ROZDZIAŁ 1
Hayes Alexander Rutherford, znany również jako miliarder, który oddałby swoją fortunę, aby już nigdy w życiu nie oglądać żadnej kobiety
Istnieje coś, czego pragnie mężczyzna po dwóch weselach, pogrzebie, potajemnej nocnej przejażdżce i niefortunnym incydencie z drogową padliną - a jest to koniec dramatów.
Żadnych więcej nieszczęść.
I ludzi.
Ani totalnych katastrof w miejscu, które miało być rajem.
Zamiast jednak walnąć się do wyra przy otwartych drzwiach balkonowych w prywatnej posiadłości na niewielkiej wyspie u wybrzeży Maine i słuchać szumu uderzających o brzeg fal, gdy osunę się w pozbawione trosk zapomnienie, aby nabrać sił po ostatnich tygodniach - po przyjeździe do rezydencji zastaję problem.
Ktoś włamał się do mojej posiadłości, co jest jasne jak przebijające się przez chmury słońce wschodzące ponad wodą w oddali.
Tylne drzwi głównego budynku nie są zamknięte na klucz, światła się palą, brudne naczynia i ubrania walają się po całej zadaszonej werandzie. Ktoś ułożył poplamione farbą szmaty przed pralnią, a otwarta na oścież lodówka zieje zimnym blaskiem.
Co gorsza, w mojej lodówce znajduje się sernik.
Sernik, różowe wino - w dupie mam markę, ważne, że różowe - trzy torebki ciastek z masłem orzechowym, dwa styropianowe kubki Bóg jeden wie z czym w środku, wielki surowy stek, buteleczka sosu tabasco i kostka masła. Wszystko to w lodówce, która powinna być zamknięta, a nie jest.
Wkładam rękę do wnętrza chłodziarki.
Temperatura pokojowa.
Butelka z winem już się nawet nie poci, więc drzwiczki są otwarte tak długo, że lodówka się wyłączyła.
Co gorsza, to oznacza, że ten, kto włamał się do mojego domu, zepsuł sernik.
Jak to się stało, że zbezczeszczenie ciasta jest najgorszym z grzechów mojego intruza?
Boli mnie głowa. Ciało jest sztywne i obolałe. Możliwe, że mam migrenę. Na pewno czuję smród skunksa, jestem wyczerpany, a ktoś - nieupoważniony ktoś, kto nie powinien przebywać w moim sanktuarium po wszystkim, czego dokonałem, aby dotrzeć tu anonimowo i niezauważenie - pozwala, aby w mojej otwartej lodówce zepsuł się sernik.
To nie powinno być najbardziej przerażające wydarzenie tego poranka, a jednak tak właśnie jest.
Szybko narasta we mnie irracjonalna wściekłość z powodu zmarnowanego deseru.
Gdy przemierzam salon, kierując się w stronę schodów, w jednej ręce trzymam telefon, w drugiej mocno ściskam żal, że zrezygnowałem z ochrony. Drewniana podłoga jest ubłocona - widać ślady zarówno stóp, jak i łap - na poręczy wisi kasztanowa kurtka z wyhaftowanym uśmiechniętym hot dogiem.
Sytuacja nieustannie się pogarsza.
Na miłość boską, Hayes, zadzwoń na policję, powiedziałaby matka. Nie jesteś tak dobrą partią, jaką był twój brat. Nie ryzykuj resztek dobrego wyglądu, które ci zostały, konfrontując się z bandytami.
Wystarczy, że sam to zrobię.
Gdybym był odrobinę brzydszy, być może polujące na bogatych kawalerów laski, od których nie potrafię się opędzić, byłyby mniej skłonne do rzucania mi powłóczystych spojrzeń i trzepotania rzęsami.
Nie żeby ich uwaga miała cokolwiek wspólnego z moim wyglądem.
Komu potrzebny wygląd, gdy na koncie ma tyle zer co ja, a matka zachęca go do ożenku tak natarczywie jak moja? Pod warunkiem, że wybranka ma odpowiedni rodowód i pozytywnie przejdzie weryfikację.
Zapach czegoś słodkiego i nieoczekiwanego łaskocze mnie w nos, ale nie w sposób, w jaki zrobiłby to sernik.
Łaskoczą perfumy. Biorąc pod uwagę coraz głośniejszą muzykę - czy to I Will Survive? - oraz towarzyszące jej skomlenie, wątpię, aby to zarządca nieruchomości postanowił się zabawić pod moją nieobecność.
Choć nie za dobrze znam człowieka, jestem pewien, że nie jest z tych, którzy śpiewają piosenki o kobiecej sile.
Co oznacza, że zaraz znajdę w łazience nieproszonego gościa.
Przechodzę korytarzem do sypialni i lekko naciskam klamkę. Drzwi uchylają się bezgłośnie, gdy je popycham, odsłaniając kolejną górę porozrzucanych ubrań i drastycznie zwiększając głośność śpiewu. Dwa biustonosze zwisają z lustra nad komodą. Otwarte pudełko tamponów leży na podłodze przed drzwiami. Obok walają się cztery pary zabłoconych butów - niebezpiecznie blisko tureckiego dywanika pod moim łóżkiem.
Ale bałagan jest niczym w porównaniu ze śpiewem.
Dobry Boże, co to za śpiew!
W mojej łazience nie ma człowieka. Jest za to hiena, która utknęła w niezręcznej fazie dojrzewania, wyssała hel z balonu, a potem wypuściła gaz z gardła, nie najlepiej wykonując najgorszą piosenkę karaoke na świecie.
Nie pomaga na ból głowy.
Nie pomaga na wyczerpanie podróżą, którą odbyłem, żeby dostać się tu po kryjomu.
Nie pomaga na pragnienie, by zaznać samotności z dala od świata, z dala od społecznych intryg, od matki, tortów weselnych, wieńców pogrzebowych i ciężaru oczekiwań całych pokoleń, które znalazły się na moich barkach właśnie teraz, gdy stałem się nie tylko nowym dyrektorem finansowym rodzinnego interesu, lecz także - dość szybko i niespodziewanie - ostatnim nieżonatym miliarderem w wieku poniżej osiemdziesięciu trzech lat na całej Ziemi.
Można by pomyśleć, że dobiegając czterdziestki, mam swobodę, dzięki której mogę powiedzieć każdemu, kto się wtrąca w moje życie osobiste, żeby spadał. Nic bardziej mylnego: fortuna mojej rodziny, która wzięła swój początek od kreskówek w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku, a pomnożyła się dzięki filmom familijnym, serialom telewizyjnym, sieciowemu streamingowi, parkowi rozrywki i markowym gadżetom, trwa do dziś, sprawiając, że każdy członek naszej familii marzeń znajduje się w centrum uwagi.
Jesteśmy filarem doskonałości.
Rutherfordowie nie dopuszczają do skandalicznych zachowań, nie dają się złapać nawet na niewielkich potknięciach, takich jak przejęzyczenie, chociaż w niektóre dni mam przemożną ochotę wejść na most Brooklyński i głośno zakląć.
I nawet jeśli próby moich krewnych, by zeswatać mnie z dziesiątkami kobiet, z których każda jest potencjalną wymarzoną narzeczoną, są irytujące, są niczym w porównaniu z wyrzutami, że nie żyję zgodnie z rodzinną tradycją.
Piosenka się zmienia, dziki lokator zaczyna fałszować do Thank U, Next.
Jest stanowczo za wcześnie na Arianę Grande i zakłócanie piskiem jej głosu.
Zapomnijcie o dojrzewającej hienie, która nawdychała się helu.
Robię dwa kroki do mojej sypialni i przez szparę w drzwiach do łazienki dostrzegam intruza. Kolejne trzy kroki i widzę wyraźnie.
W pewnym sensie.
Kobieta owinęła włosy niebieskim ręcznikiem, mój czarny jedwabny szlafrok zwisa z jej ramion, a jej twarz jest pokryta czymś zielonym. Jedną nogę opiera o krawędź eleganckiej wanny i...
Dobry Boże, powiedzcie, że nie robi tego, co mi się wydaje, że robi.
Kobieta zawodzi smętnie niezrozumiałe słowa, których chyba nie powinno się zawodzić, i mocno szarpie, co przerywa śpiew, gdy z jej gardła wyrywa się jęk bólu.
Tak.
Depiluje bikini, opierając stopę o brzeg mojej marmurowej wanny.
Mając na sobie mój szlafrok.
Co za zuchwała baba.
Włamała się do mojego domu.
Zostawiła śmieci, brudne naczynia i ubrania na każdej dostępnej powierzchni.
Nie szanuje sernika.
I depiluje się w łazience, profanując wątpliwej klasy piosenki.
To się musi skończyć.
Teraz.
Wchodzę, gotowy przerzucić ją sobie przez ramię i wywalić przez balkon.
- Co ty, do diabła, wyprawiasz?!
Odwraca się, krzyczy, następnie szybko jak ninja porywa z brzegu wanny wielką butlę szamponu i rzuca nią w moją głowę.
- Przestań! - rozkazuję.
- Intruz! - wrzeszczy, aby przekrzyczeć piekielną muzykę. - Bierz go, Żelek! - Chwyta ręcznik i również nim we mnie rzuca.
Z łatwością robię unik, choć moje zmęczone ciało wolałoby, żeby nie było to konieczne.
- Przestań.
Na wszystkie filmy, które kiedykolwiek powstały w wytwórni Razzle Dazzle, dlaczego właśnie dziś postanowiłem zrezygnować z ochrony?
Jej szlafrok - mój szlafrok - jest rozchylony, odsłania kremową skórę, jędrne piersi i na wpół wydepilowaną strefę zakazaną, ale niemal całkowita golizna nie przeszkadza kobiecie skoczyć na drugi koniec łazienki do mojej półki, z której porywa pastę do zębów i również nią we mnie rzuca.
- Złodziej! Morderca!
Stawiam trzy kroki w jej stronę, przy czym leci ku mnie elektryczna szczoteczka do zębów.
- Za kogo ty się, do cholery, uważasz?
- Pomocy! - wrzeszczy. - Żelek!
Odpycham na bok rzucone pudełko. Co to, do chuja, jest żelek?
Babka jest zboczona? To jakieś hasło bezpieczeństwa?
Ma mnie za striptizera? A może za żigolaka?
A wydawało mi się, że gorzej już być nie może.
Chwyta stojący pośrodku toaletki stojak na ręczniki, ale dobiegam do niej i wyrywam go jej z rąk, nim zdąży znów we mnie rzucić. Chwytam ją za nadgarstki, by nie wyrządziła więcej szkód.
- Co - sapię w jej pokrytą zieloną mazią twarz - robisz w moim domu?
Wykręca ręce, wyrywa mi się i nurkuje w stronę garderoby.
- To nie jest twój dom!
Bawi się w szczegóły? Chryste, nienawidzę rozmawiać z ludźmi tak samo jak tego, że wciąż muszę przekrzykiwać tę pogańską muzykę.
- Jestem cholernie pewny, że to nie jest też twój dom. - Ups. I znowu przekleństwo. Przepraszam, mamo. - Co tu robisz?
- Żelek! - wrzeszczy. Obraca się, mamrocząc coś o zbyt wielu przeklętych drzwiach.
Ręcznik na jej głowie się przekrzywia, szlafrok rozchyla, dając mi widok, którego nie pożądam dziś od żadnej kobiety, aż w końcu zaczynam rozumieć.
Strach.
Ona się boi.
Opóźnione pojmowanie, Hayes?
Mamrocząc pod nosem, wkładam ręce do kieszeni i opieram się o drzwi garderoby, siląc się na spokój. Spoglądam na nią jak na zadanie z matematyki, a nie żyjącą kulę emocji, która złapała za suszarkę do włosów i celuje nią we mnie, jakby mogła wydmuchać mnie za drzwi.
- Kim jesteś? - Tak na marginesie, cholernie trudno o spokojny ton. Wczoraj pięć minut po rozpoczęciu się wesela brata skończyły się moje umiejętności towarzyskie, a przez sześć kolejnych godzin musiałem udawać, że dobrze się bawię. Nie zostało już nic, co mógłbym wykorzystać wobec tej kobiety stojącej pomiędzy mną a czasem w samotności, który od tak dawna mi się należy.
Kołysze się w przód i w tył, ręcznik zsuwa się z jej włosów, poły szlafroka powiewają, a suszarka pozostaje skierowana na mnie. Na pokrywającej twarz zielonej mazi wychodzą plamy, jakby kobieta pociła się pod maską.
- Uczciwie wynajęłam ten dom, więc musisz wyjść.
- Jestem właścicielem i nikomu go nie wynajmowałem.
- Udowodnij.
Udowodnij?
- Nie masz pojęcia, kim jestem, prawda?
- Jaja sobie robisz? - mruczy pod nosem. - Kolejny? Żelek!
- Przestań krzyczeć o żelkach. Czym, do cholery...
To ostatnie słowo, które wypowiadam, nim uświadamiam sobie, czym jest żelek.
To pies.
Wielki, czarno-brązowy, z długim pyskiem, spiczastymi uszami, szczerzący zęby, warczący pies obronny.
Mam wrażenie, że zaraz zostanę jego śniadankiem.
Ten dzień naprawdę nie mógłby być gorszy.