p

Mimo wszystko (#1). Niepoznany - Aleksandra Łacic

Kup ebooka

44.99 zł
37.58 zł (37,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Niepoznany

Podmuch wia­tru spra­wił, że prze­szedł mnie dreszcz. Otwo­rzy­łam oczy, jed­no­cze­śnie obej­mu­jąc swoje nagie ramiona.

Cie­niut­kie paseczki słońca wśli­zgi­wały się do pomiesz­cze­nia przez ciężką, ciemną jak noc zasłonę i co jakiś czas tra­fiały wprost w moje oczy. Ode­tchnę­łam głę­boko. Powie­trze wcho­dzące do moich płuc nio­sło ze sobą inten­sywny zapach przy­po­mi­na­jący kadzi­dło.

Wsta­łam z łóżka i dotknę­łam pal­cami stóp zim­nej kamien­nej pod­łogi. Ostroż­nie ruszy­łam, sta­wia­jąc krok za kro­kiem, w stronę świa­tła. Jedną ręką odsło­ni­łam zasłonę, drugą zasło­ni­łam oczy. Zamru­ga­łam parę razy, żeby przy­zwy­czaić wzrok. Wciąż nie­pew­nym kro­kiem wyszłam na taras. Szorstka pod­łoga dra­pała lekko moje bose stopy. Pod­nio­słam wzrok, zasła­nia­jąc jed­no­cze­śnie oczy przed zbyt już inten­syw­nym słoń­cem.

Morze przede mną cią­gnęło się w nie­skoń­czo­ność. Pode­szłam bli­żej do kra­wę­dzi tarasu, opar­łam się o jego balu­stradę, przy­mknę­łam oczy i pobu­ja­łam głową na boki. Lek­kie podmu­chy wia­tru deli­kat­nie gła­skały mi włosy.

Poczu­łam jego obec­ność.

Nie mogłam się odwró­cić. Cze­ka­łam na jego dotyk, nasłu­chi­wa­łam każ­dego kolej­nego kroku zbli­ża­ją­cego nas do sie­bie. Kro­ple potu spły­wały mi po karku. Dotknął mojego ramie­nia, prze­jeż­dża­jąc po nim wierz­chem dłoni. Jego oddech był jak kolejny podmuch chłod­nego powie­trza, prze­szedł mnie dreszcz, cze­ka­łam cier­pli­wie na to, co się wyda­rzy. Poczu­łam na skó­rze jego szorstki poli­czek, prze­su­nął nim po moim nagim ramie­niu i wyszep­tał kilka słów, któ­rych nie zro­zu­mia­łam. Zimne dło­nie poło­żył mi na ple­cach, zsu­wał je coraz niżej, powoli, wywo­łu­jąc we mnie coraz więk­sze pod­nie­ce­nie. Zatrzy­mał ręce na moich bio­drach i przy­cią­gnął je dyna­miczne do sie­bie. Odchy­li­łam głowę do tylu, jed­nak na­dal nie wie­dzia­łam, kim on jest. Nie mogłam zoba­czyć jego twa­rzy. Wtedy dłoń męż­czy­zny powę­dro­wała do góry, błą­dził nią powoli wzdłuż nagich piersi, aż zatrzy­mał się na szyi, chwy­cił ją deli­kat­nie. Nasze szyb­kie odde­chy zgrały się jeden świst. Poczu­łam na pośladku coraz tward­szy czło­nek, zamar­łam. Obję­łam pal­cami jego silne umię­śnione przed­ra­mię. Dłoń na mojej szyi zaci­skała się coraz moc­niej, coraz bar­dziej pozba­wiała mnie tchu. Wzię­łam głę­boki oddech. Otwo­rzy­łam oczy, to znowu był tylko sen, ten sam, który drę­czył mnie od pew­nego czasu i zawsze ury­wał się w tym samym momen­cie.

Obu­dzi­łam się cała lepka od gorąca i zadu­chu, któ­rym prze­siąk­nięty był mały pokój w skrom­nym miesz­ka­niu w Mala­dze. Prze­tar­łam oczy, zatrzy­mu­jąc na nich otwartą dłoń przez dłuż­szą chwilę. Pul­so­wa­nie w czaszce mie­szało się z nie­sma­kiem w ustach, z powodu któ­rego coraz moc­niej robiło mi się nie­do­brze. Jedną rękę cały czas trzy­ma­łam na gło­wie, drugą zaś się­gnę­łam do szafki noc­nej, na któ­rej, mia­łam nadzieję, stała woda. Pod­nio­słam się z tru­dem i upi­łam duży łyk. Smak prze­tra­wio­nego wina nie zni­kał z moich ust, w pomiesz­cze­niu robiło się coraz bar­dziej gorąco i parno. Spoj­rza­łam na stary wen­ty­la­tor wiszący nad moją głową. Był już w takim sta­nie, że prę­dzej spo­dzie­wa­ła­bym się, że spad­nie i mnie zabije, niż da jaki­kol­wiek powiew chłodu.

Hisz­pa­nia nie jest dobrym miej­scem na wczasy w lipcu, a co dopiero na prze­pro­wadzkę tu na pół roku. Upały nie dawały o sobie zapo­mnieć o każ­dej porze dnia i nocy, poza tym miesz­ka­nie bez kli­ma­ty­za­cji, urzą­dzone w pod­łym stylu anda­lu­zyj­skim spra­wiało, że każdy dzień zaczy­nał się od gry­masu nie­za­do­wo­le­nia na twa­rzy.

Wes­tchnę­łam ciężko i spoj­rza­łam za zega­rek w tele­fo­nie. W zasa­dzie nie wiem, po co to robię. Od kiedy zwol­nili mnie z pracy, nie muszę już liczyć czasu. Nie muszę wycho­dzić rano, żeby znowu godzi­nami stać w kor­kach. Nie muszę się ład­nie ubie­rać i cze­sać.

Fak­tycz­nie to nie robi­łam tutaj żad­nej z tych rze­czy. Żyłam z gniaz­dem na gło­wie, przez co przy­po­mi­na­łam Amy Wine­ho­use, a kosme­tyki zamknięte szczel­nie na­dal spo­czy­wały na dnie torby. Minęło już dobrych kilka tygo­dni, od kiedy zde­cy­do­wa­łam się porzu­cić Pol­skę i zamiesz­kać na połu­dniu Europy. Wtedy był to naj­lep­szy pomysł.

Mój narze­czony dostał nie­sa­mo­witą pro­po­zy­cję od swo­jej sze­fo­wej - kon­trakt na pół roku miał go wzbo­ga­cić o ogromną kasę, a do CV miało przy­być wyso­kie sta­no­wi­sko i wdro­że­nie samo­dziel­nego pro­jektu. Żeby sprawa była jasna - nie­ko­niecz­nie mia­łam w tym tema­cie wiele do powie­dze­nia. Adam przed­sta­wił swój wła­sny plan na naszą przy­szłość, ja zaś z braku aser­tyw­no­ści przy­ję­łam go i zaak­cep­to­wa­łam. Jed­nak nie mia­łam nic do stra­ce­nia, a w tam­tym cza­sie myśla­łam, że odpo­czy­nek w cie­płym kraju będzie dla mnie praw­dzi­wym wyba­wie­niem i ratun­kiem dla naszego coraz bar­dziej umie­ra­ją­cego związku.

Poma­ca­łam ręką drugą połowę łóżka i nie roz­cza­ro­wa­łam się, kiedy się oka­zało, że jest pusta. Od kiedy tu przy­je­cha­li­śmy, Adam ani razu nie spał ze mną, wspólne wie­czory przy winie mogłam poli­czyć na pal­cach jed­nej ręki. Seks stał się czy­stą abs­trak­cją, zapo­mnia­łam już, jak to jest czuć się przez bli­ską osobę pożą­daną. Wszystko, co nas ze sobą łączyło, to zami­ło­wa­nie do czer­wo­nego wina i meczów koszy­kówki, które i tak wspól­nie oglą­da­li­śmy od wiel­kiego dzwonu. W zasa­dzie żadne z nas nie było w stu pro­cen­tach pewne, po co wciąż jeste­śmy razem. Przy­zwy­cza­je­nie i wygoda. Może lęk przed zmia­nami. Tak czy ina­czej, wię­cej mię­dzy nami jest kole­żeń­stwa niż part­ner­stwa.

Zda­wa­łam sobie sprawę, że to, co miało być dla mnie ratun­kiem, stało się pułapką. Coraz czę­ściej zaczy­na­łam dzień od wina albo sła­bego drinka, ponie­waż spę­dza­łam czas zupeł­nie sama, wła­śnie w ten spo­sób zabi­ja­łam nudę. Przed przy­jaz­dem przy­się­ga­łam sobie, że posta­ram się zmie­nić swoje życie, zwłasz­cza jeśli cho­dzi o alko­hol. Stra­ci­łam przez niego kolejną pracę, co dało mi do zro­zu­mie­nia, że tylko ucieczka od dotych­cza­so­wych nawy­ków może mnie ura­to­wać.

Tak się nie stało.

Pole­ża­łam jesz­cze przez moment, myśląc o tym, jak prze­dziwne obrazy jest nam w sta­nie stwo­rzyć mózg. Skąd ten facet wziął się w mojej gło­wie? Codzien­nie żało­wa­łam, że budzę się w tym momen­cie, i każ­dego dnia obie­cy­wa­łam sobie, że następ­nym razem nie prze­pusz­czę oka­zji, żeby w końcu zoba­czyć jego twarz.

Pod­nio­słam się ciężko z łóżka, popra­wia­jąc na czubku głowy kok, z któ­rym kła­dłam się wczo­raj­szej nocy. Robi­łam tak każ­dego dnia przed spoj­rze­niem w lustro, nie chcąc zdo­ło­wać się jesz­cze bar­dziej, wsku­tek czego musia­ła­bym na przy­kład chcieć umyć włosy, czego nie­na­wi­dzi­łam z całego serca.

Mój narze­czony, jak zawsze rano, sie­dział na dużej skó­rza­nej sofie w naszym salo­nie.

Od kiedy dostał kon­trakt w Hisz­pa­nii, jego pra­co­ho­lizm przy­brał level hard. Dwa tele­fony oraz lap­top wyda­wały się sta­no­wić cały jego świat. Nie słu­chał albo uda­wał, że nie sły­szy, był obo­jętny, wyłą­czony dla wszyst­kich spoza jego firmy.

Adam jest cho­ler­nie przy­stoj­nym face­tem. W tym roku skoń­czy 35 lat; drobne zmarszczki zdo­bią jego czoło, a na ciem­no­brą­zo­wych wło­sach poja­wiły się poje­dyn­cze siwe pasemka. Kli­mat Hisz­pa­nii mu służy. Skórę ma pro­mienną, roz­świe­tloną; gdyby się moc­niej opa­lił, można by go wziąć za rodo­wi­tego Hisz­pana.

Zawsze podo­bał mi się fizycz­nie. Nawet gdy­bym się bar­dzo mocno sta­rała, nie mogę zna­leźć w Ada­mie ewi­dent­nych wad oprócz oczy­wi­ście jego pra­co­ho­li­zmu i zapa­trze­nia w samego sie­bie. Jego prze­ko­na­nie o wła­snej zaje­bi­sto­ści wzma­gało się z każ­dym rokiem; a tym samym poczu­cie mojej war­to­ści coraz bar­dziej spa­dało.

Wra­ca­łam czę­sto do cza­sów, kiedy byłam zachwy­cona tym, jak wygląda i jak działa na kobiety. Moje kole­żanki wprost roz­pły­wały się nad jego laty­no­skimi rysami, nad silną oso­bo­wo­ścią, nad lekko obo­jęt­nym podej­ściem do innych ludzi. Sta­ra­łam się ze wszyst­kich sił mu dorów­nać, ale ni­gdy tego nie doce­nił.

Wszyst­kie moje wizyty u fry­zjera koń­czyły się zda­niem "po co ty tam cho­dzisz i tak nic nie widać". A ja to wszystko robi­łam tylko dla niego. Po pew­nym cza­sie się pod­da­łam. Nie podo­bam się jemu, więc nie muszę się podo­bać żad­nemu innemu męż­czyź­nie, a nawet i samej sobie.

Tęsk­niąc za cza­sami, które ni­gdy nie wrócą, zer­k­nę­łam w jego stronę. Wie­dzia­łam, że w któ­rymś momen­cie nasze drogi się roze­szły, a ja stra­ci­łam go na zawsze. Wypa­dało się z tym pogo­dzić i praw­do­po­dob­nie przy­szła na to naj­lep­sza pora.

Pode­szłam do eks­presu i wci­snę­łam przy­cisk uru­cha­mia­jący mły­nek. Aro­mat mie­lo­nych zia­ren wypeł­nił pomiesz­cze­nie.

- Dzień dobry, napi­jesz się kawy? - zapy­ta­łam, licząc na to, że ode­rwie się od pracy i choć na parę chwil zatrzyma na mnie wzrok.

Odpo­wie­działa mi cisza; wes­tchnę­łam głę­boko i ze smut­kiem napeł­ni­łam swoją białą fili­żankę czar­nym pły­nem, dole­wa­jąc do niej kro­ple zim­nego mleka.

Ruszy­łam w kie­runku nie­wiel­kiego bal­konu. To, co widzia­łam, rekom­pen­so­wało całą brzy­dotę miesz­ka­nia, w któ­rym przy­szło nam spę­dzać każdy dzień. Roz­cią­gał się bowiem z niego prze­piękny widok na morze. Blok stał w pierw­szej linii brze­go­wej. Zie­leń palm mie­szała się z prze­pięknym błę­ki­tem wody, a słońce roz­świe­tlało pobli­skie góry, wydo­by­wa­jąc piękno bia­łych dom­ków wkle­jo­nych w ich brą­zowy kra­jo­braz. O tej godzi­nie już sporo tury­stów roz­ło­żyło leżaki na kamie­ni­stej plaży, a w miej­scach, gdzie był drobny piach, chmary dzieci bawiły się, budu­jąc czarne zamki. Popa­trzy­łam na nie ze smut­nym uśmie­chem.

Powin­ni­śmy już dawno mieć dzieci, wtedy nasze życie wyglą­da­łoby zupeł­nie ina­czej, tym­cza­sem odkła­da­li­śmy to kolejny rok, a ja już prze­sta­łam wie­rzyć, że kie­dy­kol­wiek nam się to uda.

Słońce stało wysoko, a upał nie dawał szansy na inny plan na resztę dnia jak leżak, plaża i litry ginu z toni­kiem. To już nie­mal stało się rytu­ałem. Całe dnie spę­dza­łam tu na niczym, bez zna­jo­mych, bez przy­ja­ciół z Pol­ski.

- Mogła­byś się przy­naj­mniej zapy­tać, czy też chcę kawę. Nie widzisz, że tu sie­dzę? Nie, no kurwa, nie mogę... - dodał pod nosem, nie odry­wa­jąc wzroku od wspa­nia­łego widoku. Dzi­siaj morze było wyjąt­kowo spo­kojne.

- Sorry, chcesz kawę?

- Teraz, tak na siłę, to nie chcę, sam już sobie zro­bię, ale na przy­szłość pamię­taj, że nie jesteś tu sama.

Nie mia­łam siły się kłó­cić i od rana psuć sobie taki piękny dzień. Wzru­szy­łam ramio­nami i ponow­nie zapa­trzy­łam się w błę­kit wody. Wcią­gnę­łam słone powie­trze w płuca. Dopi­łam ostatni łyk kawy i poszłam do kuchni, by umyć po sobie fili­żankę. Potem usia­dłam na kana­pie i włą­czy­łam tele­wi­zję. Adam, nie odwra­ca­jąc wzroku w moją stronę, wyrzu­cił z sie­bie infor­ma­cję.

- Chcia­łem ci powie­dzieć, że muszę jechać do Pol­ski. Nie wiem jesz­cze na ile, ale myślę, że mak­sy­mal­nie na dwa tygo­dnie. Zaczęło się źle dziać w fir­mie, tylu ludzi zwol­nili, a my mamy roz­grze­bane świeże pro­jekty.

Iskry zapa­liły się w moich oczach. W końcu na chwilę wrócę do przy­ja­ciół i rodziny. Pod­sko­czy­łam rado­śnie, prze­krę­ca­jąc głowę w jego stronę.

- Może mogła­bym jechać z tobą?

- Nie ma takiej potrzeby, zostań, odpocz­niesz sobie ode mnie, a ja od cie­bie. Poza tym przy­cho­dzą nam zro­bić ten bal­kon. Już na niego nie mogę patrzeć.

- Prze­cież możesz zosta­wić klu­cze u Micha­ela, dopil­nuje tematu. Ja w końcu mogła­bym zoba­czyć się z Wandą, mega za nią tęsk­nię.

- Nie, Alex, nie ma takiej moż­li­wo­ści, muszę się sku­pić na tym, co mam zro­bić, poje­dziesz innym razem.

- Co ja mam tu robić sama?

- To, co każ­dego poprzed­niego dnia. Nie marudź, inni chcie­liby być na twoim miej­scu.

- Czyżby?

Odpo­wie­działa mi już tylko cisza i stu­kot pal­ców o kla­wia­turę.

Niby zawsze potra­fi­łam jakoś tłu­ma­czyć Adama przed sobą samą. Że ma dużo pracy, że widziały gały co brały, że taki jest i takiego go powin­nam akcep­to­wać. Zro­bił dla mnie dużo dobrego, jak wpa­dłam w depre­sję po kolej­nej utra­co­nej posa­dzie, wie­dział, z jakim pro­ble­mem się bory­kam, a jed­nak ni­gdy nie oce­niał. Wszyst­kie jego zapew­nie­nia o wiel­kich uczu­ciach, o tym, jak mogę się zre­se­to­wać po latach nie­wdzięcz­nej pracy w korpo, o tym, ile to dobra dla mojej głowy zrobi nam pół roku w sło­necz­nej Hisz­pa­nii, nie dały mi innej moż­li­wo­ści, jak tylko pogo­dzić się z jego decy­zją. Mijają dopiero trzy tygo­dnie, a ja już umie­ram z nudów. I coraz bar­dziej odda­lam się od swo­jego part­nera. A w Pol­sce, jesz­cze przed wyjaz­dem myśla­łam, że gorzej być nie może.

Poki­wa­łam więc głową, godząc się z jego decy­zją.

- Kiedy macie samo­lot? Z kim lecisz? - zapy­ta­łam, nie odry­wa­jąc wzroku od ekranu.

- Z Rober­tem, lecimy w pią­tek, to zna­czy jutro.

- Okej, szkoda tylko, że dopiero dziś mi to mówisz.

- Naprawdę to jest decy­zja sze­fo­wej z dzi­siej­szego calla.

Bez sensu prze­rzu­ca­łam kolejne kanały w nadziei, że w końcu tra­fię na pol­ską tele­wi­zję śnia­da­niową.

- Zosta­jesz dziś w domu czy jedziesz do biura?

Pyta­nie zada­wa­łam codzien­nie i nawet już nie liczy­łam, że choć raz pad­nie odpo­wiedź, w któ­rej stwier­dzi, że ma dzień tylko dla mnie, dla nas.

- Alex, daj mi już spo­kój, muszę się sku­pić. Nie rozu­miem, dla­czego zada­jesz tyle pytań.

Mach­nę­łam ręką na to, co sły­szę i uda­łam się do łazienki. Sta­nę­łam przed lustrem zachla­pa­nym pastą do zębów i spoj­rza­łam na swoje odbi­cie. Mimo ide­al­nie opa­lo­nej oliw­ko­wej skóry widać było cie­nie pod oczami, a w zie­lo­nych oczach nie zna­la­złam ani tro­chę rado­ści. Mia­łam teraz wię­cej pie­gów, a dłu­gie rzęsy zupeł­nie poja­śniały. Nało­ży­łam pastę i zaczę­łam szczot­ko­wać zęby, któ­rych biały kolor kon­tra­sto­wał z opa­le­ni­zną. Wyszar­pa­łam frotkę ze swo­ich dłu­gich, skoł­tu­nio­nych brą­zo­wych wło­sów. Część z nich ster­czała w różne strony, reszta opa­dła na ramiona.

Prze­cze­sa­łam nie­sforną fry­zurę pal­cami i upię­łam na czubku głowy nie­dbały koczek. Kolejny raz obie­ca­łam sobie, że umyję jutro włosy. Weszłam pod zimny prysz­nic i nało­ży­łam na dłoń sporą ilość mydła i zaczę­łam mydlić swoje szczu­płe ramiona.

Po kąpieli ubra­łam się w ten sam kostium co wczo­raj. Nawet nie mia­łam na tyle fan­ta­zji, żeby szu­kać cze­goś innego. Zawią­za­łam na gło­wie zgrabny tur­ban w błę­kit­nym kolo­rze, ide­alny spo­sób, by ukryć nie­świeże włosy. Wło­ży­łam oku­lary w zło­tych ram­kach i byłam gotowa do wyj­ścia.

- Wycho­dzę!

- Mhmmm, weź klu­cze, wrócę późno.

Weszłam na ulicę i się rozej­rza­łam, zasta­na­wia­jąc się, w którą stronę iść. Posta­no­wi­łam prze­spa­ce­ro­wać się nieco dalej. Chcia­łam, żeby tłumy dzieci nie bie­gały po moim ręcz­niku, a dzie­sięć minut od naszego miesz­ka­nia była malutka, wąska plaża, na któ­rej nie było nawet grama pia­sku, dla­tego rodziny z wia­der­kami i łopat­kami omi­jały to miej­sce. Ludzi jak na lekar­stwo, dzięki Bogu, roz­łożę się naj­da­lej cztery metry od zej­ścia. Otwo­rzy­łam butelkę wody, już zresztą cie­płej, włą­czy­łam w słu­chaw­kach muzykę i zanu­rzy­łam się w myślach o face­cie ze snu. O co w tym wszyst­kim cho­dzi? Może to jakiś znak? A może moja pijana głowa wyrzuca nie­po­trzebne obrazy? Może życie przez to chce mi powie­dzieć, że nie powinno mnie tu być, powin­nam dzia­łać, zmie­nić coś, wal­czyć o szczę­ście!

Jestem okrop­nym leniem, mar­nu­ją­cym na leni­stwie całe życie. Jak to robią inni, że mają w sobie tyle moty­wa­cji, pasji. Ja zawsze po cichu na kogoś liczę. Ale mi się jesz­cze dzi­siaj nie chce, pomy­ślę o tym jutro - słowa Scar­lett z Prze­mi­nęło z wia­trem stały się moim życio­wym mot­tem, chyba nawet ona sama aż tak mocno się do nich nie sto­so­wała jak ja. Pio­senki leciały jedna po dru­giej, a ja sma­ży­łam się na peł­nym słońcu. Z zadumy wyrwał mnie dźwięk wia­do­mo­ści z Insta­grama.

Karo­lina, żona Roberta, z któ­rym Adam leciał do Pol­ski, napi­sała tylko tyle:

- Zabie­ram cię jutro do Playa Kale­ido!

- Kochana... jesteś dla mnie wyba­wie­niem. Oczy­wi­sta oczy­wi­stość. Dwu­dzie­sta pierw­sza może być? Czy póź­niej?

- Spoko, będę u cie­bie wcze­śniej, pomogę ci z ogar­nię­ciem się na imprezę. W tym sta­nie, w jakim cię widzia­łam ostat­nio, nie masz wstępu do żad­nego klubu. Żegnam.

I to jest to, czego mi było trzeba. Uśmiech­nę­łam się sze­roko sama do sie­bie i doło­ży­łam grubą war­stwę przy­śpie­sza­cza. Zwi­nę­łam majtki w rulo­nik; zakry­wały teraz tylko konieczne mini­mum, sta­nik zdję­łam na wypa­dek, gdy­bym jutro wie­czo­rem zde­cy­do­wała się na odkrytą sukienkę. W słu­chaw­kach puści­łam waka­cyjny kawa­łek i roz­ło­ży­łam się wygod­nie na ręcz­niku.

Dzień 1. Piątek

Adam wstał przede mną, przy­szedł do sypialni i dał mi buziaka w czoło.

- Lecę na samo­lot, jeste­śmy w kon­tak­cie.

- Uwa­żaj na sie­bie i powo­dze­nia - wymru­cza­łam.

Jego wyj­ście spra­wiło, że poczu­łam ogromną radość, spadł mi z serca kamień wiel­ko­ści arbuza. Prze­cią­gnę­łam się rado­śnie i nucąc Bre­aking me, wsta­łam. W rado­snym plą­sie, prze­ska­ku­jąc z nogi na nogę, prze­szłam do kuchni i nala­łam sobie szklankę zim­nej lemo­niady. Włą­czy­łam w tele­fo­nie Blu­eto­oth i pod­łą­czy­łam się do gło­śnika, po czym w Spo­tify wybra­łam letni chill. Muzyka leciała gło­śno, pod­czas gdy ja bra­łam długi zimny prysz­nic. Było mi dobrze, zre­lak­so­wana, zaczę­łam deli­kat­nie maso­wać ciało żelem o zapa­chu poma­rań­czy i imbiru i nagle pomy­śla­łam o męż­czyź­nie, który dzi­siej­szej nocy nie poja­wił się w moich snach. Zatę­sk­ni­łam za nim, pra­gnę­łam go, choć nawet nie widzia­łam jego twa­rzy. Dotknę­łam się mię­dzy udami, prze­szedł mnie dreszcz pod­nie­ce­nia, wło­ży­łam powoli dwa palce w swój śro­dek, przy­gry­złam wargę i jęk­nę­łam cicho. Palce nabrały ryt­micz­nego tempa, a mnie robiło się coraz bar­dziej przy­jem­nie. W gło­wie pró­bo­wa­łam odtwo­rzyć wszystko, co doty­czyło tego faceta. Poczu­łam, jak fala przy­jem­no­ści zaci­ska mię­śnie. Stęk­nę­łam. Byłam tak spra­gniona, że doszłam w minutę, nawet nie musia­łam się spe­cjal­nie wysi­lać. Sta­łam tak w zim­nym stru­mie­niu wody jesz­cze parę chwil, nie odczu­wa­jąc zado­wa­la­ją­cego efektu swo­ich piesz­czot, wręcz prze­ciw­nie, czu­łam lekki nie­smak. Nie dla­tego, że to zro­bi­łam, ale z poczu­cia zanie­dba­nia przez Adama. Żeby nie dostać od swo­jego wła­snego faceta dobrego dyma­nia na poże­gna­nie, wydało mi się tak skraj­nie żenu­jące, że aż zabawne. Chwy­ci­łam ręcz­nik i owi­nę­łam nim piersi.

Wyszłam, zro­bi­łam sobie podwójne espresso bez mleka i usia­dłam na bal­ko­nie. Czu­łam się cud­nie. Wie­dzia­łam, że zapo­wiada się wspa­niały, dobry pora­nek.

Deli­katny wiatr suszył moje świeżo umyte włosy, słońce rzu­cało mi pro­mie­nie na twarz. Zapo­wia­dał się kolejny upalny dzień. Kolejny, który daje moż­li­wość nor­mal­nego funk­cjo­no­wa­nia dopiero o dzie­wią­tej wie­czo­rem. Nie dzi­wię się ani tro­chę połu­dniow­com. Sje­sta wydaje się czymś zupeł­nie oczy­wi­stym w tym kli­ma­cie.

Wytar­łam białą fili­żankę, nie odry­wa­jąc oczu od hory­zontu za oknem. Czu­łam ogrom spo­koju, jakby świat sta­nął w miej­scu. Tkwi­ła­bym tak godzi­nami, gdyby nie wyrwał mnie dźwięk tele­fonu. Spoj­rza­łam na wyświe­tlacz, dzwo­niła Karo­lina.

- Jak ci bez sta­rego?

- Zaje­bi­ście, zdą­ży­łam sobie zro­bić dobrze przez ten czas i znowu czuję, że oddy­cham, choć to nie to samo co porządny seks.

Zaśmiała się bez­na­mięt­nie.

Karo­lina była kró­lową tutej­szych dys­ko­tek i ni­gdy nie wra­cała do domu bez przy­gody. Zawsze zasta­na­wia­łam się, czy ten jej Robert jest aż taki głupi, czy tylko takiego udaje. Daleko nam było do przy­jaźni, ale dała się lubić. Zastą­piła mi codzien­nego towa­rzy­sza życia, oczy­wi­ście tylko wtedy, kiedy miała na to czas. Na naszych part­ne­rów nie bar­dzo mogły­śmy liczyć, na czym ja cier­pia­łam, ona zaś zna­la­zła metodę na ten rodzaj bólu. Kochała męż­czyzn z wza­jem­no­ścią.

- Może zamiast tego zna­la­zła­byś sobie kogoś? - zapy­tała.

- No tak... daj spo­kój, a kto by mnie tam chciał - par­sk­nę­łam.

- O, kochana, nie wiesz, co mówisz, nie znasz jesz­cze Hisz­pa­nów, biorą wszystko, co ma jasne włosy i dłu­gie nogi.

- Czyli nama­wiasz mnie, żebym w końcu zła­mała swoją żela­zną zasadę, że w praw­dzi­wych związ­kach nie ma miej­sca na zdrady, i prze­szła na ciemną stronę mocy? Kochana, musia­ła­bym się od cie­bie jesz­cze długo uczyć, żeby mi to przy­szło bez pro­blemu.

- Nie nama­wiam, ale pro­po­nuję, żebyś zaczęła korzy­stać z życia. Ale teraz nie ma co o tym roz­ma­wiać, wszystko wie­czo­rem może się wyda­rzyć - zachi­cho­tała. - Suge­ruję ci ład­nie się ubrać, posta­raj się być seksi. Obo­wią­zuje dziw­kar­ska sty­lówka.

- Spoko, zro­zu­mia­łam. Idę się dosma­żyć dwie godzinki i zacznę się szy­ko­wać.

- Na wszelki wypa­dek nic już dzi­siaj nie jedz, masz mieć pła­ski brzuch, może w końcu coś ci się trafi.

Roz­łą­czyła się, a ja mia­łam mie­szane uczu­cia. Ona chyba jest głu­pia. Zaraz idę na naj­więk­szą bagietkę, jaka jest w Torro, szanse na pod­ryw są tak zni­kome, że mogę zjeść, na co tylko mam ochotę, bo i tak nikt nie zwróci na mnie uwagi.

Jak pomy­śla­łam, tak też się stało, bar Torro znaj­do­wał się bez­po­śred­nio na plaży, pół kilo­me­tra od mojego miesz­ka­nia. Rano dawali tam naj­lep­sze kanapki z szynką ser­rano, prze­pyszne guaca­mole, a wie­czo­rem zamie­niał się w spo­kojny bar z drin­kami w wyko­na­niu Anto­nia. Istny raj.

Wło­ży­łam biały kostium od Vic­to­ria's Secret, czarne wąskie oku­lary i różowe pon­cho z pięk­nym moty­wem kolo­ro­wych pta­ków na ple­cach. Sama nie wiem, co mnie skło­niło, żeby w końcu się posta­rać ubrać w coś innego, czy­stego i ład­nego; dosko­nale wie­dzia­łam prze­cież, że o tej porze nie będzie tam zbyt wielu ludzi. Potrze­bo­wa­łam tro­chę samot­no­ści, żeby prze­my­śleć wyda­rze­nia zwią­zane z Ada­mem. Całą drogę wspo­mi­na­łam, jakim kie­dyś był cudow­nym czło­wie­kiem.

Spo­tka­li­śmy się parę lat temu; poznał nas ze sobą nasz wspólny zna­jomy. To było zwy­kłe uro­dzi­nowe przy­ję­cie w jed­nej z war­szaw­skich restau­ra­cji, na które przy­szłam sama. Przed Ada­mem ni­gdy nie byłam w poważ­nym związku, raczej trak­to­wa­łam męż­czyzn bar­dzo ego­istycz­nie. Jeżeli do cze­goś się przy­da­wali, to spo­ty­ka­łam się z nimi parę razy. Zazwy­czaj cho­dziło o seks, o nic wię­cej. Nie umia­łam się z nikim zwią­zać emo­cjo­nal­nie.

Może wyda­wać się to dziwne, nawet mnie samą to dziwi, ale dener­wo­wały mnie bar­dzo małe rze­czy. Cza­sami wystar­czyło, żeby męż­czy­zna za czę­sto się uśmie­chał, by skre­ślić go z mojej listy. Naj­bar­dziej zado­wa­lało mnie zdo­by­wa­nie ich. Patrze­nie, jak się sta­rają, wzbu­dzało we mnie poczu­cie wła­snej war­to­ści. Spra­wiali mi ogromną radość, kiedy sta­wali na gło­wie, żeby tylko zaspo­koić moje zachcianki. A kiedy wpa­da­li­śmy w rutynę, a ja już czu­łam, że należą do mnie, wtedy wszyst­kie moje uczu­cia ula­ty­wały. Odgry­wa­łam swoją stałą scenę, że jestem chora, źle się czuję, mam depre­sję i chcę zostać sama, a po tygo­dniu wma­wia­łam im ze łzami w oczach, że nie zasłu­guję na nich i powinni sobie zna­leźć lep­szą dziew­czynę. To zawsze dzia­łało. Do tej pory nie rozu­miem, dla­czego faceci są tak mało inte­li­gentni.

Na wspo­mniane przy­ję­cie Adam też przy­szedł sam. Spóź­nił się, dotarł ostatni, wpadł do restau­ra­cji z roz­trze­pa­nymi wło­sami, z któ­rych kapały kro­pelki wody. Było już chłodno, to chyba była jesień. Pamię­tam, że padał lekki deszcz, i kiedy wszedł, żółte świa­tło lam­pek wewnątrz odbiło się od kro­pe­lek wody na jego twa­rzy.

Począt­kowo w ogóle nie zwra­cał na mnie uwagi, nawet prze­ciw­nie, uni­kał mojego wzroku. Wie­dzia­łam, że to bar­dzo inte­li­gentny chło­pak. Z infor­ma­cji, jakie udało mi się wycią­gnąć od wspól­nego kolegi, wyni­kało, że skoń­czył dobre stu­dia na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim. Wtedy jesz­cze nie pra­co­wał w tej kor­po­ra­cji, co teraz, ale i tak miał ogromną wie­dzę i bar­dzo dużo pie­nię­dzy. Był star­szy ode mnie tylko o dwa lata, ale dla mnie to było coś zupeł­nie nowego, bo do tej pory raczej zawsze wybie­ra­łam dużo młod­szych męż­czyzn. Byli łatwi i naiwni.

Minęła jesień, zbli­żały się moje uro­dziny. Byłam sama, nie mia­łam żad­nego faceta. Mijał kolejny zimowy wie­czór, a mnie naj­zwy­czaj­niej w świe­cie się nudziło. Wszyst­kie kole­żanki, któ­rych i tak mia­łam zale­d­wie kilka, były zajęte albo wyje­chały w dele­ga­cję i nie mia­łam z kim spę­dzić kolej­nego gru­dnio­wego popo­łu­dnia. Nie chcia­łam mar­no­wać czasu na sie­dze­nie przed tele­wi­zo­rem, więc spraw­dzi­łam reper­tuar w naj­bliż­szym kinie (aku­rat grali jakąś kome­dię roman­tyczną), zro­bi­łam rezer­wa­cję online na godzinę dwu­dzie­stą. Mia­łam jesz­cze dużo czasu, więc zde­cy­do­wa­łam, że wyjdę tro­chę wcze­śniej i zjem kola­cję w pobli­skiej restau­ra­cji. Pod­świa­do­mie prze­czu­wa­łam, że ten wie­czór może być dla mnie wyjąt­kowy.

Posta­no­wi­łam nie zawieść swo­jej intu­icji i pierw­szy raz od wielu tygo­dni wystro­iłam się, wycho­dząc do mia­sta. Wło­ży­łam ładną czarną sukienkę i dłu­gie szare kozaki. Było zimno, więc gruby płaszcz do kolan prze­wią­za­łam mocno paskiem. Wymo­de­lo­wa­łam włosy i zro­bi­łam pełen maki­jaż. Teraz, z per­spek­tywy czasu, pukam się w głowę na myśl, jaka inna dziew­czyna, idąc do kina i to sama, ska­ka­łaby tak wkoło sie­bie - jed­nak, jak się prze­ko­na­łam, było warto.

Weszłam do małej indyj­skiej restau­ra­cji, w któ­rej poda­wali naj­lep­szego pad thaia. Zamó­wi­łam do niego butelkę wina i posta­no­wi­łam się upić; naj­wy­żej samo­chód zosta­wię, a wrócę tak­sówką. Piłam spo­koj­nie, czy­ta­jąc wia­do­mo­ści w tele­fo­nie. Nagle poczu­łam, że ktoś kła­dzie mi rękę na ramie­niu.

- Alex? - usły­sza­łam za uchem cie­pły męski głos. - Od rana krą­żysz po mojej gło­wie i taka nie­spo­dzianka, że spo­ty­kam cię wła­śnie tu.

- Adam, cześć! - powie­dzia­łam, pod­no­sząc głowę.

Byłam naprawdę bar­dzo szczę­śliwa, że zoba­czy­łam go kolejny raz. Ubrany na spor­towo, wyglą­dał olśnie­wa­jąco i przy tym bar­dzo seksi.

- Wyglą­dasz pięk­nie, jesteś tutaj z kimś umó­wiona? Cze­kasz na kogoś?

- Ach nie, abso­lut­nie. Po pro­stu mia­łam dzi­siaj taki dzień, że posta­no­wi­łam się tro­chę wystroić. Nie chcia­łam spę­dzać kolej­nego wie­czoru przed tele­wi­zo­rem, więc teraz jem kola­cję i idę do kina. A ty co robisz w tych stro­nach, bo chyba miesz­kasz na dru­gim końcu mia­sta?

- Wra­cam od przy­ja­ciela, ale sam nie wiem, dla­czego tędy prze­sze­dłem, chyba jakaś siła przy­cią­gnęła mnie tutaj, pew­nie tylko dla­tego, żeby cię zoba­czyć.

Adam wydał mi się inny niż na tam­tym przy­ję­ciu. Bez pyta­nia, czy może się przy­siąść, zajął miej­sce naprze­ciwko i zamó­wił sobie coś do jedze­nia. Popro­sił kel­nera o jesz­cze jeden kie­li­szek i wlał sporą por­cję wina sto­ją­cego na stole. Zro­bił to wszystko bez pyta­nia o zgodę, po pro­stu to zro­bił. Wtedy wydało mi się, że będzie bar­dzo trud­nym typem do zdo­by­cia. Ema­no­wały od niego męstwo i silny cha­rak­ter. Po dłuż­szej roz­mo­wie oka­zało się, że nie ma nikogo. Był samotny, tak jak ja. Roz­ma­wia­li­śmy, nie patrząc na zega­rek, a kiedy skoń­czy­li­śmy jedno wino, on zamó­wił kolejne.

- Wiesz co, może to nie jest dobry pomysł - mruk­nę­łam, zakry­wa­jąc dło­nią kie­li­szek, kiedy chciał dolać mi kolejną por­cję. - Mia­łam iść do kina, a nie chcę też zaj­mo­wać ci całego wie­czoru.

- Pójdę z tobą - odpo­wie­dział bez namy­słu. - A wino możemy sobie zabrać do kina.

Wstał, pod­szedł do kel­nera, zapła­cił, podał mi rękę i ruszy­li­śmy w kie­runku wyj­ścia. Na dwo­rze padał śnieg, jego płatki spa­dały powoli, a świa­tło latarni odbi­jało się od nich, two­rząc nie­sa­mo­wi­cie roman­tyczny kli­mat, nawet jak na szarą War­szawę. Adam spoj­rzał w górę, a potem głę­boko w moje oczy i zbli­żył się, przy­cią­ga­jąc mnie do sie­bie jedną ręką, drugą zaś pod­trzy­mu­jąc moją brodę. Po czym nachy­lił się nade mną. Nie pro­te­sto­wa­łam, wie­dzia­łam już, jak ten wie­czór się dla nas skoń­czy. Zbli­żył usta do moich i wypo­wie­dział w nie szep­tem:

- Zre­zy­gnujmy z kina, zapra­szam cię do mnie. Obej­rzymy coś znacz­nie lep­szego niż kome­dia roman­tyczna.

Zawa­ha­łam się chwilę, ale zamiast odpo­wie­dzi poca­ło­wa­łam go głę­boko, wśli­zgu­jąc się języ­kiem do jego ust. Zanim przy­je­chała tak­sówka, nie mogli­śmy się od sie­bie ode­rwać i czu­łam, jak cała robię się gorąca. Pra­gnę­łam posiąść go jak naj­szyb­ciej. Wsie­dli­śmy na tył samo­chodu.

Droga do domu Adama zaj­mie pew­nie dobre pół godziny, pomy­śla­łam. Mogłam zapro­sić go do sie­bie, ale sama podróż tak­sówką przez tyle czasu mogła przy­nieść dodat­kowe atrak­cje. Nachy­li­łam się nad nim i kon­ty­nu­owa­łam poca­łu­nek. Nagle poczu­łam jego dłoń na moim udzie, a mnie zro­biło się mokro. Prze­su­wał rękę nie­śpiesz­nie coraz wyżej, odchy­li­łam więc głowę, a on zaczął lizać moją szyję. Robił to tak namięt­nie, że co chwilę czu­łam, jak ciarki prze­cho­dzą przez moje pod­brzu­sze. Dotarł dło­nią do czar­nych strin­gów, prze­je­chał po nich pal­cem i poczuł jak bar­dzo są wil­gotne. Ode­rwał usta od moich i popa­trzył na mnie z zado­wo­le­niem. Zaha­czył palec o moje majtki i prze­su­nął po cipce, która zaczęła żyć wła­snym życiem. Mię­śnie zaci­skały się, a ja czu­łam ogromne pożą­da­nie. Nachy­li­łam się nad nim, aby nabić się na jego palce, ale je odsu­nął.

- Pocze­kaj, spo­koj­nie - szep­nął, po czym uśmiech­nął się sze­roko, a ja wes­tchnę­łam.

Tak­sówka doje­chała na miej­sce, zapła­cił i wysiadł. Jak dżen­tel­men obszedł samo­chód, podał mi rękę i pomógł wyjść z dru­giej strony. Nie wypusz­cza­jąc mojej dłoni, zapro­wa­dził nas do windy, a kiedy drzwi się zamknęły, przy­ci­snął mnie do lustra i zaczął znowu namięt­nie cało­wać. Zje­cha­łam dło­nią do jego roz­porka, wyczu­wa­jąc ogromne wybrzu­sze­nie. Roz­pię­łam górny guzik, wsu­nę­łam dłoń i zaczę­łam maso­wać jego kutasa.

- Dla­czego nie chcia­łeś mnie parę mie­sięcy temu?

Popa­trzył mi w oczy, wzru­szył ramio­nami, ale nic nie powie­dział. Kiedy winda doje­chała na miej­sce, zła­pał mnie za rękę i pocią­gnął w stronę naj­bliż­szych drzwi, otwo­rzył je pośpiesz­nie i wszedł pierw­szy. Ukło­nił się nisko, dając znak, bym weszła za nim. Zrzu­ci­łam z sie­bie byle jak płaszcz i roz­pię­łam z boku zamek sukienki, która spa­dła na pod­łogę. Zosta­łam tylko w czar­nej bie­liź­nie i w koza­kach. Adam ukląkł przy mnie, ścią­gał mi buty, cału­jąc przy tym moje uda. Jęcza­łam cicho. Czu­łam cie­pło, które roz­lewa się po moim ciele, dresz­cze pod jego pal­cami, kiedy doty­kał każ­dego wraż­li­wego miej­sca. Wziął mnie na ręce i zaniósł do sypialni. Jak na samot­nego męż­czy­znę, miał bar­dzo schludne, ładne miesz­ka­nie, w któ­rym było czy­sto i przy­tul­nie. Podo­bało mi się, że pościel jest sta­ran­nie uło­żona i pach­nie świe­żo­ścią. Zanu­rzy­łam twarz w poduszkę, a on klęk­nął przede mną, odsu­nął mi majtki i zaczął pie­ścić języ­kiem łech­taczkę, wsu­wa­jąc dwa palce w śro­dek, wiłam się pod jego doty­kiem, zsu­nę­łam sta­nik ze swo­ich piersi i zaczę­łam draż­nić sutki, które po chwili ster­czały pobu­dzone dozna­niami. Pod­nio­słam się na łok­cie, pogła­dzi­łam jego brą­zowe włosy i popro­si­łam, by we mnie wszedł. Kocha­li­śmy się tej nocy wie­lo­krot­nie, a kiedy w końcu zasnę­li­śmy nad ranem, już ni­gdy nie chcia­łam opusz­czać tego miesz­ka­nia.

To wspo­mnie­nie wywo­łało uśmiech na mojej twa­rzy. Weszłam z nostal­giczną miną do baru i posła­łam Anto­niowi cie­płego całusa.

- Hola, una bagu­ette de jamon, por favor.

Kel­ner popa­trzył się na mnie jak zawsze z nie­ukry­tym roz­ba­wie­niem, ale i podzi­wem, że w końcu zaczę­łam wyka­zy­wać chęć wydu­sze­nia paru słów po hisz­pań­sku. Skrzy­wi­łam się na jego reak­cję. Uśmiech­nął się jesz­cze ser­decz­niej i poka­zał palec w górę, że jest ze mnie dumny, że w końcu zaczę­łam się uczyć tego pięk­nego języka. Rozej­rza­łam się po barze. Był zupeł­nie pusty. Wybra­łam ulu­biony sto­lik, na który słońce rzu­cało inten­sywne pro­mie­nie, usia­dłam wygod­nie i wysta­wi­łam twarz w kie­runku świa­tła. Łapa­łam każdy cie­pły podmuch wia­tru. W końcu otwo­rzy­łam oczy, kiedy Anto­nio pod­szedł do mnie z moją uko­chaną kanapką i małą kawą z mle­kiem.

- Gra­cias.

- De nada.

Nało­ży­łam na kanapkę bar­dzo grubą war­stwę guaca­mole i pola­łam suto oliwą. Gry­ząc, czu­łam, jak wszystko spada na tale­rzyk, a po moich dło­niach leje się mały stru­myk oleju. Co chwilę nie­zgrab­nie wycie­ra­łam twarz chu­s­teczką, ale jedze­nie było tak prze­pyszne, że nie zwra­ca­łam uwagi na to, jak bar­dzo jestem brudna. Kiedy skoń­czy­łam, zła­pa­łam się za brzuch. "Boże, jakie to było dobre, ni­gdy nie schudnę, będąc w Hisz­pa­nii; tu są takie wspa­nia­ło­ści" - powie­dzia­łam sama do sie­bie po pol­sku, wytar­łam się dokład­niej i rozej­rza­łam ponow­nie po barze.

W kącie sie­dział męż­czy­zna, któ­rego obec­no­ści wcze­śniej nie zauwa­ży­łam. Czy­tał gazetę i co chwilę spo­glą­dał na mnie, odry­wa­jąc wzrok od swo­jego zaję­cia. Poczu­łam się zakło­po­tana. Facet był nie­ziem­sko przy­stojny, przy­naj­mniej takie spra­wiał wra­że­nie, choć nie­do­kład­nie widzia­łam jego twarz, ponie­waż sie­dział w zacie­nio­nym miej­scu, a ja w peł­nym słońcu. Mogłam jed­nak dostrzec jego jasne włosy, wycho­dzące gdzie­nie­gdzie spod czapki z dasz­kiem, jasną skórę, piękne rysy twa­rzy i postawną syl­wetkę. Opu­ści­łam wzrok zawsty­dzona, wytar­łam pal­cem tale­rzyk i dopi­łam resztkę kawy.

Anto­nio pod­szedł i zapy­tał, czy mam ochotę na coś słod­kiego. Dzięki Bogu mówił dobrze po angiel­sku, więc mogli­śmy się bez pro­blemu poro­zu­mieć.

- Och nie, kochany, dzię­kuję, to było prze­pyszne, ale wię­cej nie zmiesz­czę.

Uśmiech­nę­łam się i popro­si­łam o rachu­nek. Kolejny raz odwró­ci­łam twarz do słońca, żeby zła­pać jesz­cze przez chwilę cie­pło jego pro­mieni. Opar­łam głowę o ścianę i zapa­li­łam papie­rosa.

Męż­czy­zna cały czas mnie intry­go­wał i choć nie chcia­łam mu się przy­glą­dać, czu­łam na sobie jego wzrok. Skoń­czy­łam palić, wci­snę­łam na nos czarne oku­lary i uda­łam, że czy­tam coś w tele­fo­nie, tak naprawdę gapiąc się na niego sie­dzą­cego parę metrów ode mnie. Teraz, nie­stety, zasło­nił twarz. Wsta­łam od sto­lika, wytar­łam okruszki chu­s­teczką, pode­szłam i poże­gna­łam się buzia­kiem z Anto­niem, zapew­nia­jąc, że wkrótce wpadnę do niego ponow­nie.

- Zapra­szam! - krzyk­nął ura­do­wany.

Kiedy sta­łam przy wej­ściu, znów odwró­ci­łam się do niego i mach­nę­łam ręką.

- Hasta maniana querido!

Wtedy nie­znany męż­czy­zna przy barze spoj­rzał się na mnie i powie­dział:

- Hasta la noche, Alex.

Zro­bi­łam wiel­kie oczy, czego na szczę­ście nie dostrzegł przez moje ciemne oku­lary. Posła­łam mu piękny szczery uśmiech i poma­cha­łam do niego. Cały czas nie mogłam przy­zwy­czaić się, że wszy­scy ludzie w Anda­lu­zji są dla sie­bie tacy mili. Zupeł­nie ina­czej niż w Pol­sce, a przede wszyst­kim w War­sza­wie. Odwró­ci­łam się jesz­cze parę razy, wypa­tru­jąc jego oczu.

Zbo­cze­niec jakiś, na bank, pomy­śla­łam. Byłam mistrzy­nią two­rze­nia w gło­wie obra­zów, w któ­rych wszy­scy czy­hają na moje życie. Jed­nak w tym przy­padku bar­dziej utkwił mi w gło­wie uśmiech tego gościa niż obawa przed nim. Odpa­li­łam kolej­nego papie­rosa i uda­łam się w stronę zna­nego tylko mnie miej­sca na wąskiej plaży. Wypo­ży­czy­łam leżak i nasta­wi­łam budzik w tele­fo­nie, dwie godziny to zupeł­nie wystar­cza­jąco, żeby się opa­lić, a nie być dzi­siej­szego wie­czoru czer­wo­nym bura­kiem. Wyci­snę­łam z butelki resztę przy­śpie­sza­cza, modląc się w duchu, żeby czer­wony kolor nie wyszedł wie­czo­rem na mojej skó­rze.

Kiedy wró­ci­łam z plaży, reszta dnia mijała mi szybko. Siódma. Zostało mi nie­wiele czasu, a do tej pory nic ze sobą nie zro­bi­łam. Facet z baru nie dawał spo­koju moim myślom. Zawi­bro­wał tele­fon i zoba­czy­łam wia­do­mość od Karo. Zmo­bi­li­zo­wało mnie to odro­binę do pod­ję­cia jakich­kol­wiek czyn­no­ści zwią­za­nych z wie­czor­nym wyj­ściem. Umyć by się przy­dało, w co ja się ubiorę, nie chce mi się iść. Odwo­łam to chyba. Nie no, nie można tak, rusz dupę, Alex! Mono­lo­go­wa­łam w gło­wie, co miało mnie choć tro­chę zachę­cić do dzia­ła­nia.

Włą­czy­łam tele­wi­zję i wypi­łam kolejną kawę, licząc, że postawi mnie na nogi, a co naj­waż­niej­sze, doda chęci do przy­go­to­wań. W końcu ocię­żale pod­nio­słam się z kanapy i zaczę­łam prze­cze­sy­wać szafę. Posta­wi­łam na kla­sykę, bez udziw­nień. Upra­so­wa­łam czarny kom­bi­ne­zon z odkry­tymi ple­cami, ide­al­nie pod­kre­ślał opa­loną skórę, do tego kla­syczne san­dały na wyso­kiej szpilce. Włosy roz­pu­ści­łam, jeden bok pod­pi­na­jąc złotą klamrą. Do uszu wło­ży­łam duże złote koła, a na rękę bran­so­letkę łań­cuch. Obla­łam się litrem per­fum i gdy koń­czy­łam, bez puka­nia weszła Karo­lina.

Wyglą­dała jak zawsze olśnie­wa­jąco. Jasno­rude loki miała upięte wysoko na czubku głowy. Czer­wona obci­sła sukienka pod­kre­ślała jej nie­sa­mo­wi­cie cienką talię. Przy mnie była praw­dziwą księż­niczką.

Zlu­stro­wała mnie pre­ten­sjo­nal­nie od góry do dołu, zro­biła znie­sma­czoną minę i roz­ka­zała, żebym przy­nio­sła swoje kosme­tyki.

- Ale ty się nie umiesz ogar­nąć, dziew­czyno, poma­lo­wa­łaś się jak na odpust, a nie na poważną dys­ko­tekę.

- Prze­cież nie idziemy na dys­ko­tekę, tylko do nor­mal­nego, zwy­czaj­nego klubu. Nie będę się malo­wać jak diva.

- No wła­śnie będziesz. Oj, Alex, bez sensu jesteś, przy­nieś mi wszyst­kie kosme­tyki. Na jed­nej nóżce hop, hop, hop.

Poda­łam wszystko, co mia­łam. Nie było tego za dużo. Grze­bała w mojej kosme­tyczce, a ja w tym cza­sie robi­łam nam drinki, nie żału­jąc alko­holu. Wie­dzia­łam, że muszę mocno się znie­czu­lić, bo tak dawno ni­gdzie nie byłam. Chyba już zapo­mnia­łam, jak to jest cho­dzić na dys­ko­teki albo do klu­bów bez Adama. To było moje pierw­sze wyj­ście z kole­żanką od trzech lat.

Wró­ci­łam, nio­sąc dwa ogromne pucharki ginu z toni­kiem, usia­dłam koło kole­żanki, a ona już dzie­liła na małym lusterku dwie cie­niut­kie kre­ski bia­łego proszku. Skrzy­wi­łam się. To kolejna rzecz, któ­rej nie robi­łam od lat i nie wie­dzia­łam, jak teraz na to zare­aguje mój orga­nizm. Spoj­rza­łam na nią pyta­jąco.

- Poważ­nie? Myślisz, że to jest nie­zbęd­nik dzi­siej­szego wie­czoru?

- Prze­stań maru­dzić, pew­nie, że tak. Przy­naj­mniej nie będziesz miała takiej spię­tej dupy. Pro­szę bar­dzo.

Podała mi mały rulo­nik zwi­nięty z bank­notu. Nachy­li­łam się i wcią­gnę­łam pół kre­ski, odchy­li­łam głowę do tyłu i przy­mknę­łam oczy. Odpły­nę­łam myślami do tych cza­sów, kiedy to było jedno z moich ulu­bio­nych zajęć. Ale byłam wtedy bar­dzo młoda i okrop­nie głu­piutka.

Karo­lina spoj­rzała na mnie spod przy­mknię­tych powiek i uśmiech­nęła się sze­roko.

- Widzę, że takich rze­czy się nie zapo­mina, to jak jazda na rowe­rze - zaśmiała się gło­śno. Wypiła naj­pierw duży łyk trunku, po czym wcią­gnęła całą kre­skę.

Zaczęła mie­szać w kosme­ty­kach ręką i wycią­ga­jąc poje­dyn­cze rze­czy, dopro­wa­dziła mój maki­jaż do per­fek­cji. Obej­rza­łam się w lustrze i musia­łam przy­znać, że była w tym naprawdę dobra.

- Dzięki, Karol, teraz naprawdę wyglą­dam cał­kiem nie­źle.

- No pew­nie, że tak. Roz­ma­wiasz z pro­fe­sjo­na­listką.

Dopiła swoją por­cję, a ja nachy­li­łam się, by dokoń­czyć to, co mi zostało na lusterku. Resztkę zebra­łam małym pal­cem, obli­zu­jąc go dokład­nie.

- Kochana, to na tyle. Nie nama­wiaj mnie już dzi­siaj do tych głu­pot.

- Jak chcesz - powie­działa, wzru­szyła ramio­nami i sama posy­pała sobie następną por­cję.

Poszłam do kuchni i nala­łam nam kolej­nego drinka, jesz­cze moc­niej­szego niż poprzedni, po któ­rym i tak zaszu­miało mi w gło­wie. Podej­rze­wam, że gdyby nie nar­ko­tyki, dawno była­bym już pijana. Roz­ma­wiało nam się wspa­niale i czas upły­wał bły­ska­wicz­nie. Mia­ły­śmy sobie cho­ler­nie dużo do powie­dze­nia i ska­ka­ły­śmy z tematu na temat. W końcu zeszły­śmy na naszych part­ne­rów. Zamil­kłam i posmut­nia­łam, ale stwier­dzi­łam, że nie mam prze­cież komu o tym powie­dzieć, więc opo­wiem o tym wła­śnie jej.

- Nie rozu­miem, jak to cię nic z nim nie łączy? To po cho­lerę jasną tu przy­jeż­dża­łaś? Mogłaś sobie ukła­dać w Pol­sce życie od nowa.

- Żeby ukła­dać życie od nowa, trzeba mieć do tego jaja, a ja jestem straszną pizdą. Mało tego, jestem nie­zor­ga­ni­zo­wa­nym leniem i zawsze idę na łatwi­znę.

- Ale jesteś cho­ler­nie nie­szczę­śliwa, kocha­nie, tak się nie da żyć. I co, za dzie­sięć lat spoj­rzysz na sie­bie w lustrze i co sobie powiesz? Że ci się nie chciało? Umrzeć też ci się nie będzie chciało? A prze­cież to są wszystko rze­czy nie­za­leżne od nas. Jesteś jesz­cze taka młoda i co, już się pod­da­łaś?

- Zazdrosz­czę ci - mruk­nę­łam i spu­ści­łam wzrok. - Jesteś piękna, mądra, nauczy­łaś się hisz­pań­skiego, no i masz Roberta, który na pewno jest dla cie­bie ogrom­nym wspar­ciem.

- Coś ty? W ogóle nie ma takiej mowy! Jakim wspar­ciem? Wiesz, jesz­cze z cza­sów Pol­ski mamy ze sobą bar­dzo dużo wspól­nych inte­re­sów i roz­sta­nie byłoby naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie­wy­godne, ale nie pozwolę sobie ni­gdy na mar­no­wa­nie życia na sie­dze­niu i wyle­wa­niu łez. Ja mam tu ogrom zajęć, Alex.

- Doprawdy myśla­łam, że oprócz plaży i drin­ków, i club­bingu nic wię­cej nie robisz.

Karo zaczęła opo­wie­ści o swoim roz­wią­złym życiu. O tym, jak nie wyobraża sobie week­endu bez, jak to nazwała, nowej zdo­by­czy. Poza tym zna­la­zła sobie mnó­stwo innych zajęć, o któ­rych nie mia­łam poję­cia. Dziew­czyna naprawdę miała wspa­niałe życie. Była prze­szczę­śliwa, mimo, że z jej wła­snym part­ne­rem nie łączyło ją zupeł­nie nic.

- Mówię ci, to superza­bawa, spró­buj pomy­śleć nad takim roz­wią­za­niem.

Posy­pała sobie kolejną kre­skę i wypiła pra­wie całą zawar­tość szklanki. Ja koń­czy­łam swo­jego drinka powoli, patrząc na nią z zacie­ka­wie­niem. To, co mówiła, mie­szało mi się w gło­wie. Czy ten Robert jest aż tak bar­dzo głupi? Wzru­szy­łam ramio­nami, bo tak naprawdę nie obcho­dziło mnie to w ogóle. To ich życie, nie znam ich aż tak dobrze, nie będę jej oce­niać, niech robi, co chce, jest doro­sła. Dopi­łam swoją por­cję alko­holu, zasta­na­wia­jąc się, czy zmiesz­czę kolejną. Karo­lina pod­nio­sła się z kanapy i wybrała numer tak­sówki.

- Chyba się zbie­ramy, prawda? - spoj­rza­łam na zega­rek: była dwu­dzie­sta druga. - Mamy zaraz rezer­wa­cję.

O dwu­dzie­stej dru­giej wyszły­śmy z domu. Były­śmy w zna­ko­mi­tych humo­rach, dawno tak dobrze się nie bawi­łam. Wcale nie mia­łam potrzeby wycho­dzić do mia­sta, żeby wie­czór zali­czyć do uda­nych. Mimo całego dystansu, jak mia­łam do Karo­liny, wydała się naprawdę szczera i praw­dziwa. Wie­dzia­łam, że można jej ufać. Dawała cza­sem dziwne rady i miała roz­wią­za­nie na każdy pro­blem, ponadto była wul­ka­nem ener­gii i roz­ta­czała wokół sie­bie pozy­tywną aurę, która szybko udzie­liła się także i mnie.

Wsia­dły­śmy do sta­rej tak­sówki, w któ­rej śmier­działo stę­chli­zną, na szczę­ście do klubu nie było daleko. Tak­sów­karz jechał wolno, droga dłu­żyła się, a moc alko­holu powoli opa­dała; wyglą­da­łam przez okno na roz­świe­tlone wybrzeże Malagi. Serce biło mi szybko i czu­łam ucisk w gar­dle, nie wiem, czy spo­wo­do­wany alko­ho­lem, nar­ko­ty­kami, a może pod­nie­ce­niem wyj­ściem w mia­sto, bo nie robi­łam tego od tak dawna. Czu­łam się tro­chę jak nasto­latka, którą w końcu rodzice puścili samą na dys­ko­tekę. Doje­cha­ły­śmy do klubu, rozej­rza­łam się wyrwana z zamy­śle­nia, ewi­dent­nie nie było to miej­sce, do któ­rego mia­ły­śmy tra­fić.

- Karo, mia­ły­śmy iść do Kale­ido, a nie na taką dys­ko­tekę.

- Nie zgo­dzi­ła­byś się, a tak już nie ma odwrotu. Zoba­czysz, będzie faj­nie, znam tu mene­dżera, mamy wszystko za free, wyko­rzy­stajmy to.

- Jesteś naj­gor­sza, wiesz o tym?

- Wiem.

Karo­lina poca­ło­wała mnie w usta i wysia­dła z tak­sówki. Zro­bi­łam to samo, poda­łam tak­sów­ka­rzowi pie­nią­dze przez okno i wsłu­cha­łam się w docho­dzące z lokalu dźwięki. Już wie­dzia­łam, że jest to mój kli­mat. Z gło­śni­ków leciał utwór Sra Maria Daria Nu?eza. Poki­wa­łam głową, wyra­ża­jąc apro­batę dla tego kawałka. Kli­mat zapo­wia­dał się raczej bar­dziej housowy niż dys­ko­te­kowy, a to chyba dobry znak. Uśmie­cha­ły­śmy się do sie­bie z Karo­liną w mil­cze­niu. Czy­tała mi w myślach i wie­działa, że zro­biła naj­lep­szy ruch, wycią­ga­jąc mnie tego wie­czoru z domu.

Przed wej­ściem stał ele­gancki ochro­niarz, który już z daleka uśmie­chał się do Karo­liny. Sze­ro­kim gestem zapro­sił nas do środka. Kole­żanka pode­szła do niego i poca­ło­wała w poli­czek. Zamie­nili ze sobą parę zdań, po czym mach­nęła na mnie ręką, dając znak, że naj­wyż­szy czas wejść do środka. W klu­bie mie­szały się kolory bieli i błę­kitu. Na wiel­kim tara­sie z okrą­głym barem pośrodku powie­wały, przy­wie­szone na drew­nia­nych bel­kach, dłu­gie pasma bia­łych żagli pod­świe­tlone przez nie­bie­skie ledy, imi­tu­jąc taflę wody. Drobne srebrne lampki doda­wały tajem­ni­czego kli­matu. Było naprawdę ślicz­nie.

Ludzi o tej godzi­nie nie było zbyt wielu i pomy­śla­łam, że byłoby wspa­niale, jeśliby tak zostało. Nie­stety, nie było to realne. To popu­larny klub, w któ­rym po pół­nocy trudno zna­leźć kawa­łek miej­sca na par­kie­cie. Zna­jomy mojej towa­rzyszki, mene­dżer tego wspa­nia­łego miej­sca, machał do nas już od wej­ścia; pod­szedł do Karo i obda­ro­wał ją dłu­gim poca­łun­kiem w usta. Popa­trzy­łam na tę scenę z gry­ma­sem i poki­wa­łam głową, nie pochwa­la­jąc zacho­wa­nia kole­żanki. Mach­nęła na mnie ręką i poka­zała mi język.

- Alex, to jest Roberto - wska­zała na chło­paka, który bły­snął bia­łymi zębami w nie­ziem­skim uśmie­chu.

Poda­łam rękę, siląc się na to samo.

- Cześć, miło mi.

Chło­pak był naprawdę uro­czy, zła­pał nas za ręce i pocią­gnął w stronę sto­lika. Zamó­wi­ły­śmy gin z toni­kiem i zasia­dły­śmy na wygod­nych bia­łych kana­pach. Karo­lina otwo­rzyła swój naszyj­nik w for­mie krzyża i podała mi łyżeczkę bia­łego proszku. Wcią­gnę­łam mocno i szybko, aż ciarki prze­szły mi po ple­cach.

- Hmm, nie­stety, wciąż to lubię - powie­dzia­łam, odchy­la­jąc głowę i zagłę­bia­jąc się w kana­pie.

- Wia­domo. Kto dzi­siaj nie lubi, kochana, pij i korzy­staj z tego do woli, przy­się­gam, że wszystko, co się tu wyda­rzy, zostaje mię­dzy nami.

- To oczy­wi­ste, też ci to obie­cuję - wska­za­łam ręką na chło­paka, który obser­wo­wał z zado­wo­le­niem kolej­nych gości wcho­dzą­cych do klubu. Popa­trzył na nas i oznaj­mił, że wraca za chwilę.

- Jak ty to wszystko ukry­wasz?

- Co? Jego?

- No tak, zacho­wu­jesz się, jakby to był twój facet, a nie zwy­kły zna­jomy.

- Tro­chę tak jest. To taki part­ner bez zobo­wią­zań. Tylko seks, a imiona mi się nie mylą - wychy­liła drinka i zaśmiała się gło­śno.

- A co na to Robert? Myślisz, że się nie domy­śla?

- Nie wiem, nie obcho­dzi mnie to, on na sto pro­cent też ma swoje za uszami.

- To bez sensu, to po co z nim jesteś?

- Nie lubię poważ­nych zmian, a lubię małe przy­gody. Tak jak jest, podoba mi się naj­bar­dziej. Popatrz na niego - wska­zała chło­paka pal­cem. - Nie jest ide­alny? Poza tym, tak jak już wspo­mi­na­łam, łączą mnie z Rober­tem inte­resy, a nic tak nie wiąże ludzi ze sobą jak wspólne pie­nią­dze. Nie jestem też głu­pia, nie zamie­ni­ła­bym Roberta, ustat­ko­wa­nego, bez­piecz­nego, tole­ran­cyj­nego, na jakie­goś dupka kon­tro­lu­ją­cego moje życie. Poza tym zamie­nić Polaka na Hisz­pana? Ni­gdy!!! Faj­nie by było przez mie­siąc, a potem co? On co dys­ko­teka inna dupa, a co sobota obiad z mamu­sią. Ja - obo­wią­zek rodze­nia dzieci i goto­wa­nia. To nie dla mnie.

- Jesteś dziwna, masz jakiś pokrę­cony tor myśle­nia. Nie będziesz prze­cież wiecz­nie młoda.

- Weź no, nie umo­ral­niaj mnie, pro­szę. Jestem szczę­śliwa. Tobie też by się przy­dało porządne dyma­nie, może w końcu ktoś by ci starł ten gry­mas z twa­rzy. Tak długo, jak mogę i ile mam sił, żeby wyci­snąć z życia ostat­nie soki, tak długo będę to robiła.

Karo­lina wstała i poszła w stronę baru. Jak przed Moj­że­szem, roz­stą­piło się przed nią morze kolejki. Bar­man naj­wi­docz­niej znał ją na tyle dobrze, że już miał gotowe trunki w wiel­kich oszro­nio­nych szklan­kach. Nie wra­cała jed­nak od razu, długo z nim roz­ma­wiała.

Wsta­łam więc od sto­lika, deli­kat­nie znu­dzona, i poszłam do łazienki. Spoj­rza­łam na sie­bie w lustrze. Moje źre­nice były odro­binę za duże, ale doda­wało mi to chyba uroku, przy­naj­mniej tak w tej chwili sądzi­łam. Dobrze dzi­siaj wyglą­dam, pomy­śla­łam. Odkrę­ci­łam kran i spraw­dzi­łam dło­nią, kiedy zacznie lecieć lodo­wata woda. Kiedy ręka zro­biła się zimna, dotknę­łam karku i poczu­łam się lepiej.

Gdy wró­ci­łam do sto­lika, Karo­lina już sie­działa na miej­scu, oczy­wi­ście nie była sama. Towa­rzy­szył jej Roberto i jesz­cze pię­ciu innych kolesi. Wszy­scy byli pogrą­żeni w roz­mo­wie, więc nie zwra­cali na mnie uwagi. Moja towa­rzyszka poma­chała do mnie ręką, a ja wysi­li­łam się na naj­szer­szy uśmiech, wska­za­łam pal­cem na chło­paka i powa­chlo­wa­łam twarz dło­nią, wywra­ca­jąc przy tym oczami.

Sto­lik ugi­nał się od tapa­sów, owo­ców morza i oczy­wi­ście szam­pana - mój ulu­biony Dom Pérignon stał w bia­łych od szronu coole­rach.

- Oho, zro­biło się grubo, widzę.

- Sia­daj, nie pier­dol, pij - puściła do mnie oko. - Patrz, ilu kolesi ci tu przy­pro­wa­dzi­łam, wybierz sobie coś.

- Dzię­kuję za tro­skę, chyba dalej dam już sobie radę sama.

Wzru­szyła ramio­nami.

- Rób, co chcesz - powie­działa i odwró­ciła się do mnie ple­cami.

Sie­dzia­łam zamy­ślona, sączy­łam powoli szam­pana i roz­glą­da­łam się po pięk­nym wnę­trzu dys­ko­teki. W tym momen­cie ktoś poło­żył rękę na moim ramie­niu.

- Mogę usiąść obok? - powie­dział męski głos.

W końcu ktoś tu znał angiel­ski. Ucie­szy­łam się, że będę miała do kogo otwo­rzyć usta i zabić resztę wie­czoru, bo na Karo­linę już nie mogę liczyć. Unio­słam oczy ku górze i przy­mru­ży­łam je, sta­ra­jąc się odszu­kać w myślach, skąd znam tę twarz. Przez chwilę wstrzy­ma­łam oddech zauro­czona wido­kiem, jaki napo­tkały moje oczy. Przede mną stał bowiem naj­pięk­niej­szy facet, jakiego do tej pory spo­tka­łam. Prze­chy­li­łam głowę i roz­chy­li­łam deli­kat­nie usta. Na ten widok męż­czy­zna uśmiech­nął się sze­roko i pono­wił pyta­nie, wyry­wa­jąc mnie z transu.

- Jasne, sia­daj - oprzy­tom­nia­łam i uśmiech­nę­łam się, wska­zu­jąc miej­sce obok sie­bie.

Facet posta­wił na sto­liku swoją szklankę z whi­sky z lodem. Pach­niał wspa­niale. Cięż­kie per­fumy z nutą cydru wypeł­niły moje noz­drza. W powie­trzu zawi­sła chmura napię­cia.

- Jestem Alex, bar­dzo mi miło, że w końcu mogę z kimś poroz­ma­wiać po angiel­sku.

- Wiem, kim jesteś, miło mi. Lars.

- Naprawdę? A niby skąd?

Męż­czy­zna był star­szy ode mnie, na oko koło czter­dziestki. Był wysoki i bosko zbu­do­wany. W prze­ci­wień­stwie do reszty męskiego towa­rzy­stwa przy sto­liku miał jasne, pra­wie białe włosy i bar­dzo jasną kar­na­cję.

- Widzie­li­śmy się dziś rano w barze, pamię­tasz?

- Ach, tak! Oczy­wi­ście, że pamię­tam! Nie pozna­łam cię w pierw­szej chwili, śle­dzisz mnie? - zaśmia­łam się, marsz­cząc nos.

- Raczej mam to szczę­ście, że na sie­bie wpa­damy - zawie­sił głos i prze­ska­no­wał mnie wzro­kiem. Pod­niósł szklankę i upił łyk trunku, nie odry­wa­jąc ode mnie oczu.

Mil­cze­li­śmy przez chwilę, a uśmiech nie scho­dził z naszych twa­rzy.

- Skąd jesteś?

- Z Pol­ski, miesz­kam tu od paru tygo­dni, ale jesz­cze zostaję w Mala­dze pół roku. A ty? Szwed? Nor­weg?

- Szwed.

Patrzy­łam w jego nie­bie­skie oczy. Były pra­wie prze­zro­czy­ste, lekko przy­mknięte, a jed­no­cze­śnie patrzyły z taką pasją i namięt­no­ścią, że nie było mocy, żeby nie poczuć się jak w hip­no­zie. Nie zapo­mnij o oddy­cha­niu, Alex, pomy­śla­łam i w myślach wymie­rzy­łam sobie strzał w poli­czek. W duchu modli­łam się, żeby prze­rwał to mil­cze­nie, bo ja nie mogłam wydu­sić słowa, patrzy­łam tylko przed sie­bie z okrop­nie głu­pią miną. W życiu nie byłam taka onie­śmie­lona. Męż­czy­zna odwró­cił się na moment do swo­jego towa­rzy­sza i zamie­nił z nim parę zdań, a ja w tym cza­sie sta­ra­łam się zatrzy­mać galo­pu­jące w gło­wie myśli.

- O czym myślisz? - zapy­tał.

- O niczym cie­ka­wym, zawie­si­łam się po pro­stu - wystrze­li­łam szybko, jak­bym miała odpo­wiedź napi­saną na kartce.

Prze­chy­lił gło­wię i przy­mknął oczy, po chwili zaś uśmiech­nął się sze­roko i przy­gryzł dolną wargę. Matko, jaki był boski! Gdy­bym stała, pew­nie nogi ugię­łyby się pode mną. Prze­cze­sał pal­cami włosy, a poje­dyn­cze kosmyki opa­dły mu na czoło.

Zda­jąc sobie sprawę z absurdu sytu­acji, uśmiech­nę­łam się sze­roko i spoj­rza­łam na niego, prze­krę­ca­jąc głowę na bok. Teraz widzia­łam dokład­nie - to ten sam przy­stoj­niak, który przy­glą­dał mi się dzi­siej­szego poranka w barze. Prze­chy­li­łam kie­li­szek z szam­pa­nem i powie­dzia­łam do sie­bie pod nosem.

- Matko, jaki jesteś piękny.

Roz­broił resztki mojej sil­nej woli naj­pięk­niej­szym uśmie­chem, jaki w życiu widzia­łam. Zaśmia­łam się i stuk­nę­łam swoim kie­lisz­kiem o jego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki