Te etykietki, które sobie nadajemy, mogą być prawdziwe lub
nie, tak samo jak wówczas, gdy etykietujemy innych. Pewne
przekonania na swój temat niesiemy od bardzo dawna i przykleili je
nam inni, a myśmy w to uwierzyli. I w dodatku postanowiliśmy trwać
przy tym - mimo upływu lat, mimo zdobywania kolejnych umiejętności,
mimo że nieraz nasze zachowania przeczyły temu, co o sobie sądzimy.
Na dwóch przeciwstawnych nurtach, dyspozycjonizmu i sytuacjonizmu,
wyrósł interakcjonizm, mówiący o tym, że nasze zachowania są
funkcją zarówno genów, jak i wpływu środowiska. Dyspozycjonizm
zakładał, że postępujemy tak a nie inaczej, bo tacy właśnie
jesteśmy, że to nasze wewnętrzne dyspozycje. Sytuacjonizm mówił, że
to dlatego, że sytuacja zewnętrzna nami kieruje. Donald Hebb
rozpisał nawet odrobinę matematycznie wyglądające równanie, żeby
nadać temu powagi:
Z = (G, Ś)
[4]
Część cech mamy jako opcję wbudowaną z urodzenia. To
kwestie ściśle powiązane z układem nerwowym. Naukowcy nazywali
cechy temperamentalne w przeróżny sposób, jednak panuje jako taka
zgoda co do tego, że pojawiają się one już w najwcześniejszym
dzieciństwie, że mają podłoże biologiczne i podlegają bardzo
niewielkim zmianom. Temperament jest bazą, na której wzrasta nasza
osobowość. Jak łatwo i szybko pobudza się nasz układ nerwowy? Jak
łatwo (bądź trudno) wyhamowuje reakcje? Czyli w praktyce - jeśli
coś wzbudzi w nas emocję, to jak intensywna ona będzie i czy
zniknie równie szybko, jak się pojawiła, czy też będzie trwać i
trwać, a my zdążymy osiwieć, rozpamiętując ją? To wszystko ma
fundamentalne znaczenie, bo pokazuje między innymi, że to, jak
reagujemy na zdarzenia, nie jest tylko naszym wydumanym fiu bździu
i że nie jest tak, że - przy odrobinie dobrej woli - możesz
opanować swoje gorące serce chłodnym umysłem. Z temperamentem się
rodzisz. I chociaż nie oznacza to, że możesz od teraz wściekać się
bezkarnie na wszystkich i krzyczeć, że taki masz temperament, to
dobrze byłoby wziąć ten fakt pod uwagę. Bo Twoja praca nad sobą
będzie inna i przyniesie inne efekty niż u bardzo zrównoważonej
osoby; zrównoważonej już na poziomie samego układu nerwowego!
Koncepcji cech i typów temperamentu jest wiele. Profesor
Jan Strelau, polski badacz psychologii różnic indywidualnych,
wyróżnia na przykład: aktywność, żwawość, reaktywność emocjonalną i
wrażliwość sensoryczną, wytrzymałość i (trochę strasznie brzmiącą)
perseweratywność.
Aktywność odnosi się, mówiąc w dużym skrócie, do
poszukiwania doznań, stymulacji z zewnątrz. Wysoka
reaktywność emocjonalna to z kolei tendencja do
łatwego włączania się emocji, związana z dużą wrażliwością. Pojawia
się bodziec (np. ktoś powie nam coś niemiłego) i albo reagujemy
dużym wzburzeniem (niekoniecznie od razu musimy to pokazać na
zewnątrz - chodzi o to, co dzieje się w środku) albo, jeśli mamy
niską reaktywność, spływa to po nas jak po kaczce.
Wytrzymałość wiąże się z tym, jak reagujemy, gdy
bombardowanie z zewnątrz nie ustaje. Np. czy jesteś w stanie
pracować w hałasie, czy w takich warunkach natychmiast czujesz się
przytłoczony? Czy jak mówi do Ciebie pięć osób naraz, to masz
ochotę złapać się za głowę, włączyć silniki i odlecieć na księżyc,
czy cierpliwie słuchasz i ni ziębi Cię to, ni grzeje?
Wrażliwość sensoryczną
najłatwiej wyobrazić sobie na
przykładzie dotyku - czy odczuwasz dużą wrażliwość na gryzące
swetry, kamyki w butach, ciągnięcie za włosy? Działa to też w
odniesieniu do innych zmysłów. Ten, kto jest bardzo wrażliwy
sensorycznie, nie znosi pewnych dźwięków, a przy nadmiernej ilości
światła słonecznego czuje się jak wampir, który nie pragnie niczego
więcej, jak tylko skryć się w mroku swojej domowej piwniczki.Żwawość
z kolei to szybkość reakcji,
łatwość zmiany jednego zachowania lub reakcji na inne. To
plastyczność w odpowiedzi na to, co serwuje otoczenie. Wreszcie
jest i
perseweratywność
- choć taka tajemnicza z
nazwy, jestem przekonana, że większość z nas zna się z nią bardzo
dobrze. To tendencja do kontynuowania i powtarzania zachowań po
zaprzestaniu działania bodźca. Mądrze brzmi, a oznacza np.
rozpamiętywanie! Źle Ci poszedł egzamin, więc jeszcze dwa dni
później żyjesz tym, że w zadaniu 15. miało być b, a nie c? Albo to,
gdy z emfazą żalisz się komuś: "No, ale rozumiesz, ten facet
wczoraj w parku mi powiedział, że nie do tego śmietnika psią kupę
wyrzucam, rozumiesz?!".
No właśnie, rozumiesz to? Z jednej strony wiadomo, że
ludzie tak mają, nie? Że są różni, że czasem upierdliwi, że
nakręceni. Ale przecież mogliby coś z tym zrobić, opanować się,
ogarnąć. I tak, trochę w tym racji - można jeszcze sporo zdziałać,
budując swoją osobowość na bazie wysokoreaktywnego,
perseweratywnego temperamentu, ale dla takiego człowieka opanowanie
się i nie rozpamiętywanie będzie raczej podróżą z maczetą przez
dżunglę, a nie lekkim spacerkiem po parkowych alejkach. Światło
razi go bardziej; emocje, które pojawiają się w odpowiedzi na różne
życiowe sytuacje, a które Ciebie nie obejdą - w nim wywołają
huragan. I to nie ze złej woli czy dlatego, że nie chce mu się
postarać. Różnicie się na bardzo podstawowym poziomie. I to samo
możesz odnieść do siebie. Jeśli masz poczucie, że za mało się
starasz, bo przecież innym "to" (tu wstaw dowolną rzecz) przychodzi
z taką łatwością, to pomyśl, że może stać za tym coś innego niż
Twój brak starań, Twoja niewystarczającość czy Twoje inne
nietakości
.
I naprawdę nie chodzi mi o to, żeby dać Ci świetny argument
do stworzenia sobie wymówek, dlaczego nie musisz nad sobą pracować.
Pracuj. I miej na uwadze, z jakiego poziomu wychodzisz.
Różnimy się (znowu na bardzo podstawowym pułapie) również
optymalnym natężeniem stymulacji, co jest zależne od reaktywności
ośrodkowego i autonomicznego układu nerwowego. Marvin Zuckerman
oparł na tych różnicach swoją koncepcję
poszukiwania doznań. Poziom stymulacji, jakiego
potrzebujemy, wiąże się z tym, czy unikamy, czy raczej poszukujemy
grozy i przygód; czy pragniemy silnych przeżyć i ładujemy się w
różne skrajne sytuacje, które mają nam ich dostarczyć; jaką mamy
podatność na nudę. Dlatego nie dla każdego
fancy zajęciem na piątkowe popołudnie będzie skok ze
spadochronem albo zjazd po trasie enduro. Tak jak i nie każdemu
pisana jest hatha yoga, która ma uspokoić niespokojne dusze. Otóż -
niespokojne dusze szukają doznań, i to wcale nie zawsze z powodu
autoagresji czy żeby coś traumatycznego zakrzyczeć w swojej głowie.
Ich układ nerwowy jak kania dżdżu pragnie tego, żeby coś się
działo.
Dostrzeżenie wagi temperamentu ma bardzo duże znaczenie w
wychowaniu dzieci. Łatwo zaszufladkować dziecko do tych "trudnych"
i głowić się nad tym, jak wychować je na porządnego człowieka - jak
by tu mu pookrajać stópki tak, żeby pasowały do kryształowego
pantofelka. W badaniach New York Longitudinal Studies
[5] Alexander Thomas i Stella Chess
wyróżnili kilka typów temperamentu na podstawie dziewięciu cech.
Między innymi
łatwy
(do tej kategorii należy
szczęśliwie najwięcej, bo aż 40% dzieci),
trudny
(10%) i
wolno rozgrzewający się
(15%). Dzieci "łatwe" to te o
przewadze pozytywnego nastroju, które łatwo się przystosowują i
które są ciekawe nowych bodźców. Te, które "wolno się rozgrzewają",
przystosowują się znacznie trudniej, a na nowe sytuacje reagują
lękiem i płaczem. "Trudne" dzieci silnie reagują, częściej
negatywnymi emocjami i nie mają regularności w spaniu, jedzeniu
etc. Najważniejszym wnioskiem z badań było jednak to, że
temperament trudny prowadzi do zaburzeń zachowania w dorosłości,
jeśli nie ma tzw.
dobroci dopasowania
- czyli dziecko nie spełnia
oczekiwań rodziców (zwykle co do bycia grzecznym dzieckiem) i
środowiska - np. dziadków, nauczycieli, rówieśników. Temperament
trudny jest trudny, bo wiąże się z silnym natężeniem cech i nie
jest łatwo przewidywalny. Jednak jest przede wszystkim percepcją i
interpretacją rodziców czy innych opiekunów. Przyklejenie takiej
etykietki nie zwalnia z odpowiedzialności za wychowanie. Nie jest
też szczególną ulgą dla rodziców, którzy nie potrafią sobie
poradzić z dzieckiem bardzo intensywnym. Jednak nie jest też
złośliwością dziecka, że ma taki układ nerwowy, więc wychowując je,
warto pamiętać o tym, żeby nie wtłaczać go w całkiem nie jego
buty.
- Ależ ty jesteś szkudna
[6] !
Nie mam pojęcia, ile razy słyszałam to zdanie jako dziecko.
Niektóre historyjki znam tylko z opowieści. Jak to wysmarowałam się
cała zieloną farbą, zostawiając tylko jeden kaczożółty kosmyk
włosów. Albo jak posmarowałam kostką masła schody i czerwony
telefon - ikonę PRL, taki z tarczą do wybierania numerów i czarnym,
zwiniętym w sprężynę kablem. Niektóre historie sama dobrze
pamiętam. Kojarzycie scenę z "Amelii", w której główna bohaterka
czerpie ekstazę z zanurzania dłoni w sypkich ziarenkach grochu? Ja
miałam podobnie, ale ponieważ rodzice szyli cholewki, ekscytowałam
się zanurzaniem rączek w specjalistycznym kleju do butów.
Butapren, tasiemki i cholewki stanowiły pierwszy krajobraz
mojego dzieciństwa. Krajobraz wszędobylski, bo zarówno dziadkowie
od strony mamy, jak i taty zajmowali się szyciem lub reperowaniem
butów. Wujek Kazio, brat mamy, wrzucał ścinki od cholewek do
wielkiego worka, żebyśmy sobie mogły z moją kuzynką Izą pozjeżdżać
na nich z górki tuż obok domu babci. Bawiłam się więc tymi
ścinkami, imadłami, maszynami do szycia i butaprenem.
Raz upaprałam nim calutkie ręce i mojego ulubionego misia.
Bezsilna mama się zezłościła, skleiła mi dłonie razem i
powiedziała: "A teraz się, cholero, spróbuj rozkleić". Oczywiście
nawet nie spróbowałam. Wyobraziłam sobie, że skoro mama tak mówi,
to na pewno się nie da! I straszliwie się, nomen omen, rozkleiłam.
We wczesnym dzieciństwie byłam pomysłowa. Miałam duszę
eksperymentatora. Chciałam wiedzieć, jak co działa i sprawdzić
"siama". Obejrzeć z różnych stron a to żółwia, a to wnętrze szafy.
Zrobić sobie w nim
skryjówę. Popatrzeć, co robi pani Bogusia, dentystka, gdy
leczy ząb mojej mamie. Korciło mnie wiele rzeczy. Szczególnie
lubiłam się paćkać i wkładać łapki w różnej struktury rzeczy. W
ciasto, klej, rozwodniony piasek, miękki beton albo wannę z
pszenicą w piwnicy u wujka Mariana.
Przez moją ciekawość i pomysłowość byłam "ziabą", "cholerą
małą", "szkudnym dzieciakiem". Nie wiedziałam tak do końca, co
znaczą te słowa, ale uczyły mnie, że eksperymentować trzeba w
ukryciu. W tajemnicy. Bo nie przestałam być strasznie ciekawska.
Choć mama opowiada o tym dziś z rozrzewnieniem, to wtedy nie zawsze
miała cierpliwość. Często czułam, że psocę. I że jak się wyda, to w
najlepszym przypadku dostanę ochrzan. Ale ta wiedza ani trochę nie
sprawiała żebym chciała przestać.
To moje eksperymentowanie pociągało za sobą i groźniejsze
sceny.
- Boże, żeby tylko nie zauważyli... Żeby tylko nie
zauważyli! - piszczałam po cichutku.
Szarymi, piekącymi od rozdzierającego bólu rączkami, łkając
niepowstrzymanie, sprzątałam konfetti z dywanu. Kropka po kropce
zbierałam na szufelkę papierki, które parę chwil wcześniej, tańcząc
i śpiewając, wysypywałam z opakowania, które znalazłam walające się
pod szafką w kuchni. Co to była za radość! Papierowe kropeczki
wirowały w powietrzu, a ja czułam się jak łyżwiarka figurowa. Gdy
konfetti się skończyło, zrobiło mi się bardzo smutno. Taka krótka
przyjemność! Zauważyłam jednak sznureczek i zorientowałam się, że
opróżniłam tylko część tego wspaniałego znaleziska. - Ojej! Czyli
jest tam coś jeszcze! - ucieszyłam się i pociągnęłam za niego z
wysiłkiem. Nie pamiętam dokładnie, co się stało. Jedynie błysk i
palący ból rąk, gdy opakowanie, które okazało się petardą,
eksplodowało. Pamiętam jednak świadomość, że ostro przeskrobałam i
że trzeba zrobić wszystko, żeby to nie wyszło na jaw. Rozejrzałam
się wokół. Konfetti! Jest wszędzie na dywanie! Przecież od razu się
domyślą! Ukryłam szczątki petardy i pobiegłam do łazienki po
szczotkę i szufelkę. Ależ trudno się to zamiatało z dywanu!
Konfetti tylko podskakiwało i upadało gdzieś dalej. Nie wyśniłabym
gorszego koszmaru. Do tego ręce paliły nie do zniesienia. Pobiegłam
do łazienki i odkręciłam kran w bidecie. Schłodziłam dłonie zimną
wodą. Pomogło na chwilę. Mogłam pobiec z powrotem do pokoju i
sprzątać konfetti. Kropka po kropce. Kleiło się do mokrych rączek.
A potem znowu ręce pod wodę. I znowu do pokoju. Łykałam łzy,
starając się płakać jak najciszej. Po kilku takich kursach ktoś
mnie przyłapał. Siostra albo mama, nie pamiętam. - Mogłaś oślepnąć!
- pamiętam jak mnie to spiorunowało. Miałam 4 lata, może 5.
Byłam jednym z tych dzieci, do których trzeba zaglądać co
jakiś czas, bo to, że siedzą cichutko, nie oznacza niczego dobrego.
Nie potrzebowałam niczyjej asysty do zabawy, co dawało złudne
wrażenie, że można mnie spokojnie zostawić samą sobie. Byłam
przyzwyczajona do tego, że bawię się sama. Do czasu pójścia do
przedszkola nie miałam wokół siebie rówieśników, a rodzeństwo było
ode mnie sporo starsze, więc znajdowałam sobie zabawy głównie sama.
Byłam aktywna, wrażliwa sensorycznie (stąd te smarowanki i zabawy w
piachu, na górce, która była stałym elementem naszego wciąż
przebudowywanego podwórka) i otwarta na doświadczenia. Uwielbiałam
również być w centrum zainteresowania, więc gdy do mojej siostry
przychodziły koleżanki, wzorcowo grałam irytującą postać młodszej
siostrzyczki, która wariuje i głupkuje. Wieszałam się na długich
rudych włosach jednej z koleżanek siostry, "Złotej". Ugryzłam w
tyłek "Kaszę", kolegę mojego brata, który przyszedł pograć na Atari
do salonu gier, będącego jednym ze
small businessów
moich rodziców.
Przesiadywałam z ciocią w jej sklepie z ciuchami i zdarzało mi się
zapytać zbyt głośno, zanim jeszcze klientka wyszła za drzwi: "I co,
ciocia? Kolejna baba nic nie kupiła?".
Muszę przyznać, że było ze mnie niezłe ziółko. W mojej
rodzinie nie ma osób, które grzeszyłyby szczególną cierpliwością.
Jesteśmy raczej płomiennymi cholerykami, choć o różnych natężeniach
cech. Każde z nas musiało sobie wypracować sposoby na pozostałych,
żeby jakoś się dogadać. W naszym domu było dużo intensywnych uczuć,
krzyku, wyzywania się, a potem bardzo szybkiego zapominania o całej
sprawie.
Z perspektywy czasu widzę, że próby przycinania moich
stópek do pantofelka "grzecznej dziewczynki" spotykały się z
buntowniczą odpowiedzią, którą czasem realizowałam wprost, w
ostrych kłótniach pełnych wrzasków, a czasem po kryjomu, paląc
fajki, pijąc alkohol i włócząc się z młodymi gniewnymi po
Legionowie.
----------
[4] Zachowanie jest
funkcją genów i środowiska.
[5] Były to badania
podłużne, co oznacza, że przez wiele lat badano te same osoby. W
NYLS badaniom poddano 133 dzieci, rozpoczęto je gdy miały po 2-3
miesiące.
[6] Niegrzeczna, psotna -
to regionalizm, który znam od najmłodszych lat.