p

Mam tak samo jak Ty - Magdalena Ostrowska-Dołęgowska

Kup ebooka

34.99 zł
28.69 zł (28,69 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Kto Ty jesteś?

Jak to jest spać w namiocie zimą? Dlaczego jedni rozpamiętują, a po innych wszystko spływa jak po kaczce? Co to znaczy "być szkudną" i jak zamienić gniew we współczucie?

- To ty sobie ponawiguj, ale i tak pójdziemy tam - wskazałam stanowczym gestem na znaczek szlaku wymalowany na pobliskim drzewie. Przestąpiłam z nogi na nogę trochę niecierpliwie, bo ciężar plecaka od wielu godzin gniótł moje plecy. Wewnątrz niego wszystko było przemoczone. Śpiwór, ubrania i zbyt duża, jak na czterodniowy wyjazd, liczba bambetli. Ale skąd miałam wiedzieć, co ze sobą zabrać? Pierwszy raz wybrałam się w góry zimą na wędrówkę z plecakiem i namiotem, więc wydawało mi się, że trzeba się spakować jak na wojnę. Zanim poznałam K., pomysł na taką wyprawę w ogóle nie zaświtałby w mojej głowie. No bo kto by to w ogóle wymyślił! W góry zimą jeździ się na narty, a nie łazić w kopnym śniegu i spać na mrozie. W głowie K. takie pomysły były stałymi bywalcami.

Znaliśmy się mniej więcej od roku. Z naszego pierwszego spotkania u Michała "Jaskini" pamiętam jego różowe skarpetki, trochę wyniosły styl bycia i mądralińskość. Przemknęło mi przez głowę, że to jeden z tych, którzy muszą się wyróżniać. Te skarpetki doskonale się w tym sprawdzały. K. studiował geografię, tak jak ja. Tyle, że był już na piątym roku, a ja dopiero zaczynałam.

Bliżej poznaliśmy się jednak dopiero na Balu Geografa w warszawskim klubie Proxima - tematycznej, corocznej imprezie naszego wydziału. Przyszłam na nią ubrana we wściekle czerwoną sukienkę, która zapewniła mi nieoficjalną ksywkę wśród dziewczyn ze starszych roczników. Byłam absolutnie niepoprawna. Flirtowałam z chłopakami, całowałam się z koleżankami i było mnie tam pełno. To był absolutnie zwariowany wieczór. Sama nie do końca wiem, jak to się stało, że znaleźliśmy się z K. razem na parkiecie w wirze spontanicznego tańca, podczas którego złapałam go za, hmm, serce. A właściwie za tę miękką część jego męskiej natury, która znajduje się dobre pół metra niżej. Spojrzałam mu przy tym głęboko w oczy. Tego nie dało się zapomnieć.

To jednak nie był jeszcze początek naszego związku. Prowadzaliśmy się wokół siebie grubo ponad pół roku, zanim byliśmy w stanie przyznać, że nam na sobie zależy. W międzyczasie K. zastanawiał się nad samotnym wyjazdem na rok do Ameryki Południowej, a ja, nie będąc jeszcze ani trochę jego dziewczyną, powiedziałam mu, żeby wybił sobie to z głowy. Jak pojedzie, to ja nie będę na niego czekać! Został. I zaprosił mnie na wspólny wyjazd na sylwestra. "Zobaczysz, jak to jest, jak się śpi zimą w namiocie".

Pojechaliśmy w Gorce, wzięliśmy sprzęt biwakowy. To znaczy - częściowo, bo pierwszego wieczoru okazało się, że K. zapomniał karimaty. Gdy krótki dzień dobiegał końca, znajdowaliśmy miejsce obok szlaku i udeptywaliśmy je, żeby było twardo i jako tako równo pod namiot. A gdy już go rozłożyliśmy, zaczynaliśmy gotowanie. Przesiadywaliśmy w świetle czołówek i nieśmiało błyskającego ognia kuchenki. Ogrzewaliśmy się też w inny sposób...

Nocowanie zimą w namiocie ma ten minus, że wystarczy jeden dzień, żeby wszystko zrobiło się mokre. Śpiwór niczym gąbka chłonie wilgoć z wnętrza namiotu, od oddechów, ciał. Ubrania podczas codziennej wędrówki robią się mokre od śniegu i potu. Nijak to wszystko nie zamierza schnąć. Buty w nocy zamarzają i rano trzeba się trochę natrudzić, żeby wsunąć w nie stopy. W dodatku są parszywie zimne. Zwijanie obozu w śniegu to też wątpliwa przyjemność. Ale K. cieszył się tym jak dziecko. Ja z kolei po pierwszej lodowatej nocy byłam przekonana, że dostanę zapalenia płuc. Albo przynajmniej anginy!

Dostałam jednak tylko zapalenia pęcherza.

Na wieczór mieliśmy dojść do znajomych K. z geografii, którzy sylwestra spędzali w drewnianej chałupie na Jamnem, części Ochotnicy oddalonej od cywilizacji. Szliśmy już długo. Byłam zmęczona, było mi mokro i stresowałam się trochę tym, że idziemy do kompletnie nieznanych mi ludzi. A K., z mapą w ręku, bardzo chciał nas jeszcze przeciorać przez jakieś krzaki. To jego specjalność - chodzenie poza szlakiem. Im więcej zwalonych gałęzi, im bardziej kopny śnieg, im gęstszy młodnik, tym lepiej. Stał więc tak z tą mapą i oczy mu się świeciły.

- Zobacz, jak pójdziemy tędy, to zrobimy taki elegancki skrócik i wyjdziemy już w Ochotnicy - tłumaczył, pokazując mi drogę na skróty.

- Nie - odrzekłam kategorycznie. - Jest mi zimno, mokro i nie będę lazła przez te krzaki!

- No ale chociaż popatrz na mapę! Zobacz, tutaj mamy tak mniej więcej...

- Dobrze, ty sobie ponawiguj, ale i tak pójdziemy tędy.

Całymi latami K. przywoływał tamto zdarzenie na dowód mojej niskiej ugodowości. Przywoływał również scenę z jednego z moich ulubionych filmów, "Fridy" z Salmą Hayek, w którym tytułowa bohaterka przychodzi do Diega Rivery pokazać mu swój obraz. On maluje na piętrze, na balkonie, ona stoi na dole ze stanowczą miną. W końcu Diego macha ręką i mówi: "No dobra, chodź i pokaż, co tam masz". A ona odpowiada: "Nie, niech pan zejdzie" (No, you come down).

Taka właśnie byłam. W czerwonej sukience, z papierosem, mówiąca: "nie". Sporo we mnie było anarchistki i złośnicy. Lubiłam głośno śpiewać, tańczyć i wygłupiać się na imprezach. Podrywać chłopaków. I dziewczyny też. Gdy dotarliśmy w końcu na tamtą imprezę sylwestrową do geografów na Skałce, wymęczeni i przypominający bardziej zmokłe kury niż ludzi, przedstawiłam się słowami: "Cześć, jestem Magda. Trochę śmierdzę, ale jestem fajna". Świetnie się odnalazłam wśród tamtych ludzi, mimo że jeszcze z godzinę wcześniej proponowałam K., żebyśmy jednak rozstawili namiot gdzieś w lesie, bo ja chyba nie chcę iść na tę imprezę. Nigdy nie rozumiałam, jak w jednej osobie mogą się kryć dwie takie skrajności. Lęk przed oceną, odrzuceniem, nieśmiałość, a chwilę później rzucanie się w kankana na drewnianym stole w ubraniu z samego prześcieradła.

Tamtej sylwestrowej nocy zdecydowaliśmy, że spróbujemy ze sobą być, a ja weszłam na drogę, która miała mi pokazać, że spanie zimą w namiocie i używanie garści śniegu do higieny intymnej to ledwie przystawka do głównego dania.

Jacy właściwie jesteśmy? I skąd wiemy, że właśnie tacy? Lubimy się klasyfikować. A to do znaku zodiaku, a to do typu, np. introwertyk czy ekstrawertyk, melancholik, sangwinik, choleryk czy flegmatyk [1]. Czytamy o tym, że Magdy są takie a takie, a Stefany zwykle mają tak i siak. Lubimy trzymać się takich historii, bo porządkują nam w głowie, próbują pokazać nam, kim jesteśmy my sami i kim są inni ludzie. Można sobie wyobrazić typy jako szufladki, do których chcielibyśmy wpasować ludzi, a często również siebie. Przyklejamy karteczkę z opisem i gotowe. Jakie to łatwe! Jeśli sobie wszystko ładnie poklasyfikujesz, masz gotowe odpowiedzi na różne pytania i schematy ocen różnych zaskakujących Cię sytuacji. Lubimy też oceniać i ma to duży związek z tą właśnie klasyfikacją, która mnóstwo w życiu upraszcza. Dzieje się tak podobno dlatego, że mamy tendencję do oszczędności poznawczej . Nasze mózgi, do których dociera całe mnóstwo informacji, muszą to jakoś przetworzyć, a przy okazji nie chcą się nadmiernie napracować. Praca mózgu kosztuje bardzo dużo energii, a gdybyśmy chcieli zastanawiać się nad wszystkim i bardzo skrupulatnie poddawać analizie to, co do nas dociera, biorąc pod uwagę wszystkie bardziej i mniej istotne informacje, oszalelibyśmy, a podjęcie prostej decyzji trwałoby wieczność. Dlatego właśnie stosujemy heurystyki , czyli drogi na skróty [2] - z powodu niemożności przeanalizowania wszystkich możliwości. Dlatego tak łatwo ulegamy stereotypom i pokusie szufladkowania. Patrząc na czyjeś zachowanie, łatwiej ocenić nam, że ten ktoś postąpił tak, bo taki jest (np. jest bucem, chamem, prostakiem lub jest niedokładny, niedbały), a nie dlatego, że to przypadek albo tak podyktowała mu sytuacja.

----------

[1] Choleryk, sangwinik, flegmatyk i melancholik to klasyfikacja stara jak świat. Zapoczątkowana przez greckiego filozofa i lekarza Hipokratesa, który opisał zdrowie jako stan zależny od czterech soków organizmu: krwi, flegmy, żółci czarnej i żółtej. Pięćset lat później teorię tę uzupełnił inny grecki lekarz Galen, który powiązał przewagę jednego z soków w organizmie z określonymi sposobami zachowań i w ten sposób wyodrębnił pierwszą typologię temperamentu.

[2] W psychologii nazywa się w ten sposób uproszczone reguły wnioskowania. Automatycznie i bezwiednie posługujemy się nimi po to, aby wydawać szybkie sądy, co często prowadzi do błędów poznawczych. Np. heurystyka reprezentatywności polega na klasyfikacji jakiejś osoby na podstawie podobieństwa do przypadku typowego, charakterystycznego, reprezentatywnego, który już znamy. Np. wiemy, że Janek jest informatykiem, więc przypisujemy mu pewne cechy, które kojarzą nam się z tym zawodem, a których mieć nie musi. To wpływa na kształtowanie się stereotypów.

Temperament

Te etykietki, które sobie nadajemy, mogą być prawdziwe lub nie, tak samo jak wówczas, gdy etykietujemy innych. Pewne przekonania na swój temat niesiemy od bardzo dawna i przykleili je nam inni, a myśmy w to uwierzyli. I w dodatku postanowiliśmy trwać przy tym - mimo upływu lat, mimo zdobywania kolejnych umiejętności, mimo że nieraz nasze zachowania przeczyły temu, co o sobie sądzimy. Na dwóch przeciwstawnych nurtach, dyspozycjonizmu i sytuacjonizmu, wyrósł interakcjonizm, mówiący o tym, że nasze zachowania są funkcją zarówno genów, jak i wpływu środowiska. Dyspozycjonizm zakładał, że postępujemy tak a nie inaczej, bo tacy właśnie jesteśmy, że to nasze wewnętrzne dyspozycje. Sytuacjonizm mówił, że to dlatego, że sytuacja zewnętrzna nami kieruje. Donald Hebb rozpisał nawet odrobinę matematycznie wyglądające równanie, żeby nadać temu powagi:

Z = (G, Ś) [4]

Część cech mamy jako opcję wbudowaną z urodzenia. To kwestie ściśle powiązane z układem nerwowym. Naukowcy nazywali cechy temperamentalne w przeróżny sposób, jednak panuje jako taka zgoda co do tego, że pojawiają się one już w najwcześniejszym dzieciństwie, że mają podłoże biologiczne i podlegają bardzo niewielkim zmianom. Temperament jest bazą, na której wzrasta nasza osobowość. Jak łatwo i szybko pobudza się nasz układ nerwowy? Jak łatwo (bądź trudno) wyhamowuje reakcje? Czyli w praktyce - jeśli coś wzbudzi w nas emocję, to jak intensywna ona będzie i czy zniknie równie szybko, jak się pojawiła, czy też będzie trwać i trwać, a my zdążymy osiwieć, rozpamiętując ją? To wszystko ma fundamentalne znaczenie, bo pokazuje między innymi, że to, jak reagujemy na zdarzenia, nie jest tylko naszym wydumanym fiu bździu i że nie jest tak, że - przy odrobinie dobrej woli - możesz opanować swoje gorące serce chłodnym umysłem. Z temperamentem się rodzisz. I chociaż nie oznacza to, że możesz od teraz wściekać się bezkarnie na wszystkich i krzyczeć, że taki masz temperament, to dobrze byłoby wziąć ten fakt pod uwagę. Bo Twoja praca nad sobą będzie inna i przyniesie inne efekty niż u bardzo zrównoważonej osoby; zrównoważonej już na poziomie samego układu nerwowego!

Koncepcji cech i typów temperamentu jest wiele. Profesor Jan Strelau, polski badacz psychologii różnic indywidualnych, wyróżnia na przykład: aktywność, żwawość, reaktywność emocjonalną i wrażliwość sensoryczną, wytrzymałość i (trochę strasznie brzmiącą) perseweratywność. Aktywność odnosi się, mówiąc w dużym skrócie, do poszukiwania doznań, stymulacji z zewnątrz. Wysoka reaktywność emocjonalna to z kolei tendencja do łatwego włączania się emocji, związana z dużą wrażliwością. Pojawia się bodziec (np. ktoś powie nam coś niemiłego) i albo reagujemy dużym wzburzeniem (niekoniecznie od razu musimy to pokazać na zewnątrz - chodzi o to, co dzieje się w środku) albo, jeśli mamy niską reaktywność, spływa to po nas jak po kaczce. Wytrzymałość wiąże się z tym, jak reagujemy, gdy bombardowanie z zewnątrz nie ustaje. Np. czy jesteś w stanie pracować w hałasie, czy w takich warunkach natychmiast czujesz się przytłoczony? Czy jak mówi do Ciebie pięć osób naraz, to masz ochotę złapać się za głowę, włączyć silniki i odlecieć na księżyc, czy cierpliwie słuchasz i ni ziębi Cię to, ni grzeje? Wrażliwość sensoryczną najłatwiej wyobrazić sobie na przykładzie dotyku - czy odczuwasz dużą wrażliwość na gryzące swetry, kamyki w butach, ciągnięcie za włosy? Działa to też w odniesieniu do innych zmysłów. Ten, kto jest bardzo wrażliwy sensorycznie, nie znosi pewnych dźwięków, a przy nadmiernej ilości światła słonecznego czuje się jak wampir, który nie pragnie niczego więcej, jak tylko skryć się w mroku swojej domowej piwniczki.Żwawość z kolei to szybkość reakcji, łatwość zmiany jednego zachowania lub reakcji na inne. To plastyczność w odpowiedzi na to, co serwuje otoczenie. Wreszcie jest i perseweratywność - choć taka tajemnicza z nazwy, jestem przekonana, że większość z nas zna się z nią bardzo dobrze. To tendencja do kontynuowania i powtarzania zachowań po zaprzestaniu działania bodźca. Mądrze brzmi, a oznacza np. rozpamiętywanie! Źle Ci poszedł egzamin, więc jeszcze dwa dni później żyjesz tym, że w zadaniu 15. miało być b, a nie c? Albo to, gdy z emfazą żalisz się komuś: "No, ale rozumiesz, ten facet wczoraj w parku mi powiedział, że nie do tego śmietnika psią kupę wyrzucam, rozumiesz?!".

No właśnie, rozumiesz to? Z jednej strony wiadomo, że ludzie tak mają, nie? Że są różni, że czasem upierdliwi, że nakręceni. Ale przecież mogliby coś z tym zrobić, opanować się, ogarnąć. I tak, trochę w tym racji - można jeszcze sporo zdziałać, budując swoją osobowość na bazie wysokoreaktywnego, perseweratywnego temperamentu, ale dla takiego człowieka opanowanie się i nie rozpamiętywanie będzie raczej podróżą z maczetą przez dżunglę, a nie lekkim spacerkiem po parkowych alejkach. Światło razi go bardziej; emocje, które pojawiają się w odpowiedzi na różne życiowe sytuacje, a które Ciebie nie obejdą - w nim wywołają huragan. I to nie ze złej woli czy dlatego, że nie chce mu się postarać. Różnicie się na bardzo podstawowym poziomie. I to samo możesz odnieść do siebie. Jeśli masz poczucie, że za mało się starasz, bo przecież innym "to" (tu wstaw dowolną rzecz) przychodzi z taką łatwością, to pomyśl, że może stać za tym coś innego niż Twój brak starań, Twoja niewystarczającość czy Twoje inne nietakości .

I naprawdę nie chodzi mi o to, żeby dać Ci świetny argument do stworzenia sobie wymówek, dlaczego nie musisz nad sobą pracować. Pracuj. I miej na uwadze, z jakiego poziomu wychodzisz.

Różnimy się (znowu na bardzo podstawowym pułapie) również optymalnym natężeniem stymulacji, co jest zależne od reaktywności ośrodkowego i autonomicznego układu nerwowego. Marvin Zuckerman oparł na tych różnicach swoją koncepcję poszukiwania doznań. Poziom stymulacji, jakiego potrzebujemy, wiąże się z tym, czy unikamy, czy raczej poszukujemy grozy i przygód; czy pragniemy silnych przeżyć i ładujemy się w różne skrajne sytuacje, które mają nam ich dostarczyć; jaką mamy podatność na nudę. Dlatego nie dla każdego fancy zajęciem na piątkowe popołudnie będzie skok ze spadochronem albo zjazd po trasie enduro. Tak jak i nie każdemu pisana jest hatha yoga, która ma uspokoić niespokojne dusze. Otóż - niespokojne dusze szukają doznań, i to wcale nie zawsze z powodu autoagresji czy żeby coś traumatycznego zakrzyczeć w swojej głowie. Ich układ nerwowy jak kania dżdżu pragnie tego, żeby coś się działo.

Dostrzeżenie wagi temperamentu ma bardzo duże znaczenie w wychowaniu dzieci. Łatwo zaszufladkować dziecko do tych "trudnych" i głowić się nad tym, jak wychować je na porządnego człowieka - jak by tu mu pookrajać stópki tak, żeby pasowały do kryształowego pantofelka. W badaniach New York Longitudinal Studies [5] Alexander Thomas i Stella Chess wyróżnili kilka typów temperamentu na podstawie dziewięciu cech. Między innymi łatwy (do tej kategorii należy szczęśliwie najwięcej, bo aż 40% dzieci), trudny (10%) i wolno rozgrzewający się (15%). Dzieci "łatwe" to te o przewadze pozytywnego nastroju, które łatwo się przystosowują i które są ciekawe nowych bodźców. Te, które "wolno się rozgrzewają", przystosowują się znacznie trudniej, a na nowe sytuacje reagują lękiem i płaczem. "Trudne" dzieci silnie reagują, częściej negatywnymi emocjami i nie mają regularności w spaniu, jedzeniu etc. Najważniejszym wnioskiem z badań było jednak to, że temperament trudny prowadzi do zaburzeń zachowania w dorosłości, jeśli nie ma tzw. dobroci dopasowania - czyli dziecko nie spełnia oczekiwań rodziców (zwykle co do bycia grzecznym dzieckiem) i środowiska - np. dziadków, nauczycieli, rówieśników. Temperament trudny jest trudny, bo wiąże się z silnym natężeniem cech i nie jest łatwo przewidywalny. Jednak jest przede wszystkim percepcją i interpretacją rodziców czy innych opiekunów. Przyklejenie takiej etykietki nie zwalnia z odpowiedzialności za wychowanie. Nie jest też szczególną ulgą dla rodziców, którzy nie potrafią sobie poradzić z dzieckiem bardzo intensywnym. Jednak nie jest też złośliwością dziecka, że ma taki układ nerwowy, więc wychowując je, warto pamiętać o tym, żeby nie wtłaczać go w całkiem nie jego buty.

- Ależ ty jesteś szkudna [6] !

Nie mam pojęcia, ile razy słyszałam to zdanie jako dziecko. Niektóre historyjki znam tylko z opowieści. Jak to wysmarowałam się cała zieloną farbą, zostawiając tylko jeden kaczożółty kosmyk włosów. Albo jak posmarowałam kostką masła schody i czerwony telefon - ikonę PRL, taki z tarczą do wybierania numerów i czarnym, zwiniętym w sprężynę kablem. Niektóre historie sama dobrze pamiętam. Kojarzycie scenę z "Amelii", w której główna bohaterka czerpie ekstazę z zanurzania dłoni w sypkich ziarenkach grochu? Ja miałam podobnie, ale ponieważ rodzice szyli cholewki, ekscytowałam się zanurzaniem rączek w specjalistycznym kleju do butów.

Butapren, tasiemki i cholewki stanowiły pierwszy krajobraz mojego dzieciństwa. Krajobraz wszędobylski, bo zarówno dziadkowie od strony mamy, jak i taty zajmowali się szyciem lub reperowaniem butów. Wujek Kazio, brat mamy, wrzucał ścinki od cholewek do wielkiego worka, żebyśmy sobie mogły z moją kuzynką Izą pozjeżdżać na nich z górki tuż obok domu babci. Bawiłam się więc tymi ścinkami, imadłami, maszynami do szycia i butaprenem.

Raz upaprałam nim calutkie ręce i mojego ulubionego misia. Bezsilna mama się zezłościła, skleiła mi dłonie razem i powiedziała: "A teraz się, cholero, spróbuj rozkleić". Oczywiście nawet nie spróbowałam. Wyobraziłam sobie, że skoro mama tak mówi, to na pewno się nie da! I straszliwie się, nomen omen, rozkleiłam.

We wczesnym dzieciństwie byłam pomysłowa. Miałam duszę eksperymentatora. Chciałam wiedzieć, jak co działa i sprawdzić "siama". Obejrzeć z różnych stron a to żółwia, a to wnętrze szafy. Zrobić sobie w nim skryjówę. Popatrzeć, co robi pani Bogusia, dentystka, gdy leczy ząb mojej mamie. Korciło mnie wiele rzeczy. Szczególnie lubiłam się paćkać i wkładać łapki w różnej struktury rzeczy. W ciasto, klej, rozwodniony piasek, miękki beton albo wannę z pszenicą w piwnicy u wujka Mariana.

Przez moją ciekawość i pomysłowość byłam "ziabą", "cholerą małą", "szkudnym dzieciakiem". Nie wiedziałam tak do końca, co znaczą te słowa, ale uczyły mnie, że eksperymentować trzeba w ukryciu. W tajemnicy. Bo nie przestałam być strasznie ciekawska. Choć mama opowiada o tym dziś z rozrzewnieniem, to wtedy nie zawsze miała cierpliwość. Często czułam, że psocę. I że jak się wyda, to w najlepszym przypadku dostanę ochrzan. Ale ta wiedza ani trochę nie sprawiała żebym chciała przestać.

To moje eksperymentowanie pociągało za sobą i groźniejsze sceny.

- Boże, żeby tylko nie zauważyli... Żeby tylko nie zauważyli! - piszczałam po cichutku.

Szarymi, piekącymi od rozdzierającego bólu rączkami, łkając niepowstrzymanie, sprzątałam konfetti z dywanu. Kropka po kropce zbierałam na szufelkę papierki, które parę chwil wcześniej, tańcząc i śpiewając, wysypywałam z opakowania, które znalazłam walające się pod szafką w kuchni. Co to była za radość! Papierowe kropeczki wirowały w powietrzu, a ja czułam się jak łyżwiarka figurowa. Gdy konfetti się skończyło, zrobiło mi się bardzo smutno. Taka krótka przyjemność! Zauważyłam jednak sznureczek i zorientowałam się, że opróżniłam tylko część tego wspaniałego znaleziska. - Ojej! Czyli jest tam coś jeszcze! - ucieszyłam się i pociągnęłam za niego z wysiłkiem. Nie pamiętam dokładnie, co się stało. Jedynie błysk i palący ból rąk, gdy opakowanie, które okazało się petardą, eksplodowało. Pamiętam jednak świadomość, że ostro przeskrobałam i że trzeba zrobić wszystko, żeby to nie wyszło na jaw. Rozejrzałam się wokół. Konfetti! Jest wszędzie na dywanie! Przecież od razu się domyślą! Ukryłam szczątki petardy i pobiegłam do łazienki po szczotkę i szufelkę. Ależ trudno się to zamiatało z dywanu! Konfetti tylko podskakiwało i upadało gdzieś dalej. Nie wyśniłabym gorszego koszmaru. Do tego ręce paliły nie do zniesienia. Pobiegłam do łazienki i odkręciłam kran w bidecie. Schłodziłam dłonie zimną wodą. Pomogło na chwilę. Mogłam pobiec z powrotem do pokoju i sprzątać konfetti. Kropka po kropce. Kleiło się do mokrych rączek. A potem znowu ręce pod wodę. I znowu do pokoju. Łykałam łzy, starając się płakać jak najciszej. Po kilku takich kursach ktoś mnie przyłapał. Siostra albo mama, nie pamiętam. - Mogłaś oślepnąć! - pamiętam jak mnie to spiorunowało. Miałam 4 lata, może 5.

Byłam jednym z tych dzieci, do których trzeba zaglądać co jakiś czas, bo to, że siedzą cichutko, nie oznacza niczego dobrego. Nie potrzebowałam niczyjej asysty do zabawy, co dawało złudne wrażenie, że można mnie spokojnie zostawić samą sobie. Byłam przyzwyczajona do tego, że bawię się sama. Do czasu pójścia do przedszkola nie miałam wokół siebie rówieśników, a rodzeństwo było ode mnie sporo starsze, więc znajdowałam sobie zabawy głównie sama. Byłam aktywna, wrażliwa sensorycznie (stąd te smarowanki i zabawy w piachu, na górce, która była stałym elementem naszego wciąż przebudowywanego podwórka) i otwarta na doświadczenia. Uwielbiałam również być w centrum zainteresowania, więc gdy do mojej siostry przychodziły koleżanki, wzorcowo grałam irytującą postać młodszej siostrzyczki, która wariuje i głupkuje. Wieszałam się na długich rudych włosach jednej z koleżanek siostry, "Złotej". Ugryzłam w tyłek "Kaszę", kolegę mojego brata, który przyszedł pograć na Atari do salonu gier, będącego jednym ze small businessów moich rodziców. Przesiadywałam z ciocią w jej sklepie z ciuchami i zdarzało mi się zapytać zbyt głośno, zanim jeszcze klientka wyszła za drzwi: "I co, ciocia? Kolejna baba nic nie kupiła?".

Muszę przyznać, że było ze mnie niezłe ziółko. W mojej rodzinie nie ma osób, które grzeszyłyby szczególną cierpliwością. Jesteśmy raczej płomiennymi cholerykami, choć o różnych natężeniach cech. Każde z nas musiało sobie wypracować sposoby na pozostałych, żeby jakoś się dogadać. W naszym domu było dużo intensywnych uczuć, krzyku, wyzywania się, a potem bardzo szybkiego zapominania o całej sprawie.

Z perspektywy czasu widzę, że próby przycinania moich stópek do pantofelka "grzecznej dziewczynki" spotykały się z buntowniczą odpowiedzią, którą czasem realizowałam wprost, w ostrych kłótniach pełnych wrzasków, a czasem po kryjomu, paląc fajki, pijąc alkohol i włócząc się z młodymi gniewnymi po Legionowie.

----------

[4] Zachowanie jest funkcją genów i środowiska.

[5] Były to badania podłużne, co oznacza, że przez wiele lat badano te same osoby. W NYLS badaniom poddano 133 dzieci, rozpoczęto je gdy miały po 2-3 miesiące.

[6] Niegrzeczna, psotna - to regionalizm, który znam od najmłodszych lat.

Wstęp

Małej M.

Kuliłam się za kamieniem na alpejskim szlaku prowadzącym do schroniska Bertone. Nie miałam łez żeby płakać, mdliło mnie, ale nie miałam też czym zwymiotować, bo czułam się tak, jakby w całym moim organizmie nie było już ani kropli wody. Schronisko Bertone jest na zaledwie 77. kilometrze trasy wielkiego biegowego wyścigu dookoła masywu Mont-Blanc - UTMB. Cała trasa liczy sobie 168 kilometrów. Zamierzałam nie tylko ją pokonać, lecz także zrobić to w bardzo dobrym czasie. Dziś już kompletnie nie pamiętam, jakim. Czy to miało być 30 godzin? Wtedy to było tak piekielnie ważne! Przygotowywałam się do tego wyścigu całymi miesiącami, a jeszcze uczciwiej byłoby powiedzieć, że całymi latami. Od ponad sześciu lat pokonywałam szatańskie dystanse osiemdziesięciu, stu, nawet stu dwudziestu kilometrów i byłam w tym naprawdę dobra. Moja taktyka spokojnego początku i późniejszego wyprzedzania ludzi, którzy w drugiej połowie dystansu byli już jakby żywcem wyjęci ze "Świtu żywych trupów", sprawdzała się znakomicie. Przybiegałam na metę znacznie wcześniej niż mężczyźni, którzy z łatwością mogliby mnie obiegać w ulicznym maratonie. Ale teraz... Teraz to ja byłam umarlakiem. Łkałam i dusiłam się odruchem wymiotnym. Najbardziej jednak bolało mnie poczucie porażki. Wszechogarniające, szepczące złowieszczo poczucie, że jestem słaba. Do niczego. Doczołgałam się jeszcze do miasteczka Arnuva znajdującego się na 90. kilometrze trasy, po drodze śpiąc, próbując zjeść dwa małe herbatniki i napić się odgazowanej coli.

I tam zeszłam z trasy.

Przesiedziałam później kawał tamtego dnia na mecie, czekając na znajomych, nie dając sobie przyzwolenia na to, by się sobą zaopiekować. Pokonałam tego dnia 90 kilometrów; to praktycznie tyle, na ile zwykle startowałam. A "zwykle" na mecie po takim dystansie było mi słabo, trzęsłam się, wymiotowałam i szłam spać. Ale teraz zachowywałam się tak, jakbym chciała się ukarać za zejście z trasy wyścigu, który kosztował mnie tak wiele.

Moje ciało i tak upomniało się o swoje. Wtedy chyba po raz pierwszy na poważnie. Następnego dnia po powrocie z Francji do Polski, karetka zabrała mnie na SOR. Podczas owulacji pękł mi w jajniku pęcherzyk i przerażona zwijałam się z bólu, nie mając pojęcia, co się dzieje, aż straciłam przytomność. W szpitalu zrobili mi rutynowe badanie serca i już wszczynali alarm, stwierdzając u mnie markery zawałowe. Uspokoiłam ich tym, że dzień wcześniej przebiegłam 90 kilometrów po Alpach i właściwie dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że to nie była żadna "połowa wyścigu, po której nie ma co się ze sobą chrzanić". To była prawie stówa.

Nie od zawsze byłam typem sportowca. Zatroskana mama mówiła mi, że jak wyjdę z domu z mokrą głową, to "zapalenie płuc murowane"; że nie będę jeździć na rowerze, bo zaraz mi się znudzi, czy też - że nie ma co się forsować. Być może właśnie w akcie buntu, nie chcąc się pogodzić z wizją bycia słabeuszem, dowiodłam sobie i wszystkim naokoło, że mogę ścigać się przez 95 godzin non-stop w rajdzie przygodowym w Finlandii, wiosłując między innymi 140 km w kajaku, przemierzając setki kilometrów na rowerze, rolkach i pieszo albo biec 250 kilometrów przez pustynię w Maroku podczas Marathon des Sables. Sprawdziłam również, że mogę być siódmą kobietą w międzynarodowej stawce w biegu na 125 km przez góry Gran Canarii i przejechać Kalifornię na rowerze wzdłuż i wszerz - najpierw z zapaleniem zatok, a potem z wyjątkowo parszywie swędzącą infekcją skóry. Jako pierwsza Polka, w niecałe 22 godziny przebiegłam piekielnie trudną pętlę Bob Graham Round w Wielkiej Brytanii. Do dziś jesteśmy też z Sabiną Ławniczak rekordzistkami Biegu Rzeźnika w damskim składzie. Wdrapałam się w lekkich biegowych butkach na czterotysięcznik Longs Peak - zalodzonym i wrednym żlebem, bez żadnego sprzętu. Wiele razy spałam pod namiotem, gdy na zewnątrz padał śnieg, a wewnątrz w butelce zamarzała woda. Upodlona i piekielnie przerażona spędziłam dwie noce na rolkach w rajdzie przygodowym w Czechach, jeżdżąc po dziurawych drogach, góra-dół, co i raz zaliczając kraksę, przy jednej z nich łamiąc sobie kość ogonową.

Osiągnęłam bardzo dużo, ale wtedy, gdy byłam w środku wydarzeń, nieszczególnie umiałam się z tego cieszyć i nadać temu prawdziwą wartość. Rozglądałam się na boki wyczulona na to, co powiedzą inni. Czy się sprawdziłam? Czy byłam wystarczająco dobra? Czy to, co zrobiłam miało wartość? Najważniejsze było dla mnie zdanie K. - mojego ówczesnego męża i partnera. A on zawsze uważał, że można lepiej. To napędzało nas obydwoje, by sięgać po coraz więcej. Czasem był z nas zadowolony, co było dla mnie prawdziwym świętem. Ale tak naprawdę doceniłam tamte osiągnięcia dopiero z perspektywy czasu. Po tym, jak przestałam gonić, by się wykazać i zasłużyć na pochwałę.

W końcu, po sezonie który poświęciłam poprawie wyniku w maratonie, skręciłam kolano, wskakując na pieniek w lesie. To było tydzień po 80-kilometrowym Biegu Rzeźnika. I to był moment, w którym moje ciało powiedziało głowie: stop. Choć może raczej uczciwiej byłoby powiedzieć, że wtedy na niebie pojawiły się pierwsze oznaki nadciągającego sztormu. Ja musiałam się zatrzymać, K. pobiegł dalej i to bardzo mnie zraniło. Byliśmy znakomitymi partnerami w sporcie, ale w zwyczajnym życiu okazało się być trudniej, gdy zrobiło się pod górkę. Choć z pewnością byłby gotów zanieść mnie na K2, gdybym "słabowała", to nie umiał być ze mną i potrzymać mnie za rękę w szpitalu przed operacją. Walczyły we mnie dwa rodzaje odczuć. Jednym była złość na niego, pomieszana ze smutkiem. Drugim złość na siebie samą, bo przecież powinnam być twardsza. Nic takiego się przecież nie działo. Ot, zwykłe znieczulenie w kręgosłup, co mogłoby pójść nie tak? Poczułam wtedy, że złość na niego obracam przeciwko sobie. I że zaciskam szczękę. Potem znacznie częściej wyłapywałam podobne momenty. Nie dawałam sobie przyzwolenia na gniew i zmuszałam siebie, żeby sprostać oczekiwaniom innych, nawet takim, których nikt nie wypowiedział, tylko ja zgadywałam.

Zatrzymałam się zatem, rozejrzałam wokół. Zaczęłam dostrzegać, co ja właściwie robię, choć docierało to do mnie bardzo powoli. W moim związku zauważyłam również, że gonię co tchu za fatamorganą, którą mogę cieszyć oczy tylko wtedy, gdy spełnię bardzo określone warunki. I że decyduję się na to wszystko sama.

Miałam dosyć romantyczną (a może patologiczną?) wizję nas jako partnerów, którzy trzymają się razem. Którzy są dla siebie najważniejsi. Razem idą przez życie, patrząc na siebie i opierając się na sobie, czerpiąc radość zarówno z wędrówki, jak i zwyczajnej codzienności. Znasz taki motyw z baśni, że bohaterka udaje się za siódmą górę i siódmy las do 700-letniej wiedźmy, po to, by odmieniła jej los? Wiedźma uśmiecha się złowieszczo i pyta: "Taaaaak? Czy to jest to, czego pragniesz?", a ona, przejęta, przytakuje, nie myśląc nawet o tym, jak bardzo ostrożnym trzeba być wypowiadając życzenia i jak wiele rzeczy wypadałoby doprecyzować. Ale tak to już jest, gdy gada się z wiedźmami, dżinami i złotymi rybkami. Te kreatury lubią wykorzystywać okazje. Dostałam wymarzonego chłopca i możliwość, by wieść z nim barwne życie, ale nie za darmo.

On torował drogę. Czasem cholernie niebezpieczną, ale był przecież tuż obok, więc ja gotowa byłam wyjść daleko poza granice swoich możliwości, żeby nadążać. Dostawałam mnóstwo w zamian, robiłam więc wszystko by się dopasować. Było jednak wiele rzeczy, które nie pozwalały mi na to łatwo. Mój ognisty temperament i wszystko to, co kryje się w cieniu osobowości. Ogon, którego nie chcemy pokazać księciu. Próbowałam pozbyć się tych niewygodnych rzeczy. Spiłować pazury i kły. I bardzo byłam na siebie zła, że one wciąż odrastają. Że mam w sobie gniew, zazdrość, zawiść, złośliwość, silną emocjonalność - wszystko to, co wyraźnie mówi ci czego chcesz, na czym ci bardzo zależy, co stawia granice. Co jest niewygodne wtedy, gdy chcesz być "grzeczną dziewczynką". K. tego nie akceptował, więc ja próbowałam to sobie amputować, udając przed sobą samą, że to nie boli.

Robiłam to przez całe lata, aż o wielu rzeczach, które należą do mrocznej części mnie, zwyczajnie zapomniałam. Ale one przypomniały mi o sobie. Gniew obrócony przeciwko mnie samej, poczucie winy i wstyd przyniosły mi choroby psychosomatyczne, obsesję na punkcie jedzenia, bulimię i inne zachowania autoagresywne. Im bardziej byłam "nie taka jak trzeba", tym bardziej raniłam samą siebie i tym gorzej mi było żyć. A po tym, jak się z K. rozstaliśmy, pogubiłam się i nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na pytanie, kim ja w ogóle jestem? Jaka jestem? Ale jaka naprawdę ?

Zadałam sobie te i wiele innych pytań i postanowiłam bardzo uczciwie na nie odpowiedzieć. Zacząć od tego, że nie wiem, jak to ze mną jest. Że odpowiedzi, które pojawiają się na szybko, nie muszą być tymi prawdziwymi. One pokazują raczej nasze wyuczone oblicze. Z kwestionariuszy na osobowość [1] wychodzi obraz nas takich, jakimi chcemy się widzieć. A poznawanie swojego oblicza nie jest wygodne i nie zawsze miłe, choć w końcu przynosi dużo ulgi i satysfakcji. Wiąże się z wchodzeniem z latarką w strefę swojego cienia , czyli wszystkiego tego, czego ani nie chcemy pokazywać innym, ani w ogóle nie chcemy w sobie mieć. Wiąże się z zauważeniem swojego temperamentu i związanych z nim ograniczeń, ale też bonusów. Z pogodzeniem się z tym, co mamy w sobie, a z czego niekoniecznie jesteśmy dumni. A także z przyznaniem się do swoich lęków, do stosowanych mechanizmów obrony ego. I z wieloma innymi rzeczami.

Książka, którą trzymasz w rękach, jest bardzo osobista. Po części jest podróżą po wybranych zagadnieniach ze świata psychologii. W bardzo dużej mierze jest jednak moją historią.

Osobistą wędrówką i odkryciami moich wewnętrznych lądów. Czasami opowiadam o rzeczach bardzo niewygodnych, mocno mnie obnażających. To poufała historia, jaką mogłabym Ci opowiedzieć przy kawie.

Gdy opublikowałam na blogu mojekoniki.pl wpis: "Cześć, Bulimio", zaczęły do mnie pisać znajome i obce kobiety mówiąc: "Mam tak samo jak ty". Opowiedziałam w tamtym wpisie o problemach, które one również dźwigały na swoich barkach. Dotyczyły również ich spojrzenia na siebie, ich lęków, bólu, niepewności i poczucia bycia niedopasowaną. Od czasu, gdy rozstałam się z moim "poprzednim" życiem, które było pogonią za spełnianiem oczekiwań, minęły już ponad trzy lata. Nie potrzebuję się już rozliczać. Opowiem Ci tę historię, żeby Cię poruszyć i zmobilizować do przemyśleń, do przyjrzenia się sobie. Chcę Ci pokazać, że nie pozostajesz ze swoimi demonami w samotności. Inni też je mają, choć najczęściej o nich nie mówią. Trudno je dostrzec za pięknymi fotkami na Instagramie, prezentującymi cudowne życie i ogrom odwagi. Często te nasze demony są bardzo podobne. Ja to znam, też przez to przechodzę. Chcę pokazać Tobie i innym trochę swojego świata bez matrixa. To, co dzieje się za kulisami mojego teatru.

Wplotłam tutaj sporo wiedzy psychologicznej, która może Cię wzbogacić i zainspirować do przemyśleń. Trochę opowieści, które sprawią, że się pośmiejesz, a także dużo porównań, żeby przedstawić Ci te treści jak najbardziej obrazowo. Zadałam w tej książce również dużo pytań, których być może jeszcze nikt Ci nie zadał. Albo takich, które być może już znasz na pamięć, ale odpowiedzi na nie pojawiały się w Twojej głowie jak z automatu i nie muszą być całkiem prawdziwe.

----------

[1] Kwestionariusze te to zbiór pytań dotyczących naszych zwyczajowych zachowań. Ich dużym mankamentem jest to, że są samoopisowe i często skonstruowane tak, że bez kontekstu nie wiemy co odpowiedzieć, bo przecież "to zależy od sytuacji". Na ich wypełnianie mają wpływ nasz nastrój, poziom samooceny i szczerość wobec siebie samego. Niektóre kwestionariusze zawierają tzw. skalę kłamstwa, która pozwala zobaczyć, czy ktoś nie próbuje kreować swojego obrazu lepszym (lub gorszym) niż w rzeczywistości. Kwestionariusze osobowościowe to np. Inwentarz Osobowości NEO-FFI, EPQ-R czy 16-PF. Niektóre z nich dostępne są po angielsku za darmo w sieci, chociaż należy brać poprawkę między innymi na język i niekoniecznie znakomite zrozumienie treści pytania. Jednym z ogólnie dostępnych jest HEXACO-PI-R.

Cegiełki osobowości

Gdy myślimy o tym, jacy jesteśmy albo jacy są inni ludzie, przypisujemy im i nam pewne cechy. Lubię myśleć o cechach jako o cegiełkach, z których zbudowana jest osobowość. Nie można ich zobaczyć gołym okiem, chyba że mówimy o cechach fizycznych. O tych psychologicznych, niewidocznych, wnioskujemy na podstawie zachowania. Koło domyka to, że gdy wiemy, że ktoś ma jakąś konkretną cechę, to zakładamy również, jakich zachowań można się po nim spodziewać. Najprawdopodobniej dlatego też tak łatwo przychodzi nam ocena kogoś jako człowieka na podstawie tego jak postępuje; to wszak jedyna rzecz, którą widzimy, której możemy być jako tako pewni. I jest to całkiem zmyślny mechanizm. Problem pojawia się wtedy, gdy oceniamy łatwo, mając bardzo niewielką próbkę zachowań, a gdy chcemy wniosek rozciągnąć na całokształt. Gdy próbujemy kogoś szufladkować, robimy to właśnie na podstawie pewnego zestawu cech. Na przykład choleryk to ten, którego cechują drażliwość, wybuchowość, zmienność, impulsywność czy aktywność. Szufladkowanie jest bardzo pierwotne: oceniając na podstawie zachowania, możemy szybko stwierdzić czy ten ktoś, kogo obserwujemy, jest nam przychylny, czy obcowanie z nim będzie bezpieczne, czy nie wywinie nam jakiegoś numeru. Ponieważ wiemy jednak, że zarówno "nie wszystko złoto, co się świeci", jak i to, że "pozory mylą", wiemy również, że istnienie szufladek z osobowościami jest "zbyt piękne, żeby było prawdziwe". Stąd prócz biegunowych [3] i szufladkowych koncepcji typów powstały jeszcze inne, wciąż klasyfikujące, choć biorące pod uwagę większą złożoność wewnętrznego świata.

Choć każdy z nas ma unikalną konstelację cech, przyjemnie nam stosować te uproszczenia i łatwiej chyba wyobrazić to sobie tak, że czasem, w zależności od sytuacji, a i etapu w życiu, wskakujemy do tej czy innej szufladki albo dryfujemy w obrębie pewnych wymiarów. Tego klasyfikowania potrzebujemy nie tylko żeby określić innych. Podobnej przynależności potrzebujemy również po to, żeby określić siebie. Kto wie, być może to również dzieje się po to, żebyśmy nie musieli wciąż zastanawiać się, jak powinniśmy się zachować w danej sytuacji albo jacy jesteśmy. Z biegiem życia określamy swoją konstelację cech i wiemy już, czego się po sobie spodziewać, jak się zachowywać. Cechy nadają nam spójność. "Jestem uczciwym człowiekiem, więc nie zastanawiam się nawet nad tym, żeby wsunąć pięć dyszek łapówy w czyjąś kieszeń". "Jestem pewną siebie, śmiałą kobietą, więc podejdę i poproszę nieznajomego o przysługę". "Jestem zaradna, więc poradzę sobie z przeprowadzką". Opieramy się na swoich zdolnościach, które poznajemy również przez zachowania. Czasem potrzebujemy coś nazwać, żeby samemu się przekonać, że coś jesteśmy w stanie zrobić, że to leży w naszej mocy. Albo żeby wytłumaczyć sobie, dlaczego czegoś nie robimy.

----------

[3] Biegunowa koncepcja typów dotyczy jednej cechy i klasyfikuje człowieka do jednej z dwóch skrajności, np. introwertyk-ekstrawertyk. To, co między nimi, jest tutaj opuszczone - ambiwersję ujmuje dopiero np. modalna klasyfikacja, która jest skalą z całą gamą odcieni między skrajnościami. Istnieją również klasyfikacje wymiarowe i szufladkowe. W wymiarowych koncepcjach typy powstają na skrzyżowaniu pewnych wymiarów np. psychotyczności, ekstrawersji i neurotyczności, a w szufladkowych typ można sobie wyobrazić jako pojemnik na pewne cechy, przez co istniejące typy są rozłączne.