Rozdział 2. Tęskniłem za moim nazwiskiem padającym z jej ust
ASHTON
Chwytam dłoń towarzyszącej mi kobiety i przechodzę przez niemal pusty salon państwa Handersów. Tuż za drzwiami balkonowymi rozgrywa się ślubne przyjęcie mojej siostry.
Przyjęcie, na które się spóźniłem.
- Stresujesz się?
- Nie - kłamię, gapiąc się tępo na otwarte drzwi. - Nie - powtarzam sam do siebie.
- Więc możesz przestać łamać mi palce? - pyta ze śmiechem Camilla. - To boli, Ash.
Puszczam szybko jej rękę i krzywię się, gdy zauważam, jak bardzo poczerwieniała jej skóra.
- Przepraszam - mówię spięty. - Myślałem, że nad tym panuję.
- Po to tu jestem - zapewnia mnie spokojnym głosem. - Będzie dobrze. Tylko już nie napinaj się tak, bo marynarka ci pęknie.
Camilla jest jedną z tych kobiet, których chciałem unikać, ale ona mi na to nie pozwoliła. Jest piękna, mądra i utalentowana, ale też nieco rozchwiana emocjonalnie. Do tego pewna siebie i nieuznająca słowa "nie". Jako trzydziestoletnia prawniczka ma wiele osiągnieć na gruncie zawodowym, ale niewiele może powiedzieć o swoim życiu osobistym. Nie ma rodziny ani znajomych. Całkowicie oddaje się pracy, przez co nie skupia się na relacjach damsko-męskich. Na początku myślała, że jestem odpowiednim kandydatem na partnera, ale z czasem zrozumiała, jak bardzo nie pasuję do tej roli. Wyjaśniłem jej, czego może ode mnie oczekiwać, a ona na to przystała. Obiecaliśmy sobie, że będzie nas łączyć wyłącznie przyjaźń. Parę razy poszliśmy do łóżka, ale ledwo to pamiętam. Byłem zbyt pijany, by zrozumieć, co robię. Po pierwszym razie chciałem uciec. W końcu to wychodzi mi najlepiej.
Jednak Camilla postawiła sprawę jasno: stwierdziła, że potrzebujemy siebie nawzajem i nie pozwoli mi spieprzyć. Ta kobieta potrafi rozproszyć moją uwagę bezsensownymi żartami czy opowieściami, które słyszała od klientów. To właśnie dlatego przyleciała tu ze mną. Gdy będę potrzebował rozproszenia, ona będzie obok niczym anioł stróż.
Pobyt w Bostonie był moim osobistym piekłem. Przez pierwszy miesiąc zapijałem się w pustym mieszkaniu, w którym na środku małego salonu znajdował się jedynie materac. Nawet nie próbowałem zacząć żyć od nowa. Wolałem się nad sobą użalać.
Po dwóch miesiącach obsługiwałem niemal każdą sprawę w kancelarii wspólnika.
Po dwóch latach wiedziałem, że tylko praca mnie uratuje. Spędzałem więcej czasu w sądzie niż w mieszkaniu. Stałem się pracoholikiem, który uparcie wierzył, że kiedyś całkowicie zapomni.
I co, kurwa? Nie zapomniałem.
- Nie reaguj na złośliwość Haley - odzywam się beznamiętnym głosem, po czym kładę dłoń na dole pleców Camilli. - Wolałbym, żebyś nie pokłóciła się z moją siostrą.
- Spokojnie. - Śmieje się znów i macha lekceważąco ręką. - Myślę, że sobie poradzę.
- Po prostu odwracaj moją uwagę. Tylko tyle, Camillo.
Stałem się zgorzkniały, ale ona dobrze mnie zna i wie, że to nie z jej powodu jestem oschły. Stałem się najgorszą wersją samego siebie, ale ona to znosi. Jest przyjaciółką, której nigdy nie planowałem mieć.
Nigdy nie chciałem czuć się w taki sposób, ale nie potrafię inaczej. Ostatni raz uśmiechałem się szczerze trzy miesiące temu, gdy Haley wpadła z niezapowiedzianą wizytą. Tylko ona przyleciała do Bostonu, by mnie odwiedzić. Jestem samotny, ale na własne życzenie. Nie mogę nikogo za to winić. To ja jestem jebanym problemem.
- Oczywiście, Ash. Jestem tu dla ciebie.
Naiwnie wierzę, że dzięki jej obecności zdołam przetrwać ten wieczór. Chciałbym tylko przywitać się z siostrą i mamą. Niczego więcej nie planuję. Mogę zmyć się stąd kwadrans później.
Im dalej idziemy, tym więcej osób się nam przygląda. Kilka ciotek mruga do mnie porozumiewawczo, jakbym pokazał właśnie światu swoją przyszłą żonę. Nie mają pojęcia, jak bardzo się mylą. Uśmiecham się do nich uprzejmie, ale nie przystaję, by porozmawiać. Wymijam je, przedzierając się przez tłum ludzi celebrujących szczęście Haley i Willa.
Haley i Will.
Moja młodsza siostra i mój... były przyjaciel.
Nie ukrywam, że informacja o ich związku trochę namieszała mi w głowie. W pierwszej chwili chciałem wracać do Nowego Jorku. Pomyślałem, że skoro oni mogą być razem, to ja i...
Nie, Ash. Nie idź tą drogą.
- A jak w ogóle wygląda twoja siostra? - dopytuje Camilla. - Wiem, że może mieć suknię ślubną, ale równie dobrze mogłaby się przebrać i wtedy...
- Jest ruda - wtrącam szybko, przerywając jej.
- Tylko tyle?
- Ruda i wredna.
- Ale...
- Ashton! - krzyczy nagle moja matka, sprawiając, że zatrzymujemy się w połowie drogi. Podbiega do nas na wysokich szpilkach, które niekoniecznie nadają się na taką powierzchnię. - Ash! Synku!
Uśmiecham się lekko i odsuwam od Camilli, by objąć mamę. Pochylam się i całuję jej lewy policzek.
Tak cholernie za nią tęskniłem, że teraz nawet nie wiem, co powiedzieć. Rozmowy telefoniczne to nie to samo co spotkanie na żywo.
- Cześć, mamo - odzywam się słabo.
- Jak dobrze cię widzieć - szepcze, kładąc obie dłonie na mojej twarzy. W jej oczach pojawia się kilka łez, które powoli zaczynają spływać po policzkach. - Nareszcie.
W jej głosie słyszę ulgę i robi mi się niedobrze, bo wiem, że za kilka dni wracam do Bostonu. Ta kobieta przepłakała wiele nocy z mojego powodu. Nie mogła pogodzić się z tym, że opuściłem rodzinę. Była pewna, że za moim wyjazdem stało coś innego niż sama chęć przeniesienia kancelarii do innego miasta. Czuła, że przed czymś uciekłem.
A gdy potrzebowała mnie w czasie rozwodu z ojcem, nie przyjechałem, by ją wesprzeć.
Tego nigdy sobie nie wybaczę.
Z trudem przełykam ślinę i staram się uśmiechnąć najszerzej, jak potrafię. Jeszcze przyjdzie czas na kolejną rozmowę o moim życiu osobistym.
- Bardzo mi miło w końcu panią poznać - mówi głośno Camilla, przypominając o swojej obecności.
Zerkam ostrożnie w jej stronę i łapię za jej drżącą dłoń.
- Mamo, to jest Camilla. Moja znajoma.
- Camilla... - wzdycha zaskoczona mama, patrząc na mnie z przerażeniem. Następnie przenosi spojrzenie na moją partnerkę i podaje jej wypielęgnowaną dłoń. - Mnie także jest miło.
Zakładałem, że widok kobiety u mojego boku ją ucieszy.
A jednak moja matka stoi niemal nieruchomo i przygląda się Camilli tak, jakby moja towarzyszka była intruzem na rodzinnym przyjęciu. Ścisnęła jej dłoń uprzejmie, ale krótko, z kolei uśmiech na jej twarzy nie pojawił się nawet na ułamek sekundy.
- Przyznam, że nie spodziewałam się... - Milknie nagle, szukając odpowiednich słów. - Tego.
- Ash w ostatniej chwili poprosił, bym z nim przyleciała - tłumaczy Camilla.
Nie prosiłem. Zaproponowałem, nie wierząc do końca, że to dobry pomysł. W przypływie stresu zdałem sobie sprawę, że potrzebuję kogoś, kto odwróci moją uwagę od tego, co mnie czeka.
- Niebywałe - komentuje cicho mama. Przygląda mi się z tą samą karcącą miną co kiedyś. - Zaskoczyłeś mnie, synu.
Jej ton się zmienił. Wzruszenie z powodu mojego przyjazdu zniknęło, jego miejsce zajęła oschłość, jaką pokazywała, gdy chciała ukryć prawdziwe emocje.
Jest zawiedziona. Widzę to aż za dobrze. Czym, do cholery? To nie na ten moment czekała od lat? Zawsze powtarzała, że w końcu będzie za późno na założenie rodziny. Próbowała mi wmówić, że potrzebuję żony.
A teraz, gdy przedstawiam jej tę kobietę, matka zachowuje się, jakbym ją zawiódł.
- Jest pani niemożliwie podoba do syna - wtrąca kolejny raz Camilla. Uśmiecha się szeroko, próbując za wszelką cenę przekonać do siebie moją rodzicielkę. - To znaczy... On jest podobny do pani. Bardzo.
- Dziękuję - odpowiada uprzejmie matka.
Biorę głęboki wdech i aby ukryć drżenie dłoni, wkładam je w kieszenie spodni. Nie potrzebuję kolejnych problemów i kłótni. Najgorsze, z czym muszę się zmierzyć, dopiero przede mną.
- Poszukaj lepiej Haley - dodaje po chwili mama, już znacznie przyjemniejszym głosem. - To jej wielki dzień, a ty się spóźniłeś.
Nie zdążyłem na ceremonię, za co zapewne oberwę. To nie moja wina, tylko lotniska, które opóźnia loty, tłumacząc się złymi warunkami pogodowymi. Chciałem być od samego początku, a zamiast tego jestem pod koniec weselnego przyjęcia.
Żegnam się z mamą i prowadzę Camillę przez tłum. Ludzie rozchodzą się do stolików, utrudniając mi znalezienie tej jednej rudowłosej. W głowie już zaczynam przygotowywać przemowę z przeprosinami, choć wiem, że to niewiele da. Jeśli Haley będzie chciała mi dokopać, to i tak to zrobi. Nie będę jej powstrzymywał, bo mi się należy.
Przepychamy się w poszukiwaniu siostry, mijając na wpół pijanych gości. Luzuję nieco krawat, bo powoli czuję, jak zaczyna brakować mi powietrza. Pierwszy raz stresuję się spotkaniem z własną siostrą. Ja pierdolę. Im jest starsza, tym wydaje się groźniejsza.
W końcu docieram do prowizorycznego parkietu z podświetlaną podłogą. Przeczesuję wzorkiem tłum. Parkiet pustoszeje, a ja już nie szukam wkurzonej na mnie panny młodej.
Mój wzrok utkwiony jest w tej, której szukać nie chciałem.
O ja pierdolę...
Stoję jak zahipnotyzowany, nie wiedząc, co mam ze sobą zrobić. Podejść do niej i się przywitać czy lepiej spierdolić? W ucieczce jesteś przecież najlepszy, Ash. Widzę jedynie czarne włosy do ramion, które zasłaniają jej twarz.
Nie, kurwa. Nie mogę o tym myśleć. Nie mogę na nią patrzeć i zastanawiać się, jak bardzo zmieniła się jej twarz. Muszę odejść. Muszę jak najszybciej...
- Mamo, a mogę zatańczyć z nim?
Mamo?
Charlie obraca się gwałtownie w moją stronę, a tuż obok niej zauważam jej malutką kopię.
Kopię...
Dziewczynka ma tak samo ciemne włosy jak Charlie i duże oczy, w których widać radość.
Dopiero teraz tracę powietrze. Duszą mnie moje własne ubrania, które mam ochotę wypierdolić, by poczuć chociaż odrobinę ulgi. Patrzę oniemiały na przestraszoną Charlie. Nie odpowiada dziewczynce. Jest w zbyt wielkim szoku, by cokolwiek zrobić.
Dlatego postanawiam tym razem okazać się mężczyzną, a nie tchórzem.
Muszę w końcu się odezwać. Na ucieczkę jest już za późno.
- Witaj, mała Charlie - odzywam się zachrypniętym głosem.
Wypowiedzenie do niej tych słów to najtrudniejsze, co przyszło mi zrobić od dawna.
Jest piękna. Zajebiście piękna.
Chciałbym do niej podejść, ale nie wiem, czy mogę sobie ufać. Co miałbym niby zrobić? Objąć ją? Pocałować w policzek na powitanie?
- Woods.
Unoszę kąciki ust w szczerym uśmiechu.
Tęskniłem za moim nazwiskiem padającym z jej ust. Tylko ona potrafi wypowiedzieć je w tak seksowny sposób.
Dziewczynka niespodziewanie puszcza jej dłoń i rusza w moją stronę.
- To mogę? - pyta, zerkając po drodze na Charlie. - Mamo, mogę?
Czuję obok siebie ruch i duszące perfumy Camilli. Wsuwa rękę pod moje ramię, czym zwraca uwagę Charlie.
- Pani jest żoną? - dopytuje głośno dziewczynka, która stanęła tuż przed nami. - Mogę zatańczyć z pani mężem?
Krew odpływa mi z mózgu. Mam wrażenie, że lewituję.
- Oczywiście - odpowiada radośnie Camilla. - Pożyczam ci go, ale tylko na chwilkę.
Charlie blednie. Widzę, jak kładzie dłoń na brzuchu i zaciska usta w wąską linię.
I nagle mam ochotę wsiąść z powrotem do samolotu.
Kurwa, Ash, co ty tu robisz?