WSTĘP
Nadzieje i zmiany
Stoję za kulisami Dallas Brooks Hall w Melbourne. Serce bije mi tak
mocno, jakby za chwilę miało się wyrwać z piersi. Pocę się, tracę
ostrość widzenia i nie mogę złapać tchu. Taka reakcja jest zupełnie
naturalna, bo w ten letni wieczór przybyło osiemset osób, aby posłuchać,
jak przez półtorej godziny gadam z oświetlonej blaskiem jupiterów sceny.
Rzadko mam tremę, ale kiedy mnie dopada, jest naprawdę obezwładniająca.
Korzystam wtedy z wypróbowanej metody - wymykam się na korytarz, gdzie
zaczynają się zbierać pierwsi widzowie, i zaczynam z nimi rozmawiać.
Uspokajam się, widząc, że mam do czynienia z dobrymi ludźmi, którzy nie
życzą mi źle.
Gawędzę tak sobie przez kilka minut i w pewnym momencie kątem oka
zauważam przypatrującego mi się mężczyznę. Wyróżnia się spośród
pozostałych: jest potężnie zbudowany, ma niebieski podkoszulek,
wytatuowane ramiona i imponującą brodę. Widzi, że zwróciłem na niego
uwagę. Na moment się odwraca i mówi coś do dwóch towarzyszy. Cała trójka
rusza w moją stronę i po chwili osiłek zatrzymuje się przede mną, wysuwa
brodę i marszczy brwi.
- Czemu nie dajesz mi spokoju?
Otwieram i zamykam usta jak ryba, ale nie jestem w stanie dobyć z siebie
żadnego dźwięku. Na szczęście wielkolud skraca moje cierpienia. Uśmiecha
się szeroko.
- Ta cholerna książka... to historia mojego życia, chłopie!
Powoli zaczynam rozumieć i też się uśmiecham. Po chwili osiłek
przedstawia mi ojca i brata. Obaj przytakują zgodnie, kiedy opowiada, że
przez wiele lat prawie się do siebie nie odzywali - w zasadzie zerwali
kontakty - dopóki nie przeczytał Męskości. Przesłał książkę ojcu i bratu i w końcu wszystko sobie wyjaśnili. Przyjechali tu, żeby mi
podziękować i posłuchać, co jeszcze mam do powiedzenia. Musimy kończyć
rozmowę, bo zbliża się pora wykładu. Wchodzą na salę uśmiechnięci... ja
zresztą też.
Psycholog rodzinny w takich chwilach ma największą satysfakcję z pracy.
Do końca lat dziewięćdziesiątych miałem szczęście wysłuchać setek
podobnych opowieści. Pojednania ojców i synów były wspaniałe, ale
stanowiły jedynie część panoramy sytuacji: na całym świecie w męskiej
połowie ludzkości wzbierała fala zmian. Młodzi mężczyźni stawali się
lepszymi ojcami. Trzydziestolatkowie pomagali nastolatkom z patologicznych środowisk. Pary uczyły się budować szczęśliwsze
małżeństwa. Panowie w średnim wieku rezygnowali z posad w wielkich
firmach, aby znaleźć zajęcie, które da im satysfakcję. Starsi zaczęli
szukać pomocy w radzeniu sobie z przygnębieniem i depresją, z którymi
dawniej zmagali się samotnie. Coś się działo. Odchodziliśmy od wizerunku
mężczyzny jako sztywnej, samotnej maszyny do pracy. Mur, który odgradzał
nas od naszych bliskich oraz od innych mężczyzn, rozbierano cegła po
cegle. Męskość stała się jednym z narzędzi, które w tym pomogły.
Wydana w 1994 roku książka zapoczątkowała serię artykułów w prasie,
programów telewizyjnych, dyskusji radiowych i rozmów o mężczyznach,
którzy zmieniają się nie dlatego, że powinni (bo taka zmiana z konieczności jest z góry skazana na niepowodzenie), ale dlatego, że
chcą. Reklamy oraz środki przekazu podchwyciły temat mężczyzny, który
otwiera się na zmiany, wyłamuje z szablonu. Nawet w serialu telewizyjnym
Seachange pojawił się wątek męskiej grupy.
Męskość niosła proste przesłanie: życie mężczyzny może być o wiele
bogatsze od tego, jakie dotychczas nas zadowalało. Nie jesteśmy tylko
chodzącymi portfelami. Ciągły pośpiech, dzieci, które nas nie lubią, i sztucznie podtrzymywane małżeństwa nie muszą być regułą. Nie trzeba
udawać, że wszystko jest w porządku, gdy jesteśmy źli, czujemy się
beznadziejni i przygnębieni. W młodości marzyliśmy o przygodach i wspaniałych wyczynach. O życiu, w którym liczą się kreatywność i energia. Mieliśmy do niego prawo i musieliśmy je odzyskać.
Potrzebowaliśmy takiego przesłania. Na całym świecie męskość
przechodziła kryzys, którego przejawami były depresja, przemoc, rozwody,
alkoholizm, śmierć na drogach oraz destrukcyjne działania na skalę
globalną i osobistą. (W tamtym okresie nie brakowało płytkich i nieuczciwych ludzi w Białym Domu, siedzibie australijskiego premiera czy
na Downing Street w Wielkiej Brytanii, a większość ludzi czuła głębokie
rozczarowanie naszymi przywódcami). Jedna książka nie mogła odmienić
świata, ale mogła stać się mapą dla tych, którzy pragnęli takich zmian i chcieli zacząć od siebie. Opierała się na przekonującym założeniu: sedno
problemu ludzkości stanowią okaleczeni i nieszczęśliwi mężczyźni. Czy
mogliśmy zatem przywrócić równowagę w przyszłości, dbając o to, by
więcej było tych dobrych?
Jaki błąd popełniliśmy?
Ta książka mówi o sferze osobistej, o rozpoczęciu zmian od siebie.
Jednak aby bezpiecznie nawigować podczas "rejsu", jakim jest życie,
musimy znać i rozumieć prądy, z którymi przychodzi nam się mierzyć w trakcie żeglugi. Jeśli twój los wydaje ci się niemożliwie ciężki, wiedz,
że nie za wszystko ponosisz winę. Jesteśmy produktami przeszłości, a minione stulecie było cyklonem zmian. Czasy, w których przyszło nam żyć,
nie są zwyczajne i nikt ze współczesnych ludzi nigdy nie doświadczył,
czym jest taka zwyczajność. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale tempo
wydarzeń jest tak wielkie, że wszyscy z trudem łapiemy oddech. Przez
ostatnie sto lat spadły na nas potworne ciosy, kryzys gospodarczy,
wojny, przesiedlenia i emigracja. Dotknęły każdą rodzinę i każdego
człowieka. Otworzyły się międzypokoleniowe rany, którymi nikt się nie
zajął.
Kobiety lepiej dały sobie radę: bardziej wspierały się nawzajem i skuteczniej trzymały swojego człowieczeństwa. Tymczasem mężczyźni wyszli
z tego bardziej poobijani - to my byliśmy żołnierzami, górnikami,
paliwem dla fabrycznych maszyn i korporacyjnymi marionetkami. Powódź
tych wszystkich zmian zostawiła po sobie poważne obrażenia emocjonalne,
które nie zdążyły się zagoić, nim spadły na nas nowe ciosy. Mając tak
okaleczone dusze, gorzej radziliśmy sobie z opieką nad dziećmi,
kochaniem żon i uczeniem dojrzewającej młodzieży. Gdzieś po drodze
zerwały się więzi, które pomagają kształtować zdrową męskość i przekazywać dalej pozytywne wzorce.
Twoje życie i codzienne kłopoty z rodziną, pracą i światem są z tym
ściśle związane. Zawirowania, jakie przetrwali nasi rodzice, dziadkowie
i pradziadkowie, nie miały w historii precedensu. To dzieje bohaterów -
nie zdominowali nas faszyści i nie zniszczyła wojna atomowa.
Przetrwaliśmy bombardowania miast, krwawą partyzantkę w dżungli, kolejki
po żywność, likwidowanie fabryk i wyprawy, które różnie mogły się
skończyć. Przeżyliśmy, ale musieliśmy zapłacić za to sporą cenę.
Zatraciliśmy umiejętność słuchania własnego serca.
Właśnie to próbuje naprawić ta książka: pomóc nam odzyskać
człowieczeństwo, które zgubiliśmy gdzieś w koszmarach historii.
Mężczyźni powinni być wolni i znowu mamy na to szansę. Jeśli ten
przewodnik spełni swoje zadanie, pomoże ci odnaleźć drogę do celu, nawet
jeśli nie miałeś pojęcia, że zboczyłeś ze ścieżki. Twoje życie może się
okazać wspanialsze, niż sobie wyobrażałeś.
Czy mężczyźni naprawdę mogą się zmienić?
Każdy dostrzega problem. Matki codziennie słyszą w wiadomościach o napadach z bronią w ręku i śmiertelnych wypadkach. Modlą się, by ich
synowie bezpiecznie wrócili wieczorem do domu. Żony, widząc, jak ich
mężowie miotają się i cierpią, pragną, aby zdołali wreszcie odnaleźć w życiu cel. Młode kobiety, szukając godnych miłości partnerów, trafiają
jedynie na nieukształtowanych chłopców. Tymczasem miliony mężczyzn
garbią się przed monitorami komputerów i myślą: Czy w życiu nie powinno
chodzić o coś więcej?
Niestety, większość ludzi pomysł szeroko zakrojonych zmian w życiu
mężczyzn uważa za nierealistyczne marzenie. A przecież nawet najwięksi
cynicy muszą przyznać, że coś się dzieje z męską połową naszego gatunku.
(Pomyśl tylko, jak bardzo się różnią George Bush i Barack Obama. Chyba
mi nie powiesz, że nie dostrzegasz pokoleniowej przemiany w mężczyznach?)
Istnieje jeden doskonały dowód na to, że zmiana na wielką skalę jest
możliwa - kobietom już się udało jej dokonać. W ciągu zaledwie czterech
dekad, od początku lat siedemdziesiątych, cały żeński rodzaj określił
się na nowo. Ruch Kobiet przeciwstawił się tysiącom lat opresji i ograniczeń, dokonując bezprecedensowej w dziejach przemiany. Kiedy nasz
gatunek musi się zmienić, potrafi zrobić to bardzo szybko.
Życie mężczyzny powinno być znacznie bogatsze niż to, jakim się
zadowalamy.
Kobiety wciąż jeszcze nie dotarły do etapu, na jakim chciałyby się
znaleźć, i prawdopodobnie jest tak z jednej, istotnej przyczyny - nie
zmienili się mężczyźni. Tam, gdzie mamy i mężczyzn, i kobiety, można
dostrzec dziwne zjawisko: nie są oni dla siebie równorzędnymi
partnerami. Widać to wszędzie - od sypialni po salę posiedzeń - pełna
energii, elokwentna ona oraz skrępowany, sztywny i zagniewany on.
Panowie zmagają się ze sobą, sprawiają wrażenie, jakby zadanie ich
przerastało, i przez to wszyscy czują się źle. Aby nasze społeczeństwo
stało się naprawdę wolne, potrzebujemy zapału i energii przedstawicieli
obu płci. Świat czeka na męską połowę ludzkości - trzeba nam w pełni
rozbudzonego, aktywnego mężczyzny, aby stawić czoło wszystkim problemom,
począwszy od przemysłu wydobywczego, który wyniszcza naszą planetę, a skończywszy na tym, że dzieci chcą się pobawić na dworze z tatą, kiedy
on wróci z pracy.
Czas się zabrać do dzieła. Wiele się wydarzyło, odkąd ukazało się
pierwsze wydanie Męskości: zmiany w życiu mężczyzn nabrały tempa (tak
jak czterdzieści lat wcześniej w życiu kobiet). Jesteśmy dopiero na
początku. Być może dla ciebie "wyzwolenie mężczyzn" jest zupełnie nową
ideą, ale niewykluczone, że to właśnie ty jesteś członkiem pokolenia,
dzięki któremu wszystko się odmieni. Mam nadzieję, że tak właśnie się
stanie.
Dlatego proszę, miej się na baczności (piszę to z uśmiechem), bo lektura
tej książki wiąże się z pewnymi konsekwencjami. Czytającym ją mężczyznom
zdarza się spontanicznie wybuchać płaczem. Niektórzy rzucają wszystko i wyruszają na poszukiwania rodzeństwa lub rodziców, z którymi od dawna
nie mają kontaktu. Inni rezygnują z etatów, które niszczą ich dusze -
nawet tych dobrze płatnych. Uczą się delikatnie brać za rękę swoją żonę.
Zaczynają śpiewać pod prysznicem. A dzieci znowu ich lubią.
No bo kto nam powie, że jeszcze nie pora na nowego mężczyznę? Że skoro
naszą planetę trawią ekologiczne katastrofy, chciwość i pazerność, to
nie czas, aby dobrzy mężczyźni odkryli w sobie siłę i z podniesionym
czołem zrobili to, co należy, by naprawić nasz świat?
Ta książka opiera się na założeniu, że wszyscy powinniśmy być spełnieni,
zdrowi, szczęśliwi i pełni życia. To, co jest dobre dla twojej duszy,
jest także najlepsze dla twoich bliskich i całego świata. A zatem do
dzieła.
Steve Biddulph
Tamar Valley
2010
ROZDZIAŁ 1
Problem
Widzieliście wyraz oczu trzydziestopięcioletniego mężczyzny?
Robert Bly
Problem można przedstawić w bardzo prostych słowach. Większość mężczyzn
nie ma życia. Zamiast niego jest wielkie udawanie, maska, którą
nakładamy na twarz codziennie rano i zdejmujemy dopiero, gdy wieczorem
zasypiamy. Każdego dnia po prostu żyjemy w kłamstwie. Wszyscy tak się do
tego przyzwyczailiśmy, że nie zwracamy już na to uwagi.
A nie zawsze tak było. Wiemy, że w przeszłości mężczyźni czasami musieli
"grać twardzieli", ale mogli też przestać udawać, aby kochać, śmiać się
i być z kimś blisko, pozwolić sobie na smutek lub zbudować przyjaźń.
Dziś maska nie znika z twarzy, a za nią często kryje się niepewny
siebie, przerażony człowiek. Większość mężczyzn przez całe życie udaje,
że wszystko jest w porządku, choć to nieprawda. Takie udawanie nie ma
nic wspólnego z prawdziwym życiem.
Problem zaczyna się wcześnie, zwykle już u nastolatka, który staje przed
dylematem "jak stać się mężczyzną". Chłopiec wypróbowuje wiele
stereotypowych męskich masek - wyluzowanego kolesia, pracusia, "fajnego
gościa", twardziela lub "wrażliwca nowej ery". Obserwuje, która
najlepiej sprawdza się w jego otoczeniu, w rodzinie, w szkole i na
podwórku. Większość ma zastygłe, przyklejone do twarzy uśmiechy. "Jest
spoko". "U mnie wszystko gra". Ten proces przeważnie zachodzi bez
udziału świadomości. Chłopak może mieć jedynie mgliste pojęcie o tym, co
się dzieje, a ponieważ wszyscy jego koledzy postępują tak samo, wydaje
mu się to zupełnie naturalne.
Maski służą konkretnemu celowi: nie dopuszczają poczucia bezbronności i ryzyka, że się odsłonimy. To ważne, kiedy nie masz pojęcia, kim jesteś
ani jakie uczucia są dozwolone. Nikt nie może zranić tego, kto skrywa
się pod maską. Jeśli nie widzą prawdziwego ciebie, nie mogą cię wyśmiać,
odrzucić ani skrytykować. Dlatego dalej symulujesz. Tylko że takie
udawanie ma swoją cenę. Jeśli nikomu nie pokazujesz, jaki jesteś
naprawdę, zaczynasz się czuć bardzo samotny. Rodzice ze smutkiem
zauważają, że ich syn zamyka się w sobie. Przyjaciele, potencjalne
sympatie i dorośli, którzy mogliby takiemu młodemu człowiekowi pomóc,
wyczuwają rosnący wokół niego mur i się wycofują. Jednak najbardziej
cierpi sam chłopiec stający się mężczyzną. Maska zmienia się w przeszkodę, która przez całe życie stoi na drodze do spełnienia i miłości.
Większość kobiet jest inna. Wystarczy spędzić kilka godzin w ich
towarzystwie (zwłaszcza wśród takich, które mają już na koncie sporo
życiowych doświadczeń), a od razu wyczuwasz, że są bardziej szczere niż
mężczyźni i żyją naprawdę. Masz wrażenie, że ich niezwykła wewnętrzna
energia i duch przejawiają się w sposobie, w jaki rozmawiają, poruszają
się i śmieją. Kobiety mają własne problemy, ale większość z nich
przynajmniej działa tak, jak podpowiada im to świadomość siebie. One
zwykle wiedzą, kim są i czego pragną.
Skąd się wzięła taka różnica? Małe dzieci obojga płci mają dość dobry
start. Dziecko jest z natury otwarte, spodziewa się, że będzie
szczęśliwe, a życie okaże się przygodą. Dlatego tak cudownie jest
przebywać w towarzystwie maluchów. Niestety, bardzo szybko duch małego
chłopca zaczyna się kurczyć. Już na początku szkoły staje się sztywny i skrępowany. U nastolatka każdy mięsień jest odzwierciedleniem jego
frustracji. Kiedy wchodzi w wiek dorosły, jest jak tygrys wychowany w zoo. Krąży po wybiegu, zdezorientowany i odrętwiały, pełen
niewykorzystanych sił i energii. Wyczuwa, że musi istnieć coś więcej,
ale nawet nie wie, czym owo "więcej" jest. Dlatego skupia się na
udawaniu - przed przyjaciółmi, rodziną i samym sobą - że wszystko jest w porządku.
Pierwsze rysy
Trudno jest bez przerwy udawać, nic więc dziwnego, że prędzej czy
później w fasadzie zaczynają się pojawiać pęknięcia. Czasem powstają,
gdy mężczyzna na moment uświadomi sobie, że mogłoby być inaczej,
znajdzie się sam na łonie natury, na nadmorskiej plaży lub w pięknej
scenerii o zachodzie słońca i poczuje więź z oceanem, drzewami i niebem.
Albo przeżyje wyjątkowe chwile z kobietą - intensywną namiętność lub
pełną czułości bliskość. A może, bawiąc się z dziećmi, nagle sam poczuje
się jak dziecko pełne energii i życia. Dojrzy coś poruszającego i zarazem pięknego... co po chwili zniknie, a on nie zdoła zatrzymać tego
wrażenia na dłużej. Wróci do zwyczajnych spraw, ale to doświadczenie nim
wstrząśnie. Teraz już wie, że w jego życiu czegoś brakuje.
Czasami pierwsze rysy pojawiają się gwałtowniej. Jeśli mężczyzna zyska
wprawę w wypieraniu prawdziwych uczuć, napięcie może niepostrzeżenie
narastać przez wiele lat i pewnego dnia, jak ciśnienie skumulowane
głęboko pod skorupą ziemską, znajdzie sobie ujście gdzieś na linii
uskoku. Wtedy szkody powstają błyskawicznie i są poważne - nagłe
pogorszenie stanu zdrowia, upokarzająca porażka w pracy nosząca znamiona
sabotażu własnej kariery lub tragiczny wypadek samochodowy, za który
ewidentnie to on ponosi winę...
Ten, kto ukrywa przed innymi swoje prawdziwe ja, czuje się bardzo
samotny.
Najczęściej jednak obywa się bez dramatu, a pojawia się jedynie
podstępna rozpacz. Mężczyzna zaczyna podejrzewać (często niesłusznie),
że nie jest kochany przez najbliższe osoby, i zdaje sobie sprawę (często
słusznie), że one nie znają go naprawdę. Jego więź z własnym życiem
nagle staje się najcieńszym z włosków.
Rozpoczynam wykład dla dyrektorów szkół. Na sali zebrało się ich
trzydziestu lub czterdziestu. Atmosfera jest napięta, do tego stopnia,
że pytam wprost, co się dzieje. Wyjaśniają, że jeden z ich kolegów
poprzedniego wieczoru odebrał sobie życie i właśnie się o tym
dowiedzieli. Żona zostawiła go dla innego mężczyzny, więc skoczył do
rzeki i się utopił. W oczach zebranych maluje się niedowierzanie. Jak
mógł to zrobić?
W mojej szkole średniej w maturalnej klasie uczył się zdolny chłopiec.
Zbierał najlepsze oceny i wszystko wskazywało na to, że odniesie w życiu
sukces. Otrzymał stypendium na studia inżynierskie. Dzień przed
rozpoczęciem roku akademickiego wyciągnął strzelbę z szafy ojca i przed
świtem wymknął się z domu. Strzelił sobie w usta. Wiele lat później
dotarłem do raportu koronera. Stwierdzał jedynie: "Brak podejrzanych
okoliczności". Jakby wystarczyło powiedzieć tylko tyle.
W moim rodzinnym stanie, Tasmanii, związek zawodowy kierowców
ciężarówek zamieszcza w prasie apel. Jego członkowie przeżywają traumy i doznają urazów psychicznych z powodu ogromnej liczby samobójców, którzy
doprowadzają do czołowych zderzeń z ciężarówkami. Samobójcze skłonności
i egoizm są ze sobą w jakiś sposób powiązane.
Cel: wolność dla pozostałych
Przez dwadzieścia lat, od lat siedemdziesiątych po dziewięćdziesiąte, w mojej profesji - psychologii - skupiano się na pomaganiu kobietom.
Podobnie wyglądała sytuacja w oświacie, opiece społecznej czy służbie
zdrowia. Kobiety wyzwalały się z wąskich, paraliżujących ról i ograniczeń. Każdy, kto przestrzega reguł fair play, popierał nas w tych
wysiłkach. Dokonały się historyczne zmiany - w seksualności, karierze
zawodowej, edukacji, rolach pełnionych w rodzinie - dzięki którym
kształt życia kobiety przeszedł transformację. To był niezwykły czas.
Stopniowo jednak zaczęło do niektórych z nas docierać, że w tym procesie
czegoś brakuje. Że mężczyźni również często utykają w pułapkach, jakie
sami na siebie zastawiają. Sam fakt, że byli "na szczycie" pod względem
kariery zawodowej, zarobków oraz wielu zewnętrznych oznak władzy,
niekoniecznie czynił z nich zwycięzców w każdej sferze. Dlatego
zaczęliśmy uważniej się im przyglądać.
Wyniki obserwacji okazały się zdumiewające. Odkryto wyraźne dowody
(ramka poniżej) na to, że przez cały XX i początek XXI wieku panowie
zmagali się z własnymi problemami. Samobójstwa, przedwczesna śmierć,
wypadki i uzależnienia - przewodzili we wszystkich tych statystykach.
Cierpiąc, zwykle krzywdzili innych. Przemoc wobec żon, wykorzystywanie
seksualne dzieci, rozwody, moralne bankructwo w biznesie i polityce - to
wszystko dowodziło, że dzieje się coś złego. Strzelaniny w szkołach,
seryjne morderstwa i mężczyźni, zawsze mężczyźni. Robert Bly w Żelaznym
Janie pytał, czy nie masz już dość1.
FAKTY
Oto kilka faktów z życia współczesnych mężczyzn:
Przeciętnie żyją sześć lat krócej niż kobiety, a ich śmiertelność jest
wyższa w każdej kategorii wiekowej "od kołyski po grób".
Nagminnie nie sprawdzają się w bliskich związkach (wystarczą dwa
wskaźniki: ponad 40 procent małżeństw się rozpada, a w czterech
przypadkach na pięć rozwód inicjuje kobieta).
Odpowiedzialni są za ponad 90 procent przestępstw i stanowią zarazem
70 procent ofiar.
W szkołach około 90 procent dzieci sprawiających problemy wychowawcze
to chłopcy, którzy stanowią także ponad 85 procent uczniów mających
kłopoty z nauką.
Młodzi mężczyźni (w wieku 15-25 lat) są trzykrotnie bardziej narażeni
na śmierć niż młode kobiety, przy czym mowa tu o sytuacjach, których
można uniknąć - przede wszystkim o wypadkach drogowych z udziałem
kierowców i motocyklistów.
Stanowią 80 procent bezdomnych.
90 procent skazanych, odsiadujących wyroki w więzieniach to mężczyźni.
Główna przyczyna śmierci mężczyzn w wieku od 15 do 44 lat to
samobójstwo.
Problemy ze zdrowiem psychicznym i fizycznym oraz wysoka śmiertelność -
mężczyźni zwyciężają we wszystkich tych kategoriach. Największy czynnik
ryzyka stanowi sam fakt, że jest się mężczyzną.
Źródło: Australian Bureau
of Statistics 3303.0 - przyczyny śmierci, Australia, 18.03.2009;
Australian Bureau of Statistics 4102.0 - tendencje społeczne w Australii, 2007 tendencje dotyczące małżeństw i rozwodów; Australian
Bureau of Statistics 4128.0 - sondaż na temat bezpieczeństwa osobistego
2006; Tyre. P., The Trouble With Boys: A Surprising Report Card
on Our Sons, Their Problems at School and What Parents and Educators
Must Do, Crown, Nowy Jork 2008; Suicide
Leading Cause of Death in Australia, Lifeline Press
Release, 28.10.2009, materiał zaczerpnięty z ABS Causes of Death
2008.
Dlatego musieliśmy zadać sobie jedno ważne pytanie: Czy
niepełnowartościowi mężczyźni - od seryjnych zabójców po premierów i prezydentów - są jedynie wyjątkami? A może przez jakiś błąd w splocie
tkaniny cała męska połowa ludzkości odczuwa słabszą więź z życiem i dlatego częściej dryfuje w niebyt? Mamy zacząć wszystko od nowa? Od
sposobu, w jaki opiekujemy się małymi chłopcami, wychowujemy nastolatków
i wspieramy młodych mężczyzn? Zmienić ich życie w takim samym stopniu, w jakim zmieniliśmy życie kobiet? Odpowiedź jest jedna: Oczywiście, że
tak.
Dlaczego mężczyźni się zagubili?
Jak doszło do tego, że staliśmy się właśnie tacy? Dlaczego czujemy się
tak nieszczęśliwi? Na początku lat dziewięćdziesiątych pisarze i dziennikarze zaczęli zwracać uwagę na zjawiska, które od jakiegoś czasu
były jaskrawo widoczne. Nigdy wcześniej, na przestrzeni tysięcy lat
historii rodzaju ludzkiego, chłopcom i młodym mężczyznom tak strasznie
nie brakowało ojcowskiej opieki jak we współczesnym świecie. Mówiąc
wprost, chłopcy doświadczali za mało czułej troski, nauki i przykładów
ze strony ojców oraz innych męskich opiekunów, aby mogli wyrosnąć na
dojrzałych mężczyzn.
Czuła opieka, nauka i dawanie dobrego przykładu są trzema witaminami
niezbędnymi do prawidłowego rozwoju dziecka:
Czuła opieka sprawia, że czuje się ważne.
Nauka pomaga mu zrozumieć życie.
Dawanie dobrego przykładu pozwala poprzez obserwację uczyć się tego,
co czuje, myśli i jak postępuje wartościowy mężczyzna.
Dobry tata, kilku życzliwych wujów i przyjaźnie nastawieni nauczyciele,
którzy pokazują, jak powinien się zachowywać porządny mężczyzna - to
chyba niezbyt wygórowane wymagania. Tymczasem te elementy niemal
zniknęły z życia chłopców. Bez takiego treningu fizycznie stają się
dorosłymi mężczyznami, ale pozbawieni są wiedzy i umiejętności, które
powinny iść w parze z tym rozwojem. Brak im "oprogramowania"
określającego, jak być mężczyzną.
Jeśli żyjesz w męskim ciele, musisz się nauczyć nim "sterować"...
Wychowywaniem chłopców i dziewczynek zajmują się głównie kobiety i przeważnie wszystko układa się dobrze. W końcu wszyscy jesteśmy ludźmi i uczymy się, jak być i żyć, od innych ludzi. Zarazem jednak konkretne
połączenia neurologiczne, sterujące nami hormony i kształtujące nas
zachowania zależne są od płci. Chłopcy mogą wprawdzie bardzo wiele
czerpać od kobiet, a dziewczynki od mężczyzn, ale wszyscy potrzebujemy
osób tej samej płci, aby się dowiedzieć, jak radzić sobie z naszą
odmienną biologią i osiągnąć pełnię możliwości. Jeśli żyjesz w męskim
ciele, musisz się nauczyć nim "sterować" - najlepiej od kogoś, kto
potrafi już kierować własnym. Po części wynika to z tego, że wielu
właściwych człowiekowi cech nie da się przyswoić z książek - aby
chłopiec stał się cierpliwy, musi zobaczyć cierpliwość u innych. Aby
stał się życzliwy i bezinteresowny, musi się przekonać, jak to wygląda w prawdziwym życiu, u kogoś, kto mógłby być starszą wersją jego samego.
Uczenie się opanowania, zaangażowania, entuzjazmu, poczucia humoru i wspaniałomyślności może wymagać spędzenia setek godzin w towarzystwie
mężczyzn, którzy mają takie cechy i traktują je jako pożądane i wartościowe.
Dawne społeczności potrafiły o to zadbać. Mężczyźni urządzali chłopcom
długotrwały i intensywny trening. Niestety, dziś, nawet jeśli wiedzą,
jak się do tego zabrać, są zbyt zajęci, aby znaleźć na to czas. W rezultacie mamy piłkarzy, którzy zachowują się jak idioci, pijanych
prostaków na ulicach miast, młodych, którzy dopuszczają się gwałtów i morderstw... ale najczęściej po prostu mężczyzn niemających pojęcia, dokąd
zmierza ich życie. Ponieważ problem dotyczy miliardów przedstawicieli
płci męskiej, nasz świat jest w tarapatach.
Na szczęście kiełkują zalążki zmian. Młodzi ojcowie nowego pokolenia w o wiele większym stopniu angażują się w wychowywanie dzieci (badania
wykazują, że poświęcają swoim pociechom trzykrotnie więcej
czasu2) w porównaniu z poprzednią generacją. Tylko czy dzisiejsi
młodzi tatusiowie wiedzą, co powinni przekazywać? My, współcześni
dorośli mężczyźni, wciąż leczymy własne rany. Nasi ojcowie często
trzymali nas na dystans, nie potrafili okazywać uczuć, byli emocjonalnie
skrępowani lub po prostu przez większość czasu nieobecni. I właśnie w tym tkwi sedno sprawy. My, rodzice - zarówno matki, jak i ojcowie -
chcemy przekazać naszym synom pełnię i głębię rzeki zdrowej męskości.
Pokazać im, jaki może się stać wspaniały młody mężczyzna. Tylko jak mamy
to zrobić, skoro sami poznaliśmy moc zaledwie niewielkiego strumyka?
Rozłam w historii
Skoro "rzeka męskości" płynęła przez tysiące lat, jak doszło do
zatamowania jej biegu? To pytanie jest zupełnie zrozumiałe. W którym
momencie popełniliśmy błąd? Mężczyźni zniknęli z życia dzieci w rezultacie konkretnego wydarzenia w historii, procesu, który miał
początek około dwustu lat temu. Rewolucja przemysłowa zaczęła się w Anglii, ale potem jak tsunami ogarnęła cały glob. Tam, gdzie docierała,
w ciągu jednego pokolenia z niewielkich, wiejskich osad trafialiśmy do
ogromnych, przemysłowych miast, gdzie zamiast jak dawniej pracować
wspólnie z kobietami i dziećmi (w tamtych czasach jeszcze nie było
szkół), zaczęliśmy wieść zupełnie oddzielne życie. Nagle wszystko się
zmieniło - kobiety zostały w domach, mężczyźni zjechali do kopalni, a chłopcy zaczęli się gubić w zawiłościach tego nowego świata.
Dziś jesteśmy tak przyzwyczajeni do niewielkiej roli współczesnych
ojców, że trudno nam sobie wyobrazić inną sytuację. Tymczasem w świecie
sprzed rewolucji przemysłowej obrazy dzieciństwa i rodzicielstwa były
zupełnie inne. Wciąż można się o tym przekonać, odwiedzając rdzennych
mieszkańców rejonu Pacyfiku, Azji, Ameryki Łacińskiej czy Afryki.
Mężczyźni okazują dzieciom czułość i doskonale się nimi opiekują.
Odgrywają swoją rolę z zaangażowaniem, przez cały czas ucząc i wspierając młodych członków społeczności. (Te cechy wciąż posiadają
ludzie tacy jak Nelson Mandela i Dalajlama, którzy są inspiracją dla
otaczających ich osób). Za to na Zachodzie od mniej więcej sześciu
pokoleń, czyli odkąd mężczyźni poszli do pracy w hutach, kopalniach oraz
fabrykach i coraz rzadziej widywali swoje dzieci, ten wzór męskiej
opieki i przekazywania wiedzy bardzo szybko zanikł. Co gorsza, seria
katastrofalnych wydarzeń - wojny światowe, kryzysy gospodarcze, fale
migracji - dodatkowo pogłębiły szkody. Żołnierz, który po powrocie z wojny całymi dniami w milczeniu wszystko rozpamiętuje i albo wybucha
wściekłością, albo znieczula się ogromnymi ilościami alkoholu, aby
zapomnieć o koszmarach, stał się standardową męską postacią w XX wieku.
Każda ulica miała takiego. Postacią innego rodzaju był robotnik w fabryce albo górnik, stłamszony i bezsilny, po pijanemu bijący żonę w każdy piątkowy wieczór. Nic dziwnego, że z takim bagażem doświadczeń
ojcowie końca XX wieku nie mieli pojęcia, jak się prezentuje wartościowy
mężczyzna.
Jeszcze gorzej, że mężczyźni dawniej obecni w sąsiedztwie i społeczności
- wujowie i mentorowie wcześniejszych epok - niemal zupełnie zniknęli ze
sceny. W dzisiejszych czasach, jeśli chłopiec nie jest dobry w sporcie,
nie wstąpi do harcerstwa lub przypadkiem nie trafi na naprawdę
wyjątkowego nauczyciela, może w ogóle nie mieć okazji poznać dorosłych
mężczyzn. Przez to w życiu rozwijającego się młodego człowieka powstaje
ogromna pustka. Brakuje modelu, dzięki któremu mógłby on kształtować
własną męskość. Dlatego mamy do czynienia ze zjawiskiem "odgrywania
ról". Nie mogąc poznać wewnętrznego świata prawdziwych mężczyzn,
chłopiec jest zmuszony wzorować własny wizerunek na niepełnych i niewyraźnych obrazach z zewnętrznych źródeł, takich jak telewizja, kino
i rówieśnicy. Naśladuje zaobserwowane postawy, aby "dowieść", że jest
mężczyzną. Stara się radzić sobie w życiu jak najlepiej, korzystając z tej jednowymiarowej fasady, która zupełnie się nie sprawdza w bardziej
osobistych sferach życia - w przyjaźni, bliskim związku z kobietą czy w wychowywaniu własnych dzieci. Takie zadania wymagają świadomości siebie
i ciepłego, bijącego serca, otwartego dla innych. Takim oto sposobem
młody tata upodabnia się do własnego ojca i problem dotyka kolejne
pokolenie.
W przeciwieństwie do chłopców dziewczynki mogą liczyć na znacznie
większą pomoc. Zwykle dorastają, mając obok siebie kompetentne i chętne
do rozmowy kobiety w domu, w szkole oraz wśród przyjaciół. Od nich uczą
się istoty kobiecości, opartej na otwartości i wspólnocie, która
umożliwia im nawiązywanie przyjaźni, a także wspieranie innych i korzystanie z ich wsparcia przez całe życie. Nim małe dziewczynki wejdą
w wiek dorosły, większość z nich ma na koncie tysiące godzin rozmów, a także doświadcza więzi i zachęty ze strony przedstawicielek własnej
płci. Nie brakuje im wzorów do naśladowania i opiekunek, które czuwają
nad nimi jak anioły. Przyjaźnie z rówieśniczkami może nie są idealne,
ale dają poczucie wzajemnej troski. Dziewczynki mogą czerpać z tych
doświadczeń, przeżywając wszystkie najważniejsze wydarzenia. Przyjaźnie
chłopców i mężczyzn - jeśli w ogóle można o czymś takim mówić - rzadko
tak wyglądają. Zwykle są nacechowane skrępowaniem i pozorami, brak w nich intymności i często trwają krótko.
W szkole miałem kolegów, z którymi byłem zżyty. Spędzaliśmy razem
mnóstwo czasu, ale nigdy nie poznałem ich naprawdę. Moja mama pracowała
w szkolnej stołówce i przynosiła do domu opowieści, które mnie
zdumiewały. Od niej się dowiedziałem, że chłopak, który często siadał ze
mną w jednej ławce, bardzo przeżył trudny rozwód rodziców. Innego ojciec
stale bił i w końcu nauczyciele przenieśli go do rolniczej szkoły z internatem, aby mógł bezpiecznie dokończyć naukę. Jednak my, chłopcy,
nigdy, przenigdy nie rozmawialiśmy o takich sprawach.
Kiedy szkoła się skończyła, wygasły także przyjaźnie.
Podobnie było na studiach. Po zakończeniu zajęć kontakty się urwały. Nie
działo się tak z powodu braku uczuć czy zażyłości. Kiedy kilka
dziesięcioleci później odwiedziłem dawną szkołę i przeszedłem się
korytarzami opustoszałych budynków, serce ściskało mi się z tęsknoty za
tamtymi czasami i utraconymi więziami. Niestety, brakowało nam języka
bliskości, nie umieliśmy rozmawiać, aby ją podtrzymać, dlatego
przyjaźnie po prostu się skończyły, gdy szkolny dzwonek rozbrzmiał po
raz ostatni.
Jeśli ojcowie, wujowie i inni mężczyźni nie otaczają chłopców czułą
troską i nie są dla nich dobrymi mentorami, dorastanie młodych ludzi
jest trudne. Oczywiście wiele mogą dać im same kobiety. Kochająca i świadoma matka potrafi sprawić, że syn stanie się "niemal pełnym"
dorosłym człowiekiem, ale zawsze czegoś będzie brakowało, ponieważ ona
nie nauczy go, jak być mężczyzną. Brak więzi z dojrzałymi mężczyznami w okresie dzieciństwa sprawia, że czujemy się osamotnieni i jest nam
ciężko. Bez względu na to, czy próbujemy stać się "wrażliwcem nowej
ery", czy kurczowo trzymamy się wzorca twardziela, takiego jak postacie
grane przez Clinta Eastwooda, w końcu stwierdzamy, że to nie wystarcza.
Pewnie teraz myślisz sobie: Totalna katastrofa! Jak w ogóle można temu
zaradzić? Na szczęście nasza sytuacja na początku XXI wieku napawa nas
nadzieją na zmiany. Wcześniej dostrzegaliśmy jedynie symptomy. Teraz
widzimy także przyczyny, a co za tym idzie - rozwiązania. Nie wszyscy
mężczyźni dźwigają brzemię błędów przeszłości. Istnieli też dobrzy
ojcowie, którzy sami mieli dobrych ojców. Są tacy, których życie ułożyło
się jak najlepiej, i oni potrafią pokazać, jak to osiągnąć. Znamy
właściwy "kod genetyczny" i potrafimy odtworzyć obraz pełnej, świadomej
męskości. Jesteśmy nawet w stanie stworzyć nowszego i lepszego
mężczyznę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki