1
Nagły przeciąg zatrzasnął skrzydło okna, omal nie tłukąc szybek. Przestraszona Amelia Rushwood zerwała się z krzesła, niechcący wylewając inkaust na pisany właśnie list.
- To nic! - zawołała Fanny, która akurat przyniosła zwężoną suknię do przymiarki. - To przecież nic takiego, zaraz posprzątam.
Ale było już za późno - Amelia stała przez chwilę jak skamieniała, a potem rozpłakała się, jakby rozlany atrament i zmarnowany arkusik papieru stanowiły jakieś straszne nieszczęście. Najpierw otarła łzę, kolejną i jeszcze jedną, ale po chwili zaniosła się szlochem, który odbierał jej swobodę oddychania. Nieszczęsna pokojówka usiłowała pocieszać panienkę, lecz na nic się to nie zdało. Amelia padła na łóżko, wtuliła twarz w poduszkę i łkała tak długo, aż zasnęła.
Właściwie Fanny miała czas przywyknąć, panna Rushwood wpadała bowiem w "stany nerwowe" z byle powodu od dość dawna - dokładniej od czterech lat z okładem. Nie było żadnej wątpliwości, co było tego przyczyną. Otóż przed czterema laty narzeczony Amelii, łagodny, hojny, wręcz uwielbiany przez służbę pan Karol Fowlen zmarł w wyniku zapalenia płuc. Nikt się tego nie spodziewał. Zaczęło się od zwykłego przeziębienia, Karol po prostu pokasływał nieco, odwołał więc swój przyjazd do Hornby, gdzie czekała na niego narzeczona. Zamierzali razem z bratem Amelii, sir Cedrikiem, odwiedzić Allenham House, piękny dwór, w którym młodzi mieli zamieszkać po ślubie. Ponieważ Karol nie czuł się najlepiej, postanowiono, że z wyjazdem można zaczekać.
Tydzień później już nie żył. Lekarz rozkładał ręce: nigdy dotąd nie spotkał się z tak gwałtownym rozwojem choroby. Fowlen nie był nawet świadom, że umiera, nie napisał żadnego listu, nie pożegnał się z ukochaną. Zasnął z wysoką gorączką, wstrząsany dreszczami, w nocy na jego skórze pojawiły się dziwne wybroczyny, na koniec dostał drgawek - i nie obudził się więcej.
Służba szeptała po kątach, że nad panną Rushwood wisi jakaś klątwa. Fanny służyła w Hornby dopiero od czterech lat, więc nie mogła pamiętać początków narzeczeństwa Amelii i Karola; znała je jedynie z opowieści. Miętosząc z przejęcia fartuszek, z wypiekami na policzkach słuchała szeptaniny starszych służących, jak to początkowo, gdy sir Cedrik odziedziczył po wuju majątek i tytuł baroneta, szesnastoletnia wówczas panna Amelia była przygotowywana do wyjścia za mąż za jakiegoś obrzydliwego starucha, który podobno liczył sobie aż czterdzieści siedem lat! Miała za niego wyjść wyłącznie po to, by urodzić syna, który stałby się dziedzicem jej brata. Fanny nie rozumiała tego dokładnie, ale podkuchenna Katherine wyjaśniła jej, co następuje:
- Głuptasie, czegoż tu można nie rozumieć? Allenham House jest objęte majoratem, więc kobieta nie może dziedziczyć, tylko potomek płci męskiej. A sir Cedrik miał nie doczekać syna, tak się wtedy mówiło, bo wrócił z wojny z tak okaleczoną twarzą, taki oszpecony, że która panna by go zechciała? Swoją narzeczoną zwolnił z danego mu słowa, ulitował się nad nią. Toż nawet patrzeć się na niego nie dało bez wstrętu.
- A jednak się ożenił - wtrąciła cichutko Fanny, która uważała, że sir Cedrik jest pięknym mężczyzną.
- Ech, głupiaś! Potem dopiero znalazł sobie żonę, kiedy blizna zbladła, już nie była taka czerwona jak krew. A zresztą podobno to jakaś dziwna historia była z tym ożenkiem, ponoć lady Rushwood nie miała posagu i sama mu się oświadczyła...[1] Ale mniejsza o to! No więc początkowo panna Amelia miała dać rodzinie męskiego potomka, którego sir Cedrik zamierzał usynowić. Koniec końców chłopiec odziedziczyłby i majątek, i tytuł.
- Ale potem...?
- Przecież wiesz! Potem był ten ślub sir Cedrika i wkrótce pojawiły się dzieci, a wtedy zamążpójście panienki już nie było takie pilne, ale wszyscy gadali... - tu Katherine zniżyła głos do szeptu, choć znajdowały się właśnie w najdalszej części ogrodu, gdzie zrywały świeże zioła do natarcia mięsiwa i nikt nie mógł ich usłyszeć - ...wszyscy gadali, że ona o niczym innym nie marzy. Kochała się w panu Karolu od dawna i usychała z tęsknoty, a on jej wcale nie chciał...
- Jak to: nie chciał? - zdziwiła się Fanny. - Takiej pięknej i posażnej panny by kto nie chciał, akurat!
- Tak gadali - powtórzyła Katherine, robiąc obrażoną minę. - Trzeba było wielu intryg, żeby się w ogóle oświadczył. Za to gdy już to zrobił, nasza panienka rozkwitła niby ta róża. Zresztą to już widziałaś, boś akurat za niedługo zaczęła służyć we dworze.
- Myślałam, że po ślubie zabierze mnie do Allenham House - westchnęła z żalem Fanny. - Stara pani Rushwood powiada, że nie ma na świecie piękniejszego miejsca, i utyskuje, że syn jej tego dworu nie podarował...
- Syn może by i podarował - zaśmiała się w odpowiedzi podkuchenna. - Ale nie jego żona. Lady Charlotta nie darzy miłością swojej teściowej, nie zauważyłaś? Co innego szwagierkę. Podobno to z namowy żony sir Cedrik zamierzał ulokować panienkę Amelię z panem Karolem właśnie tam. Tylko kazał im dotrwać w narzeczeństwie, aż panienka będzie starsza. Potem miał być ślub i przeprowadzka...
- Ale biedny pan Karol nie doczekał...
- Uhm, nie doczekał.
Nie było dnia, żeby Amelia nie żałowała swego posłuszeństwa. Kiedy Cedrik przyjmował oświadczyny Karola (ponieważ ojciec nie żył, to brat sprawował formalną pieczę nad panną), postawił jeden warunek: ślub odbędzie się dopiero wtedy, gdy Amelia skończy osiemnaście lat.
- Gdybyśmy wówczas nie posłuchali! - wyrzucała sobie dziewczyna. - Gdybym postawiła na swoim... Mogliśmy uciec do Szkocji i wziąć ślub od razu, natychmiast po oświadczynach! Nawet gdyby okrutny los odebrał mi potem męża, miałabym choć ten jeden rok, zachowałabym w sercu wspomnienia miesiąca miodowego, wspólnych poranków i wieczorów. A teraz? Nie mam nic. Jedynie to głębokie niespełnienie w duszy, to poczucie krzywdy i niesprawiedliwości... Nie jestem nawet wdową!
Brat nieszczęsnej nie-wdowy i jego żona Charlotta, którą łączyła z Amelią szczera przyjaźń, byli na tyle taktowni, że nie usiłowali na siłę organizować jej rozrywek. Rozumieli, że żałoba ma swoje prawa. Zapewniali dziewczynie wsparcie, zwłaszcza Charlotta potrafiła po prostu słuchać bez niepotrzebnego udzielania rad i pouczania - ale żadne z nich nie próbowało czegokolwiek przyspieszać.
Niestety, Amelia nie mogła liczyć na podobną delikatność ze strony matki. Stara pani Rushwood już dawno zapomniała, co to porywy serca. Sama wyszła wprawdzie za mąż z miłości, lecz uważała to za wielki błąd.
- Na co komu te wszystkie wzruszenia i omdlenia! - sarkała. - Małżeństwo powinno być rodzajem kontraktu, w dodatku korzystnego dla obu stron. Spójrz choćby na swojego brata. Ożenił się nie dlatego, że tak bardzo kochał Charlottę Rilley, w istocie nie kochał jej wcale. Ba! Nawet jej nie znał. Potrzebował młodego, zdrowego ciała, które da mu potomstwo, ot co! A uczucie, jeśli rzeczywiście jakieś się pojawiło, przyszło później.
Pani Rushwood była zgryźliwa i w głębi duszy nie wierzyła w miłość między sir Cedrikiem a jego żoną. Podejrzewała, że Charlotta po prostu okazała się dość sprytna, by mimo braku posagu złapać bogatego męża. A co do Amelii, stara matrona wychodziła z założenia, że sentymenty powinny już dawno wywietrzeć z panieńskiej główki. Karola Fowlena uważała za umiarkowanie dobrą partię, jego śmierć nie obeszła jej zatem jakoś szczególnie. Oczywiście to zawsze przykre, gdy młody człowiek umiera, ale z punktu widzenia planowanego mariażu - według pani Rushwood - wcale nie stało się nieszczęście. Amelia może znaleźć sobie znacznie lepszego konkurenta.