicieli
Peter Levine napisał, że wstrząsający dla organizmu bodziec "może
zachwiać biologiczną, psychologiczną i społeczną równowagą człowieka, a wspomnienie wydarzenia może przyćmić wszystkie inne doświadczenia i uniemożliwić docenianie tego, co dzieje się tu i teraz"q17. Levine
nazywa to zjawisko "tyranią przeszłości".
W moim przypadku wzorzec wrogości wobec wiadomości przysłanej przez Rae
można odnaleźć w pamiętniku, który prowadziła w Budapeszcie moja matka
niemal nieczytelnym pismem i z dużymi przerwami w czasie pierwszych lat
mojego życia u kresu drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu.
Poniższy wpis, przetłumaczony przeze mnie z węgierskiego, sporządziła 8
kwietnia 1945 roku, gdy miałem czternaście miesięcy:
Mój malutki, dopiero po wielu miesiącach ponownie biorę do ręki pióro,
aby pokrótce naszkicować dla ciebie niewyobrażalną gehennę tych czasów,
których szczegółów wolałabym, abyś nie poznał (...). Dwunastego grudnia
strzałokrzyżowcy zagonili nas do ogrodzonego getta w Budapeszcie, z którego z niesłychanym trudem udało się nam wydostać, by znaleźć
schronienie w domu będącym pod szwajcarską kuratelą. Stamtąd po dwóch
dniach pobytu wysłałam cię z zupełnie obcą osobą do twojej cioci Violi,
bo wiedziałam, że twój mały organizm nie wytrzyma trudów egzystencji w tym budynku. Zaczęło się wtedy pięć lub sześć najstraszniejszych tygodni
mojego życia, gdy nie mogłam cię zobaczyć.
Przeżyłem dzięki życzliwości i odwadze nieznanej chrześcijanki, której
mama powierzyła mnie na ulicy, ta zaś przekazała mnie krewnym, którzy
mieszkali w ukryciu w relatywnie bezpiecznych warunkach. Gdy wojska
sowieckie rozgromiły Niemców i wróciłem do matki, przez kilka dni nawet
na nią nie spojrzałem.
Wybitny dwudziestowieczny brytyjski psychiatra i psycholog John Bowlby
znał ten rodzaj zachowania: nazwał go odłączeniem lub zobojętnieniem
(ang. detachment). W swojej klinice obserwował dziesięcioro małych
dzieci, które ze względu na nieprzewidziane okoliczności musiały na
dłuższy czas zostać oddzielone od rodziców. "Podczas pierwszego
spotkania z matką po dniach albo tygodniach rozłąki każde z dzieci
wykazywało pewien dystans - zauważył Bowlby. - Dwoje zdawało się nie
rozpoznawać matek. Pozostałych ośmioro odwróciło się od nich albo nawet
odeszło. Większość płakała lub była bliska łez; u kilku na buziach
grymas płaczu pojawiał się na przemian ze
zobojętnieniem"q18. Może się to wydawać sprzeczne z intuicją, lecz odtrącenie kochającej matki jest reakcją adaptacyjną:
"Opuszczając mnie, wyrządziłaś mi taką krzywdę, że nie chcę nawiązywać z tobą kontaktu - mówi umysł małego dziecka. - Nigdy więcej nie chcę czuć
takiego bólu". U wielu dzieci - a ja bez wątpienia do nich należałem -
takie wczesne reakcje zakorzeniają się w układzie nerwowym, umyśle i ciele, by siać spustoszenie w przyszłych związkach. Pojawiają się przez
całe życie w obliczu incydentów choćby w niewielkim stopniu
przypominających ich pierwowzór i często bez świadomości sytuacji, która
je wytworzyła. Moja rozdrażniona, obronna reakcja na wiadomość od Rae
była sygnałem, że kontrolę przejęły stare, głębokie obwody emocjonalne,
zaprogramowane w dzieciństwie, podczas gdy racjonalne, uspokajające i samoregulujące się części mojego mózgu zostały odłączone.
"Trauma zawsze jest przedwerbalna" - napisał psychiatra Bessel van der
Kolkq19. Jego stwierdzenie jest w dwójnasób prawdziwe. Po pierwsze,
krzywd psychicznych doznajemy często, zanim jeszcze mózg jest w stanie
sformułować jakąkolwiek werbalną narrację, tak jak stało się to w moim
przypadku. Po drugie, nawet gdy umiemy się już komunikować za
pośrednictwem słów, niektóre rany pozostawiają ślady w obszarach układu
nerwowego, które nie mają nic wspólnego z językiem ani pojęciami;
dotyczy to oczywiście mózgu, lecz także reszty ciała. Pokutują one w tych częściach nas, do których nie mają dostępu myśli ani słowa - możemy
nawet pokusić się o nazwanie tego poziomu traumatycznego programowania
"subwerbalnym". Jak wyjaśnia Peter Levine, "Świadoma, jawna pamięć
stanowi zaledwie czubek przysłowiowej góry lodowej. Jest jedynie
wskazówką prowadzącą do ukrytych, pierwotnych, niejawnych doświadczeń,
które kierują nami w sposób trudny do wyobrażenia dla świadomego
umysłu"q20.
Trzeba przyznać, że moja żona nie pozwala mi wymigiwać się od
odpowiedzialności za sytuacje takie jak lotniskowy foch przez zrzucanie
całej winy na nazistów, faszystów i traumy z niemowlęctwa. Tak, moja
historia zasługuje na współczucie i zrozumienie - a ona dała mi ich pod
dostatkiem - lecz w pewnym momencie wymówka "to przez Hitlera" już nie
przejdzie. Odpowiedzialność można i trzeba brać na siebie. Po dwudziestu
czterech godzinach mojego milczenia Rae miała dość. "Mógłbyś już sobie
odpuścić" - powiedziała. Tak też zrobiłem - co stanowi miarę postępu i względnej dojrzałości z mojej strony. Dawniej kilka dni lub dłużej
zajęłoby "odpuszczenie sobie": puszczenie urazy w niepamięć, wyzwolenie
się z kleszczy chłodu, rozluźnienie twarzy, złagodzenie głosu i spojrzenie na swoją życiową partnerkę z własnej woli i z miłością.
"Mój problem polega na tym, że ożeniłem się z kimś, kto mnie rozumie" -
zżymałem się często tylko na poły żartobliwie. Tak naprawdę rzecz jasna
wielkim błogosławieństwem było poślubić kogoś, kto ma zdrowe granice,
widzi mnie takim, jaki jestem teraz, i nie zamierza dźwigać ciężaru
moich długich i nieprzewidzianych wizyt w odległej przeszłości.
Czym jest trauma i jak działa
Piętno traumy jest powszechniejsze, niż się nam wydaje. Stwierdzenie to
może dziwić o tyle, że "trauma" stała się w naszym społeczeństwie swego
rodzaju nośnym hasłem. Zacznijmy od tego, że termin ten nabrał wiele
potocznych odcieni, które wprowadzają w błąd i rozmywają jego znaczenie.
Zdecydowanie warto przedstawić je wyczerpująco i przystępnie, zwłaszcza
w kontekście zdrowia, a ponieważ wszystko jest ze sobą powiązane, także
w odniesieniu do innych obszarów społecznych.
Zwyczajowe pojmowanie traumy budzi skojarzenia z dramatycznymi
wydarzeniami: huraganami, znęcaniem się, rażącym zaniedbaniem i wojną.
Ma to niezamierzony i mylący efekt, który polega na relegowaniu traumy
do sfery nienormalności, nietypowości, incydentalności. Skoro istnieje
grupa ludzi, których nazywamy "straumatyzowanymi", to znaczy, że
większość z nas taka nie jest. Podejście to jest w dużej mierze
nietrafione. Trauma przenika naszą kulturę, od funkcjonowania na
poziomie jednostki przez relacje społeczne, rodzicielstwo, edukację,
kulturę popularną i politykę aż po gospodarkę. Wyjątkiem w naszym
społeczeństwie byłby raczej ktoś nienaznaczony jej piętnem.
Znaleźlibyśmy się bliżej prawdy, pytając: Gdzie każdy z nas sytuuje się
w szerokim i zaskakująco inkluzywnym spektrum traumy? Które z jej
licznych blizn każdy z nas nosił przez całe życie (lub jego większość) i jaki był ich wpływ? Jakie zyskalibyśmy możliwości, gdybyśmy lepiej się z nimi zaznajomili, a może nawet zżyli?
Najpierw należy jednak odpowiedzieć na bardziej podstawowe pytanie: Czym
jest trauma? W znaczeniu, w jakim używam tego słowa, jest ona wewnętrzną
raną; trwałym pęknięciem lub rozdarciem jaźni spowodowanym trudnymi lub
bolesnymi wydarzeniami. Zgodnie z tą definicją trauma jest przede
wszystkim tym, co dzieje się w kimś wskutek trudnych lub bolesnych
wydarzeń; nie chodzi o same wydarzenia. Ujmuję to następująco: "Trauma
nie jest tym, co ci się przydarza, lecz tym, co dzieje się w tobie".
Wyobraź sobie wypadek samochodowy, w którym ktoś doznaje wstrząśnienia
mózgu: wypadek jest wydarzeniem, a uraz jego trwałym następstwem. Na
podobnej zasadzie trauma jest urazem psychicznym, osadzonym w naszym
układzie nerwowym, umyśle i ciele, który utrzymuje się długo po
zakończeniu pierwotnego incydentu (lub incydentów) i może zostać
wywołany w dowolnym momencie. Stanowi ona zbiór ciężkich życiowych
doświadczeń, w którego skład wchodzi sama krzywda i jej pochodne, czyli
ciężary, jakimi rany te obarczają nasze ciała i dusze: nierozwiązane
emocje, które nas nawiedzają; narzucane przez nie mechanizmy radzenia
sobie z problemami; tragiczne, melodramatyczne lub neurotyczne
scenariusze, które przeżywamy nieświadomie, lecz nieuchronnie, oraz - co
równie ważne - żniwo, jakie wszystko to zbiera w naszych ciałach.
Jeśli rana nie zagoi się sama, może się wydarzyć jedno z dwojga: będzie
się jątrzyć albo, co jest częstsze, zostanie zastąpiona grubą warstwą
tkanki bliznowatej. Otwarta rana jest ciągłym źródłem cierpień i miejscem narażonym na ból wskutek nawet najbłahszego bodźca. Zmusza nas
do nieustannej czujności - niejako do ciągłego jej pielęgnowania - i ogranicza zdolność do elastyczności i podejmowania skutecznych działań
zapobiegających doznaniu ponownej krzywdy. Lepsza jest blizna, która
zapewnia ochronę i spaja tkanki, ma ona jednak swoje wady: jest sztywna,
twarda i nieelastyczna, blokuje zdrowy wzrost i stanowi obszar
odrętwiałej martwoty. Pierwotna żywa zdrowa tkanka nie regeneruje się.
Bez względu na to, czy nierozwiązana trauma jest otwartą raną, czy
blizną, stanowi fizyczną i psychiczną barierę. Umniejsza ona nasze
wrodzone zdolności i powoduje trwałe zniekształcenie w postrzeganiu
świata i innych ludzi. Dopóki jej nie przepracujemy, trauma blokuje nas
w przeszłości i okrada z bogactwa chwili obecnej, ograniczając nasz
potencjał. Zmuszając nas do wypierania zranionych i niechcianych
aspektów psychiki, dzieli nasze ja na części. Dopóki nie zostanie
zauważona i zrozumiana, stanowi też hamulec dla rozkwitu. W wielu
przypadkach - tak jak w moim - trauma niszczy poczucie własnej wartości,
zatruwa związki i odbiera radość z życia. We wczesnym dzieciństwie może
nawet zakłócać zdrowy rozwój mózgu. Poza tym, o czym wkrótce napiszę,
trauma poprzedza wszelkiego rodzaju choroby w ciągu całego życia i się
do nich przyczynia.
Łącznie wpływy te stanowią główną i zasadniczą przeszkodę w rozwoju dla
bardzo wielu ludzi. Raz jeszcze przywołam słowa Petera Levine'a:
"Niewykluczone, że trauma jest najczęściej unikaną, ignorowaną,
bagatelizowaną, negowaną, źle pojmowaną i nieleczoną przyczyną ludzkiego
cierpienia"q21.
Dwa rodzaje traumy
Zanim przystąpię do dalszych rozważań, wprowadzę rozróżnienie dwóch form
traumy. Pierwsza - w znaczeniu, w jakim klinicyści i eksperci tacy jak
Levine czy van der Kolk zwykle używają tego słowa - polega na
automatycznych reakcjach oraz adaptacjach umysłu i ciała do konkretnych,
możliwych do zidentyfikowania, bolesnych i przytłaczających zdarzeń, do
jakich doszło w dzieciństwie lub później. Moja praktyka medyczna i obszerne badania dowodzą, że cierpienia są udziałem wielu dzieci, przy
czym może chodzić o otwarte znęcanie się lub poważne zaniedbania w rodzinie pochodzenia, a także o ubóstwo, rasizm lub ucisk, które w wielu
społeczeństwach są na porządku dziennym. Konsekwencje bywają straszliwe.
Urazy tego rodzaju znacznie częściej, niż się powszechnie uważa,
prowadzą do powstania wielu objawów i syndromów oraz stanów
diagnozowanych jako patologie fizyczne lub psychiczne - zależność ta
pozostaje niemal niedostrzegana przez medycynę i psychiatrię głównego
nurtu, jeśli nie liczyć szczególnych przypadków "schorzeń", takich jak
zespół stresu pourazowego. Ten rodzaj krzywdy jest przez niektórych
nazywany "traumą przez duże T". Leży ona u podstaw wielu zjawisk
określanych mianem chorób psychicznych. Tworzy ona też sprzyjające
podłoże dla chorób somatycznych, wywołując stany zapalne, nasilając
stres fizjologiczny i zaburzając funkcjonowanie genów, przy czym takich
niekorzystnych mechanizmów jest znacznie więcej. Podsumowując, do traumy
przez duże T dochodzi wówczas, gdy ludziom wrażliwym przydarzają się
rzeczy, które nie powinny mieć miejsca: dziecko jest maltretowane, w rodzinie dochodzi do przemocy lub pełnego wzajemnej nienawiści rozwodu,
umiera jedno z rodziców. Wszystkie te zjawiska spełniają kryteria
dziecięcych traum w dobrze znanych badaniach nad negatywnymi
doświadczeniami z dzieciństwa (ACE, od ang. adverse childhood
experiences). Także i w tym przypadku traumatyczne wydarzenia same w sobie nie są tożsame z traumą - krzywdą dla własnego ja - do której
dochodzi w człowieku dopiero na ich skutek.
Istnieje jeszcze inna forma traumy - moim zdaniem niemal wszechobecna w naszej kulturze - którą niekiedy określa się mianem "traumy przez małe
t". Często obserwowałem, jak długotrwałe ślady na psychice dzieci mogą
pozostawić pozornie zwyczajne wydarzenia, które pewien wybitny badacz
trafnie nazwał "mniej pamiętnymi, lecz bolesnymi i znacznie
powszechniejszymi nieszczęściami dzieciństwa"q22. Mogą one
obejmować zastraszanie ze strony rówieśników, okazjonalne i podszyte
dobrymi intencjami, lecz powtarzające się ostre uwagi rodzica, a nawet
brak wystarczającego kontaktu emocjonalnego z dorosłymi opiekunami.
Dzieci, zwłaszcza te bardzo wrażliwe, można zranić na wiele sposobów: są
wśród nich oczywiście rzeczy złe, które się wydarzyły, lecz także rzeczy
dobre, do których nie doszło, takie jak niezaspokojenie emocjonalnej
potrzeby dostrojenia lub poczucie bycia niedostrzeganym i nieakceptowanym, nawet przez kochających rodziców. Trauma tego rodzaju
nie musi być spowodowana jawnym cierpieniem czy nieszczęśliwymi
zrządzeniami losu, o jakich była mowa wcześniej, lecz także może
prowadzić do bólu wynikającego z oderwania od samego siebie, do którego
dochodzi wskutek niezaspokojenia podstawowych potrzeb. Tego rodzaju
deficyty brytyjski pediatra D.W. Winnicott nazwał "niezadzianiem się
niczego, gdy mogło się zadziać coś dobrego" - do tego tematu wrócę
jeszcze podczas rozważań o rozwoju człowieka. "Traumy życia codziennego
z łatwością bowiem wywołują w nas uczucia podobne do uczuć osieroconego
dziecka" - napisał psychiatra Mark Epsteinq23.
Jeśli pomimo dziesięcioleci gromadzenia dowodów trauma przez duże T
ledwie została odnotowana na radarze medycyny, trudno się dziwić, że
trauma przez małe t nie wywołała na nim najmniejszego błysku.
Nawet po dokonaniu rozróżnienia traum przez duże T i małe t, biorąc pod
uwagę kontinuum i szerokie spektrum ludzkich doświadczeń, należy mieć na
uwadze, że w prawdziwym życiu granice są płynne - niełatwo je wytyczyć i nie powinno się ich sztywno przestrzegać. Cechę wspólną obu typów
zwięźle podsumował Bessel van der Kolk: "Trauma ma miejsce wtedy, gdy
się nas nie dostrzega i nie rozumie".
Choć obie formy traumy mogą wpływać na życie i funkcjonowanie ludzi na
bardzo różne sposoby - przy czym ta przez duże T zasadniczo boli i okalecza znacznie mocniej - pod wieloma względami ich konsekwencje się
nakładają. Jedna i druga reprezentuje rozłam w jaźni i relacji ze
światem. Ów rozłam jest istotą traumy. Jak napisał Peter Levine, trauma
"to utrata połączenia - z samym sobą, rodziną i otaczającym światem.
Trudno ją dostrzec, bo zachodzi powoli, z biegiem czasu. Adaptujemy się
do tych subtelnych zmian, często zupełnie ich nie
dostrzegając"q24. Utrwalenie tej utraty połączenia
kształtuje nasz pogląd na rzeczywistość: zaczynamy wierzyć w świat,
który widzimy przez jej spękany pryzmat. Otrzeźwiające jest
uświadomienie sobie, że to, za kogo się uważamy, oraz nasze typowe
zachowania, w tym wiele pozornych "skrajności" - najmniej i najbardziej
funkcjonalnych aspektów "normalnego" ja - często są po części
konsekwencjami traumatycznej straty. Dla odmiany niepokojącą dla wielu z nas może być myśl, że choć samym sobie zdajemy się szczęśliwi i dobrze
przystosowani, w istocie plasujemy się gdzieś na spektrum traumy, nawet
jeśli miejsce to znajduje się daleko od bieguna tej przez duże T.
Wszelkie porównania ostatecznie okazują się zawodne. Nieważne, czy
możemy wskazać inne osoby, które zdają się bardziej straumatyzowane od
nas, bo cierpień nie da się porównać. Niewłaściwe jest też
wykorzystywanie własnej traumy do wywyższania się nad innymi ("Nie
przeszedłeś tego co ja") ani do zasłaniania się przed uzasadnionymi
pretensjami innych, gdy zachowujemy się destrukcyjnie. Każdy z nas
dźwiga ciężar ran na swój własny sposób; w porównywaniu go z innymi nie
ma żadnego sensu ani wartości.
Czym trauma nie jest
Większość z nas zapewne słyszała - może nawet z własnych ust - słowa w rodzaju: "O Boże, po tym wczorajszym dobijającym filmie wyszedłem z kina
z traumą". Mogliśmy też przeczytać (zwykle napisaną w lekceważącym
tonie) historię o studentach nawołujących do stosowania "ostrzeżeń
dotyczących treści", bo treści te mogą narażać ich na powtórną traumę.
We wszystkich podobnych przypadkach zastosowanie omawianego terminu jest
zrozumiałe, lecz niewłaściwe; tak naprawdę bowiem ludzie odnoszą się w nich do stresu fizycznego i (lub) emocjonalnego. "Wszystkie traumatyczne
wydarzenia są oczywiście stresujące, lecz nie wszystkie stresujące
wydarzenia są traumatyczne" - zauważył trafnie Peter Levineq25.
Wydarzenie jest traumatyzujące lub retraumatyzujące tylko wtedy, gdy coś
człowiekowi odbiera, przez co rozumiem pogłębienie wcześniejszych
psychicznych (lub fizycznych) ograniczeń w sposób trwały. Wiele spraw w życiu, w tym w sztuce, w stosunkach społecznych lub w polityce, może
niepokoić, stresować, a nawet rodzić ból, nie przyczyniając się zarazem
do powstawania nowych traum. Nie oznacza to, że stare traumatyczne
reakcje, które nie mają nic wspólnego z obecnymi wydarzeniami, nie mogą
być wywołane przez dzisiejsze stresy - weźmy na przykład pewnego niżej
podpisanego, który wraca z zagranicznych prelekcji do domu... To nie to
samo co ponowna traumatyzacja, chyba że z biegiem czasu przyczynia się
do wspomnianego pogłębienia ograniczeń.
Poniższa lista eliminacyjna sprawdza się stosunkowo dobrze. Coś nie jest
traumą, jeśli w dłuższej perspektywie następujące stwierdzenia pozostają
prawdziwe:
Nie ogranicza cię, nie krępuje, nie umniejsza zdolności do odczuwania
lub myślenia, do ufania sobie lub bronienia swoich praw, doświadczania
cierpienia bez popadania w desperację lub do okazywania współczucia w obliczu czyjegoś bólu.
Nie uniemożliwia ci doświadczania bólu, smutku i strachu bez poczucia
przytłoczenia albo konieczności uciekania w pracę lub kompulsywnego
uspokajania się lub stymulowania w dowolny sposób.
Nie skłania cię ani do wywyższania się, ani do usuwania się w cień w celu uzyskania akceptacji lub usprawiedliwienia własnej egzystencji.
Nie umniejsza zdolności do odczuwania wdzięczności za piękno i cud
życia.
Jeśli dla odmiany dostrzegasz w sobie te chroniczne ograniczenia, mogą
one reprezentować cień, jakim trauma położyła się na twojej psychice,
albo obecność niezagojonej rany emocjonalnej, bez względu na wielkość
"t".
Trauma odrywa nas od ciała
"Odkąd ktoś naruszył twoją przestrzeń i wniknął w ciebie, twoje ciało
przestało być twoje" - powiedziała mi V, pisarka znana wcześniej jako
Eve Ensler, w nawiązaniu do wykorzystywania seksualnego przez ojca, gdy
była młodą dziewczyną5. "Staje się ono krajobrazem strachu,
zdrad, smutku i okrucieństwa. Twoje ciało jest ostatnim miejscem, w którym chciałbyś być. W ten sposób zaczynasz żyć w swojej głowie;
zaczynasz żyć bez możliwości ochrony swojego ciała i rozumienia go.
Posłuchaj, do tego stopnia byłam oderwana od własnego ciała, że nie
zdawałam sobie sprawy z istnienia w nim guza wielkości awokado". Choć
historie moja i V zdecydowanie się różnią, wiem, o czym mówi. Przez
wiele lat za najtrudniejsze pytanie uznawałem: "Co czujesz?". Zazwyczaj
odpowiadałem poirytowanym: "A skąd mam wiedzieć?". Nie miałem podobnego
problemu w przypadku pytania o myśli; w tej kwestii zawsze byłem
ekspertem. Nieumiejętność odpowiedzi na pytanie, jak lub co się czuje,
jest jednak wiarygodną oznaką odłączenia się od ciała.
Co prowadzi do takiego odłączenia? W moim przypadku odpowiedź nie wymaga
głębszych dociekań. Jako niemowlę na Węgrzech w czasie wojny nieustannie
znosiłem głód i dyzenterię, stany silnego dyskomfortu groźne i niepokojące dla dorosłego, nie mówiąc o rocznym dziecku. Wchłaniałem
ponadto lęki i ciągłe cierpienie emocjonalne mojej matki. Gdy młody
człowiek nie może liczyć na ulgę, jego naturalną reakcją - a tak
naprawdę jedyną - staje się stłumienie i odcięcie się od stanów
uczuciowych skojarzonych z cierpieniem. Człowiek przestaje rozumieć
własne ciało. O dziwo, to wyobcowanie względem samego siebie może
ujawnić się w późniejszym życiu w postaci pozornej siły, takiej jak moja
zdolność do funkcjonowania na wysokich obrotach pomimo głodu, stresu lub
zmęczenia; do niestrudzonego parcia przed siebie bez świadomości, że
potrzebuję przerwy, jedzenia albo odpoczynku. Dla odmiany u niektórych
ludzi odłączenie od ciała objawia się niewiedzą, kiedy należy przestać
jeść lub pić - sygnał "wystarczy" się do nich nie przebija.
Bez względu na formę odłączenie przejawia się w doświadczeniach
życiowych osób obarczonych traumą i stanowi istotny aspekt konstelacji
cech, które się na nią składają. Podobnie jak stało się to w przypadku
V, zaczyna się ono jako naturalny i nieodzowny mechanizm organizmu,
umożliwiający uporanie się z problemem. Nie przeżyłaby koszmarów
dzieciństwa, gdyby była stale obecna i świadoma doświadczania fizycznej
i emocjonalnej udręki, w pełni pojmując to, co się jej wydarza.
Istnienie mechanizmów tego rodzaju jest więc swoistym błogosławieństwem,
ponieważ na krótką metę ratują nam one życie. Ale jeśli pozostawi się je
własnemu losowi na dłuższy czas, odciskają one swoje piętno na psychice
i ciele w nieusuwalny sposób, gdy uwarunkowane reakcje zakorzeniają się
i przekształcają w trwałe mechanizmy, pomimo swej nieadekwatności do
nowych sytuacji. Rezultatem jest chroniczne cierpienie, a często - co
wkrótce pokażę - nawet choroby.
"Niezwykłym aspektem mojego zetknięcia z rakiem - powiedziała mi V - był
proces, jakiego doświadczyłam po przebudzeniu po dziewięciogodzinnej
operacji, która pozbawiła mnie kilku narządów i siedemdziesięciu węzłów
chłonnych. Obudziłam się wśród worków, rurek i wystających ze mnie
innych rzeczy, ale po raz pierwszy w życiu byłam ciałem... Tak, czułam
ból, ale też podekscytowanie. Myślałam: "Jestem ciałem. O Boże, jestem
tutaj. Jestem w tym ciele"". Jej relacja o nagłym odnalezieniu się w swym fizycznym ja jest charakterystyczna dla procesu zdrowienia: gdy
pęta traumy zaczynają się rozluźniać, chętnie na powrót nawiązujemy
kontakt z odciętymi wcześniej częściami nas samych.
Trauma zagłusza głos intuicji
Przeciętnej osobie, która znalazłaby się w dawnym położeniu V, natura
doradziłaby ucieczkę lub przeciwstawienie się wykorzystaniu cielesnemu i atakowi na duszę. Szkopuł w tym, że żadne z tych rozwiązań nie jest
dostępne dla małego dziecka, ponieważ próba zastosowania dowolnego z nich oznaczałaby narażanie się na dalsze niebezpieczeństwo. Dlatego
natura realizuje w takich przypadkach plan C: oba impulsy zostają
stłumione przez wyciszenie emocji, które napędziłyby takie odruchy.
Stłumienie to zdaje się podobne do reakcji zamrożenia (ang. freeze),
wykazywanej przez niektóre stworzenia w sytuacji, gdy zarówno walka, jak
i ucieczka są niemożliwe. Zasadnicza różnica polega na tym, że gdy
jastrząb odleci, udający martwego opos może zająć się swoimi sprawami,
ponieważ jego strategia przetrwania okazała się skuteczna. Dla odmiany
poddany traumie układ nerwowy nigdy się nie odmraża.
"Mamy uczucia, ponieważ mówią nam one, co sprzyja naszemu przetrwaniu, a co je utrudnia" - powiedział kiedyś nieżyjący już neurobiolog Jaak
Panksepp. Podkreślał on, że emocje nie płyną z myślącego mózgu, lecz z pradawnych struktur związanych z przetrwaniem. Są motorami napędowymi
oraz gwarantami życia i rozwoju. Silny gniew wywołuje reakcję walki,
przemożny strach daje asumpt do ucieczki. Dlatego jeśli okoliczności
nakazują stłumienie tych naturalnych, zdrowych impulsów (obrony lub
rejterady), budzące je wewnętrzne sygnały - same uczucia - również będą
musiały zostać stłumione. Nie ma alarmu, nie ma mobilizacji. Jeśli
wydaje się to daremne, to jedynie w ograniczonym znaczeniu: na poziomie
egzystencjalnym jest to najlepsze z najgorszych wyjść i jedyne, które
ogranicza ryzyko dalszych krzywd.
Rezultatem jest stłumienie świata uczuć, a niejednokrotnie także
utwardzenie psychicznej skorupy dla dodatkowej ochrony. Żywy przykład
tego zjawiska podaje pisarka Tara Westover w swoim bestsellerowym
pamiętniku Uwolniona. W poniższym fragmencie wspomina wpływ nadużyć ze
strony rodzeństwa, świadomie ignorowanych przez jej rodziców:
(...) widziałam siebie jako niezłomną, nieczułą jak kamień. Na początku
trudno było mi w to uwierzyć, ale pewnego dnia stało się to prawdą.
Wtedy, wierząc w to, potrafiłam się przekonać, że to mnie nie dotyka, że
on mnie nie dotknął, bo nic nie jest w stanie mnie poruszyć. Nie
zdawałam sobie sprawy z tego, że miałam rację. Bez reszty wypełniłam się
pustką. Dręcząc się, rozmyślając nad tym, co wynika z tamtej nocy, nie
rozumiałam tej jednej podstawowej prawdy - to, że mnie to nie dotyka,
było właśnie jej skutkiemq26.
Trauma ogranicza elastyczność reakcji
Wróćmy do dramatycznej sceny otwierającej niniejszy rozdział, tym razem
jednak umieśćmy ją w równoległym wszechświecie, w którym nie rządzi
piętno mojej traumy: samolot ląduje, a na ekranie telefonu pojawia się
wiadomość od Rae. "Ech, nie tego się spodziewałem - mówię do siebie. -
Ale rozumiem, pewnie zatraciła się w malowaniu. Nic nowego i nic, co
miałoby związek ze mną. Tak naprawdę dobrze ją rozumiem: ile razy sam
byłem tak pochłonięty pracą, że nie zwracałem uwagi na zegarek? Dobra;
pojadę taksówką". Mógłbym poczuć ukłucie zawodu i pozwolić sobie je
przeżyć, dopóki nie przeminie; wybrać wrażliwość, zamiast czuć się
ofiarą. Po powrocie do domu nie byłoby nerwów, emocjonalnej izolacji ani
fochów - może trochę delikatnego droczenia się, ale wszystko w granicach
pełnego miłości humoru, który nie narusza bliskości.
Okazałbym w ten sposób elastyczność odpowiedzi, czyli zdolność do
decydowania o tym, jak podchodzimy do nieuniknionych życiowych wzlotów i upadków, rozczarowań, sukcesów i wyzwań. "Ludzka wolność wymaga
zdolności do zrobienia przerwy między bodźcem i reakcją. W przerwie tej
dokonujemy wyboru reakcji, którą chcielibyśmy z całą mocą realizować" -
napisał psycholog Rollo Mayq27. Trauma nam tę wolność odbiera.
Elastyczność odpowiedzi jest funkcją środkowo-czołowej części kory
mózgowej. Ze zdolnością tą nie rodzi się żadne niemowlę; zachowaniem
dzieci rządzą instynkt i odruch, a nie świadomy wybór. Wolność wyboru
pojawia się wraz z rozwojem mózgu. Im cięższa i wcześniejsza trauma, tym
mniej jest sposobności do zakodowania elastyczności reakcji w odpowiednich obwodach mózgu i tym szybciej się ona wyłącza. Człowiek
blokuje się w przewidywalnych, odruchowych odruchach defensywnych,
zwłaszcza na stresujące bodźce. Pod względem emocjonalnym i poznawczym
nasz zakres działań niemal zupełnie się usztywnia - a im większa trauma,
tym dotkliwsze ograniczenia. Przeszłość raz po raz przejmuje kontrolę
nad teraźniejszością i ją pochłania.
Trauma tworzy oparty na wstydzie wizerunek samego siebie
Jeden z najsmutniejszych listów, jakie kiedykolwiek otrzymałem, napisał
do mnie pewien mieszkaniec Seattle, który przeczytał moją książkę o nałogach, Bliskie spotkania z uzależnieniem. Pokazuję w niej, że
uzależnienie jest skutkiem - nie jedynym możliwym, ale częstym - traumy
z dzieciństwa. Pomimo dziewięciu lat życia w trzeźwości wciąż walczył ze
sobą, nie pracował od dekady i leczył się z powodu zaburzeń
obsesyjno-kompulsywnych. Choć książka go zafascynowała, napisał: "Nie
chcę obwiniać swojej matki. Jestem śmieciem z własnego powodu". Mogłem
jedynie westchnąć: samobiczowanie się wstydem łatwo przywdziewa szaty
osobistej odpowiedzialności. Co więcej, jego wniosek był błędny: w mojej
książce nie ma żadnych przesłanek do obwiniania rodziców ani zachęt do
takiego postępowania. Powiem więcej: na kilku stronach wyjaśniam w niej,
dlaczego zrzucanie odpowiedzialności na rodziców jest niewłaściwe,
nietrafione i pozbawione naukowych podstaw. Odruchowe chronienie matki
przez tego mężczyznę nie stanowiło reakcji obronnej przed czymkolwiek,
co napisałem lub zasugerowałem, lecz przed jego własnym nieuświadomionym
gniewem. Głęboko skrywane, zamrożone emocje, nie znajdując zdrowego
ujścia, zwróciły się przeciwko niemu w postaci nienawiści do samego
siebie.
"W doświadczaniu wstydu zawiera się dotkliwe poczucie bycia człowiekiem
z gruntu ułomnym pod jakimś ważnym względem" - pisze psycholog Gershen
Kaufmanq28. U niemal wszystkich osób naznaczonych piętnem traumy
rozwija się głęboki, oparty na wstydzie, negatywny obraz siebie, którego
większość z nich jest aż nazbyt świadoma. Do najbardziej toksycznych
konsekwencji wstydu należy utrata współczucia do samego siebie. Im
dotkliwsza trauma, tym deficyt ten jest głębszy.
Negatywny obraz samego siebie nie zawsze przenika do świadomości, a nawet może udawać własne przeciwieństwo: wysoką samoocenę. Niektórzy
przywdziewają pancerz megalomanii i wypierają się wszelkich wad, by nie
odczuwać wyniszczającego wstydu. To samouwielbienie jest również pewnym
przejawem wstrętu do samego siebie jak skrajna samokrytyka, choć uważa
się je za znacznie normalniejsze. O szaleństwie naszej kultury może
świadczyć fakt, że niektóre jednostki, uciekające przed wstydem w bezwstydny narcyzm, mogą nawet osiągnąć wysoki status społeczny,
ekonomiczny i polityczny oraz sukces. Tryby naszej kultury miażdżą
większość najbardziej dotkniętych traumą, lecz mogą też - w zależności
od pochodzenia klasowego, środków finansowych, rasy i innych czynników -
wynieść niektórych na najwyższe piedestały.
Najczęstszym przejawem wstydu w naszej kulturze jest przekonanie o "byciu niewystarczająco dobrym". Pisarka Elizabeth Wurtzel, która w 2020
roku zmarła w wieku 52 lat na raka piersi, od najmłodszych lat cierpiała
na depresję. Miała traumatyczne dzieciństwo, począwszy od ukrywanej
przed nią tajemnicy na temat tożsamości jej prawdziwego ojca. "Byłam
bardzo przygnębiona i miałam przewlekłą depresję, w którą popadłam w wieku mniej więcej dziesięciu lat - napisała w autobiograficznym
artykule dla czasopisma "New York". - Zamiast jednak zabić moją wolę,
depresja mnie zmotywowała: pomyślałam, że jeśli okazałabym się
wystarczająco dobra w czymkolwiek, dużym lub małym, może udałoby mi się
zyskać kilka chwil szczęścia"q29. Przeświadczenie o własnej
nieadekwatności było motorem napędowym wielu błyskotliwych karier i tyluż chorób, często u tej samej osoby.
Trauma wypacza nasz światopogląd
"Umysł poprzedza wszelkie myśli. Umysł jest ich zwierzchnikiem; umysł je
kształtuje"6. Tak zaczyna się Dhammapada, ponadczasowy
zbiór myśli Buddyq30. Innymi słowy, świat, w który wierzymy, staje
się światem, w jakim żyjemy. Jeśli postrzegam go jako miejsce wrogie, w którym mogą prosperować tylko zwycięzcy, równie dobrze mogę się stać
agresywny, samolubny i wyniosły, aby w nim przetrwać. W późniejszym
życiu będę skłaniać się ku środowiskom sprzyjającym rywalizacji i przedsięwzięciom, które będą umacniać ten pogląd i potwierdzać jego
słuszność. Nasze przekonania nie tylko mają moc samospełniających się
wizji; one budują świat.
Pozwolę sobie na śmiałość dopisania tego, co Budda pominął: zanim umysł
będzie mógł tworzyć świat, świat tworzy nasze umysły. Trauma, zwłaszcza
ciężka, narzuca zapatrywania nacechowane bólem, strachem i podejrzliwością; stanowi pryzmat, który zarówno zniekształca, jak i determinuje nasz pogląd na sprawy. Może on też, poprzez samą siłę
wyparcia, ukazywać nam świat w naiwnie różowych barwach, które
zaślepiają nas na rzeczywiste, bieżące niebezpieczeństwa - jest niczym
kamuflaż dla lęków, których nie śmiemy sobie uświadomić. Może też
wreszcie doprowadzić do odrzucenia bolesnej rzeczywistości poprzez
nawykowe okłamywanie siebie i innych.
Trauma odgradza nas od teraźniejszości
Jadłem kiedyś posiłek w restauracji w Oslo z niemieckim psychologiem
Franzem Ruppertem. Hałas był przytłaczający: z kilku głośników dudniła
muzyka pop, a ekrany zamontowane wysoko na ścianach jarzyły się różnymi
programami telewizyjnymi. Pomyśleć, że gdy wielki norweski dramaturg
Henrik Ibsen gościł w tym samym lokalu nieco ponad sto lat wcześniej,
panowała tu znacznie spokojniejsza atmosfera. "Co tu jest grane?" -
zawołałem do mojego towarzysza, próbując przekrzyczeć kakofonię, i z poirytowaniem pokręciłem głową. "Trauma" - odparł i wzruszył ramionami.
Ruppert miał na myśli po prostu to, że ludzie rozpaczliwie szukają
ucieczki od samych siebie.
Skoro trauma pociąga za sobą oderwanie od samego siebie, słusznie byłoby
dodać, że jesteśmy zbiorowo zalewani bodźcami, które wykorzystują ją i wzmacniają. Presja w pracy, wielozadaniowość, media społecznościowe,
potok wiadomości, mnogość źródeł rozrywki - wszystko to sprawia, że
zatracamy się w myślach, gorączkowych działaniach, gadżetach i błahych
rozmowach. Jesteśmy pochłonięci rozmaitymi zajęciami, które pociągają
nas nie dlatego, że są potrzebne, inspirujące czy krzepiące albo
wzbogacają nasze życie lub nadają mu sens, ale z tego prostego powodu,
że unicestwiają teraźniejszość. Jakim absurdem jest odkładanie pieniędzy
na zakup najnowszych urządzeń "oszczędzających czas", by potem móc ten
czas lepiej "zabijać". Świadomość chwili stała się źródłem lęków. Późny
kapitalizm jest niezrównany w podsycaniu poczucia lęku przed chwilą
obecną - tak naprawdę znaczna część jego sukcesu jest uzależniona od
rozdźwięku między nami a teraźniejszością, naszym największym darem,
przy czym rozdźwięk ten staje się coraz szerszy, mają go zaś wypełnić
fałszywe produkty i sztuczne rozrywki kultury konsumpcyjnej.
To, co zostało utracone, dobrze opisuje urodzona w Polsce pisarka Eva
Hoffman7 jako: "Nic więcej i nic mniej niż doświadczanie samego
doświadczenia. Czym to jest? Być może czymś w rodzaju umiejętności do
postrzegania faktur lub doznań chwili, swobody pozwalającej poddać się
rytmowi wydarzenia lub spotkania, podążać za nurtem uczucia lub myśli,
nie wiedząc, dokąd prowadzi, bądź zatrzymać się na czas dostatecznie
długi, by starczyło go na refleksję lub kontemplację"q31.
Ostatecznie odwracamy uwagę od samego życia.
Nie zaczęło się od ciebie
Jessica, sześćdziesięciosiedmioletnia mieszkanka Reginy w Saskatchewan,
opiekuje się dwojgiem wnucząt, których ojciec - jej syn - zmarł wskutek
przedawkowania. Jej drugiego syna spotkał ten sam los. Gdy
przeprowadzałem z nią wywiad, przyszło mi na myśl, że skoro Jessica
znała mój pogląd na przyczyny uzależnień jako mające swe źródło w traumie z dzieciństwa, sama chęć dialogu była z jej strony niezwykła.
"Kiedy patrzę wstecz na życie moich synów, zdaję sobie sprawę z ogromu
traumy - wyjaśniła. - Mieszkałam z nimi, byłam więc jej częścią.
Wychowywałam ich samotnie od czasu, gdy mieli dwa i trzy lata, aż do
ponownego wyjścia za mąż, kiedy mieli lat sześć i siedem. Mam
świadomość, że wpływały na nich mój sposób życia, moje postępowanie, to,
co wiedziałam i czego nie wiedziałam".
Po wczesnym odejściu biologicznego ojca ojczym znęcał się nad chłopcami
zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie. "Byłam bardzo samotna,
wystraszona i czułam się jak w potrzasku" - wspomina Jessica. Brak
intuicji, która pozwalałaby jej uniknąć wybierania takich, a nie innych
mężczyzn, niezdolność do bronienia siebie i chronienia synów w obliczu
nadużyć stanowiły konsekwencje ran odniesionych przez Jessicę w dzieciństwie. Choć wiedziała, że jest kochana, została pozostawiona sama
sobie z głębokim emocjonalnym cierpieniem, od którego z biegiem czasu
musiała się odciąć. "Jako dziecko bardzo wstydziłam się swoich uczuć -
wspomina. - Byłam bardzo wrażliwa i często płakałam".
W większości przypadków trauma ma charakter wielopokoleniowy. Przechodzi
z rodzica na dziecko, rozciągając się z przeszłości w przyszłość.
Przekazujemy potomstwu to, z czym sami się nie uporaliśmy. Dom staje się
miejscem, w którym nieświadomie - tak jak ja to robiłem - odtwarzamy
scenariusze przypominające sytuacje, w których zostaliśmy zranieni w dzieciństwie. "Traumy dotyczą matek i macierzyństwa, ojców i ojcostwa,
bycia mężem i żoną - powiedział mi terapeuta konstelacji rodzinnych,
Mark Wolynn. - Na tym gruncie traumy mnożą się i powtarzają, wskutek
czego nigdy nie zostają wyleczone". Wolynn jest autorem trafnie
zatytułowanej książki Nie zaczęło się od ciebie. Jak dziedziczona
trauma wpływa na to, kim jesteśmy, i jak zakończyć ten proces. Trauma,
o czym wkrótce napiszę, może nawet wpływać na aktywność genów na
przestrzeni pokoleń8.
Nic więc dziwnego, że starszy wnuk Jessiki miał problemy z używaniem
narkotyków i zachowaniem oraz trudności w nauce. Dzięki wszystkiemu,
czego się nauczyła, i pomimo niewyobrażalnych strat, jest w stanie
okazywać mu więcej ciepła i robić to lepiej niż kiedykolwiek wcześniej
dla własnych synów. Warto też zwrócić uwagę na brak samooceny w relacji
Jessiki: mówi ona raczej o "świadomości" niż osądzaniu siebie za to,
czego nie rozumiała, a nawet nie mogła rozumieć wcześniej. Obwinianie
siebie, które stale ciąży ku przeszłości, jedynie odciągnęłoby ją od
zajmowania się bliskimi tu i teraz.
Zrozumiawszy, jak cierpienie w systemie rodzinnym czy nawet w społeczności ścieli się wstecz przez generacje, uznamy winę za pojęcie
niemające w tym kontekście znaczenia. "Dostrzeżenie tego szybko rozwiewa
wszelkie skłonności do postrzegania rodzica jako złoczyńcy" - napisał
John Bowlby, brytyjski psychiatra, który wykazał decydującą rolę relacji
między dorosłym a dzieckiem w kształtowaniu psyche. Bez względu na to,
jak daleko spojrzymy w przeszłość na łańcuch zależności - do
pradziadków, przodków sprzed ery nowożytnej, Adama i Ewy, pierwszej
jednokomórkowej ameby - nie znajdziemy jednego winnego, którego
moglibyśmy wskazać oskarżycielskim palcem. A to powinno przynieść ulgę.
To nie koniec dobrych wiadomości: postrzeganie traumy jako procesu
wewnętrznego daje nam jakże potrzebną sprawczość. Jeśli potraktujemy
traumę jako czynnik zewnętrzny, coś, co się nam przydarza lub wokół nas
dzieje, stanie się ona odpryskiem historii, którego nigdy nie zdołamy
usunąć. Jeżeli zaś dla odmiany uznamy, że do traumy doszło wewnątrz nas
w wyniku tego, co się wydarzyło - w znaczeniu krzywdy lub odłączenia -
uzdrowienie i ponowne połączenie stają się realnymi możliwościami. Próba
dystansowania się od świadomości traumy ogranicza naszą zdolność wglądu
w siebie. I na odwrót, kształtowanie na jej podstawie twardej jak skała
tożsamości - niezależnie od tego, czy chodzi o postawę obronną, cynizm,
czy użalanie się nad sobą - oznacza niezrozumienie i utratę sposobności
do uzdrowienia, ponieważ z definicji trauma reprezentuje wypaczenie i ograniczenie naszego potencjału. Wyjście naprzeciw traumie bez
wypierania się jej lub przesadnego identyfikowania z nią wskazuje
możliwości odzyskania zdrowia i równowagi.
"To przeciwności losu otwierają umysł i podsycają ciekawość skłaniającą
do szukania nowych sposobów działania" - powiedział mi Bessel van der
Kolk. Potem zaś przytoczył Sokratesa: "Życie niepoznane nie jest warte
życia. Dopóki ktoś nie poznaje samego siebie, dopóty jest całkowicie
uzależniony od tego, do czego został przystosowany, lecz gdy uświadomi
sobie możliwość dokonywania wyborów, może z niej skorzystać". Zauważ, że
nie dodał: "Po kilku dekadach terapii". Później napiszę o tym, że
wyzwolenie możemy osiągnąć nawet dzięki umiarkowanej dozie wglądu w siebie; gotowości do kwestionowania wielu prawd, których się trzymamy, i punktów widzenia, z których prawdy te wydają się tak realne - że pozwolę
sobie sparafrazować słowa, jakie duch słynnego mistrza Jedi przekazał
przygnębionemu młodemu padawanowi w ważnym momencie, w odległej
galaktyce9.
* * *
Choć w tym rozdziale skupiłem się na osobistym wymiarze traumy, istnieje
ona również w sferze zbiorowej, dotykając całe narody i ludy w różnych
dziejowych momentach. Do dziś uderza ona w niektóre grupy z nieproporcjonalną siłą, jak to ma miejsce w przypadku rdzennych
mieszkańców Kanady. Odmawianie im praw i prześladowania ze strony
kolonizatorów, które ciągnęły się przez pokolenia, zwłaszcza zaś
trwająca sto lat gehenna ich dzieci, uprowadzanych z rodzin i wychowywanych w prowadzonych przez Kościół szkołach z internatem, gdzie
szerzyły się fizyczne, seksualne i emocjonalne nadużycia, pozostawiły
ich z tragicznym dziedzictwem uzależnień, chorób psychicznych i fizycznych oraz samobójstw. Ich trauma była nieustannie przekazywana
kolejnym generacjom. Innym znamiennym przykładem jest traumatyczna
spuścizna niewolnictwa i rasizmu w Stanach Zjednoczonych. Szerzej na ten
bolesny temat wypowiedziałem się w części IV.
Rozdział 2
Życie w niematerialnym świecie: emocje, zdrowie oraz jedność ciała i umysłu
Jeżeli nie możemy czegoś zmierzyć, nauka nie przyzna, że to istnieje -
i właśnie dlatego nauki ścisłe nie zajmują się takimi "niebytami", jak
emocje, umysł, dusza czy duch.
Candace Pert, Molekuły emocji10
Miałam trzydzieści sześć lat, gdy
powiedziano mi, że mam raka piersi we wczesnym stadium" - powiedziała
Caroline, mieszkanka Pocono Mountains w Pensylwanii. Diagnozę tę
usłyszała ponad trzydzieści lat temu, w 1988 roku. Guz wycięto
chirurgicznie i poddano Caroline radioterapii. Kilka lat później, gdy w jej lewym biodrze i kości udowej pojawiły się przerzuty, Caroline
wymagała pilnej wymiany stawu; chirurdzy musieli też usunąć znaczną
część kości udowej. "Dawali mi wtedy rok, najwyżej dwa - wspomina. - Moi
chłopcy byli bardzo mali, mieli tylko osiem i dziewięć lat. Niedawno
skończyłam pięćdziesiąt sześć lat, znacznie przeżyłam więc nawet ich
najbardziej rekordowe przewidywania".
W międzyczasie Caroline wielokrotnie przechodziła chemioterapię. Do
czasu naszej rozmowy nowotwór osiągnął stadium paliatywne,
rozprzestrzenił się na prawe biodro i udo. Choć gdy rozmawialiśmy, nie
mogła już oczekiwać znacznego przedłużenia swego życia11, ta matka
dwóch synów promieniała głęboką satysfakcją z toku, jaki obrały sprawy.
Dostała wszak dwie nieprzewidziane dekady na wychowywanie dzieci.
- Wiesz - zamyśliła się - patrząc na własną śmiertelność i słysząc, że
zostało mi od dwunastu do dwudziestu czterech miesięcy... zachowałam się
bardzo wulgarnie wobec lekarza i powiedziałam, że przepraszam, ale
potrzebuję dziesięciu lat, żeby moi synowie wyrośli na mężczyzn. I zrobię wszystko, co w mojej mocy, by ich tak wychować.
- "Wulgarnie" - powtórzyłem. - Co konkretnie powiedziałaś? - Użyłam słowa na "p". Powiedziałam, że pierdolę ich statystyki.
- Wyszło ci to na dobre - zauważyłem. - Przypuszczam, że pomogło ci to
wydłużyć życie.
- Właśnie tak mu powiedziałam. - Caroline się roześmiała. - "Pierdolę
wasze statystyki. Potrzebuję tych lat, żeby ich wychować na ludzi".
Wyszedł z gabinetu. Najwyraźniej nie spodobał mu się mój język. Pewnie
stwierdził, że jestem stuknięta i ordynarna. Często myślałam, żeby
odnaleźć tego lekarza, który od tamtej pory przeprowadził się do
Kalifornii, i powiedzieć mu, że moi chłopcy mają teraz dwadzieścia
cztery i dwadzieścia pięć lat. Jeden jest w szkole podyplomowej w Princeton. Drugi miał trudny czas, ale się pozbierał i ukończy studia z trzema tytułami, z wyróżnieniem.
Wybuch Caroline wobec niczego niespodziewającego się lekarza nie pasował
do jej charakteru. Przez całe życie była miłą, unikającą zwad osobą.
"Zawsze starałam się być opiekuńcza, oddana, nieść pomoc innym, często
ze szkodą dla samej siebie - powiedziała mi. - Wystrzegałam się
wszelkich konfliktów. I zawsze musiałam panować nad sytuacją, upewniając
się, że wszystko jest w porządku". Caroline przejawiała coś, co nazwano
"superautonomiczną samowystarczalnością"12.
Znaczenie tego terminu dokładnie odpowiada jego brzmieniu: jest to
przesadna, niewspółmierna do okoliczności awersja do proszenia
kogokolwiek o cokolwiek.
Mała uwaga: nikt nie przychodzi na świat z takimi cechami. Nieodmiennie
wynikają one ze sposobów radzenia sobie z traumą wyniesioną z okresu
rozwojowego, począwszy od wyrzeczenia się samego siebie we wczesnym
dzieciństwie. Taka supresja ma trwałe konsekwencje, a związane z nią
procesy zostały omówiony szerzej w rozdziale 7.
"Doszłam do przekonania, że praktycznie każda choroba, nawet jeśli nie
ma psychosomatycznego podłoża, posiada wyraźny psychosomatyczny element"
- napisała pionierka neurobiologii Candace Pert w książce Molekuły
emocji, która ukazała się w 1997 roku. Pisząc o "elemencie
psychosomatycznym", Pert nie miała na myśli współczesnego, często
ironicznego bagatelizowania choroby jako neurotycznego wymysłu. Chodziło
jej raczej o ściśle naukowe konotacje tego słowa, mające związek z jednością ludzkiej psyche (umysłu i ducha) i somy (ciała);
jednością, którą wielokrotnie badała i odnotowywała w laboratorium. Jej
odkrycia, jak słusznie twierdziła, miały umożliwić "syntezę zachowania,
psychologii i biologii"q32.
W koncepcji ścisłego powiązania umysłu i ciała nie ma niczego
odkrywczego; jeśli już, to za novum można uznać przekonanie - potajemnie
podtrzymywane i jawnie wcielane w życie przez wielu lekarzy o dobrych
intencjach - że aspekty te da się rozdzielić. Tradycyjne praktyki
medyczne na całym świecie, choć brak im cudownej technologii i naukowego
know-how rozwiniętego na Zachodzie, od dawna uznają istnienie tej unii.
Pomimo sztucznego rozdzielenia tych dwóch elementów przez zachodnią
medycynę większość ludzi nadal domyśla się - choćby na poziomie
intuicyjnym - że myślenie i samopoczucie są nierozerwalnie związane.
Typowe jest na przykład mówienie o wrzodach jako konsekwencji życiowych
stresów, bólu głowy wynikającym z napięcia psychicznego czy
nieprzetworzonych lękach prowadzących do ataków paniki. Ta sama zasada
obowiązuje przy analizowaniu nie tylko poszczególnych objawów, lecz
także większości rodzajów chorób. Zaburzenia emocjonalne wynikające z problemów w związkach, kłopoty finansowe i dowolne inne źródła
długotrwałych niepokojów przekładają się na obciążenia fizjologiczne,
które mogą prowadzić do choroby.
Do opisania tej jedności Pert ukuła termin bodymind13. Na
oficjalnej stronie internetowej na temat jej prac i spuścizny
odnotowano, że pojęcie to zostało "celowo napisane bez łącznika, aby
podkreślić jedność jego części składowych". Ciała i umysłu, choć nie są
tożsame, nie da się zrozumieć w oderwaniu od siebie. Możemy ignorować
ten paradoks lub mu zaprzeczać, ale nie zdołamy od niego uciec. Od czasu
ukazania się przełomowej pracy Pert biologiczny wpływ emocji - tych
"niebytów", nad których nieznajomością tak ubolewała - był szeroko
badany i został udokumentowany w wielu tysiącach pomysłowych
eksperymentów. Warto zapoznać się z kilkoma z nich, pamiętając, że każdy
stanowi jedynie wierzchołek góry lodowej podobnie przekonujących
spostrzeżeń.
Niemieckie badanie z 1982 roku, zaprezentowane na czwartym
międzynarodowym sympozjum na temat zapobiegania i wykrywania raka, które
odbyło się w Londynie, wykazało, że pewne aspekty osobowości są silnie
skorelowane z nowotworem piersi. Pięćdziesiąt sześć kobiet przyjętych do
szpitala w celu wykonania biopsji oceniono pod kątem takich cech, jak
tłumienie emocji, racjonalizowanie, zachowania altruistyczne, unikanie
konfliktów i superautonomiczna samowystarczalność, której uosobieniem
była Caroline. Na podstawie samych wyników wywiadów zarówno prowadzący
je, jak i "ślepi" oceniający, którzy nie mieli bezpośredniego kontaktu z kobietami, byli w stanie postawić trafną diagnozę nawet u 94 procent
wszystkich pacjentek z nowotworem i w mniej więcej 70 procentach
przypadków łagodnychq33. We wcześniejszym, brytyjskim badaniu
przeprowadzonym w King's College Hospital w Londynie stwierdzono, że
kobiety ze złośliwymi guzami piersi cechowały się "skrajnym tłumieniem
gniewu i innych uczuć" w "znacznie większej liczbie przypadków", niż
odnotowano w grupie kontrolnej, składającej się z kobiet przyjętych na
biopsję w tym samym czasie, u których stwierdzono zmiany nowotworowe
piersi o łagodnym charakterzeq34.
W wydanej w 2000 roku publikacji "Cancer Nursing" przyjrzano się
zależnościom między tłumieniem gniewu a rakiem, często dostrzeganym
między innymi przez pielęgniarki na oddziałach onkologicznych. "W jakiś
sposób pielęgniarki intuicyjnie wyczuwały, że ta swoista "łagodność"
jest szkodliwa. Pogląd ten został już obecnie poparty
badaniami"q35. Spostrzeżenia pielęgniarek przypomniały mi
publikację na temat stwardnienia zanikowego bocznego (ALS, od ang.
amyotrophic lateral sclerosis)14, omówioną przez dwóch
neurologów z Cleveland Clinic na międzynarodowym kongresie w Bawarii w latach 90q36. Ich personel także twierdził, że pacjenci z ALS są
wyjątkowo mili - do tego stopnia, że w większości przypadków umiał
trafnie przewidzieć, u kogo zostanie stwierdzona ta choroba, a u kogo
nie. "Obawiam się, że ta osoba ma ALS, bo jest zbyt miła" - zapisywali
pracownicy szpitala w karcie pacjenta. Albo: "Ten pacjent nie może mieć
ALS, bo nie jest wystarczająco miły". Neurolodzy byli w szoku. "Pomimo
krótkiego kontaktu z chorymi oraz, co oczywiste, formułowania opinii na
podstawie nienaukowych metod, ich uwagi prawie za każdym razem okazywały
się trafne" - zauważyli.
Rozmawiałem z dr. Asą J. Wilbournem, głównym autorem wspomnianej
publikacji. "Fenomen ten ma charakter niemalże uniwersalny - powiedział
mi. - W laboratorium, gdzie bada się wielu pacjentów z ALS, wiedza ta
jest czymś oczywistym, a my zajmujemy się ogromną liczbą takich
przypadków. Sądzę, że każdy, kto ma do czynienia z tą chorobą, zdaje
sobie sprawę z prawdziwości tego zjawiska". Takie nieoficjalne
spostrzeżenia zostały później potwierdzone w bardziej formalnych
badaniach, o czym świadczy tytuł artykułu opublikowanego niedawno w jednym z czasopism neurologicznych: ""Osoby ze stwardnieniem zanikowym
bocznym zwykle są miłe" - cechy osobowości pacjentów w oczach
specjalistów w obszarze ALS"q37.
W badaniu mężczyzn z rakiem prostaty tłumienie złości zostało skojarzone
ze zmniejszeniem skuteczności komórek NK (naturalnych zabójców),
będących pierwszą linią obrony układu odpornościowego przed nowotworami
złośliwymi i intruzami z zewnątrz. Komórki te odgrywają bardzo ważną
rolę w nabieraniu odporności na nowotworyq38. We wcześniejszych
badaniach stwierdzono, że aktywność komórek NK u zdrowych młodych ludzi
maleje nawet pod wpływem stosunkowo niewielkiego napięcia psychicznego -
zwłaszcza u osób emocjonalnie odizolowanych, co samo w sobie stanowi
znaczące źródło przewlekłego stresu.
Potężny wymiar fizjologiczny ma również smutek. Pouczające badanie
opublikowane w brytyjskim czasopiśmie "Lancet Oncology" ilustruje wpływ
czynników psychologicznych na skomplikowane szlaki łączące układ
odpornościowy, hormony i układ nerwowy, na przykład w okresie żałoby. U rodziców, którzy stracili dorosłego syna na skutek wypadku lub konfliktu
zbrojnego, autorzy badania odnotowali zwiększoną częstość występowania
nowotworów limfatycznych i hematologicznych - czyli nowotworów krwi,
szpiku kostnego i węzłów chłonnych - oraz raka skóry i płucq39.
Wojna zabija, lecz głęboka strata emocjonalna może być równie
śmiercionośna. Podobnie jest w przypadku innych chorób. W ogólnokrajowym
duńskim badaniu stwierdzono, że u pogrążonych w żałobie rodziców
dwukrotnie rośnie ryzyko zachorowania na stwardnienie
rozsianeq40.
(Pomimo tak przekonujących dowodów nie sądzę, aby utrata bliskiej osoby
- bez względu na wymiar emocjonalny - sama w sobie stanowiła zagrożenie
dla zdrowia. Uważam, że jest to uzależnione od sposobu, w jaki ludzie
radzą sobie ze stratą, w tym od wsparcia, na jakie mogą liczyć. Na naszą
fizjologię wpływają nie tylko wydarzenia jako takie, lecz także reakcje
emocjonalne i sposób, w jaki je przetwarzamy).
Zaledwie jedno badanie, przedstawione w 2019 roku w periodyku "Cancer
Research", powinno skłonić każdego klinicystę do zrobienia szybkiego
kursu medycyny układu ciałoumysłu. Stwierdzono, że kobiety z ciężkim
zespołem stresu pourazowego (PTSD) są dwukrotnie bardziej narażone na
nowotwór jajnika niż te, które nie były obciążone traumąq41. W "Daily Gazette" wydawanej przez Uniwersytet Harvarda, gdzie
przeprowadzono to badanie, napisano: "Odkrycia wskazują, że silniejsze
objawy PTSD, takie jak łatwość ulegania strachowi pod wpływem typowych
dźwięków lub unikanie wspomnień o traumatycznych doświadczeniach, mogą
się wiązać ze zwiększonym ryzykiem raka jajnika nawet dziesiątki lat po
przeżyciu przez kobiety traumatycznego wydarzenia". Im cięższe objawy
traumy, tym bardziej agresywny okazywał się rak.
Przeprowadzone na Harvardzie badania dostarczyły dalszych przekonujących
dowodów na nierozerwalny związek między stresem emocjonalnym a stanem
fizycznym organizmu w zdrowiu i w chorobie. Już we wcześniejszych
analizach powiązano depresję z podwyższonym ryzykiem raka jajnika. Wpływ
stresu także został zbadany: wśród myszy laboratoryjnych, którym do jamy
brzusznej wstrzyknięto komórki raka jajnika, nowotwór rozwijał się
częściej i rozprzestrzeniał szybciej u tych osobników, które poddawano
presji emocjonalnej wynikającej z ograniczeń fizycznych lub izolacji,
niż u gryzoni mających nieskrępowany kontakt z innymiq42.
Harvardzcy naukowcy wysunęli hipotezę, że stres może "sprzyjać rozwojowi
raka jajnika przez blokowanie głównych mechanizmów chroniących przed
niepohamowanym wzrostem komórek". Innymi słowy, stres może osłabiać
zdolność układu odpornościowego do kontrolowania i eliminowania
nowotworów.
Implikacje tego spostrzeżenia wykraczają daleko poza PTSD, ponieważ w naszej kulturze stres i trauma dotykają wiele osób, które nie
kwalifikują się do takiej diagnozy. Według zaskakującego spostrzeżenia,
zamieszczonego w 2005 roku przez fińskich badaczy na łamach "British
Journal of Psychiatry", osoby przechodzące "różne życiowe zdarzenia", do
jakich zaliczono stosunkowo typowe stresy i trudności emocjonalne, takie
jak problemy w związkach i w pracy, niekwalifikujące pacjentów do
postawienia formalnej diagnozy, cierpią na więcej objawów podobnych do
zespołu stresu pourazowego - jak złe sny lub odrętwienie emocjonalne -
niż osoby obciążone poważniejszą traumą, ocalałe z wojny lub
katastrofyq43.
Harvardzka publikacja na temat raka jajnika wskazuje na kilka
obiecujących możliwości leczenia. Zasugerowano w niej, że kobiety, u których objawy PTSD ustąpiły - na przykład dzięki skutecznej
psychoterapii - były obarczone mniejszym ryzykiem zachorowania na
nowotwór złośliwy niż pacjentki wykazujące symptomy tego zespołu.
Ekscytujące są rozważania dotyczące potencjału prewencyjnego i terapeutycznego oraz implikacji społecznych wynikających z perspektywy
zdrowotnej, która traktuje emocje jak prawdziwe i ważne "byty", jakimi
są one w istocie.
Choć wszystko to jest aktualne, a przytoczone badania naukowe pachną
świeżością, zależności te nie są niczym nowym. W wykładzie z 1939 roku
dla absolwentów medycyny, zamieszczonym w "Journal of the American
Medical Association" (JAMA), dr Soma Weiss poinformował słuchaczy, że
"czynniki społeczne i psychiczne odgrywają rolę w każdej chorobie, lecz
w przypadku wielu schorzeń mają one dominujące znaczenie"q44.
Ten ceniony węgiersko-amerykański klinicysta dodał, że "aspekty
psychiczne stanowią równie aktywny bodziec w leczeniu pacjentów jak
czynniki chemiczne i fizyczne". Stwierdzenia te wygłosił nie jako
psychoanalityk teoretyk, lecz szanowany praktyk patofizjologii i farmakoterapii, czyli medycznego stosowania leków. W Harvard Medical
School pamięć o Weissie jest podtrzymywana przez coroczny dzień badań na
jego cześć, lecz proponowana przez niego perspektywa integracyjna oraz
wspierająca ją obszerna literatura naukowa wciąż nie mogą się przebić do
konwencjonalnego myślenia medycznego. "Sprawa połączenia umysł-ciało od
dawna jest czymś, czego studiowanie wiąże się z wielkim zagrożeniem dla
dalszej kariery na Harvardzie - powiedział mi niedawno ceniony lekarz i pracownik naukowy tej czcigodnej instytucji. - Zaczyna się to zmieniać,
lecz sprawa wciąż jest bardzo trudna"q45.
Istotnie trudna. Podczas prelekcji często proszę o podniesienie ręki
tych słuchaczy, którzy w ciągu ostatnich pięciu lat odwiedzili
neurologa, kardiologa, pulmonologa, reumatologa, gastroenterologa,
dermatologa, immunologa... i tak dalej. "Lekarza dowolnej specjalizacji" -
mówię. Podnosi się las rąk. "A teraz niech pozostawią ręce w górze ci z was - ciągnę - których specjalista zapytał o stresy lub traumy z dzieciństwa, więzi z rodzicami, jakość obecnych relacji, samotność lub
życie towarzyskie, satysfakcję z pracy i nastawienie do niej, poglądy na
temat szefa lub sposób, w jaki człowiek ten was traktuje, odczuwanie
radości lub gniewu, bieżące trudności lub o to, co myślicie na własny
temat". W pękających w szwach salach, w których zasiada nawet kilkaset
osób, liczbę uniesionych rąk można na ogół policzyć na palcach jednej z nich. "Tymczasem te niezadane pytania mają wiele wspólnego z tym,
dlaczego większość z was postanowiła poszukać pomocy medycznej" -
dodaję.
Mimo wszystko obraz sytuacji stopniowo się klaruje, w miarę jak
współczesne badania potwierdzają tradycyjne mądrości. Stosunkowo nowa
dziedzina nauki, psychoneuroimmunologia, bada niezliczone zależności
między ciałem a umysłem; tematem jej zainteresowań są powiązania w obrębie emocji, układu nerwowego i układu odpornościowego oraz stres
jako podłoże chorób. Mylące jest jednak nawet określenie "powiązania",
albowiem powiązane mogą być jedynie byty odrębne, podczas gdy w rzeczywistości mamy do czynienia z jednością. Ta nowa dyscyplina,
określana niekiedy trudnym do wymówienia mianem
psychoneuroimmunoendokrynologii, bazuje na jedności między wszystkimi
naszymi składnikami: umysłem, mózgiem, układem nerwowym i odpornościowym
oraz aparatem hormonalnym (stąd "endokryno"). Każdy z tych elementów
można badać osobno, lecz nie zdołamy w pełni zrozumieć żadnego z nich
bez uchwycenia całego obrazu. Od kory mózgowej przez ośrodki emocjonalne
mózgu aż po autonomiczny układ nerwowy; od stałych lub płynnych aspektów
aparatu odpornościowego po narządy hormonalne i ich wydzieliny; od
układu reakcji na stres do wnętrzności... wszystko stanowi jedność.
Jedności tej w najmniejszym stopniu nie umniejsza kwestia obdarzenia nas
przez ewolucję instynktami, emocjami, złożonymi zachowaniami oraz
odrębnymi narządami i układami. Bez względu na wyrafinowanie ludzkich
umysłów faktem jest, że ich podstawowe treści - to, o czym myślimy, w co
świadomie lub nieświadomie wierzymy, co czujemy lub czego odczuwać nie
jesteśmy w stanie - silnie wpływają na nasze ciała, na korzystne i niekorzystne sposoby. I na odwrót, doświadczenia naszych ciał gromadzone
od chwili przyjścia na świat nie mogą nie rzutować na sposób myślenia,
odczuwania, postrzegania i zachowania. Tak w największym skrócie
przedstawia się podstawowe założenie psychoneuroimmunologii.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki