Aby "pozbyć" się migreny, trzeba... przestać się zajmować migreną, a zacząć - sobą
Cierpiąc przez wiele lat na migrenę, nie udało mi się znaleźć rozwiązania, dopóki ... nie przestałam się nią zajmować. Odkąd zrozumiałam, że aby wyleczyć migrenę, potrzebuję przestać zajmować się migreną, a zająć człowiekiem, który na nią cierpi, czyli - sobą, migrena dość szybko, a co najważniejsze - trwale zniknęła z mojego życia.
Dopóki traktowałam migrenę jako coś, co "mi się przydarza", jak uderzenie asteroidu w Ziemię, gdzie ja jestem Ziemią - niczego nie spodziewającą się ofiarą ataku, a migrena asteroidem, za wszelką cenę próbowałam jej uniknąć lub się jej pozbyć, odcinając jej odczuwanie silnymi lekami. Postrzegałam ją jako coś wysoce niekomfortowego, na co nie mam ochoty z jednej strony i upiorne, natarczywe zjawisko niewiadomego pochodzenia, na które medycyna nie zna wyjaśnienia i na które jest się skazanym, gdy się ma "pecha" mieć do niej skłonności - z drugiej. Moje wyobrażenie na jej brak związku ze mną wyglądało mniej więcej tak: jestem sobie ja, żyję sobie spokojnie i normalnie, a tu nagle ni stąd ni zowąd "przychodzi" migrena. Zaczyna mnie boleć głowa, zbiera mi się na wymioty i to wszystko spada na mnie jak grom z jasnego nieba. "Bez żadnego powodu".
Sporo czytałam na temat migreny i wiedza, jaką uzyskałam w wyniku tej lektury przekonała mnie, że nie mam z nią szans na wygraną. Sytuacji nie ułatwiała mi historia migreny w mojej rodzinie. Cierpiała na nią od młodości moja mama i migrena jej "przeszła" dopiero grubo po menopauzie, po wielu latach cierpień, zmagań i życia o bardzo nędznej jakości.
Pomimo trwania w pozycji ofiary demona zwanego migreną, tliło się we mnie, od nie pamiętam kiedy, poczucie dziwnego ni to niepokoju ni to niezgody na tą sytuację. Nie satysfakcjonowało mnie czekanie z założonymi rękami kolejne dziesięć czy dwadzieścia lat, zanim migrena będzie uprzejma samoistnie mi przejść, łykając tabletki o mocy mogącej zwalić z nóg konia i będąc wyłączoną z życia podczas jej, trwających długimi godzinami, sesji, po których wracałam "wyssana" z sił i energii, z lękiem wyczekując kolejnego ataku i z powodu tego lęku nie mogąc cieszyć się czasem "pomiędzy", bardziej więc wegetując niż naprawdę żyjąc.
Moja natura poszukiwacza istoty rzeczy i zjawisk, ciekawość praw rządzących ludzkim życiem i zainteresowanie praktycznym i świadomym ich zastosowaniem dla poprawy jego jakości - w dziedzinie zdrowia oraz w jakimkolwiek innym obszarze, w połączeniu z moim własnym cierpieniem, zaowocowały powstaniem we mnie determinacji, żeby odnaleźć "sposób na migrenę" - sposób ostateczny, czyli zneutralizowanie jej źródła, a nie doraźny, polegający wyłącznie na złagodzeniu czy eliminacji objawów. Stała się ona z czasem tak wielka, że niemal czułam wewnętrznie, iż stałam się energetycznie jednym wielkim znakiem zapytania, emanującym tą energią gdzieś w przestrzeń, jakby w niemym zapytaniu Wszechświata o rozwiązanie tej kwestii. Długo czekałam, ale po jakimś czasie moja cierpliwość i upór zostały nagrodzone i niczym w odpowiedzi na nie do mojej świadomości przebił się pewien subtelny, ale zauważalny sygnał. Nie był gotowym rozwiązaniem, ale - jak miałam się przekonać później z perspektywy czasu - narzędziem, które okazało się w procesie poszukiwania rozwiązania niezwykle przydatne.