MACIEJ DOWBOR
Już nie muszę
Mówią, że rodzimy się bez niej. We śnie niemowlęctwa presja jeszcze nie
przychodzi. Czeka. Przysiada w cieniu kołyski, niewidzialna, cierpliwa.
Nie spieszy się. Wie, że nadejdzie jej czas. Z początku jest cicha jak
zasłona poruszana wiatrem. Nikt nie uczy nas jej imienia, ale ona uczy
się naszych. Pojawia się w spojrzeniu matki, która mówi: "Taki mądry
chłopiec". W spojrzeniu ojca, który nie mówi nic, ale w milczeniu domaga
się więcej. Zjawia się na wywiadówkach, na boiskach, w klasówkach, w spojrzeniach koleżanek, które mają dłuższe nogi, lepszy plan na życie,
chłopaków i tatuaże. Presja nie krzyczy. Nie musi. Wystarczy, że pyta:
"I co teraz?".
Bywa piękna. Czasem przychodzi w złotej sukni ambicji, pachnąca rozwojem
osobistym i motywacyjnymi cytatami. "To, co nas nie zabije, czyni nas
silniejszym" - mówi głosem Nietzschego. Albo podszeptuje słowa Susan
Sontag: "Ambicja to wyrafinowana forma niepokoju". I wtedy wydaje się,
że nas ratuje. Że nas niesie. I niesie - przez studia, egzaminy,
pierwsze prace, kolejne awanse, dzieci, kredyty, planowanie wakacji z kalendarzem w ręku. Aż pewnego dnia budzisz się i nie wiesz, czy jesteś
sobą, czy raczej listą oczekiwań innych ludzi. Presja zna się na
iluzjach. Umie zamienić wartości w waluty: miłość w wyniki, talenty w rankingi, popularność w monety. Zamienia autentyczność w produkt.
Sprawia, że nawet marzenia zaczynają przypominać KPI.
Ale jest też presja inna. Cicha. Dobra. To ta, która mówi: "Jesteś tu,
bo ci zależy. Bo nie chcesz zawieść siebie, nie tylko innych". To ta,
która w przededniu premiery, egzaminu, narodzin dziecka trzyma nas w napięciu, nie po to, by pękło serce, ale żebyśmy je naprawdę usłyszeli.
Kiedyś usiadłam z nią przy stole. Powiedziała: "Jestem z tobą od zawsze.
Ale to ty decydujesz, czy trzymam cię za gardło, czy za rękę". I wtedy
zrozumiałam: presja nie znika. Można tylko zmienić jej twarz. Odetchnąć.
Usiąść przy niej. Zapytać: "Czego naprawdę ode mnie chcesz?". Bo presja
to nie potwór. To lustro. A czasem zaledwie cień naszej największej
tęsknoty: by być widzianym. Usłyszanym. Uznanym. Ale, jak uważał Rilke,
być kimś znaczy być kimś innym, niż się spodziewano. Więc może prawdziwa
wolność nie polega na tym, by presję uciszyć. Tylko na tym, by nie dać
jej ostatniego słowa.
Czujesz czasem, że coś w tobie odzywa się z dzieciństwa, gdy dopada cię
presja? Że ciało pamięta więcej niż głowa?
Jako dzieciak trenowałem pływanie w szkole sportowej i ta presja była
elementem codzienności. To nie było coś, co się wybierało. To była
struktura, która wybierała ciebie - albo raczej decydowała, czy się w niej utrzymasz. Co pół roku była weryfikacja. Najsłabsi odpadali, jak w jakimś cichym castingu na dalsze istnienie w systemie. Lejek się zwężał.
Coraz mniej osób przez niego przechodziło. To była pierwsza presja,
którą pamiętam tak naprawdę - fizycznie, emocjonalnie, egzystencjalnie.
Pewnie były inne, wcześniejsze, ale ta miała ciężar. Zostawała w ciele.
Pływanie to sport precyzyjny i brutalny w jednym. Nie ma miejsca na
słabość. Basen podzielony jest na tory - dziewczyny po lewej, chłopcy po
prawej, najlepsi na środku. I to nie jest tylko przestrzeń - to
hierarchia. Jesteś bliżej środka - znaczy jesteś kimś. Na obrzeżach -
jesteś do odstrzału. I wtedy zaczynasz rozumieć, że ta woda, która cię
otula, może być też lustrem, w którym codziennie widzisz: jestem lepszy
albo gorszy. Szybszy albo za wolny. Ważny albo zbędny.
A kiedy po raz pierwszy poczułeś, że ta presja nie wiąże się tylko z wynikiem, ale i przetrwaniem - byciem albo zniknięciem?
Myślę, że wtedy, kiedy zrozumiałem, że nie chodzi tylko o to, żeby nie
być ostatnim. Chodzi o to, żeby nie zostać wyśmianym. Nie być przez
nikogo traktowanym jak balast. Bo w takich miejscach jak szkoła sportowa
nie pytasz: "Czy ja mam talent?". Pytasz: "Czy ktoś jeszcze we mnie
wierzy?". A może bardziej: "Czy jestem w stanie coś udowodnić?". Bo
jeśli nie, to odpadasz. Nie ma przebacz, nie ma litości. Czułem to całym
sobą. Mięśniami, oddechem, bólem w płucach na ostatnich metrach. Ale też
w głowie - jak nie dopłyniesz wystarczająco szybko, to nie przejdziesz.
To tak, jakbyś był przesiewany przez sito. I nie ma znaczenia, że się
starałeś. Liczy się tylko to, czy jesteś dość dobry.
Myślisz, że ciało dziecka wie, że to już nie zabawa? Wie, że zaczyna się
coś poważnego?
Tak. Ciało czuje to pierwsze. Sygnały są subtelne: napięcie w karku,
nieprzespane noce, strach przed treningiem, który przecież kiedyś był
przyjemnością. A potem, z wiekiem, ten mechanizm wchodzi ci w krew. I nawet kiedy już nie ma torów, nie ma zawodów, nie ma tej szkoły, to i tak wchodzisz do życia jak na start - wciąż czując, że ktoś cię mierzy,
że musisz być szybszy, mocniejszy, lepszy. To jest presja, która nie
znika - nawet kiedy wydaje ci się, że ją zostawiłeś za sobą.
Mam wrażenie, że są dwa rodzaje presji: ta, która pochodzi z zewnątrz, i ta, którą fundujemy sobie sami. Ty chyba znasz obie. Ale która z nich
jest trudniejsza do uniesienia?
Na pewno byłem w tej drugiej. Z zewnętrzną można jeszcze dyskutować,
próbować się buntować, przynajmniej udawać, że masz wybór. Ale ta
wewnętrzna... to już zupełnie inna rozmowa. To nie jest tylko ciężar - to
czasem gilotyna, którą sam nad sobą wieszasz. Nie znałem smaku
wygrywania w pływaniu. To niezłe, prawda? Ale przegrywania - jak
najbardziej. Przegrywałem notorycznie. I to nie tak, że nie próbowałem.
Wręcz przeciwnie - byłem z tych, co próbują za dwóch. Miałem charakter,
miałem determinację. Tylko brakowało mi wówczas fizycznych
predyspozycji, więc to, co innym przychodziło naturalnie, ja musiałem
wywalczać. I to się stało moim rytmem życia - próbować, choć się nie
udaje. I nie dać się zdegradować do roli tego "niewystarczającego".
Bardzo chciałem być doceniony. Nie przez wszystkich - choć może też -
ale przez siebie.
Czy to wtedy zacząłeś być dla siebie najsurowszym sędzią?
Myślę, że tak. Jako dzieciak mieszkałem kilka lat za granicą, potem
wróciłem do polskiej szkoły. Musiałem wszystko odbudowywać - znajomości,
język, tożsamość. Byłem tym, który przychodzi "z zewnątrz", i chyba
wtedy po raz pierwszy poczułem, że to ja sam muszę sobie udowodnić, że
dam radę. I że nie mogę przestać, dopóki nie będę "najlepszy" -
cokolwiek to znaczy. To zostało mi do dziś. Jeśli tylko na czymś mi
zależy - a zazwyczaj mi zależy - to muszę być w tym możliwie najlepszy.
Nie najlepszy na świecie, ale najlepszy według mojego własnego
wewnętrznego miernika. I to nie jest zdrowe. Bo choć z jednej strony ta
ambicja mnie niesie, to z drugiej - nie daje spokoju. Zmusza do
działania, nawet wtedy, kiedy nie mam już siły, ochoty albo nawet
przekonania, że warto. Czasem coś we mnie mówi: "Po co to robisz?". A druga część odpowiada: "Bo nie zniosę uczucia, że się poddałem".
Czyli nie chęć sukcesu, tylko strach przed porażką?
Właśnie. Nie chodzi o poklask. Chodzi o to, żeby nie przegrać z samym
sobą. Bo wtedy wszystko traci sens. Ta presja wewnętrzna nie pozwala mi
odpuścić. Nawet jeśli czegoś mi się nie chce robić, to robię - nie
dlatego, że muszę, ale dlatego, że nie umiem nie robić. A potem wracam
do domu, padam ze zmęczenia i słyszę od Aśki: "To po co się tak
zarzynasz?". I sam się nad tym zastanawiam. A jednak robię to dalej. Bo
lubię to, co robię. I lubię, kiedy wychodzi dobrze. Tylko że to "dobrze"
to nie jest przeciętność. To nie jest "wystarczająco". To musi być jak
najlepiej. A to jest kosztowne - psychicznie, fizycznie, emocjonalnie.
Bo czasem to "najlepiej" oznacza "ponad własne siły".
Ale też stworzyliście z Asią przestrzeń wolności - nie jesteście już
trybikami w wielkiej machinie. Czy to właśnie ta wolność pozwala ci dziś
udźwignąć presję, którą sam na siebie nakładasz?
Tak. Myślę, że jesteśmy wolnymi ludźmi. I to jest ogromna wartość. Bo
dzięki temu możemy wybierać - co, jak, z kim i kiedy. Ale ta presja -
wewnętrzna - nie rozpuszcza się w wolności. Nie znika. Ewoluuje. Już nie
muszę nikomu niczego udowadniać, a jednak... wciąż próbuję. Może to nie
tyle pragnienie sukcesu, ile tęsknota za spokojem. Takim spokojem, w którym człowiek mógłby spojrzeć na siebie i powiedzieć: "Wystarczyło".
Ale ja jeszcze tak nie potrafię.
Czy presja zmienia swoją twarz, gdy już nie musisz, ale wciąż chcesz?
Gdy to nie rynek decyduje, czy przetrwasz, tylko ty sam - bo nie
umiałbyś inaczej?
Zdecydowanie. Kiedyś wszystko zależało od tego, czy dostanę pracę, czy
jej nie dostanę. To było zero-jedynkowe: jest zlecenie - jest życie. Nie
ma - nie ma. Dziś nadal pracuję, nadal zarabiam na życie, tylko robię to
bardziej na swoich zasadach. Nie jestem już trybikiem, który czeka, aż
ktoś wciśnie start. Dziś to ja decyduję, czy warto. Ale to nie znaczy,
że nie ma presji. Ona jest, tylko inna - bardziej wewnętrzna, bardziej
osobista. Bo kiedy nie musisz, ale wybierasz - to wybór też niesie
odpowiedzialność. I bywa, że cięższą niż ta narzucona z zewnątrz. Bo
jeśli sam decydujesz, a coś nie wychodzi, to nie ma na kogo zrzucić
winy. I wtedy zaczyna się rozmowa z samym sobą - najtrudniejszy rodzaj
negocjacji.
W mediach, które wciąż kojarzą się z sukcesem, jak to jest być
jednocześnie widocznym i niewidzialnym? Twarzą, ale nie osobą
decydującą?
To jest właśnie paradoks tej pracy. Moja rola w projektach
telewizyjnych? Owszem, jestem twarzą, ale nie najważniejszym trybem.
Czasem spijam śmietankę za coś, czego nie wymyśliłem. Czasem obrywam za
coś, za co nie odpowiadam. Widzowie nie wiedzą, kto pisał scenariusz,
kto reżyserował, kto ustalał skład gości. Wiedzą jedno - kto mówi do
kamery. I to jego ocenią. On będzie twarzą sukcesu. Albo chłopcem do
bicia. I teraz pytanie: "Po co to robić?". Przecież można byłoby
odpuścić. W końcu, jeśli przestanę prowadzić jeden z programów, życie
mojej rodziny się nie zmieni. Finansowo jesteśmy zabezpieczeni. A jednak
nie potrafię przestać. Bo ta presja, którą na siebie nakładam, nie znika
z wolnością. Ona się tylko przepoczwarza. Staje się osobistym miernikiem
wartości. Jeśli czegoś nie robię - bo nie chcę - to i tak czuję, że
przegrywam. Nawet jeśli nikt tego nie widzi. Nawet jeśli nikt nie oceni.
Ja wiem.
Czy to właśnie ego się domaga, żeby wciąż być obecnym, żeby być
zapraszanym, zauważanym, potrzebnym?
Ego to osobny temat. Show-biznes to taki mikrobiznes. Każdy z nas jest
małą firmą. Ma swój wizerunek, swoją markę. Ta marka coś znaczy - albo
nie. I brutalna prawda jest taka: jeśli nic nie robisz, nikt cię nie
widzi. Jeśli jesteś aktywny, propozycje się mnożą. Tylko że nie
wszystkie są warte przyjęcia. I tu zaczyna się gra z ego. Bo ono mówi:
"Patrz, chcą cię! Znowu jesteś na topie!". A rozum mówi: "Nie
udźwigniesz wszystkiego. Coś w końcu pęknie. Albo ty, albo relacje, albo
spokój". I wtedy trzeba umieć powiedzieć "nie". A to wcale nie jest
łatwe. Bo ambicja mówi: "Jeszcze trochę. Jeszcze tylko ten projekt". A ty już wiesz, że nie masz przestrzeni, żeby to wszystko unieść.
I wtedy dochodzisz do punktu, w którym nie wybierasz między sukcesem a porażką, tylko między świadomością a utratą siebie?
Dokładnie. Tylko że to są ciche wybory. Nie ma w nich fajerwerków. To są
te decyzje, które zapadają nocą, kiedy dzieci śpią, a ty siedzisz z kubkiem herbaty i patrzysz w pusty ekran. I pytasz: "Czy to, co robię,
wciąż ma sens?". A odpowiedź rzadko przychodzi od razu. Ale wiesz jedno
- jeśli to robię, to nie dlatego, że muszę. Tylko dlatego, że nie
potrafię inaczej.
Czy presja staje się bardziej znośna, kiedy jest już tylko twoja? Czy
może przeciwnie - trudniej się od niej uwolnić, bo nie masz już na kogo
zrzucić winy?
Dziś ta presja jest bardziej komfortowa. Paradoksalnie. Bo wiem, że to
ja ją sobie narzucam. Nikt mnie do niczego nie zmusza. To nie szef, nie
rynek, nie stacja - tylko ja sam. A mimo to wciąż ją czuję. Wciąż mam w głowie ten głos: "Zrób to, udowodnij, nie przestawaj. Jeśli się nie
sprawdzisz, okażesz się słaby". I tu znów wracamy do ego. Ono jest dla
mnie ściśle powiązane z presją. Tak jakby jedno karmiło drugie. Wiem, że
jeśli dwa razy odmówię, mogę wypaść z kręgu zainteresowania. I nawet
jeśli obiektywnie wiem, że mam swoją niezależność, że jestem w dobrej
sytuacji zawodowej i życiowej - to wciąż mam w sobie lęk. Bo widziałem,
jak to działa.
Masz wgląd, jakiego nie ma wielu - poznałeś kulisy show-biznesu jako
bardzo młody chłopak. Czy to dało ci jakąś odporność? A może jeszcze
bardziej ci uświadomiło, jak krucha to konstrukcja?
Miałem to szczęście - bo tak to trzeba nazwać - że do show-biznesu
trafiłem jako bardzo młody chłopak. I to nie od razu na scenę, ale
trochę bokiem. Przez piłkę, przez towarzystwo, przez przypadek. Grałem z aktorami, którzy byli trochę starsi, muzykami, którzy może nie wszyscy
byli z pierwszych stron gazet, ale znali realia. To były spotkania,
które dużo mi pokazały. Byłem blisko, ale nie w środku. Mogłem się
przyglądać z dystansu. I tak, znałem też trochę tę branżę przez dom -
przez mamę, przez mojego ojczyma. Choć prawdę mówiąc, wbrew temu, co
może się ludziom wydawać, nie byłem z tego świata. Ale jednak te postaci
przewijały się przez nasz dom. To były dzikie lata dziewięćdziesiąte,
wszystko działo się szybko. Szybkie fortuny. Szybkie upadki.
Czy pamiętasz ten moment, w którym zrozumiałeś, że nic nie trwa
wiecznie? Że sława, obecność, znaczenie to tylko chwilowa waluta?
O tak. Byłem jeszcze bardzo młody, kiedy pracowałem z ludźmi, którzy
wtedy byli na szczycie. I na własne oczy widziałem, jak niektórym nagle
ten kurek się zakręcał. Z dnia na dzień. Nikt już nie dzwonił. Nie było
zleceń. Nie było zaproszeń. I to nie była kwestia tego, że ktoś zawalił.
Po prostu przestali być potrzebni. Albo modni. I wtedy nauczyłem się
najważniejszej lekcji: nic nie jest dane na zawsze. Sława nie jest
walutą, którą da się zainwestować i żyć z odsetek. Ona się kończy. Nie
wiadomo kiedy. Może dziś, może jutro. I najgorsze, co można zrobić, to
żyć wspomnieniami, jak to kiedyś było pięknie.
Czy to znaczy, że żyjesz z lekkim niedosytem? Zawsze trochę głodny,
trochę czujny?
Właśnie tak. To, czego się nauczyłem, to nie spoczywać na laurach. Nie
przywiązywać się do "teraz". Dobre jest to poczucie, że jeszcze coś
można, że jeszcze coś się chce. Ale to też oznacza, że nigdy nie jesteś
całkiem spokojny. Zawsze gdzieś z tyłu głowy czai się myśl: "Kiedy to
się skończy?". I może właśnie dlatego ta presja - moja własna - nie
znika. Bo ona nie wynika z przymusu. Wynika z wiedzy. Z pamięci. Z doświadczenia. I z tego, że widziałem zbyt wielu ludzi, którzy spadali z wysokości, nie mając planu B. Ja chcę mieć plan B. I chcę mieć spokój.
Choć wiem, że spokój w tej branży bywa luksusem. A czasem iluzją.
Wielka sława to żart? Czy raczej coś, co może się bardzo źle skończyć,
jeśli uwierzysz, że będzie trwać wiecznie?
Oczywiście, że to żart. I to taki z tych bardziej przewrotnych. Bo przez
chwilę może ci się wydawać, że to wszystko, co cię spotyka - splendor,
uznanie, zaproszenia, pieniądze - to coś, co już zawsze będzie twoje.
Ale prawda jest brutalna: nic nie jest dane raz na zawsze. Ani w show-biznesie, ani w życiu zawodowym, ani w ogóle. Sztuka polega na tym,
żeby z tego wysokiego konia nie spaść. Bo upadek boli najbardziej, gdy
zbyt długo byłeś przekonany, że lewitujesz. Ta myśl towarzyszyła mi od
zawsze. I to była właśnie jedna z tych presji, które mnie długo trzymały
w garści. Presja, żeby nie przegrać wszystkiego przez własne złudzenia.
I razem z Asią bardzo uważaliśmy, żeby nie żyć ponad stan. Żeby nie
zjeść wszystkiego, zanim zrozumiemy, że głód wraca szybciej, niż głowa
się orientuje. Żeby nie być tymi, co za pierwsze większe pieniądze
kupują za duży samochód i biorą za długi kredyt.
A jednak to pokolenie nas wszystkich - pokolenie frankowiczów - mocno
się o te złudzenia rozbiło. Czy ten strach przed finansowym upadkiem też
był dla ciebie formą presji?
Oczywiście. My też byliśmy frankowiczami. Jak wielu. Mieliśmy
dwadzieścia parę lat, doradców finansowych, którzy opowiadali, że jak
nie weźmiesz kredytu teraz, to już nigdy nie będzie cię stać. Wciskali
wszystkim - mnie też. I choć staraliśmy się nie przeinwestować życia,
strach i tak był obecny. Bo wiedzieliśmy, że jak coś pójdzie nie tak, to
nie będzie miękkiego lądowania. Nie będzie planu B. Pamiętam ten rodzaj
presji - bardzo fizycznej. Nie w sensie bólu, tylko tego ucisku w żołądku. Że jak popełnisz błąd, to nie tylko ty spadasz, ale ciągniesz
za sobą bliskich. Dziś nie mamy noża na gardle, ale lęk przed nim
został. To jest ten wewnętrzny cień, który zostaje w człowieku długo po
tym, jak już wyszedł z ciemności.
Czy to wtedy włączył się ten archetyp mężczyzny - odpowiedzialnego,
dźwigającego, niepokazującego lęku? Tego, który musi utrzymać rodzinę,
bo inaczej będzie porażką?
Wiesz, mimo że mamy z Asią partnerski związek - prawdziwie partnerski -
to jednak gdzieś głęboko siedzi we mnie przekonanie, że to ja powinienem
zadbać. Że to ja jestem odpowiedzialny. Archetypiczna rola mężczyzny -
polującego, chroniącego, przewidującego - nawet jeśli dzisiaj to brzmi
anachronicznie. To wciąż działa. To nie jest kwestia poglądów,
ideologii. To coś starszego niż nasze poglądy. Coś z wychowania. Coś z literatury. Coś z ojców naszych ojców. I to też była forma presji.
Czasem przytłaczająca. Bo nie chodziło tylko o to, żeby "zarobić".
Chodziło o to, żeby się nie potknąć. Żeby nie zawieść w tej roli, którą
sam sobie napisałem - być może zupełnie niepotrzebnie.
A czy potrafisz sobie powiedzieć: "Wystarczy, już nie muszę niczego
udowadniać"?
Może coraz bardziej. Ale to nie jest łatwe. Bo cały czas masz tę jedną
myśl z tyłu głowy: "A co, jeśli to wszystko zgaśnie?". I nawet jeśli już
nie boisz się tego tak jak kiedyś - to nie przestajesz o tym pamiętać.
Dlatego nie żyjemy w złudzeniu, że sukces jest liniowy, że szczęście
jest dane raz na zawsze. Staramy się mądrze żyć, ale... ta odrobina
nienasycenia, którą noszę w sobie, to może nie wada. Może to właśnie mój
napęd. Tylko że teraz wiem, że ten napęd musi być okiełznany, bo inaczej
stanie się autodestrukcją.
Czy presja naprawdę mija, gdy osiągasz więcej? Czy może tylko zmienia
nazwę i zamiast "strachu przed porażką" przychodzi "strach przed utratą
sukcesu"?
Wiesz... zanim pojawiły się dzieci, te wszystkie historie o ojcu, który
walczy o byt swojej rodziny, o ratunek przed ekonomiczną katastrofą, to
były tylko filmy. Narracje z ekranu. Ale potem... one zaczęły mi dźwięczeć
gdzieś z tyłu głowy. I choć wiedziałem, że jakoś damy sobie radę, że nie
jesteśmy bezbronni, to jednak bardzo zależało mi - nam - żeby nasze
dzieci miały dzieciństwo możliwie beztroskie. Żeby nie musieć im mówić:
"W tym roku będzie gorzej, bo tak wyszło". Tak, zdaję sobie sprawę, że
nie wszystko zależy od nas. Że los bywa okrutny, że czasem nie mamy
wpływu na to, co się dzieje. Ale mimo tej wiedzy paraliżował mnie lęk.
Lęk nie o siebie. O nich. Ja sam potrafię sobie odmówić. Potrafię z czegoś zrezygnować. Ale dziecko... dziecku trudno wytłumaczyć, że nie ma
zajęć z baletu, bo kurs franka wystrzelił. Dlatego robiłem wszystko, by
do tego nie dopuścić. I choć dziś mamy stabilność, pamiętam, jak ta
wizualizacja - ten lęk, że nie dam rady zapewnić im spokoju - była
jednym z najmocniejszych motorów. Może nie paraliż, ale na pewno głęboka
presja. Wewnętrzna. Milcząca. Codzienna.
A jaką rolę odegrali w tym twoim myśleniu ojciec i dziadek? Czy był w tym jakiś przekaz pokoleniowy, który - nawet niechcący - zbudował cię
takim, jaki jesteś dziś?
Zdecydowanie. W naszej rodzinie dużo mówiło się o drodze - nie tylko o celu. Że nie wystarczy wygrać, trzeba najpierw zrozumieć, po co się
biegnie. Pamiętam, jak dziadek mówił, że ważniejsze od sukcesu jest to,
co po drodze dzieje się z człowiekiem. Czy potrafi walczyć. Czy nie
odpuszcza. Czy umie przegrać i wrócić. To były jego lekcje. A ojciec...
też był obecny. Może nie zawsze fizycznie, ale z jego strony było
podobne przesłanie. Nie musisz być najlepszy. Ale musisz próbować. Nie
dla medalu. Dla siebie. To właśnie próbuję przekazać moim córkom.
Niekoniecznie przez słowa - przez przykład. Chodzi o to, by zrozumiały,
że praca daje efekty. Że między wysiłkiem a rezultatem jest zależność. I że największy szacunek należy się nie tym, którzy wygrywają, ale tym,
którzy się nie poddają. Nawet jeśli przegrywają.
Ale ta droga, ten głód celu - on też potrafi być pułapką. Bo nigdy nie
czujesz, że już wystarczy. Zawsze za rogiem czai się pytanie: "Co
dalej?".
Właśnie tak. I tu wracamy do tego, o czym rozmawialiśmy - do tej presji,
która nie znika. Ona po prostu zmienia maskę. Dziś, nawet jeśli osiągam
coś, co dla innych mogłoby być jednoznacznie sukcesem, już się martwię,
co będzie za tydzień. Za miesiąc. Co mnie jeszcze napędzi? Co mnie
jeszcze ucieszy? Myślę, że najgorsze, co może się człowiekowi
przytrafić, to brak celu. I ta iluzja pełnej realizacji. Bo ona
paraliżuje bardziej niż porażka. Bo jak już wszystko masz, to co cię
jeszcze poruszy? Dlatego ten niedosyt, ta chęć bycia lepszym - mimo
wszystko - jest dla mnie jak tlen. Nie chcę żyć w poczuciu, że "już nic
nie muszę". Bo wtedy może bym po prostu... przestał chcieć.
Czy to nie paradoks - dojść do czegoś wielkiego, a zamiast satysfakcji
poczuć niepokój? Że może to już? Że lepiej nie będzie?
Właśnie to poczułem, kiedy Twoja twarz brzmi znajomo weszła na
absolutne wyżyny popularności. Gdy wszystko działało jak w zegarku -
świetna oglądalność, kapitalna ekipa, rozpoznawalność na ulicy. I wtedy
nagle - dziwny dół. Bo przyszła myśl: "To już?". Mam niespełna
czterdzieści lat i powinienem się pogodzić, że właśnie teraz osiągnąłem
swój szczyt? Przez lata zazdrościłem innym - kolegom z branży, którzy
zrobili coś, co przeszło do popkultury. Ktoś prowadził Idola, ktoś
inny Jak oni śpiewają. Niby to rozrywka, ale ludzie to pamiętają. Mnie
się długo wydawało, że moje projekty nie mają takiego ciężaru. A kiedy
wreszcie jeden z nich zaistniał naprawdę, to... zamiast triumfu przyszła
pustka.
Czy to poczucie niedosytu, tego wiecznego "co dalej?", to też rodzaj
presji, którą sam na siebie nakładasz?
Tak. To jest presja, której nie da się zgasić sukcesem. Bo ona nie
wynika z braku, tylko z nadmiaru oczekiwań wobec samego siebie.
Potrzebuję celu, wyzwania, nowego horyzontu. Samorealizacja to dla mnie
nie jest bujanie się w fotelu z fajką w zębach. Książki kocham - ale nie
po to, żeby w nich zamieszkać. Potrzebuję ruchu, drogi. Nawet nie celu -
drogi. Ona daje mi frajdę. I dlatego ten lęk, że już nic lepszego się
nie wydarzy, potrafi być paraliżujący. A potem, paradoksalnie, dzieje
się coś nowego - pandemia, Domówki u Dowborów, nowe projekty. I znów
idziesz dalej. Ale ten lęk, ta niepewność - one zostają.
A bycie synem Katarzyny Dowbor to bardziej zaszczyt czy ciężar?
Bez dwóch zdań - jedno i drugie. To nie jest tak, że mi to nie pomogło.
Oczywiście pomogło - ale nie tak, jak wyobrażają sobie hejterzy. Mama
nie była prezesem telewizji, nie mogła mi "załatwić" posady. Pracowałem
na wizji, a tam weryfikacja jest szybka i brutalna. Ale tak, nazwisko
pomogło mi przestać być anonimowym. Byłem kojarzony. Wyróżniałem się. I tu pojawia się ten ciężar. Bo wiedziałem, kim jest moja mama. Jaką ma
pozycję, rozpoznawalność, ile osiągnęła. I równocześnie wiedziałem, ile
dzieci znanych ludzi próbowało pójść podobną drogą... i jak szybko się
wycofywały. Bo nie udźwignęły porównań. Bo nie chciały żyć w czyimś
cieniu.
Miałeś taki moment, że chciałeś uciec? Że nie wytrzymywałeś tej etykiety
"syn Dowborki"?
Oczywiście. Przez lata. Nie jestem płaczącym typem, ale... tych łez -
metaforycznych, a czasem może i całkiem dosłownych - było sporo.
Frustracji. Rozczarowań. Przede wszystkim sobą. Chciałem zaistnieć
szybciej, niż byłem gotowy. Chciałem za wszelką cenę udowodnić, że
jestem kimś niezależnie od nazwiska. I ta potrzeba potrafiła mnie z jednej strony napędzać, ale z drugiej strony... kompletnie paraliżować. Ta
presja, by stać się kimś samodzielnym w oczach świata, była potężniejsza
niż jakakolwiek inna. Sportowa, życiowa, finansowa. Bo to nie była już
presja oczekiwań. To była presja tożsamości.
Nazwisko może być darem i przekleństwem jednocześnie? Czy bycie "czyimś
synem" może tak zawładnąć tożsamością, że zaczynasz się bać, że nigdy
nie będziesz po prostu sobą?
Z dzisiejszej perspektywy widzę, jak bardzo to wszystko na mnie
wpłynęło. Mama zawiesiła mi poprzeczkę wysoko. Ale nie chodzi tylko o skalę jej sukcesu - chodzi o czas, w którym go odniosła. Lata
osiemdziesiąte, potem dziewięćdziesiąte, dwa kanały telewizji, potem
trzy. Inna rzeczywistość. Inne tempo. Inna widoczność. A ja wszedłem na
rynek z tym samym nazwiskiem. Nie dało się tego ukryć. To było pierwsze
skojarzenie w każdej rozmowie, w każdym biurze, w każdej redakcji. A na
dodatek mama w tym momencie miała w mediach trudny czas. I wtedy dopiero
zaczęło się coś, co dziś nazywamy dziennikarstwem tabloidowym. Ja byłem
łatwym celem. Ona jeszcze łatwiejszym. I wszystko to, co wtedy się
działo, nie pomagało. Próbowałem iść swoją drogą, naprawdę. Ale
niektórych porównań nie dało się uniknąć.
Czy właśnie ta niemożność "wyjścia z cienia" stała się źródłem tej
gigantycznej ambicji, która - jak sam mówisz - uratowała cię i spaliła
jednocześnie?
Na pewno miało to ogromny wpływ. Wiesz, ja byłem sfrustrowanym
sportowcem - takim, któremu nie wyszło. Nie udało się zrealizować tego
potencjału, który, miałem nadzieję, gdzieś we mnie był. A potem
przyszedł świat mediów. I kiedy zaczęło się coś o mnie mówić, pisać, gdy
pojawiłem się na ekranie, wiedziałem, że nie mam wyjścia. Że nie mogę
się wycofać. Bo jeśli się poddam, będę kolejnym nepodzieckiem, które nie
dowiozło. Nie znałem wtedy jeszcze tego pojęcia. Ale znałem mechanizm. I wiedziałem, że gdybym nie udowodnił, że jestem wart więcej niż tylko
skojarzenia z matką, nie potrafiłbym na siebie spojrzeć w lustrze.
Czyli w gruncie rzeczy nie chodziło o sławę. Chodziło o odzyskanie
własnego nazwiska.
Dokładnie. Nie chciałem być tylko "synem Dowborki". Chciałem być Maćkiem
Dowborem. I ta chęć bycia kimś odrębnym była potężną siłą. Ale i ogromnym ciężarem. Bo ja, w przeciwieństwie do niektórych kolegów z branży, nie miałem w sobie tej naturalnej, bezczelnej pewności siebie.
Nie miałem w sobie tej narcystycznej miłości do własnego odbicia, która
tak często pomaga. Ja siebie zawsze oceniałem surowo. Krytycznie. Bez
taryfy ulgowej. I obserwując, jak łatwo niektórzy kochają siebie -
czasem bez powodu - wiedziałem, że im jest po prostu łatwiej. I że ja
muszę walczyć dwa razy mocniej, bo nie potrafię się oszukać.
A dziś, z dystansem - widzisz to wszystko inaczej? Czy potrafisz już
oddzielić siebie od iluzji?
Dziś staram się patrzeć filozoficznie. Bo żyjemy w świecie iluzji.
Zwłaszcza teraz - w czasach social mediów. Wszystko jest kreacją.
Tworzymy wersję siebie, którą inni mają zobaczyć. Nawet jeśli wiemy, że
ona nie jest prawdziwa. Świat mediów to jeden wielki teatr. Ale
ostatecznie nie o to chodzi, jak odbiera nas świat. Najważniejsze jest
to, jak sami siebie postrzegamy. Zazdrościłem kiedyś ludziom tej
pewności, tej wewnętrznej miłości do siebie. Zazdrościłem Borysowi
Szycowi - kiedyś innemu niż dziś - tej łatwości, z jaką się w świecie
poruszał. Tak mi się wówczas wydawało. Dziś wiemy, jaką cenę za to
zapłacił. Teraz to święty facet, ale wtedy miał coś, czego mi brakowało
- tę aurę: "Jestem, więc mam prawo". A ja długo czułem, że muszę prosić
świat o zgodę. Na to, żeby być, być taki, jaki chcę być. Dziś już nie
proszę.
Czy to nie jest najtrudniejsze - nie udowadniać światu, że jesteś kimś,
ale próbować całe życie zaimponować tym, których miłość była dla ciebie
oczywista... ale może nie do końca wypowiedziana?
Myślę, że podświadomie bardzo długo tak miałem. Że chciałem zaimponować
mojej mamie. I ojcu. Każdemu z nich w zupełnie inny sposób, bo oni
pochodzili z dwóch absolutnie różnych światów. Mama - postać medialna,
twarz ekranu, kobieta instynktu i ekspresji. Ojciec - naukowiec,
człowiek intelektu, spokoju, powściągliwości. Inne rzeczy ich
zachwycały. Inne rzeczy doceniali. Ale gdzieś we mnie była ta potrzeba,
by oboje spojrzeli i pomyśleli: "On coś osiągnął". Nie rozmawialiśmy o tym głośno. To się nigdy nie pojawiło wprost. Ale wiem, że wewnętrznie
bardzo tego pragnąłem. Dziś już nie mam tej potrzeby. Dziś to się jakoś
wygasiło, ale kiedyś... kiedyś to był napęd.
A komu jeszcze chciałeś zaimponować poza nimi? Czy to był świat? Ludzie?
A może to był po prostu ten chłopiec, który nie czuł się wystarczająco
ważny?
Myślę, że wszystkim. Bo przez wiele lat nie miałem pewności siebie.
Wiesz, to nie było jakieś jedno wydarzenie. To był splot rzeczy. Pewnych
braków, niewypowiedzianych słów, sytuacji, które zostawiły ślady. Nie
czułem się wyjątkowy. Nie miałem tego przekonania, które tak wielu moich
rówieśników niosło jak sztandar: "Ja jestem wyjątkowy, więc zasługuję".
Moi dziadkowie - zwłaszcza od strony ojca - dali mi wiele ciepła. Babcia
- emocjonalnie. Dziadek - poprzez zainteresowanie moim światem, choć był
z tych surowych wileńskich mężczyzn, co to rzadko mówią "kocham". Ale
mimo to... to nie to samo, co słyszeć coś ważnego od rodziców.
Czy to dlatego - żeby zagłuszyć brak - zawiesiłeś sobie poprzeczkę tak
absurdalnie wysoko? Czy czasem ta chęć udowodnienia czegoś całemu światu
nie bierze się z tego, że w dzieciństwie nie mieliśmy za bardzo komu
zaimponować albo nie wiedzieliśmy czym?
To wszystko zaczęło się od mojej fizyczności - a raczej od jej braku.
Przez wiele lat byłem po prostu... najmniejszy. Najniższy w klasie. W szkole. Wszędzie. I to nie tylko kwestia wzrostu. Brak mutacji,
dziecięcy głos, delikatna twarz. Dziewczyny dojrzewały szybciej - i fizycznie, i emocjonalnie. A ja... Ja jeszcze nie byłem gotowy. Ani jako
chłopiec, ani jako człowiek. To się odbijało wszędzie. W sporcie - byłem
za mały. W szkole - nie byłem ani najlepszy, ani najgorszy. Przeciętny.
Dziewczyny mnie raczej traktowały z przymrużeniem oka. Koledzy... wiadomo.
Łatwiej kopnąć w tyłek kogoś, kto jest mniejszy. Nawet jeśli to
kopnięcie jest tylko słowem. I wiesz, to się odkłada. I to nie jest
błahostka. To nie znika. To fermentuje. I czasem rośnie z tego coś
złego. Ale czasem coś bardzo silnego. Bo małe dziecko w dużym świecie
instynktownie zaczyna się starać bardziej. Więcej. Mocniej. Musi
nadrabiać. Żartem, mową, wiedzą, dowcipem, spojrzeniem. Nie może wygrać
rozmiarem, siłą. Więc musi wygrać czymś innym. I ja bardzo wcześnie
zrozumiałem, że muszę się postarać, żeby zostać zauważony. Że sama
obecność nie wystarczy. Że muszę coś pokazać. Udowodnić. Być szybszy,
lepszy. Bo inaczej zginę w tłumie. Bo inaczej zostanę tym "małym
Dowborkiem". I może to właśnie stąd wzięła się cała moja ambicja. Nie z sukcesu. Ale z niedoboru. Nie z miłości do siebie - tylko z jej głodu.
To wtedy pojawia się ten wewnętrzny głos: "Jeszcze wam, kurwa, pokażę"?
Dokładnie. Ten głos nie jest zły. On jest potrzebny. Choć rodzi się z bólu. Bo to, co wtedy czułem - to nie była ambicja. To była frustracja.
Poczucie, że nie mam czym zaimponować. Że nie mam pola, żeby się
pokazać. Sport - nie. Nauka - średnio. Dziewczyny - też nie. A gdzieś
tam głęboko wiedziałem, że chciałbym być kimś wyjątkowym. Że to we mnie
siedzi. Że to nie jest narcyzm - to jest głód.
A kiedy nie da się imponować, to może chociaż rozśmieszać? Może chociaż
być "tym śmiesznym"?
To jest stara taktyka. Jeśli nie możesz zdobyć szacunku, zdobywasz
uwagę. I tak, bywało, że robiłem głupie rzeczy. Żeby zaistnieć. Żeby coś
się wydarzyło. Żeby było głośniej, śmieszniej, bardziej. Może nie do
poziomu rozbijania butelki na głowie, ale robienie żartów nauczycielom?
Jasne. Dla aplauzu. Dla jednego błysku uwagi. Dla tej chwili, kiedy na
mnie patrzą. To też coś mówi o mnie, prawda? O potrzebie bycia
zauważanym. O tej sile, która później bardzo pomogła mi w pracy. Bo nie
wzięła się znikąd. Gadatliwość, umiejętność bycia w centrum - to nie są
cechy, które się zdobywa na szkoleniu. To się wykuwa tam, gdzie przez
długi czas czujesz się niewidzialny. I wtedy pojawia się scena - i nagle
masz mikrofon. Już nie musisz błaznować. Już możesz mówić naprawdę.
Czyli twoje ambicje... nie były marzeniem? Były odpowiedzią na brak?
Reakcją na deficyt, a nie na powołanie?
Myślę, że tak. Że bardziej się narodziły z presji niż z marzeń. Że to
wszystko, co robiłem - i co robię do dziś - niekoniecznie wynikało z jakiejś wyśnionej wizji siebie, tylko z potrzeby udowodnienia czegoś.
Sobie, światu. A może tym wszystkim, którzy mnie kiedyś nie zauważali.
Na początku to były mrzonki. Że będę sportowcem. Zdałem nawet na AWF,
choć nie bardzo wiedziałem po co. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że
AWF nie jest dla zawodowców, tylko dla tych, którzy będą później wuefu
uczyć albo trenować innych. To nie był mój świat. Zresztą długo nigdzie
nie było mojego świata. Wyleciałem ze studiów. Mama powiedziała: "Nie
uczysz się? To idź do pracy". No to poszedłem. Pracowałem w agencji
PR-owej. Najniższy szczebel. Klasyczny "przynieś, podaj, pozamiataj".
Ale wtedy pierwszy raz zobaczyłem tę scenę. Z drugiej strony.
Telekamery, dziennikarze, błysk fleszy. I pomyślałem: "Może to?".
Ale to jeszcze nie było dziennikarstwo z marzeń, tylko dziennikarstwo z przypadku.
Tak. Dopiero później coś kliknęło. Poznałem dziewczynę - studiowała
dziennikarstwo. Wzięła mnie na zajęcia. I zaiskrzyło. Historia była moim
ulubionym przedmiotem. Zaczytywałem się w reportażach. Kapuściński,
Krall, fakty, prawda, świat, który można opisać. Nie wymyślić - opisać.
Pamiętam dzień, gdy z ojcem poszliśmy po pierwszą "Gazetę Wyborczą". Rok
'89, koszyk wiklinowy, mleko w butelce z kapslem, a obok te cztery
kartki. Tyle wtedy miała. Cztery strony. A ja, dziesięcioletni chłopak,
chłonąłem to, jakby to była Ewangelia. Chciałem wiedzieć. Być blisko
rzeczy ważnych. Później, w liceum, pojawiła się myśl: "Nie aktor, nie
prezenter - reporter wojenny". Taki, który jedzie, widzi, pisze. Taki,
który przeżywa za innych. Mój prawdziwy sen to było jechać gdzieś w świat i pisać. Pisać tak jak Hanna Krall. Pisać tak jak Mariusz
Szczygieł. I do dziś, gdy Szczygieł przychodzi do mojego programu, to
przed nim klękam. On się śmieje. Ale ja naprawdę czuję szacunek.
Autentyczny. Bo to są moi bohaterowie. Tyle że... nie miałem odwagi. Ani
do końca przestrzeni. Nie spróbowałem. Nie zaryzykowałem. Nie
wyjechałem. Może za bardzo chciałem być widoczny. Reporter prasowy jest
w cieniu. A ja niestety - z tym swoim ego, z tą presją, z tym głodem
bycia zauważonym - chciałem światła. I tak się to życie potoczyło.
Myślisz, że świat mediów to fabryka presji czy może tylko lustro, które
ją odbija?
Jedno i drugie. Bez presji nie ma napięcia. Bez napięcia nie ma ruchu.
Bez ruchu nie ma życia. I oczywiście wiem, że dziś modne jest życie bez
stresu, życie "na miękko", życie w strefie komfortu, ale... bez wyjścia z tej strefy nie ma wzrostu. Nie ma skoku. Nie ma skoku serca. Presja
towarzyszyła mi od zawsze. Ale dopiero z wiekiem zrozumiałem, że to nie
ona się zmienia - to ja się zmieniam wobec niej. Na początku każde dobre
wydarzenie niosło ze sobą lęk: "A co, jeśli to już koniec? Co będzie
potem? Czy jeszcze coś mnie spotka?". Dziś wiem: to normalne, że są
cykle. Życie to nie wykres w górę, tylko fala, która się unosi i opada.
A to, co dziś mniej błyszczy, może jutro znów rozbłysnąć. Albo po prostu
nie musi. I dlatego dziś ta presja jest inna. Może mniejsza. Może...
bardziej moja. Bo wiem, że sobie poradzę. Bo już wiem, kim jestem - nie
tylko w telewizji, ale poza nią. Ale wciąż się jej poddaję. I chyba
dobrze. Przyznam ci się - początki w TVN-ie były dla mnie przyjemnością
właśnie dlatego, że była w nich niepewność. Znowu musiałem coś
udowodnić. Znowu ktoś patrzył na mnie i myślał: "Ciekawe, czy dorówna
Prokopowi?". Znowu byłem "ten nowy". Po tylu latach w Polsacie, gdzie
znałem każdy kąt, każdy rytm, wszedłem na nieznane terytorium. I... to
było ekscytujące. Bo przez ostatnie lata to do mnie porównywano innych.
A teraz ja znowu jestem porównywany. I to jest piękne. To znaczy, że
wciąż jestem w grze. A może wciąż mam coś do udowodnienia. Nie innym.
Sobie.
Jak sobie dziś radzisz - jako doświadczony dziennikarz, jako facet,
który już z niejednego pieca chleb jadł?
Wiesz co... po prostu wiem, co muszę zrobić, żeby wyszło dobrze. To nie
jest pewność siebie. To jest pewność warsztatu. Taka, która wynika z doświadczenia. Z tego, że przerobiłem już naprawdę setki programów. I wiem, że nie da się iść na skróty. Wiem, jakich narzędzi użyć, kiedy
trzeba zaryć głową w stół, przysiąść, przeanalizować - i dopiero wtedy
wejść na antenę. Ostatnio prowadziłem You Can Dance, pierwszy raz sam,
bez współprowadzącego, na żywo. I nagle, po tylu latach, coś mnie
zaskoczyło. Coś nowego. Coś, co wymagało ode mnie innego podejścia.
Musiałem na nowo poukładać sobie wszystko w głowie. I... to było super.
Taka satysfakcja, że musisz się zmierzyć z czymś świeżym. Ale
jednocześnie patenty, które się sprawdzają, pozostają te same. Praca.
Przygotowanie. Odpowiedzialność. Pokora.
A czy istnieje taka wersja ciebie, która może być smutna, nieśmiała,
niedoskonała? Czy media zabierają ci prawo do bycia "zwykłym"?
Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Profesjonalizm nie powinien odbierać nam
prawa do człowieczeństwa. Wręcz przeciwnie, myślę, że w mediach to
właśnie ludzkość, autentyczność są kluczem. Jasne, trzeba znać granice.
Nie można być rozmemłanym na wizji. Ale... jeśli nie pokażemy prawdy, widz
to wyczuje. Ostatnio Aśka miała w swoim programie taką scenę: uczestnik
nie przyszedł na zadanie, bo się rozchorował. Wysłał swoją partnerkę,
matkę ich dzieci, a sam leżał w łóżku. I pomyślałem sobie: "Czy ja przez
dwadzieścia sześć lat w mediach, od 1999 roku, kiedykolwiek odpuściłem
pracę z powodu choroby? Czy kiedykolwiek nie przyszedłem na plan, na
antenę, bo coś mi było?". Nie. Nigdy. Jeśli coś zależało ode mnie,
byłem. Nawet jak miałem gorączkę, migrenę, zawroty głowy, byłem. Nie
dlatego, że jestem tytanem. Ale dlatego, że czułem, że nie mogę inaczej.
Bo ta praca, choć czasem mnie męczy, choć czasem wyciska, jest też
czymś, co mnie niesie. Co buduje mnie jako człowieka. I to jest...
paradoksalnie piękne.
To też jest pewna forma presji, prawda? Przychodzisz do pracy chory, z bólem, złością, żałobą - i musisz to wszystko ukryć pod uśmiechem.
Na szczęście skończyły się czasy, w których mucha siadała prezenterce na
nosie, a ona udawała, że nic się nie dzieje. Dzisiaj naturalność jest
cnotą. I to media społecznościowe wymusiły ten zwrot w tradycyjnych
mediach. Dzisiaj nie wygrywa ten, kto jest idealny, tylko ten, kto jest
prawdziwy. Dlatego, choć przeszedłem przez szkołę TVP - przez Akademię
Telewizyjną, przez rygor perfekcji, gdzie bycie przygotowanym do bólu
było normą - to dziś lubię siebie bardziej. Bo dziś mogę być sobą. Z całym chaosem, niedoskonałością i prawdą.
A czy presja wyglądu dotyczy też mężczyzn?
Oczywiście. Tylko jest inna. Mniej się o niej mówi. Ale ona jest. Długo
wzorem była ta nieskazitelność, perfekcja. Ale na szczęście to się
zmienia. Weź Dorotę Wellman - dorosła kobieta, nie chuda, nie młoda, a jednak absolutna gwiazda. Bo jest inteligentna, zabawna, ludzka. I tego
ludzie dziś szukają. To samo mogę powiedzieć o Sandrze Hajduk, z którą
pracuję. Świetna dziewczyna. Nie była modelką, nie ma nóg do nieba, ale
ma coś o wiele ważniejszego - osobowość. To się liczy. Dykcja? Okej,
można poprawić. Ale luz, charakter, poczucie humoru, dystans do siebie -
tego nie nauczysz się na kursie. Albo to masz, albo nie. Dzisiaj liczy
się charakterystyczność. Ilu było superprzystojnych chłopaków, którzy
zniknęli bez śladu? Bo nie mieli tego czegoś. A poza tym uroda przemija.
Nawet jeśli jesteś adonisem, to z czasem, sorry, ale... zostaje ci tylko
to, co masz w środku. I wiecie co? To jest pocieszające. Najbardziej
przystojni faceci sprzed dwudziestu lat - z tarką na brzuchu, z sześciopakiem, z muskulaturą jak z plakatu. Dziś wielu z nich ma
brzuszki, posiwiało im się tu i tam, czasem się wyłysiało. I nagle się
okazuje, że jeśli ktoś zbudował swoją obecność w mediach wyłącznie na
wyglądzie, to była to inwestycja krótkoterminowa. Kurs spada szybko.
Ale czy dziś wciąż się porównujesz? Do młodszych, tych "bardziej na
czasie", odważniejszych?
Każdy się czasem porównuje. Patrzyłem z zazdrością - i na tych lepiej
zbudowanych, i na tych, którzy mieli "to coś". Ale dziś jestem w zgodzie
ze sobą. Nie chodzę na siłownię, żeby coś komukolwiek udowodnić. Jasne,
czasem jestem zły na siebie, że nie umiem trzymać diety, że nie liczę
kalorii, ale... to nie jest najważniejsze. Może miałem mniej dyscypliny
niż inni, ale nigdy nie zabrakło mi samoświadomości. I wiem dziś, że
moja wartość nie zależy od tego, czy wyglądam jak milion dolarów.
Czy pamiętasz moment, kiedy przestałeś coś udowadniać? Co wtedy
poczułeś?
To był proces. Powolne zdejmowanie warstw - jak zdejmowanie ciężkiej
zbroi po latach walki. I w tej ciszy, która wtedy zapadła, poczułem...
ulgę. I coś jeszcze: przestrzeń. Przestrzeń pozwalającą wreszcie robić
to, co moje. Nie dla poklasku, nie z lęku przed porażką, ale z potrzeby
sensu. Jestem zadowolony z miejsca, w którym jestem, pod każdym
względem. I jeśli chodzi o pracę, i o rodzinę, i o sport, który wciąż
jest dla mnie ważny. Wiem już, że nie będę olimpijczykiem, ale też nie
muszę. Robię tyle rzeczy, które dają mi radość. I wiem, ile mnie
kosztowało dojście do tego miejsca. Staram się tylko tego nie zepsuć.
A bycie najlepszym ojcem, mężem - to presja czy wybór?
Nie jestem najlepszym ojcem. I nie jestem wybitnym mężem. Moja żona
mogłaby wymienić wiele moich wad. Ale też wyrosłem z tej wiary, że można
być w czymkolwiek idealnym. Takich ludzi chyba po prostu nie ma. A jeśli
są, to może ich dzieci powiedzą to za trzydzieści lat. Powiedziałem
kiedyś mojej córce, że mam tylko jedną nadzieję - że nie będzie musiała
się z nas leczyć u terapeuty. To może być największy dowód na to, że
byliśmy dobrymi rodzicami.
Wasz związek trwa ponad dwadzieścia lat. To dużo.
Bardzo dużo. I może właśnie w tej przeciętności, w braku fajerwerków,
jest jego siła. Bo życie nie jest festiwalem sztucznych ogni. Składa się
z codzienności, z drobnych rzeczy. I jeśli się tego nie zaakceptuje, to
trudno w czymkolwiek znaleźć szczęście. Ale jeśli się nauczy czerpać
radość z tej zwykłości - to może właśnie to jest miłość.
Czy są wokół ciebie ludzie, przy których presja znika? Ludzie, którzy
zdejmują z ciebie zbroję, a nie każą ci jej wkładać?
Są. I coraz bardziej świadomie wybieram takich ludzi. Z Aśką nie ścigamy
się na sukcesy, na majątek, na samochody. Wielu moich rówieśników ma
potrzebę pokazania się, udowodnienia czegoś światu - "poprzez
błyskotki"- a my naprawdę tego nie potrzebujemy. Dla mnie presją jest
raczej chęć, by jeszcze dobrze zagrać w tenisa, by zachować formę, by
wciąż być konkurencyjnym - ale w sensie fizycznym, nie życiowym. Chcę
być sprawny. Ale nie muszę być od kogoś lepszy. Nie mam już potrzeby
porównań. To mnie wręcz męczy, kiedy widzę, jak mężczyźni próbują
udowodnić, że mają "więcej" - pieniędzy, prestiżu, zasięgów, mięśni. To
mnie już nie dotyczy. I wreszcie mogę to powiedzieć bez złości, bez
lęku. Z ulgą. No dobra... lubię wygrywać w sporcie.
Czy presja nas wzmacnia? Czy raczej uczy nas tylko lepiej ukrywać
słabości?
Świetne pytanie. Myślę, że presja - jeśli odpowiednio ją przeżyć - może
wzmocnić. Ale nie wtedy, kiedy nas miażdży. Raczej wtedy, gdy staje się
próbą. Jeśli presję zamienimy w wyzwanie, a nie w wyrok, to tak,
wzmacnia. Ale przez wiele lat to nie była moja siła - to był mechanizm
maskowania. Maskowałem niepewność, brak wiary w siebie, zmęczenie. Dziś
już nie muszę. Wiem, że słabość nie jest porażką, że gorszy dzień nie
oznacza, że jestem gorszym człowiekiem. Że prawda o sobie jest bardziej
wartościowa niż każda perfekcyjna fasada.
Zastanawiam się, czy można osiągnąć sukces bez presji. Bez tego
wewnętrznego drżenia, niepewności, wysiłku, lęku.
Nie wierzę w sukces bez napięcia. Sukces bez presji jest jak smak bez
przypraw - może nasycić, ale nigdy nie zachwyci. Bo prawdziwy sens
sukcesu leży w drodze, w momentach zwątpienia, w nieprzespanych nocach,
w tych cichych "nie dam rady", które ostatecznie zmieniają się w "jednak
potrafię".
Czy boisz się, że pewnego dnia presja zniknie, a wraz z nią sens?
Nie. Bo dziś wiem, że presja to nie przeciwnik, tylko towarzysz. Owszem,
wymagający, czasem surowy, ale potrzebny. Bo dzięki niej czuję, że żyję.
Kiedyś walczyłem, żeby ją z siebie zrzucić. Dziś wiem, że nie chodzi o to, by się jej pozbyć, ale żeby ją zrozumieć i nie dać się jej
zdominować. Najpiękniejsze rzeczy w życiu robi się nie po to, by być
podziwianym, tylko po to, by być w zgodzie ze sobą. Największą wolność
daje świadomość: "Już nie muszę. Ale nadal chcę". I to wystarczy. Czasem
to nawet wszystko.
MACIEJ DOWBOR
Rocznik 1978. Syn telewizyjnej legendy, który uparł się, że jego własna
historia też zasługuje na antenę. Przez lata prowadził setki programów,
wydarzeń, formatów. Rozpoznawalny głos, znajoma twarz, ale to, co
naprawdę go napędza, ukrywa się za kulisami - tam, gdzie rodzi się
presja, niepewność, ambicja. Były sportowiec z niedosytem, dziennikarz z dystansem, prowadzący z warsztatem i autoironią. Współtwórca
internetowego świata, w którym codzienność miesza się z humorem, a małżeńska chemia z Aśką Koroniewską staje się najciekawszym formatem
niewymyślonym przez żadnego producenta. Wciąż chce grać dobrego seta z życiem, być może dlatego najchętniej wyżywa się na korcie tenisowym.
Twierdzi, że największym sukcesem będzie, jeśli jego dzieci nie będą
musiały leczyć się z dzieciństwa. Nie lubi, gdy się go nazywa "synem
Dowborki". Bardziej odpowiada mu: "Facet, który wie, czym jest presja -
i nie pozwala jej się złamać".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki