PRZEDMOWA
Medytacja w działaniu była pierwszą przeczytaną przeze mnie książką na
temat medytacji w praktyce buddyjskiej. Był rok 1969, właśnie ukończyłem
studia w Boulder i otrzymałem stanowisko wykładowcy rzeźby na University
of Colorado w Denver. Moja żona Basia (Judith Prien) i ja wraz z naszymi
dwiema małymi córkami zamieszkaliśmy w wiejskiej, ale przytulnej chacie
w Górach Skalistych na zachód od Boulder.
Wykładowca rzeźby, którego zastąpiłem na uniwersytecie, wspomniał mi o małej książeczce, którą dostał od kolegi. Tematem była medytacja
buddyjska, a autorem -?tybetański lama, więc czy miałbym może ochotę
zerknąć? Owszem, zdecydowanie chciałem przeczytać książkę tybetańskiego
lamy, właściwie bez względu na jej treść. Basia i ja, a także kilka
osób, z którymi łączyły nas bliskie relacje, od pewnego czasu
poszukiwaliśmy autentycznej ścieżki duchowej i czytaliśmy różne dostępne
książki. Jak dotąd jednak nic do nas nie przemawiało.
Wspomniany egzemplarz Medytacji w działaniu Chögyama Trungpy Rinpocze
odebrałem z pewnym przejęciem i natychmiast zagłębiłem się w treści, a potem nawet zorganizowałem "odosobnienie", aby naukom autora poświęcić
całą należną im uwagę. Lektura wprawiła mnie w zdumienie i w pewnym
sensie podkopała moje wyobrażenie o tym, czym jest autentyczna ścieżka
medytacyjna. Wbrew moim oczekiwaniom Trungpa Rinpocze -?bo taki właśnie
tytuł honorowy noszą lamowie, co znaczy "drogocenny" -?nie stosował
kategorii religijnych. Wprost przeciwnie, do opisu tego, czym dokładnie
jest medytacja, wykorzystał język codzienny i zwykłe ludzkie
doświadczenia -?przedstawiał proste otwarcie się na własną świadomość,
dzięki czemu widzimy rzeczy takimi, jakie są. To podstawowa dobroć bycia
człowiekiem.
Wciąż rozmyślałem o tych naukach, bo książka i jej autor -?tybetański
lama -?zafascynowali mnie. Niedługo potem ku memu wielkiemu zaskoczeniu
dowiedziałem się, że John Visvader i Carl Uso, dwaj profesorowie
uniwersyteccy, którzy byli na wykładzie Rinpocze w Kalifornii i przywieźli egzemplarz Medytacji w działaniu będący teraz w moim
posiadaniu, zaprosili go do Boulder! Nie otrzymali odpowiedzi, więc
napisali ponownie, tym razem załączając widokówkę przedstawiającą Góry
Skaliste (sądzili, że być może będą przypominały góry w Tybecie). Oprócz
tego uzyskali dla Trungpy Rinpocze roczne stanowisko nauczycielskie na
Wydziale Filozofii. Tym razem odpowiedź nadeszła. Tak, Rinpocze
przyjedzie do Boulder!
Spotykaliśmy się już wcześniej jako mała grupa, a teraz, wsparci przez
kilka osób z ośrodka założonego przez Rinpocze na wschodzie Stanów
Zjednoczonych i nazwanego "Tail of the Tiger" (Ogon Tygrysa), zaczęliśmy
szukać kwatery dla naszego gościa. Po pewnym czasie wysoko w górach
znaleźliśmy dom z kamienia, ze wspaniałym widokiem roztaczającym się z okien. W środku panowały dość spartańskie warunki, ale dołożyliśmy
starań, aby wnętrze prezentowało się jak najlepiej -?izolację w nieotynkowanych ścianach zakryliśmy drukowanymi tkaninami w lekko
hipisowskim stylu młodych poszukiwaczy przygód, którzy w owym okresie
osiedlali się w górach Kolorado.
Wkrótce potem przybył Rinpocze. Zawieźliśmy go z lotniska w Denver do
domu w górach (mieliśmy auto, dość wiekowego jasnoniebieskiego
volkswagena garbusa, którego wypożyczyłem do dyspozycji Rinpocze).
Nazajutrz wieczorem Basia i ja ruszyliśmy z ośnieżonej góry,
rozświetlonej przez piękny księżyc, i dalej cichymi, krętymi drogami
pośród krajobrazu jak z baśni na szczyt drugiej góry, gdzie znajdowała
się nieduża kwatera Rinpocze. Stał na zewnątrz, gdy z mroku wyłowiło go
światło naszych reflektorów, ale zanim dojechaliśmy na miejsce, wszedł
do środka, wyraźnie utykając (pamiątka po wypadku samochodowym w Szkocji).
Ruszyliśmy jego śladem i wprowadzeni przez asystenta przywitaliśmy
Rinpocze kwiatami i kilkoma podarunkami. Przedstawiliśmy się i porozmawialiśmy trochę, nie wiedząc właściwie, o czym chciałby mówić ten
mistrz medytacji. Rinpocze rozmawiał z nami zwyczajnie, choć nie
zdawkowo, swobodnie posługując się angielskim z brytyjskim akcentem. W niedługim czasie zostaliśmy zaproszeni pojedynczo do oddzielnego pokoju,
aby odbyć naszą pierwszą "rozmowę kwalifikacyjną". Rozmowy te okazały
się bardzo wnikliwe, każda na swój sposób, jak również bardzo
zachęcające... Tak oto rozpoczęło się nasze życie na ścieżce medytacji.
W kolejnych dniach Rinpocze wygłosił serię wykładów i udzielił
instrukcji dotyczących praktyki medytacyjnej. Z początku odbywały się
małe spotkania, niekiedy organizowane w akademikach studenckich, z czasem zaś w wynajmowanych salach, bo zjawiało się coraz więcej ludzi
zainteresowanych medytacją lub po prostu samym Rinpocze. Niektórzy mieli
dość romantyczne oczekiwania, sądząc, że będą toczyć dyskusje na temat
mgliście zdefiniowanego fajnego, "buddyjskiego" stylu życia. Lecz od
samego początku Rinpocze podkreślał wagę praktyki medytacyjnej, udzielał
instrukcji i nieustannie zachęcał ludzi do siedzenia. Prowadził
niedzielne sesje medytacyjne w salonie większego domu, w którym
zamieszkał wkrótce potem, również w górach, ale bliżej miasta.
Rozeszła się wieść o mistrzu tybetańskim osiadłym w Boulder i w efekcie
coraz więcej ludzi, z okolicy, ale też z obu wybrzeży Stanów
Zjednoczonych, przybywało, aby brać udział w wykładach i programach
medytacyjnych prowadzonych przez Rinpocze. To wymagało zorganizowania
większej i bardziej stałej przestrzeni. Dlatego założyliśmy ośrodek w mieście. Potencjalni uczniowie przyjeżdżali teraz nawet z Europy i innych regionów świata. Wśród Europejczyków znalazło się trochę Polaków.
W naszym nowym ośrodku rozkręciliśmy teraz dużą działalność, nie tylko w rozumieniu praktyki medytacyjnej -?uprawialiśmy także różne dyscypliny
sztuki i udzielaliśmy stypendiów.
Z pełnym rozmachem zainicjowano też tłumaczenia z tybetańskiego na
angielski ważnych tekstów i materiałów do praktyki na co dzień i na
odosobnieniach. Polscy uczniowie zapragnęli dołożyć swoją cegiełkę do
tej aktywności dharmicznej i postanowili dokonać tłumaczenia Medytacji
w działaniu na polski. Poprosili mnie, bym się przyłączył do tej
inicjatywy. Zgodziłem się, aczkolwiek nie bez zastrzeżeń, bo choć
urodziłem się w Polsce, z powodu okoliczności drugiej wojny światowej
wychowałem się z dala od ojczyzny. Zatem mojej znajomości polskiej
gramatyki (która słynie z tego, że jest niebywale trudna) i polskiego
słownictwa daleko było do poziomu wymaganego w przedsięwzięciu natury
literackiej. Czułem jednak, że w tym przypadku mogę polegać na swoich
kolegach i ich znajomości mowy ojczystej. Spotkaliśmy się więc z Rinpocze, aby przedstawić mu pomysł i poprosić o pozwolenie na dokonanie
przekładu. Wysłuchał wystąpienia moich kolegów i po chwili udzielił nam
zgody, a ja miałem wystąpić w roli "doradcy duchowego" w tym projekcie.
Później, na osobności, jako że uczniowie ci nie byli zawodowymi
tłumaczami ani uczonymi, Trungpa Rinpocze wyraził życzenie, bym
dopilnował jakości przekładu. Obiecałem, że dołożę wszelkich starań, by
wydany został tekst na odpowiednim poziomie.
Pomimo najlepszych intencji i wielkiego zaangażowania roboczy przekład -
co być może przewidział Rinpocze -?nie spełnił wymogów. Dowiedziałem się
o tym od uczniów w Krakowie po tym, gdy na początku lat
siedemdziesiątych, w reakcji na zaproszenie wystosowane przez pewnych
ludzi, którzy przeczytali Medytację w działaniu po angielsku, Rinpocze
wysłał mnie do Polski, abym nauczał dharmy.
W następnych dziesięcioleciach działalność medytacyjna w Polsce skupiła
się bardziej na północy, w Warszawie i Szczecinie. Właśnie w Warszawie
podczas jednej z moich nauczycielskich podróży poznałem Roberta Sudóła.
Robert tłumaczył wystąpienia buddyjskich nauczycieli, którzy
przyjeżdżali do Polski, i był jednym z koordynatorów ośrodka
dharmicznego. Wspomniałem mu o przekładzie Medytacji w działaniu, bo
jest zawodowym tłumaczem literackim. Wyraził zainteresowanie i obiecał
zajrzeć do tekstu. Po pewnym czasie mimo nawału zajęć zaangażował się w dokończenie tego przedsięwzięcia.
W trakcie pracy Robert zorientował się, że jest wiele komplikacji, które
należało pokonać, aby przekład mógł się ukazać -?znalezienie
odpowiedniego wydawcy, prawa autorskie, prawa spadkowe (Rinpocze już nie
żył), prawa tłumacza, prawa wydawcy i tym podobne. Czas płynął, ten
projekt wielu serc nigdy jednak nie został zarzucony do końca. I teraz
doczekał się realizacji. Być może jest tym cenniejszy, że kiełkował
bardzo powoli, jak nasiono rzadkiej rośliny, by rozkwitnąć i w pełni
ukształtowanej postaci wreszcie objawić się światu. A ja w końcu
dotrzymałem złożonej dawno temu obietnicy.
Dziś Medytacja w działaniu nie wydaje się może książką aż tak
nowatorską i radykalną jak wtedy, gdy ukazała się po raz pierwszy, ale
na zawsze pozostanie tekstem głęboko autentycznym i przeobrażającym
czytelnika.
Ludwik C. Turzanski
(emerytowany) profesor nadzwyczajny
University of Colorado
Mangalam
ŻYCIE I PRZYKŁAD BUDDY
Jest pogodny, upalny letni dzień, a grube gałęzie damarzyków mienią się
kwieciem i uginają od ciężkich owoców. To dziki, skalisty krajobraz z wieloma jaskiniami, a najbliższe miasto oddalone jest o ponad sto mil. W niektórych jaskiniach mieszkają jogini o długich splątanych włosach,
ubrani tylko w szatę z cienkiej białej bawełny. Jedni siedzą na jelenich
skórach i medytują. Inni wykonują różne praktyki, takie jak trwanie w medytacji pośrodku ogniska, co jest dobrze znaną formą ascezy. Jeszcze
inni odmawiają mantry lu b recytują święte formuły. Miejsce to tchnie
atmosferą spokoju, samotności i ciszy, wydaje się raczej niesamowite.
Być może nic się tu nie zmieniło od czasów stworzenia świata. Bezruch i cisza. Nie słychać nawet śpiewu ptaków. W pobliżu płynie wielka rzeka,
ale nie ma rybaków. Rzeka jest tak ogromna, że ma chyba co najmniej
siedem mil szerokości. Na brzegu asceci wykonują święty rytuał
oczyszczenia. Widzimy, jak medytują i kąpią się w rzece. Taka właśnie
scena roztaczała się dwa tysiące pięćset lat temu nad rzeką Nairandżana
w indyjskiej prowincji Bihar.
Przybywa książę o imieniu Siddhartha. Ma arystokratyczny wygląd; dopiero
niedawno zdjął koronę, kolczyki i ozdoby, więc czuje się nagi. Właśnie
odesłał swojego konia i ostatniego sługę, a teraz wkłada czystą białą
szatę. Rozgląda się dookoła i próbuje naśladować innych ascetów. Chce
podążać za ich przykładem, podchodzi więc do jednego z nich i prosi o wskazania dotyczące praktyki medytacyjnej. W pierwszej kolejności
wyjaśnia, że jest księciem, ale życie w pałacu straciło dla niego sens.
Widział narodziny, śmierć, choroby i starość. Widział mędrca idącego
ulicą, który go zainspirował. Oto przykład i sposób życia, które pragnie
naśladować. To wszystko jest dla niego nowe i z początku nie może
uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Nie może zapomnieć o zbytku i zmysłowych przyjemnościach, którymi raczył się w pałacu i które wciąż
zajmują jego myśli. Oto książę Siddhartha, przyszły Budda.
Następnie otrzymuje, być może wbrew swojej woli, wskazania od swojego
nowego guru. Przekazywane są mu ascetyczne praktyki rysziego, uczy się
też siedzieć ze skrzyżowanymi nogami, przyjmować siedem pozycji jogi
oraz stosować ćwiczenia oddechowe. Na początku jest to dla niego tak
nowe, że wydaje się zabawą. Rozkoszuje się również poczuciem spełnienia,
bo w końcu zdołał na dobre wyrzec się dóbr doczesnych i teraz podąża
zwycięską drogą życiową. Pamięć o żonie, dziecku i rodzicach wciąż jest
świeża, co z pewnością zakłóca jego jogiczne praktyki, ale wydaje się,
że nie zawładnie już jego umysłem. Jogini nie mówią mu nic poza tym,
żeby podążał ścieżką ascetycznej praktyki.
Takie były doświadczenia Buddy mniej więcej dwa tysiące pięćset lat
temu. Nawet dziś można znaleźć bardzo podobny krajobraz i mieć bardzo
podobne przeżycia, gdyby ktoś zdecydował się opuścić swój dom, wyrzec
się kąpieli w ciepłej wodzie, zapomnieć o domowej kuchni i komforcie
jazdy samochodem lub transportem publicznym, co wciąż bywa wielkim
luksusem. Niektórzy z nas mogliby udać się tam samolotem, a więc dotrzeć
na miejsce w zaledwie kilka godzin: zanim człowiek się obejrzy, już jest
w środku Indii. Inni z zamiłowania do przygody mogliby zdecydować się na
podróż autostopem. Taka wędrówka wydawałaby się nierealna, bo byłaby
niezmiennie ekscytująca, bez choćby jednej chwili nudy. W końcu
docieramy do Indii. Być może pod pewnymi względami jesteśmy zawiedzeni.
Widzimy pewne oznaki modernizacji i snobizm klasy wyższej,
wykształconych Hindusów, którzy wciąż naśladują Brytyjczyków. Na
początku może to irytować, ale jakoś w końcu to akceptujemy i staramy
się jak najszybciej opuścić miasto i ruszyć na odludzie. (W tym
przypadku może to być tybetański klasztor lub indyjska aśrama). Możemy
iść za tym przykładem i mieć takie same przeżycia jak książę Siddhartha.
Pierwsze, co bardzo mocno odcisnęłoby się na naszym umyśle, to
ascetyczny aspekt praktyki, a raczej brak luksusów. Czy nauczylibyśmy
się czegoś z tych pierwszych kilku dni i miesięcy? Być może
dowiedzielibyśmy się czegoś o tym sposobie życia. Ale być może, skoro
nigdy nie widzieliśmy takiego kraju, przede wszystkim bylibyśmy
podekscytowani. Mamy skłonność do interpretowania wszystkiego po
swojemu, a gdy staramy się przełamać bariery komunikacyjne i językowe, w naszym umyśle toczy się dialog wewnętrzny. W dużej mierze nadal żyjemy
we własnym świecie. Tak jak w przypadku Buddy, nasze podekscytowanie i poczucie nowości spowodowane pobytem w obcym kraju trwałyby przez siedem
miesięcy. Piszemy listy do domu, jakbyśmy byli "opętani" tą krainą,
zachłyśnięci własną ekscytacją i osobliwością wszystkiego wokół. Gdyby
więc ktoś wrócił po kilku dniach lub tygodniach, nie nauczyłby się zbyt
wiele, zobaczyłby po prostu inny kraj, inny sposób życia. Tak samo
byłoby z Buddą, gdyby opuścił dżunglę nad Nairandżaną i powrócił do
swego królestwa w Radżgirze.
Tyle że Budda przez długi czas praktykował medytację pod okiem
hinduistycznych nauczycieli i przekonał się, że asceza i ślepe
dostosowywanie się do jednego systemu religijnego na niewiele się zdają.
Nadal nie otrzymał odpowiedzi na dręczące go pytania. Cóż, być może
jednak je otrzymał. W pewnym sensie odpowiedzi na pytania sformułowały
się już w jego umyśle, lecz wciąż widział to, co chciał zobaczyć,
zamiast widzieć rzeczy takimi, jakie są. Zatem aby podążać ścieżką
duchową, trzeba wpierw przezwyciężyć początkową ekscytację -?to jedna z zasadniczych kwestii. Jeśli ktoś nie potrafi przezwyciężyć ekscytacji,
nie będzie mógł niczego się nauczyć, bo emocjonalne podniecenie w każdej
formie nas zaślepia. Nie widzimy życia takim, jakie jest, gdyż mamy
skłonność do tworzenia własnej jego wersji. Dlatego nikt nigdy nie
powinien czuć oddania ani dostosowywać się do żadnej struktury
religijnej lub politycznej bez uprzedniego zrozumienia prawdziwej istoty
tego, czego poszukuje. Etykietowanie siebie, przyjmowanie ascetycznego
stylu życia lub zmiana kostiumu i scenerii -?nic z tego nie przyniesie
nam autentycznej przemiany.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki