Rozdział I - Jola
Jakże musi być gorąco tym wszystkim ubranym na czarno ludziom stojącym nad świeżo wykopanym grobem w ten letni, upalny dzień. Tuż obok mnie otyły jegomość ociera chustką pot płynący cienką stróżką spod wysokiego kapelusza, a mokry po nim znak do złudzenia przypomina ślad po pełznącym ślimaku.
- Upał, straszny upał - skarży się dama o obfitych kształtach.
Zdecydowanym ruchem zdejmuję kapelusz i zaczynam się nim wachlować. Rozłożyste, podobne do starego grzyba nakrycie głowy zmienia się w barwnego motyla (czy to morfo, bo taki niebieski?), który zaczyna coraz szybciej trzepotać skrzydłami i nagle pojawia się na błękicie nieba w formie turkusowej plamy. Mrużę oczy, śledząc jego lot. Zniknął, wchłonęła go przestrzeń nieboskłonu, taka wolna, swobodna. Niechętnie przenoszę wzrok na tłum.
"Skąd ich się tyle zebrało? Przecież nie mamy nikogo z rodziny, a przyjaciół można by policzyć na palcach jednej ręki."
Napotykam na wrogie, wręcz nienawistne spojrzenia, obłapiające mnie lepko jak macki ośmiornicy.
"Ależ się ubrała!" - zdają się mówić, przypatrując się mojej kolorowej sukience. Może to z ich powodu nie czuję słońca na nagich ramionach. Przeciwnie, chłód przenika moje ciało. W ręku trzymam dwa bukiety rozsiewające dookoła dziwną woń. Wchłaniam ich zapach.
"Szkoda, że muszę się z nimi rozstać."
Rzucam kwiaty w czarną czeluść dołu, obserwując jak z cichym szelestem spadają na dwie proste trumny. Wybucham głośnym śmiechem.
"Tak, chcę pokazać wszystkim, jaka jestem szczęśliwa!"
Odchodzę powoli, nie oglądając się na ludzi, czując ich wzrok wbity w moje plecy. Wkraczam w mgłę, jej wilgotne kropelki osiadają mi na twarzy. I oto jestem na górskiej hali. Moje bose stopy czują miękkość traw i szorstkość turzyc. Łodygi i płatki kwiatów czepiają się sukni, zaczynają mnie oplatać jak dzikie wino albo nie, jak powój, bo wszędzie widzę kwiaty; różowe, liliowe, białe. Muszę coś zrobić, żeby nie zniknąć pod tą rozbuchaną masą. Zaczynam tańczyć, z początku delikatnie, na palcach, lecz to nie wystarcza, aby wyrwać się z zagarniającej mnie otchłani. Taniec zmienia się w coraz bardziej dziki, wyrzucam gwałtownie nogi i ręce, wyrywam się z pułapki i moje ruchy stają się powolniejsze. Uwolnione ręce wędrują pod boki, a nogi, również już niczym nieskrępowane, zaczynają drobić po góralsku. I nagle sen się urywa.
"Brr. Senna mara. Czy rzeczywiście cieszyłam się ze śmierci matki i Simy? Nie, to nieprawda, to tylko sen."
*
Usiadłam na obszernym materacu, powoli otwierając oczy i przechodząc w świat jawy - mojej nowej sypialni. Przez długie lata miała zupełnie inny wystrój i dopiero niedawno odważyłam się na radykalną zmianę. Zaczęłam od wyrzucenia wszystkich starych gratów, co oczywiście spotkało się z wielkim sprzeciwem matki.
- Taka piękna meblościanka, taki jeszcze dobry materac - narzekała, kuśtykając za mną krok w krok, podparta swoją nieodłączną laską, której stukot zgrywał się z odgłosem ciężkich stąpnięć Simy, suki rasy rottweiler.
Głucha na wszystkie protesty sama dźwigałam materac, spychałam go ze schodów, zasapana i spocona ciągnęłam po chodniku, aż wreszcie dotarłam do śmietnika i tam z ulgą go porzuciłam. Z przyjemnością obserwowałam, jak przez tydzień mókł na deszczu i nikt, nawet bardzo biedna, wielodzietna rodzina nie pokusiła się, żeby go wziąć. Meblościankę, łóżko i firanki podarowałam właśnie tym obsypanym wielu pociechami biedakom z pierwszego piętra. Długo przyglądali się meblom, dostrzegając wszystkie pęknięcia i zarysowania forniru, macali zszarzałe firanki, kiwając głowami i spoglądając to na siebie, to na darowiznę.
"Jak może oferować nam takie starocie?" - mówiły ich spojrzenia.
Usłyszałam niepewne "dziękujemy" i rodzina pospiesznie zaczęła przenosić meble na górne piętro. Zostałam sama w pustym pokoju. Brudne zacieki na ścianach prezentowały kształty dziwacznych kontynentów poprzecinanych rysami pękającego tynku. Chodziłam po sypialni jak po muzeum, przyglądając się różnorakim plamom: wylany lata temu atrament nadal pyszniący się intensywną czernią; białawe nitki po penicylinie przypominające próbę odetkania strzykawki - pielęgniarka robiła mi zastrzyki, gdy chorowałam na zapalenie płuc; odbite łapki kota-przybłędy, który przerażony wskoczył na parapet okna. Nie ma się co dziwić. Ostatni raz ściany widziały świeżą farbę jakieś trzydzieści pięć lat temu.
- Dlaczego wcześniej nie zdobyłam się na pomalowanie pokoju? Może nigdy mi na tym nie zależało? I tak nikt mnie nie odwiedzał, więc tylko ja byłam świadkiem jego brzydoty. Michalina była wystarczająco dokuczliwa w codziennych relacjach, a byłam pewna, że propozycja jakichkolwiek zmian wywoła u niej gwałtowny sprzeciw. Dotychczas nie czułam w sobie wystarczająco dużo siły wewnętrznej, żeby znieść jej dodatkowe narzekania i pełną pretensji ciszę wyrażoną poprzez wrogie spojrzenia czy zaciśnięcie ust. Może, kiedy człowiek osiągnie półmetek swojego życia, zaczyna nabierać odwagi?
Stałam pośrodku pokoju i długo zastanawiałam się, co dalej począć. Nie miałam żadnego planu, bo choć chciałam pozbyć się starego świata, to na nowy nie byłam jeszcze gotowa. Zamknęłam oczy. Wyobraźnia zaczęła podsuwać mi najśmielsze rozwiązania - od oszczędnych, ascetycznych wnętrz aż do szalonego eklektyzmu. Trwałam tak nieruchomo przez dłuższą chwilę. I nagle zobaczyłam swój pokój jak z obrazu Fridy Kahlo - pełen koloru i słońca! Zdecydowanym krokiem udałam się do sklepu z farbami.
Brudne ściany ginęły przykryte ostrym kolorem. Znienawidzona stara przestrzeń malała przy każdym ruchu wałka. Ogarnął mnie szał. Pracowałam gorączkowo, bez przerw, aż do ostatniego pociągnięcia pędzla, które "przypieczętowało" zakończenie robót. Pozostał tylko zakup nowych mebli i zasłon, zawieszenie obrazów.
Przez cały czas renowacyjnych działań matka milczała, zaglądając co chwila przez uchylone drzwi do mojego pokoju. Słyszałam jej pełne dezaprobaty mruknięcia, szurające kapciami kroki i towarzyszący im stukot psich pazurów. Starałam się nie przejmować zachowaniem Michaliny, podśpiewując sobie dla dodania otuchy wszystkie piosenki, które znałam. A jednak cały czas o niej myślałam.
"Zazdrości mi tego pokoju. Sama cierpi i pragnie, aby inni byli w tym samym stanie ducha, co ona..."
Kobaltowy kolor ścian wyszedł identycznie jak na obrazach Fridy. Nowy, wielki materac przykryty haftowaną hinduską narzutą ustawiłam na środku pokoju, stara walizka zastąpiła nocny stolik, a prosty stół o grubym blacie spełnił rolę biurka, gdzie oprócz komputera znalazł się posążek Buddy. Jedynie zdjęcia Tatr oprawione w białe ramki sugerowały, że sypialnia mieści się w Polsce, a nie w jakimś tropikalnym kraju. Ta mieszanina tatrzańskich, meksykańskich i hinduskich elementów idealnie odzwierciedliła moje spełnione i niespełnione marzenia. Polskie góry znałam całkiem dobrze i raz w roku udawało mi się tam wyrwać na kilkudniową wspinaczkę. Natomiast piramidy Majów i szczyty Tybetu nadal pozostawały nieosiągalne.
Dalekie podróże były dla mnie niemożliwe nie z braku funduszy, chociaż ich nadmiarem nigdy nie mogłam się pochwalić. Powodem mojej osiadłej egzystencji była Michalina - moja matka i jej pies - Sima. Matka miała zaledwie siedemdziesiąt dwa lata, lecz ciężkie życie przedwcześnie ją postarzyło. Do tego doszła choroba nóg i moja zawsze biadoląca rodzicielka stała się jeszcze bardziej nieszczęśliwa.
"Dlaczego muszę tkwić w tej chorej symbiozie? Czy nie mogłabym inaczej ułożyć sobie życia? Dlaczego jestem jedynaczką i cały ciężar opieki nad matką spada na mnie?" - zastanawiałam się coraz częściej. Mimo to nie dopuszczałam do siebie myśli o opuszczeniu mamy czy oddania jej do domu starców. Przeszkodą była nie miłość, tylko litość, nasilająca się szczególnie wtedy, gdy przypominały mi się jej przeżycia wojenne.
*
Lata okupacji Michalina spędziła w Warszawie, na Woli. W pierwszym miesiącu Powstania patrol niemiecki wtargnął do kamiennicy, gdzie mieszkała razem z rodzicami i bratem. Wśród wrzasków, ujadania psów i poszturchiwań kolbami, przerażeni ludzie zostali wygnani na zewnątrz. Mama, jedenastoletnia wtedy dziewczynka, była w piwnicy. Usłyszała krzyki, płacz i tupot na schodach. Była dzieckiem wojny i domyśliła się, co one oznaczają. Instynkt podpowiadał jej: "ukryj się i przeczekaj", lecz niepokój o bliskich był silniejszy. Przemogła strach i wyjrzała przez małe okienko. Zobaczyła zgromadzonych na podwórzu mieszkańców kamienicy, a wśród nich rodziców i trzyletniego braciszka, Jacusia. Przerażony malec rozglądał się dookoła i nagle wyciągnął rączki, tak jakby prosząc siostrę o pomoc. Michasia dopadła drzwi. Zawsze miała kłopot z otwarciem starego, zacinającego się zamka i tym razem też tak się stało. Mocując się z nim, usłyszała strzały. Puściła klamkę i jak spłoszone zwierzątko wcisnęła się w najdalszy kąt piwnicy. Choć na podwórku zapanowała cisza, ona nadal nie ruszała się z miejsca. Może jakiś jęk poderwał ją na nogi? Tym razem drzwi ustąpiły już po jednym szarpnięciu, więc wypadła na podwórze i podbiegła do leżących, zalanych krwią nieruchomych ciał. Spod jednego z nich wystawała rączka dziecka. Dziewczynka znalazła tyle siły, aby przesunąć martwego mężczyznę i wydobyć spod niego swojego braciszka. Jacuś jeszcze żył, chciał nawet coś siostrze powiedzieć, lecz po kilku minutach skonał. Trzymając cały czas w objęciach martwego chłopczyka, odnalazła ciała rodziców. Śmierć ojca i matki dotarła do jej świadomości, ale z utratą braciszka nie mogła się pogodzić.
"Jacuś... kochany, maleńki... wyzdrowiejesz, będziesz żył..." - szeptała, trzymając go w ramionach.
Tak zastali ją powstańcy. Przemocą oderwali Michasię od ciała brata i odeszli, gdyż Niemcy mogli wrócić i nie było czasu na grzebanie ofiar. Mama przeżyła zostawienie ciała Jacusia równie silnie jak jego śmierć.
- Zawiodłam go i porzuciłam dwa razy, nigdy sobie tego nie wybaczę - powtarzała za każdym razem, ilekroć zbierało się jej na wspomnienia. Ostatnio robiła to często, jakby celowo chciała zadręczać się przeszłością. Kiedy usłyszała czy przeczytała cokolwiek o Powstaniu, narastała w niej fala nienawiści do ludzi, którzy byli odpowiedzialni za zagładę Warszawy.
- Oni nie patrzyli, jak giną ich bliscy! Przecież wojna i tak miała się skończyć. Znali doskonale okrucieństwo Niemców. Te góry trupów, te małe dzieci rozstrzelane, spalone, te matki oszalałe z bólu. Dwieście tysięcy ofiar i kompletnie zniszczone miasto. Po co to wszystko? I teraz tej największej głupocie narodowej stawia się muzeum?
Aż do upadku Powstania mama była dzieckiem-żołnierzem, jednym z wielu w tych okropnych dniach. Tuż obok niej ginęli ludzie od kul i bomb, ale nie robiło to na niej dużego wrażenia. Po tym, co stało się z jej rodziną, już nic nie mogło jej dotknąć.
Ilekroć miałam dosyć Michaliny, nie mogąc ścierpieć jej pełnego pretensji głosu, jej kapciowo-szurającego chodu, zapachu starego ciała i zbolałej twarzy o zaciśniętych ustach, nagle znajdowałam się na podwórku wśród huku bomb i byłam małą dziewczynką trzymającą na rękach martwego brata. Dusił mnie pył i swąd spalenizny unoszący się w powietrzu, a ja stałam nieruchomo pośrodku ruin i nie mogłam zrozumieć, co tak naprawdę się stało.
"Co czuje dziecko w takiej sytuacji? Przerażenie, opuszczenie, kompletny brak jakichkolwiek uczuć?" - nigdy nie miałam śmiałości zapytać o to matki. A potem łzy napływały mi do oczu, gardło ściskała niewidzialna obręcz i czułam niezmierną potrzebę przytulenia Michaliny z całych sił. Na usta cisnęły mi się najsłodsze wyrazy. Ale nie biegłam do fotela na biegunach, na którym matka przesiadywała godzinami, głaszcząc od czasu do czasu lśniący łeb Simy. Może bałam się, że nieumiejętny gest jeszcze pogorszy sytuację? A gdybym się przemogła i to zrobiła? Może wszystko potoczyłoby się inaczej? Dlaczego nikt mnie nie nauczył czułości?
Po wojnie mama trafiła do sierocińca. Spędziła tam kilka lat, chodząc do szkoły i marząc o studiach. Tak bardzo chciała zapomnieć o przeszłości i zacząć nowe życie. Po dojściu do pełnoletniości podjęła pracę jako robotnica w fabryce traktorów w Ursusie. Potem przeprowadziła się do Poznania, gdzie zamieszkała w wynajętym pokoju. Pracowała w sklepie, a wieczorami studiowała zaocznie na politechnice. Nauka szła jej dobrze, stała się jej pasją - odskocznią od ponurej, powojennej rzeczywistości. Lepiej znosiła biedę i ciasne mieszkanie, bo dobre wyniki na studiach dawały jej szansę na lepsze życie. Było to też spełnienie misji. Przecież nie mogła zawieść rodziców - matki, nauczycielki gimnazjum i ojca, znanego inżyniera. Dodatkowo uskrzydliła ją miłość do studenta na tym samym wydziale. Był podobno polskim Tatarem, o trochę orientalnym wyglądzie; tyle informacji udzieliła mi mama o moim ojcu. Kiedy dowiedział się, że Michalina jest w ciąży, uciekł Bóg wie dokąd i przepadł bez śladu. A mama aż do emerytury pracowała w sklepie mięsnym, rezygnując zupełnie z aspiracji o wyższym wykształceniu i lepszym życiu.
Od wczesnego dzieciństwa pamiętam ją wiecznie smutną i narzekającą. Nigdy mnie nie przytulała, za to niezmiernie często ganiła. Była surowa, wymagająca i nawet moje szkolne sukcesy nie zdobyły jej uznania. Może dlatego nauka stała się dla mnie tak ważna? Książki były moimi najlepszymi przyjaciółmi i otoczona nimi przenosiłam się w inny, lepszy świat. Jednego dnia byłam Mary z Tajemniczego ogrodu, a drugiego małą księżniczką cierpiącą biedę i poniżenie. W miarę dorastania wcielałam się w Oleńkę, Anusię, Justynę, a nawet Izabelę Łęcką. W wyobraźni zmieniałam swoje losy, a w przypadku Izabeli od razu obdarzyłam wielkim uczuciem Stacha Wokulskiego. Przeżywałam urojone miłości, usiłując zapomnieć, że tak naprawdę pragnę jednej - matczynej.
*
Pewnego czerwcowego ranka osiem lat temu, ktoś nam podrzucił na wycieraczkę szczeniaka. Domyślałyśmy się, czyja to sprawka, gdyż sąsiadowi oszczeniła się suka rasy rottweiler i wszystkim w bloku było wiadomo, że miał kłopoty ze sprzedażą dwóch ostatnich z miotu, trochę niedomagających piesków.
- Co mam z nimi zrobić? Uśpić szkoda, a na weterynarza nie mam pieniędzy - zwierzał mi się podczas przypadkowego spotkania na schodach.
Byłam przekonana, że Michalina odda psa właścicielowi, rzucając obelgi i wrzeszcząc przy tym swoim zwyczajem. Jednak, ku mojemu zaskoczeniu, na widok szerokiej i płaskiej psiej mordki, wyglądającej zamglonymi oczami spod kocyka, którym był przykryty wiklinowy koszyk, matka zakwiliła pieszczotliwie. Zrobiła to w taki sposób, w jaki nigdy nie odezwała się do żadnego niemowlęcia (możliwe, że w tym i do mnie, kiedy byłam słodkim bobasem). Przyklękła koło szczeniaka, odwinęła przykrycie i wzięła popiskujące stworzonko na ręce. Przytuliła je do siebie i promienny uśmiech rozjaśnił jej przedwcześnie postarzałą twarz.
- Będzie się wabiła Sima - oznajmiła uroczyście, jak przy nadaniu dziecku imienia na chrzcie.
Od tego pamiętnego dnia Michalina stała się inną kobietą. Imię suczki nie schodziło jej z ust: Sima to, Sima tamto, mądra, kochana, wyjątkowa - takiego psa nigdy nie było na świecie i nigdy nie będzie.
Nie przypuszczałam, że może z siebie wydobyć takie ciepłe, pieszczotliwe słowa. Jej głos, suchy i rzeczowy w rozmowach ze mną, zmieniał się nie do poznania, gdy zwracała się do psa. Było w nim coś niemalże nieprzyzwoitego, jakby Sima była kochanką Michaliny. Suczka stała się dla niej jednocześnie i córką i mężem.
A pies w pierwszych miesiącach pobytu w naszym domu był rzeczywiście zabawny i kochany - jak to szczeniak. Z czasem zaczął bezgranicznie uwielbiać matkę, za to wzrastała jego niechęć do mnie. Sima nie odstępowała swojej pani na krok, jadła tylko jedzenie przez nią podane, a mnie pozwalała jedynie wyprowadzać się na spacery. Były to krótkie przechadzki, podczas których Michalina obserwowała nas z okna, a suka po załatwieniu fizjologicznych czynności ciągnęła mnie z całą siłą z powrotem do domu, skacząc wielkimi susami po schodach i drapiąc ze skowytem drzwi wejściowe.
Początkowo cieszyłam się z przemiany, jaka zaszła w Michalinie. Już dawno pogodziłam się, że jej "miłość" do mnie jest taka, jaka jest. Tłumaczyłam sobie, że ciężkie wojenne przejścia zablokowały w niej umiejętność okazywania uczuć. A tu taka niespodzianka! Okazało się, że matka umie być delikatna i czuła. Potrafi przytulić, pogłaskać i pocałować. Ale niestety nie mnie. Z całych sił starałam się nie znienawidzić tego psa, lecz niestety, to mi się nie udało. Obie - Sima i Michalina - to czuły. Pies odwzajemniał mi się podobną antypatią, a matka do stałych narzekań na mój temat, dołączyła pretensję o moją niechęć do suki.
- Jak kochająca córka może zazdrościć schorowanej matce jej jedynej radości życia? Ty nienawidzisz nas obu.
W tym dniu, tuż po przebudzeniu z dziwnego snu, usłyszałam tupot psich łap zmierzających w kierunku mojego pokoju. Potężna morda ukazała się w szparze uchylonych drzwi i rozległo się ciche warczenie. Sima mówiła mi dzień dobry.
- Mamo, weź tego psa. Zaraz mnie ugryzie!
Odgłos szurania kapci zbliżał się coraz bardziej i okazała, trochę zgarbiona postać Michaliny stanęła na progu sypialni. Opierała ciężar swego ciała na lasce i zawsze miałam wrażenie, że za chwilę cienkie drewno złamie się pod naporem jej masywnej postury.
- Nie rozumiem, jak można bać się takiego kochanego stworzenia? Przecież to sama łagodność i słodycz.
Sima wiernie stała u boku właścicielki, szturchając nosem i liżąc jej rękę, jakby chcąc udowodnić prawdziwość wypowiedzianych przed chwilą słów.
- Wstawaj, czas na spacer z pieskiem - rozkazujący ton Michaliny zmieszał się z odgłosem jej ociężałych kroków skierowanych w stronę kuchni. Domyśliłam się z nagłego pisku i radosnego skowytu, że psisko dostaje poranną porcję smakołyków.
Poderwałam się szybko z łóżka, narzuciłam polar i dresowe spodnie na pidżamę, przejechałam palcami zmierzwione włosy i pobiegłam po wiszącą w przedpokoju smycz. Sima stała tuż przy drzwiach, niecierpliwie drapiąc pazurami o podłogę i rzucając na mnie pełne wyrzutu spojrzenia, jakby chciała powiedzieć: "No pospiesz się. Jak będziesz się tak guzdrać, to nie wytrzymam i wiesz, co potem może się zdarzyć..."
Szybko zapięłam smycz i zbiegłam, a właściwie, pociągnięta przez Simę, prawie spadłam z kilku schodów dzielących parter od drzwi wyjściowych.
"Całe szczęście, że nie mieszkamy na wyższym piętrze" - myślałam każdego ranka.
Po szybkim siku i kupie Sima pędem wracała do domu, już od progu witana czułymi okrzykami i pieszczotami. Ten rytuał powtarzał się trzy razy dziennie. Dobrze, że uczelnia, na której pracowałam, była niedaleko i w przerwach między zajęciami mogłam wyskoczyć do domu. Po porannym spacerze miałam stosunkowo mało czasu na śniadanie, które zwykle łykałam w biegu. Mimo pośpiechu, te kilka minut przy stole mogłyby być całkiem przyjemne, gdyby nie Michalina wyliczająca listę zakupów, które powinnam zrobić w drodze powrotnej z pracy. Tuż przed wyjściem pouczała mnie jeszcze o punktualnym powrocie do domu.
"Czy kiedykolwiek się spóźniłam?! Czy nie jestem niewolnicą was obu?!" - miałam ochotę wykrzyczeć, ale gryzłam się w język, ponieważ na wysłuchanie dalszych matczynych gderań nie miałam czasu.
Niekiedy udawało mi się zerknąć w duże lustro wiszące w przedpokoju. Odbicie było raczej pocieszające.
"Nie jestem jeszcze za stara na założenie rodziny" - ta myśl nachodziła mnie coraz częściej.
*
Tego ranka jak zwykle opuściłam cicho mieszkanie i niezbyt szybkim krokiem podążyłam do pracy. Codzienny spacer, odbywany tą samą drogą od dwudziestu pięciu lat, nigdy mi się nie znudził. Zawsze cieszył mnie widok znajomych drzew i budynków. Na przestrzeni tak długiego czasu zaszły pewne zmiany. Powstał pomnik Czerwca 1956, a po upadku komuny stare domy rozjaśniły się i wypiękniały świeżo oczyszczonymi murami. Wiadomość o budowie nowego, nowoczesnego kompleksu, w którym miałby się mieścić wydział biologii, w przeciwieństwie do rozentuzjazmowanych kolegów, przyjęłam z przerażeniem. Tak kochałam stare kąty!
"I co ja pocznę bez moich codziennych spacerów? Przecież dzięki nim mogę zebrać myśli, zapomnieć o domu i psychicznie przestawić się na inny świat, świat mojej uczelni."
Starałam się nie martwić czekającymi mnie zmianami. Wystawiłam twarz na promienie słońca, wyjątkowo ciepłe jak na marcową porę. Myśli o Michalinie, psie i moim samotnym życiu powoli odpływały, a nadchodziły te miłe; o wnętrzach starego Collegium Maius i studentach tam na mnie czekających, o małym laboratorium z mikroskopem i półkami wypełnionymi książkami, o różnych gatunkach pająków zamkniętych w szklanych pudełeczkach.
Szłam w radosnym nastroju, a łagodny, ciepły wietrzyk rozwiewał mój płaszcz i zapach świeżo rozkwitłej forsycji zapowiadał coś wyjątkowo miłego, co mogło się zdarzyć tego dnia. Jakby w odpowiedzi na moje nadzieje, wesołą melodyjką odezwała się komórka.
- Jola?
Usłyszałam dobrze znajomy głos i serce zabiło mi gwałtownie.
- Jędrek? Skąd dzwonisz? - spytałam mile zaskoczona.
- Jestem w Poznaniu. Na parę dni zamieniłem się z kumplem mieszkaniem. On pojechał do Zakopca, a ja wylądowałem na Wiosennej, tuż koło Ogrodu Botanicznego. Kiedy się zobaczymy? Dziś wieczorem?
Bez namysłu wyraziłam zgodę na spotkanie. Raźnym, niemalże tanecznym krokiem podążyłam w kierunku uczelni. Moje myśli, tak nastawione jeszcze przed chwilą na pracę, zmieniły się diametralnie.
"Przystojny, czarujący góral z Zakopanego i do tego artysta. Czy może być coś bardziej romantycznego?"
*
Poznałam go zeszłej jesieni, kiedy wybrałam się na kilkudniową wspinaczkę w Tatry. Matka jak zwykle sprzeciwiała się tej wyprawie - nienawidziła samego słowa "góry". Tłumaczyłam sobie, że to przez obawę o mnie ma taką awersję do tego najpiękniejszego zakątka Polski. Wypad udał się nadspodziewanie. Pogoda dopisała - wrześniowe słońce przygrzewało mocno, ale nie żarzyło, jak to bywa latem. Znikły watahy dzieciaków i roznegliżowanych, spoconych turystów zalewających najpiękniejsze szlaki, a ich miejsca zajęli ubrani na sportowo studenci z plecakami, starsi ludzie o ogorzałych twarzach i szczupłych sylwetkach - prawdziwi miłośnicy gór. Każdego dnia szłam inną trasą, nie szukając wyczynów, lecz samotnych spacerów i zapierających dech w piersiach widoków. Od dawna wybierałam się w pojedynkę na górskie szlaki. Mogłam narzucić sobie dowolne tempo i przystawać przy najbardziej interesujących mnie miejscach. Czasami były to piękne pejzaże, lecz częściej drobne roślinki, owady czy pająki. Schylałam się, wyciągałam lupę i do woli mogłam przyjrzeć się tym drobnym cudom natury. Znając je wszystkie z nazw i zwyczajów, poruszałam się w tym podniebnym świecie jak po własnym ogrodzie. Niekiedy ptaki przelatywały albo siadały blisko i wpatrywały się we mnie swoimi czarnymi, lśniącymi oczkami. Były to ciekawskie pliszki górskie, zerkające na mnie z ukosa i potrząsające ogonkiem, rozwrzeszczane orzechówki, płochacze - małe ptaszki z zakrzywionym dziobem, pluszcze nurkujące w strumieniach, majestatyczne kruki krążące ponad świerkami, zdarzał się i drozd obrożny, a dwa razy natknęłam się na parę pomurników, siedzących na skałach Doliny Kościeliskiej. Te niezwykle rzadkie ptaki, o siwym tułowiu i czerwono ubarwionych skrzydłach, którymi wykonują trzepoczące ruchy, wyglądały z daleka jak barwne, egzotyczne motyle. Wyjątkowym przeżyciem zawsze był widok krążącego ponad szczytami orła przedniego. Spotkania z kozicami i świstakami wzbudzały podobne emocje. Dwa razy udało mi się zobaczyć niedźwiedzia i do zachwytu nad jego potęgą dochodziło uczucie grozy, podnoszące poziom adrenaliny. Wracałam do schroniska pełna mocnych wrażeń, szczęśliwa, że dane było mi zobaczyć te wszystkie cuda. Mimowolnie moje dziękczynienia kierowałam ku Bogu. Nigdy go o nic nie prosiłam, uważając, że sama dam sobie radę z przeciwnościami, natomiast przeżywając coś pięknego, miałam potrzebę podziękowania Mu za możność widzenia, słyszenia, czucia woni, za zdrowe ciało, które bez trudu może pokonać trudy wspinaczek.
W przedostatni dzień mojego urlopu, zamiast pożegnać się z wierchami, postanowiłam powłóczyć się po sklepikach i galeryjkach na Krupówkach. Na ogół nie lubię przepychać się wśród tłumu ceprów zapełniających każdy skrawek tego uroczego miasteczka. Tego jednak dnia wszystko mnie bawiło; tłumy turystów, górale w swoich haftowanych portkach i okrągłych kapeluszach, dorożki i kramy pełne pamiątek. Weszłam do ulubionego sklepu. Jestem wielką miłośniczką malarstwa na szkle, szczególnie tego prymitywnego, jeszcze z czasów przedwojennych. Kilka lat temu udało mi się nawet kupić dziewiętnastowieczny mały obrazek przedstawiający świętą rodzinę, za który zapłaciłam fortunę. Michalina tak go skrytykowała, że nie ośmieliłam się go powiesić na ścianie, tylko schowałam na dno szafy. W tym sklepie nie oferowali obrazków ze świętymi czy scenami rodzajowymi. Na półkach były wystawione szklane naczynia pomalowane w wyszukane desenie, często abstrakcyjne. Promienie słońca wpadające poprzez wielkie okna wystawowe załamywały się na ich gładkich, lśniących powierzchniach. Nigdy tutaj niczego nie nabyłam, traktowałam to miejsce jako muzeum, gdzie ogląda się cuda, a nie pyta o cenę. Zaskoczyłam sama siebie, kiedy od razu podeszłam do witryny z kieliszkami i przystanęłam przy nich na dłuższą chwilę. Owszem, były piękne ze swoimi zielonkawymi i złotymi deseniami, w których można było dopatrzyć się kwiatów. Wzięłam jeden do ręki, a moje myśli powędrowały do ostatnio coraz częściej odwiedzanej krainy marzeń - o znalezieniu bliskiej osoby i założeniu rodziny. Z drugiej strony zdawałam sobie sprawę, że powinnam pogodzić się ze swoim staropanieństwem, zwłaszcza, że była to wyłącznie moja wina. Rodzina, dzieci, ukochany mąż - dotychczas w duchu wyśmiewałam dążenia tak wielu kobiet.
Po długim namyśle kupiłam dwa kieliszki do szampana. Rzadko pijałam ten trunek. Nie miałam z kim, przecież nie z Michaliną! Ten alkohol - symbol zbytku, frywolności i szaleństwa pije się w wesołym towarzystwie albo przy świecach, z ukochanym. Może mój nowy zakup był podświadomym preludium do czegoś, co miało się wydarzyć?
Rześkie, wrześniowe słońce szczodrze oświetlało wielobarwny tłum, który jakby popychał mnie do starej, góralskiej karczmy położonej tuż obok drewnianego kościółka. Lubiłam jej wnętrze, niewiele zmienione od czasów mojej wczesnej młodości. Te same belkowane ściany i proste stoły, te same krzesła z rzeźbionymi oparciami. Obrazy malowane na szkle jak zwykle zachwyciły mnie swym prymitywnym pięknem. Tylko jadłospis był bardziej różnorodny niż za komuny.
W zatłoczonym wnętrzu z trudem znalazłam miejsce przy stoliku. Dym papierosowy unosił się nad głowami turystów i miejscowych, jednak doskonale widziałam trzech młodych, dziarskich górali przygrywających skoczną melodię.
Nagle muzyka zmieniła rytm, zwolniła i zabrzmiała balladową nutą - tęskną i liryczną. Na początku nadały jej ten ton skrzypce - swoim przejmującym, prawie jękliwym dźwiękiem, a potem dołączyły akordeon i kontrabas. Poczułam przypływ melancholii. Rozejrzałam się po tłumie nieznajomych ludzi, rozgadanych i wesołych. Każdemu z nich towarzyszyła przynajmniej jedna osoba, tylko ja siedziałam samotnie. Niespodziewanie od stolika stojącego najbliżej kapeli wstał wysoki mężczyzna i patrząc wprost na mnie zaczął śpiewać czystym mocnym głosem:
To moje serdusko,
Takie ozzalone,
Jako te żelazo,
W łogniu ospalone.
Śpiewak siadł z powrotem, popijał piwo i nie spuszczał ze mnie wzroku. I ja mu się przyglądałam, chociaż nie tak obcesowo. Miał ciekawą twarz - szczupłą, mocno opaloną - w której jasnobłękitne oczy żarzyły się intensywnym blaskiem. Mógł być mniej więcej w moim wieku, chociaż jego gęsta czupryna była już mocno posiwiała. Byłam pewna, że za chwilę do mnie podejdzie i nie pomyliłam się. Wstał od stołu, głośno szurając krzesłem i ruszył prosto w moją stronę. Widząc to grajkowie chwycili za instrumenty i znowu zabrzmiała muzyka, tym razem rytmiczna i radosna.
- Mogę panią prosić do tańca? - powiedział bez cienia gwary, jedynie z lekkim akcentem.
Nie czekając na moją zgodę, chwycił mnie za rękę i pociągnął na środek sali. Ujął mnie mocno w pasie, obrócił dookoła i raźno przytupując, puściliśmy się w tany. Niełatwo było nadążyć za jego dzikimi skokami. Poczerwieniałam z wysiłku, ale nie chciałam okazać zmęczenia. Zdobyłam się nawet na kilka śmiałych figur z przysiadami i wysokim wyrzuceniem nóg. Zahuczały oklaski i odezwały się okrzyki pełne uznania.
- Piykno pora. Bedzie z tego ślub. Jędruś trzymoj dziywcyne, nie puscoj!
Uśmiechnęłam się i nagle przypomniał mi się obraz wiszący na ścianie sypialni matki przedstawiający tańczącą góralkę.
I tak zaczęła się moja znajomość z góralem z Zakopanego.
*
Rozmyślając o tych pierwszych chwilach spotkania z Jędrkiem, nie zauważyłam, kiedy znalazłam się w sali ćwiczeń, zapełnionej już uczniami. Po studiach ze specjalizacją w arachnologii zaczęłam pracować na uczelni jako asystent. Szybko pięłam się w hierarchii naukowej - przez doktorat i habilitację - prowadząc jednocześnie wykłady i ćwiczenia ze studentami. Badania terenowe i ich opracowywanie w formie publikacji były dla mnie równie ważne jak praca pedagogiczna. Do czasu poznania górala, praca wypełniała moje dni. Sympatia studentów, uznanie kolegów po fachu oraz dziedzina nauki, którą się zajmowałam, wprawiały mnie w stan pełnego szczęścia. Na ogół nikt spoza uczelni nie rozumiał mojego zafascynowania arachnologią. Niektórzy pukali się w czoło. Ci mniej delikatni otwarcie pytali, jakie tragiczne wydarzenia w życiu skłoniły mnie do pokochania pająków, a bardziej taktowni kiwali głowami, patrząc na mnie z politowaniem.
Moja miłość do tych stworzeń zaczęła się w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Nie byłam zbyt lubiana w klasie. Nikt nie doceniał moich dobrych stopni, przeciwnie, zyskałam przezwisko "kujona", które dołączyło do epitetów "znajda", "Cyganka", "Żydówka". Te ostatnie nawiązywały do mojego wyglądu. Byłam małą, przeraźliwie chudą dziewczynką, o ciemnej karnacji. Nietypowe, lekko skośne oczy, wydatne usta, niesforne, gęste czarne włosy - to wszystko czyniło mnie odmieńcem. Brak ojca, wychowywanie przez samotną matkę - dodawało punktów do "listy zarzutów". Szczególnie koleżanki były bezlitosne, wyśmiewając mój wygląd na każdym kroku.
Aż któregoś dnia chłopcy znaleźli w szatni wielką pajęczynę, pośrodku której królował okazały krzyżak. Naturalnym odruchem było zabicie pająka, ale żaden z nich nie kwapił się tego uczynić.
- Ale wielki!
- Może ukąsić jak nic.
- Eee tam, ja się nie boję, u nas był jeszcze większy...
Gromadka chłopców rosła i każdy z nich miał coś do powiedzenia. Kiedy naradzali się, jak złapać pająka i go zabić, poczułam sympatię to tego stworzenia. On był taki jak ja - nikt go nie lubił. Wepchnęłam się pomiędzy kolegów, zdecydowanym ruchem sięgnęłam po krzyżaka, zamknęłam go w dłoni, podeszłam do okna i wypuściłam go na zewnątrz. Rozległ się szmer uznania. Uczniowie stali z otwartymi ustami i nie mogli wykrztusić ani słowa. Od tego czasu dziewczynki w klasie jeszcze bardziej mnie znienawidziły, przezywając czarownicą albo pajęczarą, lecz za to zdobyłam mir wśród kolegów, który u wielu przeistoczył się w uwielbienie.
W miarę jak dorastałam, robiłam się coraz ładniejsza, a w wieku piętnastu lat uzyskałam niezachwianą pozycję klasowej piękności. Nadal nie miałam przyjaciółki, czy nawet koleżanki, za to chłopcy dosłownie bili się o moje towarzystwo. Miłość do pająków pozostała. Zaczęłam o nich czytać, przyglądać się im w naturze, a z czasem przynosić je do domu. Żywe okazy trzymałam tylko kilka dni i potem wypuszczałam, a jak znajdowałam martwe, wkładałam je do małych słoiczków i umieszczałam na półce.
Michalina wstydziła się córki interesującej się tak "ohydnymi stworzeniami" - jak się wyrażała. Z początku opowiadałam mamie o niektórych gatunkach i pokazywałam zdjęcia przepięknych pajęczyn.
- Obrzydliwości - kwitowała, wzruszając ramionami.
Naturalną koleją rzeczy był mój wybór studiów. Wśród studentów biologii nie czułam się wreszcie osamotniona w swoich zamiłowaniach. Już nikt mnie nie wyśmiewał, a wręcz przeciwnie, byłam podziwiana za swoją pasję i wiedzę. Dziewczyny były podobne do mnie - też zwariowane na punkcie jakiejś grupy zwierząt czy roślin. Już nie wyróżniałam się na niekorzyść swoim ubiorem. Wiele z nich, tak jak ja, nosiło wytarte, krajowej produkcji dżinsy i flanelowe koszule w kratkę. Niezbyt staranne fryzury lub okulary na nosie dopełniały ich wyglądu typowych biolożek. Doskonale się czułam w tym świecie, a moje szczęście sięgnęło zenitu, gdy zaproponowali mi pozostanie na uczelni.
Choć matka z trudem zaakceptowała mój zawód, to nie sprzeciwiała się wyjazdom służbowym. Jednakże każda wyprawa dla mojej własnej przyjemności spotykała się z jej gwałtownym protestem. Tylko raz do roku pozwalałam sobie na kilkudniowy wyjazd w Tatry, a o dalszych i dłuższych wakacjach poza domem nie było mowy. Nawet te krótkie wypady w góry były okupione chorobą matki. Po powrocie zastawałam Michalinę leżącą w łóżku, jęczącą i zawodzącą, że wyrodna córka zostawiła ją na pastwę sąsiadów. Byli oni przeze mnie sowicie opłacani i wywiązywali się ze swoich obowiązków bardzo sumiennie. Potrafili nawet powiedzieć coś miłego na temat Simy, co świadczyło o dużej dozie ich dobrej woli.
Zajęcia ze studentami upłynęły nadzwyczaj szybko. Tym razem nie wywiązała się po nich dyskusja, jak to często bywało, w czasie której niejednokrotnie wychodziliśmy poza czysto biologiczne tematy.
Jaka jest definicja miłości? Czy cierpienie jest potrzebne, aby docenić chwile szczęścia? Na ile wiara w Boga pomaga ludziom? - zadawaliśmy sobie tego typu pytania, nie potrafiąc znaleźć jednoznacznych odpowiedzi. Ostatnim tematem były wyrzuty sumienia - czy są potrzebne, czy raczej przeszkadzają nam w życiu. W knajpie, w której spotykaliśmy się po zajęciach, przy piwie, nasze dyskusje przedłużały się w nieskończoność. Zapominałam wtedy o swoim wieku i czułam się jedną z nich. Ci młodzi ludzie zwierzali mi się, a ja starałam się im pomóc swoją radą, choć młodość spędziłam w zupełnie innych czasach. Oni nie przeżyli kolejek po najbardziej niezbędne środki do życia, ale też nie byli świadkami, czy aktywnymi uczestnikami ruchów opozycyjnych, a potem Solidarności. Nie przegadywali nocy przy wódce, wyrywając sobie Kultury Paryskie, czy Bratniaki. Nie czuli ścisku w gardle śpiewając "Obławę" Kaczmarskiego. W przeciwieństwie do nas podchodzili do studiów z większą powagą, martwiąc się już na pierwszym roku, czy dostaną pracę po studiach. Uczyli się kilku języków obcych, szykując się do poszukiwań pracy w całej Europie, zakładając z góry, że w Polsce i tak nic nie znajdą. Spotykali się, ale nie zarywali nocy. Byli przepracowani, ambitni, żądni sukcesu. Wypytywali mnie o "tamte czasy", niejednokrotnie wzdychając: "ty to miałaś dobrze".
Może przesadzałam z nostalgicznymi wspomnieniami z peerelowskiej rzeczywistości lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych? Ale czyż okres młodości nie wydaje się zawsze najpiękniejszy?
Problemy związane z życiem w komunistycznym kraju z czasem zbladły, a w pamięci zostały kolorowe wspomnienia wspólnych zimowych wypadów w góry, na które wszyscy zabieraliśmy krajowe, nasiąkające wodą buty do wspinaczki, modne wówczas kurtki "panterki", które nie dawały ciepła, jedynie jako tako chroniły od wiatru, swetry z góralskiej, szorstkiej wełny. Po całym dniu wałęsania się po zaśnieżonych szlakach, z radością rzucaliśmy się na mętną herbatę w blaszanych kubkach i prawie bezmięsny, nieśmiertelny bigos. Wieczorem myliśmy się w lodowatej wodzie, bo w schroniskach notorycznie brak było ciepłej. Wszyscy pochodziliśmy z tak samo kiepsko sytuowanych rodzin, oglądaliśmy te same dwa programy telewizyjne i te same filmy. Czytaliśmy te same książki, po które staliśmy w tasiemcowych kolejkach, tak różnych od tych po mięso czy papier toaletowy. Mieliśmy wspólnego wroga o nazwie "komuna" i tęskniliśmy za wolnością. Chcieliśmy mieć tak dobrze, jak na Zachodzie, który wydawał się nam rajem. Tamtejsze problemy, tak podkreślane przez nasze władze, wydawały się czystą propagandą.
Teraz, kiedy ponad 15 lat upłynęło od upadku reżimu, zaczęłam spostrzegać jego dobre strony. Nikt nie głowił się, czy znajdzie pracę, a zajęcie "nie w swoim zawodzie" wydawało się hańbą. Prawda, że brakowało mieszkań, ale to był problem prawie całego społeczeństwa. Wszyscy jakoś żyli, kombinowali, załatwiali, prowadzili handel wymienny - i życie toczyło się w miarę bezstresowo. Oczywiście inaczej to wyglądało, gdy ktoś pragnął czegoś więcej. Walka z cenzurą, brak wolnej prasy i literatury, więźniowie polityczni - to były te poważne minusy.
- A teraz panuje wściekły materializm. Ludzie szaleją, kupując to, co najlepsze i najdroższe, pracują nawet w niedzielę, ochrona przyrody ma się gorzej niż za komuny, bo zagraża "rozwojowi" - słyszałam nieraz od moich studentów.
- Trudno jest znaleźć złoty środek.
Często rozstawaliśmy się przy tych słowach, gdyż wychwalanie starych czasów, a krytykowanie obecnych do niczego konstruktywnego nie prowadziło.
*
Chociaż to była środa, dzień naszych wieczornych spotkań, nie umówiłam się ze studentami. Szybko schowałam papiery i rzuciłam na odchodnym:
- Pa, kochani, do jutra - unikając ich rozczarowanych, zdziwionych spojrzeń.
Wyszłam na ulicę i energicznym krokiem ruszyłam w kierunku butiku, do którego niekiedy wchodziłam, by pooglądać różne kreacje i wzdychać z bólem na widok ich cen. Zazwyczaj, jako stereotypowa biolożka, nie jestem strojnisią. Kilka ładnych ciuchów starcza mi na długie lata, a na ogół noszę rzeczy, które są wygodne i w miarę estetyczne. Wychodzę z założenia, że człowiek zdobi ubiór, a nie odwrotnie. A jednak tym razem postanowiłam kupić sobie coś wyjątkowego.
Przywitała mnie znajoma ekspedientka, uśmiechnęła się z sympatią, ale i politowaniem, zapewne przekonana, że całe przymierzanie jak zwykle skończy się na niczym. Podeszłam do wieszaków z sukienkami i zaczęłam je przeglądać. Na szczęście dla mojego portfela żadna mi się nie podobała i już zastanawiałam się, czy moja odwieczna brązowa nie wystarczy na dzisiejszy wieczór, kiedy natknęłam się na coś po prostu bajecznego: czerwona, jedwabna sukienka z dosyć śmiałym dekoltem, wcięta w pasie, o rozszerzającym się dole w kształcie klosza. Bez przymierzania wiedziałam, jak będę w niej wyglądać. Po prostu bosko! Założyłam ją tylko pro forma. Odbicie w lustrze utwierdziło moje przypuszczenia. Jakże podobała mi się ta kobieta - szczupła, o oryginalnej, cygańskiej urodzie!
Na szczęście tylko usta i uśmiech (podobno) odziedziczyłam po matce. Reszta niewątpliwie była ojcem. Mimowolnie wyciągnęłam szyję, aby wyprostować pojawiające się w okolicy podbródka zmarszczki. Okręciłam się, a delikatna, półprzezroczysta tkanina uniosła się zwiewnie. Zawirowałam ponownie, nie mogąc oprzeć się rozkoszy dotyku jedwabnej materii owijającej się wokół nóg.
- Tę biorę - rzuciłam ekspedientce zdecydowanym głosem, nie patrząc na cenę czerwonego cudu.
Zapłaciłam żądaną sumę, dorównującą połowie mojej pensji i niefrasobliwie, kompletnie pozbawiona wyrzutów sumienia, wyszłam ze sklepu. Byłam już bardzo blisko naszego bloku, kiedy przypomniałam sobie o Michalinie. Torba z nazwą ekskluzywnego sklepu wzbudziłaby jej podejrzenia. Obserwując uważnie okna naszego mieszkania, jak złodziej schowałam pod płaszczem pakunek z cenną zawartością. I właśnie w tej chwili firanka w oknie poruszyła się i rozległ się krzyk.
- Jola, dlaczego się spóźniłaś? Sima od godziny czeka na spacer. Pospiesz się!
Pędem pokonałam kilka stopni, weszłam szybko do mieszkania, gdzie czekała już na mnie skowycząca suka. Nie były to objawy radości, lecz wybuch złości z powodu mojego spóźnienia, na pewno podsycany zwykłymi matczynymi gderaniami: "biedny piesek, zapomniała o tobie, jak ona mogła..."
Zbiegłam ze schodów, ciągnięta przez psisko. Przy jednym z mocniejszych szarpnięć smyczą, schowana pod płaszczem śliska torba z sukienką wypadła na trawnik.
"Jak ją teraz schowam?" - zastanawiałam się, oglądając ubrudzony plastik.
- Co tam masz? - ostry głos przeszył mnie na wylot.
Michalina stała w otwartym oknie i byłam pewna, że dostrzegła incydent. Skruszona wracałam do domu.
"Co jej powiem? Pozna, że to droga sukienka. Zaraz zacznie się biadolenie, że matka nie ma na lekarstwa, a ja wyrzucam pieniądze w błoto."
Ku mojemu zaskoczeniu, w domu zastała mnie cisza. Sima podbiegła do swojej pani siedzącej w dużym pokoju na bujanym fotelu i położyła się na podłodze, z ciężkim westchnieniem kładąc łeb na wyciągniętych przednich łapach. Co jakiś czas podnosiła swoje przekrwione oczy ku górze. Spojrzenia Michaliny były czułe, podkreślone lekkim uśmiechem, a suki pełne wierności i oddania. Lekkie ruchy ogona oddawały jej nastrój pełen szczęścia.
"Zakochana para. Nic tu po mnie" - spojrzałam na nie z niechęcią.
Niezauważona wycofałam się do kuchni, aby naszykować dla siebie i dla Michaliny obiad. Kuchnia, tak jak całe nasze mieszkanie, z wyjątkiem mojej sypialni, była szczytem elegancji późnych lat sześćdziesiątych. Stół o laminatowym blacie i metalowych nogach, krzesła obite ceratą, szafki kuchenne pokryte kilkoma warstwami farb olejnych. Poprzednich kolorów można było dopatrzyć się przez zadrapania, obicia i pojawiające się gdzieniegdzie pęknięcia. Najnowszy był ciemnoszary - najgorszy z nich wszystkich. Pewnie we wczesnej epoce gierkowskiej tylko taka farba była dostępna. Namawiałam matkę na chociażby drobne zmiany. Wymalować szafki mogłabym sama, a stół i krzesła nie byłyby tak wielkim wydatkiem. Niestety, Michalina sprzeciwiała się jakimkolwiek przeróbkom, lecz nie z przywiązana czy upodobania do obecnego wystroju wnętrza. Nienawidziła go tak samo jak ja. Lubiła cierpieć i najprawdopodobniej chciała mieć jeszcze jeden powód do bycia nieszczęśliwą.
Nakryłam do stołu, nałożyłam na talerze wyjątkowo smaczny gulasz, który ugotowałam poprzedniego wieczoru i podeszłam do matki tkwiącej w bujanym fotelu. Jej nogi przykryte były szydełkową chustą-narzutką o wypłowiałych kolorach. Jedną ręką gładziła czarną, lśniąca sierść psiego łba przytulonego do jej kolan.
- Mamuś, chodź na obiad - starałam się nadać głosowi jak najcieplejszy ton.
Michalina siedziała jak skamieniała i udawała, że nie słyszy.
- Mamo, obiad już podany - powtórzyłam, może zbyt ostro.
Przeczekałam kilka sekund i wróciłam do kuchni. Wiedziałam, że matka jest obrażona na dobre.
"A może to i lepiej? Nie będzie zadawać pytań, dlaczego wychodzę wieczorem z domu."
Umyłam naczynia, starając się nie robić zbytniego hałasu. Ułożyłam je w suszarce, która tak, jak i większość mieszkania, przejawiała oznaki dużego zużycia. Gdziekolwiek spojrzałam, napotykałam brzydotę. Z ulgą poszłam do swojej sypialni. Tutaj przynajmniej nic mnie nie raziło. Ale nie wystrój wnętrza był teraz najważniejszy. Nadszedł moment założenia sukni! Nie mogłam doczekać się tej chwili. Niecierpliwymi palcami wyjęłam ją z opakowania i włożyłam na siebie. Efekt, choć znany już z przymiarki sklepowej, zdumiał mnie. Nigdy nie miałam na sobie sukienki koloru ciemnoczerwonego i do tego takiej! Wyglądałam jak egzotyczny motyl, który wystawia rozłożone skrzydła do słońca.
- A jednak ubiór zdobi człowieka - skwitowałam swój wygląd, nie mogąc oderwać wzroku od lustra.
Pozostawał jeszcze makijaż, do którego przyłożyłam się bardziej niż zazwyczaj. Na co dzień używam tylko szminki, gdyż na szczęście natura hojnie obdarzyła mnie czarnymi, długimi rzęsami, brwiami układającymi się w delikatne łuki i śniadą cerą. Wyjątkowo użyłam cieni i podkreśliłam oczy cienką kreską.
Na palcach przeszłam do korytarza i nałożyłam płaszcz, zapinając go szczelnie pod brodą. Zacisnęłam z premedytacją węzeł szalika i, rzucając szybkie "do widzenia" w kierunku niewidzialnej Michaliny, pospiesznie opuściłam mieszkanie.
"Mam jej absolutnie dosyć. Nie mogę z nią dłużej wytrzymać pod jednym dachem. Muszę się stąd wyprowadzić" - zamiast o czekającym mnie spotkaniu, myślałam o matce. Starałam się ignorować jej humory, lecz były takie dni, kiedy narastał we mnie bunt. Niestety, nigdy nie był na tyle duży, żeby powziąć jakieś konkretne kroki. Pomyślałam o Jędrku, jak o ostatniej desce ratunku i nagle zrozumiałam zachowanie matki.
"Boi się samotności, czuje strach przed nowościami, które mogą tylko pogorszyć jej życie - stąd ten sprzeciw przed moimi wyjazdami. Obawia się, że kogoś spotkam, choć równie dobrze może się to wydarzyć w Poznaniu. Może kocha mnie na swój dziwaczny sposób i nie chce mnie stracić? Nie mogę uwierzyć w jej kompletny brak uczuć. To tragiczne przejścia i rozczarowania życiowe tak ją ukształtowały. Nie umie być inną wobec mnie. Jedynie pies wyzwolił z niej pokłady tak długo gromadzonej czułości. W swój zwierzęcy, bezkrytyczny i pełen uwielbienia sposób odwzajemnił się Michalinie, jeśli to możliwe, jeszcze gorętszym uczuciem. Czy mogę być o to zazdrosna?
W miarę zbliżania się do przystanku tramwajowego myśli o Jędrku zagłuszyły wszystkie inne. Znałam go zaledwie kilka miesięcy, a wydawało mi się, że to już kilka lat. Przez ten czas widzieliśmy się tylko dwa razy, za to codziennie odbywaliśmy długie rozmowy telefoniczne i pisaliśmy maile. Ja krótkie i rzeczowe, on długie i romantyczne. Czułam, że to spotkanie będzie przełomowe. Poznaliśmy się na tyle dobrze, że coraz częściej zaczęłam myśleć o nim jak o mojej drugiej połowie. Oboje kochaliśmy góry, podróże, byliśmy pod wrażeniem buddyzmu, jednocześnie nie odrzucając chrześcijaństwa. Rozumiał moje problemy z Michaliną. Jako nastolatek stracił ukochanego ojca, a z matką nie miał już tak bliskiego kontaktu. Odwiedzał ją wprawdzie w góralskiej chacie w Murzasichlu, lecz były między nimi jakieś niedomówienia, których Jędrek nie umiał sprecyzować. Wydawały mi jednak błahe w porównaniu z moimi.
Dzień po pamiętnym tańcu w karczmie zaprosił mnie do kawiarni i przesiedzieliśmy tam kilka godzin rozmawiając jak starzy znajomi. Opowiedział mi o swoich uczniach z Liceum Plastycznego i o swoim ostatnim wernisażu. Napomknął o pracy w charakterze ochotniczego ratownika górskiego. Wszystko to brzmiało coraz bardziej obiecująco. Jednak najważniejsze było to, że był wolny. Żaden rozwodnik z liczną gromadką dzieci, ale bezdzietny wdowiec, któremu żona umarła kilka lat temu. Pewnie ją kochał, ale czułam, że przez taki szmat czasu rana się zabliźniła.
Wieczorem poszliśmy do galerii zobaczyć jego obrazy. Początkowo nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia; wydawały mi się zbyt bure w kolorycie. Dopiero po przyjrzeniu się im z bliska dostrzegłam niezwykłą różnorodność barw w kładzionej grubymi warstwami farbie. Nawet szary miał wiele odcieni. Obrazy przedstawiały ludzkie postacie sprowadzone do konturów. Czuło się ich samotność - chociaż dotykały się nawzajem, to ich głowy były odwrócone od siebie. Twarze pozbawione oczu i ust zdawały się wołać o bliskość, o możliwość pełnego połączenia się z drugą osobą. Zatrzymałam się na dłużej przed jednym. W centralnym punkcie obrazu siedziała na krześle zgarbiona postać kobieca, która przykuwała uwagę ciepłym kolorytem, tak odmiennym od zimnych tonacji pozostałej części obrazu. Z tyłu, za nią, stał sztywno wyprostowany mężczyzna, a w otwartych drzwiach kobieta. Czułam napięcie pomiędzy tą trójką. Zgarbiona postać, zapewne staruszka, może matka tej pary młodszych ludzi, jakby czekała na wyrok.
"Zatrzymają mnie przy sobie, czy nie?"
Przypomniała mi się Michalina, samotnie siedząca na bujanym fotelu. Też martwiła się o swoją przyszłość.
"Dożyję sędziwej starości w towarzystwie córki, czy zostanę sama, zdana na własne siły?" - tak pewnie nie raz myślała.
Przeszył mnie nagle strach przed samotnością, taki sam, jaki zapewnie odczuwała moja matka.
- Piękna kolorystyka - jak u Boznańskiej.
Jędrka ucieszyły moje słowa. Okazało się, że była to jego ulubiona malarka.
Odprowadził mnie potem do mojej kwatery. Uścisnęliśmy sobie dłonie na pożegnanie i wtedy spojrzał mi w oczy, długo i czule. Pochwycił nagle w ramiona, pocałował, po czym odepchnął od siebie tak, jakby zawstydził się swojego czynu. Spojrzał na mnie błagalnie, a ja zdezorientowana, czy przeprasza za pocałunek, czy za odepchnięcie, poczułam niewymowną błogość i szczęście. Absolutnie nie miałam do niego pretensji, co najwyżej o to, że pocałunek mógłby trwać dłużej. Pomachał mi ręką na pożegnanie i zostawił stojącą na schodach. Nawet się nie obejrzał.
"Już nigdy go nie zobaczę. Nie mam przecież jego numeru telefonu ani adresu" - pomyślałam z rozpaczą.
"Andrzej Karpiński" - pamiętałam podpis na obrazach wiszących w galerii, i tyle. Wróciłam do Poznania pełna wewnętrznego niepokoju, dostrzeżonego od razu przez Michalinę, która stała się jeszcze bardziej wymagająca i opryskliwa.
A jednak Jędrek zdołał mnie odszukać. Zapamiętał moje nazwisko i to, że pracuję jako biolog na poznańskim uniwersytecie. Znalazł mój adres mailowy i tak się zaczęła nasza korespondencja. Zakochałam się w jego czułych i dojrzałych listach, a brzmienie jego głosu w słuchawce pogłębiało moje uczucie. Jadąc na spotkanie, byłam ciekawa, czy rzeczywiście będzie mi się podobał tak, jak za pierwszym razem.
*
Mały odcinek drogi od przystanku tramwajowego do willi, w której zatrzymał się Jędrek wydawał mi się niezmiernie długi. A może moje coraz wolniejsze kroki czyniły go takim? Podświadomie zdawałam sobie sprawę, że zbliżam się nieuchronnie do wielkiej zmiany w moim życiu. To nie była tylko wakacyjna przygoda. Miałam przeczucie, że idę na spotkanie z mężczyzną mojego życia, z którym pragnę być na zawsze. Czułam takie podniecenie, jakie kiedyś wywoływało we mnie odkrycie nowego gatunku pająka.
"Jak mogę czynić takie porównania?" - strofowałam się w duchu. - "Biedny Jędrek, będzie musiał z czasem przyzwyczaić się do zwariowanej biolożki."
Stanęłam przed furtką małego domku, otoczonego ogrodem. Moje serce zaczęło bić tak głośno, że aż pulsowało mi w uszach. Nogi miałam jak z waty i obawiałam się, że nie zdołam przejść tego kawałka ścieżki, który dzielił furtkę od domu. Uniosłam rękę, ciężką, jakby była z ołowiu i nacisnęłam dzwonek. Usłyszałam szybkie kroki i w drzwiach stanął on. Patrzył na mnie w milczeniu i nie czynił żadnego gestu powitania.
"Już mu się nie podobam" - ogarnęła mnie panika. "Co ja tutaj robię? Wmówiłam sobie jakieś love story, a przecież znam faceta tylko z listów i rozmów telefonicznych". Już byłam gotowa do ucieczki, kiedy znalazłam się w uścisku mocnych ramion. Trwało to tylko chwilę - tak jak pierwszy pocałunek - a potem Jędrek obrócił mnie, zasłonił oczy i czułam, że prowadzi mnie długim korytarzem. Usłyszałam skrzypnięcie otwieranych drzwi, ręce zsunęły się z mojej twarzy i zobaczyłam dużą, nowocześnie urządzoną sypialnię, oświetloną kilkunastoma świecami. Tuż koło łóżka stała mała, terenowa sztaluga, a na niej obraz.
Był to portret kobiety. Mój portret. Wprawdzie twarz z obrazu nie miała idealnie moich rysów, ale oczy, tak charakterystyczne, z lekka podkreślone orientalną fałdką, nie pozostawiały złudzeń.
- Poznajesz? - usłyszałam szept Jędrka. - To dla ciebie.
Ogarnęła mnie radość, że to ja stałam się muzą artysty i dostaję w podarunku coś tak pięknego. Podeszłam do obrazu. Z bliska wyglądał inaczej i kobieca twarz gubiła się w gmatwaninie pociągnięć pędzla.
Nagle pomyślałam o matce.
"Przecież nie mogę zabrać tego portretu do domu! Michalina będzie o niego zazdrosna. Zacznie się wypytywanie albo jeszcze gorzej, obrazi się na dobre i nie będzie się do mnie odzywać przez kilka dni."
- Nie podoba ci się? - Jędrek zauważył moją nagle posmutniałą minę.
Starałam się mu wytłumaczyć, że to z powodu bardzo prawdopodobnej reakcji matki.
- Nie martw się, i tak niedługo zamieszkamy razem.
- Skąd ta pewność? - roześmiałam się.
Zamiast odpowiedzi poczułam na twarzy jego gorący oddech. Nie wiem, jakim cudem Jędrek włączył góralską muzykę i przy jej szalonym rytmie i świecach rzucających ciepłe blaski na nasze ciała, kochaliśmy się zapamiętale. Nie było wstępnych pieszczot, nie poznawaliśmy swoich ciał powoli, dotykając się nieśmiało i delikatnie. Dawno nie miałam mężczyzny, a on, prawdopodobnie, od czasu śmierci żony nie miał kobiety. W tej szalonej, gorączkowej gmatwaninie ciał i oddechów spełnialiśmy naszą długoletnią tęsknotę za bliskością. Minuty, a potem godziny wydały się chwilą. Aż w końcu skrajnie zmęczeni leżeliśmy przytuleni do siebie, a zapach naszego potu zmieszał się z dymem palących się świec i stworzył coś w rodzaju woni hinduskich kadzideł. Nauczyłam się jego ciała niemalże na pamięć, wchłonęłam w siebie jego zapach i smak, moje palce zapamiętały szorstkość jego włosów, moja głowa znała już miejsce, gdzie najwygodniej mogę się wtulić. Pomyślałam, jak pięknie byłoby znaleźć się teraz z Jędrkiem w jakimś bardzo odległym, tropikalnym miejscu, daleko od Michaliny i codziennych problemów.
- Pojedźmy gdzieś. Zawsze marzyłam o Indiach.
- Byłem tam z Mają.
Po raz pierwszy usłyszałam imię jego żony. Poczułam ukłucie w sercu. Co ono miało oznaczać? Czyżby zazdrość? To do tej pory obce dla mnie uczucie musiało się odmalować na mojej twarzy, bo Jędrek popatrzył na mnie i uśmiechnął się czule. Objął mnie ramieniem i pocałował.
- Nie trubuj sie. Teros tyś nojwoznieyjso - po raz pierwszy użył gwary.
Dużo później zrozumiałam, że oznacza to u niego zakłopotanie.
- Mój ty baco - przytuliłam się do niego z całych sił.
Nabrałam ochotę na powtórkę i Jędrek szybko to podchwycił. Nie było jednak tak dobrze, jak za pierwszym razem. Cały czas tkwiły we mnie słowa "Majka, żona". Byłam zła na siebie za tę małostkową zazdrość i nagle z przerażeniem uświadomiłam sobie, że zachowuję się jak Michalina.
Ubieraliśmy się powoli przy blasku gasnących świec i z żalem myślałam o rozstaniu. Wprawdzie cały tydzień miał być wypełniony naszymi spotkaniami, ale czułam się tak, jakbym miała nigdy nie zobaczyć Jędrka. Spojrzałam na zegarek.
- O Boże, matka!
Z pośpiechem wciągnęłam na siebie płaszcz, porwałam torebkę i bez pożegnania wybiegłam przed dom.
- Jola!
Jędrek stał w oknie i patrzył na mnie z wyrzutem.
- Do jutra - pomachałam mu ręką.
- O tej samej porze?
Zastanowiłam się chwilkę.
- Zwolnię się z zajęć. Spotkamy się w kawiarni, a gdzie i kiedy, to jeszcze się zdzwonimy.
Rzuciłam się biegiem w stronę przystanku tramwajowego tak, jakby te kilka minut miało zmniejszyć gniew matki. A jednak spoglądając na miasto jarzące się tysiącami rozświetlonych okien, zamiast o niej, myślałam o Jędrku. Ten wieczór przeszedł moje oczekiwania. Fala szczęścia zalała mnie całkowicie i chyba po raz pierwszy w życiu przestałam odczuwać strach przed Michaliną. Odpłynęłam myślami daleko w krainę, w której para, dotychczas samotnych ludzi, odnalazła się i zamierza spędzić razem resztę życia. Wyobraziłam sobie, że jesteśmy postaciami z obrazów Jędrka - dotykającymi się, szukającymi bliskości i zrozumienia istotami - które w odróżnieniu od tych malowanych, zwracają twarze ku sobie i nagle pojawia się na nich uśmiech szczęścia.
"Przecież nie mają ust?" - wróciłam z obłoków na ziemię.
Widok coraz bliższej bryły naszego bloku całkowicie mnie otrzeźwił. Mieszkanie było pogrążone w mroku. Odetchnęłam z ulgą: "Pewnie mama i Sima już śpią". Cichutko zdjęłam płaszcz i na palcach przemknęłam do mojej sypialni. Zaklęłam w duchu przy głośnym skrzypnięciu zamykanych drzwi. Znieruchomiałam. Odniosłam wrażenie, że słyszę cichy płacz.
"Może to ktoś z sąsiadów?"
Niestety płacz dobiegał wyraźnie z sypialni matki, a gdy przybrał na sile, a do niego dołączył skowyt Simy, moje wątpliwości zostały rozwiane. Nadal stałam nieruchomo, nie wiedząc, co począć. Jak zwykle w takich sytuacjach moja wściekłość na Michalinę topniała, a wzbierało tkliwe uczucie - nie miłości, lecz czegoś w rodzaju litości. Weszłam do jej pokoju i to, co zobaczyłam, całkowicie zmiękczyło moje serce. Matka siedziała na łóżku, a jej gołe, pokryte starczą skórą ramiona drgały w takt rytmicznych szlochów. Sima wpatrywała się w jej zapłakaną twarz, co jakiś czas podając łapę i liżąc jej dłonie. Nawet nie zareagowała ostrzegawczym warknięciem, gdy zbliżyłam się i położyłam rękę na rozwichrzonych, siwych włosach jej pani.
- Mamo, nie płacz. Przecież nic się nie stało.
- Na pewno odejdziesz, zostawisz mnie samą, tak jak wszyscy w moim życiu.
Słowa zmieszały się ze łkaniami. Usiadłam na skraju łóżka i zaczęłam delikatnie głaskać mamy nagie ramię.
- Zawsze będę z tobą, nigdzie nie odejdę. Tylko już nie płacz. Zobacz, jak Sima cię pociesza - w tym momencie nawet polubiłam to psisko.
Michalina powoli się uspokajała. Otarła łzy wierzchem dłoni i popatrzyła na mnie tak miło, że aż mi dech zaparło.
- Jesteś dobrą córką, Joleczko. Ja wiem, że masz kogoś i to normalne. Wkrótce wyjdziesz za mąż i wyprowadzisz się. Co ja na to poradzę, że ta myśl mnie przeraża. Całe życie się tego obawiałam. Zostanę zupełnie sama.
Zaskoczyła mnie tym wyznaniem. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio nazwała mnie "Joleczką". Chyba na długo przed pojawieniem się Simy.
- Dlaczego nie masz przyjaciół? Nie byłabyś wtedy taka samotna.
- Miałam, dawno temu, ale i ona mnie zostawiła. Widocznie taki mój los. Najpierw rodzice i brat, potem Hela, twój ojciec, a teraz ty. Tylko Sima mnie nigdy nie opuści - pogłaskała czule czarny, lśniący łeb suki, a ta zaczęła popiskiwać z radości.
- Jaka Hela? - spytałam.
Zamiast krótkiej, zdawkowej odpowiedzi usłyszałam długą historię.
*
- Jak wiesz, po wojnie trafiłam do sierocińca, bo nie miałam nikogo z bliskich krewnych. Warunki były tam straszne, jak to po wojnie. Dzieci chodziły osowiałe, często głodne, a wiele z nich miało depresję. Mimo iż nie tylko ja straciłam rodziców w tak okropny sposób, to podobne cierpienia nie zbliżały nas zbytnio. Byliśmy zamknięci w sobie, przerażeni. Wiele dzieci chorowało, szczególnie na gruźlicę, która i mnie dopadła. Po wielu staraniach kierowniczka zorganizowała pobyt w górach dla takich jak ja - najbardziej chorych. Wszyscy w sierocińcu nam zazdrościli! Byliśmy podnieceni, snując różne domysły - gdzie będziemy mieszkać i co jeść. W marzeniach każdego z nas pojawił się przedwojenny świat, bo tak się złożyło, że pochodziliśmy z dosyć zamożnych rodzin i większość z nas pamiętała dobre, przedwojenne czasy.
To, czego mieliśmy doświadczyć, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Już sama podróż była przygodą. Bez żalu żegnaliśmy zrujnowaną Warszawę. Stłoczeni w przedziale kolejowym patrzyliśmy przez okno na zielone pola i lasy. Podróż nam się nie dłużyła, gdyż szybko uśpiło nas kołysanie wagonu, a wczesnym rankiem byliśmy już na miejscu. Wpierw zobaczyliśmy małą stację, a potem, gdy wysiedliśmy z pociągu, w oddali ukazały się góry. Ściskając nasze mizerne tobołki, wyszliśmy na ulicę. Tam czekał na nas wóz zaprzężony w parę silnych koni, a jakiś bardzo dziwnie ubrany mężczyzna coś do nas powiedział, uśmiechając się serdecznie. Nie zrozumieliśmy jego mowy, ale jego wygląd i zachowanie dodały nam otuchy. Zbiliśmy się w ciasną gromadkę i wytrzeszczonymi ze zdumienia oczami ogarnialiśmy ten bajkowy świat: górala w haftowanych spodniach, góry, drewniane domki o rzeźbionych oknach i gankach. Silny mężczyzna bezceremonialnie podniósł każde z nas i ulokował na wozie. Podał naszej opiekunce rękę, usiadł na przedniej ławeczce, trzasnął batem i ruszyliśmy.
Nie da się opisać, co przeżyliśmy podczas tej podróży. Nie mogliśmy napatrzeć się tych cudnych widoków, jakie ukazywały się nam po obu stronach drogi; piękne świerki, domki o spadzistych dachach, górskie strumienie z kryształową wodą. W nasze chore, zbolałe płuca wciągaliśmy z lubością żywiczne powietrze niosące zapach lasów i łąk. Biedne, nawdychały się tyle smrodliwych wyziewów wojny, że zapomniały, jaką rozkosz mogą sprawić takie prawdziwe, nieskazitelnie czyste wonie. Nie odzywaliśmy się do siebie, tylko od czasu do czasu z naszych dziecinnych piersi wydobywały się ciche westchnienia. Góral odwracał się co chwila i przypatrywał się nam ciekawie.
- No, dzieciska. Poziyrocie, poziyrocie i nic nie godocie. Widzi się wom u nos? Prowda, ze piyknie?
I nagle wyrwały się nam z ust gorączkowe słowa. Każde z nas chciało coś powiedzieć. Początkowo niezdarnie i cicho, a potem już głośno, przekrzykując się nawzajem wyrażaliśmy zachwyty nad otaczającym nas światem.
"O Jezu, jak ślicznie! Zobaczcie, prawdziwy strumyk! Ta choinka to sięga prawie nieba..." - takie okrzyki słychać było do końca podróży, która wydała się nam zbyt krótka.
Wóz zatrzymał się przed dużą, pięknie rzeźbioną chatą. Góral pomógł nam wysiąść i znowu taszcząc nasze tobołki, weszliśmy do jasnej, pachnącej drewnem izby, w której stało kilka prostych łóżek nakrytych barwnymi narzutami, a ogromne poduchy rozpychały się u ich wezgłowi. To była nasza sypialnia. Opiekunka - pani Kasia - każdemu z nas przydzieliła łóżko i kazała nam umieścić swoje rzeczy na półkach wielkiej szafy, pokrytej skomplikowanymi płaskorzeźbami. Potem przeszliśmy do jadalni, gdzie czekał już na nas posiłek - ciepłe mleko, pajdy chleba z masłem i nie znanym nam wcześniej serem. Później dowiedzieliśmy się, że to oscypek. Rzuciliśmy się na jedzenie jak wygłodniałe wilczki. Do jadalni weszła tęga kobieta.
- A to głodomory. Jedzcie biyedoki, siyroty wy kochane - spoglądała na nas życzliwie, głaszcząc po głowach.
I ona, i jej mąż byli tak różni od naszych opiekunów, po których widać było przeżycia wojenne. Górale wydawali mi się mocarzami ze świata baśni.
Następne dni były wypełnione spacerami po wsi, wycieczkami do lasów i na łąki. Górale przypatrywali się nam z ciekawością, traktując życzliwie, ale wiejskie dzieci od nas stroniły i byliśmy zdani na swoje towarzystwo. Prowiantami wspomagali nas mieszkańcy sąsiedniej zagrody, ponieważ krowa naszych gospodarzy straciła mleko, a i kury nie niosły wystarczającej ilości jajek. Codziennie ktoś od sąsiadów przychodził z pełnym koszem. Ach, jak pachniał razowy chleb, jak smakowały nam jajka i sery! Po mleko chodziliśmy my, dzieci. Piątego dnia pobytu przypadła na mnie kolej. Pobrzękując dużą, metalową bańką, weszłam nieśmiało do obejścia. Tuż przy domu stała obora, a w jej otwartych drzwiach zobaczyłam dziewczynę dojącą krowę. Jej czarne, lśniące warkocze opadały na plecy, a spod kwiecistej, zakasanej spódnicy widać było szczupłe, opalone nogi i bose stopy. Młoda góralka odwróciła się i obdarzyła mnie szczerym uśmiechem.
- Po mlykoś przysła? - zagadnęła.
Wzięła ode mnie bańkę i zgrabnym, zdecydowanym ruchem zaczęła ją napełniać mlekiem, nie roniąc ani jednej kropli. Nie mogłam oderwać wzroku od dziewczyny. Była moim przeciwieństwem - wysoka, dobrze zbudowana, z ogorzałą twarzą o mocnych rumieńcach. Po prostu tryskała zdrowiem i energią. Wydawało mi się, że poczuła do mnie sympatię. Była to pierwsza osoba od czasu zakończenia wojny, traktująca mnie nie jak sierotę, ale jak na dziewczynkę, z którą można się zaprzyjaźnić. Hela - bo tak góralka miała na imię - z łatwością dźwignęła ciężką bańkę i zaproponowała, że mnie odprowadzi. Przez te kilka minut opowiadała o życiu na wsi, a ja wsłuchiwałam się w jej dziwną, śpiewną mowę. To nic, że połowy słów nie rozumiałam. Najważniejsze, że ktoś mnie uznał za osobę godną rozmowy. Pożegnałyśmy się przed moją kwaterą, a Hela obiecała, że w niedzielę weźmie mnie ze sobą na Rusinową Polanę, na mszę do małego kościółka. Bałam się, czy pani Kasia wyrazi zgodę na tak daleką wyprawę, ale na szczęście nie oponowała.
"Wiem, że będziesz w dobrych rękach. Rodzice Heli to zacni ludzie" - dodała mi otuchy.
Już w sobotę gorączkowo przeszukałam swoje rzeczy. Pragnęłam ubrać się jak najpiękniej, aby ludzie nie poznali, że jestem sierotą. Nie chciałam, aby litowali się nade mną. Niestety, nie miałam ani jednej ładnej sukienki. Pomogły mi koleżanki z grupy - jedna pożyczyła swoją granatową spódniczkę, druga białą bluzkę z koronkowym kołnierzykiem, a trzecia szeroką wstążkę. Jakże dumna byłam ze swojego wyglądu, kiedy wczesnym rankiem szłam w kierunku gospodarstwa sąsiadów!
Przed domem stał już wóz zaprzężony w parę silnych, gniadych koni, ozdobionych kolorową uprzężą. Na przedniej ławeczce siedział rosły góral w nałożonym na białą koszulę haftowanym serdaku, a obok niego zajęła miejsce tęgawa kobieta w kolorowej chustce, marszczonej kwiecistej spódnicy, ze sznurem korali na opalonej szyi. Z chaty wybiegła Hela, tak pięknie ubrana, że aż otworzyłam szeroko usta z podziwu. Jak nędznie wyglądała moja spódniczka i bluzka przy jej suto marszczonej spódnicy pokrytej różowymi piwoniami, zielonym gorsecie haftowanym w kolorowe kwiaty, czerwonych koralach na szyi i skórzanych, ozdobnych kierpcach.
- O, Michasia, jezdeś! - zakrzyknęła radośnie.
Złapała mnie za rękę, pociągnęła w kierunku wozu, podsadziła i ani się obejrzałam, a już siedziałam koło jej rodziców. Tak jak ich córka, potraktowali mnie z wielką życzliwością i poczułam się jakbym od urodzenia należała do ich rodziny. W czasie drogi, wciśnięta między dwie góralki, rozglądałam się ciekawie. Szybko zjechaliśmy z głównej drogi, wóz wtoczył się na leśną, pnącą się pod górę ścieżkę. Po raz pierwszy znalazłam się w tak głębokim, ciemnym lesie. Potężne świerki dotykały nas swoimi gałązkami, a mnie wydawało się, że bacznie się nam przypatrują.
"Przyjechałaś do nas Michasiu, do naszej spokojnej krainy. Zostań z nami, tu już nic złego cię nie spotka" - zdawały się przemawiać.
Wpatrywałam się w gęstwinę lasu, pełna nadziei, że zobaczę jakąś baśniową postać, może dobrą wróżkę? Nagle pojaśniało, las zrzedniał i ukazała się kwiecista łąka. Jej wyglądu nie da się opisać! Tego bogactwa traw przetkanych różnokolorowymi kwiatami, których nazw nie znałam. Tylko wielkie, fioletowe dzwonki kołyszące się na delikatnych łodyżkach były mi znajome z wycieczek poza miasto, jakie odbywałam jeszcze z rodzicami.
Po przejażdżce wozem czekała na nas wspinaczka. Byłam słaba i ciężko mi było dotrzymać kroku góralskiej rodzinie. Poczerwieniałam z wysiłku i coraz częściej łapałam oddech. Ojciec Heli uśmiechnął się do mnie i ujął moją rękę. W tym momencie z całą siłą odczułam tęsknotę za ojcem, z którym tak często chodziłam na spacery. Wszyscy zwolnili tempo i szliśmy poprzez tatrzańskie hale, mając przed sobą zapierające dech widoki na górskie szczyty. Do Rusinowej Polany podążały tutejsze rodziny, grupa żołnierzy i kilku turystów. Mały, drewniany kościółek, cel naszej podróży, był widoczny w oddali. Wydawał mi się jak dziecinna zabawka w porównaniu z wielkimi, murowanymi warszawskimi świątyniami. Gdy stanęliśmy w jego progu, przypomniał mi się inny kościół i inna msza - ostatnia przed wybuchem wojny. Dzień był tak samo słoneczny i upalny. Ubrana w białą muślinową sukienkę siedziałam obok równie odświętnie ubranych rodziców. Po kościele mieliśmy udać się do cioci i nie mogłam doczekać się spotkania z kuzynkami. Msza dłużyła się w nieskończoność, wierciłam się zniecierpliwiona, aż mama upomniała mnie surowym spojrzeniem. Gdy z mrocznego kościoła mogliśmy wreszcie wyjść na zewnątrz, poczułam się tak niezmiernie szczęśliwa! Przede mną był cały dzień pełen zabaw i pysznego jedzenia. Tymczasem dorosłym się nie spieszyło. Przystawali w małych grupkach i słowo "wojna" powtarzało się w niemal każdym zdaniu. Cóż mogło mnie ono wtedy obchodzić?
Pachnące drewnem jasne wnętrze zapełniło się po brzegi i po rozpoczęciu mszy zabrzmiał chór wysokich, silnych kobiecych głosów zmieszany z niskimi, równie mocnymi, męskimi. Nie słuchałam kazania i nie przeżywałam liturgii. Siedziałam na drewnianej ławie wpatrzona w barwny tłum, mając jeszcze przed oczami widoki z porannej wspinaczki. Po raz kolejny ogarnęłam ludzi wzrokiem. Wszyscy górale byli ubrani w swoje odświętne stroje, a biel ich białych koszul kontrastował z opalenizną szyi i twarzy. Wiele z nich było pokrytych zmarszczkami, nawet u stosunkowo młodych ludzi. Stanowili zwartą grupę odrębnych ode mnie istot. Zapragnęłam nagle do nich należeć, być ubrana tak jak oni, mówić ich językiem, mieszkać w drewnianym domku i codziennie, tak jak Hela, doić krowę. Dołączyłam swój głos do pozostałych. Ku mojemu zaskoczeniu zabrzmiał czysto i wysoko, jak u innych dziewcząt w kościele. Hela spojrzała na mnie z podziwem.
- Piyknie spiywos, Michasia - szepnęła mi do ucha.
Michalina uśmiechnęła się łagodnie do wspomnień, tak rzadko dla niej miłych. Szybko jednak przybrała swój zwykły, cierpiętniczy wyraz twarzy i wróciła do opowieści.
Po mszy rodzice Heli rozsiedli się na trawie i wyciągnęli poczęstunek - bardzo skromny, złożony z moskolików - tak górale nazywali podpłomyki zrobione z mąki, ziemniaków i mleka - ale tutaj wszystko mi smakowało. Jadłam razem z nimi i coraz więcej rozumiałam ich mowę. Nawet powiedziałam w gwarze kilka słów.
- Teros ześ prowdziwo górolka - śmiali się ze mnie, ale życzliwie.
Czułam, że są ze mnie dumni. Po jedzeniu położyliśmy się wszyscy na trawie. Nagle poczułam, że ktoś nam się przygląda. Uniosłam się i dostrzegłam młodego chłopaka wpatrzonego w Helę jak w obraz. Ona też go zauważyła i obdarzyła szerokim uśmiechem.
- Hej, piękna góralko, mogę zrobić ci zdjęcie?
- Tak, ale z Michasiom - Hela objęła mnie w pół.
Widziałam niezadowoloną minę chłopca, ale nie miał wyboru i zrobił nam kilka ujęć. Do wszystkich pozowałyśmy obie, ciasno objęte - moja przyjaciółka radosna, a ja zawstydzona i nieśmiała. Fotograf zapisał adres Heli i obiecał przysłać odbitki.
Pełna wrażeń wróciłam na kwaterę i czekałam na następne dni, które miały mi przynieść spotkania z młodą góralką. Po dwóch miesiącach w niczym nie przypominałam zabiedzonej sieroty. Nabrałam ciała, rumieńców, moje włosy urosły i zgęstniały, zaczęłam dostawać komplementy od chłopaków, a co najważniejsze - zostałam wyleczona. Z Helą i jej rodziną bardzo się zaprzyjaźniłam. Opowiedziałam im o moich rodzicach, o wojnie i powstaniu oraz o tym, co się stało na małym podwórku koło naszej kamienicy. Wszyscy troje rozpłakali się, a potem każde z osobna mocno mnie przytuliło.
- Ostoń u nos. Jak jus podrośnies, wrócis sie do nos, to ci nondziemy jakom robote, a pote cie wydomy za jakiego dobrego chłopa - zaproponowała matka Heli, ocierając łzy wierzchem dłoni.
Nie była to chwilowa obietnica i przed moim wyjazdem ustaliliśmy szczegółowy plan mojego osiedlenia się na stałe w górach. Kiedy znalazłam się z powrotem w Warszawie, pobyt w Poroninie wydawał mi się snem. Na nowo musiałam przyzwyczaić się do sierocińca, ale myśli o planowanym wyjeździe pomagały w przetrwaniu.
*
Minęły cztery lata, w czasie których ani razu nie pojechałam w góry. Za to codziennie pisałam listy do Heli i raz w tygodniu wysyłałam je w grubych kopertach. Starałam się w nich używać jak najwięcej gwary i dostawałam je z powrotem, poprawione przez Helę. Moja nowa przyjaciółka stała się dla mnie całą rodziną. Myślałam o niej bez ustanku i w wyobraźni wykreowałam ją niemal na świętą. Byłam przekonana, że jestem dla Heli tak samo ważna jak ona dla mnie.
Dzień moich osiemnastych urodzin był równocześnie dniem rozstania się z Domem Dziecka. Znalazłam pracę jako zwykła robotnica na taśmie w fabryce w Ursusie, wynajęłam z dwiema koleżankami mały pokoik i odkładałam wszystkie pieniądze na osiedlenie się w Poroninie. Byłam już spakowana i liczyłam dni do wyjazdu. Aż tu jak grom z jasnego nieba - dostałam zaproszenie na ślub Heli z niejakim Bartkiem. Byłam tą wiadomością wstrząśnięta. Hela nic mi o narzeczonym nie wspominała i to najbardziej mnie zabolało. Chciałam mieć przyjaciółkę na wyłączność, a tutaj pojawia się nagle ktoś, kto mi ją odbiera. Początkowo byłam tak wzburzona, że chciałam odrzucić zaproszenie. W końcu postanowiłam pojechać, chociaż wahałam się do ostatniej chwili. Nawet kupno nowej sukienki nie zmieniło mojego ponurego nastroju. Gdy stanęłam przed tak dobrze mi znanym domem, rozpłakałam się.
"On miał być mój, a teraz Hela się z niego wyprowadza i już tutaj dla mnie nie ma miejsca" - myślałam z goryczą.
W środku zastałam przyjaciółkę już ubraną do ślubu, czekającą na pana młodego. Na mój widok pisnęła radośnie, podbiegła do mnie i porwała w objęcia. Nawet tak gorące przywitanie nie rozproszyło mojego niepokoju. Chłodno odwzajemniłam jej uściski, ale Hela tego nie spostrzegła, prawdopodobnie pochłonięta przygotowaniami. Zauważyłam w jej zachowaniu sztuczność. Jej uśmiech - zawsze szczery i piękny, który do tej pory tak mnie zachwycał - wydał mi się nagle obłudny. Okrzyki, podskoki radości były tak udawane, że czułam się jak na kiepskim przedstawieniu teatralnym. Inni chyba tego nie widzieli, może dobrze nie znali prawdziwej Heli?
- A jak ci się podobał pan młody?
- Bardzo. Był naturalny, spokojny. Przywitał się ze mną serdecznie. Widać było, że jest w Heli zakochany. Cały czas był w nią wpatrzony, a ona zachowywała się tak, jakby kogoś szukała. Ślub i wesele były przepiękne, ale nie czułam wzruszenia. Z niepokojem, badawczo przyglądałam się mojej przyjaciółce. Właściwie nie było czasu, aby poważnie porozmawiać na temat moich przenosin w góry. W końcu zrezygnowałam z poruszania tego tematu. Postanowiłam poczekać na następną okazję.
- Dobrze się bawiłaś na weselu?
- I tak, i nie. Tańcowałam z góralami i nie przypuszczałam, że poczuję się w tańcu tak swobodnie. Podobnie jak ze śpiewaniem - Michalina nieoczekiwanie roześmiała się.
Zamarłam na moment, nie dowierzając swoim uszom i oczom. Od niepamiętnych czasów nie słyszałam szczerego śmiechu matki. Jakże inaczej wyglądała z twarzą rozjaśnioną nagłą wesołością. Wszystkie "ponure" zmarszczki zostały wyparte przez te "radosne". W tym momencie wydała mi się piękną kobietą.
- Jeden przystojny góral to nawet mnie podrywał. Mocno już miał w czubie. Obejmował mnie i prawił komplementy. O mały włos, a by mi się oświadczył. Tańcowałam do białego rana, a następnego dnia, mimo namawiań Heli, abym została dłużej, spakowałam walizkę i wróciłam do Warszawy. Przed odjazdem serdecznie mnie uściskała i powiedziała:
- Wyboc, ze ci nie moge syćkiego teros pedzieć. Niedługo napisem do cie.
Po powrocie do Warszawy przez dwa miesiące z bijącym sercem czekałam na obiecany list. W końcu nie mogłam znieść tego dłużej i sama napisałam. Długo wyglądałam odpowiedzi. Gdy listonosz wreszcie wręczył mi list, jeszcze przy nim rozerwałam kopertę. Z początku wzruszenie przeszkadzało mi w uchwyceniu sensu słów i zdań. Dopiero po pewnym czasie dotarła do mnie wiadomość o ciąży Heli. Nie poruszyła jednak tak ważnego dla mnie tematu mojego przyjazdu. Zrozumiałam, że jej mąż i oczekiwane dziecko są dla niej najważniejsze.
"Nie ma w jej sercu miejsca dla biednej sieroty" - pomyślałam.
Poczułam się zdradzona. Utrata przyjaciółki stała się dla mnie niemalże równie bolesna jak... wiesz... - matka urwała, a jej twarz, jeszcze przed momentem tak radosna, przybrała zwykły, cierpiętniczy wyraz.
- A co potem? Czy widziałaś się z Helą? - nie chciałam dopuścić, aby Michalina się rozkleiła. A ponadto historia przyjaciółki mamy mocno mnie wciągnęła.
- Pojechałam na chrzciny jej syna. Nie mogłam odmówić, gdyż poproszono mnie na matkę chrzestną. Moje nadzieje odżyły... niestety na krótko. Atmosfera chrzcin była jeszcze gorsza niż ta na weselu. Hela była ponura, płaczliwa. Wyraźnie unikała dłuższej rozmowy. Dopiero tuż przed odjazdem zdobyła się na uśmiech i wręczyła mi obraz tańczącej góralki.
- Wyboc ze mi. Pockoj ze jesce z rok, a syćko bedzie po downemu - ostatnie zdanie wymówiła niemalże płacząc.
Ściskając obraz pod pachą, wyjechałam z Murzasichla. Nie pisałam już do Heli tak jak dawniej. Spotkałam twojego ojca i zupełnie oszalałam na jego punkcie. Wiesz... jak się to skończyło. Nie miałam już sił na jakiekolwiek przyjaźnie i miłości. Nie podałam Heli mojego nowego adresu, kiedy przeprowadziłam się z Warszawy do Poznania.
- A ja? Nie zastąpiłam ci Heli i ojca? - ośmieliłam się na pytanie, którego nie zdołałam do tej pory zadać. Czułam, jak mocno bije mi serce, a w gardle dławi mnie coś twardego, tamującego ślinę tak, że nie potrafiłam jej przełknąć. Zawisłam błagalnym wzrokiem na ustach Michaliny, czekając, aż popłyną z nich słowa, których pragnęłam całe życie. Słowa, zapewniające o jej miłości do mnie.
- Nie było mi łatwo. Twoje urodziny przekreśliły szansę na ukończenie studiów. Nawet wysłanie ciebie do żłobka nie rozwiązało sytuacji.
- Czyli żałujesz, że mnie masz? Dlaczego nie oddałaś mnie do adopcji? Na pewno znalazłaby się rodzina, która marzyła o niemowlaku. A ty mogłabyś skończyć studia! - niemal wykrzyczałam z siebie.
- Gadasz głupoty. Jak mogłam oddać własne dziecko?
Michalina wstała z łóżka i podeszła do komody. Otworzyła szufladę i z rzeźbionego pudełka wyjęła kilka czarno-białych odbitek.
- O... tu jest zdjęcie ślubne Heli. A to... ja z nią na Rusinowej Polanie.
Ciemnooka, czarnowłosa, piękna dziewczyna, ukazując w uśmiechu równiutkie, białe zęby, stała u boku dorodnego górala. Na drugim zdjęciu, na tle pięknej panoramy Tatr, ta sama góralka obejmowała chudziutkie, zalęknione dziewczątko, w którym rozpoznałam moją matkę.
Michalina westchnęła, schowała zdjęcia do pudełka, zamknęła je w szufladzie i poczłapała w kierunku łóżka.
- Zmęczyłam się - położyła się i spojrzała na mnie ociężałym, smutnym wzrokiem.
- Wyprowadź Simę i idź spać - głos matki zabrzmiał jak zawsze - oschle i gniewnie.
- Ładnie ci w tej sukience - dodała niespodziewanie.
Cały czas tkwiły we mnie jej słowa: "twoje urodziny przekreśliły szansę...". Gdyby nie one, jakże by mnie ucieszył ten niespodziewany komplement. Tak rzadko byłam obdarowywana przez matkę miłymi słowami. I w końcu nie dowiedziałam się najważniejszego - kocha mnie, czy nie? Może nie potrafiła wymówić tego słowa po tym, co stało się w jej życiu? Straciła rodziców, brata, Helę, mojego ojca. Poczułam niewymowną litość do tej doświadczonej ciężkim losem kobiety. Postanowiłam, że będę dla niej dobra i wynagrodzę jej wszystkie życiowe rozczarowania. "Tylko co zrobić z Jędrkiem? Przestać się z nim spotykać?"
Następny dzień był jak każdy inny. Rano matka jak zwykle gderliwie mnie poganiała. Skrytykowała mój wygląd, po czym gniewnie upomniała, żebym tym razem nie spóźniła się na spacer z Simą. Zachowywała się tak, jakby wieczorna rozmowa nie miała miejsca. Na szczęście zajęcia ze studentami pozwoliły mi zapomnieć o niemiłym poranku, a ponadto czekało mnie spotkanie z Jędrkiem!
"Co mnie obchodzi Michalina i jej zasłużona samotność? Nie musiała przecież kompletnie zrywać z Helą. To jej przeklęta zazdrość i zaborczość była temu winna. Jak dobrze, że nie odziedziczyłam po matce złych cech charakteru."
W tym momencie przypomniałam sobie zazdrość o zmarłą żonę Jędrka. "Czyżbym i ja była skłonna do małostkowych uczuć? Nie, ja jestem inna" - zapewniłam siebie z całą stanowczością.
*
W południe szybkim krokiem zmierzałam w kierunku "Ratuszowej" na spotkanie z Jędrkiem. Uwielbiałam to miejsce. Za czasów studenckich było dosyć skromne - jedynie kamienne, grube ściany i łukowate sklepienia sufitu odróżniały je od innych. Obecnie była to elegancka restauracja, do której zapraszałam wszystkich goszczonych przez nasz uniwersytet naukowców. Często komplementowali oni wystrój wnętrz - głównie freski na ścianach, przedstawiające sceny myśliwskie pełne sugestywnie namalowanych jeleni ogarniętych przez sfory psów oraz sielankowe zatoki z żaglowcami pływającymi po spokojnym morzu. Na szczęście była wczesna wiosna i nie było jeszcze wystawionych na zewnątrz stolików z ohydnymi reklamami na parasolach, zasłaniających widok na ratusz. Weszłam do środka i od razu zauważyłam Jędrka. Siedział tuż przy oknie, ubrany... o Boże... w strój góralski! Cyfrowane portki spięte szerokim pasem, biała koszula, a na to cucha przerzucona fantazyjnie przez jedno ramię. Oczywiście, kapelusz z muszelkami też był. Brakowało jedynie ciupagi. Na stole leżał wspaniały bukiet czerwonych róż oraz skrzypce.
Na mój widok przepiękny góral poderwał się z miejsca, ujął skrzypki energicznym ruchem i zagrał tak romantyczną i rzewną melodię, że aż łzy stanęły mi w oczach. Siedzący dookoła ludzie nagrodzili występ brawami, a Jędrek odłożył instrument, wziął kwiaty i podszedł do mnie.
"Bukiet intensywnie pachnący, góralska melodia. Skąd ja to znam?" - przypomniał mi się mój sen i poczułam przyspieszone bicie serca.
- Dziękuję - głos drżał mi ze wzruszenia.
- Czy tak? - wyszeptał mój cudowny facet, po czym sięgnął do pasa, wyciągnął zza niego pierścionek i włożył mi go na palec. Zamknął moją dłoń w swojej i nonszalanckim tonem rzucił:
- To kies to bedzie tyn ślub?
Zamurowało mnie kompletnie, gdyż nie spodziewałam się tak szybkiego biegu wydarzeń. Nie wiedziałam, jak mam zareagować. Popatrzyłam z rozrzewnieniem na piękny pierścionek. I on był dla mnie znakiem "z góry". Nigdy nie marzyłam o brylantach, zawsze wolałam kamienie półszlachetne, a ten, z żółtym oczkiem, zapewne cytrynem, wyglądał niezwykle oryginalnie. Uszczęśliwiona zarzuciłam Jędrkowi ręce na szyję.
- Wiedziałem, że ten będzie pasować do ciebie. Zrobił go mój przyjaciel, jubiler, na konkurs w Paryżu. Zdobył nim pierwszą nagrodę i od razu znalazł na niego kupca, lecz wcześniej obiecał mi go sprzedać. Sam zastanawiałem się, po co mi pierścionek? Nie mogłem się jednak oprzeć. Długo leżał zamknięty w pudełku i już myślałem, że podaruję go matce, gdy tymczasem... - Jędrek roześmiał się, ujął moją dłoń i pocałował.
Ogarnęła mnie nagła radość, czułam, że kocham i jestem kochana. Przed chwilą ten cudowny mężczyzna zaproponował mi wspólne życie, a ja zgodziłam się na to, choć nie wypowiedziałam sakramentalnego "tak". Ludzie, cały czas przyglądający się scenie oświadczyn ponownie zaczęli bić brawo, a młoda dziewczyna podbiegła do nas i zaczęła nam gratulować.
- Ale z pani szczęściara. Sama bym chciała mieć takie oświadczyny.
Napawałam się pięknem całego wydarzenia, gdy nagle przypomniała mi się matka.
"Co z nią zrobię?" - pomyślałam w popłochu. Spojrzałam na rozradowaną twarz mojego narzeczonego i wiedziałam, że nie mogę mu w tej chwili powiedzieć o swoim problemie.
- Ze ślubem zaczekajmy - przemówiłam wreszcie. - Muszę powoli przygotować matkę na zmiany w moim życiu i z góry wiem, że nie będzie to łatwe - uśmiechnęłam się blado.
Jędrek objął mnie i pocałował. Zadrżałam ze wzruszenia przy tym pierwszym narzeczeńskim pocałunku. Czegoś takiego nigdy nie przeżyłam. Owszem, kilku chłopców, a potem mężczyzn, oświadczyło mi się, ale żaden nie został przyjęty. Nie zależało mi wtedy na założeniu rodziny. A teraz, kiedy wreszcie do tego dojrzałam, trafiła mi się taka nadzwyczajna okazja. Małżeństwo z piękny góralem!
Usiedliśmy przy stoliku i nie wiedzieliśmy, jak zacząć rozmowę. Każdy temat wydawał się błahy w porównaniu z tym, co się wydarzyło przed chwilą. Gdy w końcu przerwaliśmy milczenie, szybko przeszliśmy do przyziemnych problemów, czyli "gdzie mieszkać i pracować". Nigdy nie byłam w domu Jędrka i nie wiedziałam, jak mi tam będzie, to jedno było pewne, że nie wyobrażałam sobie małżeńskiego życia z Michaliną i jej psem. Osiedlenie się w górach było kuszące, tylko co z pracą naukową? Jędrek teoretycznie mógł przyjechać do Poznania i szukać zajęcia jako nauczyciel, lecz kochał swoją pracę w słynnym Liceum im. Kenara. W środowisku zakopiańskim był uznanym artystą - galerie chętnie wystawiały jego obrazy znajdujące nabywców wśród stałej klienteli. Jego miejsce zdecydowanie było w Zakopanem. Decyzja była kwestią czasu i na razie nie chciałam zaprzątać sobie tym głowy.
Pobyt Jędrka skończył się bardzo szybko. Widywaliśmy się w ciągu dnia, a do domu wracałam o przyzwoitej porze. Michalina godzinami przesiadywała na bujanym fotelu, a Sima nie odstępowała jej na krok. Stosunki z matką były poprawne, ale ani razu nie zamieniłyśmy ze sobą więcej niż kilka słów.
*
Po czułym pożegnaniu na dworcu, wracałam do domu w smutnym nastroju. Ledwie otworzyłam drzwi, a już Sima rzuciła się na mnie ze skowytem, domagając się wyjścia na dwór. Po powrocie ze spaceru padłam na łóżko przepełniona gniewem na matkę.
"To przez ciebie nie mogę założyć rodziny. Ale teraz z tym koniec. Wyjdę za mąż, będę szczęśliwa, czy ci się to podoba, czy nie" - powtarzałam te słowa jak mantrę, a moja wściekłość narastała.
Przypomniałam sobie o odłożonych na czarną godzinę pieniądzach i o letnim urlopie. To byłby idealny okres na podróż. Zapragnęłam wreszcie spełnić swoje marzenia o Indiach. W końcu po tylu latach wiernej domowej służby należała mi się nagroda. Matką mogą jak zwykle zająć się sąsiedzi. Przypomniała mi się żona Jędrka i ich wspólna podróż. "Nie będę gorsza od Majki!" - znowu poczułam ukłucie w sercu.
Spojrzałam na zegarek. Agencje turystyczne jeszcze były otwarte. Poderwałam się z łóżka i nie informując Michaliny o wyjściu, ruszyłam do pobliskiego biura podróży. Biegłam w jego kierunku mocno ściskając torebkę - jak złodziejka, która chce jak najdalej uciec od miejsca przestępstwa. Później zdałam sobie sprawę, że ten szalony bieg najprawdopodobniej był spowodowany obawą przed zmianą decyzji.
- Proszę o dwa bilety do Indii - jednym tchem wyrzuciłam z siebie, gdy znalazłam się w biurze podróży.
Ochłonęłam przy pytaniach zdziwionych agentek, do jakiego miasta i kiedy chcę się udać. Było mi to obojętne. Wybrałam najtańszą opcję - do Delhi, na początek lipca. Drogę powrotną odbyłam już powolnym krokiem. Wprawdzie tak samo kurczowo trzymałam torebkę, jednak tym razem z powodu skarbu, jaki się w niej krył. To nie były zwykłe bilety. To była droga do wolności, przełom w moim życiu, w którym wreszcie nastąpił czas na realizację marzeń. Cichutko otworzyłam drzwi do mieszkania, przemknęłam na palcach do swojego pokoju i drżącymi rękoma ukryłam bilety w szufladzie pod stertą różnych papierów. Już chciałam napisać do Jędrka szybkiego maila, ale się rozmyśliłam.
"Będzie to niespodzianka! Taka przedślubna podróż".
Zasnęłam twardo jak kamień, choć podniecona myślami o wymarzonej wyprawie. Tym razem miałam same przyjemne sny. Obudziłam się w radosnym nastroju. Podśpiewując skoczną, ludową piosenkę oddawałam się wszystkim porannym czynnościom, a przed wyjściem sprawdziłam, czy bilety nadal są w szufladzie.
*
Dzień był wyjątkowo paskudny. Lał zimny, zmieszany ze śniegiem deszcz, silny wiatr wyginał parasolkę i rozwiewał poły płaszcza. Studenci byli dzisiaj ospali, nie zagadywali mnie, jak to mieli w zwyczaju, a po zajęciach szybko się pożegnali. Mimo tak kiepskiej pogody nie chciało mi się wracać do domu. Poszłam na Stare Miasto, aby powłóczyć się po rynku i otaczających go uliczkach. Cały czas czułam, że matka na mnie czeka.
"Czy dlatego, że kocha? Że beze mnie nie może żyć?" Nie, nie miałam złudzeń. Była egocentryczką i nie wykraczała myślami poza swoje zmartwienia.
"Pewnie już nie będę matką, ale gdyby tak się stało, czy mogłabym być taka, jak Michalina? Zazdrosna o szczęście własnej córki?"
Przeszłam obok fary. Jej ciemne wnętrze zawsze działało na mnie kojąco, chociaż nie przepadam za barokiem. "Mam wejść do środka? Pomodlić się? O czym mam rozmawiać z Bogiem, skoro tak daleko od niego odeszłam? Czy Stwórca szepnie mi do ucha, jak powinnam pomóc Michalinie? Co mam zrobić ze swoim życiem? Gdzie jest granica poświęceń?"
Kościół był jeszcze otwarty, wieczorna msza dobiegała końca. Usiadłam w jednej z tylnych ławek i odruchowo złożyłam ręce, pragnąc wyciszyć się w tym pięknym, dostojnym wnętrzu, nasiąkniętym myślami tylu tysięcy, a kto wie, czy nie milionów ludzi. Na przestrzeni kilkuset lat codziennie przychodzili tu wierni ze swoimi problemami, często o wiele poważniejszymi niż moje. Wznosili swoje myśli ku Bogu i wychodzili pełni zadumy nad tajemnicą bytu ziemskiego.
"Po co żyję, kiedy i tak muszę umrzeć? Dlaczego martwię się o tyle rzeczy? Jutro mogę się dowiedzieć, że mam raka i wtedy wszystko wyda się tak nieważne i śmieszne. Tyle pięknych chwil przeżyłam, powinnam myśleć wyłącznie o nich i dziękować za nie Stwórcy."
Wyszłam z kościoła pełna spokoju, pogodzona ze swoim życiem jedynaczki obciążonej opieką nad niezbyt łatwą we współżyciu matką. Do domu wracałam zatopiona w swoich myślach, gdy na klatce schodowej usłyszałam wycie psa. Spodziewałam się, że Sima rzuci się na mnie, gdy tylko otworzę drzwi, ale nie było jej w przedpokoju. Weszłam do sypialni matki. Sima nawet mnie nie zauważyła. Siedziała przy łóżku Michaliny wpatrzona w swoją panią, a z jej zadartego do góry łba wydobywał się pełen bólu skowyt. Stanęłam jak wryta. Przez szeroko otwarte okno wdzierało się lodowate zimno, a na łóżku nieruchomo leżała matka, całkowicie naga. Miała zamknięte oczy i gorączkowo coś powtarzała. Nie obudziła się, gdy dotknęłam jej rozpalonego czoła.
- Jacuś, Jacuś - majaczyła.
Jakiż to był przerażający widok! Naga, stara kobieta, leżąca na łóżku jak na katafalku, a przy niej czarny, potężny, przeraźliwie wyjący pies. Przykryłam matkę kocem i pobiegłam po telefon. Wykręcając numer pogotowia zauważyłam leżące na moim biurku wydruki biletów do Indii.
"Przecież schowałam je głęboko na dno szuflady!" Nagle wszystko stało się jasne. Szukając przyczyny mojego ostatnio nietypowego zachowania, matka grzebała w moich rzeczach. Znalazła w szufladzie bilety i postanowiła swoim sposobem nie dopuścić do mojego wyjazdu. Chciała zachorować i to jej się udało.
Usłyszałam odgłos karetki przytłumiony wyciem Simy. Rozległ się tupot szybkich kroków na klatce schodowej i trzech mężczyzn wkroczyło do mieszkania. Jeden z nich, lekarz, podszedł do nieprzytomnej Michaliny, zbadał puls i przyłożył stetoskop do piersi chorej. Na szczęście przestraszona suka weszła pod łóżko i nie musiałam jej zamykać w moim pokoju.
- Dlaczego pani matka leży naga? I dlaczego tutaj jest tak zimno? - lekarz popatrzył na mnie podejrzliwie.
W odpowiedzi, z kieszeni płaszcza wyciągnęłam wydruk biletów i mu podałam. Obejrzał go z uwagą.
- Jaki jest związek między biletami, a pani matką? - spytał ostro.
- Odkryła mój zamiar wyjazdu do Indii i postanowiła się rozchorować, żeby mi przeszkodzić. To jej stary numer, nawet kiedy wyjeżdżałam w Tatry. Była zazdrosna o każdą moją nieobecność.
Lekarz wzruszył ramionami i wydał polecenie sanitariuszom, aby przygotowali nosze. Zastanawiałam się czy jechać do szpitala, ale bałam się zostawić Simę samą. Karetka odjechała na sygnale, a suka wyszła spod łóżka, zadarła łeb do góry i wydała z siebie przeciągły skowyt - pełen bólu i przerażenia.
- Cicho bądź! - krzyknęłam, nie zbliżając się do niej.
Spojrzała na mnie tak smutno, że aż stopniało mi serce.
- Dobry piesek... już cicho, nie martw się... pani wróci - przemawiałam pieszczotliwie.
Suka położyła się na podłodze. Odważyłam się podejść do niej, ale wtedy warknęła ostrzegawczo. Ze strachem zapięłam smycz i na siłę wyciągnęłam ją na mały spacer. Cały czas opierała się i ciągnęła z powrotem do domu. Gdy wróciłyśmy, z nadzieją pobiegła do sypialni Michaliny, lecz nie znalazłszy w niej swojej pani, wlazła znowu pod łóżko i tam spędziła całą noc.
*
Następnego dnia poderwałam się o świcie. Złapałam za telefon i wykręciłam numer szpitala.
- Stan pani matki jest bez zmian - usłyszałam.
Sima ciągle leżała pod łóżkiem. Zmusiłam ją do wyjścia na dwór i po powrocie podsunęłam miskę z jedzeniem. Nawet go nie powąchała.
Zwolniłam się z pracy i pojechałam do szpitala. Młody lekarz dyżurny przyjął mnie w swoim pokoju i z zatroskanym wyrazem twarzy kazał mi usiąść. Poczułam niepokój.
- Czy pani matka chorowała na gruźlicę?
- Tak, kiedy była nastolatką. To coś poważnego?
- Ma ciężkie zapalenie płuc. I tak nie są w zbyt dobrym stanie, a do tego serce jest słabe. Nie daję dużej nadziei - uścisnął mi rękę i odszedł do innych pacjentów.
Otępiała, z brzmiącymi jeszcze w uszach słowami lekarza: "nie daję dużej nadziei", udałam się do sali, gdzie leżała Michalina. Nadal była nieprzytomna. Choć miała zamknięte oczy, jej usta poruszały się, jakby coś do siebie mówiła. Wyglądała tak żałośnie w białej, szpitalnej pościeli, z igłą kroplówki wbitą w nabrzmiałą żyłę, że, ku swojemu zaskoczeniu rozpłakałam się.
- Mamuś, wyzdrowiej - głaskałam jej spocone, potargane włosy. - Sima nic nie je, nie chce wychodzić na spacery, wyje przy twoim łóżku. Nie może żyć bez ciebie.
Przesiedziałam przy chorej kilka godzin. Pod wieczór matka poczuła się lepiej. Przestała majaczyć i nagle otworzyła oczy. Spojrzała na mnie przytomnym wzrokiem.
- O Jola... jesteś - ledwo słyszalny szept wydobył się z jej spieczonych ust.
Pochyliłam się nad nią, wzięłam jej rękę w swoją.
- Mamo, jak się czujesz? Nic cię nie boli?
- Posłuchaj. Czuję, że to koniec. Chciałabym ci powiedzieć, że... - gwałtowny kaszel nie pozwolił dokończyć jej zdania.
Czekałam cierpliwie, aż ustąpi.
- Może chcesz księdza? - wyjąkałam. Matka nie była wierząca, ale w takiej chwili musiałam o to zapytać.
- Nie, nie - powiedziała stanowczym, nagle ożywionym głosem. Uczyniła nawet ruch, jakby chciała się podnieść.
- Ja wiem, że masz do mnie żal. Myślisz, że cię nie kocham. Ale to nie tak. Starałam się być dobrą matką. Nie wyszło. Tyle rzeczy mi nie wyszło. Bałam się ciebie kochać. Nie chciałam się przywiązywać. "Co będzie, jak cię stracę?" - ta myśl mnie prześladowała od dnia twoich narodzin. Widziałam w tobie Jacusia, który odszedł. A potem dorastałaś, byłaś dziwnym dzieckiem. Nie potrzebowałaś mnie. Byłaś zawsze taka niezależna. Dopiero Sima zmieniła wszystko.
- Dlaczego głaskałaś, pieściłaś ją, a nie mnie? Dlaczego tak rzadko zdrabniałaś moje imię?
Michalina patrzyła przed siebie i milczała. Pewnie nie umiała odpowiedzieć na te pytania.
- Przebacz - ciche słowa były ledwie dosłyszalne.
Pochyliłam się i spostrzegłam w jej oczach łzy. Chwyciłam jej rękę, bezwładnie leżącą na białej, szpitalnej pościeli.
- Mamuś, zawsze chciałam cię kochać. Też nie umiałam. To ty mi przebacz.
Nie potrafiłam nic więcej z siebie wyksztusić. Nagle poczułam mocny uścisk palców. Michalina patrzyła na mnie swoim normalnym, zimnym spojrzeniem.
- Sima. Zajmij się nią - zabrzmiało to jak rozkaz.
Milczałam. Ta dawna, władcza matka ostudziła moje przed chwilą rozbudzone uczucie miłości. Michalina wyczuła mój nastrój. Jej wzrok złagodniał.
- Proszę cię, błagam, bądź dla niej dobra. Zrób to dla mnie - jej głos był miękki, proszący.
Czekałam na: "nie odmawia się chorym na łożu śmierci", ale nic takiego nie usłyszałam.
Widząc błagalny wzrok matki, wyszeptałam:
- Nie martw się, przyrzekam.
*
Leżąca koło fotela na biegunach Sima nie podniosła nawet łba na mój widok, kiedy późnym wieczorem wróciłam ze szpitala do domu. Westchnęła tylko ciężko i spojrzała na mnie przekrwionymi oczami. Żal było patrzeć, jak się męczy. Jedzenie było nadal nietknięte, ubyło tylko trochę wody. Tym razem bez warknięć posłusznie dała się wyprowadzić na krótki spacer. Nazajutrz, przed pójściem do pracy, miałam zamiar odwiedzić Michalinę. Szykowałam się do wyjścia, kiedy zadzwonił telefon.
- Pani matka umarła dziś nad ranem.
Byłam wstrząśnięta. Przypomniał mi się mój sen.
"Czyżby moja podświadomość sprowokowała to, co się stało?" Szybko odpędziłam to bzdurne przypuszczenie. Po prostu śmierć matki była jej własną winą. Zabiła ją zazdrość, a może strach przed samotnością? "Czy chciała mnie ukarać swoją chorobą? Czy przypuszczała, że może umrzeć?" Starałam się przywołać wszystkie miłe chwile z Michaliną, aby móc opłakiwać jej śmierć. Po dłuższym grzebaniu w pamięci przypomniałam sobie kurtkę, którą mama mi dała bez specjalnej okazji, domyślając się, jak bardzo o niej marzyłam. Nieliczne pochwały, chociażby ta ostatnia, że ładnie mi w sukience, w którą się wystroiłam na spotkanie z Jędrkiem, uświadomiły mi, że mama mogła mnie lubić, a nawet na swój sposób kochać. A jednak moje oczy nadal pozostawały suche.
*
Na mszę i pogrzeb przyszli sąsiedzi, którzy podczas moich wyjazdów zajmowali się Michaliną i Simą oraz, grzecznościowo, kilku znajomych z pracy. Zbili się w ciasną grupkę przy świeżo wykopanym grobie. Nie chciałam obecności Jędrka. Proponował przyjazd, ale stanowczo odmówiłam. Przecież nie znał Michaliny, a dodatkowo obawiałam się... Czego? Może braku łez po odejściu najbliższej osoby? Narzeczony mógłby być wstrząśnięty moim brakiem serca. Ksiądz starał się zawrzeć coś miłego w swoim przemówieniu, ale i to zabrzmiało skromnie. Najwięcej do powiedzenia miałaby Sima, gdyby była obecna. A ja? Na razie byłam w szoku i trudno mi było zebrać myśli. I znowu przypomniał mi się mój sen, jakże proroczy. Pochowałam w nim matkę i Simę. Jedno już się sprawdziło.
"Może mam jakieś nadprzyrodzone zdolności, a moje złe myśli przekształcają się w rzeczywistość?"
Ludzie podchodzili do mnie składając kondolencje. Ostatnia była Wanda - moja jedyna przyjaciółka. Uścisnęła mnie mocno.
- Wpadnij do mnie, kiedy już będzie po wszystkim.
Odeszła powolnym krokiem - mała, drobna figurka ubrana w obcisły, czarny płaszcz.
*
Do domu wracałam w posępnym nastroju. Powitała mnie tam cisza i smród psiej kupy. Nawet nie przejęłam się tym za bardzo. Spokojnie wyczyściłam podłogę, czule przemawiając do schowanej pod łóżkiem Simy. Nie drgnęła na dźwięk mojego głosu. Schowała pysk między przednie łapy, oczy miała przymknięte. Starałam się wywabić ją spod łóżka, ale na próżno. Moje: "dobry piesek, kochany, pójdzie z panią na spacer", na wiele się nie zdały. Pełna strachu wyciągnęłam ją na siłę i, o dziwo, nie warknęła na mnie. Posłusznie pozwoliła sobie zapiąć smycz. Wracała niechętnie, może wyczuwając, że pani na nią nie czeka. Siedziałyśmy obie w pustym mieszkaniu, ja na bujanym fotelu Michaliny, a Sima pod jej łóżkiem.
Przez cały dzień tylko raz wyszła stamtąd dobrowolnie, żeby napić się wody. Miska z jedzeniem była nietknięta od czasu pójścia mamy do szpitala. Zaczynało być to niepokojące. Wyjęłam z lodówki kawałek kiełbasy i podeszłam do psa. Ruszył kilka razy nosem, spojrzał na mnie smutno i odwrócił łeb.
"Daj mi święty spokój. Nie widzisz, że cierpię?" - jego wzrok nie pozostawiał złudzeń.
Odważyłam się na gest, który był niemożliwy za życia Michaliny. Pogłaskałam czule wyciągnięte tylne nogi suki. Cała moja niechęć prysła, a narodziło się współczucie dla cierpiącego zwierzęcia. Usiadłam na bujanym fotelu, wprawiłam go w ruch, zamknęłam oczy i wpadłam w stan odrętwienia. Stuk-stuk - poruszałam się rytmicznie. To samo stuk-stuk czułam w myślach. Mój mózg nie chciał analizować wypadków ostatnich dni, chciał o nich zapomnieć, ale nie miał sił, aby skierować myśli na inny tor. Z odrętwienia wyrwał mnie stukot pazurów na gładkiej podłodze. Był coraz głośniejszy, coraz bliższy. Poczułam na sobie czyjś wzrok. Otworzyłam oczy i napotkałam pełne wyrzutu i rozczarowania spojrzenie Simy.
"Jak mogłaś zająć miejsce mojej pani? Przez chwilę wydawało mi się, że to ona siedzi na fotelu, że wszystko będzie jak dawniej" - mówiły jej oczy.
Suka odwróciła łeb i podążyła ociężałym krokiem w kierunku sypialni. Stąpnięcia łap ucichły.
"Pewnie wlazła pod łóżko."
Przestałam się bujać. Zerwałam się z fotela i zabrałam za porządki - najlepsze lekarstwo na melancholię. Zaczęłam od normalnych czynności, jak ścieranie kurzu czy zamiatanie podłogi, po czym otworzyłam szafę Michaliny i z determinacją zaczęłam zdejmować z wieszaków ubrania i wrzucać je do plastikowych toreb. Garderoba matki była jak ona sama - szara, przyprószona starością. Wśród niej nie znalazłam ani jednej ładnej rzeczy. Szafa opustoszała, został jedynie rząd staroświeckich, drewnianych wieszaków i skrzynka stojąca w kącie.
"Nigdy jej nie widziałam" - pomyślałam zaskoczona.
Po otwarciu uderzył mnie zapach bagna, ziela na mole. Na dnie leżała starannie złożona, wełniana chusta. Wyjęłam ją ostrożnie, a drobne, podobne do igiełek listki ziela wysypały się na podłogę. Rozłożona na łóżku zagrała intensywnymi barwami kwiatów.
"Czyżby to był podarunek od Heli?"
Zarzuciłam chustę na plecy i przeszłam do salonu. Spojrzałam na obraz tańczącej góralki, instynktownie ujęłam się pod boki i zaczęłam wolnego trepaka. Zabrzmiała w moich uszach muzyka - dzika, nieokiełznana - a moje nogi bezwiednie zaczęły za nią podążać. Nie pamiętam, jak długo to trwało.
Opadłam zmęczona na bujany fotel, chusta zsunęła się na podłogę. Po chwili podniosłam ją, włożyłam z powrotem do skrzynki i wróciłam do porządków. Do plastykowych toreb zaczęłam pakować upchane po szufladach drobiazgi Michaliny, Zostawiłam tylko pudełko rzeźbione w góralskie ornamenty, w którym matka przechowywała zdjęcia. Wyjęłam z niego czarno-białe odbitki i rozłożyłam na łóżku. Nie było ich dużo - kilka rodzinnych i dwa z Helą. Dawno nie widziałam tych przedwojennych. Na niektórych widniały odświętnie ubrane, upozowane postacie, a wśród nich dziewczynka w białej sukience.
Na jednym, nieznanym mi dotychczas, mała Michasia w marynarskim mundurku obejmowała podobnie do niej ubranego, dwu, może trzyletniego chłopczyka, pewnie Jacusia. Na brzeżku zdjęcia była data - 1944 rok. A więc to było tuż przed wybuchem powstania! Moje oczy zwilgotniały, a potem popłynęły z nich łzy. Pierwsze od śmierci mamy. Nie były spowodowane żalem po jej odejściu. Jak zwykle wzruszyła mnie historia dwojga dzieci rozłączonych w tak tragicznych okolicznościach.
Ubrania matki wrzuciłam do pojemnika na używaną odzież. Z jej rzeczy zostawiłam tylko fotografie, chustę i obraz tańczącej góralki. Spojrzałam na niego jeszcze raz. Rozbawiona, wirująca młoda dziewczyna w kolorowym, haftowanym gorsecie, z rozwianymi w tańcu warkoczami podziałała mi na nerwy i przez chwilę miałam ochotę pozbyć się malowidła, tak jak innych rzeczy Michaliny. Już zdejmowałam je ze ściany, gdy nagle przypomniał mi się Jędrek i jego obrazy malowane podobną techniką. Zostawiłam góralkę na swoim miejscu i później niejednokrotnie przystawałam przy niej, myśląc o matce i o sobie - dziwnym zbiegiem okoliczności zaręczonej z góralem. Czyżby ta tańcząca dziewczyna to mój przyszły wizerunek? Czy tak będę bawić się na własnym weselu? Planowaliśmy ślub "po góralsku", a więc wystąpię w takim samym stroju.
"Jędrek będzie wyglądał dokładnie tak samo, jak w dzień oświadczyn - w haftowanej cusze zarzuconej na białą koszulę, w cyfrowanych portkach, w kapeluszu przybranym muszelkami. Jakiż będzie cudny!" - poczułam niezmierną tęsknotę za moim ukochanym.
Przez ostatnie kilka dni nawet o nim nie pomyślałam. A teraz nagle poczułam, że stał się dla mnie najbliższym człowiekiem. Nigdy nie miałam takiego przyjaciela, któremu mogłabym wszystko powiedzieć.
"A Wanda? Zapomniałam o niej. Muszę się z nią zobaczyć" - chwyciłam za słuchawkę. Już wybierałam numer, gdy znów usłyszałam przenikliwy skowyt. Sima stała przy fotelu Michaliny, podniosła łeb do góry i oznajmiała swoją tęsknotę. Na podłodze, tuż obok niej, widniała kałuża moczu.
- "Jak długo to będzie trwać? Sąsiedzi już narzekają na hałasy, a ja też chcę żyć normalnie. A może Simę uśpić? Będzie to lepsze rozwiązanie, niż oddać ją do schroniska. Tam czeka ją jeszcze większe cierpienie, a psa w tym wieku nikt nie weźmie."
Myślałam o tym cały dzień i wieczorem zadzwoniłam do Wandy. Jej mąż - Michał - był weterynarzem i chciałam go poprosić o przysługę. Starałam się nie myśleć o obietnicy danej Michalinie. Wtedy była inna sytuacja, musiałam to zrobić, żeby matkę uspokoić.
*
W niedzielę około południa stanęłam przed furtką domu Wandy i Michała. Przez jej metalowe, misternie kute, kwietne desenie przezierał wspaniały ogród w stylu francuskim. Tak jak moja przyjaciółka dawniej poświęciła się bez reszty muzyce, tak teraz jej pasją stało się życie kury domowej. Nie rozumiałam, jak utalentowana kobieta może zrezygnować z ambicji zawodowych. Niejednokrotnie próbowałam poruszyć ten temat, ale Wanda zawsze dawała mi wymijające odpowiedzi, sprowadzające się do słów: "jesteś samotna, więc co ty możesz wiedzieć o zawiłościach życia małżeńskiego".
Nacisnęłam dzwonek. W domofonie odezwał się miły głos, a po chwili wybiegła na moje spotkanie szczupła, młoda kobieta.
"Byłaby bardzo ładna, gdyby..." - No właśnie, czego brakowało mojej przyjaciółce, aby nazwać ją atrakcyjną? Zbyt skromny sposób ubierania, brak kokieterii, czy częsty wyraz zatroskania na twarzy, który postarzał ją o co najmniej dziesięć lat?
"Nieważne, jak wygląda. Jest aniołem - jedynym, w którego wierzę." Wanda nie mówiła prawie nigdy o sobie, za to żywo interesowała się innymi. Lubiła słuchać ludzi, a oni zamęczali ją swoimi zwierzeniami. Niestety, też do nich należałam, i zamierzałam wylać przed nią wszystkie swoje żale, obawy i cierpienia.
Poznałam Wandę kilka lat temu, w letnie, słoneczne popołudnie. Byłam tego dnia poirytowana, a piekielny upał nie poprawiał mojego humoru. Siedziałam na ławce w Parku Chopina, wpatrzona tępo przed siebie, zastanawiając się nad bezsensownością mojej egzystencji.
- Romuś, nie biegaj! - usłyszałam tuż obok miły, kobiecy głos.
"Jakaś baba z bachorem. Pewnie usiądą na mojej ławce i w ten cholerny upał będę musiała szukać innej" - pomyślałam z wściekłością.
Moje złe przeczucia się sprawdziły. Młoda kobieta w zaawansowanej ciąży złapała za rękę niesfornego, dwuletniego malca i siadła ciężko tuż obok mnie, ocierając ręką spoconą, czerwoną twarz.
"Po co ci to dziecko i jeszcze następne w drodze? Świat jest i tak przeludniony" - spojrzałam na nią z niechęcią. Chyba wyczuła moje myśli, bo jej sympatyczna twarz jeszcze bardziej poczerwieniała. Złapała się nagle za brzuch i cicho jęknęła.
- Co pani jest? - zatrwożyłam się, w jednej chwili zapominając o całej niechęci. - Mam nadzieję, że to nie... - ze zdenerwowania nie potrafiłam wymówić słowa "poród".
Młoda kobieta zaczęła głęboko oddychać, usiłując ukryć cierpienie. Po chwili popatrzyła na mnie błagalnie.
- Czy mogłaby pani wezwać taksówkę i zawieźć mnie do szpitala? Obawiam się, że "to" się zaczęło.
Z przerażeniem zobaczyłam kałużę wód płodowych, rozlaną na asfaltowej ścieżce pod ławką. Złapałam za komórkę i trzęsącymi rękoma wykręciłam numer pogotowia. Tymczasem chłopczyk, znudzony bezczynnością, miał znowu ochotę pobiegać. Złapałam go i przycisnęłam mocno do siebie. Mały krzyknął przerażony, zaczął płakać i wyrywać się do matki. Na szczęście rozległo się wycie karetki, kobietę zabrali na nosze, a ja stałam z nieludzko wydzierającym się malcem w objęciach.
- A pani kim jest dla rodzącej? Rodzina? - młody lekarz podejrzliwie rzucił pytanie.
- To przygodnie spotkana pani. Będzie pilnować mojego synka, aż mąż odbierze go ze szpitala. Pozwólcie pojechać jej ze mną.
Może by oponowali, ale i tak ktoś musiał trzymać chłopczyka, który chyba wyczuł, że z dwojga złego lepsza jestem ja niż pielęgniarz. Zresztą nie było za dużo czasu na zastanawianie się, bo nieznajoma wydała przeciągły krzyk i cała uwaga skupiła się na niej. Zapomniałam, że mam awersję do dzieci i przytuliłam Romka, całując jego miękkie, pachnące włoski. Odwzajemnił mi się zapłakanym, ale ufnym spojrzeniem ślicznych, ciemnych oczu. Zalała mnie fala czułości i mocno ucałowałam malutką, pulchną rączkę. W odpowiedzi usłyszałam śmiech dziecka, tak cudowny, że aż zakręciło mi się w głowie z wrażenia. Ja, zatwardziała przeciwniczka rozmnażania się ludzkości, zmiękłam doszczętnie. Obsypałam chłopczyka pocałunkami, a on ufnie przytulił się do mnie, ciężko westchnął i zaczął zasypiać w moich ramionach, nieczuły na krzyki swojej matki, która rodziła mu braciszka albo siostrzyczkę.
Poród nastąpił w karetce. Po raz pierwszy widziałam przyjście na świat niemowlaka i zaskoczona byłam własnym wzruszeniem, gdy zobaczyłam maleńką, umazaną krwią istotkę. Była to dziewczynka. Zajechaliśmy przed szpital i młoda kobieta zdążyła podać mi numer telefonu męża. Wykazała niezwykłe zaufanie do zupełnie obcej osoby. Obiecałam skontaktować się z ojcem dziecka. Te kilkanaście minut spędzonych razem, asystowanie przy porodzie, trzymanie w ramionach małego Romka - bardzo zbliżyło mnie do nieznajomej. Przy pożegnaniu uśmiechnęłam się do niej serdecznie.
- Czy mogę zostać matką chrzestną małej? - zaskoczyłam siebie i ją tym nagłym pytaniem. Z młodą matką poczułam się związana silnym, niemalże rodzinnym węzłem i swoją propozycją chciałam to utrwalić. Kobieta nie zdążyła mi odpowiedzieć, bo szybko wynieśli ją z karetki, a ja zostałam z Romkiem i nabazgranym na kartce numerem telefonu.
Chłopczyk nadal spał. Ostrożnie, aby nie zbudzić dziecka, wyjęłam komórkę i wybrałam podany numer.
- Halo - usłyszałam męski głos i odetchnęłam z ulgą.
"Co by się stało, gdyby nikt nie odebrał? A swoją drogą, lekarze postąpili bezmyślnie, zostawiając mnie samą z dzieckiem. Mogłabym go porwać albo skrzywdzić."
- Proszę pana, trzymam w ramionach pańskiego synka, a pana żona w karetce pogotowia urodziła córeczkę. Jesteśmy w poczekalni oddziału położniczego w szpitalu na Mickiewicza.
- Jadę natychmiast, będę za dwadzieścia minut.
Nie wyczekiwałam ojca Romka. Mogłabym całą wieczność siedzieć ze śpiącym malcem.
Kilka miesięcy później trzymałam do chrztu małą Marysię, a Wanda stała się moją najdroższą przyjaciółką.
*
A teraz przyszłam do niej, oczekując pomocy. Wanda spojrzała trochę zdziwiona na moją kolorową sukienkę, ale nie skomentowała braku żałoby. Wykładana kamieniami dróżka prowadziła do uroczego domu. Ganek podparty dwiema kolumnami, po których pięło się dzikie wino, ciemne, drewniane okiennice kontrastujące z bielą murów, dach kryty gontem - całość wyglądała jak przedwojenny ziemiański dworek.
- Brakuje tylko sfory psów i stajni z końmi. Czuję się u ciebie, jakbym cofnęła się w czasie o sto lat i aż dziwię się, że nie masz na sobie koronkowej sukni i kapelusza z woalką.
Wanda uśmiechnęła się spokojnie i trochę melancholijnie. Weszłyśmy do domu starannie urządzonego antykami z końca dziewiętnastego wieku - spuściźnie po dziadkach Michała. Wiedziałam, że Wanda lubiła nowoczesne wnętrza, ale i w tej dziedzinie nie potrafiła postawić na swoim.
- Nie chcę urazić Michała, przecież te meble i obrazy to rodzinne pamiątki - tłumaczyła mi kiedyś.
Jedynie fortepian był współczesny. Siedział przy nim Romek i ćwiczył skomplikowane etiudy. To już nie był ten mały brzdąc, tylko siedmioletni chłopczyk - z wyglądu wierna kopia ojca. Na mój widok poderwał się z taboretu i przybiegł mnie przywitać.
- Ciocia Jola! - wykrzyknął radośnie.
Przytuliłam go mocno.
- Romuś, zagraj cioci Poloneza Chopina, ona tak go lubi.
Mały trochę niechętnie, ale posłusznie wrócił do fortepianu, otworzył nuty, wyprostował się i po chwili spod dziecięcych palców popłynęła czarodziejska melodia.
- Boże, jak to dziecko gra! - szepnęłam do Wandy, wpatrzonej w synka z takim zachwytem, jakby był ucieleśnieniem jej wszystkich niespełnionych marzeń.
Nagle rozległ się tupot nóg po schodach i w moje objęcia wpadła pięcioletnia Marysia, zagłuszając muzykę swoim szczebiotem. Odziedziczyła po Michale żywiołowe usposobienie, lecz z wyglądu była zupełnie inna - błękitnooka, z burzą jasnych loczków, istna Shirley Temple.
Dźwięki fortepianu zamilkły, zaczęłam bić gorące brawa.
- Chłopak ma niesamowity talent. To niewątpliwie po tobie.
Wanda uśmiechnęła się, pokiwała głową z aprobatą i nagle posmutniała.
- Dawno już zarzuciłam marzenia o koncertach - westchnęła. - Dom, dzieci, Michał - pochłonęli mój czas bez reszty.
Ktoś otworzył energicznie drzwi wejściowe i rozległo się tubalne:
- Wanda, obiad, szybko!
Wszedł pan domu - wysoki, tęgi, trochę łysiejący. W jego czerwonej, błyszczącej twarzy śmiały się czarne, małe oczy, a duże, grube wargi potęgowały wrażenie, że ten człowiek lubi używać życia. I w rzeczywistości tak było.
Michał miał słabość do kieliszka, kobiet i wszelkiego rodzaju gier hazardowych. Powinnam czuć do niego odrazę, szczególnie za to, w jaki sposób traktował żonę, ale mimo wszystko darzyłam go sympatią. Z przyjaciółką nigdy nie śmiałam się do rozpuku, a z Michałem bardzo często. Czułam, że mu się podobam, chociaż nie było w tym nic nadzwyczajnego, gdyż podrywał niemalże wszystkie kobiety, nawet te dużo starsze od siebie.
- A, Jolcia! Dawno cię tu nie było. Zmizerniałaś trochę, ale jak zwykle klasa z ciebie babka.
Podszedł do mnie, mocno objął i poczułam jego alkoholowy oddech, a potem jego wilgotne wargi na swoich. Obejrzałam się szybko, czy Wanda tego nie widzi, ale na szczęście odgłosy przestawianych garnków w kuchni oznaczały jej aktywność przy szykowaniu obiadu. Dzieci też nie wyszły na spotkanie ojca, tylko cichutko wycofały się do swoich pokoi.
- No powiedz, co u ciebie Joluś? Masz jakiegoś chłopa?
Uwolniłam się z Michałowego uścisku w samą porę, bo w kuchennych drzwiach stanęła Wanda i przyglądała się mężowi ze smutną dezaprobatą.
- Michał, przecież wiesz, że Joli umarła niedawno matka.
- A to dobrze się składa. Nie lubiłaś przecież mamusi. Był z niej niezły kawał cholery.
Szczere wyznanie ubawiło mnie, ale powstrzymałam się od śmiechu na widok oburzonego spojrzenia przyjaciółki.
Zasiedliśmy do stołu. Marysia i Romek posłusznie przyszli wezwani przez matkę. Michał rozparł się na krześle i, nie zważając na obecność dzieci, z ustami pełnymi jedzenia opowiadał sprośnie kawały. Śmiałam się z nich, starając się mu przypodobać.
- Michał, dlaczego nie macie psa? - zagadnęłam, kiedy skończył kolejny dowcip i ostatni kawałek mięsa.
- Dlaczego o to pytasz? - spojrzał na mnie zaskoczony.
- Jesteś weterynarzem, lubisz zwierzęta, macie duży dom z ogrodem, Wanda nie chodzi do pracy, a dzieci nie są już takie małe - wymarzone warunki do posiadania psa.
- Tak tato, kup pieska! - wykrzyknęły oba dzieciaki naraz.
Michał odsunął od siebie talerz i nagle spoważniał.
- Miałem kiedyś psa. Nie zastępuje się przyjaciela.
Dzieci, z nadzieją wpatrzone w ojca, nie bardzo rozumiały, o czym mówi. Domyśliły się tylko, że nie spełni ich prośby.
- I am one dog man, but not necessarily one woman - zachichotał nagle.
- Co ty wygadujesz przy dzieciach!
- I tak nie rozumieją - burknął Michał i zamaszyście wstał od stołu. Jego wesoły nastrój prysnął.
- Lecę na zebranie, trzymaj się Jolcia. A ty żono - po raz pierwszy zwrócił się do Wandy - więcej uśmiechu, a mniej pouczeń. Bierz przykład z Joli, nie przejmuje się i zobacz, jak wygląda.
Wybiegłam za nim do ogrodu, czując się podle. Powinnam zostać z Wandą, pocieszyć ją, a podlizuję się temu chamowi, bo mam do niego interes. Dopadłam go, kiedy wsiadał do samochodu i wreszcie wyartykułowałam swoją prośbę. Spojrzał na mnie tak, jakbym żądała uśmiercenia jego matki.
- Zastanowię się i dam ci znać - widać było, że nie jest w nastroju do podjęcia takiej decyzji.
Wróciłam do Wandy. Siedziała przy stole kuchennym i płakała. Przestraszone dzieci przytuliły się do niej. Uspokoiła się po chwili, otarła łzy, ucałowała Romka i Marysię.
- Już wszystko dobrze. Idźcie do ogrodu.
Zostałyśmy same, rozsiadłyśmy się wygodnie na kanapie, a Wanda nalała wino do kieliszków.
- Wstrętnie się zachowałam, przepraszam - zaczęłam ze skruchą. - Mam interes do Michała i dlatego byłam dla niego tak miła. Widzę, jak on się zachowuje i jak go musisz czasami nienawidzić.
- Nie mówmy o tym. Lepiej powiedz, co u ciebie.
To była cała Wanda. Stale myślała o innych, nigdy o sobie. Czułam, że jej zainteresowanie moimi problemami jest autentyczne.
- Jesteś niesamowita z tą chęcią pomagania i wysłuchiwania cudzych problemów. Urodziłaś się cadykiem.
- Kim? - zaśmiała się. - Brzmi to po żydowsku.
- Masz rację. Cadyk to przywódca chasydów i jego zadaniem jest pomaganie innym. Z tą cechą - darem od Boga - po prostu się rodzi. Tak jak Dalajlama.
Wanda zamyśliła się. Upiła trochę wina, popatrzyła mi prosto w oczy.
- Mylisz się, wszyscy się mylicie. To tylko pozory, ta moja dobroć. Po prostu zostałam wychowana tak, aby myśleć o innych. Nie raz mam ochotę rzucić to życie i zacząć wszystko od nowa. W tym drugim wcieleniu jestem pełną egoizmu wirtuozką - sławną, bogatą, bezdzietną i posiadającą całą masę kochanków.
Ryknęłam śmiechem. Moja malutka, skromna, przypominająca szarą myszkę Wandzia i tłum męskich wielbicieli.
- Wiem, że wyglądam na to, kim jestem. Ale marzyć można.
- A nie chcesz tego zrealizować? Nie mówię o pozbywaniu się dzieci, ale na romans nigdy nie jest za późno.
Ku mojemu zaskoczeniu Wanda poczerwieniała gwałtownie i zakrztusiła się winem. Długo kaszlała, aż musiałam ją mocno poklepać po plecach.
"Czyżby to była prawda? Wanda i kochanek?" Wanda wyczuła moje nieme pytanie. Przestała kaszleć, wypiła łyk wody.
- Ma na imię Marcin. Ale nie myśl, że z nim spałam. Nigdy nie zdradzę męża. Miałabym wyrzuty do końca życia.
Patrzyłam na nią osłupiała. Nie spodziewałam się takiego wyznania. Wanda wydawała się tak zajęta domem, dziećmi, tak mało dbała o siebie, że ostatnia myśl, jaka przyszłaby mi do głowy, to jej romans. "Czy rzeczywiście platoniczny?"
- Wiem coś o wyrzutach sumienia. Nawet się nie domyślasz, po co do was przyszłam i dlaczego byłam tak miła wobec Michała.
Opowiedziałam jej o matce i Simie, a potem o Jędrku, jego oświadczynach i planowanej wspólnej podróży do Indii, z której zrezygnowałam, bo przez nią matka umarła. Wanda słuchała z zainteresowaniem, a ja, znalazłszy w niej wiernego słuchacza, zwierzałam się ze wszystkich swoich przeżyć i rozterek, zapominając wypytać Wandę o Marcina. Pożegnałyśmy się, jak zwykle wylewnie - ja, zadowolona, że wreszcie mogłam z siebie zrzucić ciężar wszystkich moich ostatnich przejść, a Wanda... Właśnie, jak czuła się Wanda, która wysłuchawszy mnie, sama nie potrafiła opowiedzieć więcej o sobie?
*
Dni stawały się coraz cieplejsze i na świecie zapachniało prawdziwą wiosną. Woń świeżo rozkwitłych kwiatów, rozwijających się listków i budzącej się do życia ziemi wzmagały tęsknotę za Jędrkiem. Codziennie, do późnej nocy prowadziliśmy rozmowy telefoniczne i cały czas chodziłam niewyspana. Nie tylko z tego powodu ciągle ziewałam i miałam podkrążone oczy. Sima wprawdzie zaczęła jeść, ale nadal wyła całymi godzinami, często nocą. Zbierałam skargi sąsiadów, których cierpliwość i zrozumienie dla "biednego stworzenia" powoli się wyczerpywały. To przywiązanie "do grobowej deski" było dla mnie początkowo niesamowicie wzruszające - porównanie żałoby mojej do psiej napawało mnie smutkiem. Nie tęskniłam za matką, a wręcz odczuwałam ulgę, że już jej nie ma. Wycie Simy przypominało mi na każdym kroku moje niewłaściwe zachowanie. Może dlatego coraz częściej nachodziła mnie myśl o uśpieniu psa? Niejednokrotnie zwierzałam się Jędrkowi ze swoich rozterek, ale nie dawał mi żadnych rad i pozostawił samą z tą decyzją. Byłam trochę zawiedziona. Liczyłam, że w trudnej sytuacji będę mogła oprzeć się na silnym, męskim ramieniu.
"Przyjadę do ciebie, znajdziemy weterynarza i sam zaprowadzę psa do niego. Gdy będzie po wszystkim, odzyskasz spokój" - to chciałam usłyszeć od ukochanego.
A tymczasem Jędrek zbywał ten temat milczeniem, które odbierałam jako przyganę, że nie chcę dotrzymać przyrzeczenia, danego Michalinie na łożu śmierci. Był to maleńki zgrzyt w naszych dotychczasowych relacjach, nie naruszający zbytnio idealnego obrazu mojego narzeczonego.
Święta Wielkanocne i wyjazd do Zakopanego były tuż, tuż. Planowaliśmy wizytę u jego matki, która nie mogła doczekać się spotkania ze mną - tak twierdził Jędrek. Mimo wszystko czułam wielką tremę.
"Pojadę, a co z psem?" - codziennie zadawałam sobie to pytanie.
W końcu podjęłam "męską decyzję". Zadzwoniłam do Michała i ponowiłam prośbę. Wytoczyłam wszystkie argumenty przemawiające za uśpieniem suki i po chwili namysłu obiecał to zrobić. Nazajutrz zjawił się z małą, czarną walizeczką. Nie przywitał się ze mną wylewnie, jak miał to w zwyczaju. Nie rzucił komplementu i nie czynił starań, aby ukraść mi całusa. Jego zwykle jowialna, czerwona twarz była ponura, a wydatne usta mocno zaciśnięte. Można było łatwo się domyśleć, że nienawidził procederu uśmiercania zwierząt.
- No i gdzie jest to biedne stworzenie? - spytał w progu.
- Napijesz się czegoś? Kawy, herbaty? - odpowiedziałam grzecznościowo, wpadając nagle w popłoch.
Chciałam odsunąć na jakiś czas wyczekiwaną chwilę pozbycia się kłopotu.
- Jeśli już, to wódki - rzucił ostro. - Nie, żartowałem - zatrzymał mnie, gdy ruszyłam w kierunku szafki z kieliszkami.
- Muszę to zrobić na trzeźwo, nie chcę niczego spartaczyć. Golnę sobie, jak będzie po wszystkim.
Wszedł desperackim krokiem do sypialni Michaliny. Sima leżała pod łóżkiem i nawet nie drgnęła na odgłos naszych kroków. Michał schylił się, rzucił okiem na psa, wyprostował i spojrzał na mnie z furią w oczach.
- Nie powiedziałaś mi, że to rottweiler! - wykrzyknął.
- Co ma tu rasa do rzeczy? Pies jak pies.
Twarz Michała, przed chwilą tak rozwścieczona, złagodniała.
- Mój był taki sam - szepnął.
Opowiedział mi, jak musiał uśpić psa chorego na raka. Byłam wzruszona, a jednocześnie kompletnie przerażała mnie perspektywa zostania z żywą Simą i szukania innego weterynarza.
- Nie mogę tego zrobić, Jola. Wszystko dla ciebie uczynię, tylko nie to - głos mu drżał.
- Michał, zrozum, nie ma innego wyjścia. Nawet, gdybyś Simę wziął do siebie, to ona i tak będzie tęsknić za swoją panią. Ten pies niedługo umrze, bo ma swoje lata, a dlaczego nie skrócić mu cierpień?
- Może masz rację - spojrzał na Simę łagodnie i z czułością.
"Nigdy tak nie patrzy na Wandę. Tak jak moja matka, która potrafiła kochać tylko psa."
Michał schylił się znowu i pogłaskał psi łeb. Ku mojemu zaskoczeniu Sima go uniosła, popatrzyła smutnymi, przekrwionymi oczami i polizała rękę weterynarza.
"Ona chce umrzeć" - pomyślałam.
Michał pogłaskał ją ponownie, otworzył torbę, wciągnął płyn w strzykawkę i delikatnie wbił igłę w udo psa. Sima nawet nie zapiszczała.
- To ją uśpi, a po kilku minutach, kiedy dobrze zaśnie, dostanie drugi zastrzyk.
Czekaliśmy dziesięć minut, które wydały mi się wiecznością. Sima leżała nieruchomo na boku, ze sztywno wyciągniętymi łapami. Po ponownym ukłuciu jej oczy zaszły mgłą. Nie żyła. Michał trzęsącymi się rękoma chował strzykawki do walizki.
- Musisz mi pomóc ją wynieść. Najlepiej, jak ją w coś zawiniemy.
Wyglądał, jakby był pijany. Cały drżał i obawiałam się, że za chwilę wybuchnie płaczem. Podałam mu koc w szkocką kratę - ulubiony matki - a on ukląkł przy Simie i nieporadnie zaczął ją opatulać. Nagle usłyszałam szloch. Po twarzy Michała spływały łzy. Niesamowicie przejmujący był widok tego tęgiego, mocnego mężczyzny, płaczącego jak małe dziecko. Wynieśliśmy Simę do samochodu. Bałam się, czy Michał będzie w stanie prowadzić, ale na szczęście się opanował. Odjechał bez pożegnania.
"Sama, wreszcie sama" - próbowałam sobie wmówić, że czuję ulgę po pozbyciu się Simy, a jednak wyrzuty sumienia nie pozwalały mi jej poczuć. Automatycznie przygotowałam kanapki do pracy, posprzątałam kuchnię i wyczerpana padłam na łóżko.
*
Mijały dni, a ja nie mogłam odpędzić od siebie myśli o Simie i matce. Krążyły nade mną jak czarne, złowieszcze chmury.
"Nie dotrzymałaś obietnicy, nie dotrzymałaś, nie dotrzymałaś..."
Próbowałam normalnie żyć, prowadzić badania, pisać prace, uczestniczyć w życiu studentów. Nawet wybrałam się z nimi do "Kasztelańskiej" na piwo. Byli wyraźnie uradowani, że wróciłam do dawnych zwyczajów. Sączyliśmy z kufli pieniący się napój i wywiązała się dyskusja.
- Czy wyrzuty sumienia są potrzebne? - rzuciłam pytanie, które zadawałam sobie kilka razy dziennie.
- Ależ oczywiście! - bez namysłu wykrzyknęła Basia - pulchna blondynka w dużych okularach, filar Duszpasterstwa Akademickiego. - Bez nich nie wiedzielibyśmy, jak postępować, nie moglibyśmy kształtować swoich charakterów. Powinniśmy codziennie robić rachunek sumienia i zastanawiać się, czy nie popełniliśmy czegoś złego.
- I do czego to prowadzi? Do wiecznego samooskarżania? - w głosie Marka czuć było kpinę.
Był moim ulubieńcem i zauważyłam, że moja sympatia była odwzajemniona.
- Wiem, że śmiejesz się ze mnie. Ale zauważ, jak niewiele osób potrafi się przyznać do winy i zrobić z tego użytek. Na ogół wybielamy się, usprawiedliwiamy swoje świństwa. Rachunek sumienia uczy nas pokory.
- A skąd wiesz, że jakiś czyn jest grzechem? Na przykład w niektórych kulturach kradzież jest dozwolona.
- Ja mówię o chrześcijaństwie, inne kultury mnie nie obchodzą.
Obawiałam się, że zaraz wywiąże się ostra wymiana zdań, jak to nieraz bywało. Zapobiegłam temu pytaniem:
- A czy ktoś może podać przykład na niszczącą siłę wyrzutów sumienia?
Spojrzałam z nadzieją we wpatrujących się we mnie studentów.
- Mam przykład - odezwał się Marek. - Moja siostra, Kasia jest malarką - zaczął. Słowo "malarka" od razu przykuło moją uwagę.
- Jej niepełnosprawny synek wymaga stałej opieki. Kasia nie odniosła sukcesu w sztuce, pracuje jako sekretarka. Za każdym razem, kiedy siada do sztalug, czuje, że powinna zajmować się dzieckiem.
- Kobieta przede wszystkim powinna poświęcić się rodzinie - kategorycznie orzekła Basia.
- Skąd te staroświeckie poglądy? A gdzie rola mężczyzny? - wtrąciłam.
- Po to ma się dzieci, żeby być z nimi jak najwięcej - Barbara spojrzała na mnie z wyrzutem.
- A siostra Marka? Ma przestać malować? - włączyła się Iwona, najlepsza studentka na roku. - Dla niej sztuka jest ucieczką! Gdy będzie się tylko poświęcać, stanie się zgorzkniałą osobą. Wszyscy będą mieli jej dosyć, nawet najbliżsi.
- Jesteś egoistką! Nie potrafisz kochać! - Basia aż poczerwieniała z oburzenia.
- Spoko, Baśka. Nawet Chrystus naucza: "kochaj bliźniego swego, jak siebie samego". Trzeba dbać o siebie, o swoje potrzeby, inaczej nie będziemy kochać bliźnich.
Wywiązała się burzliwa dyskusja, tylko ja nie brałam w niej udziału. Studenci to zauważyli.
- A ty, Jola? Masz jakieś przykłady?
Co miałam im powiedzieć? Że nie dotrzymałam obietnicy danej umierającej matce? Że prawdopodobnie jej nie kochałam i poczułam ulgę po jej śmierci?
- Zawsze starałam się odsuwać wyrzuty sumienia jak najdalej. Zabijały radość życia. A tak naprawdę nie umiałam określić, czy moje przewinienia były rzeczywiście złe. Starałam się dociec, dlaczego tak, a nie inaczej postąpiłam i tak jak Basia zauważyła, zawsze znalazłam dla siebie usprawiedliwienie. Z drugiej strony, gdybym uderzyła się potężnie w piersi z okrzykiem "mea culpa", co by to zmieniło?
- Mogłabyś powiedzieć słowo "przepraszam" i próbować naprawić zło.
- Czasami jest to niemożliwe. No nic kochani, na mnie czas - spojrzałam na zegarek. Zobaczymy się po świętach. Dzięki za miłe spotkanie.
Pospiesznie zostawiłam na stole pieniądze za swoje piwo, nerwowo zapięłam zamek w torebce i opuściłam lokal.
- Na pewno coś ją gryzie. Jej matka umarła, a ona nawet nie chodzi w żałobie - dobiegł mnie jeszcze głos Basi.
Przygotowania do wyjazdu odsunęły na bok moje rozterki. Pakowałam starannie swoje najlepsze ciuchy, nie zapominając o butach do wspinaczki, małym plecaku i nieprzemakalnej kurtce. Aż mi się nie chciało wierzyć, że jutro będę tulić się do ukochanego. Byłam już w łóżku, kiedy zadzwonił telefon.
- Jędrek?! - krzyknęłam radośnie w słuchawkę.
Usłyszałam płacz przemieszany z niezrozumiałymi słowami. To była Wanda.
- Uspokój się kochana, mów od początku. Co się stało? - poczułam się podle. Pochłonięta swoimi problemami, ani razu nie zadzwoniłam do przyjaciółki.
- Joleczka, Michał codziennie się upija, terroryzuje mnie i dzieci. Romek przestał grać, moczy się w nocy. Już nie mogę tak dłużej żyć. Jeszcze chwila, a oszaleję.
- Wyjedź ze mną w góry, jutro! - rzuciłam spontaniczne, jakby widok Tatr był lekarstwem na wszystko.
Ku mojemu zaskoczeniu Wanda entuzjastycznie podjęła pomysł. Miała być na następny dzień gotowa, łącznie z załatwieniem opiekunki do dzieci. Umówiłyśmy się na dworcu. Dopiero rano dotarło do mnie, że Jędrek może nie być zachwycony obecnością Wandy.
"Z łatwością załatwimy na miejscu kwaterę, przecież nie ma jeszcze sezonu" - pocieszałam się. Nie chciałam uprzedzać go o dodatkowej osobie, bo kto wie, czy Wanda się nie rozmyśli.
*
Ujrzałam ją z daleka - małą, drobną kobietkę, kurczowo trzymającą czerwoną walizkę. W beżowym, lekkim płaszczyku i butach na wysokich obcasach wyglądała bardzo szykownie, szczególnie w porównaniu z moją sportową, wysłużoną kurtką i plecakiem pamiętającym wiele wspinaczek. Rozglądała się nerwowo, pewnie niecierpliwie wyczekując mojego przyjścia. Dojrzawszy mnie, zaczęła machać ręką.
- Jesteś wreszcie - mina Wandy była bardzo nietęga. - Uprzedziłaś Jędrka o moim przyjeździe?
- Nie miałam czasu. Znajdziemy ci kwaterę i wszystko będzie dobrze - na próżno próbowałam ją uspokoić.
Długa podróż do Krakowa nie polepszyła jej nastroju. Rozmawiałyśmy dużo, starannie unikając drażliwych tematów. Podświadomie wyczuwałam niepokój Wandy o dom, dzieci, a nawet Michała.
- Zobaczysz, będziemy miały cudowne wakacje. Odpoczniemy i nabierzemy dystansu do wielu problemów.
- Tylko nie przejmujcie się moją osobą. Przyda mi się samotność, nie będę wam przeszkadzać.
Tak chciałam, żeby życie lepiej się jej ułożyło. Może ta wyprawa dokona przełomu?
Pociąg zbliżał się powoli do spowitej we mgle, prawie pustej stacji. Jędrek, ubrany na czarno i trzymający bukiet krwiście czerwonych róż, wyglądał jak z surrealistycznego obrazu. Zobaczył mnie wychylającą się z okna i pomachał ręką. Podbiegł do przedziału i niemalże ściągnął mnie ze schodów. Przez moment zapomniałam o Wandzie, z zapałem odwzajemniając jego pocałunki. Biedna, stała obok nas, kurczowo trzymając walizkę. Oprzytomniałam i lekko odepchnęłam Jędrka od siebie. Spojrzał na mnie zaskoczony.
- Jędrek, to jest Wanda - moja najlepsza przyjaciółka - zaanonsowałam nie bez tremy.
- Bardzo mi miło - mój najdroższy nie stracił równowagi. Nie umiał jednak ukryć swojego rozczarowania.
- Nie będę wam przeszkadzać - jąkała wystraszona Wanda. - Jola wspomniała, że pana matka wynajmuje pokoje turystom. Czy mogłabym się u niej zatrzymać?
- Z chęcią panią do niej zabiorę - poczułam ulgę w jego głosie. - Może bez tego pana - dodał już zupełnie rozluźniony.
Podali sobie ręce i całe skrępowanie minęło. W jak najlepszej komitywie wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę Murzasichla, gdzie mieszkała moja przyszła teściowa. Mijaliśmy przepiękne, rzeźbione domki, niektóre stare, ale też i nowe, prawie wierne kopie tych sprzed wieku, jedynie z większymi oknami i obszerniejsze. Wanda nigdy nie była w górach, więc intensywnie wpatrywała się nieznane dla niej widoki, co jakiś czas wykrzykując słowa zachwytu. Mgła ustąpiła i zrobił się cudny dzień - słoneczny, a na tle intensywnie błękitnego nieba wszystko wydawało się niezmiernie czyste i świeże. Nasze dobre nastroje sięgnęły zenitu i zaczęliśmy podśpiewywać, jednak po chwili silny, czysty głos Jędrka zagłuszył nasze kobiece i umilkłyśmy. Lasy i góry za oknem, przy akompaniamencie góralskich pieśni - to był przedsmak wspaniałego pobytu. W szampańskich humorach zajechaliśmy przed dom mamy Jędrka. Był stary, ponad stuletni, ale świetnie zachowany, o bardzo ozdobnym ganku i pięknych okiennicach, otoczony drzewami, głównie brzozami, pomiędzy którymi królował olbrzymi świerk.
Na ganek wyszła wysoka, mocno zbudowana kobieta, ubrana w spodnie i luźny golf. Jej gęste, siwe włosy były splecione w warkocz, a opalona, rumiana twarz wyglądała bardzo młodo. Sądząc po wieku Jędrka mogła być nawet starsza od Michaliny, ale jakże się od niej różniła! Była to kobieta pełna życia.
- Witom piyknie. Jo jest Helena Karpińska - podała mi rękę i rozjaśniła się w uśmiechu.
Spojrzałam na nią zaskoczona.
- "Czy kiedyś ją spotkałam?" - gorączkowo szukałam jej twarzy w pamięci.
Weszliśmy do domu. Spodziewałam się ujrzeć typowe, trochę pod turystów wnętrze, a zastałam ściany pełne obrazów, niektóre wyraźnie autorstwa Jędrka i kilka wspaniałych antyków w stylu Witkiewicza, stojących obok prostych, sosnowych mebli. Dywany na podłodze były prawdopodobnie miejscowym rękodziełem. Na regałach stały książki przemieszane z ceramiką i małymi, malowanymi na szkle obrazkami.
- Ależ tu ładnie - pochwaliłam.
- Większość sztuki to twórczość moich wychowanków - gospodyni niestety przestała używać gwary.
Opowiedziała nam trochę o swojej pracy w Domu Kultury w Poroninie. Z dumą pokazała dzieła swoich najzdolniejszych uczniów. Niektórzy z nich ukończyli Akademię Sztuk Pięknych.
- A pani też maluje?
- Jestem typowym twórcą ludowym. Sama się nauczyłam.
- Mama maluje na szkle i miała sporo wystaw, nie tylko w Zakopanem, ale i w innych miastach. Niestety, nie wiesza swoich obrazów u siebie w domu. Za to ja mam ich pełno.
- Teraz wiem, skąd się wziął u Jędrka taki talent. Czy jego ojciec też malował?
- Bartuś, ni mioł do tego nijakiego zmysłu, ale śpywał piyknie co cud i groł na skrzypcach - ponownie użyła gwary i oblała się rumieńcem. Wyczułam w jej głosie lekkie zakłopotanie. Może wspomnienie zmarłego było dla niej zbyt bolesne? Jędrek niewiele mi opowiadał o ojcu, wiedziałam tylko, że bardzo przeżył jego tragiczną śmierć.
Napiłyśmy się kawy, a potem matka Jędrka pokazała Wandzie jej pokój - uroczy, jak cała reszta domu - z szydełkowymi, białymi firankami, drewnianym, rzeźbionym łóżkiem zasłanym pasiastą, kolorową kapą, wygodnym fotelem i stojącą przy nim staroświecką lampą. Było to wręcz wymarzone wnętrze na odpoczynek. Za oknem rozpościerała się panorama Tatr, poprzecinana białymi pniami brzóz tulących się do ściany domu. Wanda utkwiła nieruchomy wzrok w daleką przestrzeń i nagle jej twarz, jeszcze tak niedawno wesoła, spochmurniała. Obserwowałam uważnie przyjaciółkę.
- Chciałabym z nią zostać przynajmniej jeden dzień. Jest w bardzo kiepskim nastroju - szepnęłam do Jędrka.
- Wygląda na to, że przyjechałaś głównie dla niej - popatrzył na mnie zdziwiony.
Zdołałam go przekonać, że tak nie jest i jutro na pewno wrócę do Zakopanego, żeby spędzić z nim pozostałe trzy dni. Był jednak zły i wsiadł do samochodu bez pożegnania.
- Nie martw się. Przejdzie mu. Oni wszyscy są tacy. To znaczy chłopy - matka Jędrka poklepała mnie przyjacielsko po ramieniu.
Byłam jej wdzięczna za te słowa. Poczułam, że mam w niej sprzymierzeńca, a nie obawiającą się konkurencji wrogo nastawioną matkę jedynaka. Moja sympatia do niej - instynktowna, bo od pierwszego podania ręki - rosła z każdą minutą. Wieczorem, przy nakrywaniu do kolacji, Hela chętnie skorzystała z zaofiarowanej przez nas pomocy. W czasie krzątaniny szybko nawiązała się pomiędzy nami przyjacielska atmosfera.
- No dziewczyny, dosyć tych paniowań - Helena jestem - oznajmiła pani domu, nalewając wiśniową nalewkę do małych szklanek. Wypiłyśmy bruderszaft, zasiadłyśmy przy stole i rozmowa potoczyła się wartko, jak górski potok. Prym wodziła Helena, która zaczęła sypać jak z rękawa miejscowymi plotkami. Jej opowiadania iskrzyły się góralskim dowcipem; wszystkie trzy zaśmiewałyśmy się do łez. Nie czułyśmy różnicy wieku, było nam dobrze razem. Każda z nas opowiedziała trochę o sobie, bez skrępowania, jakbyśmy się znały od lat. Z zaskoczeniem obserwowałam Wandę, która nawet przy mnie nie była tak otwarta. Opowiedziała kilka zabawnych epizodów ze swojego życia, których w ogóle nie znałam. Po kilku godzinach wariackiego chichotania Helena rozpaliła w kominku.
- Helena, masz może jakieś zdjęcia tych osób, o których nam opowiadałaś?
- Świetny pomysł, Jolcia - zaklaskała w dłonie i zniknęła na moment w drzwiach swojej sypialni, wynosząc po chwili pokaźny album w drewnianej, rzeźbionej okładce.
Rozsiadła się wygodnie na kanapie, my po jej obu stronach i zaczęło się przeglądanie. Na pierwszych stronach widniały stare fotografie rodziców Heleny - te ślubne, a potem już z nią małą. Wystrojeni w ludowe stroje dorodni górale śmiało patrzyli w obiektyw aparatu. Następne strony zapełnione były scenami z wiejskiego życia. Często nieostre, kiepskiej jakości zdjęcia przyciągały większą uwagę, niż te poprzednie, upozowane. Z ciekawością przyglądałyśmy się temu podhalańskiemu reportażowi. Helena była w swoim żywiole. Opisywała każdą stronę albumu tak niezwykle barwnie, że stawała się ona osobną historią. Nagle zobaczyłam zdjęcie tak dobrze mi znane: młoda, roześmiana dziewczyna o czarnych, grubych warkoczach, obejmująca wystraszone dziewczątko na tle panoramy Tatr.
- Przecież to Hela!
Helena spojrzała na mnie zdziwiona.
- Tak, to ja.
Teraz wiedziałam, dlaczego jej twarz wydała mi się tak znajoma. Niewiele zmieniła się od czasów młodości.
- To jest moja matka, Michalina - wskazałam na towarzyszkę Heli.
Helena patrzyła na mnie osłupiała.
- Jesteś córką Michasi? Nie do wiary! A jak mama, co porabia?
- Umarła trzy tygodnie temu. Na zapalenie płuc.
Helena wpatrywała się we mnie uporczywie i zauważyłam w jej oczach łzy.
- Biedna Michasia. Zawsze miałam nadzieję, że ją odszukam, a teraz jest już za późno. Dobrze, że przynajmniej spotkałam jej córkę. Jak ułożyło się jej życie? Czy była szczęśliwa?
Opowiedziałam trochę o smutnych losach Michaliny. Hela słuchała w skupieniu, nie przerywając ani słowem. Gdy mówiłam o śmierci Michaliny, a potem o uśpieniu psa, uścisnęła mi mocno rękę.
- Nie należy mi się współczucie. Po śmierci matki, a potem Simy odczułam ulgę. Od czasu pogrzebu, aż do tej pory nie uroniłam ani jednej łzy. Czuję się winna, ale cóż poradzę? Może wcale matki nie kochałam? - wypowiedziałam to spontanicznie, zapominając, jak negatywne wrażenie mogą wywrzeć takie słowa na przyszłej teściowej. Ku mojemu zdumieniu spojrzała na mnie z sympatią.
- Nie martw się Jola, tak się w życiu zdarza. Kochamy obce osoby, a najbliższych nie potrafimy. I wyrzuty sumienia nic nie pomogą. Trzeba zostawić je za brzózką.
- Gdzie? - spojrzałam na nią ze zdumieniem.
- Mój dziadek, Franciszek, kiedy miał jakieś problemy, to zwykł brać skrzypki i szedł nad potok, gdzie rosła stara brzoza. Opierał się o nią i grał tak długo, aż zapomniał o wszystkich kłopotach. Wracał do domu, chował skrzypce, uśmiechał się i oznajmiał, że zostawił zmartwienia za brzózką. Zawsze mi radził czynić to samo. Do tej pory pamiętam jego: "Hela, wyrzuć to za brzózkę", kiedy mu się zwierzyłam z jakichś niepowodzeń.
- Jak ci to wychodziło? - zapytała Wanda.
- Z początku kiepsko. Metody "za brzózkę" trzeba się nauczyć i każdy musi to zrobić samemu. Nie wszyscy mają koło domu brzózki i umieją grać na skrzypkach - zaśmiała się. - Moją brzózką stało się malowanie na szkle.
- A jak ktoś nie jest artystą? Co ma robić? - zapytałam.
- Tyle jest pięknych rzeczy na świecie. Można słuchać muzyki, ćwiczyć jogę, pójść do parku i podotykać kory drzew, wsłuchać się w szum wiatru, zamknąć oczy i wystawić twarz na promienie słońca. Można też coś dobrego zrobić dla ludzi. To jest najlepsze "brzózkowanie". Momentalnie zapomina się o swoich kłopotach.
- Skąd na to znaleźć czas? - Wanda spojrzała na Helę z powątpiewaniem.
- O ile bardziej czasochłonne jest zamartwianie się.
- Muszę wszystko przewartościować w swoim życiu - Wanda wstała gwałtownie, podeszła do Heli i ją uściskała.
Nie spodziewałam się po niej tak spontanicznej reakcji. Zaczęłam wierzyć, że wyjazd w góry może być dla mojej przyjaciółki rzeczywiście przełomowym.
Dopiero po północy rozeszłyśmy się do swoich pokoi. Moja sypialnia była prawie wierną kopią tej, którą zajęła Wanda, tylko obrazy na ścianach były inne. Bez czytania podpisu, domyśliłam się ich autorstwa, chociaż nie przedstawiały postaci ludzkich, tak jak te wystawione w galerii. Rozciągały się na nich rozległe, prawie puste równiny, przypominające zaorane pola, pokryte topniejącym, ciężkim, wczesnowiosennym śniegiem.
"Miło będzie spać w towarzystwie Jędrkowych dzieł."
Michalina, tak często pojawiająca się w moich snach, tym razem mi się nie przyśniła.
Przebudziły mnie silne promienie słońca padające na twarz.
- Już dziewiąta rano! - spojrzałam na zegarek i poderwałam się na równe nogi.
Nie miałam czasu, aby nacieszyć się widokiem za oknem - tym samym, który wczoraj podziwiałam z pokoju Wandy. Piorunem wzięłam prysznic, ubrałam się na sportowo i szybko zeszłam na dół. Przy jadalnym stole siedziała Hela. Po jej zmęczonej, o podkrążonych oczach twarzy, widać było, że nie spała dobrze tej nocy.
- Wanda już wstała?
Hela spojrzała na mnie nieprzytomnie, jakbym poderwała ją z głębokiego snu.
- Poszła w góry. Nie mogła się doczekać, kiedy wstaniesz. Była bardzo wesoła i nie wiem, dlaczego uściskała mnie przynajmniej kilka razy.
Nie poznawałam lękliwej przyjaciółki. Odważyła się pójść w góry zaraz pierwszego dnia!
- Mam nadzieję, że nie poszła zbyt daleko.
Hela mnie uspokoiła. Wanda wybrała się na krótką wycieczkę i obiecała wrócić za kilka godzin. Zadzwoniłam do Jędrka. Z jego tonu zgadłam, że przebaczył mi brak mojej obecności w pierwszą noc.
- Kochasz go, czy tylko tak ci się wydaje?
Matka Jędrka przyglądała mi się badawczo. Nie spodziewałam się takiego pytania. Gdybym tak nie polubiła Heli, byłabym na nią oburzona. Pomyślałam chwilę.
- Kocham - odrzekłam stanowczo, patrząc jej prosto w oczy.
- Ja też tak kiedyś myślałam. A potem odkryłam, że to nieprawda.
- Jak to możliwe? Czy musiałaś wyjść za mąż?
- Co ja wygaduję. Tak jakoś dzisiaj się rozkleiłam. Kochałam Bartusia i bardzo mi go brakuje - była wyraźnie zakłopotana swoim nagłym zwierzeniem.
Wstała energicznie od stołu i zaczęła się krzątać w kuchni, przygotowując dla mnie śniadanie. Zjadłyśmy je w milczeniu, które nie było dokuczliwe. Tylko wśród przyjaciół nie odczuwa się skrępowania ciszą. Po śniadaniu siadłyśmy obok siebie na schodach ganku i czekałyśmy na przybycie Jędrka. Dobrze mi było tak grzać się w słońcu i czuć bliskość drugiej osoby, do której będę mogła wkrótce mówić "mamo". Michalina opisała Helę, jako starszą od siebie o kilka lat.
"Jakże młodo wygląda w porównaniu z nią! Dlaczego los nie obdarował mnie taką matką - energiczną, pełną życia, wesołą? Miałabym przy niej idealne dzieciństwo, pełne miłości, takiej prawdziwej, czułej, ciepłej. Może wcześniej potrafiłabym zdecydować się na założenie rodziny i teraz byłabym szczęśliwą żoną i matką. Kto wie, czy kiedykolwiek zainteresowałabym się pająkami?"
- Cieszę się, że będę twoją córką - wyrwało mi się spontanicznie.
Hela spojrzała na mnie trochę zdziwiona, ale widać było, że rozczuliły ją moje słowa. Uczyniła ręką gest, jakby chciała mnie objąć. Aż słabo mi się zrobiło na myśl, że za chwilę znajdę się w jej mocnym uścisku i poczuję się jak mała dziewczynka. Uświadomiłam sobie nagle, że przez całe życie najbardziej mi tego brakowało, a moja samodzielność była skorupą ochronną stworzoną przez lata usilnych starań. Zdawało mi się, że wystarczą mi przyjaźnie i pasja zawodowa. W tym momencie, na tych schodkach poczułam, że zawsze tęskniłam do prawdziwej, matczynej miłości. Oparłam swoją głowę na ramieniu Heli i doznałam uczucia niesamowitego spokoju.
"Wreszcie znalazłam bezpieczną przystań. Mogłabym tutaj siedzieć w nieskończoność."
Z błogiego stanu wyrwał mnie odgłos nadjeżdżającego samochodu. Rzuciłam niechętne spojrzenie w kierunku wysiadającego z niego Jędrka.
"Po co przyjechał tak wcześnie? Chciałabym pobyć dłużej z Helą" - pomyślałam.
Entuzjastycznie, czując swoją nieszczerość, zarzuciłam narzeczonemu ręce na szyję. Nawet gorące pocałunki nie rozwiały mojego żalu. Miałam ochotę tupnąć nogą i krzyknąć: "zostaję z twoją matką, jest mi z nią tak dobrze!"
Siedliśmy razem na krótką chwilę, lecz Jędrkowi wyraźnie spieszyło się, żeby mnie porwać. Spakowaliśmy moje rzeczy, szybko uściskałam Helę, dziękując jej za gościnę i ruszyliśmy w stronę Zakopanego. Długo patrzyłam za siebie, żegnając wzrokiem stojącą na ganku postać.
- Tak ci się spodobała? - w głosie mojego narzeczonego był cień niezadowolenia. Czyżby wyczuł, że moja radość z jego przyjazdu była udawana?
- Rzuciła na mnie jakiś czar. Wszystkie moje tęsknoty o idealnej matce odżyły podczas pobytu w jej domu. Jesteś szczęściarzem, zazdroszczę ci.
- Jest niezwykła, masz rację - powiedział bez entuzjazmu. - Ale...
- Co, ale? - zapytałam oburzona, gotowa do obrony zupełnie nieznanej mi kobiety.
- Nic, nic. Jak każdy człowiek, ma swoje wady. Dla mnie najważniejszy był zawsze mój ojciec.
- Jaki był? - czułam się zobowiązana zadać to pytanie, chociaż wolałabym usłyszeć coś więcej o jego matce.
- Był cichym, spokojnym człowiekiem. Uprawiał swoje pola, wynajmował pokoje turystom, a zimą uczył ceprów jeździć na nartach. W ogóle nie pił alkoholu i to go czyniło odmieńcem. Ludzie go nie cenili, wyśmiewali się z jego braku ochoty do zabaw i pijaństwa. Grał pięknie na skrzypkach i często prosili go na grajka do wesel czy innych uroczystości. Ale i wtedy nie pił, cały oddając się muzyce. Nam też przygrywał wieczorami, kiedy matka go o to prosiła. To były różne melodie, głównie góralskie, ale też i własne kompozycje - te były najpiękniejsze. Grając je, zmieniał się nie do poznania, stawał się pewnym siebie artystą. Wpatrywał się wtedy w matkę tak rozmiłowanym wzrokiem, że aż czułem zazdrość.
- Nie okazywał ci miłości?
- Wręcz przeciwnie, ale matka zawsze była dla niego najważniejsza. Ludzie go tak naprawdę docenili, kiedy zginął ratując życie innym. Na jego pogrzebie zebrał się tłum i okazało się, że dla wielu jego odejście było bolesne. A dla mnie był zawsze najwspanialszy; przez lata był jedynym człowiekiem, który tak naprawdę mnie znał. Drugą taką osobą była Maja.
Drgnęłam na dźwięk imienia zmarłej żony. Usłyszałam je zaledwie po raz drugi i tak jak za pierwszym razem, poczułam ukłucie w sercu.
"Czyżbym odziedziczyła geny zazdrości po Michalinie?"
- Opowiedz mi o niej - przemogłam się całym wysiłkiem woli.
Jędrek spojrzał na mnie zdziwiony, ale widać było, że ucieszyła go moja prośba.
- Spotkaliśmy się na obozie narciarskim. Każdego wieczoru tańczyliśmy do upadłego, ale nigdy nie poprosiłem Mai do tańca. Była mała, niepozorna i nie rzucała się w oczy. Tuż pod koniec pobytu kolega odbił mi dziewczynę, z którą już prawie chodziłem i wściekły opuściłem salę. W drzwiach stała Maja i ze smutnym uśmiechem przyglądała się przytulającym się parom, tańczącym do jakiejś lirycznej piosenki. Złapałem ją nagle i pociągnąłem na parkiet. Nie analizowałem, dlaczego to zrobiłem. Może chciałem zaspokoić jej pragnienie dołączenia do innych?
- Skąd ja to znam, to porywanie do tańca - roześmiałam się, lecz Jędrek wyczuł ironię w moim głosie.
- Z tobą było inaczej. Spodobałaś mi się od razu. A Majkę poznawałem stopniowo, aż zakochałem się w niej po uszy. Ona i ojciec byli moimi najlepszymi przyjaciółmi - ostatnie zdanie wymówił cicho, niemalże szeptem.
- Dlaczego umarła?
- Zachorowała na raka piersi. Po chemii i radioterapii rak został zwalczony, ale później pojawiły się przerzuty do płuc, co oznaczało wyrok śmierci. Na szczęście długo nie cierpiała.
Umilkł i zamyślił się. Widziałam, jak oczy mu zwilgotniały i zaciśnięte usta zadrgały lekko. Starał się za wszelką cenę nie rozpłakać.
W ciszy dojechaliśmy do Zakopanego. Nie wiedziałam, jak dalej prowadzić rozmowę. Czy dalsze wypytywanie o zmarłą żonę miało jakiś sens? Temat dla Jędrka był wyraźnie bolesny, ale miałam wrażenie, że z chęcią go porusza.
- Często o niej myślisz?
Nie zdążył odpowiedzieć albo nie chciał. Wjechaliśmy w spokojną uliczkę i stanęliśmy przed drewnianą willą. Była dosyć nowoczesna, ale utrzymana w zakopiańskim stylu. Nie tak urocza, jak dom Heli, niemniej podobała mi się, tak jak i ogród, w którym rosło kilka starych świerków. Wyszliśmy z samochodu. Jędrek objął mnie w pół i oprowadził dookoła domu. Czując błogie ciepło jego ciała, ciekawie rozglądałam się po otoczeniu. Pod starą brzozą stała ławeczka i wyglądała tak romantycznie, że zaciągnęłam na nią narzeczonego. Usiedliśmy, nadal przytuleni.
- Odziedziczyłem dom po rodzicach Mai.
- Nie mieli więcej dzieci?
- Mieli dwie córki. Obie nie żyją. Dali mi ten dom, bo... Jędrek zaciął się przy ostatnich słowach. Nie powinnam dopytywać się o szczegóły, ale zwyciężyła babska ciekawość.
- Co stało się z siostrą Mai?
- Miała na imię Teresa i była młodsza od Mai o siedem lat - Jędrek rozpoczął po dłuższej chwili milczenia. - Zawsze próbowała dogonić starszą siostrę i może dlatego była nad wiek dojrzała. Bardzo wrażliwa, wszystko głęboko przeżywała, do tego była niezmiernie skryta. Tylko Maja miała klucz do jej duszy. Niestety, nie mogła go znaleźć wtedy, kiedy był najbardziej potrzebny. Moi teściowie - Jan i Zuzanna - pochodzili z Wilna i przyjechali do Polski dopiero w 1958 roku, w niemalże ostatnim transporcie przesiedleńczym. Najpierw osiedlili się w Krakowie, ale tak pokochali Tatry, że wkrótce przenieśli się do Zakopanego. Oboje byli z wykształcenia lekarzami i bez trudu znaleźli pracę w szpitalu. W Zakopanem przyszły na świat Maja i Teresa. Jan i Zuzanna byli nietuzinkowymi rodzicami, szczególnie jak na komunę. Dzięki nim obie dziewczynki miały wyjątkowe dzieciństwo. W malutkim, wynajmowanym w willi mieszkanku ściany były zabudowane regałami, szczelnie wypełnionymi książkami, przywiezionymi jeszcze z Kresów. W tym specyficznym domu nie było telewizora, za to rodzinne kolacje trwały dwie, trzy godziny. Podczas nich Maja i Teresa poznawały nie tylko historie wszystkich członków rodziny, ale i uczyły się etnografii, biologii, geografii. Cała ta wiedza była podana w formie anegdot i baśni, które z czasem były bardziej wymyślane przez dzieci niż przez dorosłych. Dla Zuzanny i Jana pieniądze nie miały znaczenia. Przed wojną bardzo zamożni, przez okupację sowiecką, niemiecką i znowu sowiecką, przeszli tracąc cały majątek, a przede wszystkim bliskich. Do Polski przyjechali jedynie z książkami, albumami rodzinnymi i nabytą przez lata cierpień mądrością, że rodzina jest najważniejsza. W małym mieszkanku w Zakopanem osiągnęli pełnię szczęścia. I wszystko układałoby się w tej rodzinie sielankowo, gdyby nie Wańkowicz.
- Co zawinił pan Melchior? - przerwałam zaintrygowana.
- Jan i Zuzanna uwielbiali "Ziele na kraterze" Wańkowicza. Jeszcze przed przyjściem na świat Teresy, King i Królik stali się dla nich wzorcami rodziców. Udało się im pójść w ich ślady tak daleko, aż zapragnęli stworzyć dla dzieci prawdziwy dom - taki, jak Domeczek z książki. Wiesz, ile zarabiali lekarze za komuny, zresztą i teraz nie mają lepiej. A Zuzanna i Jan byli ludźmi uczciwymi i nie brali łapówek.
Wuj Jana mieszkał w Chicago i zaprosił ich oboje. Wyjechali w listopadzie 1981 roku. Chcieli pobyć tylko kilka miesięcy, zarobić trochę dolarów i zacząć budowę małego domku. Maja studiowała wtedy na krakowskiej ASP. Teresa chodziła do liceum w Zakopanem i uparła się zostać sama w mieszkaniu. Po miesiącu wybuchł stan wojenny. Maję, jako aktywną działaczkę NZS-u internowano. Rodzice pisali listy, dzwonili, pytali się, czy mają wracać. Teresa ich uspakajała, że wszystko jest w porządku, że Maję na pewno wypuszczą. Po kilku miesiącach Maja rzeczywiście wyszła na wolność i nawet pozwolili jej wrócić na uczelnię. Nie przystąpiła do podziemia, natomiast rzuciła się w wir malowania. Zaniedbywała swoją młodszą siostrę, kontaktując się z nią tylko od czasu do czasu. Rodzice przysyłali pieniądze na nowy dom, który był budowany w dosyć szybkim tempie. Oboje mieli nadzieję, że jeszcze rok i będą mogli wrócić do Polski, do prawie gotowego Domeczku. Doglądaniem budowy zajmowała się Maja, która ukończyła studia z wyróżnieniem i wróciła do Zakopanego.
Niestety obie siostry przestały być sobie bliskie. Maję pochłonęła twórczość i praca w liceum plastycznym, a Teresa zaczęła znikać po szkole i przesiadywać w jakimś podejrzanym towarzystwie. Wszystko się wydało, gdy SB wykryło tajną uczniowską organizację i zaaresztowało jej przewodniczącą, którą była Teresa. Dla Mai to był szok. Jej mała siostrzyczka w więzieniu! Najbardziej bolała ją skrytość Teresy. Do tej pory siostry nie miały przed sobą tajemnic, a tu taka niespodzianka. Nie powiadomiła o tym rodziców, nie chcąc ich martwić. Przesiadywała w budynku komisariatu, domagając się widzeń. Przekonywała, że na pewno zaszła pomyłka. Niestety Teresa przyznała się do wszystkiego. Na rozprawie jej przemowa wywarła wielkie poruszenie. "Niech żyje Solidarność! Precz z komuną!" - krzyknęła na zakończenie. Pełna sala zgotowała jej owację na stojąco, a prasa podziemna rozpisywała się o bohaterstwie licealistki.
Jako nieletnia została skazana na rok poprawczaka. Dzięki apelacjom różnych znanych artystów przesiedziała tam zaledwie kilka tygodni i wróciła do domu. Z pozoru nie było znać po niej jakichkolwiek negatywnych zmian. Zapisała się do liceum wieczorowego, ponieważ nie chcieli jej przyjąć z powrotem do dawnej szkoły. Coraz bardziej tęskniła za rodzicami. Poczuła się znowu małą dziewczynką; miała dopiero siedemnaście lat i potrzebowała domowego ciepła. Nie cieszył jej nowy, powoli wykańczany dom. Maja wypełniała go obrazami, ale na meble brakowało wtedy pieniędzy. Ze starego mieszkania przeniesiono regały, na których ponownie ustawiono książki i jeden pokój przypominał dawne, biedne, ale dobre czasy. Teresa przeniosła tam swoje łóżko i w tej nowej sypialni zaczęła coraz dłużej przebywać. Posmutniała, schudła, a kiedy przestała w ogóle wychodzić z pokoju, zaniepokojona Maja wysłała list do rodziców, donosząc w nim o rozprawie, poprawczaku i stanie Teresy. Po tygodniu Jan i Zuzanna wrócili do domu. Niestety o dzień za późno. Ich młodsza córka zażyła zbyt dużą dawkę środków nasennych i zmarła.
- Boże, co za tragedia - szepnęłam wstrząśnięta. - Jak oni to znieśli?
- Nie mogli się z tym pogodzić. Zaczęli się nawzajem obwiniać. W Stanach, kiedy Jan był gotowy do powrotu do kraju, wstrzymywała go Zuzanna i na odwrót, gdy ona chciała wracać, Jan argumentował, że powinni zostać trochę dłużej.
Wrócili do pracy w szpitalu i starali się normalnie żyć. Maja stała się dla nich wszystkim. Do końca nie chcieli uwierzyć w śmiertelność jej choroby, postanowili, że nie pozwolą córce odejść. Jako lekarze mieli różne dojścia, chcieli nawet wywieźć Maję za granicę. Po jej śmierci nagle się postarzeli. Oboje przeszli na emeryturę, zamieszkali ze mną, ale nie na długo. Nie mogli spokojnie patrzeć na ten dom, w którym umarły ich obie córki. Mieli trochę oszczędności, kupili za nie prostą chałupę w Bieszczadach i żyją tam do tej pory. Odwiedzam ich raz do roku. A ich Domeczek pozostał taki, jaki był, niewykończony, pełen obrazów Mai, tęsknoty Teresy, rozpaczy mojej i teściów. Chciałem go sprzedać i kupić inny, ale nie mogę się z nim rozstać. Coś mnie w nim trzyma.
"Pewnie duch Mai" - pomyślałam.
Czułam, że nie polubię tego domu, chociaż z zewnątrz wyglądał tak ładnie. Pomalowany na zielono, z drewnianymi okiennicami i gankiem opartym na kolumnach, wyglądał na urocze siedlisko oferujące swoim mieszkańcom życie pełne szczęśliwych chwil.
- Może my będziemy mogli go nazwać Domeczkiem? - Jędrek spojrzał na mnie wymownie.
- Pamiętasz, co stało się z tym z książki? To nie jest szczęśliwa nazwa.
Weszliśmy do środka. Wszystkie pokoje, skromnie umeblowane, o białych ścianach, na których wisiały duże, surrealistyczne obrazy sprawiały wrażenie bardzo osamotnionych. Jedynie pokój pełen regałów z książkami był przytulny. Domyśliłam się, że mieszkała w nim Teresa. Dopiero w kuchni odetchnęłam z ulgą. Żółte ściany ozdobione licznymi obrazkami malowanymi na szkle, jasne, drewniane meble, kolorowe kafelki, pelargonie na parapecie, urocze zasłonki w oknie - jakże to wszystko było inne od pozostałych pomieszczeń.
- To dzieło mojej matki. Uparła się, żeby kuchnię sama urządzić. Twierdziła, że trochę koloru w domu dobrze mi zrobi i miała rację, bo najwięcej czasu spędzam właśnie tutaj. Przeniosłem nawet do kuchni moją sztalugę. A obrazki na szkle malowała mama.
Przyjrzałam się im bliżej. Zaintrygowały mnie. Tylko nieznacznie nawiązywały swoim naiwnym stylem i kolorystyką do tradycyjnej góralskiej sztuki.
- Przypominają obrazy Chagalla. Szczególnie ta samotna góralka pojawiająca się prawie na każdym. Wygląda tak, jakby za chwilę miała unieść się w powietrzu. Wiesz, kogo ona przedstawia?
- Domyślam się, że to mama. Chociaż w centrum obrazków często występuje para górali i matka zawsze ich określa jako siebie i ojca.
- Nie pytałeś, kto to jest?
- Pytałem. Mama w odpowiedzi tylko uśmiechała się tajemniczo.
Ponownie przyjrzałam się malowankom. Nie wiem dlaczego, ale zrobiło mi się smutno. Ta samotna góralka, chociaż roześmiana i tańcząca była jednak obok, jakby wyrzucona poza nawias.
- Weseli się, ale jest sama. Może jej szczęście jest udawane?
Jędrek spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Skąd ci to przyszło do głowy?
- Pewnie dorabiam na siłę jakąś mądrą interpretację. Takie zboczenie naukowe.
Oboje parsknęliśmy śmiechem. Jędrek przytulił mnie i pocałował.
- Radek, ze ci sie obroski widzom - uwielbiałam, kiedy odzywał się do mnie gwarą. Niestety robił to rzadko i jedynie wtedy, kiedy był zły albo zakłopotany. Dlaczego teraz użył góralszczyzny? Postanowiłam wyciągnąć od Heli więcej wyjaśnień na temat samotnej dziewczyny. I nagle zatęskniłam za chatą w Murzasichlu i za tą niezwykłą kobietą, jaką była moja przyszła teściowa.
Zabrzmiał telefon.
- To do ciebie. - Jędrek niechętnie podał mi słuchawkę.
"Kto może do mnie dzwonić? Nikomu z pracy nie mówiłam o miejscu mojego pobytu."
- Jola? - usłyszałam głos Wandy.
"Jakże mogłam o niej zapomnieć?"
- Jak było na wycieczce? Jak się czujesz?
Z zazdrością wysłuchałam rozentuzjazmowanej relacji na temat piękna górskiej doliny i wspaniałego obiadu, jakim przywitała Wandę gospodyni domu. Siedziały teraz w kuchni i podobno fantastycznie im się rozmawiało. Moja przyjaciółka była wyraźnie w siódmym niebie.
- No, i jak Wanda? - Jędrek rzucił grzecznościowo.
- Podobnie jak ja, uległa urokowi twojej mamy. Gadają i śmieją się w najlepsze. Nie poznaję mojej przyjaciółki.
- Chodź tu do mnie - przyciągnął mnie do siebie silnymi ramionami. - Stęskniłem się. Jak mogłaś mnie tak zostawić samego wczorajszej nocy? - jego wyrzuty mieszały się z coraz gorętszymi pocałunkami.
Udawałam podniecenie, żeby nie sprawić mu przykrości, ale w myślach siedziałam przy dużym stole w chacie w Murzasichlu i śmiałam się razem z Helą i Wandą. Jędrek zaciągnął mnie do łóżka i kochaliśmy się zapamiętale. Nigdy jeszcze tak dobrze nie udawałam orgazmu.
- Cudowna jesteś - szeptał mi do ucha.
"Niezła ze mnie aktorka. Ale po co to wszystko? Te szaleństwa, przytulania. Nie są mi potrzebne. Tęsknię za starszą kobietą siedzącą przy stole w góralskiej chacie. Czyżbym w ogóle nie potrzebowała mężczyzny?"
- O czym myślisz? - Jędrek parzył na mnie rozmiłowanym wzrokiem.
- O tobie - uśmiechem próbowałam pokryć kłamstwo.
Przytuliłam się do niego gwałtownie.
"Chcę go kochać, być z nim, o niczym innym nie marzę" - zapewniałam siebie w myślach.
Jędrek wziął moją twarz w swoje dłonie i spojrzał mi głęboko w oczy.
- Weźmiemy ślub jak najszybciej. A potem już nigdy się nie rozstaniemy.
Leżąc obok siebie, spokojnie planowaliśmy przyszłe życie. Jędrek z rozmarzeniem w oczach, a ja z przeświadczeniem, że tak ma być i wszystko z czasem cudownie się ułoży. Ustaliliśmy datę ślubu na koniec sierpnia. Do tego momentu miałam zwolnić się z pracy i szukać czegoś w Zakopanem. Może mają jakieś etaty w Tatrzańskim Parku Narodowym? Moje poznańskie mieszkanie postanowiliśmy na jakiś czas zatrzymać.
Usnęłam znużona w ramionach przyszłego męża. We śnie Michalina krzyczała na mnie, że ukradłam jej Helę. Zaczęła mi grozić palcem i szczerzyć zęby - jej twarz zmieniła się w pysk Simy. Pies-matka rzucił się na mnie. Już, już miała mnie ugryźć...
Obudziłam się zlana potem. Delikatne światło księżyca rozświetlało sypialnię. Obok mnie spał spokojnie, lekko uśmiechnięty, Jędrek.
"Wygląda tak młodo i niewinnie. Kocham go. Chcę być z nim i zapomnieć o dawnym życiu. Na dzieci pewnie jest już za późno, ale wspólnie możemy przeżyć jeszcze tyle pięknych chwil."
Przypomniała mi się Maja. Jędrek tak szybko zaciągnął mnie do łóżka, że nie miałam czasu rozejrzeć się po sypialni. Czy tak jak w innych pomieszczeniach, tu też wciąż panuje jej duch? Zapaliłam nocną lampkę.
Rzeźba torsu kobiecego, stojąca na wysokiej, polakierowanej na czarno podstawie była pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy. Cienki, srebrny drut, z którego była wykonana, był misternie spleciony i miałam wrażenie, że dzieło nie jest wytworem ludzkim, a raczej stworzył je olbrzymi pająk.
"To moje klimaty" - spojrzałam przyjaźnie na rzeźbę. - "Kto jest jego twórcą?"
Na ścianach wisiały obrazy krzyczące ostrymi kolorami dziwacznych, zoomorficznych postaci. Emanował z nich bunt i rozpacz. Nie podobały mi się, ale nie mogłam od nich oderwać oczu. Musiałam przyznać, że są niesamowicie oryginalne. Wyraźne podpisy nie pozostawiały złudzeń co do ich autorstwa.
"Miała wielki talent" - pomyślałam z niechęcią.
Otoczona twórczością Mai poczułam się nieswojo, jak intruz. W tym łóżku, na którym obecnie leżałam, przez lata królowała inna kobieta. Utalentowana artystka, obdarowana przez męża wielką miłością. Musieli rozumieć się doskonale i nawzajem podziwiać swoją sztukę. Pewnie walka o jej życie wzniosła na wyżyny uczucie Jędrka. "A ja? Zajmuję się pająkami! Który człowiek, nawet artysta może to pojąć? Wraz ze zmianą nazwiska zmienię otoczenie, pracę. Będę mieszkać z mężczyzną, który mnie kocha. Czy tak jak Maję, z którą pewnie rozumiał się bez słów? A moja miłość do niego? Czy jestem jej pewna?"
Moje dotychczasowe związki były krótkie. Musiałam je starannie ukrywać przed matką, ale nie to było głównym powodem ich szybkiego przemijania. Nie miałam czasu na chłopaków, zajęta nauką, a potem pracą. Nie znalazłam też takiego mężczyzny, który byłby dla mnie fascynujący dłużej niż pół roku. W moich relacjach zawsze powtarzał się ten sam schemat - początkowy szał miłosny, stopniowe lub szybkie odkrywanie wad partnera, z czasem tak uciążliwych, że z ulgą się z nim rozstawałam. Wszyscy moi mężczyźni byli bardzo podobni. Szarmanccy i romantyczni przy zalotach, a potem oczekujący ode mnie bycia kopią swoich nadopiekuńczych matek. Z dwojga złego wolałam troszczyć się i pielęgnować schorowaną Michalinę, niż zdrowych i silnych facetów. Patrzyłam z podziwem na moje rówieśnice, łącznie z Wandą. Prawie wszystkie skakały koło swoich mężów i bardzo rzadko były za to doceniane. Narzekały na swoje życie, nie potrafiąc lub nie chcąc go zmienić, ale miały rodzinę, a ja nie. Może nie mając wzorca w domu, dorastając bez ojca, nie byłam w stanie stworzyć szczęśliwego związku?
"Gdzie teraz jesteś, Azjo?" - takie nadałam przezwisko osobnikowi, który mnie spłodził. Był polskim Tatarem, może dalekim krewnym Tuhaj-beja? Odziedziczyłam po nim lekko skośne oczy, wystające kości policzkowe, czarne włosy i śniadą cerę. W szkole opowiadałam, że ojciec nie żyje. Nie odbiegało to za bardzo od prawdy, bo dla mnie umarł i nawet nie marzyłam o jego cudownym odnalezieniu. Nie mogłam wybaczyć mu, że porzucił mnie i Michalinę.
- Jak mam ciebie kochać? - szepnęłam, patrząc na śpiącego u mojego boku mężczyznę. - Czy będzie z tobą tak samo, jak z wszystkimi innymi?
Wrażliwy, czuły Jędrek nie miał w sobie nic z macho. Kochał matkę, ale nie był w nią zapatrzony. Odrobina szaleństwa dodawała mu uroku. Uśmiechnęłam się na wspomnienie tego porwania do tańca, czy szybkiej decyzji o ślubie. Może tak jak ja, miał dosyć samotności? Intrygowała mnie tylko jedna rzecz. A właściwie osoba. Była nią Hela. Poznałam ją zaledwie dwa dni temu, a myślałam o niej więcej niż o Jędrku. Czyżbym była bardziej złakniona matczynej miłości?
Rozejrzałam się jeszcze raz po sypialni, która miała być naszą wspólną. W myślach zaczęłam ją urządzać. Najpierw pozdejmowałam ze ścian wszystkie obrazy zmarłej, potem skupiłam się na kolorystycznych rozwiązaniach - nie mogłam żyć otoczona tą śnieżną białością. Ze zgrozą uświadomiłam sobie, że moje plany są zupełnie nierealne. Nie mogę przedstawić ich narzeczonemu, bo zostałoby to odebrane jako brutalna propozycja wyrzucenia z pamięci osoby, którą kochał. Poczułam się nagle niezmiernie obco w tym domu i zatęskniłam do mojej sypialni.
"Może zadzwonić do Heli i z nią porozmawiać?"
Wstałam cichutko z łóżka, przeszłam do salonu i odnalazłam telefon. Wykręciłam numer.
- Halo? - zabrzmiał w słuchawce zaspany głos.
- O Boże! Zapomniałam spojrzeć na zegarek. Przepraszam, zadzwonię później.
- To ty Joleczka? Nie przejmuj się. Zwykle wstaję wcześnie, ale wczoraj gadałyśmy z Wandą do późnej nocy i zaspałam. Jak tam u was? Wszystko porządku?
Ta "Joleczka" zabrzmiało tak błogo. Dla tego jednego słowa warto było zadzwonić.
- Hela, chciałabym do ciebie przyjechać. Jest tyle rzeczy, o które muszę cię zapytać. Szkoda, że już jutro wyjeżdżam.
- Nie martw się. Przecież zawsze możesz napisać, zadzwonić, a niedługo przeprowadzisz się do nas na stałe.
- A jak tam Wanda? - rzuciłam grzecznościowo, niezbyt pocieszona słowami Heli.
- Ma się znakomicie. Śpi jak suseł, je za trzech i dzisiaj znowu zamierza iść w góry. Nie na dużą wyprawę, bo wysoko leży jeszcze śnieg, ale na pobliskie, leśne szlaki. A wieczorem czas pewnie upłynie na zwierzeniach.
Poczułam zazdrosne ukłucie w sercu. Tak chciałam zamienić się z Wandą miejscami.
- Cieszę się, że ma u ciebie tak dobrze. Kiedy zamierza wracać?
- Niezbyt prędko. W domu teściowa zajmuje się Romkiem i Marysią, a Michał podobno mniej pije i nawet raz poszedł z nimi na spacer. A ty, Joluś, dzwoń i pisz, jak masz jakieś problemy albo ot tak i bez nich, to sobie pogadamy, jak baba z babą - Hela zaśmiała się wypowiadając ostatnie słowa.
Zapewniłam ją o chęci częstego utrzymywaniu kontaktu i odłożyłam słuchawkę.
Z sypialni doleciały mnie przeraźliwe ziewnięcia i wkrótce w drzwiach stanął mój ukochany, rozkosznie się przeciągając. Podszedł do mnie miękko jak kot, i jak kot zaczął się przytulać. Delikatnie i ciepło. Rozleniwieni, jeszcze w pidżamach, zjedliśmy śniadanie, patrząc sobie w oczy. Nie potrzebowaliśmy mówić do siebie, aby odgadnąć swoje myśli. Nie spiesząc się, około południa ruszyliśmy na włóczęgę po Zakopanem. Wchodziliśmy do galeryjek, sklepików, księgarni. Oglądaliśmy obrazy, wyroby ze szkła, biżuterię. Trzymaliśmy się cały czas za ręce i dobrze nam było ze sobą. Czułam, że jesteśmy dobraną parą przyjaciół, lecz nie potrafiłam z siebie wykrzesać objawów wielkiego zakochania. Natomiast widziałam je u Jędrka i sprawiały mi one przyjemność. Tak chciałam mu odwzajemnić się tym samym, więc co jakiś czas przystawałam, żeby go pocałować. Lunch upłynął nam na miłej rozmowie. Wypytywałam Jędrka o jego pracę i okazało się, że tak jak ja lubił uczyć młodzież. Razem z matką organizował plenery i dzięki nim zaprzyjaźnił się z uczniami. Doszliśmy do pamiętnej karczmy, miejsca naszego pierwszego spotkania. Teraz było w niej zupełnie inaczej - pusto. Góralski zespół miał grać dopiero wieczorem. Usiedliśmy przy stoliku i, popijając powoli piwo, wspominaliśmy nasze pierwsze spotkanie rozpoczęte tańcem.
- Niedługo zatańczymy na naszym weselu - Jędrkowi zaśmiały się oczy.
Odpowiedziałam mu uściskiem dłoni. Ja również cieszyłam się na nasz ślub, który oznaczał tyle zmian w moim życiu. W tamtej chwili nie żałowałam rozstania się z uczniami, Wandą czy moim pokojem. To były elementy przeszłości, silnie związanej z Michaliną, które chciałam całkowicie przekreślić i zacząć wszystko od początku. Jędrek był częścią nowego etapu.
W ostatni wieczór i w ostatnią noc było miło i tak jakoś zwyczajnie. Jakbyśmy od dawna byli małżeństwem. Jedynie obrazy Mai patrzące na nas ze ścian przypominały mi, że to nie mój dom. Rano spakowałam plecak, zjedliśmy śniadanie i ani się obejrzałam, a już byłam w przedziale, wygodnie ulokowana przy oknie z książką ulubionego Kołakowskiego w ręce.
Poznańskie mieszkanie nie pachniało już starym człowiekiem, ale unosiła się w nim nikła woń psa. Z obawą weszłam do sypialni Michaliny, usiadłam na brzegu łóżka porządnie przykrytego wypłowiałą, szydełkową kapą. Przypomniała mi się matka leżąca nago w lodowato zimnym pokoju, powtarzająca w gorączce imię zmarłego brata. Poczułam się nieswojo. Spojrzałam na obraz tańczącej góralki.
"Kto go namalował? Dlaczego trafił do matki?"
Podbiegłam do telefonu i wykręciłam numer Heli.