Niepoznany
Podmuch wiatru sprawił, że przeszedł mnie dreszcz. Otworzyłam oczy,
jednocześnie obejmując swoje nagie ramiona.
Cieniutkie paseczki słońca wślizgiwały się do pomieszczenia przez
ciężką, ciemną jak noc zasłonę i co jakiś czas trafiały wprost w moje
oczy. Odetchnęłam głęboko. Powietrze wchodzące do moich płuc niosło ze
sobą intensywny zapach przypominający kadzidło.
Wstałam z łóżka i dotknęłam palcami stóp zimnej kamiennej podłogi.
Ostrożnie ruszyłam, stawiając krok za krokiem, w stronę światła. Jedną
ręką odsłoniłam zasłonę, drugą zasłoniłam oczy. Zamrugałam parę razy,
żeby przyzwyczaić wzrok. Wciąż niepewnym krokiem wyszłam na taras.
Szorstka podłoga drapała lekko moje bose stopy. Podniosłam wzrok,
zasłaniając jednocześnie oczy przed zbyt już intensywnym słońcem.
Morze przede mną ciągnęło się w nieskończoność. Podeszłam bliżej do
krawędzi tarasu, oparłam się o jego balustradę, przymknęłam oczy i pobujałam głową na boki. Lekkie podmuchy wiatru delikatnie głaskały mi
włosy.
Poczułam jego obecność.
Nie mogłam się odwrócić. Czekałam na jego dotyk, nasłuchiwałam każdego
kolejnego kroku zbliżającego nas do siebie. Krople potu spływały mi po
karku. Dotknął mojego ramienia, przejeżdżając po nim wierzchem dłoni.
Jego oddech był jak kolejny podmuch chłodnego powietrza, przeszedł mnie
dreszcz, czekałam cierpliwie na to, co się wydarzy. Poczułam na skórze
jego szorstki policzek, przesunął nim po moim nagim ramieniu i wyszeptał
kilka słów, których nie zrozumiałam. Zimne dłonie położył mi na plecach,
zsuwał je coraz niżej, powoli, wywołując we mnie coraz większe
podniecenie. Zatrzymał ręce na moich biodrach i przyciągnął je
dynamiczne do siebie. Odchyliłam głowę do tylu, jednak nadal nie
wiedziałam, kim on jest. Nie mogłam zobaczyć jego twarzy. Wtedy dłoń
mężczyzny powędrowała do góry, błądził nią powoli wzdłuż nagich piersi,
aż zatrzymał się na szyi, chwycił ją delikatnie. Nasze szybkie oddechy
zgrały się jeden świst. Poczułam na pośladku coraz twardszy członek,
zamarłam. Objęłam palcami jego silne umięśnione przedramię. Dłoń na
mojej szyi zaciskała się coraz mocniej, coraz bardziej pozbawiała mnie
tchu. Wzięłam głęboki oddech. Otworzyłam oczy, to znowu był tylko sen,
ten sam, który dręczył mnie od pewnego czasu i zawsze urywał się w tym
samym momencie.
Obudziłam się cała lepka od gorąca i zaduchu, którym przesiąknięty był
mały pokój w skromnym mieszkaniu w Maladze. Przetarłam oczy, zatrzymując
na nich otwartą dłoń przez dłuższą chwilę. Pulsowanie w czaszce mieszało
się z niesmakiem w ustach, z powodu którego coraz mocniej robiło mi się
niedobrze. Jedną rękę cały czas trzymałam na głowie, drugą zaś sięgnęłam
do szafki nocnej, na której, miałam nadzieję, stała woda. Podniosłam się
z trudem i upiłam duży łyk. Smak przetrawionego wina nie znikał z moich
ust, w pomieszczeniu robiło się coraz bardziej gorąco i parno.
Spojrzałam na stary wentylator wiszący nad moją głową. Był już w takim
stanie, że prędzej spodziewałabym się, że spadnie i mnie zabije, niż da
jakikolwiek powiew chłodu.
Hiszpania nie jest dobrym miejscem na wczasy w lipcu, a co dopiero na
przeprowadzkę tu na pół roku. Upały nie dawały o sobie zapomnieć o każdej porze dnia i nocy, poza tym mieszkanie bez klimatyzacji,
urządzone w podłym stylu andaluzyjskim sprawiało, że każdy dzień
zaczynał się od grymasu niezadowolenia na twarzy.
Westchnęłam ciężko i spojrzałam za zegarek w telefonie. W zasadzie nie
wiem, po co to robię. Od kiedy zwolnili mnie z pracy, nie muszę już
liczyć czasu. Nie muszę wychodzić rano, żeby znowu godzinami stać w korkach. Nie muszę się ładnie ubierać i czesać.
Faktycznie to nie robiłam tutaj żadnej z tych rzeczy. Żyłam z gniazdem
na głowie, przez co przypominałam Amy Winehouse, a kosmetyki zamknięte
szczelnie nadal spoczywały na dnie torby. Minęło już dobrych kilka
tygodni, od kiedy zdecydowałam się porzucić Polskę i zamieszkać na
południu Europy. Wtedy był to najlepszy pomysł.
Mój narzeczony dostał niesamowitą propozycję od swojej szefowej -
kontrakt na pół roku miał go wzbogacić o ogromną kasę, a do CV miało
przybyć wysokie stanowisko i wdrożenie samodzielnego projektu. Żeby
sprawa była jasna - niekoniecznie miałam w tym temacie wiele do
powiedzenia. Adam przedstawił swój własny plan na naszą przyszłość, ja
zaś z braku asertywności przyjęłam go i zaakceptowałam. Jednak nie
miałam nic do stracenia, a w tamtym czasie myślałam, że odpoczynek w ciepłym kraju będzie dla mnie prawdziwym wybawieniem i ratunkiem dla
naszego coraz bardziej umierającego związku.
Pomacałam ręką drugą połowę łóżka i nie rozczarowałam się, kiedy się
okazało, że jest pusta. Od kiedy tu przyjechaliśmy, Adam ani razu nie
spał ze mną, wspólne wieczory przy winie mogłam policzyć na palcach
jednej ręki. Seks stał się czystą abstrakcją, zapomniałam już, jak to
jest czuć się przez bliską osobę pożądaną. Wszystko, co nas ze sobą
łączyło, to zamiłowanie do czerwonego wina i meczów koszykówki, które i tak wspólnie oglądaliśmy od wielkiego dzwonu. W zasadzie żadne z nas nie
było w stu procentach pewne, po co wciąż jesteśmy razem. Przyzwyczajenie
i wygoda. Może lęk przed zmianami. Tak czy inaczej, więcej między nami
jest koleżeństwa niż partnerstwa.
Zdawałam sobie sprawę, że to, co miało być dla mnie ratunkiem, stało się
pułapką. Coraz częściej zaczynałam dzień od wina albo słabego drinka,
ponieważ spędzałam czas zupełnie sama, właśnie w ten sposób zabijałam
nudę. Przed przyjazdem przysięgałam sobie, że postaram się zmienić swoje
życie, zwłaszcza jeśli chodzi o alkohol. Straciłam przez niego kolejną
pracę, co dało mi do zrozumienia, że tylko ucieczka od dotychczasowych
nawyków może mnie uratować.
Tak się nie stało.
Poleżałam jeszcze przez moment, myśląc o tym, jak przedziwne obrazy jest
nam w stanie stworzyć mózg. Skąd ten facet wziął się w mojej głowie?
Codziennie żałowałam, że budzę się w tym momencie, i każdego dnia
obiecywałam sobie, że następnym razem nie przepuszczę okazji, żeby w końcu zobaczyć jego twarz.
Podniosłam się ciężko z łóżka, poprawiając na czubku głowy kok, z którym
kładłam się wczorajszej nocy. Robiłam tak każdego dnia przed spojrzeniem
w lustro, nie chcąc zdołować się jeszcze bardziej, wskutek czego
musiałabym na przykład chcieć umyć włosy, czego nienawidziłam z całego
serca.
Mój narzeczony, jak zawsze rano, siedział na dużej skórzanej sofie w naszym salonie.
Od kiedy dostał kontrakt w Hiszpanii, jego pracoholizm przybrał level
hard. Dwa telefony oraz laptop wydawały się stanowić cały jego świat.
Nie słuchał albo udawał, że nie słyszy, był obojętny, wyłączony dla
wszystkich spoza jego firmy.
Adam jest cholernie przystojnym facetem. W tym roku skończy 35 lat;
drobne zmarszczki zdobią jego czoło, a na ciemnobrązowych włosach
pojawiły się pojedyncze siwe pasemka. Klimat Hiszpanii mu służy. Skórę
ma promienną, rozświetloną; gdyby się mocniej opalił, można by go wziąć
za rodowitego Hiszpana.
Zawsze podobał mi się fizycznie. Nawet gdybym się bardzo mocno starała,
nie mogę znaleźć w Adamie ewidentnych wad oprócz oczywiście jego
pracoholizmu i zapatrzenia w samego siebie. Jego przekonanie o własnej
zajebistości wzmagało się z każdym rokiem; a tym samym poczucie mojej
wartości coraz bardziej spadało.
Wracałam często do czasów, kiedy byłam zachwycona tym, jak wygląda i jak
działa na kobiety. Moje koleżanki wprost rozpływały się nad jego
latynoskimi rysami, nad silną osobowością, nad lekko obojętnym
podejściem do innych ludzi. Starałam się ze wszystkich sił mu dorównać,
ale nigdy tego nie docenił.
Wszystkie moje wizyty u fryzjera kończyły się zdaniem "po co ty tam
chodzisz i tak nic nie widać". A ja to wszystko robiłam tylko dla niego.
Po pewnym czasie się poddałam. Nie podobam się jemu, więc nie muszę się
podobać żadnemu innemu mężczyźnie, a nawet i samej sobie.
Tęskniąc za czasami, które nigdy nie wrócą, zerknęłam w jego stronę.
Wiedziałam, że w którymś momencie nasze drogi się rozeszły, a ja
straciłam go na zawsze. Wypadało się z tym pogodzić i prawdopodobnie
przyszła na to najlepsza pora.
Podeszłam do ekspresu i wcisnęłam przycisk uruchamiający młynek. Aromat
mielonych ziaren wypełnił pomieszczenie.
- Dzień dobry, napijesz się kawy? - zapytałam, licząc na to, że oderwie
się od pracy i choć na parę chwil zatrzyma na mnie wzrok.
Odpowiedziała mi cisza; westchnęłam głęboko i ze smutkiem napełniłam
swoją białą filiżankę czarnym płynem, dolewając do niej krople zimnego
mleka.
Ruszyłam w kierunku niewielkiego balkonu. To, co widziałam,
rekompensowało całą brzydotę mieszkania, w którym przyszło nam spędzać
każdy dzień. Rozciągał się bowiem z niego przepiękny widok na morze.
Blok stał w pierwszej linii brzegowej. Zieleń palm mieszała się z przepięknym błękitem wody, a słońce rozświetlało pobliskie góry,
wydobywając piękno białych domków wklejonych w ich brązowy krajobraz. O tej godzinie już sporo turystów rozłożyło leżaki na kamienistej plaży, a w miejscach, gdzie był drobny piach, chmary dzieci bawiły się, budując
czarne zamki. Popatrzyłam na nie ze smutnym uśmiechem.
Powinniśmy już dawno mieć dzieci, wtedy nasze życie wyglądałoby zupełnie
inaczej, tymczasem odkładaliśmy to kolejny rok, a ja już przestałam
wierzyć, że kiedykolwiek nam się to uda.
Słońce stało wysoko, a upał nie dawał szansy na inny plan na resztę dnia
jak leżak, plaża i litry ginu z tonikiem. To już niemal stało się
rytuałem. Całe dnie spędzałam tu na niczym, bez znajomych, bez
przyjaciół z Polski.
- Mogłabyś się przynajmniej zapytać, czy też chcę kawę. Nie widzisz, że
tu siedzę? Nie, no kurwa, nie mogę... - dodał pod nosem, nie odrywając
wzroku od wspaniałego widoku. Dzisiaj morze było wyjątkowo spokojne.
- Sorry, chcesz kawę?
- Teraz, tak na siłę, to nie chcę, sam już sobie zrobię, ale na
przyszłość pamiętaj, że nie jesteś tu sama.
Nie miałam siły się kłócić i od rana psuć sobie taki piękny dzień.
Wzruszyłam ramionami i ponownie zapatrzyłam się w błękit wody.
Wciągnęłam słone powietrze w płuca. Dopiłam ostatni łyk kawy i poszłam
do kuchni, by umyć po sobie filiżankę. Potem usiadłam na kanapie i włączyłam telewizję. Adam, nie odwracając wzroku w moją stronę, wyrzucił
z siebie informację.
- Chciałem ci powiedzieć, że muszę jechać do Polski. Nie wiem jeszcze na
ile, ale myślę, że maksymalnie na dwa tygodnie. Zaczęło się źle dziać w firmie, tylu ludzi zwolnili, a my mamy rozgrzebane świeże projekty.
Iskry zapaliły się w moich oczach. W końcu na chwilę wrócę do przyjaciół
i rodziny. Podskoczyłam radośnie, przekręcając głowę w jego stronę.
- Może mogłabym jechać z tobą?
- Nie ma takiej potrzeby, zostań, odpoczniesz sobie ode mnie, a ja od
ciebie. Poza tym przychodzą nam zrobić ten balkon. Już na niego nie mogę
patrzeć.
- Przecież możesz zostawić klucze u Michaela, dopilnuje tematu. Ja w końcu mogłabym zobaczyć się z Wandą, mega za nią tęsknię.
- Nie, Alex, nie ma takiej możliwości, muszę się skupić na tym, co mam
zrobić, pojedziesz innym razem.
- Co ja mam tu robić sama?
- To, co każdego poprzedniego dnia. Nie marudź, inni chcieliby być na
twoim miejscu.
- Czyżby?
Odpowiedziała mi już tylko cisza i stukot palców o klawiaturę.
Niby zawsze potrafiłam jakoś tłumaczyć Adama przed sobą samą. Że ma dużo
pracy, że widziały gały co brały, że taki jest i takiego go powinnam
akceptować. Zrobił dla mnie dużo dobrego, jak wpadłam w depresję po
kolejnej utraconej posadzie, wiedział, z jakim problemem się borykam, a jednak nigdy nie oceniał. Wszystkie jego zapewnienia o wielkich
uczuciach, o tym, jak mogę się zresetować po latach niewdzięcznej pracy
w korpo, o tym, ile to dobra dla mojej głowy zrobi nam pół roku w słonecznej Hiszpanii, nie dały mi innej możliwości, jak tylko pogodzić
się z jego decyzją. Mijają dopiero trzy tygodnie, a ja już umieram z nudów. I coraz bardziej oddalam się od swojego partnera. A w Polsce,
jeszcze przed wyjazdem myślałam, że gorzej być nie może.
Pokiwałam więc głową, godząc się z jego decyzją.
- Kiedy macie samolot? Z kim lecisz? - zapytałam, nie odrywając wzroku
od ekranu.
- Z Robertem, lecimy w piątek, to znaczy jutro.
- Okej, szkoda tylko, że dopiero dziś mi to mówisz.
- Naprawdę to jest decyzja szefowej z dzisiejszego calla.
Bez sensu przerzucałam kolejne kanały w nadziei, że w końcu trafię na
polską telewizję śniadaniową.
- Zostajesz dziś w domu czy jedziesz do biura?
Pytanie zadawałam codziennie i nawet już nie liczyłam, że choć raz
padnie odpowiedź, w której stwierdzi, że ma dzień tylko dla mnie, dla
nas.
- Alex, daj mi już spokój, muszę się skupić. Nie rozumiem, dlaczego
zadajesz tyle pytań.
Machnęłam ręką na to, co słyszę i udałam się do łazienki. Stanęłam przed
lustrem zachlapanym pastą do zębów i spojrzałam na swoje odbicie. Mimo
idealnie opalonej oliwkowej skóry widać było cienie pod oczami, a w zielonych oczach nie znalazłam ani trochę radości. Miałam teraz więcej
piegów, a długie rzęsy zupełnie pojaśniały. Nałożyłam pastę i zaczęłam
szczotkować zęby, których biały kolor kontrastował z opalenizną.
Wyszarpałam frotkę ze swoich długich, skołtunionych brązowych włosów.
Część z nich sterczała w różne strony, reszta opadła na ramiona.
Przeczesałam niesforną fryzurę palcami i upięłam na czubku głowy
niedbały koczek. Kolejny raz obiecałam sobie, że umyję jutro włosy.
Weszłam pod zimny prysznic i nałożyłam na dłoń sporą ilość mydła i zaczęłam mydlić swoje szczupłe ramiona.
Po kąpieli ubrałam się w ten sam kostium co wczoraj. Nawet nie miałam na
tyle fantazji, żeby szukać czegoś innego. Zawiązałam na głowie zgrabny
turban w błękitnym kolorze, idealny sposób, by ukryć nieświeże włosy.
Włożyłam okulary w złotych ramkach i byłam gotowa do wyjścia.
- Wychodzę!
- Mhmmm, weź klucze, wrócę późno.
Weszłam na ulicę i się rozejrzałam, zastanawiając się, w którą stronę
iść. Postanowiłam przespacerować się nieco dalej. Chciałam, żeby tłumy
dzieci nie biegały po moim ręczniku, a dziesięć minut od naszego
mieszkania była malutka, wąska plaża, na której nie było nawet grama
piasku, dlatego rodziny z wiaderkami i łopatkami omijały to miejsce.
Ludzi jak na lekarstwo, dzięki Bogu, rozłożę się najdalej cztery metry
od zejścia. Otworzyłam butelkę wody, już zresztą ciepłej, włączyłam w słuchawkach muzykę i zanurzyłam się w myślach o facecie ze snu. O co w tym wszystkim chodzi? Może to jakiś znak? A może moja pijana głowa
wyrzuca niepotrzebne obrazy? Może życie przez to chce mi powiedzieć, że
nie powinno mnie tu być, powinnam działać, zmienić coś, walczyć o szczęście!
Jestem okropnym leniem, marnującym na lenistwie całe życie. Jak to robią
inni, że mają w sobie tyle motywacji, pasji. Ja zawsze po cichu na kogoś
liczę. Ale mi się jeszcze dzisiaj nie chce, pomyślę o tym jutro - słowa
Scarlett z Przeminęło z wiatrem stały się moim życiowym mottem, chyba
nawet ona sama aż tak mocno się do nich nie stosowała jak ja. Piosenki
leciały jedna po drugiej, a ja smażyłam się na pełnym słońcu. Z zadumy
wyrwał mnie dźwięk wiadomości z Instagrama.
Karolina, żona Roberta, z którym Adam leciał do Polski, napisała tylko
tyle:
- Zabieram cię jutro do Playa Kaleido!
- Kochana... jesteś dla mnie wybawieniem. Oczywista oczywistość.
Dwudziesta pierwsza może być? Czy później?
- Spoko, będę u ciebie wcześniej, pomogę ci z ogarnięciem się na
imprezę. W tym stanie, w jakim cię widziałam ostatnio, nie masz wstępu
do żadnego klubu. Żegnam.
I to jest to, czego mi było trzeba. Uśmiechnęłam się szeroko sama do
siebie i dołożyłam grubą warstwę przyśpieszacza. Zwinęłam majtki w rulonik; zakrywały teraz tylko konieczne minimum, stanik zdjęłam na
wypadek, gdybym jutro wieczorem zdecydowała się na odkrytą sukienkę. W słuchawkach puściłam wakacyjny kawałek i rozłożyłam się wygodnie na
ręczniku.
Dzień 1. Piątek
Adam wstał przede mną, przyszedł do sypialni i dał mi buziaka w czoło.
- Lecę na samolot, jesteśmy w kontakcie.
- Uważaj na siebie i powodzenia - wymruczałam.
Jego wyjście sprawiło, że poczułam ogromną radość, spadł mi z serca
kamień wielkości arbuza. Przeciągnęłam się radośnie i nucąc Breaking
me, wstałam. W radosnym pląsie, przeskakując z nogi na nogę, przeszłam
do kuchni i nalałam sobie szklankę zimnej lemoniady. Włączyłam w telefonie Bluetooth i podłączyłam się do głośnika, po czym w Spotify
wybrałam letni chill. Muzyka leciała głośno, podczas gdy ja brałam
długi zimny prysznic. Było mi dobrze, zrelaksowana, zaczęłam delikatnie
masować ciało żelem o zapachu pomarańczy i imbiru i nagle pomyślałam o mężczyźnie, który dzisiejszej nocy nie pojawił się w moich snach.
Zatęskniłam za nim, pragnęłam go, choć nawet nie widziałam jego twarzy.
Dotknęłam się między udami, przeszedł mnie dreszcz podniecenia, włożyłam
powoli dwa palce w swój środek, przygryzłam wargę i jęknęłam cicho.
Palce nabrały rytmicznego tempa, a mnie robiło się coraz bardziej
przyjemnie. W głowie próbowałam odtworzyć wszystko, co dotyczyło tego
faceta. Poczułam, jak fala przyjemności zaciska mięśnie. Stęknęłam.
Byłam tak spragniona, że doszłam w minutę, nawet nie musiałam się
specjalnie wysilać. Stałam tak w zimnym strumieniu wody jeszcze parę
chwil, nie odczuwając zadowalającego efektu swoich pieszczot, wręcz
przeciwnie, czułam lekki niesmak. Nie dlatego, że to zrobiłam, ale z poczucia zaniedbania przez Adama. Żeby nie dostać od swojego własnego
faceta dobrego dymania na pożegnanie, wydało mi się tak skrajnie
żenujące, że aż zabawne. Chwyciłam ręcznik i owinęłam nim piersi.
Wyszłam, zrobiłam sobie podwójne espresso bez mleka i usiadłam na
balkonie. Czułam się cudnie. Wiedziałam, że zapowiada się wspaniały,
dobry poranek.
Delikatny wiatr suszył moje świeżo umyte włosy, słońce rzucało mi
promienie na twarz. Zapowiadał się kolejny upalny dzień. Kolejny, który
daje możliwość normalnego funkcjonowania dopiero o dziewiątej wieczorem.
Nie dziwię się ani trochę południowcom. Sjesta wydaje się czymś zupełnie
oczywistym w tym klimacie.
Wytarłam białą filiżankę, nie odrywając oczu od horyzontu za oknem.
Czułam ogrom spokoju, jakby świat stanął w miejscu. Tkwiłabym tak
godzinami, gdyby nie wyrwał mnie dźwięk telefonu. Spojrzałam na
wyświetlacz, dzwoniła Karolina.
- Jak ci bez starego?
- Zajebiście, zdążyłam sobie zrobić dobrze przez ten czas i znowu czuję,
że oddycham, choć to nie to samo co porządny seks.
Zaśmiała się beznamiętnie.
Karolina była królową tutejszych dyskotek i nigdy nie wracała do domu
bez przygody. Zawsze zastanawiałam się, czy ten jej Robert jest aż taki
głupi, czy tylko takiego udaje. Daleko nam było do przyjaźni, ale dała
się lubić. Zastąpiła mi codziennego towarzysza życia, oczywiście tylko
wtedy, kiedy miała na to czas. Na naszych partnerów nie bardzo mogłyśmy
liczyć, na czym ja cierpiałam, ona zaś znalazła metodę na ten rodzaj
bólu. Kochała mężczyzn z wzajemnością.
- Może zamiast tego znalazłabyś sobie kogoś? - zapytała.
- No tak... daj spokój, a kto by mnie tam chciał - parsknęłam.
- O, kochana, nie wiesz, co mówisz, nie znasz jeszcze Hiszpanów, biorą
wszystko, co ma jasne włosy i długie nogi.
- Czyli namawiasz mnie, żebym w końcu złamała swoją żelazną zasadę, że w prawdziwych związkach nie ma miejsca na zdrady, i przeszła na ciemną
stronę mocy? Kochana, musiałabym się od ciebie jeszcze długo uczyć, żeby
mi to przyszło bez problemu.
- Nie namawiam, ale proponuję, żebyś zaczęła korzystać z życia. Ale
teraz nie ma co o tym rozmawiać, wszystko wieczorem może się wydarzyć -
zachichotała. - Sugeruję ci ładnie się ubrać, postaraj się być seksi.
Obowiązuje dziwkarska stylówka.
- Spoko, zrozumiałam. Idę się dosmażyć dwie godzinki i zacznę się
szykować.
- Na wszelki wypadek nic już dzisiaj nie jedz, masz mieć płaski brzuch,
może w końcu coś ci się trafi.
Rozłączyła się, a ja miałam mieszane uczucia. Ona chyba jest głupia.
Zaraz idę na największą bagietkę, jaka jest w Torro, szanse na podryw są
tak znikome, że mogę zjeść, na co tylko mam ochotę, bo i tak nikt nie
zwróci na mnie uwagi.
Jak pomyślałam, tak też się stało, bar Torro znajdował się bezpośrednio
na plaży, pół kilometra od mojego mieszkania. Rano dawali tam najlepsze
kanapki z szynką serrano, przepyszne guacamole, a wieczorem zamieniał
się w spokojny bar z drinkami w wykonaniu Antonia. Istny raj.
Włożyłam biały kostium od Victoria's Secret, czarne wąskie okulary i różowe poncho z pięknym motywem kolorowych ptaków na plecach. Sama nie
wiem, co mnie skłoniło, żeby w końcu się postarać ubrać w coś innego,
czystego i ładnego; doskonale wiedziałam przecież, że o tej porze nie
będzie tam zbyt wielu ludzi. Potrzebowałam trochę samotności, żeby
przemyśleć wydarzenia związane z Adamem. Całą drogę wspominałam, jakim
kiedyś był cudownym człowiekiem.
Spotkaliśmy się parę lat temu; poznał nas ze sobą nasz wspólny znajomy.
To było zwykłe urodzinowe przyjęcie w jednej z warszawskich restauracji,
na które przyszłam sama. Przed Adamem nigdy nie byłam w poważnym
związku, raczej traktowałam mężczyzn bardzo egoistycznie. Jeżeli do
czegoś się przydawali, to spotykałam się z nimi parę razy. Zazwyczaj
chodziło o seks, o nic więcej. Nie umiałam się z nikim związać
emocjonalnie.
Może wydawać się to dziwne, nawet mnie samą to dziwi, ale denerwowały
mnie bardzo małe rzeczy. Czasami wystarczyło, żeby mężczyzna za często
się uśmiechał, by skreślić go z mojej listy. Najbardziej zadowalało mnie
zdobywanie ich. Patrzenie, jak się starają, wzbudzało we mnie poczucie
własnej wartości. Sprawiali mi ogromną radość, kiedy stawali na głowie,
żeby tylko zaspokoić moje zachcianki. A kiedy wpadaliśmy w rutynę, a ja
już czułam, że należą do mnie, wtedy wszystkie moje uczucia ulatywały.
Odgrywałam swoją stałą scenę, że jestem chora, źle się czuję, mam
depresję i chcę zostać sama, a po tygodniu wmawiałam im ze łzami w oczach, że nie zasługuję na nich i powinni sobie znaleźć lepszą
dziewczynę. To zawsze działało. Do tej pory nie rozumiem, dlaczego
faceci są tak mało inteligentni.
Na wspomniane przyjęcie Adam też przyszedł sam. Spóźnił się, dotarł
ostatni, wpadł do restauracji z roztrzepanymi włosami, z których kapały
kropelki wody. Było już chłodno, to chyba była jesień. Pamiętam, że
padał lekki deszcz, i kiedy wszedł, żółte światło lampek wewnątrz odbiło
się od kropelek wody na jego twarzy.
Początkowo w ogóle nie zwracał na mnie uwagi, nawet przeciwnie, unikał
mojego wzroku. Wiedziałam, że to bardzo inteligentny chłopak. Z informacji, jakie udało mi się wyciągnąć od wspólnego kolegi, wynikało,
że skończył dobre studia na Uniwersytecie Warszawskim. Wtedy jeszcze nie
pracował w tej korporacji, co teraz, ale i tak miał ogromną wiedzę i bardzo dużo pieniędzy. Był starszy ode mnie tylko o dwa lata, ale dla
mnie to było coś zupełnie nowego, bo do tej pory raczej zawsze
wybierałam dużo młodszych mężczyzn. Byli łatwi i naiwni.
Minęła jesień, zbliżały się moje urodziny. Byłam sama, nie miałam
żadnego faceta. Mijał kolejny zimowy wieczór, a mnie najzwyczajniej w świecie się nudziło. Wszystkie koleżanki, których i tak miałam zaledwie
kilka, były zajęte albo wyjechały w delegację i nie miałam z kim spędzić
kolejnego grudniowego popołudnia. Nie chciałam marnować czasu na
siedzenie przed telewizorem, więc sprawdziłam repertuar w najbliższym
kinie (akurat grali jakąś komedię romantyczną), zrobiłam rezerwację
online na godzinę dwudziestą. Miałam jeszcze dużo czasu, więc
zdecydowałam, że wyjdę trochę wcześniej i zjem kolację w pobliskiej
restauracji. Podświadomie przeczuwałam, że ten wieczór może być dla mnie
wyjątkowy.
Postanowiłam nie zawieść swojej intuicji i pierwszy raz od wielu tygodni
wystroiłam się, wychodząc do miasta. Włożyłam ładną czarną sukienkę i długie szare kozaki. Było zimno, więc gruby płaszcz do kolan
przewiązałam mocno paskiem. Wymodelowałam włosy i zrobiłam pełen
makijaż. Teraz, z perspektywy czasu, pukam się w głowę na myśl, jaka
inna dziewczyna, idąc do kina i to sama, skakałaby tak wkoło siebie -
jednak, jak się przekonałam, było warto.
Weszłam do małej indyjskiej restauracji, w której podawali najlepszego
pad thaia. Zamówiłam do niego butelkę wina i postanowiłam się upić;
najwyżej samochód zostawię, a wrócę taksówką. Piłam spokojnie, czytając
wiadomości w telefonie. Nagle poczułam, że ktoś kładzie mi rękę na
ramieniu.
- Alex? - usłyszałam za uchem ciepły męski głos. - Od rana krążysz po
mojej głowie i taka niespodzianka, że spotykam cię właśnie tu.
- Adam, cześć! - powiedziałam, podnosząc głowę.
Byłam naprawdę bardzo szczęśliwa, że zobaczyłam go kolejny raz. Ubrany
na sportowo, wyglądał olśniewająco i przy tym bardzo seksi.
- Wyglądasz pięknie, jesteś tutaj z kimś umówiona? Czekasz na kogoś?
- Ach nie, absolutnie. Po prostu miałam dzisiaj taki dzień, że
postanowiłam się trochę wystroić. Nie chciałam spędzać kolejnego
wieczoru przed telewizorem, więc teraz jem kolację i idę do kina. A ty
co robisz w tych stronach, bo chyba mieszkasz na drugim końcu miasta?
- Wracam od przyjaciela, ale sam nie wiem, dlaczego tędy przeszedłem,
chyba jakaś siła przyciągnęła mnie tutaj, pewnie tylko dlatego, żeby cię
zobaczyć.
Adam wydał mi się inny niż na tamtym przyjęciu. Bez pytania, czy może
się przysiąść, zajął miejsce naprzeciwko i zamówił sobie coś do
jedzenia. Poprosił kelnera o jeszcze jeden kieliszek i wlał sporą porcję
wina stojącego na stole. Zrobił to wszystko bez pytania o zgodę, po
prostu to zrobił. Wtedy wydało mi się, że będzie bardzo trudnym typem do
zdobycia. Emanowały od niego męstwo i silny charakter. Po dłuższej
rozmowie okazało się, że nie ma nikogo. Był samotny, tak jak ja.
Rozmawialiśmy, nie patrząc na zegarek, a kiedy skończyliśmy jedno wino,
on zamówił kolejne.
- Wiesz co, może to nie jest dobry pomysł - mruknęłam, zakrywając dłonią
kieliszek, kiedy chciał dolać mi kolejną porcję. - Miałam iść do kina, a nie chcę też zajmować ci całego wieczoru.
- Pójdę z tobą - odpowiedział bez namysłu. - A wino możemy sobie zabrać
do kina.
Wstał, podszedł do kelnera, zapłacił, podał mi rękę i ruszyliśmy w kierunku wyjścia. Na dworze padał śnieg, jego płatki spadały powoli, a światło latarni odbijało się od nich, tworząc niesamowicie romantyczny
klimat, nawet jak na szarą Warszawę. Adam spojrzał w górę, a potem
głęboko w moje oczy i zbliżył się, przyciągając mnie do siebie jedną
ręką, drugą zaś podtrzymując moją brodę. Po czym nachylił się nade mną.
Nie protestowałam, wiedziałam już, jak ten wieczór się dla nas skończy.
Zbliżył usta do moich i wypowiedział w nie szeptem:
- Zrezygnujmy z kina, zapraszam cię do mnie. Obejrzymy coś znacznie
lepszego niż komedia romantyczna.
Zawahałam się chwilę, ale zamiast odpowiedzi pocałowałam go głęboko,
wślizgując się językiem do jego ust. Zanim przyjechała taksówka, nie
mogliśmy się od siebie oderwać i czułam, jak cała robię się gorąca.
Pragnęłam posiąść go jak najszybciej. Wsiedliśmy na tył samochodu.
Droga do domu Adama zajmie pewnie dobre pół godziny, pomyślałam.
Mogłam zaprosić go do siebie, ale sama podróż taksówką przez tyle czasu
mogła przynieść dodatkowe atrakcje. Nachyliłam się nad nim i kontynuowałam pocałunek. Nagle poczułam jego dłoń na moim udzie, a mnie
zrobiło się mokro. Przesuwał rękę nieśpiesznie coraz wyżej, odchyliłam
więc głowę, a on zaczął lizać moją szyję. Robił to tak namiętnie, że co
chwilę czułam, jak ciarki przechodzą przez moje podbrzusze. Dotarł
dłonią do czarnych stringów, przejechał po nich palcem i poczuł jak
bardzo są wilgotne. Oderwał usta od moich i popatrzył na mnie z zadowoleniem. Zahaczył palec o moje majtki i przesunął po cipce, która
zaczęła żyć własnym życiem. Mięśnie zaciskały się, a ja czułam ogromne
pożądanie. Nachyliłam się nad nim, aby nabić się na jego palce, ale je
odsunął.
- Poczekaj, spokojnie - szepnął, po czym uśmiechnął się szeroko, a ja
westchnęłam.
Taksówka dojechała na miejsce, zapłacił i wysiadł. Jak dżentelmen
obszedł samochód, podał mi rękę i pomógł wyjść z drugiej strony. Nie
wypuszczając mojej dłoni, zaprowadził nas do windy, a kiedy drzwi się
zamknęły, przycisnął mnie do lustra i zaczął znowu namiętnie całować.
Zjechałam dłonią do jego rozporka, wyczuwając ogromne wybrzuszenie.
Rozpięłam górny guzik, wsunęłam dłoń i zaczęłam masować jego kutasa.
- Dlaczego nie chciałeś mnie parę miesięcy temu?
Popatrzył mi w oczy, wzruszył ramionami, ale nic nie powiedział. Kiedy
winda dojechała na miejsce, złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę
najbliższych drzwi, otworzył je pośpiesznie i wszedł pierwszy. Ukłonił
się nisko, dając znak, bym weszła za nim. Zrzuciłam z siebie byle jak
płaszcz i rozpięłam z boku zamek sukienki, która spadła na podłogę.
Zostałam tylko w czarnej bieliźnie i w kozakach. Adam ukląkł przy mnie,
ściągał mi buty, całując przy tym moje uda. Jęczałam cicho. Czułam
ciepło, które rozlewa się po moim ciele, dreszcze pod jego palcami,
kiedy dotykał każdego wrażliwego miejsca. Wziął mnie na ręce i zaniósł
do sypialni. Jak na samotnego mężczyznę, miał bardzo schludne, ładne
mieszkanie, w którym było czysto i przytulnie. Podobało mi się, że
pościel jest starannie ułożona i pachnie świeżością. Zanurzyłam twarz w poduszkę, a on klęknął przede mną, odsunął mi majtki i zaczął pieścić
językiem łechtaczkę, wsuwając dwa palce w środek, wiłam się pod jego
dotykiem, zsunęłam stanik ze swoich piersi i zaczęłam drażnić sutki,
które po chwili sterczały pobudzone doznaniami. Podniosłam się na
łokcie, pogładziłam jego brązowe włosy i poprosiłam, by we mnie wszedł.
Kochaliśmy się tej nocy wielokrotnie, a kiedy w końcu zasnęliśmy nad
ranem, już nigdy nie chciałam opuszczać tego mieszkania.
To wspomnienie wywołało uśmiech na mojej twarzy. Weszłam z nostalgiczną
miną do baru i posłałam Antoniowi ciepłego całusa.
- Hola, una baguette de jamon, por favor.
Kelner popatrzył się na mnie jak zawsze z nieukrytym rozbawieniem, ale i podziwem, że w końcu zaczęłam wykazywać chęć wyduszenia paru słów po
hiszpańsku. Skrzywiłam się na jego reakcję. Uśmiechnął się jeszcze
serdeczniej i pokazał palec w górę, że jest ze mnie dumny, że w końcu
zaczęłam się uczyć tego pięknego języka. Rozejrzałam się po barze. Był
zupełnie pusty. Wybrałam ulubiony stolik, na który słońce rzucało
intensywne promienie, usiadłam wygodnie i wystawiłam twarz w kierunku
światła. Łapałam każdy ciepły podmuch wiatru. W końcu otworzyłam oczy,
kiedy Antonio podszedł do mnie z moją ukochaną kanapką i małą kawą z mlekiem.
- Gracias.
- De nada.
Nałożyłam na kanapkę bardzo grubą warstwę guacamole i polałam suto
oliwą. Gryząc, czułam, jak wszystko spada na talerzyk, a po moich
dłoniach leje się mały strumyk oleju. Co chwilę niezgrabnie wycierałam
twarz chusteczką, ale jedzenie było tak przepyszne, że nie zwracałam
uwagi na to, jak bardzo jestem brudna. Kiedy skończyłam, złapałam się za
brzuch. "Boże, jakie to było dobre, nigdy nie schudnę, będąc w Hiszpanii; tu są takie wspaniałości" - powiedziałam sama do siebie po
polsku, wytarłam się dokładniej i rozejrzałam ponownie po barze.
W kącie siedział mężczyzna, którego obecności wcześniej nie zauważyłam.
Czytał gazetę i co chwilę spoglądał na mnie, odrywając wzrok od swojego
zajęcia. Poczułam się zakłopotana. Facet był nieziemsko przystojny,
przynajmniej takie sprawiał wrażenie, choć niedokładnie widziałam jego
twarz, ponieważ siedział w zacienionym miejscu, a ja w pełnym słońcu.
Mogłam jednak dostrzec jego jasne włosy, wychodzące gdzieniegdzie spod
czapki z daszkiem, jasną skórę, piękne rysy twarzy i postawną sylwetkę.
Opuściłam wzrok zawstydzona, wytarłam palcem talerzyk i dopiłam resztkę
kawy.
Antonio podszedł i zapytał, czy mam ochotę na coś słodkiego. Dzięki Bogu
mówił dobrze po angielsku, więc mogliśmy się bez problemu porozumieć.
- Och nie, kochany, dziękuję, to było przepyszne, ale więcej nie
zmieszczę.
Uśmiechnęłam się i poprosiłam o rachunek. Kolejny raz odwróciłam twarz
do słońca, żeby złapać jeszcze przez chwilę ciepło jego promieni.
Oparłam głowę o ścianę i zapaliłam papierosa.
Mężczyzna cały czas mnie intrygował i choć nie chciałam mu się
przyglądać, czułam na sobie jego wzrok. Skończyłam palić, wcisnęłam na
nos czarne okulary i udałam, że czytam coś w telefonie, tak naprawdę
gapiąc się na niego siedzącego parę metrów ode mnie. Teraz, niestety,
zasłonił twarz. Wstałam od stolika, wytarłam okruszki chusteczką,
podeszłam i pożegnałam się buziakiem z Antoniem, zapewniając, że wkrótce
wpadnę do niego ponownie.
- Zapraszam! - krzyknął uradowany.
Kiedy stałam przy wejściu, znów odwróciłam się do niego i machnęłam
ręką.
- Hasta maniana querido!
Wtedy nieznany mężczyzna przy barze spojrzał się na mnie i powiedział:
- Hasta la noche, Alex.
Zrobiłam wielkie oczy, czego na szczęście nie dostrzegł przez moje
ciemne okulary. Posłałam mu piękny szczery uśmiech i pomachałam do
niego. Cały czas nie mogłam przyzwyczaić się, że wszyscy ludzie w Andaluzji są dla siebie tacy mili. Zupełnie inaczej niż w Polsce, a przede wszystkim w Warszawie. Odwróciłam się jeszcze parę razy,
wypatrując jego oczu.
Zboczeniec jakiś, na bank, pomyślałam. Byłam mistrzynią tworzenia w głowie obrazów, w których wszyscy czyhają na moje życie. Jednak w tym
przypadku bardziej utkwił mi w głowie uśmiech tego gościa niż obawa
przed nim. Odpaliłam kolejnego papierosa i udałam się w stronę znanego
tylko mnie miejsca na wąskiej plaży. Wypożyczyłam leżak i nastawiłam
budzik w telefonie, dwie godziny to zupełnie wystarczająco, żeby się
opalić, a nie być dzisiejszego wieczoru czerwonym burakiem. Wycisnęłam z butelki resztę przyśpieszacza, modląc się w duchu, żeby czerwony kolor
nie wyszedł wieczorem na mojej skórze.
Kiedy wróciłam z plaży, reszta dnia mijała mi szybko. Siódma. Zostało mi
niewiele czasu, a do tej pory nic ze sobą nie zrobiłam. Facet z baru nie
dawał spokoju moim myślom. Zawibrował telefon i zobaczyłam wiadomość od
Karo. Zmobilizowało mnie to odrobinę do podjęcia jakichkolwiek czynności
związanych z wieczornym wyjściem. Umyć by się przydało, w co ja się
ubiorę, nie chce mi się iść. Odwołam to chyba. Nie no, nie można tak,
rusz dupę, Alex! Monologowałam w głowie, co miało mnie choć trochę
zachęcić do działania.
Włączyłam telewizję i wypiłam kolejną kawę, licząc, że postawi mnie na
nogi, a co najważniejsze, doda chęci do przygotowań. W końcu ociężale
podniosłam się z kanapy i zaczęłam przeczesywać szafę. Postawiłam na
klasykę, bez udziwnień. Uprasowałam czarny kombinezon z odkrytymi
plecami, idealnie podkreślał opaloną skórę, do tego klasyczne sandały na
wysokiej szpilce. Włosy rozpuściłam, jeden bok podpinając złotą klamrą.
Do uszu włożyłam duże złote koła, a na rękę bransoletkę łańcuch. Oblałam
się litrem perfum i gdy kończyłam, bez pukania weszła Karolina.
Wyglądała jak zawsze olśniewająco. Jasnorude loki miała upięte wysoko na
czubku głowy. Czerwona obcisła sukienka podkreślała jej niesamowicie
cienką talię. Przy mnie była prawdziwą księżniczką.
Zlustrowała mnie pretensjonalnie od góry do dołu, zrobiła zniesmaczoną
minę i rozkazała, żebym przyniosła swoje kosmetyki.
- Ale ty się nie umiesz ogarnąć, dziewczyno, pomalowałaś się jak na
odpust, a nie na poważną dyskotekę.
- Przecież nie idziemy na dyskotekę, tylko do normalnego, zwyczajnego
klubu. Nie będę się malować jak diva.
- No właśnie będziesz. Oj, Alex, bez sensu jesteś, przynieś mi wszystkie
kosmetyki. Na jednej nóżce hop, hop, hop.
Podałam wszystko, co miałam. Nie było tego za dużo. Grzebała w mojej
kosmetyczce, a ja w tym czasie robiłam nam drinki, nie żałując alkoholu.
Wiedziałam, że muszę mocno się znieczulić, bo tak dawno nigdzie nie
byłam. Chyba już zapomniałam, jak to jest chodzić na dyskoteki albo do
klubów bez Adama. To było moje pierwsze wyjście z koleżanką od trzech
lat.
Wróciłam, niosąc dwa ogromne pucharki ginu z tonikiem, usiadłam koło
koleżanki, a ona już dzieliła na małym lusterku dwie cieniutkie kreski
białego proszku. Skrzywiłam się. To kolejna rzecz, której nie robiłam od
lat i nie wiedziałam, jak teraz na to zareaguje mój organizm. Spojrzałam
na nią pytająco.
- Poważnie? Myślisz, że to jest niezbędnik dzisiejszego wieczoru?
- Przestań marudzić, pewnie, że tak. Przynajmniej nie będziesz miała
takiej spiętej dupy. Proszę bardzo.
Podała mi mały rulonik zwinięty z banknotu. Nachyliłam się i wciągnęłam
pół kreski, odchyliłam głowę do tyłu i przymknęłam oczy. Odpłynęłam
myślami do tych czasów, kiedy to było jedno z moich ulubionych zajęć.
Ale byłam wtedy bardzo młoda i okropnie głupiutka.
Karolina spojrzała na mnie spod przymkniętych powiek i uśmiechnęła się
szeroko.
- Widzę, że takich rzeczy się nie zapomina, to jak jazda na rowerze -
zaśmiała się głośno. Wypiła najpierw duży łyk trunku, po czym wciągnęła
całą kreskę.
Zaczęła mieszać w kosmetykach ręką i wyciągając pojedyncze rzeczy,
doprowadziła mój makijaż do perfekcji. Obejrzałam się w lustrze i musiałam przyznać, że była w tym naprawdę dobra.
- Dzięki, Karol, teraz naprawdę wyglądam całkiem nieźle.
- No pewnie, że tak. Rozmawiasz z profesjonalistką.
Dopiła swoją porcję, a ja nachyliłam się, by dokończyć to, co mi zostało
na lusterku. Resztkę zebrałam małym palcem, oblizując go dokładnie.
- Kochana, to na tyle. Nie namawiaj mnie już dzisiaj do tych głupot.
- Jak chcesz - powiedziała, wzruszyła ramionami i sama posypała sobie
następną porcję.
Poszłam do kuchni i nalałam nam kolejnego drinka, jeszcze mocniejszego
niż poprzedni, po którym i tak zaszumiało mi w głowie. Podejrzewam, że
gdyby nie narkotyki, dawno byłabym już pijana. Rozmawiało nam się
wspaniale i czas upływał błyskawicznie. Miałyśmy sobie cholernie dużo do
powiedzenia i skakałyśmy z tematu na temat. W końcu zeszłyśmy na naszych
partnerów. Zamilkłam i posmutniałam, ale stwierdziłam, że nie mam
przecież komu o tym powiedzieć, więc opowiem o tym właśnie jej.
- Nie rozumiem, jak to cię nic z nim nie łączy? To po cholerę jasną tu
przyjeżdżałaś? Mogłaś sobie układać w Polsce życie od nowa.
- Żeby układać życie od nowa, trzeba mieć do tego jaja, a ja jestem
straszną pizdą. Mało tego, jestem niezorganizowanym leniem i zawsze idę
na łatwiznę.
- Ale jesteś cholernie nieszczęśliwa, kochanie, tak się nie da żyć. I co, za dziesięć lat spojrzysz na siebie w lustrze i co sobie powiesz? Że
ci się nie chciało? Umrzeć też ci się nie będzie chciało? A przecież to
są wszystko rzeczy niezależne od nas. Jesteś jeszcze taka młoda i co,
już się poddałaś?
- Zazdroszczę ci - mruknęłam i spuściłam wzrok. - Jesteś piękna, mądra,
nauczyłaś się hiszpańskiego, no i masz Roberta, który na pewno jest dla
ciebie ogromnym wsparciem.
- Coś ty? W ogóle nie ma takiej mowy! Jakim wsparciem? Wiesz, jeszcze z czasów Polski mamy ze sobą bardzo dużo wspólnych interesów i rozstanie
byłoby najzwyczajniej w świecie niewygodne, ale nie pozwolę sobie nigdy
na marnowanie życia na siedzeniu i wylewaniu łez. Ja mam tu ogrom zajęć,
Alex.
- Doprawdy myślałam, że oprócz plaży i drinków, i clubbingu nic więcej
nie robisz.
Karo zaczęła opowieści o swoim rozwiązłym życiu. O tym, jak nie wyobraża
sobie weekendu bez, jak to nazwała, nowej zdobyczy. Poza tym znalazła
sobie mnóstwo innych zajęć, o których nie miałam pojęcia. Dziewczyna
naprawdę miała wspaniałe życie. Była przeszczęśliwa, mimo, że z jej
własnym partnerem nie łączyło ją zupełnie nic.
- Mówię ci, to superzabawa, spróbuj pomyśleć nad takim rozwiązaniem.
Posypała sobie kolejną kreskę i wypiła prawie całą zawartość szklanki.
Ja kończyłam swojego drinka powoli, patrząc na nią z zaciekawieniem. To,
co mówiła, mieszało mi się w głowie. Czy ten Robert jest aż tak bardzo
głupi? Wzruszyłam ramionami, bo tak naprawdę nie obchodziło mnie to w ogóle. To ich życie, nie znam ich aż tak dobrze, nie będę jej oceniać,
niech robi, co chce, jest dorosła. Dopiłam swoją porcję alkoholu,
zastanawiając się, czy zmieszczę kolejną. Karolina podniosła się z kanapy i wybrała numer taksówki.
- Chyba się zbieramy, prawda? - spojrzałam na zegarek: była dwudziesta
druga. - Mamy zaraz rezerwację.
O dwudziestej drugiej wyszłyśmy z domu. Byłyśmy w znakomitych humorach,
dawno tak dobrze się nie bawiłam. Wcale nie miałam potrzeby wychodzić do
miasta, żeby wieczór zaliczyć do udanych. Mimo całego dystansu, jak
miałam do Karoliny, wydała się naprawdę szczera i prawdziwa. Wiedziałam,
że można jej ufać. Dawała czasem dziwne rady i miała rozwiązanie na
każdy problem, ponadto była wulkanem energii i roztaczała wokół siebie
pozytywną aurę, która szybko udzieliła się także i mnie.
Wsiadłyśmy do starej taksówki, w której śmierdziało stęchlizną, na
szczęście do klubu nie było daleko. Taksówkarz jechał wolno, droga
dłużyła się, a moc alkoholu powoli opadała; wyglądałam przez okno na
rozświetlone wybrzeże Malagi. Serce biło mi szybko i czułam ucisk w gardle, nie wiem, czy spowodowany alkoholem, narkotykami, a może
podnieceniem wyjściem w miasto, bo nie robiłam tego od tak dawna. Czułam
się trochę jak nastolatka, którą w końcu rodzice puścili samą na
dyskotekę. Dojechałyśmy do klubu, rozejrzałam się wyrwana z zamyślenia,
ewidentnie nie było to miejsce, do którego miałyśmy trafić.
- Karo, miałyśmy iść do Kaleido, a nie na taką dyskotekę.
- Nie zgodziłabyś się, a tak już nie ma odwrotu. Zobaczysz, będzie
fajnie, znam tu menedżera, mamy wszystko za free, wykorzystajmy to.
- Jesteś najgorsza, wiesz o tym?
- Wiem.
Karolina pocałowała mnie w usta i wysiadła z taksówki. Zrobiłam to samo,
podałam taksówkarzowi pieniądze przez okno i wsłuchałam się w dochodzące
z lokalu dźwięki. Już wiedziałam, że jest to mój klimat. Z głośników
leciał utwór Sra Maria Daria Nu?eza. Pokiwałam głową, wyrażając
aprobatę dla tego kawałka. Klimat zapowiadał się raczej bardziej housowy
niż dyskotekowy, a to chyba dobry znak. Uśmiechałyśmy się do siebie z Karoliną w milczeniu. Czytała mi w myślach i wiedziała, że zrobiła
najlepszy ruch, wyciągając mnie tego wieczoru z domu.
Przed wejściem stał elegancki ochroniarz, który już z daleka uśmiechał
się do Karoliny. Szerokim gestem zaprosił nas do środka. Koleżanka
podeszła do niego i pocałowała w policzek. Zamienili ze sobą parę zdań,
po czym machnęła na mnie ręką, dając znak, że najwyższy czas wejść do
środka. W klubie mieszały się kolory bieli i błękitu. Na wielkim tarasie
z okrągłym barem pośrodku powiewały, przywieszone na drewnianych
belkach, długie pasma białych żagli podświetlone przez niebieskie ledy,
imitując taflę wody. Drobne srebrne lampki dodawały tajemniczego
klimatu. Było naprawdę ślicznie.
Ludzi o tej godzinie nie było zbyt wielu i pomyślałam, że byłoby
wspaniale, jeśliby tak zostało. Niestety, nie było to realne. To
popularny klub, w którym po północy trudno znaleźć kawałek miejsca na
parkiecie. Znajomy mojej towarzyszki, menedżer tego wspaniałego miejsca,
machał do nas już od wejścia; podszedł do Karo i obdarował ją długim
pocałunkiem w usta. Popatrzyłam na tę scenę z grymasem i pokiwałam
głową, nie pochwalając zachowania koleżanki. Machnęła na mnie ręką i pokazała mi język.
- Alex, to jest Roberto - wskazała na chłopaka, który błysnął białymi
zębami w nieziemskim uśmiechu.
Podałam rękę, siląc się na to samo.
- Cześć, miło mi.
Chłopak był naprawdę uroczy, złapał nas za ręce i pociągnął w stronę
stolika. Zamówiłyśmy gin z tonikiem i zasiadłyśmy na wygodnych białych
kanapach. Karolina otworzyła swój naszyjnik w formie krzyża i podała mi
łyżeczkę białego proszku. Wciągnęłam mocno i szybko, aż ciarki przeszły
mi po plecach.
- Hmm, niestety, wciąż to lubię - powiedziałam, odchylając głowę i zagłębiając się w kanapie.
- Wiadomo. Kto dzisiaj nie lubi, kochana, pij i korzystaj z tego do
woli, przysięgam, że wszystko, co się tu wydarzy, zostaje między nami.
- To oczywiste, też ci to obiecuję - wskazałam ręką na chłopaka, który
obserwował z zadowoleniem kolejnych gości wchodzących do klubu.
Popatrzył na nas i oznajmił, że wraca za chwilę.
- Jak ty to wszystko ukrywasz?
- Co? Jego?
- No tak, zachowujesz się, jakby to był twój facet, a nie zwykły
znajomy.
- Trochę tak jest. To taki partner bez zobowiązań. Tylko seks, a imiona
mi się nie mylą - wychyliła drinka i zaśmiała się głośno.
- A co na to Robert? Myślisz, że się nie domyśla?
- Nie wiem, nie obchodzi mnie to, on na sto procent też ma swoje za
uszami.
- To bez sensu, to po co z nim jesteś?
- Nie lubię poważnych zmian, a lubię małe przygody. Tak jak jest, podoba
mi się najbardziej. Popatrz na niego - wskazała chłopaka palcem. - Nie
jest idealny? Poza tym, tak jak już wspominałam, łączą mnie z Robertem
interesy, a nic tak nie wiąże ludzi ze sobą jak wspólne pieniądze. Nie
jestem też głupia, nie zamieniłabym Roberta, ustatkowanego,
bezpiecznego, tolerancyjnego, na jakiegoś dupka kontrolującego moje
życie. Poza tym zamienić Polaka na Hiszpana? Nigdy!!! Fajnie by było
przez miesiąc, a potem co? On co dyskoteka inna dupa, a co sobota obiad
z mamusią. Ja - obowiązek rodzenia dzieci i gotowania. To nie dla mnie.
- Jesteś dziwna, masz jakiś pokręcony tor myślenia. Nie będziesz
przecież wiecznie młoda.
- Weź no, nie umoralniaj mnie, proszę. Jestem szczęśliwa. Tobie też by
się przydało porządne dymanie, może w końcu ktoś by ci starł ten grymas
z twarzy. Tak długo, jak mogę i ile mam sił, żeby wycisnąć z życia
ostatnie soki, tak długo będę to robiła.
Karolina wstała i poszła w stronę baru. Jak przed Mojżeszem, rozstąpiło
się przed nią morze kolejki. Barman najwidoczniej znał ją na tyle
dobrze, że już miał gotowe trunki w wielkich oszronionych szklankach.
Nie wracała jednak od razu, długo z nim rozmawiała.
Wstałam więc od stolika, delikatnie znudzona, i poszłam do łazienki.
Spojrzałam na siebie w lustrze. Moje źrenice były odrobinę za duże, ale
dodawało mi to chyba uroku, przynajmniej tak w tej chwili sądziłam.
Dobrze dzisiaj wyglądam, pomyślałam. Odkręciłam kran i sprawdziłam
dłonią, kiedy zacznie lecieć lodowata woda. Kiedy ręka zrobiła się
zimna, dotknęłam karku i poczułam się lepiej.
Gdy wróciłam do stolika, Karolina już siedziała na miejscu, oczywiście
nie była sama. Towarzyszył jej Roberto i jeszcze pięciu innych kolesi.
Wszyscy byli pogrążeni w rozmowie, więc nie zwracali na mnie uwagi. Moja
towarzyszka pomachała do mnie ręką, a ja wysiliłam się na najszerszy
uśmiech, wskazałam palcem na chłopaka i powachlowałam twarz dłonią,
wywracając przy tym oczami.
Stolik uginał się od tapasów, owoców morza i oczywiście szampana - mój
ulubiony Dom Pérignon stał w białych od szronu coolerach.
- Oho, zrobiło się grubo, widzę.
- Siadaj, nie pierdol, pij - puściła do mnie oko. - Patrz, ilu kolesi ci
tu przyprowadziłam, wybierz sobie coś.
- Dziękuję za troskę, chyba dalej dam już sobie radę sama.
Wzruszyła ramionami.
- Rób, co chcesz - powiedziała i odwróciła się do mnie plecami.
Siedziałam zamyślona, sączyłam powoli szampana i rozglądałam się po
pięknym wnętrzu dyskoteki. W tym momencie ktoś położył rękę na moim
ramieniu.
- Mogę usiąść obok? - powiedział męski głos.
W końcu ktoś tu znał angielski. Ucieszyłam się, że będę miała do kogo
otworzyć usta i zabić resztę wieczoru, bo na Karolinę już nie mogę
liczyć. Uniosłam oczy ku górze i przymrużyłam je, starając się odszukać
w myślach, skąd znam tę twarz. Przez chwilę wstrzymałam oddech
zauroczona widokiem, jaki napotkały moje oczy. Przede mną stał bowiem
najpiękniejszy facet, jakiego do tej pory spotkałam. Przechyliłam głowę
i rozchyliłam delikatnie usta. Na ten widok mężczyzna uśmiechnął się
szeroko i ponowił pytanie, wyrywając mnie z transu.
- Jasne, siadaj - oprzytomniałam i uśmiechnęłam się, wskazując miejsce
obok siebie.
Facet postawił na stoliku swoją szklankę z whisky z lodem. Pachniał
wspaniale. Ciężkie perfumy z nutą cydru wypełniły moje nozdrza. W powietrzu zawisła chmura napięcia.
- Jestem Alex, bardzo mi miło, że w końcu mogę z kimś porozmawiać po
angielsku.
- Wiem, kim jesteś, miło mi. Lars.
- Naprawdę? A niby skąd?
Mężczyzna był starszy ode mnie, na oko koło czterdziestki. Był wysoki i bosko zbudowany. W przeciwieństwie do reszty męskiego towarzystwa przy
stoliku miał jasne, prawie białe włosy i bardzo jasną karnację.
- Widzieliśmy się dziś rano w barze, pamiętasz?
- Ach, tak! Oczywiście, że pamiętam! Nie poznałam cię w pierwszej
chwili, śledzisz mnie? - zaśmiałam się, marszcząc nos.
- Raczej mam to szczęście, że na siebie wpadamy - zawiesił głos i przeskanował mnie wzrokiem. Podniósł szklankę i upił łyk trunku, nie
odrywając ode mnie oczu.
Milczeliśmy przez chwilę, a uśmiech nie schodził z naszych twarzy.
- Skąd jesteś?
- Z Polski, mieszkam tu od paru tygodni, ale jeszcze zostaję w Maladze
pół roku. A ty? Szwed? Norweg?
- Szwed.
Patrzyłam w jego niebieskie oczy. Były prawie przezroczyste, lekko
przymknięte, a jednocześnie patrzyły z taką pasją i namiętnością, że nie
było mocy, żeby nie poczuć się jak w hipnozie. Nie zapomnij o oddychaniu, Alex, pomyślałam i w myślach wymierzyłam sobie strzał w policzek. W duchu modliłam się, żeby przerwał to milczenie, bo ja nie
mogłam wydusić słowa, patrzyłam tylko przed siebie z okropnie głupią
miną. W życiu nie byłam taka onieśmielona. Mężczyzna odwrócił się na
moment do swojego towarzysza i zamienił z nim parę zdań, a ja w tym
czasie starałam się zatrzymać galopujące w głowie myśli.
- O czym myślisz? - zapytał.
- O niczym ciekawym, zawiesiłam się po prostu - wystrzeliłam szybko,
jakbym miała odpowiedź napisaną na kartce.
Przechylił głowię i przymknął oczy, po chwili zaś uśmiechnął się szeroko
i przygryzł dolną wargę. Matko, jaki był boski! Gdybym stała, pewnie
nogi ugięłyby się pode mną. Przeczesał palcami włosy, a pojedyncze
kosmyki opadły mu na czoło.
Zdając sobie sprawę z absurdu sytuacji, uśmiechnęłam się szeroko i spojrzałam na niego, przekręcając głowę na bok. Teraz widziałam
dokładnie - to ten sam przystojniak, który przyglądał mi się
dzisiejszego poranka w barze. Przechyliłam kieliszek z szampanem i powiedziałam do siebie pod nosem.
- Matko, jaki jesteś piękny.
Rozbroił resztki mojej silnej woli najpiękniejszym uśmiechem, jaki w życiu widziałam. Zaśmiałam się i stuknęłam swoim kieliszkiem o jego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki