Rozdział 1
Czy zawsze wierzyła w istnienie kobiecej intuicji? Tak, chyba tak. Już wiele lat temu, gdy jeszcze pod koniec gimnazjum umawiała się z pewnym chłopakiem, Kinga niemal od razu wyczuła szóstym zmysłem, że ten spotyka się jednocześnie z inną dziewczyną. Przez lata napatrzyła się na tyle kobiet przekonanych o zdradzie mężów, pracując w agencji detektywistycznej ojca, że właściwie nie miała już żadnych wątpliwości co do tego, że te kobiety, choć dzwoniły do niej do sekretariatu, mówiąc, że chciałyby się tylko upewnić, czy mąż nie ma romansu, jakimś dziwnym trafem w głębi duszy miały już pewność. Zawsze wiedziały. A dowody były im najczęściej potrzebne jedynie do procesu rozwodowego albo jakiegoś bardziej lub mniej zawoalowanego szantażu, dzięki któremu chciały coś ugrać. Kobieca intuicja, czymkolwiek była, istniała naprawdę.
Jednak nie o tym Kinga myślała w to sobotnie przedpołudnie, gdy wściekła po raz kolejny klękała przed pralką, która znowu przestała pracować w połowie programu. Ubrana w luźne spodnie i bawełnianą koszulkę, z jasnymi włosami spiętymi w niedbały kok, wpatrywała się w urządzenie, myśląc tylko o tym, czy w przypływie złości nie wyrzucić go czasem przez okno. Choć kupili z mężem tę pralkę zaledwie rok temu, zepsuła się już czwarty raz. Wizyty rzekomo wspaniałych serwisantów nie pomagały na dłużej niż kilka miesięcy. Kindze zupełnie nie uśmiechało się pranie ręczne tego wszystkiego, co zaledwie dwadzieścia minut temu energicznie wepchnęła do bębna. Nie wspominając o stercie ubrań czekających na swoją kolej w koszu.
- Co ona tak pika? - Nagle dobiegł do jej uszu dziecięcy głos.
Kinga popatrzyła na młodszego synka stojącego w drzwiach. Szymek miał sześć lat i od rana grał ze starszym bratem na komputerze w jakąś arcyciekawą grę, ale widocznie teraz zainteresowały go dźwięki wydawane przez pralkę. Ubrany w pomarańczowe spodenki i szarą koszulkę do złudzenia przypominał Kindze męża. Kuba, lekarz pracujący w pobliskim szpitalu, był wyjątkowo przystojnym mężczyzną. Choć znali się już od dawna i miewali lepsze oraz gorsze momenty - jak to w małżeństwie - wciąż jej się podobał i nie miała nic przeciwko temu, żeby Szymek wyrósł w przyszłości na takiego samego przystojniaka.
Mimo złości, która rozsadzała ją od środka, spokojnie odpowiedziała na jego pytanie.
- Chyba znów się zepsuła - zawyrokowała.
Szymek zrobił zamyśloną minę.
- Dzwonimy do taty czy od razu po mechanika?
- Szczerze? Mam ochotę zadzwonić do sklepu i po prostu zamówić nową.
- W końcu - ucieszył się malec. - Ta krowa ciągle się psuje.
- Krowa? - zaśmiała się Kinga. Czasami w głowę zachodziła, skąd on bierze niektóre określenia.
Chłopiec wzruszył ramionami, jakby nie widział w tym nic zabawnego.
- Tata tak kiedyś na nią powiedział. Naprawdę potrzebujesz nowej pralki, mamusiu.
- Będę to miała na uwadze.
Szymek uśmiechnął się do niej, po czym odwrócił się i pobiegł z powrotem do brata. Kinga z rezygnacją spróbowała jeszcze raz włączyć urządzenie, ale pralka nie współpracowała. Nie chciała zaprzątać domowymi kłopotami Kuby, który miał dzisiaj dyżur, więc po prostu wyjęła pranie do miski, a potem wytarła wodę, która wylała się przy tym z bębna. Przerzuciła ubrania do wanny, a następnie, sztuka po sztuce, zaczęła je prać. Już po kilkunastu minutach bolały ją ręce i miała pozdzieraną skórę na dłoniach, ale udało jej się ani razu nie przekląć pod nosem i jakąś godzinę później pranie schło już na balkonie. W nagrodę Kinga zamierzała uraczyć się kawą i odpocząć na kanapie, ale wtedy do pokoju wkroczył jej starszy syn, Jeremiasz, a zaraz za nim Szymek.
- Głodny jestem - powiedział ten pierwszy.
- Ja też - zawtórował mu brat. - Kiedy będzie obiad?
Kinga westchnęła. Najchętniej powiedziałaby im, że jutro, bo jest tak zmęczona, że mogliby dać jej spokój i sami zrobić sobie dzisiaj kanapki, ale z doświadczenia wiedziała, że potem musiałaby sprzątać całą kuchnię, więc po prostu odstawiła kubek z kawą na stolik.
- Mam w zamrażarce paluszki rybne, mogę je wam usmażyć. Do tego jakieś ziemniaki i surówka, może być?
- Ja wolałbym zupę - oznajmił Szymek.
- Zlituj się nad matką, synu. Przez godzinę prałam ręcznie. Zupę mogę przygotować jutro.
- No dobra, ale zrób wtedy ogórkową - zgodził się Szymek.
- Jak sobie życzysz.
- Ja nie lubię ogórkowej - oburzył się Jeremiasz. - Nie mógłby być rosół?
- Ja chcę ogórkową!
- Ciągle jemy ogórkową, nie mieszkasz tu sam.
Kinga wstała z kanapy, myśląc, że zaraz z nimi zwariuje.
- To dojdźcie do jakiegoś porozumienia w kwestii jutrzejszej zupy, a ja usmażę te paluszki - mruknęła, wymijając chłopców w drodze do kuchni. - I kłóćcie się gdzieś indziej, żebym nie musiała tego wysłuchiwać.
Dzieci chyba zrozumiały, że mama jest zmęczona, bo przestały się sprzeczać, ale poszły za nią do kuchni. Usiadłszy przy stole, Szymek zajął się niedokończoną wcześniej kolorowanką, a Jeremiasz nie wiadomo skąd wyciągnął kostkę Rubika i zaczął ją obracać w dłoniach.
Chociaż chwila ciszy - pomyślała Kinga i wyjęła z szafki ziemniaki. Z dwójką dzieci w domu to był luksus. Czasami śmiała się nawet do brata, że wychodzi rano do pracy, żeby odpocząć od gwaru i dzieci. I choć były to żarty, dostrzegała w tych słowach ziarnko prawdy.
Pracowała w rodzinnym biurze detektywistycznym od kilku lat. Ojciec zaproponował jej stanowisko sekretarki właściwie zaraz po tym, gdy obroniła dyplom z administracji. Początkowo obawiała się, czy praca z Bernardem i Rafałem, ojcem i bratem, będzie dobrym pomysłem, ale potem uznała, że ojciec na pewno okaże się wyrozumiały dla córki, jeśli chodzi o wolne z powodu opieki nad dziećmi, więc po krótkim namyśle z zadowoleniem przyjęła propozycję.
I dotąd nigdy nie żałowała. Ojciec okazał się dobrym szefem, a ona wywiązywała się wzorowo ze swoich obowiązków, więc nie mógł jej nic zarzucić. Poza tym najzwyczajniej w świecie lubiła tę pracę. Przez agencję przewijały się dziesiątki ludzi, a ona lubiła kontakt z nimi. No, może tylko widok tych wszystkich zapłakanych kobiet, które dzięki jej ojcu lub bratu znalazły dowody na niewierność swoich partnerów, nie działał na nią najlepiej, ale z czasem i do tego się przyzwyczaiła.
Głodomory z niecierpliwością czekały na jedzenie. Podała im talerze z obiadem i sama usiadła naprzeciw synów. Trochę brakowało jej Kuby przy tym rodzinnym obiedzie, ale po tylu latach bycia żoną lekarza i do tego przywykła. Początkowo złościła się na to, że mąż musi dyżurować, zwłaszcza w święta, które spędzała wtedy z Rafałem i ojcem, ale potem nauczyła się z tym radzić i stała się bardziej niezależna. Nadal kochała Kubę, i to do szaleństwa, ale ceniła sobie ten czas, który mogła spędzić sama lub tylko z dziećmi. Zresztą przeczytała kiedyś, że kluczem do stworzenia udanego związku jest to, żeby każdy z partnerów miał przestrzeń dla siebie. Wydawało jej się to mądre i zawsze mówiła o tym młodszym koleżankom.
Gdy dzieciaki pochłonęły posiłek, Kinga uruchomiła zmywarkę i mogła wreszcie odpocząć. Chłopcy pobiegli grać na komputerze. Zwykle ganiła ich, gdy spędzali zbyt dużo czasu przed monitorem, lecz dzisiaj nie miała siły na wdrażanie metod wychowawczych. Zmęczona opadła na kanapę w salonie i zaczęła przeglądać pralki w jednym ze sklepów internetowych. Nie zamierzała teraz co prawda żadnej zamówić, bo to Kuba był u nich w domu specem w dziedzinie urządzeń elektrycznych, ale chciała zorientować się w cenach. Przez uchylone drzwi balkonowe wpadał do środka przyjemny wiaterek, a ona przeglądała nowe modele pralek, dopóki kilkadziesiąt minut później nie zadzwonił do niej Rafał.
Odruchowo uśmiechnęła się na widok jego zdjęcia wyświetlającego się na ekranie smartfona. Odkąd jej brat, detektyw nienarzekający na brak zleceń i popularności, jakiś czas temu zakochał się w pięknej kobiecie, którą poznał na Wybrzeżu podczas rozpracowywania jednego ze zleceń, nie widywali się już tak często jak kiedyś. Rafał, mieszczuch od urodzenia, niespodziewanie porzucił życie w stolicy i przeniósł się na prowincję. Wcześniej brał zlecenia głównie w Warszawie, ale po zmianie stylu życia pracował przede wszystkim w terenie i rzadziej zaglądał przez to do biura. A szkoda. Bo choć dzieliło ich kilka lat, zawsze dobrze się dogadywali i Kinga uważała brata za swojego najlepszego przyjaciela. Choć oczywiście nigdy mu o tym nie powiedziała i teraz też nie zamierzała go o tym informować.
- No w końcu - mruknęła na powitanie, kiedy odebrała telefon. - Znany i lubiany Rafał Kamieński raczył zadzwonić do siostry. Czym sobie zasłużyłam na tę nagłą uwagę? - spytała, siadając.
Rafał zaśmiał się, rozbawiony ironią w głosie siostry.
- Ciebie też miło słyszeć, siostrzyczko. Co tam w stolicy?
- Ach, wiesz, jak to jest. Blichtr, wielkomiejski pęd, wystawne życie, praca... - odparła z emfazą. - A ty w ogóle masz zasięg na tej swojej prowincji?
- Czasem uda się złapać jedną kreskę.
- Macie tam lokalną księgę na podobieństwo Księgi rekordów Guinnessa? Moim zdaniem powinieneś odnotować ten sukces.
- Wiesz co? Lata lecą, a ty nic się nie zmieniasz.
- Masz na myśli mój cudownie cięty język?
- Tak. Uwielbiam go. Mówiłem ci o tym?
- Możliwe - odparła, poważniejąc. - A tak zupełnie serio: co u ciebie słychać, braciszku? Nadal tak dobrze układa ci się z Amelią? Bańka nie prysła? Nie wracasz do Warszawy?
- Chyba powinnaś w końcu na dobre pogodzić się z moją nieobecnością - odpowiedział Rafał. - Amelia jest wspaniałą kobietą i jestem z nią tutaj szczęśliwy. W dodatku poznałem ostatnio kilka fajnych osób, więc zaczynam mieć tu nawet namiastkę życia towarzyskiego.
- A sądziłam, że po tym, jak rozwiązałeś zagadkę Drogi Rozpaczy, nie możesz opędzić się od sympatyków.
- Częściowo rozwiązałem - podkreślił Kamieński.
I rzeczywiście tak było. Gdy jakiś czas temu Rafał pojechał na Wybrzeże zbadać tajemnicę zaginięć kilku kobiet, nie udało mu się w całości rozwikłać tej sprawy, nad czym do tej pory niekiedy ubolewał. Tamtejsza ludność mimo wszystko uznała jednak jego poczynania za wyczyn i wdzięczna pani burmistrz urządziła nawet przyjęcie na jego cześć.
- Mniejsza o takie szczegóły - mruknęła Kinga. - Dla wielu i tak na pewno jesteś bohaterem.
- Może. Ale nie dzwonię, żeby o tym rozmawiać.
- Niech zgadnę - weszła mu w słowo. - Chciałeś zapytać o stan zdrowia ojca.
- Czy ty czytasz mi w myślach?
Kinga uśmiechnęła się i pomyślała o Bernardzie, który na szczęście ostatnio czuł się już lepiej. Kilka miesięcy temu, kiedy Rafał kończył zlecenie na Wybrzeżu, ojciec w wyniku wypadku samochodowego doznał licznych urazów. Mimo operacji początkowo jego stan był ciężki, Kinga i Rafał bardzo obawiali się o jego życie i zdrowie, ale Bernard z tego wyszedł i nadal był sprawnym, pełnym energii starszym panem.
Właściwie to ten wypadek był szczęściem w nieszczęściu - uznała Kinga. Od śmierci matki ojciec nie dbał o swoje zdrowie i mimo licznych próśb ze strony dzieci unikał lekarzy. Podczas pobytu w szpitalu po wypadku został w końcu dokładnie przebadany i dowiedział się na przykład, że ma początki cukrzycy. Diabetolog od razu wdrożył odpowiednią dietę, a ojciec przestał pogrywać z życiem i zaczął przejmować się swoim zdrowiem. Skrupulatnie notował w kalendarzu terminy kolejnych wizyt lekarskich i stawiał się na każdej. Kinga cieszyła się z tej zmiany. Mamę już pochowała, nie chciała stracić też ojca.
- Tata ma się dobrze - uspokoiła Rafała. - Chyba w końcu zaczął dbać o swoje zdrowie.
- Pilnujesz, żeby brał leki i chodził do lekarza?
- Na początku go nadzorowałam, ale wierz mi, nie muszę. Zaskoczył mnie i okazał się naprawdę wzorowym pacjentem. Sam o wszystkim pamięta i nawet ustawił sobie regularne przypomnienie w telefonie, żeby brać leki co do minuty o tej samej porze.
- A to tatuś...
- Jak widzisz, nie musisz się o niego martwić - oznajmiła siostra. - Radzi sobie, a ja dyskretnie nad nim czuwam. Zresztą Kuba też. Jutro mamy się spotkać na wspólnym obiedzie.
- Co dobrego przygotujesz?
- Tym razem zjemy poza domem. Kuba obiecał jakiś czas temu chłopakom, że zabierze ich na pizzę, więc umówiliśmy się z ojcem we włoskiej knajpce.
- Szkoda, że nie mogę do was dołączyć.
- No wiesz, wyprowadzka była twoją decyzją.
- Wiem i uprzedzając twoje kolejne pytanie: niczego nie żałuję - zapewnił ją Rafał. - Zresztą, tak między nami, mam niedługo w planach zabrać Amelię na kilka dni do stolicy.
- Oho, czyżbyś jednak stęsknił się za miejskim życiem?
- Raczej za moją ironiczną siostrzyczką i ojcem, ale nazywaj to, jak chcesz.
Kinga darowała sobie dalsze docinki.
- To kiedy przyjeżdżacie?
- Jeszcze nie wiem, ale uprzedzę cię kilka dni wcześniej, żebyś zarezerwowała dla nas trochę czasu.
- Bo ja mam taki zapełniony terminarz...
- Mimo wszystko odezwę się wcześniej. A teraz kończę, bo słyszę z kuchni wołanie Amelii. Trzymaj się. I pozdrów Kubę i dzieciaki! - rzucił na koniec.
- Pozdrowię - odparła Kinga, po czym pożegnała się z bratem i odłożyła telefon.
Nie przyznałaby tego chyba nawet łamana kołem, ale tęskniła za Rafałem. I choć cieszyła się, że jest szczęśliwy, czasami żałowała, że musiał zakochać się akurat w kobiecie znad morza i wyjechać.
Przez resztę dnia na zmianę sprzątała i odpoczywała. Choć po przeprawie z praniem czuła się zmęczona, doprowadziła jednak mieszkanie do porządku, a pod wieczór wybrała się z dziećmi na zakupy połączone z długim spacerem, żeby zaczerpnęły świeżego powietrza. Po kolacji wysłała synów po kolei do wanny i gdy o dwudziestej pierwszej zasnęli, sama wzięła prysznic, a potem poszła do łóżka.
Kocham Cię - napisała przed snem SMS-a do Kuby.
Mąż jednak nie odpisał, pewnie składał właśnie czyjąś złamaną rękę lub nogę.
No nic - pomyślała, przytulając się do poduszki. Nie pierwszy i nie ostatni to raz. Żona lekarza w pewnym sensie zawsze była słomianą wdową. Kinga wolała akceptować ten fakt, aniżeli z nim walczyć.