p

Mam ochotę go udusić!. Proste sposoby na trudnych ludzi w pracy - Martin Wehrle

-
Proszę czekać

Przed­mowa: Ten gość dopro­wa­dza mnie do szału!

Przed­mowa: Ten gość dopro­wa­dza mnie do szału!

Praco­wa­łem kie­dyś z pew­nym face­tem, bez­względ­nym ego­istą. Gdy tylko na hory­zon­cie poja­wiała się moż­li­wość cie­ka­wego służ­bo­wego wyjazdu, on był pierw­szy w kolejce. Per­spek­ty­wiczne spo­tka­nie z gru­bymi rybami z branży? Już na nie jechał, zanim kto­kol­wiek z nas w ogóle usły­szał coś na ten temat. Ale kiedy trzeba było wyko­ny­wać żmudne zada­nia, przy któ­rych cze­kało czło­wieka dużo cięż­kiej pracy, a i nie­wiele uzna­nia - wpraw­nie i ele­gancko sto­so­wał spy­cho­tech­nikę.

Noto­rycz­nie odbie­rał wolne dni za nad­go­dziny (niby jakie nad­go­dziny?), zgar­niał dla sie­bie wszyst­kie pre­sti­żowe zada­nia albo - gdy wyjeż­dżał służ­bowo w fan­ta­styczne miej­sca - dzwo­nił do biura z prośbą, żeby­śmy prze­ko­pali się dla niego przez zaku­rzone fir­mowe archiwa. Potrze­buje prze­cież rap­tem kilku danych, a od czego ma się kole­gów z pracy?

Peł­nię swo­ich moż­li­wo­ści obja­wiał jed­nak dopiero na fir­mo­wych zebra­niach. Nagle oka­zy­wało się, że zaro­biony jest tak, że nie ma się kiedy podra­pać. W podróże służ­bowe wyjeż­dża, bo ktoś musi, ale robi to tylko "dla dobra zespołu". Jakby tego było mało, uda­wało mu się prze­ko­ny­wać sze­fo­stwo, że jest praw­dzi­wym wzo­rem wydaj­no­ści.

Czy mój kolega był "trud­nym czło­wie­kiem"? Jedno jest pewne: dopro­wa­dzał mnie do szew­skiej pasji. I nie tylko mnie; co druga roz­mowa na kory­ta­rzach firmy poświę­cona była temu, jakie przy­wi­leje dla sie­bie zgar­nął, jaki kit znów wci­snął kie­row­nic­twu i komu tym razem sku­tecz­nie wlazł na głowę.

Oczy­wi­ście my wszy­scy byli­śmy ryce­rzami na bia­łych koniach, o nie­po­szla­ko­wa­nej moral­no­ści. On jeden był czarną owcą, wyzutą z wszel­kich zasad. Patrząc z tej per­spek­tywy, trzeba przy­znać, że peł­nił nawet istotną funk­cję w naszej spo­łecz­no­ści: im bar­dziej nie­ko­le­żeń­sko się zacho­wy­wał, tym lep­szymi kole­gami mogli­śmy się poczuć; im bar­dziej spy­chał nas do naroż­nika, tym bar­dziej za sprawą wspól­nego wroga zacie­śniały się nasze więzy.

Ist­nieją ludzie, któ­rzy pod­pa­dają wszyst­kim wokół, a ich oso­bo­wość uważa się za zabu­rzoną (patrz s. 58). Jed­nak nie każdy, kto wydaje nam się "trudny", kwa­li­fi­kuje się od razu do lecze­nia psy­chia­trycz­nego. W niniej­szej książce omó­wimy więc takie przy­padki jak choćby:

ojciec, który doro­słą córkę trak­tuje jak małą dziew­czynkę i przy każ­dej oka­zji udziela jej dobrych rad; prze­wod­ni­czący klubu spor­to­wego, który z nie­po­ha­mo­wa­nej ambi­cji gotów jest iść do celu po tru­pach, wszę­dzie sieje nie­zgodę i roz­bija spój­ność grupy; pesy­mistka, którą w jej opi­nii spo­ty­kają same tylko nie­szczę­ścia i która usi­łuje narzu­cić ten punkt widze­nia wła­snej sio­strze; nar­cy­styczny szef, który bez­li­to­śnie wyko­rzy­stuje swo­ich pod­wład­nych i "gril­luje" ich przy każ­dej oka­zji, czy wresz­cie kom­plet­nie obcy dla mnie czło­wiek, który publicz­nie nazywa mnie dup­kiem, choć dosłow­nie przed sekundą wyświad­czy­łem mu przy­sługę.

Wszy­scy oni są trudni, co jed­nak nie czyni ich cho­rymi psy­chicz­nie. A mimo to dopro­wa­dzają nas do szału. Tak też było z moim kolegą z pracy. Dla­czego tak bar­dzo mnie iry­to­wał?

Odpo­wiedź zna­la­złem wiele lat póź­niej u psy­cho­ana­li­tyka Carla Gustava Junga. Według Junga każdy czło­wiek ma swój "cień" - skład­nik oso­bo­wo­ści, który nie pasuje do naszego obrazu we wła­snych oczach i który z tego powodu usil­nie sta­ramy się stłu­mić. Skład­nik ten można sobie wyobra­zić jako piłkę, którą z całych sił wci­skamy pod wodę. Czę­sto cho­dzi tu o reak­cje, które w danym oto­cze­niu są nie­po­żą­dane.

Na przy­kład ktoś, kto w dzie­ciń­stwie pró­bo­wał dopo­mi­nać się o swoje, sły­szał zaraz, że jest "aspo­łeczny". Z dużym tru­dem nauczył się więc zwal­czać w sobie tę potrzebę i ustę­po­wać innym. Co się jed­nak sta­nie, gdy na moich oczach ktoś inny bez skrę­po­wa­nia zacznie robić to, czego ja z upo­rem sobie odma­wiam? Odczuję to jak poli­czek: jak on może sobie na to pozwa­lać! I zamiast zadać sobie pyta­nie, dla­czego ja nie mam prze­strzeni na zaspo­ko­je­nie tej samej potrzeby, ciskam gromy na lewo i prawo. Zamiast samemu doro­snąć - co bywa bole­sne - sta­ram się umniej­szać innych. Ten psy­cho­lo­giczny mecha­nizm obronny działa bez udziału naszej świa­do­mo­ści.

Zawsze jed­nak, gdy ktoś dopro­wa­dza nas do bia­łej gorączki, ma to zwią­zek nie tylko z nim, ale i z nami samymi. Warto to spraw­dzić, zada­jąc sobie nastę­pu­jące pyta­nia:

Co w danej oso­bie naj­bar­dziej mnie iry­tuje? Dla­czego takie zacho­wa­nie może aż do tego stop­nia wypro­wa­dzić mnie z rów­no­wagi? I wresz­cie: czy jest moż­liwe, że w zacho­wa­niu dru­giego czło­wieka dostrze­gam (maleńką) cząstkę sie­bie samego, do któ­rej sobie odma­wiam prawa?

Przy oka­zji takich roz­wa­żań wycho­dzą nie­kiedy na jaw cie­kawe rze­czy. Na przy­kład pewna pani inży­nier w roz­mo­wie z coachem strasz­nie zło­ściła się na swego męża, który "jest kom­plet­nie pozba­wiony pew­no­ści sie­bie i przy każ­dej bła­ho­stce potrze­buje mojej rady". Co się póź­niej oka­zało: to ona sama czuła się prze­cią­żona nie­ustan­nym samo­dziel­nym podej­mo­wa­niem decy­zji. W głębi duszy i ona chęt­nie pora­dzi­łaby się kogoś od czasu do czasu, jed­nak nie przy­zna­wała się przed sobą do tej rze­ko­mej sła­bo­ści. W dzie­ciń­stwie wbito jej bowiem do głowy zasadę: "Tylko głu­piec się dopy­tuje - mądry czło­wiek zna odpo­wiedź!". We wła­snym mężu iry­to­wało ją więc to, do czego sobie samej nie przy­zna­wała prawa. Zda­niem C. G. Junga cień może poma­gać w roz­woju, pozwa­la­jąc na "natu­ralne instynkty", "odpo­wied­nie reak­cje" oraz "twór­cze impulsy"1. Dzi­siaj wiem, że kolega ego­ista bole­śnie przy­po­mi­nał mi o tym, że sam za słabo wal­czę o wła­sne sprawy. Byłem tak skromny, że czę­sto nie zwra­cano na mnie uwagi, i tak kole­żeń­ski, że moje wła­sne potrzeby czę­sto spa­dały na koniec listy.

Jego zacho­wa­nie odbie­ra­łem jako przy­kre, bo postę­po­wał nie­ko­le­żeń­sko, ale też dla­tego, że doty­kało czu­łego punktu we mnie samym. Kryła się w tym wielka szansa, co dostrze­głem dopiero póź­niej: mogłem bowiem skie­ro­wać świa­tło reflek­tora na mój "cień" , prze­ana­li­zo­wać zacho­wa­nia kolegi i zadać sobie samemu nastę­pu­jące pyta­nia:

Jak on to robi, że tak sku­tecz­nie for­suje wła­sne inte­resy? Jak udaje mu się wciąż dosta­wać naja­trak­cyj­niej­sze zada­nia? Jak to się dzieje, że swoje nie­wiel­kie wysiłki z powo­dze­niem przed­sta­wia kie­row­nic­twu jako wiel­kie osią­gnię­cia? Ale także: Czego na pewno nie chciał­bym w jego zacho­wa­niu naśla­do­wać, w jakich kwe­stiach posuwa się zde­cy­do­wa­nie za daleko? Oraz: W jaki spo­sób mogę świa­do­mie i zde­cy­do­wa­nie posta­wić gra­nice jego dzia­ła­niom?

Czę­sto pozwa­lamy, by "trudni" ludzie zapę­dzali nas w kozi róg, postrze­gamy ich zacho­wa­nia jako bez­czel­ność i czu­jemy się bez­radni2. Mądrzej­szym wyj­ściem jest aktywne podej­ście do sprawy; skupmy się na tym, na co mamy wpływ, a więc na naszym wła­snym myśle­niu i zacho­wa­niu. Jeśli zaczniemy postę­po­wać ina­czej niż dotąd, wywo­łamy też inne dzia­ła­nia w naszym oto­cze­niu.

To tro­chę jak z jazdą samo­cho­dem: nikomu nie możemy zabro­nić, żeby nas wyprze­dził. Ale co się sta­nie, jeżeli sami dodamy gazu albo zamon­tu­jemy na dachu "koguta"? Idę o zakład, że w ten spo­sób pośred­nio wpły­niemy na zacho­wa­nie innych na dro­dze. W psy­cho­lo­gii ist­nieje poję­cie "inte­rak­cji sys­te­mo­wej".

Gdy­by­śmy ja i moi kole­dzy aktyw­niej ubie­gali się w tam­tym cza­sie o wyjazdy służ­bowe, naszemu ego­iście przy­pa­da­łyby one rza­dziej. Gdy­by­śmy nie zaj­mo­wali się spra­wami kolegi pod­czas jego podróży, byłby zmu­szony zająć się w więk­szym zakre­sie nudną pracą biu­rową. A gdy­by­śmy w roz­mo­wach z kie­row­nic­twem pod­no­sili zna­cze­nie naszych suk­ce­sów, jego zaś wyniki spro­wa­dzali do bar­dziej reali­stycz­nego poziomu, pozo­sta­łoby mu mniej miej­sca na popisy.

Pra­gnę zachę­cić moich czy­tel­ni­ków do tego, by na przy­szłość każde spo­tka­nie z "trud­nym" czło­wie­kiem trak­to­wali jako szansę na roz­wi­ja­nie wła­snego cha­rak­teru. Od teraz będę więc mówić nie o "trud­nych ludziach", a o typach W - od W jak wyzwa­nie. Każda z trzech czę­ści niniej­szej książki ma ci w tym pomóc na roz­ma­ite spo­soby:

z czę­ści wstęp­nej dowiesz się, jak pod­nieść sto­pień auto­re­flek­sji, znaj­dziesz w niej też inspi­ra­cję do spoj­rze­nia na wiele spraw z nowego punktu widze­nia; w czę­ści głów­nej scha­rak­te­ry­zo­wa­łem sie­dem róż­nych typów W oraz zamie­ści­łem kon­kretne wska­zówki, jak się z nimi obcho­dzić; w ostat­niej czę­ści znaj­dziesz 15 ćwi­czeń, które można wyko­rzy­stać jako wprawkę przed kolej­nymi kon­tak­tami z two­imi oso­bi­stymi typami W.

Bram­karz na boisku może wyka­zać się dopiero wtedy, gdy prze­ciw­nik nie odpusz­cza ani na chwilę. Podob­nie w kon­tak­tach z typami W: dopiero, gdy robi się gorąco, możemy poka­zać, na co nas stać. Dzięki tej książce będziesz dobrze przy­go­to­wany na takie spo­tka­nia.

Typ roz­po­znany, spór zaże­gnany

Z jakiego powodu zde­cy­do­wa­łem się w głów­nej czę­ści tej książki podzie­lić "trud­nych ludzi" na sie­dem odręb­nych typów? Czy w ten spo­sób nie ule­gam poku­sie szu­flad­ko­wa­nia i nie­do­pusz­czal­nego uprasz­cza­nia ludz­kich zacho­wań?

Zapy­tajmy ina­czej: dla­czego w ogóle ludzie od tysiąc­leci decy­dują się dzie­lić innych na roz­ma­ite typy? Oto garść przy­kła­dów:20

Co skło­niło grec­kiego leka­rza Hipo­kra­tesa, by już 400 lat przed naszą erą przy­po­rząd­ko­wać roz­ma­ite ludz­kie cechy czte­rem tem­pe­ra­men­tom, w zależ­no­ści od domi­nu­ją­cego w orga­ni­zmie "soku ustro­jo­wego", i wyróż­nić: pogod­nego san­gwi­nika (krew, gorąca i wil­gotna), wybu­cho­wego cho­le­ryka (żółć, gorąca i sucha), mar­kot­nego melan­cho­lika (czarna żółć, zimna i sucha) oraz powol­nego fleg­ma­tyka (śluz, zimny i wil­gotny). Jaka myśl przy­świe­cała wiel­kiemu psy­cho­ana­li­ty­kowi Car­lowi Gusta­vowi Jun­gowi, gdy w 1921 roku opu­bli­ko­wał Typy psy­cho­lo­giczne? Co skło­niło go, by podzie­lić ludzi naj­pierw na dwa typy: eks­tra­wer­tyczny (nakie­ro­wany na zewnątrz) oraz intro­wer­tyczny (nakie­ro­wany do wewnątrz) oraz wyod­ręb­nić cztery dal­sze typy: myślowy, czu­ciowy, intu­icyjny i per­cep­cyjny, co łącz­nie daje osiem moż­li­wych kom­bi­na­cji?21 Dla­czego dwie ame­ry­kań­skie psy­cho­lożki, Kathe­rine Briggs oraz jej córka Isa­bel Briggs Myers ponad 90 lat temu roz­wi­nęły bazową teo­rię Junga, two­rząc popu­larny model 16 typów, znany jako kwe­stio­na­riusz Myers-Briggs (MBTI), do dziś wyko­rzy­sty­wany m.in. przy rekru­ta­cji per­so­nelu? Dla­czego na początku lat 60. psy­cho­ana­li­tyk Fritz Rie­mann wyod­ręb­nił cztery typy oso­bo­wo­ści na bazie pod­sta­wo­wych ludz­kich lęków: typ schi­zo­idalny, oba­wia­jący się bli­sko­ści; typ depre­syjny, bojący się sepa­ra­cji; typ obse­syjno-kom­pul­sywny, lęka­jący się zmian, i typ histe­ryczny, któ­rego prze­ra­żają sta­łość i koniecz­ność?22

Dla­czego zatem inte­re­sują nas typi­za­cje? Tak samo mógł­bym zapy­tać: a dla­czego inte­re­suje nas pro­gnoza pogody? Bo prze­cież nie dla­tego, że spraw­dza się zawsze w stu pro­cen­tach i w każ­dym zakątku kraju. Zdra­dza nam ona jed­nak pewną ten­den­cję, a dzięki temu możemy przy­go­to­wać się na okre­ślone warunki i nie dać się zasko­czyć. Jeśli wiemy, że może padać, weź­miemy ze sobą para­sol.

Jeśli mniej wię­cej wiemy, czego się spo­dzie­wać, możemy zre­du­ko­wać poziom stresu: sze­lest spo­wo­do­wany w tunelu przez małą myszkę prze­razi nas tylko wów­czas, gdy w żaden spo­sób nie będziemy go umieli zakla­sy­fi­ko­wać. Zna­jo­mość typów ludz­kich pozwoli nam osza­co­wać praw­do­po­dobne zacho­wa­nia innych osób, przez co nie zasko­czą nas one ani nie prze­stra­szą. Każdy czło­wiek działa bowiem według okre­ślo­nych sche­ma­tów:

Jeśli wiesz, że typ pana i władcy regu­lar­nie wpada w szał, możesz się zawczasu na to przy­go­to­wać - na przy­kład poprzez dystans wewnętrzny. Jeżeli wiesz, że nar­cyz zechce piąć się w górę po two­ich ple­cach, możesz się na to przy­go­to­wać - na przy­kład jasno wyzna­cza­jąc gra­nice. A jeżeli wiesz, że typ zagu­bio­nego we mgle wciąż błaga o rady i wska­zówki, możesz się na to przy­go­to­wać, pod­su­wa­jąc mu pomy­sły, jak może wzmoc­nić wiarę we wła­sne siły.

Przed­sta­wia­jąc w niniej­szej książce sie­dem typów "trud­nych ludzi", nie rosz­czę sobie pre­ten­sji, by pre­cy­zyj­nie opi­sać kon­kretne osoby, zwłasz­cza że jakieś 80 pro­cent popu­la­cji sta­no­wią typy mie­szane23. Trzeba też pamię­tać, że rację ma ame­ry­kań­ski psy­cho­log oso­bo­wo­ści Gor­don All­port, który twier­dzi, że "typy nie wystę­pują ani w ludziach, ani w natu­rze, ist­nieją przede wszyst­kim w oku obser­wa­tora"24. Nikt z nas nie jest posą­giem wyku­tym w kamie­niu, skła­damy się z cech, które mogą pod­le­gać zmia­nom25.

A mimo to uka­za­nie ogól­nych ten­den­cji może być pomocne; taką "pro­gnozę pogody" można przy­mie­rzyć do trud­nych ludzi zna­nych nam oso­bi­ście, doko­nać indy­wi­du­al­nych korekt i dzięki temu lepiej przy­go­to­wać się na kolejne spo­tka­nie z nimi.

W jaki spo­sób zde­fi­nio­wano typy w niniej­szej książce? Będziemy na przy­kład posłu­gi­wać się ter­mi­nem "nar­cyz" na okre­śle­nie osoby szcze­gól­nie próż­nej i sku­pio­nej na wła­snych korzy­ściach. Czło­wiek taki może być cał­ko­wi­cie zdrowy. Nato­miast "oso­bo­wość nar­cy­styczna" jest już cho­robą, formą zabu­rze­nia psy­chicz­nego.

Jak defi­niuje to pod­ręcz­nik dia­gno­styczno-sta­ty­styczny zabu­rzeń psy­chicz­nych Ame­ry­kań­skiego Towa­rzy­stwa Psy­chia­trycz­nego, znany jako DSM-5, o zabu­rze­niu oso­bo­wo­ści można mówić wów­czas, gdy dotknięta nim osoba regu­lar­nie odróż­nia się od oto­cze­nia wzor­cami zacho­wań w dwóch lub wię­cej opi­sa­nych poni­żej obsza­rach:26

Jej spo­sób postrze­ga­nia samej sie­bie, innych ludzi i wyda­rzeń rażąco różni się od postrze­ga­nia i inter­pre­to­wa­nia tychże przez innych. Na przy­kład czuje się wciąż pro­wo­ko­wana bez obiek­tyw­nych pod­staw. Jej reak­cje emo­cjo­nalne są bar­dziej sztywne, inten­syw­niej­sze, bar­dziej chwiejne lub mniej ade­kwatne niż u innych osób. Na przy­kład wpada w szał z powodu bła­ho­stek, dostaje spa­zmów lub pogrąża się w głę­bo­kim lęku. Jej spo­sób odno­sze­nia się do innych, zwłasz­cza w sfe­rze komu­ni­ka­cji, jest zabu­rzony. Dla­tego czę­sto docho­dzi do nie­wy­ja­śnio­nych nie­po­ro­zu­mień. Albo też kłóci się ze wszyst­kimi i o wszystko. Jej kon­trola nad odru­chami jest ude­rza­jąco niska. Na przy­kład obraża innych lub swoim zacho­wa­niem działa na wła­sną szkodę.

Bli­sko co dzie­siąty czło­wiek w Niem­czech cierpi na zabu­rze­nia oso­bo­wo­ści27. Zapewne tylko nie­liczni spo­śród zna­nych ci typów W należą do tej grupy. Bo choć u wielu z nich można zaob­ser­wo­wać podobne wzorce zacho­wań, są one jed­nak zbyt słabo uwy­dat­nione, by dać pod­stawę do takiej dia­gnozy. Nie każdy per­fek­cjo­ni­sta ma od razu oso­bo­wość kom­pul­sywno-obse­syjną i nie każdy król focha cierpi na pasywno-agre­sywne zabu­rze­nie oso­bo­wo­ści. Dla­tego też w tytu­łach kolej­nych roz­dzia­łów poja­wiają się potoczne nazwy tych typów, jak­kol­wiek oma­wia­jąc sedno trud­nych zacho­wań, odno­szę się do odpo­wied­nich zabu­rzeń oso­bo­wo­ści. Dzięki testom z początku książki wyczu­wasz już mniej wię­cej, o co może cho­dzić w przy­padku two­ich typów W. Pamię­taj jed­nak, że jest to tylko twoje subiek­tywne wra­że­nie. Taki teścik w żad­nym razie nie zastąpi lekar­skiej dia­gnozy, może nato­miast dać ci wstępną orien­ta­cję.

Moje opisy są humo­ry­stycz­nie prze­ja­skra­wione - po pierw­sze, poczu­cie humoru wiele uła­twia, a po dru­gie, pewne cechy lepiej widać w sil­nym zbli­że­niu. Gdy nauczymy się śmiać z zacho­wań innych ludzi, zro­bimy duży krok naprzód. Jeśli w napię­tej sytu­acji, uda ci się w iry­tu­ją­cej cię oso­bie roz­po­znać jeden z typów opi­sa­nych w niniej­szej książce, sta­nie się rzecz nie­zwy­kła: będziesz zdolny w swo­ich dzia­ła­niach wznieść się ponad par­ter, a więc gadzi mózg, i wspiąć się aż na pod­da­sze, czyli do kory nowej. Dzięki temu zyskasz kon­trolę nad swoim zacho­wa­niem, unik­niesz wielu kata­strof w rela­cjach mię­dzy­ludz­kich i wresz­cie - nauczysz się sku­tecz­nie postę­po­wać z "trud­nymi ludźmi".

1. Czar­no­widz. "Nasta­wiam się na naj­gor­sze!" (oso­bo­wość lękowa)

1. Czar­no­widz

"Nasta­wiam się na naj­gor­sze!" (oso­bo­wość lękowa)

Prze­czy­taj uważ­nie poniż­sze opisy. Czy znasz kogoś, do kogo one pasują? Jeśli tak, postaw krzy­żyk w odpo­wied­niej kratce. Wynik zdra­dzi ci, czy masz do czy­nie­nia z czar­no­wi­dzem, a jeśli tak, to w jak bar­dzo zaawan­so­wa­nej postaci.

Okre­śla­nie typu: czy roz­po­zna­jesz czar­no­wi­dza?

1. Czę­sto strasz­nie przej­muje się dro­bia­zgami.TakNie2. Gdy szef chce z nim poroz­ma­wiać, ten natych­miast spo­dziewa się kry­tyki.TakNie3. Nie wyj­dzie z domu, zanim trzy razy nie spraw­dzi, czy pie­kar­nik jest wyłą­czony.TakNie4. Wszyst­kie rachunki musi regu­lo­wać natych­miast, ina­czej nie zaśnie.TakNie5. Gdy tylko coś go pobo­lewa, zaraz podej­rzewa naj­gor­sze.TakNie6. Swoje suk­cesy przy­pi­suje raczej zbie­gowi oko­licz­no­ści niż wła­snym umie­jęt­no­ściom.TakNie7. Czę­sto boi się, że inni źle go zro­zu­mieją.TakNie8. Potwor­nie się dener­wuje przed waż­nymi oka­zjami.TakNie9. Boi się rzad­kich cho­rób, takich jak pta­sia grypa.Tak> Nie10. W nie­zna­nych budyn­kach od razu roz­gląda się za wyj­ściami ewa­ku­acyj­nymi.TakNie11. Nie­ustan­nie zamar­twia się o swo­ich bli­skich.TakNie12. Czę­sto roz­my­śla o zabez­pie­cze­niu się na sta­rość i poten­cjal­nej bie­dzie.TakNie13. Ma wyku­pione polisy ubez­pie­cze­niowe na każdą oka­zję.TakNie14. Na spo­tka­nia czę­sto przy­cho­dzi za wcze­śnie, bo boi się, że się spóźni.TakNie15. Gdy spóź­nia się ktoś inny, natych­miast podej­rzewa jakieś nie­szczę­ście.TakNieIle razy udzie­li­łeś odpo­wie­dzi twier­dzą­cej? Zanim prze­czy­tasz inter­pre­ta­cję, pod­su­muj wynik (każde "tak" to jeden punkt).Wynik: _____ x "tak"

Wynik: Czar­no­widz w trzech odsło­nach

Na ile zaawan­so­wane jest czar­no­widz­two u osoby, którą mia­łeś na myśli? Poni­żej próba oceny:

5-7 punk­tów: czar­no­widz w lek­kim stop­niu8-11 punk­tów: czar­no­widz zaawan­so­wany12-15 punk­tów: oso­bo­wość lękowaNie można go nazwać opty­mi­stą. Jest wyczu­lony na roz­ma­ite zagro­że­nia, jakie nie­sie ze sobą życie. Nie­kiedy posuwa się zbyt daleko w swoim pesy­mi­zmie, innym razem zacho­wuje umiar.Pod­su­mo­wa­nie: Przy odro­bi­nie dobrej woli można go okre­ślić mia­nem "trzeźwo myślą­cego scep­tyka".Świat jest dla niego miej­scem peł­nym nie­bez­pie­czeństw. Dla­tego nie­ustan­nie stara się uni­kać ryzyka lub je mini­ma­li­zo­wać. Jego wewnętrzny radar nie reje­struje żad­nych zda­rzeń pozy­tyw­nych.Pod­su­mo­wa­nie: To zde­kla­ro­wany pesy­mi­sta. Prze­by­wa­jąc z nim, łatwo zara­zić się takim nasta­wie­niem.Z jego punktu widze­nia szklanka nie jest w poło­wie pusta - jest roz­bita w drobny mak. Na każ­dym kroku wie­trzy kata­strofę. Jego czarne myśli wywie­rają silny wpływ na oto­cze­nie.Pod­su­mo­wa­nie: Nie tyle on ma różne lęki - raczej lęki mają jego. Jego nega­tywne myśle­nie może przy­gnę­biać innych.

Czar­no­widz w prak­tyce.

"Na pewno mnie nie przyjmą!"

Luise (32) opo­wiada o swo­jej star­szej sio­strze, far­ma­ko­lożce:

Już jako dziecko Silvia (34) była nie­ty­powa. Pamię­tam Boże Naro­dze­nie, pod­czas któ­rego cała rodzina podzi­wiała naszą cho­inkę - i tylko ona (a miała wtedy dzie­sięć lat) powie­działa sucho:

- Lepiej byłoby zdmuch­nąć te świeczki. Bo jesz­cze dom się nam spali.

Przy­po­mnia­łam sobie o tym, gdy Silvię cze­kała roz­mowa kwa­li­fi­ka­cyjna w dużym kon­cer­nie far­ma­ceu­tycz­nym w Szwaj­ca­rii. Spo­tka­nie wyzna­czone było na godzinę 16, co posta­wiło Silvię przed dyle­ma­tem, w jaki spo­sób dotrzeć tam z pół­noc­nych Nie­miec.

- Jeśli pojadę pocią­giem, na pewno nie zdążę na czas. Zawsze tra­fiają mi się opóź­nione pociągi.

Z dru­giej strony lot wyda­wał się roz­wią­za­niem co naj­mniej rów­nie ryzy­kow­nym:

- Prze­cież wła­śnie straj­kują piloci.

O ile pamię­tam, nie latała samo­lo­tami od cza­sów, gdy była dziec­kiem. Zer­k­nę­łam do inter­netu i zna­la­złam dobre wia­do­mo­ści: kon­flikt o stawki pilo­tów został zaże­gnany. W odpo­wie­dzi usły­sza­łam:

- A per­so­nel pokła­dowy? Prze­cież oni mają wła­sne stawki!

Gdy dal­sze poszu­ki­wa­nia w sieci dowio­dły, że i pod tym wzglę­dem wszystko jest w porządku, stwier­dziła:

- A jeśli samo­lot spad­nie? Szwaj­car­ska prze­strzeń powietrzna nie jest bez­pieczna, pamię­tasz prze­cież tę kata­strofę nad Jezio­rem Bodeń­skim w 2002 roku.

Wciąż ta sama śpiewka: gdy ja pró­buję ją prze­ko­nać, że coś jest nie­groźne, ona coraz głę­biej pogrąża się we wła­snych oba­wach. Osta­tecz­nie poje­chała do Bazy­lei pocią­giem, dzień przed spo­tka­niem, z pra­wie 24-godzin­nym zapa­sem. Po roz­mo­wie zadzwo­niła do mnie i zre­zy­gno­wa­nym tonem powie­działa:

- Na pewno mnie nie przyjmą. Gość z działu kadr przy­cze­piał się do każ­dego sła­bego punktu.

Póź­niej dowie­dzia­łam się, że w związku z jej sła­bymi punk­tami padło dosłow­nie jedno pyta­nie. A gdy zauwa­ży­łam, że to prze­cież nor­malne, odpo­wie­działa:

- Ty go nie sły­sza­łaś! On był wyraź­nie prze­ciwko mnie!

Nie, żebym była tym zasko­czona. Po każ­dej kla­sówce Silvia spo­dzie­wała się złego stop­nia, po każ­dym egza­mi­nie była pewna, że oblała. A gdy potem nie­odmien­nie oka­zy­wało się, że jed­nak poszło jej dobrze, kwi­to­wała to stwier­dze­niem:

- Mia­łam farta i tyle.

Nie znam dru­giej osoby, która tak solid­nie przy­go­to­wy­wa­łaby się do egza­mi­nów. Silvia uczyła się jak sza­lona, bo w myślach już widziała, jak oblewa.

Firma far­ma­ceu­tyczna przy­jęła ją, ale dano jej znać dopiero 14 dni po roz­mo­wie. Wnio­sek? - Na pewno olał ich kan­dy­dat, któ­rego wybrali w pierw­szej kolej­no­ści, i tylko dla­tego wzięli mnie. Okres próbny to będzie taniec na lodzie.

Nowa praca zaowo­co­wała kolej­nymi powo­dami do zmar­twień: co będzie, jeśli zde­cy­duje się na wyczer­pu­jącą prze­pro­wadzkę, a po mie­siącu ją zwol­nią? A jeśli nie zdoła się poro­zu­mieć ze Szwaj­ca­rami, to prze­cież zupeł­nie inna men­tal­ność? A jeśli jej chło­pak Malte zerwie z nią, bo nie wytrzyma związku na odle­głość?

- Ależ prze­cież to jest wła­śnie szansa na karierę na którą tyle cze­ka­łaś, do tego ze świetną pen­sją - przy­po­mnia­łam jej. Twarz Silvii wydłu­żyła się:

- Upa­dek z wyso­kiego konia bar­dziej boli. Poza tym w Szwaj­ca­rii wszy­scy zara­biają znacz­nie lepiej niż w Niem­czech. Jak na tam­tej­sze warunki moja pen­sja na pewno jest z tych niż­szych.

Popro­si­łam, żeby nie umniej­szała aż tak swo­ich osią­gnięć, na co usły­sza­łam:

- Dobrze ci mówić, jesteś prze­cież zdrowa jak rydz.

- A tobie coś dolega? - spy­ta­łam zatro­skana.

- Jak to, nie zauwa­ży­łaś, jaki płytki mam oddech ostat­nio?

Była prze­ko­nana, że męczy się i traci oddech nieco szyb­ciej niż zwy­kle. Doszła więc do wnio­sku, że "być może cierpi na rzadką cho­robę płuc", cho­ciaż regu­lar­nie robiła bada­nia kon­tro­lne u swo­jego leka­rza rodzin­nego. No, ale on "nie był prze­cież spe­cja­li­stą od płuc".

W ogóle Silvia wciąż zamar­twia się swoim zdro­wiem. Łyka wita­miny i suple­menty, samo­przy­lep­nymi kar­tecz­kami zazna­cza strony w aptecz­nych bro­szur­kach i żyje w stra­chu przed rzad­kimi cho­ro­bami, takimi jak denga, czyli gorączka tro­pi­kalna, mimo że ni­gdy w życiu nie była w tro­pi­kach (te wszyst­kie nie­bez­pieczne zwie­rzęta, które tam żyją, zde­cy­do­wa­nie za duże ryzyko!). Cią­gle też nama­wia mnie, żebym się zaszcze­piła na różne cho­roby i czę­ściej robiła bada­nia pro­fi­lak­tyczne.

Trudno z nią wytrzy­mać na rodzin­nych uro­czy­sto­ściach. Wystar­czy, że ktoś każe na sie­bie cze­kać kilka minut, zaraz wspo­mina o moż­li­wym wypadku, przez co inni, zwłasz­cza mama, też zaczy­nają się mar­twić. Dobry nastrój pry­ska jak bańka mydlana.

Mimo wszystko kocham moją sio­strę. Nikt nie trosz­czy się o mnie tak jak ona, choć nie­kiedy bywa to spo­rym obcią­że­niem. Kiedy jadę do niej do Bazy­lei, dzwo­nię z każ­dego postoju i par­kingu, żeby wie­działa, że nic mi się nie stało. Nie chcę jej przy­spa­rzać dodat­ko­wych zmar­twień.

Sie­dem rze­czy, które trzeba wie­dzieć o czar­no­wi­dzach

Jakie cechy, które poważ­nie utrud­niają kon­takty z czar­no­wi­dzem, widać wyraź­nie w przy­to­czo­nej opo­wie­ści?

1. Czar­no­wi­dze wszę­dzie widzą zagro­że­nia, nie dostrze­ga­jąc szans.

Nie zwra­cają uwagi na to, co może pójść dobrze, nato­miast soko­lim wzro­kiem natych­miast dostrze­gają wszel­kie moż­liwe zagro­że­nia i ryzyka. Świat jawi im się jako miej­sce pełne nie­bez­pie­czeństw. Gdy wsia­dają do auta, myślą: wypa­dek. Gdy kupują akcje, myślą: krach na gieł­dzie. I cho­ciaż żyją w szczę­śli­wym związku, z góry podej­rze­wają roz­wód albo roz­sta­nie. Ni­gdy nie czują się pew­nie i bez­piecz­nie. Życie postrze­gają jako cięż­kie brze­mię, które dźwi­gają na bar­kach, dla­tego nocami czę­sto nie mogą zasnąć, zma­ga­jąc się z przy­tła­cza­ją­cymi myślami.

Silvia boi się, że się spóźni na roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną, że zwol­nią ją zaraz po okre­sie prób­nym, że straci chło­paka. Sam awans też postrzega jako zagro­że­nie: "Upa­dek z wyso­kiego konia bar­dziej boli".

2. Zawsze liczą się z moż­li­wo­ścią roz­cza­ro­wa­nia.

Każda nadzieja wiąże się z poten­cjal­nym roz­cza­ro­wa­niem. Czar­no­wi­dze bro­nią się przed tym, rezy­gnu­jąc na wszelki wypa­dek z żywie­nia nadziei na cokol­wiek. Zakła­dają wyłącz­nie nie­po­wo­dze­nia, porażki i nie­ocze­ki­wane prze­szkody. Bo nasta­wia­jąc się na naj­gor­sze, można co naj­wy­żej utwier­dzić się we wła­snych podej­rze­niach, ale z pew­no­ścią nie roz­cza­ro­wać. To ich men­talna ase­ku­ra­cja, lina zabez­pie­cza­jąca; ucze­pieni jej, krok za kro­kiem posu­wają się przez życie. Po roz­mo­wie kwa­li­fi­ka­cyj­nej Silvia mówi: "Na pewno mnie nie przyjmą", żeby przy­pad­kiem nikt nie spo­dzie­wał się za dużo, ani ona sama, ani jej sio­stra Luise. Tak samo pod­cho­dziła wcze­śniej do spraw­dzia­nów i egza­mi­nów: chciała zabez­pie­czyć się psy­chicz­nie, szy­ku­jąc na naj­gor­sze.

3. Mają skłon­ność do wyobra­ża­nia sobie kata­strof.

Kata­stro­ficzne fan­ta­zje pro­du­ko­wane są z upodo­ba­niem w dwóch miej­scach: w Hol­ly­wood i w umy­śle czar­no­wi­dza. W swo­ich wyobra­że­niach czar­no­wi­dze chęt­nie two­rzą sce­na­riu­sze naj­gor­sze z moż­li­wych. Jeden z moich klien­tów, zanim zaczął sta­rać się o pracę w innej fir­mie, barw­nie wyobra­ził sobie nie tylko to, że go nie przyjmą, ale także, że obecny szef dowie się o jego nie­lo­jal­no­ści i go zwolni, co pozbawi go środ­ków do życia. Osta­tecz­nie w ogóle zre­zy­gno­wał z wysła­nia zgło­sze­nia, mimo że nie był już w sta­nie wytrzy­mać w dotych­cza­so­wej pracy. Oczyma wyobraźni wyraź­nie widział moż­liwe kło­poty, nie dostrze­gał nato­miast szansy na zmianę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Jung C.G., Typy psy­cho­lo­giczne, Wydaw­nic­two KR, War­szawa 2013. [wróć]

Zol­ler K., Schwie­rige Mit­men­schen, Rowohlt, Lipsk 2017. [wróć]

Berc­khan B., Wie Sie ande­ren den Sta­chel zie­hen, ohne sich zu ste­chen, Gräfe und Unzer, Mona­chium 2012. [wróć]

Wehrle M., Noch so ein Arbe­it­stag, und ich dreh durch, Mosaik, Ber­lin 2018. [wróć]

Bauer J., Selb­st­steu­erung, Bles­sing, Mona­chium 2015. [wróć]

Maaz H.J., Die narzis­sti­sche Gesel­l­schaft, dtv, Mona­chium 2017. [wróć]

Hof­mann E., Weni­ger Stress erle­ben, Luch­ter­hand, Mona­chium 2001. [wróć]

Upled­ger J.F., Die Entwic­klung des men­schli­chen Gehirns und ZNS, Haug Ver­lag, Stut­t­gart 2003. [wróć]

Sum­m­ham­mer E., Nörgler, Bes­ser­wis­ser, Queru­lan­ten, Gol­degg, Ber­lin 2016. [wróć]

Stap­pen A., van, Mit schwie­ri­gen Zeit­ge­nos­sen umge­hen, Tri­nity, Mona­chium 2015. [wróć]

Stahl S., Odkryj swoje wewnętrzne dziecko, Wydaw­nic­two Otwarte, Kra­ków 2019. [wróć]

Ary­sto­te­les, Reto­ryka. Reto­ryka dla Alek­san­dra. Poetyka, Wydaw­nic­two Naukowe PWN, War­szawa 2008. [wróć]

Schmitt T.M., Sta­tus-Spiele, Fischer, Ber­lin 2010. [wróć]

Hohen­see T., Reset, Gütersloher Ver­lag­shaus, Mona­chium 2018. [wróć]

Fren­kel-Brun­swik E., Into­le­rance of Ambi­gu­ity as an Emo­tio­nal and Per­cep­tual Per­so­na­lity Varia­ble, "Jour­nal of Per­so­na­lity" 1949, nr 18. [wróć]

Lelord F., André C., L'Estime de soi: S'aimer pour mieux vivre avec les autres, Paryż, Odile Jacob, 2008. [wróć]

Sut­ton R.I., The NoAs­shole Rule: Buil­ding a Civi­li­zed Work­place and Survi­ving One That Isn't, Busi­ness Plus, Nowy Jork 2007. [wróć]

Selig­man M.E.P., Lear­ned Hel­ples­sness: A The­ory for the Age of Per­so­nal Con­trol, Oxford Uni­ver­sity Press, Oxford 1995. [wróć]

Lien­hart A., Volk T., Souveräner Umgang mit schwie­ri­gen Zeit­ge­nos­sen, Haufe, Fry­burg Bry­zgo­wij­ski 2017. [wróć]

Cer­winka G., Schranz G., Nervensägen, Linde, Wie­deń 2013. [wróć]

Jung C.G., Typy psy­cho­lo­giczne, Wydaw­nic­two KR, War­szawa 2013. [wróć]

Rie­mann F., Obli­cza lęku. Skąd się bie­rze i jak sobie z nim radzić, Czarna Owca, War­szawa 2020. [wróć]

Erik­son T., Oto­czeni przez idio­tów, Wielka Litera, Kra­ków 2017. [wróć]

Ben­son N. i in., The Psy­cho­logy Book: Big Ideas, Dorling Kin­der­sley, Lon­dyn 2012. [wróć]

All­port G., Per­so­na­lity: A Psy­cho­lo­gi­cal Inter­pre­ta­tion, Henry Holt and Com­pany, Nowy Jork 1937. [wróć]

Kry­te­ria dia­gno­styczne zabu­rzeń psy­chicz­nych DSM-5, wyd. Edra Urban & Part­ner, Wro­cław 2020. [wróć]

psy­cha­trie.de, Persönlichkeitsstörungen, 9.04.2018. [wróć]

Ja jestem trudny?! Chyba ty!

Pew­nego razu zwró­cił się do mnie kie­row­nik pro­duk­cji, Tom Barke (l. 42). Gdy mówił o jed­nym ze swo­ich pod­wład­nych, jego głos drżał z wście­kło­ści.

- Mam już po uszy tego gościa, jest nie do wytrzy­ma­nia. Cały czas mnie pro­wo­kuje i wszystko przez to prze­ciąga. Niczego nie możemy skoń­czyć na czas!

Mowa była o Geo­rgu Har­de­rze (l. 29), który rze­komo "zawa­lał każdy ter­min", blo­ko­wał nowe pro­jekty, a nawet ośmie­lał się pouczać w obec­no­ści całego zespołu wła­snego szefa.

- Jak wyglą­dają te poucze­nia? - spy­ta­łem.

- Zgła­sza nie­do­cią­gnię­cia w pro­duk­cji - dupe­rele, o któ­rych pod koniec dnia nikt nawet nie pamięta. Ale przez te swoje uwagi sto­puje cały zespół.

- I jak pan sobie z tym radzi?

Tom Barke stęk­nął tylko, jakby wła­śnie rzu­cał kulą:

- Tyle razy już zmy­wa­łem face­towi głowę. Ale on ma to gdzieś, dalej wyjeż­dża z tymi swo­imi szcze­gó­li­kami.

Kilka dni póź­niej naprze­ciw mnie zasiadł Georg Har­der. Przed­sta­wi­łem się jako neu­tralny media­tor i przy­rze­kłem mu cał­ko­witą dys­kre­cję.

- Jak postrzega pan swo­jego szefa? - zapy­ta­łem.

Mój roz­mówca zamilkł na chwilę, skrzy­wił się, po czym wybuch­nął:

- Tom Barke jest lek­ko­myślny. Cały czas pamię­tam o naszych wytycz­nych jako­ścio­wych i poga­niam dział dostaw, żeby­śmy mogli dotrzy­mać ter­mi­nów. A w ramach podzię­ko­wa­nia tra­fiam na jego listę do odstrzału.

Zabrzmiało to tak, jakby Har­der ze wszyst­kich sił wal­czył o ter­mi­nowe wywią­zy­wa­nie się z zobo­wią­zań. Ale czyż jego szef nie przed­sta­wiał go wła­śnie jako głów­nego hamul­co­wego w fir­mie?

- Pro­szę opo­wie­dzieć, w jaki spo­sób dba pan o dotrzy­my­wa­nie ter­mi­nów?

- Jestem reali­stą. Mój szef wciąż obie­cuje dostawy w ter­mi­nach, któ­rych zwy­czaj­nie nie da się dotrzy­mać. Albo da się, ale za cenę jako­ści. Wtedy przy­po­mi­nam mu o naszych wytycz­nych, ale jego to nie inte­re­suje. Grunt, żeby­śmy dostar­czali wszystko raz-raz, nie­ważne, że to fuszerka. Dzięki temu on dobrze wypad­nie w oczach kie­row­nic­twa firmy. - Potarł dło­nią czoło, jakby nasza roz­mowa przy­pra­wiała go o ból głowy. - Tom Barke jest nie­obli­czalny, czę­sto wpada w furię, to po pro­stu trudny czło­wiek.

No świet­nie - szef mówi o pra­cow­niku, że jest trudny, a ten tak samo opi­suje swo­jego szefa. To który ma rację? Zasię­gną­łem opi­nii świad­ków - na począ­tek kole­żanki Geo­rga Har­dera. Ona także uwa­żała, że pro­blem leży po stro­nie szefa: "Tom Barke wciąż wywraca nasze plany do góry nogami, zwa­la­jąc na nas ni z tego, ni z owego roz­ma­ite zada­nia".

W trak­cie kolej­nych roz­mów stwier­dzi­łem, że część pra­cow­ni­ków pro­duk­cji zga­dza się z Har­de­rem, inni nato­miast biorą stronę szefa. Zano­to­wa­łem na przy­kład taką wypo­wiedź: "Z nim nie można się nudzić, moty­wuje nas lepiej niż jego poprzed­nik".

Dla­czego w ogóle opo­wia­dam tę histo­rię? Bo przez 20 lat mojej pracy w roli coacha kariery wciąż doświad­czam, jak szybko ludzie przy­kle­jają sobie wza­jem­nie ety­kietkę "trud­nego czło­wieka". Czyżby miało to ozna­czać, że trud­nych ludzi w ogóle nie ma? Ależ są, bez wąt­pie­nia. Jed­nak o tym, czy uznamy daną osobę za trudną, decy­dują rów­nież: nasza oso­bo­wość, nasze war­to­ści i ocze­ki­wa­nia. To, co odbiega od tego zestawu, bar­dzo szybko uzna­jemy za poten­cjalny pro­blem.

A prze­cież wszystko jest kwe­stią skali. Czy dwa miliony euro to mają­tek? Jeśli spy­tamy kogoś, kto zara­bia śred­nią kra­jową, odpo­wie na pewno: "Tak!". Jeśli to samo pyta­nie zadamy jakie­muś miliar­de­rowi, powie: "Nie!".

Czy opry­skliwy ton jest trudny do znie­sie­nia? Im bar­dziej my sami jeste­śmy życz­liwi i zwra­camy uwagę na innych (czyli im więk­szy jest nasz kapi­tał uprzej­mo­ści), tym bar­dziej aler­gicz­nie będziemy na niego reago­wać. Nato­miast ktoś, kto sam nie bawi się w grzecz­no­ściowe cere­giele, a więc jego zasoby ogłady są wię­cej niż ubo­gie, może nawet nie zare­je­stro­wać obce­so­wo­ści.

Ktoś, kto wydaje nam się "trudny", zwy­kle funk­cjo­nuje na prze­ciw­nym bie­gu­nie niż my: myśli ina­czej, mówi ina­czej, działa ina­czej. W drugą stronę też to funk­cjo­nuje: zarówno ty, jak i ja będziemy odbie­rani jako "trudni ludzie" przez tych, któ­rzy nadają na zupeł­nie innych falach.

Każdy z nas działa wedle okre­ślo­nego wzorca zacho­wań, wynie­sio­nego z wcze­snego dzie­ciń­stwa. Nikt nie podej­muje świa­do­mej decy­zji, że będzie trud­nym czło­wie­kiem. Po pro­stu każdy jest, jaki jest. Jeżeli będziesz myśleć w taki spo­sób, pyta­nie o winę straci sens, a ty uwol­nisz się od fatal­nego w skut­kach pra­gnie­nia, by odpła­cić dru­giemu tą samą monetą3. Żeby bowiem móc posy­łać innym zatrute strzały, trzeba naj­pierw w samym sobie wytwo­rzyć tru­ci­znę, destruk­tywne emo­cje - a one szko­dzą bar­dziej nam niż komu­kol­wiek innemu.

Wróćmy do osób opi­sa­nych powy­żej: Tom Barke był czło­wie­kiem czynu, żadne tempo pracy nie było dla niego zbyt szyb­kie. Pra­gnął mieć wyniki, nie lubił zawra­cać sobie głowy dro­bia­zgami i chciał spon­ta­nicz­nie podej­mo­wać decy­zje. A do tego czę­sto tra­cił pano­wa­nie nad sobą.

Tym­cza­sem Georg Har­der był jego bie­gu­no­wym prze­ci­wień­stwem: sumienny i rze­telny, zawsze dążył do uzy­ska­nia naj­lep­szego moż­li­wego rezul­tatu, za nic nie chciał naru­szyć żad­nych wytycz­nych i pra­gnął wszystko pla­no­wać z dużym wyprze­dze­niem. Cenił też mery­to­ryczny dia­log, a nie emo­cjo­nalne wybu­chy.

Pod­świa­dome ocze­ki­wa­nia Toma Bar­kego wobec pra­cow­nika można by stre­ścić nastę­pu­jąco: "Pod­kręć tempo i prze­stań się babrać w szcze­gó­łach". W tym samym cza­sie Georg Har­der wysy­łał mu komu­ni­kat: "Nie śpiesz się tak, wszyst­kiemu trzeba przyj­rzeć się dokład­nie". Tro­chę jak w tej histo­rii o rybie, która chciała się spo­tkać z lisem. Ryba mówi:

- Lisku, lisku, zanur­kuj ze mną pod wodę.

A lis na to:

- Rybko, rybko, pobie­gnij ze mną do lasu.

Każde z nich ocze­ki­wało od dru­giego wła­ści­wego dla sie­bie zacho­wa­nia, nie uwzględ­nia­jąc przy tym natu­ral­nych ogra­ni­czeń dru­giej strony.

Dla­czego jed­nak nie wszy­scy pra­cow­nicy postrze­gali Toma Bar­kego jako trud­nego czło­wieka? Bo było w zespole parę osób, które podob­nie jak ich szef ceniły tempo i spon­ta­nicz­ność ("On moty­wuje nas lepiej niż jego poprzed­nik"). Inni nato­miast, podob­nie jak Georg Har­der, woleli pra­co­wać w spo­sób pla­nowy i z zacho­wa­niem naj­wyż­szych stan­dar­dów, uwa­żali więc szefa za króla cha­osu, który szyb­ciej działa, niż myśli. Cał­ko­wi­cie odmienne typy oso­bo­wo­ści spra­wiały, że przed­sta­wi­ciele obu tych grup byli jak ryba i lis; każdy ocze­ki­wał od dru­giej strony zacho­wa­nia, które odpo­wia­da­łoby jego wła­snemu podej­ściu do życia, choć byłoby sprzeczne z naturą tam­tego.

Gdyby Georg Har­der uświa­do­mił sobie, że jego szef to typ pana i władcy (patrz s. 180 i następne), mógłby lepiej przy­go­to­wać się do kon­tak­tów z nim i zaosz­czę­dziłby sobie wielu ner­wów. Gdyby zaś Tom Barke dostrzegł, że jego pra­cow­nik jest typem per­fek­cjo­ni­sty (patrz s. 141 i dalej), ni­gdy nie wpa­dłoby mu do głowy, że Har­der chce go "spro­wo­ko­wać", mógłby za to dobrać odpo­wied­nią do tego typu oso­bo­wo­ści metodę komu­ni­ka­cji i osią­gnąć znacz­nie wię­cej.

Chcesz się dowie­dzieć, jaki typ czło­wieka cie­bie oso­bi­ście dopro­wa­dza do szew­skiej pasji, żeby lepiej przy­go­to­wać się na kolejne z nim spo­tka­nie? Pomoże ci w tym test na kolej­nych stro­nach.

Test szew­skiej pasji.Jaki typ czło­wieka dopro­wa­dza mnie do szału?

Test szew­skiej pasji

Jaki typ czło­wieka dopro­wa­dza mnie do szału?

Na począ­tek prze­czy­taj wszyst­kie poniż­sze punkty, a następ­nie przy każ­dym postaw cyfrę od 1 do 7. Sta­nowi ona "wskaź­nik szew­skiej pasji", tym wyż­szy, im bar­dziej dener­wuje cię dane zacho­wa­nie. Każdą cyfrę można zazna­czyć tylko raz, tak by powstał male­jący ciąg: "sió­demka" dla zacho­wa­nia, które iry­tuje cię naj­bar­dziej, "szóstka" dla dru­giego w kolej­no­ści itd. Z ana­lizy koń­co­wej dowiesz się, jaki typ cha­rak­teru kryje się za każ­dym z tych zacho­wań. Im wię­cej punk­tów otrzyma ono na two­jej skali, tym bar­dziej przy­da­dzą ci się wska­zówki doty­czące postę­po­wa­nia z kon­kret­nym typem.

Nie ma ucieczki przed jego czar­no­widz­twem. Wciąż wyobraża sobie kolejne zagro­że­nia, jak ognia boi się ryzyka i blo­kuje nowe roz­wią­za­nia. "Luz" i "opty­mizm" to słowa, któ­rych nie ma w jego słow­niku. WSKAŹ­NIK SZEW­SKIEJ PASJI: ___________ Zawsze wysuwa sie­bie na pierw­szy plan, nie znosi jakiej­kol­wiek kry­tyki i mani­pu­luje mną: na początku jest cza­ru­jący, prawi kom­ple­menty itd., ale gdy tylko połknę haczyk, wyko­rzy­stuje mnie bez skru­pu­łów. WSKAŹ­NIK SZEW­SKIEJ PASJI: ___________ Wciąż roz­wo­dzi się na temat swo­ich zasad, babrze się w szcze­gó­łach, cze­pia każ­dego słówka instruk­cji czy normy. Bez­u­stan­nie się do cze­goś przy­go­to­wuje, ale nic nie koń­czy, wszystko kom­pli­kuje i jest tak spon­ta­niczny i ela­styczny jak epoka lodow­cowa. WSKAŹ­NIK SZEW­SKIEJ PASJI: ___________ Cią­gle mnie pona­gla i napo­mina; tylko on może decy­do­wać, co robimy dalej. Żadne tempo pracy nie jest dla niego dosta­tecz­nie szyb­kie, nie­ustan­nie sie­dzi mi na karku i wciąż zwięk­sza ocze­ki­wa­nia, jest nie­tak­towny i nie ma naj­mniej­szego zamiaru "bawić się w towa­rzy­skie kon­we­nanse". WSKAŹ­NIK SZEW­SKIEJ PASJI: ___________ To straszny pozer i szpa­ner, wciąż chce być w cen­trum zain­te­re­so­wa­nia. Zacho­wuje się jak aktor na sce­nie, nie umie słu­chać, a o szcze­gó­łach sprawy nie ma zwy­kle zie­lo­nego poję­cia. WSKAŹ­NIK SZEW­SKIEJ PASJI: ___________ Pozor­nie jest życz­liwy, ale ata­kuje mnie w zawo­alo­wany spo­sób, na przy­kład wygła­sza­jąc kąśliwe alu­zje. Składa obiet­nice, a potem ich nie dotrzy­muje, wra­bia mnie, wykręca się - i na doda­tek obma­wia mnie za ple­cami. WSKAŹ­NIK SZEW­SKIEJ PASJI: ___________ Trak­tuje mnie jak swoją niańkę i nie odstę­puje ani na krok: wszystko muszę mu pod­po­wia­dać, nie może się obejść bez moich rad, zamę­cza mnie cią­głymi pyta­niami i proś­bami o pomoc. WSKAŹ­NIK SZEW­SKIEJ PASJI: ___________

Ocena: jaki typ drażni cię naj­bar­dziej?

Dowiesz się teraz, jaki typ czło­wieka kryje się za danym zacho­wa­niem:

1. Czar­no­widz

(w zaawan­so­wa­nej postaci: oso­bo­wość lękowa).

2. Nar­cyz

(w zaawan­so­wa­nej postaci: oso­bo­wość nar­cy­styczna).

3. Per­fek­cjo­ni­sta

(w zaawan­so­wa­nej postaci: oso­bo­wość anan­ka­styczna, kom­pul­sywno-obse­syjna).

4. Pan i władca

(w zaawan­so­wa­nej postaci: oso­bo­wość typu A).

5. Pozer

(w zaawan­so­wa­nej postaci: oso­bo­wość histrio­niczna).

6. Król focha

(w zaawan­so­wa­nej postaci: oso­bo­wość pasywno-agre­sywna).

7. Zagu­biony we mgle

(w zaawan­so­wa­nej postaci: oso­bo­wość zależna).

Jak inter­pre­to­wać ten wynik? Co mówi on o tobie?

1. Czar­no­widz

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 6 do 7: Dosłow­nie wycho­dzisz z sie­bie, gdy ktoś nie­odmien­nie dostrzega tylko, że szklanka jest do połowy pusta, i roz­siewa wokół sie­bie zły nastrój. Pra­gniesz, by inni widzieli nie same tylko dziury, ale też i ser.

Naj­praw­do­po­dob­niej umiesz doce­nić wła­sne szczę­ście i przy­kła­dasz dużą wagę do kwe­stii pokory i wdzięcz­no­ści.

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 4 do 5: Nie lubisz, gdy ktoś tak sku­pia się na cie­niach, że zapo­mina, iż ist­nieją tylko dzięki świa­tłu. Osoby kon­cen­tru­jące się tylko na nega­ty­wach nie dostrze­gają wielu waż­nych spraw i czę­sto są dla cie­bie spo­rym wyzwa­niem.

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 2 do 3: Uwa­żasz, że są na świe­cie gor­sze rze­czy niż nega­tywne myśle­nie. Być może nie tak łatwo cię nim zara­zić. A może stwier­dzasz, że pesy­mi­ści czę­sto mają po pro­stu rację.

Wskaź­nik szew­skiej pasji 1: Przyj­mu­jesz czar­no­widz­two bar­dzo spo­koj­nie. Być może sam nale­żysz do ludzi, któ­rzy wolą ocze­ki­wać mniej, a dostać (nieco) wię­cej, niż odwrot­nie.

Wię­cej infor­ma­cji na temat czar­no­wi­dzów - Czar­no­widz "Nasta­wiam się na naj­gor­sze!"

2. Nar­cyz

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 6 do 7: Nie zno­sisz, gdy ktoś sta­wia się ponad innymi, gdy tobą mani­pu­luje i wyko­rzy­stuje cię do wła­snych celów. Pra­gniesz kon­taktu na uczci­wych, part­ner­skich zasa­dach i nie życzysz sobie być narzę­dziem czy­ichś podej­rza­nych inte­re­sów. Praw­do­po­dob­nie jesteś czło­wie­kiem, który wielką wagę przy­wią­zuje do kwe­stii uczci­wo­ści i wyróż­nia się kole­żeń­skim zacho­wa­niem.

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 4 do 5: Nie lubisz, gdy ktoś kręci, robi cię w konia lub pró­buje zepchnąć w cień. Dla cie­bie rela­cje mię­dzy­ludz­kie opie­rają się na bra­niu i dawa­niu. Ten, kto chce tylko brać i wyko­rzy­stuje do tego nie­etyczne metody, budzi twoją podejrz­li­wość.

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 2 do 3: Naj­wy­raź­niej nar­cy­styczne zacho­wa­nia iry­tują cię w mniej­szym stop­niu niż innych. Czy to dla­tego, że nie wpa­dasz w pułapki zasta­wiane przez nar­cy­zów? A może trudne doświad­cze­nia cię zahar­to­wały i nie ule­gasz wpły­wowi takich ludzi?

Wskaź­nik szew­skiej pasji 1: Zapewne jesteś praw­dzi­wym mędr­cem - jak ina­czej mógł­byś tak spo­koj­nie przyj­mo­wać jedną z naj­więk­szych ludz­kich sła­bo­ści?

Wię­cej infor­ma­cji na temat nar­cy­zów - Nar­cyz "Jestem pęp­kiem świata!"

3. Per­fek­cjo­ni­sta

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 6 do 7: Do furii dopro­wa­dza cię ktoś, kto traci czas na błahe detale, kur­czowo trzyma się prze­pi­sów jak rasowy biu­ro­krata i w ogóle dzieli włos na czworo. Pra­gniesz zała­twiać sprawy jak naj­pro­ściej i nie chcesz dodat­kowo utrud­niać sobie życia. Praw­do­po­dob­nie jesteś czło­wie­kiem wydaj­nym, sku­tecz­nym i skon­cen­tro­wa­nym na wyni­kach, który zmie­rza do celu naj­krót­szą moż­liwą drogą i chęt­nie przej­muje odpo­wie­dzial­ność.

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 4 do 5: Nie podoba ci się, że ktoś potrafi dostrzec tylko liczne drzewa, a nie widzi całego lasu. Od ludzi w swoim oto­cze­niu ocze­ku­jesz, że zdo­łają wyzna­czyć sobie prio­ry­tety i nie będą mar­no­wać zbyt wiele czasu na kwe­stie poboczne.

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 2 do 3: Z two­jego punktu widze­nia są gor­sze rze­czy niż per­fek­cjo­nizm. Być może jesteś zda­nia, że w cza­sach zdo­mi­no­wa­nych przez pośpiech i fuszerkę warto jed­nak zwra­cać uwagę na niu­anse?

Wskaź­nik szew­skiej pasji 1: Zapewne przy­wią­zu­jesz dużą wagę do dokład­no­ści. Dla­tego świet­nie doga­du­jesz się z per­fek­cjo­ni­stami.

Wię­cej infor­ma­cji na temat per­fek­cjo­ni­stów - Per­fek­cjo­ni­sta "Byle nie popeł­nić błędu!"

4. Pan i władca

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 6 do 7: Odczu­wasz silny wewnętrzny sprze­ciw, gdy ktoś pró­buje tobą dyry­go­wać i cię popę­dzać. Nie chcesz być do niczego zmu­szany, tylko prze­ko­ny­wany i anga­żo­wany do wspól­nych dzia­łań. Twój wła­sny rytm jest dla cie­bie świę­to­ścią. Praw­do­po­dob­nie bar­dzo sobie cenisz wła­sną auto­no­mię i dokład­nie wiesz, czego ocze­ku­jesz od pracy i życia.

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 4 do 5: Odgry­wa­jąc w swoim życiu rolę pasa­żera, czu­jesz się nie­swojo. Wolisz sam usta­lać tempo i kie­ru­nek jazdy - choć od czasu do czasu jesteś skłonny pójść na kom­pro­mis.

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 2 do 3: Z wład­czymi typami radzisz sobie lepiej od innych. Być może doce­niasz, że ktoś sta­wia sprawy jasno, zamiast owi­jać w bawełnę.

Wskaź­nik szew­skiej pasji 1: Typ pana i władcy zno­sisz lepiej niż więk­szość ludzi. Może mia­łeś z nim dobre doświad­cze­nia w prze­szło­ści? Albo sam roz­po­zna­jesz u sie­bie takie cechy?

Wię­cej infor­ma­cji na temat tego typu - Pan i władca "Zawsze mogę cię prze­bić!"

5. Pozer

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 6 do 7: Nie cier­pisz, gdy ktoś zacho­wuje się teatral­nie i robi z sie­bie waż­niaka. Kiedy za bar­dzo się nadyma, masz ochotę natych­miast prze­bić ten balon. Życzył­byś sobie, by każdy trak­to­wany był z równą uwagą i by nikt jej nikomu nie odbie­rał. Praw­do­po­dob­nie jesteś czło­wie­kiem sku­pio­nym przede wszyst­kim na kon­kre­tach albo wyróż­nia cię wyjąt­kowo silny rys kole­żeń­stwa i umie­jęt­ność pracy zespo­ło­wej.

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 4 do 5: Przed­sta­wie­nia wolisz oglą­dać na sce­nie niż w codzien­nym życiu. Od ludzi w swoim oto­cze­niu ocze­ku­jesz, że nie będą uzna­wać się za waż­niej­szych, niż naprawdę są - i pozo­sta­wią prze­strzeń dla innych ludzi czy spraw.

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 2 do 3: Poze­rzy dener­wują cię mniej niż inne typy. Być może zna­la­złeś spo­sób na ukró­ce­nie ich popi­sów - choćby przez nie­zwra­ca­nie na nich uwagi.

Wskaź­nik szew­skiej pasji 1: Czyż świat nie byłby nudny bez ludzi, któ­rzy od czasu do czasu urzą­dzają efek­towne show? Twoim zda­niem są dużo gor­sze rze­czy.

Wię­cej infor­ma­cji o poze­rach - Pozer "Spójrz­cie na mnie..."

6. Król focha

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 6 do 7: Krew cię zalewa, gdy ktoś nie wyraża jasno swo­jej opi­nii, tylko zło­śli­wie wbija szpilki. Nie zno­sisz jado­wi­tych alu­zji i wście­kasz się, gdy ktoś mówi "tak", myśląc "nie" i tak też postę­pu­jąc. Praw­do­po­dob­nie przy­kła­dasz wielką wagę do otwar­to­ści wypo­wie­dzi i tego, by były one wią­żące. Z innymi ludźmi wolisz komu­ni­ko­wać się bez­po­śred­nio, a nie obma­wiać ich za ple­cami.

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 4 do 5: Po co klu­czyć opłot­kami, kiedy można iść pro­stą drogą? Zło­ścisz się, gdy ludzie naj­pierw nie wyra­żają jasno swo­ich ocze­ki­wań, a potem skry­cie naci­skają na ich reali­za­cję. W kon­tak­tach z innymi ludźmi wolisz wie­dzieć, na czym sto­isz.

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 2 do 3: Z two­jego punktu widze­nia bywają dużo gor­sze wady niż to, że ktoś nie wyraża otwar­cie swo­ich uczuć i opi­nii. Naprawdę nie każdy musi się zacho­wy­wać obce­sowo i rąbać pro­sto z mostu.

Wskaź­nik szew­skiej pasji 1: Być może dostrze­gasz (i doce­niasz) dobrą stronę takich zacho­wań: umie­jęt­no­ści dyplo­ma­tyczne.

Wię­cej infor­ma­cji o kró­lach focha - Król focha "Tylko nic mi nie narzu­caj!"

7. Zagu­biony we mgle

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 6 do 7: Dosta­jesz szału, gdy ktoś pró­buje cię trak­to­wać jak pod­ręczny GPS, który umoż­liwi mu podróż przez wła­sne życie. Od doro­słych ludzi ocze­ku­jesz, że będą się zacho­wy­wać jak doro­śli, a więc samo­dziel­nie myśleć i podej­mo­wać decy­zje. Praw­do­po­dob­nie nale­żysz do ludzi, któ­rzy bar­dzo poważ­nie trak­tują wła­sną odpo­wie­dzial­ność albo nie­chęt­nie odry­wają się od swych prio­ry­te­tów.

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 4 do 5: Nie podoba ci się, gdy ktoś usi­łuje zepchnąć na cie­bie odpo­wie­dzial­ność za wła­sne życie. Każdy ponosi ją sam za sie­bie. Warto to wresz­cie zro­zu­mieć i prze­stać się naprzy­krzać wszyst­kim wokół.

Wskaź­nik szew­skiej pasji od 2 do 3: Z typem zagu­bio­nego we mgle radzisz sobie cał­kiem nie­źle. Może jesteś czło­wie­kiem bar­dzo kole­żeń­skim, który chęt­nie pomaga innym. I czyż to, że ktoś nie waha się zasię­gnąć rady, nie jest też prze­ja­wem siły?

Wskaź­nik szew­skiej pasji 1: Z two­jego punktu widze­nia to może nawet dobrze, że ktoś radzi się innych i nie jest skory do cha­dza­nia samo­pas.

Wię­cej infor­ma­cji na temat zagu­bio­nych we mgle - Zagu­biony we mgle "Powiedz mi, co mam robić!"

Dla­czego trud­nych ludzi jest coraz wię­cej?

Czy zatem można powie­dzieć, że - skoro czu­jemy, iż z każ­dej strony ota­czają nas typy W - to cały pro­blem leży w nas samych? Nie, taki wnio­sek byłby zde­cy­do­wa­nie na wyrost. Żyjemy bowiem w epoce, która aż nadto sprzyja roz­wo­jowi trud­nych zacho­wań.

Ni­gdy jesz­cze w dzie­jach ludz­ko­ści nie był moż­liwy mob­bing na taką skalę: zama­sko­wani snaj­pe­rzy czają się w inter­ne­cie na każ­dym kroku i to w nim roz­gry­wają swoje brudne wojenki. Naj­więk­szy tchórz może ukryć się za pseu­do­ni­mem i obrzu­cić drugą osobę bło­tem, na doda­tek na oczach całego świata.

Jesz­cze ni­gdy w histo­rii poze­rzy i szpa­ne­rzy nie mieli takiego pola do popisu, a jed­no­cze­śnie ni­gdy nie trzeba było aż tak ostro wal­czyć o uwagę innych. Ota­czają nas tłumy wpa­trzo­nych w ekrany smart­fo­nów zom­bie, mania­ków samo­do­sko­na­le­nia, pra­co­ho­li­ków albo tych, któ­rych bez reszty pochła­nia orga­ni­za­cja dodat­ko­wych zajęć w wol­nym cza­sie. Tu zago­nieni wie­lo­eta­towcy, tam nało­gowcy ser­wi­sów rand­ko­wych. Żeby się do nich wszyst­kich prze­bić, trzeba urzą­dzić praw­dziwy show: gło­śny, efek­towny i prze­peł­niony samo­za­chwy­tem.

Ni­gdy jesz­cze przy­szłość nie wyda­wała się tak nie­pewna jak dziś. Czar­no­wi­dze mogą się więc czuć jak ryby w wodzie: które mał­żeń­stwo jest jesz­cze bez­pieczne, skoro do skoku w bok wystar­czy parę klik­nięć?

Któż może być pewien zatrud­nie­nia, jeśli całe zakłady pracy można w ciągu jed­nej nocy prze­nieść na inny kon­ty­nent? I co komu po eme­ry­tu­rze, któ­rej wyso­kość coraz bar­dziej zbliża się do zasiłku, gdy tym­cza­sem czyn­sze szy­bują w górę?

Na doda­tek ni­gdy jesz­cze kon­ku­ren­cja w życiu zawo­do­wym nie była tak ostra jak obec­nie. Na zglo­ba­li­zo­wa­nych ryn­kach firmy toczą boje jak nie­gdyś wro­gie armie, wal­czą o fuzje, a na wła­snym poletku z kole­gów robią kon­ku­ren­tów. Wyzna­czają kom­plet­nie nie­re­alne cele swoim pra­cow­ni­kom, tną koszty na każ­dym kroku, zatrud­nio­nych na stałe zmu­szają do kon­ku­ro­wa­nia z potęgą out­so­ur­cingu, stra­szą falami zwol­nień, dzie­ląc przy tym ludzi na kate­go­rie: od A (pierw­szy sort) do C (do odstrzału)4. 52 pro­cent męż­czyzn i 43 pro­cent kobiet uważa, że nic w życiu nie stre­suje ich tak bar­dzo jak praca5.

Wszy­scy rozu­mują w taki spo­sób: jeśli ska­sują sta­no­wi­sko mojego kolegi, to może moje się uchowa.

A dopóki bie­gnę razem ze sforą, która prze­śla­duje kogo innego, dopóty ta sama sfora nie goni mnie. Daw­niej słowo "ofiara" ozna­czało kogoś, komu współ­czuło się z całego serca. Dziś to naj­gor­sze wyzwi­sko na podwórku. Kto nie potrafi się obro­nić, sam jest sobie winien.

Ów spo­łeczny dar­wi­nizm wyzwala w ludziach nie naj­lep­sze, ale naj­gor­sze cechy: skłon­ność do drę­cze­nia innych, intry­go­wa­nia i nie­ustan­nego pod­sta­wia­nia nogi innym i kopa­nia pod nimi doł­ków.

I wresz­cie, jesz­cze ni­gdy w dzie­jach ludz­ko­ści nie było tak wiel­kiej spo­łecz­nej pre­sji na to, by w każ­dej chwili być "w kon­tak­cie". Smart­fon nawet sypial­nię zmie­nił w prze­strzeń publiczną.

Moż­li­wość korzy­sta­nia z mediów cyfro­wych w dowol­nej chwili zmie­niła się w przy­mus. Jeste­śmy online przez całą dobę i musimy reago­wać natych­miast.

Takie tempo komu­ni­ka­cji ma swoje kon­se­kwen­cje. Daw­niej, jeśli ktoś pisał przy biurku nała­do­wany emo­cjami list, mógł go jesz­cze zawsze podrzeć. Dziś, gdy wystar­czy klik­nąć "Wyślij", nikt się nawet nie zasta­na­wia, tylko natych­miast udo­stęp­nia swoje wywody. A gdy coś raz trafi do prze­strzeni publicz­nej, może w niej wywo­ły­wać kolejne reak­cje: nie­na­wistne komen­ta­rze, wbi­jane szpi­leczki, nie­prze­my­ślane twe­ety.

Nie­ustan­nie znaj­du­jemy się pod pre­sją. Zamie­niamy tylko stres zwią­zany z pracą na ten, który zwią­zany jest z cza­sem wol­nym i na odwrót. Nawet nad pry­wat­nymi spo­tka­niami spra­wu­jemy nad­zór za pomocą apli­ka­cji. Nasze życie oso­bi­ste ma przy­po­mi­nać plac cią­głej budowy, z wiel­kim "poten­cja­łem opty­ma­li­za­cyj­nym", gdzie praca ni­gdy się nie koń­czy.

Dla­czego więc coraz czę­ściej spo­ty­kamy typy W? Ponie­waż z jed­nej strony:

inter­net przy­zwy­czaił nas do więk­szej bru­tal­no­ści - nic już nie stoi na prze­szko­dzie, by obra­zić kogoś publicz­nie; żyjemy w tak hała­śli­wej epoce, że trzeba krzy­czeć, by w ogóle zostać usły­sza­nym; poczu­cie nie­pew­no­ści pod­syca głę­bo­kie lęki: ludzie poszu­kują kozłów ofiar­nych, by nie musieć kon­fron­to­wać się z wła­sną bez­rad­no­ścią; zaostrzyła się kon­ku­ren­cja w pracy: nie cią­gniemy już razem liny w jedną stronę, tylko sta­ramy się udu­sić nią rywala; wiele osób znaj­duje się pod nie­ustanną pre­sją, rów­nież w życiu pry­wat­nym, a w stre­sie bar­dziej skła­niamy się ku reak­cjom najbar­dziej pier­wot­nym (por. następny roz­dział).

Oso­bi­ście uwa­żam, że jesz­cze cie­kaw­sza jest druga część wyja­śnie­nia, wiąże się ona bowiem bez­po­śred­nio z zasa­dami rzą­dzą­cymi naszym spo­łe­czeń­stwem, nasta­wio­nym przede wszyst­kim na suk­ces. Ofi­cjal­nie potę­pia się aspo­łeczne i nie­ko­le­żeń­skie zacho­wa­nia, w prak­tyce jed­nak można się za nie spo­dzie­wać sowi­tej nagrody:

Zło­ścimy się, gdy ktoś cią­gle pcha się na pierw­szy plan, ale... kto dziś prę­dzej przy­cią­gnie uwagę innych: pokorny czy zadziorny? Nie lubimy, gdy ktoś reali­zuje swoje ambi­cje kosz­tem innych, ale... kto prę­dzej może spo­dzie­wać się awansu: mistrz gry zespo­ło­wej czy czło­wiek idący po tru­pach do celu? Nie podoba nam się, gdy ktoś kła­mie dla wła­snych celów, ale... kto zaskarbi sobie wię­cej sym­pa­tii: czło­wiek szczery czy raczej mówiący to, co wszy­scy chcą usły­szeć? Nie lubimy zatru­wa­ją­cych atmos­ferę pesy­mi­stów, ale... kto zdo­bę­dzie wię­cej laj­ków na Face­bo­oku: reali­sta czy czar­no­widz wiesz­czący upa­dek cywi­li­za­cji? I wresz­cie: zło­ścimy się, gdy ktoś kur­czowo trzyma się instruk­cji i wytycz­nych, ale... czyja głowa poleci w razie wąt­pli­wo­ści: pra­cow­nika, który myśli samo­dziel­nie, czy skru­pu­lat­nego wyko­nawcy zale­ceń kie­row­nic­twa?

W swo­jej książce Die narzis­sti­sche Gesel­l­schaft (Spo­łe­czeń­stwo nar­cy­styczne) psy­cho­ana­li­tyk Hans-Joachim Maaz bar­dzo mądrze wska­zuje na to, że obec­nie zupeł­nie nor­malne stało się pom­po­wa­nie wła­snego ego, usilne wypie­ra­nie poczu­cia nie­pew­no­ści i urzą­dza­nie nagonki na każ­dego, kto jest choć odro­binę uczciw­szy, odważ­niej­szy lub myśli bar­dziej samo­dziel­nie od nas. Zda­niem Maaza sys­tem kapi­ta­li­styczny "opa­no­wany jest przez nar­cy­styczne pro­cesy kom­pen­sa­cyjne"6. Mówiąc pro­ściej: ludzie ucie­kają do świata zewnętrz­nego, stro­sząc piórka i ata­ku­jąc innych, tylko po to, by nie musieć zaglą­dać w głąb sie­bie i mie­rzyć się z ducho­wymi ranami wynie­sio­nymi z dzie­ciń­stwa.

Sami stwo­rzy­li­śmy w dzi­siej­szych cza­sach ogromne bagno i dokła­damy wszel­kich sta­rań, aby przy­pad­kiem nie wyschło. A potem dzi­wimy się, że poja­wia się w nim coraz wię­cej żab. I dener­wu­jemy się, że gło­śno recho­czą.

Wcale nie jestem zestre­so­wany, bara­nie jeden!

Wyobraź sobie, że póź­nym wie­czo­rem wra­casz do domu i prze­cho­dzisz przez skąpo oświe­tlony tunel. Ulica jest jak wymarła, wszę­dzie panuje kom­pletna cisza. I nagle - a przy­po­mi­nam, że jesteś wła­śnie w tunelu - w ciem­no­ści sły­szysz za sobą jakiś sze­lest. Jak reagu­jesz?

Jestem pewien, że twój oddech przy­spie­szy, serce zacznie tłuc ci się w piersi, a krew z narzą­dów wewnętrz­nych odpły­nie do mię­śni - jakby ktoś prze­sta­wił waj­chę w twoim orga­ni­zmie. Gwał­towny przy­pływ adre­na­liny sprawi, że będziesz gotowy do walki lub ucieczki. Cała zdol­ność postrze­ga­nia skupi się na zagro­że­niu, a wszyst­kie inne sprawy, na przy­kład to, że wła­śnie spę­dzi­łeś sym­pa­tyczny wie­czór z przy­ja­ciółmi, w mgnie­niu oka pójdą w nie­pa­mięć.

Ten wzo­rzec reago­wa­nia wywo­dzi się z zamierz­chłej prze­szło­ści; gdy z zaro­śli wyła­niał się tygrys sza­blo­zębny, nie było czasu na wewnętrzne roz­wa­ża­nia na temat naj­bar­dziej ade­kwat­nej reak­cji. Nasz przo­dek miał do wyboru: bły­ska­wicz­nie uciec lub szybko powa­lić tygrysa. Albo samemu paść jego ofiarą.

W takiej reak­cji na stres naj­gor­sze jest to, że prze­biega ona rów­nież bez uza­sad­nio­nego powodu, nawet wów­czas, gdy sze­lest w tunelu spo­wo­do­wała cał­ko­wi­cie nie­groźna myszka. O ile jed­nak czło­wiek pier­wotny obni­żał poziom hor­mo­nów stresu przez aktyw­ność fizyczną - walkę lub ucieczkę, o tyle czło­wiek współ­cze­sny w grun­cie rze­czy cały czas sie­dzi na beczce pro­chu. Stres zwią­zany z pracą i codzien­nym funk­cjo­no­wa­niem nie znaj­duje już żad­nego natu­ral­nego ujścia, co pro­wa­dzi do powszech­nych dziś cho­rób cywi­li­za­cyj­nych: nad­ci­śnie­nia, wewnętrz­nego nie­po­koju i bez­sen­no­ści7.

Chro­niczny stres jest dla trud­nych zacho­wań tym samym, czym ben­zyna dla ognia: uła­twia wybuch i pod­syca pożar.

Im bar­dziej jeste­śmy zestre­so­wani, tym szyb­ciej eks­plo­du­jemy i ata­ku­jemy bądź czu­jemy się ata­ko­wani, nawet gdy "prze­ciw­nik" jest rów­nie nie­groźny jak mysz w tunelu. Im bar­dziej jeste­śmy zestre­so­wani, tym bar­dziej sku­piamy się na domnie­ma­nym zagro­że­niu, nie bio­rąc w ogóle pod uwagę ani kon­se­kwen­cji wła­snego zacho­wa­nia, ani dobrych inten­cji dru­giej strony. I wresz­cie, im bar­dziej jeste­śmy zestre­so­wani, tym bar­dziej tra­cimy rozum: mówimy i robimy rze­czy, któ­rych żału­jemy, gdy tylko mózg znowu zacznie pra­co­wać.

Stres sytu­acyjny może wywo­łać praw­dziwy pożar; gdy czu­jemy, że sze­fowa nie­słusz­nie nas kry­ty­kuje, odbie­ramy to niczym atak tygrysa sza­blo­zęb­nego. Instynk­tow­nie zaczy­namy bro­nić się i wal­czyć. Albo ustę­pu­jemy, a więc rzu­camy się do ucieczki. Lub wresz­cie zamie­ramy w bez­ru­chu. Trudno nam nato­miast zdo­być się na racjo­nalną reak­cję.

Tym­cza­sem wła­śnie to mogłoby ura­to­wać sytu­ację, gdy­by­śmy to my decy­do­wali o naszych reak­cjach, a nie one decy­do­wały za nas.

Co skła­nia nas do tego, by dzia­łać w tak nie­prze­my­ślany spo­sób? Wyobraźmy sobie ludzki mózg jako budowlę zło­żoną z trzech czę­ści8 - sam chęt­nie uży­wam porów­na­nia do trzy­kon­dy­gna­cyj­nego domu:

par­ter, a więc pod­stawa, którą two­rzy gadzi mózg, na pierw­szym pię­trze znaj­duje się mózg emo­cjo­nalny, zwany też ukła­dem lim­bicz­nym, i wresz­cie pod­da­sze, na któ­rym mie­ści się nasza kora nowa.

Każde zbli­ża­jące się (domnie­mane) nie­bez­pie­czeń­stwo uru­cha­mia mecha­nizm spu­stowy (ang. trig­ger) - na par­te­rze momen­tal­nie włą­cza się czuj­nik ruchu9. Gadzi mózg to naj­star­sza część mózgu, ste­ru­jąca wszyst­kim, czego nasz orga­nizm potrze­buje, żeby prze­żyć: oddy­cha­niem, biciem serca, odru­chami. Zanim na wyż­szych pię­trach choćby zapali się świa­tło, gadzi mózg już zdą­żył zare­je­stro­wać sze­lest w tunelu i krzy­czy do nas: "Walcz!" lub "Ucie­kaj!", w zależ­no­ści od tego, czy jeste­śmy typem kon­fron­ta­cyj­nym czy ucie­ka­ją­cym. Dopiero potem wcho­dzimy pię­tro wyżej, na poziom mózgu emo­cjo­nal­nego, i tam dystan­su­jemy się od wła­snych odru­chów. To wła­śnie tu, w ukła­dzie lim­bicz­nym, możemy świa­do­mie roz­wi­nąć i zare­je­stro­wać wła­sne emo­cje: Ten sze­lest mnie wystra­szył, a nawet prze­ra­ził i spra­wił, że ogar­nęła mnie panika! Mózg emo­cjo­nalny gro­ma­dzi nasze odczu­cia i dzieli je na pozy­tywne i nega­tywne. Tu "prze­cho­wy­wane" są mię­dzy innymi miłość i nie­na­wiść, nadzieja i strach. I to rów­nież na tym pozio­mie możemy wczu­wać się w emo­cje innych ludzi, roz­wi­jać empa­tię wzglę­dem nich.

A dopiero wcho­dząc jesz­cze wyżej, docie­ramy na świeżo dobu­do­wane (z ewo­lu­cyj­nego punktu widze­nia) pod­da­sze, czyli do kory nowej. To tutaj możemy prze­pu­ścić nasze emo­cje przez filtr rozumu, prze­ana­li­zo­wać je, oce­nić i zapa­no­wać nad nimi: Sze­lest za mną był nie­groźny, to tylko mała myszka - nie ma się czego bać. I zamiast w panice rzu­cać się do biegu bądź zasty­gać w miej­scu z prze­ra­że­nia (tak jak dyk­to­wał to nam pierw­szy odruch), spo­koj­nie kon­ty­nu­ujemy naszą wie­czorną prze­chadzkę, świa­do­mie sku­pia­jąc całą uwagę na czymś odprę­ża­ją­cym, na przy­kład na rześ­kim noc­nym powie­trzu.

Dla­czego pomię­dzy ludźmi tak czę­sto docho­dzi do spięć? Ponie­waż upo­rczy­wie tkwimy na pozio­mie par­teru, nie zda­jąc sobie nawet z tego sprawy. Wyobraź sobie na przy­kład, że kolega z pracy w obec­no­ści całego zespołu mówi do cie­bie z pro­tek­cjo­nal­nym uśmiesz­kiem: "Jak już będziesz miał tyle doświad­cze­nia, co ja, to poga­damy".

Idę o zakład, że twój puls przy­spie­szy, a poziom stresu wzro­śnie podob­nie jak wów­czas, gdy w tunelu za tobą roz­legł się tajem­ni­czy sze­lest. Może jakaś wewnętrzna siła powstrzy­muje cię od tego, żeby wejść jed­nak na pierw­sze pię­tro. Być może przyj­mu­jesz atak w mil­cze­niu (ucieczka) lub ostro się odgry­zasz (walka). A może masz skłon­ność do tego, by w ogóle się nie odzy­wać, cier­pieć w mil­cze­niu, a póź­niej zło­ścić się, że spon­ta­nicz­nie nie wpa­dła ci do głowy jakaś bły­sko­tliwa ripo­sta? Powyż­sze trzy stra­te­gie zapewne spraw­dzały się w dzie­ciń­stwie przy podob­nych ata­kach, weszły więc na stałe do two­jego pod­świa­do­mego reper­tu­aru zacho­wań (por. następny roz­dział).

Tyle tylko, że dopóki nie ruszysz się poza poziom par­teru, będziesz dzia­łać jak auto­mat na zasa­dzie "bodziec - reak­cja": czuj­nik się włą­cza, ale nie ma mowy ani o samo­dziel­nych decy­zjach, ani o reflek­sji nad kon­se­kwen­cjami. Im sil­niej­szy wydaje nam się stres, im nie­bez­piecz­niej­sza sytu­acja, tym bar­dziej zasty­gamy na pozio­mie gadziego mózgu.

Gwa­ran­tuję jed­nak: jeśli prze­czy­tasz tę książkę, będziesz zdolny do tego, by w kry­tycz­nych sytu­acjach z typami W czę­ściej ruszać się z par­teru i wyko­rzy­sty­wać per­spek­tywę, jaka roz­ta­cza się z dwóch wyż­szych pozio­mów mózgu. Cał­kiem moż­liwe, że po pro­tek­cjo­nal­nej wypo­wie­dzi kolegi spo­koj­nie skie­ru­jesz się na pierw­sze pię­tro:

No, no, kłę­bią się we mnie teraz różne uczu­cia. Co wła­ści­wie czuję? Złosz­czę się, że kolega się wywyż­sza? Mar­twię, że odbiera mi głos i kom­pro­mi­tuje przed całym zespo­łem? A może boję się, że on rze­czy­wi­ście wie wię­cej niż ja?

Dopiero gdy świa­do­mie zare­je­stru­jemy daną emo­cję, możemy ją prze­ana­li­zo­wać i dalej nią pokie­ro­wać - a więc wejść na pod­da­sze, na poziom kory nowej i bły­ska­wicz­nie roz­wa­żyć:

Czy rze­czy­wi­ście chcę brać do sie­bie jego kąśliwe uwagi i zło­ścić się z ich powodu? A może lepiej dla mnie będzie, gdy zde­cy­duję się na spo­kojną reak­cję? On zacho­wuje się jak nar­cyz, ale trak­tuje mnie z góry nie dla­tego, że czuje się tak pew­nie, tylko wprost prze­ciw­nie. Nie dam się wcią­gnąć w te wer­balne zapasy w bło­cie, wię­cej mi da rze­czowa i opa­no­wana odpo­wiedź: "Fakt, masz trzy lata doświad­cze­nia w takich spra­wach - sza­nuję to. Ja robię to od dwóch i pół roku - i ocze­kuję, że także to usza­nu­jesz. Wra­ca­jąc zatem do kwe­stii zasad­ni­czej, pro­po­nuję, by...".

Możesz pod­jąć decy­zję, by skon­cen­tro­wać się na swo­ich potrze­bach, zamiast kry­ty­ko­wać innych10; to praw­dziwy prze­łom myślowy, który nad­zwy­czaj­nie uła­twi ci przy­szłe kon­takty z typami W.

Kiedy wewnętrzne dziecko wywo­łuje kłót­nie

"Mógł­bym go udu­sić!" Każ­demu zda­rzyło się pomy­śleć coś w tym rodzaju w przy­pły­wie wście­kło­ści na drugą osobę. I jest to naj­zu­peł­niej nor­malne. Nie jest nato­miast nor­malne prze­cho­dzić w takiej sytu­acji od myśli do czynu. I tu po raz kolejny przyda się zdol­ność ana­lizy, jaką zapew­nia nasza kora nowa: co skła­nia typy W do pro­wo­ka­cyj­nych zacho­wań? Przyj­rzyjmy się dwóm przy­kła­dom:

Dla­czego kole­żanka z pracy unika otwar­tych kon­flik­tów, za to obma­wia innych za ple­cami i robi jado­wite alu­zje? Dla­czego szef tak łatwo wycho­dzi z sie­bie i wrzesz­czy na swo­ich pod­wład­nych?

Odpo­wie­dzi na oba pyta­nia tkwią w głę­bo­kim dzie­ciń­stwie. Każdy maluch jest cał­ko­wi­cie zdany na łaskę i nie­ła­skę rodzi­ców. Nie będzie gło­do­wał, tylko jeśli rodzice go nakar­mią. Jego psy­chika może roz­wi­jać się wyłącz­nie wtedy, gdy ofia­rują mu czu­łość i tro­skę. Z punktu widze­nia dziecka rodzice są wszech­po­tężni: to bogo­wie, a zara­zem jedyna gwa­ran­cja prze­ży­cia.

Gdy małe dziecko tylko poczuje, że roz­zło­ściło rodzi­ców, zaczy­nają chwiać się w posa­dach fun­da­menty jego egzy­sten­cji: wystar­czy, że z twa­rzy matki znik­nie uśmiech, a ojciec choć odro­binę pod­nie­sie głos. W takich chwi­lach dziecko odczuwa instynk­towny lęk: nie będą mnie kar­mić, nie będą kochać, umrę!

Taka obawa nie wzięła się zni­kąd. W daw­nych cza­sach, kiedy ludzie mieli dużo potom­stwa i mało jedze­nia, nie­rzadko musieli podej­mo­wać decy­zje, które dziecko ma prze­trwać. Łatwo zro­zu­mieć, że "grzeczne" dziecko miało w takiej sytu­acji więk­sze szanse niż to nie­po­słuszne.

Każde dziecko roz­wija w sobie szó­sty zmysł, pozwa­la­jący odgad­nąć, czego życzą sobie od niego rodzice. Dąży do zacho­wań, które mama i tata nagra­dzają przy­chyl­no­ścią, tłumi zaś te, które karane są ode­bra­niem wzglę­dów. Stra­te­gie, które okażą się sku­teczne w sto­sunku do rodzi­ców, kształ­tują nasze zacho­wa­nia na resztę życia, jak to wyra­zi­ście opi­suje psy­cho­lożka Ste­fa­nie Stahl w best­sel­le­rze Odkryj swoje wewnętrzne dziecko11.

Wróćmy teraz do przy­kła­do­wej kole­żanki, która unika otwar­tych kon­flik­tów, za to wygła­sza kąśliwe uwagi. Jako mała dziew­czynka dawała jesz­cze swoim emo­cjom swo­bodny upust, pła­kała, krzy­czała i stro­iła fochy. Wyobraźmy sobie jed­nak, że takie zacho­wa­nia budziły u jej rodzi­ców złość, że była za nie karana bądź igno­ro­wana - nato­miast gdy sie­działa cicho i uśmie­chała się, zyski­wała ich przy­chyl­ność.

W takiej sytu­acji z cza­sem przy­swo­iła sobie nastę­pu­jące postawy: "Nie wolno mi się zło­ścić!", "Muszę jakoś prze­łknąć żal i smu­tek" oraz "Muszę się uśmie­chać, choć chce mi się wrzesz­czeć!".

A jed­no­cze­śnie dla nega­tyw­nych emo­cji trzeba było poszu­kać jakie­goś wen­tylu, tak by mogły one zna­leźć ujście bez kary; na przy­kład dziecko tylko dawało do zro­zu­mie­nia, jakie są jego odczu­cia albo upra­wo­moc­niało je przez bierny opór, prze­wra­ca­jąc się w biegu, co dawało mu prawo do wybuch­nię­cia pła­czem.

Te stra­te­gie wywo­dzące się z wcze­snego dzie­ciń­stwa kole­żanka sto­suje do dzi­siaj: unika oka­zy­wa­nia nega­tyw­nych emo­cji (na przy­kład w for­mie otwar­tego sprze­ciwu), daje im jed­nak upust, wbi­ja­jąc ludziom szpile lub obma­wia­jąc ich za ple­cami.

Nie wgłę­bia­jąc się w te motywy, można by pomy­śleć: co za fał­szywa żmija, ukrad­kiem stara się zaszko­dzić innym. Jeśli jed­nak przyj­rzymy się uważ­niej, dostrze­żemy skrzyw­dzoną dziew­czynkę, która - choć obec­nie w ciele doro­słej kobiety - wciąż powta­rza dzie­cięce stra­te­gie (wię­cej o tym, jak radzić sobie z bierną agre­sją króla focha - od s. 258).

A teraz przy­po­mnijmy sobie szefa, który tak szybko traci pano­wa­nie nad sobą. Być może jako dziecko był przez rodzi­ców igno­ro­wany, kiedy gawo­rzył, wołał ich lub popła­ki­wał: Spo­koj­nie, dzieci zawsze tro­chę pła­czą, to nic nie zna­czy. Leżał więc bez­rad­nie, zapo­mniany, a uwaga rodzi­ców sku­piała się na róż­nych spra­wach, ale nie na nim. Aż pew­nego dnia wpadł nagle na pomysł: jeśli zacznie drzeć się jak opę­tany, aż zrobi się czer­wony i cały się zaślini - nagle pochyli się nad nim zatro­skana mama, weź­mie go na ręce i powie: "Co się stało, syneczku?". Za pomocą takich ata­ków szału uda­wało mu się for­so­wać wła­sne inte­resy przez cały okres dzie­ciń­stwa. Gdy zwy­czaj­nie pro­sił o rowe­rek - nic z tego nie wyni­kało. Gdy zaczy­nał wyć, wpa­dał w furię, ciskał zabaw­kami - rowe­rek poja­wiał się natych­miast. Dziecko zro­zu­miało: "Gdy krzy­czę, zwrócą na mnie uwagę", "Kiedy się wście­kam, sta­wiam na swoim".

I tę wła­śnie dzie­cięcą stra­te­gię powta­rza doro­sły szef. Zacho­wuje się gło­śno i agre­syw­nie, w głębi ducha myśląc: "Ina­czej nie zwrócą na mnie uwagi, nie potrak­tują mnie poważ­nie i zro­bią w balona".

Oce­nia­jąc takie zacho­wa­nie powierz­chow­nie, można dojść do wnio­sku, że szef to skłonny do awan­tur pro­stak, który lubi sztor­co­wać innych. Ale gdy prze­ana­li­zu­jemy jego zacho­wa­nie bar­dziej wni­kli­wie, zoba­czymy bez­bronne dziecko w ciele doro­słego, które awan­turuje się ze stra­chu, że mogłoby zostać zigno­ro­wane (wię­cej o tym, jak radzić sobie z typem pana i władcy od s. 180). Na dzie­cinną nie­pew­ność wła­snej war­to­ści wska­zuje rów­nież reago­wa­nie wście­kło­ścią na kry­tykę. Już Ary­sto­te­les w Reto­ryce doszedł do wnio­sku, że czło­wiek tym gwał­tow­niej reaguje na kry­tykę, im bar­dziej w sie­bie wątpi; ten, kto rze­czy­wi­ście góruje nad innymi, raczej się nią nie przej­muje12.

Ogromny wpływ na dziecko ma też wzo­rzec prze­ka­zy­wany przez rodzi­ców: chło­piec, któ­rego ojciec sta­wiał na swoim za pomocą ata­ków szału, się­gnie po tę samą metodę - bo nauczył się tylko, jak siłą poko­ny­wać opór innych, a nie jak ich prze­ko­ny­wać.

Możesz teraz zapy­tać: czy rze­czy­wi­ście dzie­ciń­stwo wszystko uspra­wie­dli­wia? Nie, ale (pra­wie) wszystko wyja­śnia. Na doda­tek to ogromna róż­nica, kogo widzimy przed sobą w myślach: awan­tu­ru­ją­cego się doro­słego, który zagraża nam, czy skrzyw­dzone dziecko, które samo czuje się zagro­żone. W pierw­szym przy­padku czu­jemy się ata­ko­wani i powie­lamy archa­iczny wzo­rzec reak­cji: w grę wcho­dzi tylko walka albo ucieczka.

W dru­gim przy­padku, a więc w kon­tak­cie z dużym dziec­kiem, możemy zacho­wać wewnętrzne opa­no­wa­nie i prze­wagę, czyli "sta­tus domi­nu­jący", jak nazy­wają to psy­cho­lo­go­wie13. To, co wła­śnie wypra­wia twój roz­mówca, nie jest afron­tem skie­ro­wa­nym prze­ciwko tobie, tylko wyra­zem nie­prze­pra­co­wa­nego bólu. Pokrzy­ki­wa­nie na innych to jed­no­cze­śnie krzyk o pomoc.

No dobrze, ale czy od doro­słego czło­wieka naprawdę nie można ocze­ki­wać, że będzie się zacho­wy­wać w spo­sób cywi­li­zo­wany? Teo­re­tycz­nie można. Pamię­tajmy jed­nak, że kto cze­goś ocze­kuje, ten czeka - a więc zamiast samemu coś przed­się­wziąć, spo­dziewa się aktyw­no­ści od innych, co spy­cha go do roli ofiary. I może tak cze­kać do śmierci. Być może naszym zda­niem ktoś koniecz­nie powi­nien się zmie­nić - ale czy on też tak to widzi? Zacho­wa­nie, które my oce­niamy jako trudne, dla niego nie­je­den raz w życiu oka­zało się sku­teczną stra­te­gią postę­po­wa­nia. Nie oce­niaj go więc tak kry­tycz­nie. A może jesz­cze ni­gdy nie mia­łeś oka­zji doświad­czyć, jak po wiel­kiej awan­tu­rze zdu­miony cho­le­ryk mówi: "Ja się dar­łem i awan­tu­ro­wa­łem? Co za bzdury, no, może troszkę pod­nio­słem głos".

Spójrzmy więc w głąb sie­bie, zamiast ocze­ki­wać róż­nych rze­czy od innych, i zadajmy sobie nastę­pu­jące pyta­nia:

Jak radzę sobie z trud­nymi zacho­wa­niami dru­giego czło­wieka? Jakie reak­cje one we mnie wywo­łują? Czy jest moż­liwe, że na jego wybu­chy szału reaguję rów­nie infan­tyl­nym wzor­cem zacho­wa­nia, na przy­kład wyco­fy­wa­niem się? Że zaczy­nam się bać ("Lepiej ustą­pię, bo cał­kiem mu już odbije"), pró­buję przy­cup­nąć jak zają­czek ("Teraz lepiej się nie sprze­ci­wiać") albo chcę go uła­go­dzić ("Pro­szę, niech się pan tak nie dener­wuje!")?

Jeśli tak, to wła­snym zacho­wa­niem tylko dole­wamy oliwy do ognia: ktoś wrzesz­czy, żeby prze­for­so­wać swoje inte­resy, a my pozwa­lamy mu robić, co chce, bo wrzesz­czy. Trudno się dzi­wić, że następ­nym razem w komu­ni­ka­cji z nami użyje tego samego spo­sobu - chyba że pew­nego dnia nie osią­gnie pożą­da­nego rezul­tatu.

I tu wła­śnie kryje się nasza szansa; możemy zmie­nić swoje wła­sne reak­cje, zapro­gra­mo­wać się na nowo14. Przyj­dzie nam to łatwiej, jeśli na prze­ciw­nika w danym kon­flik­cie spoj­rzymy z dystansu i dostrze­żemy w nim dziecko, despe­racko dążące do zaspo­ko­je­nia swych potrzeb.

Rosyj­ski szpieg w dro­dze do Moskwy

- Spójrz na tego gościa w wiel­kim kape­lu­szu, zasła­nia­ją­cym całą twarz! - krzyk­ną­łem pod­nie­cony, sztur­cha­jąc brata pod żebro. - To ban­dyta, wła­śnie jedzie napaść na kolejny bank.

Brat przyj­rzał się przez chwilę, po czym sam krzyk­nął, wska­zu­jąc w drugą stronę:

- Ej, a popatrz na tam­tego z brodą aż do kie­row­nicy. To rosyj­ski szpieg w dro­dze do Moskwy!

Zawsze gdy razem z rodzi­cami jecha­li­śmy dłuż­szy czas auto­stradą, wymy­śla­li­śmy roz­ma­ite histo­rie na temat mija­nych po dro­dze kie­row­ców i pasa­że­rów. Byli­śmy dziećmi, więc dużo cie­kaw­szy wyda­wał nam się pomysł, że w samo­cho­dzie tuż obok sie­dzi hol­ly­wo­odzka pięk­ność, groźny ter­ro­ry­sta albo prze­ra­ża­jący kani­bal - a nie ktoś, kto zwy­czaj­nie jedzie do biura.

Co mówiły te histo­ryjki o innych ludziach? Nic. A co zdra­dzały o nas samych? Bar­dzo dużo. Mija­jące samo­chody zalud­nia­li­śmy obiek­tami naszych fan­ta­zji o przy­go­dach ("ban­dyta"), ale też lęków ("kani­bal") i nadziei ("hol­ly­wo­odzka pięk­ność").

W tę dzie­cięcą grę grają także doro­śli, cho­ciaż robią to bar­dziej sub­tel­nie. Kiedy ktoś zacho­wuje się nie tak, jak tego ocze­ku­jemy, wymy­ślamy czę­sto skom­pli­ko­wane histo­rie, tłu­ma­czące jego zacho­wa­nie, czyli doko­nu­jemy inter­pre­ta­cji. Psy­cho­lo­go­wie mówią tu o "nie­to­le­ro­wa­niu wie­lo­znacz­no­ści": lukę w moż­li­wym wyja­śnie­niu wypeł­niamy moty­wem, który ma dużo wspól­nego z naszymi ocze­ki­wa­niami, ale nie­wiele z fak­tami15. Przy­to­czę kilka przy­kła­dów z moich zawo­do­wych doświad­czeń:

Oto młoda kobieta, która po kłótni z chło­pa­kiem mówi: "Kiedy się nie zga­dzamy, on wymie­rza mi karę: unika mnie i oka­zuje obo­jęt­ność. Chce mnie zagło­dzić emo­cjo­nal­nie, aż przyjdę do niego na kola­nach i znów będę szu­kać kon­taktu. W ten spo­sób pod­bu­do­wuje swoje ego". A to 25-let­nia córka, która opo­wiada o swoim ojcu: "Cały czas trak­tuje mnie tak, jak­bym wciąż była małą dziew­czynką. Wypy­tuje mnie na przy­kład, gdzie spę­dzi­łam wie­czór. Albo czy na wszelki wypa­dek usta­wi­łam też sobie drugi budzik, żeby jutro rano zdą­żyć do pracy. Po pro­stu w ogóle nie ma do mnie zaufa­nia". I wresz­cie mamy pra­cow­nika banku, który tak opi­suje swo­jego szefa: "To sady­sta. Żeby skło­nić ludzi do szyb­szej pracy, będzie ich kopał w tyłek. Wrzesz­czy i awan­tu­ruje się, żeby nas zastra­szyć. Sta­wia­nie innych pod ścianą spra­wia mu frajdę".

Czy coś cię ude­rza w tych wypo­wie­dziach? Bo mnie rzu­cają się w oczy cztery kwe­stie. Po pierw­sze, wszy­scy mówiący uwa­żają, że opi­sują stan fak­tyczny, a tym­cza­sem ich wypo­wie­dzi zło­żone są przede wszyst­kim z inter­pre­ta­cji. Po dru­gie, postrze­gają sie­bie jako ofiary: zawsze to inni pono­szą winę. Po trze­cie, nadają dzia­ła­niom innych sens nega­tywny, zamiast zadać sobie pyta­nie: jakie dobre inten­cje miała druga osoba? I wresz­cie po czwarte, wszystko to, co robią inni, odno­szą wyłącz­nie do samych sie­bie, nie zasta­na­wia­jąc się nad tym, jaki wła­sny cel pró­bują zre­ali­zo­wać ci ludzie?

Zanim przej­dziesz do dal­szej lek­tury, prze­czy­taj powyż­sze wypo­wie­dzi raz jesz­cze. Co się zmie­nia, gdy roz­pa­truje się je z nowego punktu widze­nia?

Oto moje reflek­sje:

Skąd młoda kobieta wie, że chło­pak chciał ją "uka­rać" i "zagło­dzić emo­cjo­nal­nie"? Pewne jest tylko jedno: męż­czy­zna się wyco­fał. A może zro­bił krok w tył, by unik­nąć eska­la­cji kon­fliktu? Może chce prze­pra­co­wać kon­flikt z pew­nego dystansu. I może póź­niej nie znaj­duje słów, by znów nawią­zać poro­zu­mie­nie - cał­kiem moż­liwe, że jest wręcz wdzięczny swo­jej dziew­czy­nie, gdy ona to zrobi (wcale nie pra­gnie jej w ten spo­sób upo­ka­rzać). Skąd córka wie, że ojciec nie ma do niej za grosz zaufa­nia i trak­tuje ją jak małe dziecko? Pewne jest tylko, że wypy­tuje ją o roz­ma­ite szcze­góły zwią­zane z jej życiem i orga­ni­za­cją pracy. Cał­kiem moż­liwe, że ojciec to czło­wiek wyczu­lony na ryzyko i poten­cjalne zagro­że­nia. Być może z natury ma skłon­ność do zamar­twia­nia się, także o innych, i być może robi to wszystko w jak naj­lep­szych inten­cjach, nie mając zamiaru kwe­stio­no­wać doj­rza­ło­ści swo­jej córki. I skąd pra­cow­nik banku wie, że jego szef to "sady­sta", który lubi wywie­rać pre­sję na innych? Pewne jest, że to czło­wiek wyma­ga­jący, który czę­sto zacho­wuje się jak furiat. Być może jed­nak podob­nie wyso­kie wyma­ga­nia ma nie tylko wzglę­dem innych, ale przede wszyst­kim wobec samego sie­bie. Znaj­duje się pod pre­sją, którą nie­świa­do­mie wywiera na innych - niczym czaj­nik, który ogłu­sza­jąco gwiż­dże; nie z pobu­dek sady­stycz­nych, tylko z koniecz­no­ści. A może wręcz pra­gnie uchro­nić swych pra­cow­ników przed popeł­nia­niem błę­dów?

Mamy zawsze dwie moż­li­wo­ści inter­pre­ta­cji trud­nych zacho­wań typów W:

Możemy oce­nić je jako napaść na nas samych - i wtedy to my mamy pro­blem. Albo możemy uznać je za wyraz potrzeb dru­giej strony - i wtedy to ona ma pro­blem. Jak sądzi­cie, które podej­ście sprawi, że będziemy szczę­śliwsi?

W pierw­szym warian­cie zakła­damy, że jabłko, które spa­dło nam na głowę, doko­nało świa­do­mego zama­chu na naszą nie­ty­kal­ność. W dru­gim przyj­mu­jemy, że to, co się stało, wynika z natury rze­czy. Jabłka spa­dają, bo muszą spa­dać.

Wielu ludzi, któ­rych odbie­ramy jako trud­nych, postę­puje zgod­nie ze swoją naturą. Masz więc dwie moż­li­wo­ści: możesz per­swa­do­wać jabłku, że jed­nak ma na­dal wisieć na gałęzi - w takim wypadku życie pozbawi cię złu­dzeń. Albo możesz zaak­cep­to­wać fakt, że jabłka spa­dają. I odejść na bok.

Zasta­nówmy się nad naszym przy­kła­do­wym cho­le­ry­kiem: od czasu do czasu wpada w furię, bo leży to w jego natu­rze. Co by się stało, gdy­by­śmy poprze­stali na stwier­dze­niu, że to jego pro­blem (por. s. 203)? Na tym wła­śnie polega cała sztuka postę­po­wa­nia z typami W - nie należy pró­bo­wać zmie­niać ich, a tylko swoje do nich podej­ście. Zacząć trzeba już od inter­pre­to­wa­nia zacho­wań, czę­sto bowiem odczy­tu­jemy w dzia­ła­niach innych ludzi to, co zapi­sane jest w nas samych. W psy­cho­lo­gii nazywa się to "pro­jek­cją".

Po kłótni młoda dziew­czyna zapewne sama czę­sto ma do sie­bie pre­ten­sje, więc zakłada, że jej chło­pak także. Od czasu do czasu córkę ogar­niają wąt­pli­wo­ści na swój temat, przyj­muje więc, że i ojciec jej nie ufa. Pra­cow­nik banku być może powąt­piewa w swój auto­ry­tet, dla­tego prze­sad­nie draż­li­wie reaguje, gdy szef oka­zuje wła­sny.

To tak, jak z tymi histo­ryj­kami, które wymy­śla­li­śmy z bra­tem w dzie­ciń­stwie; doko­nu­jąc inter­pre­ta­cji zacho­wań innych osób, zdra­dzamy wiele na temat nas samych, jed­nak o tych oso­bach dowia­du­jemy się mało. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku to my podej­mu­jemy decy­zję, co zro­bimy ze spa­da­ją­cych jabłek: wiel­kie halo i kata­strofę czy szar­lotkę.

Komu pozwa­lam się zde­ner­wo­wać?

- Kie­row­niku, pora­tuj pan jed­nym euro! - Twarz mło­dego męż­czy­zny, który zacze­pił mnie na ber­liń­skim dworcu, od dawna nie widziała golarki. Facet cuch­nął wódką, a mnie zro­biło się go żal. Wrę­czy­łem mu więc euro, które pospiesz­nie wetknął do kie­szeni bez słowa podzię­ko­wa­nia. Chcia­łem już ruszyć dalej, gdy zła­pał mnie za płaszcz.

- To strasz­nie mało, nie masz pan jesz­cze jed­nego? - Zaczął mnie szar­pać. Zde­cy­do­wa­nym ruchem cof­ną­łem się o krok, po czym posze­dłem dalej. Za sobą usły­sza­łem świ­dru­jący wrzask:

- Nadęty dupek!

Fala gorąca ude­rzyła mi do głowy: Co ten gość sobie wyobraża! Czy powi­nie­nem się odwró­cić i przy­wo­łać go do porządku? Powie­dzieć, że wypra­szam sobie takie odzywki? Wypo­mnieć mu jego nie­wdzięcz­ność? Wzią­łem głę­boki wdech i udało mi się wspiąć na pod­da­sze kory nowej: Jaka szkoda, że facet nie potrafi się ucie­szyć nawet z drob­nej sumy. Na pewno sporo prze­szedł i ni­gdy nie nauczył się, czym jest wdzięcz­ność. Odwró­ci­łem się, ski­ną­łem mu przy­jaź­nie głową i posze­dłem dalej.

Każdy nega­tywny komen­tarz nas dotyka, ponie­waż w pierw­szej chwili odbie­ramy zawartą w nim ocenę jako słuszną16. Dopiero póź­niej jeste­śmy w sta­nie się zdy­stan­so­wać i albo przy­jąć inny punkt widze­nia ("Nie, wcale nie jestem nadęty"), albo zre­la­ty­wi­zo­wać to, co usły­sze­li­śmy ("No dobrze, może i nady­mam się od czasu do czasu, ale nie tym razem"). Z badań wynika, że nega­tywna wymiana zdań oddzia­łuje na nas pię­cio­krot­nie sil­niej niż pozy­tywna17.

Przy każ­dym spo­tka­niu z typami W może­cie wybrać, jaką pozy­cję woli­cie zająć. Zadaj­cie sobie nastę­pu­jące pyta­nia:

Czy pozwolę temu czło­wie­kowi, żeby dzia­łał mi na nerwy? Czy przy­znam mu moc dopro­wa­dza­nia mnie do furii? Czy zgo­dzę się, żeby nada­wał mojej łodzi okre­ślony kie­ru­nek, czy może wolę samo­dziel­nie obie­rać kurs?

Jesz­cze raz zary­zy­kuję twier­dze­nie, że nikt nie jest w sta­nie grać nam na ner­wach, chyba że sami mu na to pozwo­limy. Każda pro­wo­ka­cja jest jak dry­fu­jący przed­miot w nur­cie życia; możemy pozwo­lić, by prze­pły­nął obok nas, lub mozol­nie przy­cią­gnąć go do sie­bie na brzeg. Obra­ża­jąc mnie, młody czło­wiek na dworcu rzu­cił taki wła­śnie śmieć w moją stronę. Ale ja, wbrew pierw­szemu odru­chowi, pozwo­li­łem, by jego pro­wo­ka­cja spo­koj­nie prze­pły­nęła obok. Typy W nie­ustan­nie dzia­łają nam na nerwy, zarzu­ca­jąc nas swo­imi emo­cjo­nal­nymi śmie­ciami. Ale co będzie, gdy spró­bu­jemy rza­dziej je chwy­tać? Oto krótki test - zaznacz­cie krzy­ży­kiem odpo­wiedź, z którą się zga­dza­cie.

1. Drugi czło­wiek może wygła­szać pro­wo­ku­jące uwagi, ale o tym, czy dam się spro­wo­ko­wać, decy­duję ja. Tak Nie 2. Drugi czło­wiek może obrzu­cać mnie zarzu­tami, ale o tym, czy wezmę je do sie­bie, decy­duję ja. Tak Nie 3. Drugi czło­wiek może wypo­wia­dać się w obraź­liwy spo­sób, ale o tym, czy dam się obra­zić, decy­duję ja. Tak Nie 4. Drugi czło­wiek może wpę­dzać mnie w wyrzuty sumie­nia, ale o tym, czy dam się w nie wma­new­ro­wać, decy­duję ja. Tak Nie 5. Drugi czło­wiek może pchać się na pierw­szy plan, ale o tym, czy pozwolę sobie ukraść show, decy­duję ja. Tak Nie

To naprawdę gigan­tyczna róż­nica: czy mamy poczu­cie, że jeste­śmy zdani na czy­jąś łaskę bądź nie­ła­skę, czy też wiemy, że to my sami podej­mu­jemy decy­zje. Psy­cho­lo­go­wie są zgodni, że poczu­cie wła­snej sku­tecz­no­ści - a więc tego, że możemy sami wpły­wać na sytu­ację, w któ­rej się znaj­du­jemy - nie tylko zwięk­sza satys­fak­cję z życia, ale także prze­ciw­działa depre­sji18.

Ci nato­miast, któ­rzy wcią­gają na swój brzeg śmieci wyrzu­cane przez innych, sami się uniesz­czę­śli­wiają. Mało tego: zachę­cają tam­tych, by poczy­nali sobie w ten sam spo­sób rów­nież w przy­szło­ści, skoro - jak widać - to działa. Dla przy­kładu roz­pa­trzmy dwie sytu­acje:

Ktoś robi ci dra­ma­tyczne, zde­cy­do­wa­nie prze­sadne wyrzuty, a ty od razu uspra­wie­dli­wiasz się ze wszyst­kich sił. W ten spo­sób twój roz­mówca dostaje to, czego chciał: podwójną por­cję zain­te­re­so­wa­nia. Jego stra­te­gia spraw­dziła się bez zarzutu (o tym, jak radzić sobie z typem pozera - od s. 295). Kole­żanka z pracy z każdą bła­hostką bie­gnie od razu do cie­bie i błaga o wska­zówki. A ty? Cóż, bie­rzesz głę­boki wdech, po czym jed­nak udzie­lasz jej rad, o które prosi. W ten spo­sób kole­żanka dostaje upra­gnioną "pod­pórkę", co czyni ją jesz­cze bar­dziej nie­sa­mo­dzielną, a na doda­tek zachęca, by przy naj­bliż­szej oka­zji znów zwró­ciła się do cie­bie (o tym, jak radzić sobie z typem zagu­bio­nego we mgle - od s. 219).

Jeśli nato­miast pozwo­lisz, by takie zacho­wa­nia po pro­stu prze­pły­nęły obok cie­bie, odnie­siesz podwójny suk­ces:

Po pierw­sze, w pew­nej mie­rze znie­chę­cisz przed­sta­wi­ciela typu W do powta­rza­nia takich zacho­wań, bo naj­wy­raź­niej nie przy­no­szą one efek­tów. Po dru­gie, uchro­nisz wła­sną auto­no­mię emo­cjo­nalną, bo sam podej­miesz decy­zję, kto może cię dotknąć i zra­nić.

Podob­nie to ty sam podej­mu­jesz decy­zję, na czym sku­pisz uwagę: na wadach czy na zale­tach typu W. Bo prze­cież możesz też skon­cen­tro­wać myśli na pozy­ty­wach, szcze­gól­nie wtedy, gdy atmos­fera robi się gorąca:

Na czym on się zna? Co mu zazwy­czaj dobrze wycho­dzi? Jakie ma mocne strony? Co jest w nim sym­pa­tycz­nego? Co miłego mogę o nim spon­ta­nicz­nie powie­dzieć? Za co mógł­bym (mogła­bym) mu podzię­ko­wać?19

Wyzwa­nie polega na tym, by wyłą­czyć auto­ma­ty­zmy myślowe. Uda ci się to, gdy tylko roz­po­znasz poszcze­gólne typy ludz­kie, kry­jące się za okre­ślo­nymi zacho­wa­niami, przej­rzysz ich gierki i nauczysz się prze­wi­dy­wać, jakie śmieci emo­cjo­nalne chcą ci pod­rzu­cić.