Zanim wyszłam do klubu, Gośka wysłała mi kilkanaście SMS-ów, z których nie zignorowałam jedynie pierwszego:
Obiecałaś Adkowi wspólny wyjazd na wakacje?
Zainteresowałam się nim głównie dlatego, że brzmiał dwuznacznie. Nie wiedziałam, czy chodzi jej o to, że jadę tylko z Adamem, czy też bierze pod uwagę wyjazd z nami.
Odpisałam:
Tak, jedziemy we trójkę: ty, ja i on. Będziemy pić, żreć, kąpać się nago w morzu, a jak dobrze pójdzie, każde z nas bzyknie jakiś towar.
W odpowiedzi przyjaciółka zasypała mnie wiadomościami jak szalona. Było tam coś o kretynach, chorobach wenerycznych, metanolu i jedzeniu podejrzanego pochodzenia. Po ósmej czy dziewiątej wiadomości przestałam czytać. W końcu jutro wpadnę do niej na obiad, jak co weekend, to wtedy wyłuszczy mi sensowne zastrzeżenia. Bezsensowne do tego czasu wywietrzeją jej ze łba.
Odłożyłam telefon, a potem przyjrzałam się odbiciu w lustrze. Nieźle. Proste blond włosy z różowymi pasemkami sięgały połowy pleców. Duże oczy, podkreślone dodatkowo makijażem, spoglądały w sposób, jaki Gośka zwykła nazywać "święta kurwa". Jednocześnie prowokująco i niewinnie. W sumie nie wiedziałam, skąd się brało to drugie, bo o niewinności nie pamiętałam na długo przed ślubem, a to było wieki temu. Największym atutem mojej twarzy były jednak usta: pełne, wydęte, z kącikami uniesionymi w nieustannej zapowiedzi uśmiechu. Zwykle mężczyźni, których chciałam widzieć nago, zawieszali wzrok na moich wargach, ledwie dostrzegając, że mam niezłe ciało i świetne cycki. Ci, których nie chciałam rozbierać, zresztą także. Im nie dawałam szans, żeby się przekonali organoleptycznie.
Buźkę odhaczyłam jako "jest świetnie" i szybko oceniłam resztę. Srebrna kiecka miękko spływała po krągłościach. Nie zostawiała wiele wyobraźni, ale też nie takie było jej zadanie. Miała mówić potencjalnym pomocnikom do odreagowywania, że jestem chętna, by skorzystać z ich pomocy. Nie, nie mówiła. Krzyczała. Głównie z powodu braku bielizny.
Dobra: oficjalnie byłam łatwa. Łatwiejsze są tylko dmuchane lalki. I z taką radosną samoświadomością przekroczyłam próg jednego z popularniejszych tyskich klubów. Zadarłam głowę, rozchyliłam usta, wypięłam cycki... Ruszałam na łowy.
Dla jasności: to nie tak, że brałam, jak leci... znaczy, że dawałam, jak leci. Miałam wymagania. Gość powinien dobrze wyglądać i nieźle pachnieć. Mistrzem intelektu być nie musiał. Ostatecznie nie bzykałam się z jego IQ, prawda? Właściwie w moim targecie nawet nie przewidywałam intelektualistów. Lubiłam określony typ facetów. Konkretnie takich, o których pisały mistrzynie polskich erotyków. Bad boy. To mój target. Nie taki do końca bad, oczywiście. Głupia nie jestem, nie szukam bandytów na kochanków. Po prostu gość na jedną noc powinien mieć mocne, umięśnione ciało, mroczne spojrzenie i nie grzeszyć otwartością. Pieprzyć, nie pieprząc.
O, coś jak ten, który patrzył na mnie, stojąc obok, przy barze. Cienka bluza bez rękawów, chociaż z kapturem, odsłaniała świetnie wymodelowane ramiona i ładnie opinała jego barki, kiedy sięgał po piwo. Pewnie założył ją, żeby zademonstrować seksowne dziary, od bicepsa aż po nadgarstek. Niezłe, cholera.
- Co pijesz, mała? - Przysunął się niespiesznie, gdy zauważył, że mu się przyglądam.
I dwa na dwa punkty odhaczone. Gość pachniał czymś lekkim i apetycznym. Nie znałam, ale działało bezbłędnie. Takich właśnie niegrzecznych chłopców preferowałam. Look dopracowany tak idealnie, że na odległość dawał teatrem. Jak nic, gdyby doszło do jakiejś zadymy, przystojniaczek uciekałby pierwszy. To jednak bynajmniej mi nie przeszkadzało. Nie szukałam prawdziwego twardziela. Wystarczyło, że na takiego wyglądał. No i jeszcze posiadał dwie rzeczy pasujące do takiego określenia: mięśnie i dużego, sprawnego...
- Sex with the stranger1 - rzuciłam radośnie po szybkiej analizie amatora tatuaży.
Zmarszczył brwi.
- Jest taki drink? - Zerknął zagubiony na barmana.
Chłopak spojrzał na mnie zza lady, przygryzając wnętrze policzka, żeby powstrzymać śmiech.
- Nie ma - odpowiedział szczerze, po czym dodał bezczelnie: - Pani pewnie myślała o crazy monkey2.
Tym razem ja musiałam powstrzymać parsknięcie. Bystry dzieciak. Szkoda, że wiekowo bardziej pasowałam na jego mamusię niż kochankę.
Aaa tak, przecież nie bzykam się z intelektem. Dzieciak odpada.
- Widzę, że serwujecie również cheeky bartender3. - Nie zdołałam się powstrzymać. Chwilowo jego wiek miałam w dupie.
- Dla ciebie wszystko. - Wyszczerzył się, ignorując gościa z dziarami. - Chociaż najchętniej postarałbym się, żebyś spróbowała ze mną sweet dream4.
Oż ty, ale wyszczekany smarkacz. I całkiem ładniutki. Za parę lat, kiedy zmężnieje, nie opędzi się od dziewczyn. Teraz brakowało mu trochę... czy ja wiem? Na pewno nie ciała czy wzrostu, bo jedno i drugie było całkiem, całkiem. Może więc tego czegoś, co faceci zdobywają z wiekiem, a co moja młodsza siostra nazywała męskością. Pewnie wiedziała, co mówi, skoro od liceum nie spotykała się z kolesiami poniżej trzydziestki.
Za kilka lat... dobra, nie okłamuj się, Tośka, za kilkanaście lat, gdy chłopak osiągnie twoje trzydzieści pięć, a ty staniesz się... O kurwa! Nie! Nie zmierzamy w kierunku bezlitosnej metryki.
Zimny prysznic, kiedy PESEL pokazał fucka, błyskawicznie sprowadził mnie na ziemię. I przypomniał, po co przyszłam do klubu. Zerknęłam ostatni raz na sympatycznego bystrzaka za barem, by ponownie skoncentrować się na przyszłym loverboyu. Oj, niedobrze, ciacho traciło zainteresowanie. Wątku stracić nie mogło, skoro go w ogóle nie złapało, sądząc po zagubionym wyrazie jego seksownego oblicza. No ale powtórzę: nie bzykam IQ.
Wytatuowany na pewno nie lubił wyzwań, ponieważ widząc, że bardziej interesuje mnie rozmowa z barmanem, zaczął rozglądać się za nową zdobyczą. Może i powinnam odpuścić, w końcu nie zależało mi konkretnie na tym udawanym bad boyu. Od czasów, gdy mafijne romanse zaczęły nam, babom, robić dobrze, gości wyglądających na potencjalnego a seksownego capo pałętało się po klubach na pęczki. Tak, bezwzględnie powinnam odpuścić.
- Cudna dziara - zauważyłam słodko, pochylając się do gościa, którego "bezwzględnie powinnam odpuścić", tak by w sporym dekolcie mógł zobaczyć cień sutków. - Lubię twardych facetów - dodałam i położyłam dłoń na jego przedramieniu.
Błyskawicznie skupił na mnie wzrok. Właściwie nie tyle na mnie, ile na moich cyckach.
- A ja lubię laski, które lubią mnie - zauważył odkrywczo. - Chcesz poskakać? - Wskazał parkiet.
W sumie, co mi szkodziło?
- Chętnie - przyznałam. Następnie zdjęłam z ramienia torebkę i podałam ją młodziakowi od drinków. - Możesz się nią przez chwilę zaopiekować?
Chłopak pokiwał głową bez entuzjazmu. Pseudo bad boy tymczasem wstał i ruszył w kierunku tańczących, nawet na mnie nie zerknąwszy. Za to ja patrzyłam na barmana. Wyglądał na rozczarowanego. Szkoda, ale PESEL nie łże, synek.
Z żalem przeniosłam spojrzenie na parkiet, po czym dołączyłam do mojego partnera na dziś. Miałam taką teorię, która sprawdzała się od lat: to, jak facet rusza się w tańcu, wiele mówi o tym, jaki jest w seksie. Wiadomo: miękkość ruchów, dynamika, poczucie rytmu, dopasowanie ... Wydziarany plasował się tak mniej więcej pośrodku skali. Patrick Swayze z niego nie był, ale na szczęście Jaś Fasola również nie. Najpierw trzymał się z daleka i faktycznie głównie skakał. Nie żeby muzyka pozwalała na coś innego. Rytmiczne techno słabo się sprawdzało jako motyw muzyczny pod macanki. Kiedy w końcu gość za konsoletą zorientował się, że niektórzy chcieliby zakosztować bliskości, prawie bad boy przyciągnął mnie gładko. Od razu też położył mi ręce na tyłku, po czym przycisnął biodra do moich. Poczułam, że całkiem nieźle się rozumiemy, oraz że tam, gdzie powinien, jest odpowiednio twardy.
- Może zmienimy lokalkę? - wykrzyczał mi do ucha. - Mieszkam tuż obok. - I żebym dobrze odczytała jego intencje, ścisnął moje pośladki.
Cholera, no. Dzieciak zza baru wciąż nam się przyglądał z miną zbitego psa. Zbitego, ale nadal gotowego, by gryźć. I to zdecydowanie psuło nastrój. Z drugiej strony nie pieprzyłam się od trzech tygodni. Jeden z najdłuższych okresów celibatu w moim życiu. A celibat nie jest zdrowy. Szkodzi na mózg. Ponoć ktoś to udowodnił. Aha... skoro szkodzi, to jeszcze z tydzień, może dwa, a zostanę warzywem. Albo, co gorsza, takim mistrzem intelektu jak właściciel dziar.
Zbity pies zaczynał szczerzyć kły, mnie zaś przechodziła ochota. Niedoczekanie! Żaden frajer nie będzie mi psuł planów na wieczór. A już na pewno nie taki, któremu ledwie sypnął się wąs.
Albo i nie sypnął.
- Ale najpierw skoczymy tu, na zaplecze - zarządziłam.
- Po co?
Chciałam sprawdzić, czy warto. Tego jednak nie wypadało przyznawać.
- Lubię zacząć od miziania - oświadczyłam więc prawie szczerze.
- Że co? - Zagapił się.
Westchnęłam.
- Nie znam cię - wyjaśniłam. - Nie odwiedzam domów obcych ludzi. A tu, z tyłu budynku, jest kilka takich miejsc, w których możemy się... trochę lepiej poznać.
Patrzył na mnie przez chwilę, a ja zaczęłam się martwić, że byłam zbyt subtelna.
- Chcesz się pieprzyć w ulicy za klubem? - On nie miał kłopotów z subtelnością. Ni chuja.
- Dojdziemy do tego - obiecałam.
Uśmiechnął się szeroko.
- Jasne. Dojdziemy. - Złapał mnie za rękę i pociągnął w kierunku wyjścia.
Przecisnęliśmy się przez tłum okupujący wejście. Kilkanaście sekund później staliśmy już w jednym z ciemnych zakamarków między sąsiadującymi ze sobą klubami. Niektórzy z bywalców też wpadli na taki pomysł, bo z dwóch pierwszych miejsc, do których próbował mnie wepchnąć wytatuowany myśliciel, dochodziły intensywne pojękiwania. W trzecim nie zastaliśmy nikogo. Niestety wisiała nad nim oświetlająca tenże kąt lampa. Wydziaranemu to jednak nie przeszkadzało. Przycisnął mnie do ściany i zaczął całować.
Nie wiedziałam, czy to wina tej pieprzonej żarówy nad nami, czy wyrazu twarzy barmana w chwili, kiedy opuszczałam klub, ale pocałunki kompletnie mnie nie rozgrzały. Nie powiem, facet się starał. I nawet nie musiał entuzjazmem nadrabiać braku techniki, bo miał ją całkiem niezłą. Mimo to nic. Odwzajemniałam się co prawda, lecz totalnie bez zachwytu. Trochę tak, jakbym żuła gumę, która straciła smak. Gość chyba nie załapał, że średnio się bawię, gdyż wykazywał coraz większą ekscytację. Zacisnął palce na moim biuście i z jękiem zaczął go miętosić.
- O kurwa! - wydyszał w moje usta. - Zajebiste cycki.
Wpadło mi do głowy, żeby odpowiedzieć: "Bardzo się cieszę, że jest pan usatysfakcjonowany. Dupę też mam całkiem niezłą. Uprzejmie proszę przejść do jej obmacywania". I na tę myśl nie udało mi się powstrzymać parsknięcia. Facet się nie przejął. Dyszał coraz głośniej, aż zaczęłam się bać, że ma problemy z sercem czy płucami. Właśnie zsunął ramiączko sukienki i odsłonił jedną z tych zajebistych piersi. Nawet na nią nie popatrzył, tylko od razu złapał sutek w usta. Ja za to beznamiętnie obserwowałam czubek jego głowy, na który padało światło nieszczęsnej lampy, i pomyślałam, że powinien nosić jednak nieco dłuższe włosy, bo mu się zaczynają przerzedzać.
Nie, kurwa, nic z tego nie będzie. Ni chuja się nie podniecę.
- Słuchaj... - zaczęłam.
Zero reakcji. Mężczyzna wciąż ślinił cycek, przyciskając mnie całym ciałem do ściany.
- Hej, ty tam - warknęłam trochę głośniej.
- Uhmmm - wymruczał i jednocześnie spróbował wcisnąć rękę między moje uda.
Dobra. Wystarczy tego dobrego.
Złapałam go za barki i odepchnęłam z całej siły. Sukces! Gość się nie spodziewał, więc stracił równowagę i trzasnął na tyłek.
- Co jest, kurwa? - Patrzył na mnie zaskoczony.
Wzruszyłam ramionami. Szybko poprawiłam sukienkę. Koleś wciąż siedział na ziemi. Chyba liczył na odpowiedź.
- Przeszło mi - wyjaśniłam.
- Jak to, kurwa, przeszło?! - Zaczął się podnosić.
Gdybym nie wiedziała, że w pobliżu są inni ludzie, może zaczęłabym się denerwować. Gość wcześniej tylko zgrywał twardziela, teraz jednak na serio wydawał się wściekły. I ciut nieobliczalny, jak to sfrustrowany mężczyzna. Poczułam się minimalnie winna. Nie aż tak, żeby dać mu się przelecieć, oczywiście.
- Słuchaj - westchnęłam - kobiety tak czasami mają. Wiesz, te, no... hormony. Babskie sprawy i tym podobne. Nie twoja wina. Widziałam w klubie z pięć lasek, które chętnie cię obsłużą, więc bez żalu, co? - Wykrzywiłam się w parodii uśmiechu.
Przez chwilę milczał, patrząc na mnie trochę oszołomiony. Ostatecznie pokręcił głową, wyprostował się i też skrzywił.
- Jesteś pojebana - odkrył kolejną oczywistość.
Odwrócił się i zawrócił do klubu. Odetchnęłam z ulgą. Jasne, nic mi nie groziło, ale i szarpać się z typem z dwadzieścia centymetrów wyższym i cięższym zapewne o jakieś trzydzieści kilo jakoś nie miałam ochoty. Przez sekundę, może dwie, odprowadzałam go wzrokiem, zastanawiając się, czy się starzeję, czy coś mi dolega, skoro odpuściłam przygodny seks z niebrzydkim gościem.
W tym roku kończyłam trzydzieści pięć lat. Od siedmiu, od rozwodu, nie byłam w związku. Przez pierwszych kilka miesięcy, odkąd stwierdziłam, że mam już dość bycia panią Skawińską, żyłam w cnocie. Tej najdłuższej w dorosłym życiu. Potem uznałam, że moje potrzeby niczym się nie różnią od potrzeb przeciętnego faceta, dlatego nie ma powodu, żeby próbować je zagłuszać. I nigdy nie miałam związanego z tym poczucia winy czy jakichś durnych hamulców moralnych. Traktowałam seks jak fitness. Trochę wysiłku, a na końcu endorfiny.
Cóż, tym razem musiałabym w to włożyć znacznie więcej niż trochę wysiłku. O to to! To nie starość ani choroba, po prostu zwyczajne lenistwo. Nie chciało mi się męczyć i tyle. Uuufff. Ulga.
Z tą uszczęśliwiającą myślą zamierzałam ruszyć w stronę domu, gdy uświadomiłam sobie, że zostawiłam barmanowi torebkę. Fuck! Musiałam po nią wrócić. Znów pewnie zobaczę ten jego zniesmaczony wyraz twarzy. I wtedy faktycznie poczuję się winna. Cholera. Cóż, jak mus to mus. Miałam w niej nie tylko portfel, ale również komórkę i klucze.
Okazało się jednak, że nie musiałam wracać do klubu. Błyskotliwy dzieciak stał u wejścia na zaplecze. W świetle padającym za jego plecami wydawał się potężniejszy niż za kontuarem. Na jego ramieniu wisiała moja torebka. Podeszłam i skonstatowałam z lekkim zaskoczeniem, że chłopak jest znacznie wyższy, niż sądziłam. I tak, potężniejszy też. W półmroku nie sprawiał już wrażenia nastolatka. Z niewiadomej przyczyny to mnie zirytowało, więc hardo spojrzałam mu w oczy.
- Robisz za anioła stróża? - burknęłam.
Uśmiechnął się.
- Był taki moment. - Podał mi torebkę.
Chwilę milczeliśmy.
- Dobra, młody - podkreśliłam ostatnie słowo, co jednak nie zrobiło na nim wrażenia - czas na mnie. Ty też chyba powinieneś wrócić do roboty.
Potaknął bez słowa. Zmrużył oczy, nie odrywając ich ode mnie. Wreszcie, jakby naprawdę dużo go to kosztowało, zapytał:
- Dasz mi swój numer?
O! To mnie zaskoczył. Na tyle, że nie zdążyłam przemyśleć, nim odpowiedziałam:
- Masz kompleks Edypa?
Roześmiał się cicho.
- Z tego, co wiem, nie - odrzekł po jakimś czasie. - A ty zdecydowanie nie mogłabyś być moją matką.
Cholera, przystojny, wyszczekany i inteligentny. Wymierający gatunek.
Obejrzałam go ostentacyjnie.
- Ile ty masz lat, synku? Osiemnaście? Dwadzieścia?
- Nieco więcej. - Wyszczerzył się. - Na tyle, żeby żadne z nas nie musiało się wstydzić.
- Chłopcze... - Przemknęłam dłonią po jego policzku i z przyjemnością poczułam lekki zarost pod palcami. - Ja niczego się nie wstydzę.
- Więc dasz mi numer - tym razem już stwierdził.
Zastanawiałam się tylko chwilę. Potem cofnęłam rękę.
- Nie. - Zobaczyłam, jak pochmurnieje, i dodałam: - Ty dasz mi swój.
Wyciągnęłam z torebki telefon. Nie patrząc, jaki efekt osiągnęłam swoim żądaniem, odblokowałam komórkę, wyszukałam opcję "dodaj kontakt", po czym wpisałam: Cheeky Bartender.
- No - ponagliłam chłopaka.
Zerkał na wyświetlacz z rozbawieniem.
- Mam na imię Damian - przedstawił się.
Prychnęłam głośno.
- I spierdoliłeś, młody. Nie słyszałeś, że kobiety lubią tajemniczych facetów, takich milczących?
- Słyszałem. - Wyjął mi z ręki komórkę i wklepał numer. Nie omieszkał przy tym dopisać Damian po Cheeky Bartender. - Słyszałem też, że w większości przypadków ta oszczędność w słowach u tego typu facetów wynika z uszkodzeń mózgu. Tak bywa, gdy się przedobrzy ze sterydami.
Przesunęłam spojrzeniem po jego całkiem przyjemnej sylwetce.
- Ty tak z doświadczenia?
Wyszczerzył się ponownie.
- U mnie to geny, droga pani. I pływanie od piątego roku życia.- Czyli jakieś dziesięć lat?
Oddał mi telefon, a potem szybko się pochylił i cmoknął mnie w usta.
- Strasznie jesteś ciekawska, wiesz? - zapytał z nosem przy moim nosie. Następnie odwrócił się i ruszył w kierunku grupy ludzi zgromadzonych przed wejściem do klubu.
Patrzyłam za nim z uśmiechem. Serio, fajny dzieciak. Naprawdę szkoda.
Zerknęłam na listę kontaktów. Litery składające się na Cheeky Bartender Damian nadal kusząco czerniały na białym tle. Pokręciłam głową nad swoją głupotą, po czym wygasiłam komórkę i wrzuciłam ją do torebki. Właściwie nie miałam pojęcia, dlaczego wzięłam na niego namiar. Totalnie nie marzyła mi się rola Mrs. Robinson. Do MILF-a wciąż zostało mi kilka lat. Poza tym wiedziałam, że takie znajomości niekoniecznie dobrze się kończą. Dzieciak mógł coś tam poczuć i co? Mielibyśmy prawdziwego Edypa, cholera jasna. Tragedię, znaczy się.
Mimo to żal. Żaden facet nie zrobił mi tak dobrze intelektualnie. Prócz Adama Malczyka, rzecz jasna. Może jednak się starzeję?
Nie. Absolutnie nie. Po prostu jestem odpowiedzialna. O! Odpowiedzialna. To ta odpowiedzialność sprawiła, że zamiast doświadczać przyspieszonego oddechu jakiegoś mężczyzny, jego palców na mnie i we mnie, oraz twardego, ciężkiego ciała ujeżdżającego moje z dziką gwałtownością... Zamiast smakować te przyjemności, sobotnią noc spędziłam w łóżku sama, oglądając jakieś gówno na Netflixie.