#travelismylife
Bezsprzecznie żyła podróżami. Zapisywała się na wszystkie szkolne wycieczki, potem sama obmyślała trasy w Bieszczadach, a gdy zarobiła pierwsze większe pieniądze, pojechała na all inclusive. Obiecała sobie, że nigdy nie odwoła żadnego zaplanowanego wyjazdu.
Lubiła odpoczywać aktywnie. Leżenie na plaży - owszem, raz do roku. Pozostałe wyprawy były podporządkowane zwiedzaniu. Chętnie poznawała regionalny koloryt, próbowała obcej kuchni czy rozmawiała z lokalsami. Podobnie jak w życiu zawodowym, tak i podczas podróży stawiała na dobrą organizację. Nienawidziła marnowania czasu i energii na nieistotne rzeczy. Pragnęła wykorzystać każdą chwilę spędzoną w innym miejscu.
Dlatego z wyprzedzeniem obmyślała program wycieczki. Sprawdzała turystyczne portale, zaznaczała na mapie najciekawsze miejsca i wyszukiwała bilety on-line, by niepotrzebnie nie wystawać w długich kolejkach. Bookowała noclegi, planowała sposób podróżowania, sprawdzała, czy podczas swojego pobytu załapie się na dodatkowe atrakcje.
Uwielbiała na przykład łączyć zwiedzanie z wyjazdem na koncert lub sztukę teatralną. Zamiast jechać kawał drogi i spędzić jeden wieczór na rozrywce, zazwyczaj rozciągała wyjazd na trzy dni. Mogła pobawić się, odetchnąć i zwiedzić nowe miejsca.
Często jeździła sama. Owszem, towarzystwo zawsze urozmaica podróż, ale może ją również zepsuć. Nie od dziś wiadomo, że im więcej ludzi, tym więcej problemów. Joanna wolała być sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Tempo zwiedzania dostosowywała wówczas do swoich możliwości, jadła tam, gdzie chciała i robiła to, na co miała ochotę. Wtedy czuła, że naprawdę wypoczywa. Uleganie kaprysom współtowarzyszy zawsze skutecznie odbierało jej przyjemność z wakacji.
W dodatku dzięki podróżowaniu w pojedynkę mogła zawierać wiele ciekawych znajomości. Samotna kobieta zawsze budzi zainteresowanie. Kiedy jest z partnerem - pojawia się bariera. Mało kto podchodzi i zaczepia pary.
Uwielbiała jeździć do Meksyku na przełomie października i listopada. Pierwszy raz zatrzymała się w hotelu w México City. To, co działo się na ulicach miasta, przerosło jej najśmielsze oczekiwania. Wielobarwne procesje, mumie, zjawy, kościotrupy, kwiaty i ołtarze śmierci przyprawiły ją o zawrót głowy. W końcu zakochała się w tym sposobie czczenia pamięci o zmarłych, ale dopiero podczas wizyty na jednym z cmentarzy w dzień Día de los Angelitos. Groby małych dzieci były całkowicie przykryte przez zabawki, kwiaty, laurki, łakocie.
Na jednym z nagrobków dostrzegła kolekcję pluszaków. Podeszła bliżej i pochyliła się, by odsłonić tabliczkę z imieniem. Drgnęła, gdy za plecami usłyszała słowa wypowiadane po hiszpańsku:
- Ramira uwielbiała misie.
- Och, przepraszam, nie chciałam przeszkadzać. - Speszona wyprostowała się i odwróciła.
Stał przed nią na oko dwudziestopięcioletni chłopak. Miał piękne, ciemne oczy, smukłą sylwetkę i ładnie wykrojone usta.
- Nie przeszkadza pani, przecież jesteśmy tu po to, by świętować. - Uśmiechnął się do niej, ale jego oczy pozostawały poważne.
Po chwili wahania ciekawość wzięła górę. Joanna postanowiła zaryzykować i zapytała:
- Kim była Ramira?
- Moją siostrą. Bardzo lubiła też słuchać bajek. Może opowie jej pani jakąś?
- Obawiam się, że mój hiszpański nie jest na tyle dobry, by...
- Nie szkodzi. Ona teraz rozumie wszystko. Proszę opowiedzieć coś, co mówi się w pani kraju dzieciom, by dobrze spały.
W ten oto sposób Joanna poznała Miguela. W ramach podziękowania wręczył jej cukrową czaszkę doprawioną tequilą. Poczuła dumę - przed przyjazdem czytała, że spożywa się je z rodziną i przyjaciółmi. Czyli Miguel zaliczył ją w poczet swoich bliskich, mimo tego, że znali się zaledwie od kilkunastu minut? Stał się jej przewodnikiem po mieście, nieocenionym towarzyszem i dobrym kochankiem. Takim, który nigdy nie pytał, kiedy wróci i czy z nim zostanie. Ten układ zdawał się przejrzysty dla obojga, nie musieli niczego ustalać. Gdy podczas kolejnych lat przyjeżdżała do Meksyku, zatrzymywała się właśnie u Miguela.
Pracował fizycznie, a w jego domu się nie przelewało. Co roku jednak pamiętał, by przynieść zmarłej siostrzyczce nowego pluszaka. Jeśli Joanna nie mogła jesienią odwiedzić Meksyku, dostawała w trzecim tygodniu listopada przesyłkę. Uśmiechała się na sam widok paczki. Wiedziała, że w środku znajdzie cukrową czaszkę.
Radosna atmosfera, która towarzyszyła Día de los Muertos, zawsze ją zaskakiwała, ale jednocześnie urzekała. Zobaczyła, jak można uczcić stratę, jak pokazać, że się pamięta, nie wylewając przy tym morza łez. A przecież pożegnania zawsze uznawała za integralną część życia. Gdy coś się zaczyna, musi dobiec końca.