Wstęp
Prawdziwy sekret
Wszechświat ma cię w nosie. Choć nie brzmi to jak dobra wiadomość, ale
nią jest. Wszechświat ma cię w nosie nie dlatego, że na to zasługujesz
albo nie współgrasz z kosmosem, ani też z powodu klątwy, która ciąży na
tobie od dziesięciu pokoleń. Nie obchodzisz wszechświata, ponieważ nic
go nie obchodzi.
Wielu ludzi wiedzie życie w nadziei, że rozwiązanie problemów i osiągnięcie pełni przyjdzie z zewnątrz, może to będzie los na loterii,
mądry przewodnik znający odpowiedzi na wszystkie pytania, guru, anioł
stróż, jakaś magiczna istota, siła, energia albo siedzący gdzieś we
wszechświecie dżin, który nam wszystko poukłada. Ja również bardzo
chciałem w to wierzyć przez wiele lat. Uważałem, że istnieje surowy
kosmiczny rodzic, który śledzi nasze poczynania i decyduje, czy
zasłużyliśmy na wymarzony dom, spotkanie bratniej duszy albo uzdrowienie
z raka. Dzisiaj, będąc lekarzem i neuronaukowcem, wiem, że nie ma
dowodów na istnienie takich istot ani sił, natomiast nauka wielokrotnie
potwierdziła istnienie mocy umysłu zdolnej dokonać zmian, które z początku wydają się nieosiągalne. To praktyka manifestacji.
W kulturze popularnej pokutuje wiele nieporozumień dotyczących
manifestacji. Zanim przejdę dalej, wyjaśnię, jak ja rozumiem ten termin:
manifestowanie jest takim zdefiniowaniem intencji1 i osadzeniem jej w podświadomości, by funkcjonowała poza naszą
świadomością. To pobudza ukierunkowane na cel sieci nerwowe w mózgu, co
sprawia, że intencja staje się ważna i godna uwagi. W praktyce oznacza
to, że niezależnie od tego, czy intencja jest uświadomiona, czy nie, w mózgu cały czas jest aktywny mechanizm zorientowany na cel. Teraz
uwewnętrzniona intencja nadaje kierunek naszemu życiu. Wykorzystując
wewnętrzną siłę uruchamiającą ogromne zasoby mózgu, stopniowo
ograniczamy oddziaływanie środowiska zewnętrznego i zaczynamy żyć
zgodnie z najgłębszymi intencjami.
Pierwszym krokiem ku gwarantującej powodzenie manifestacji jest wyzbycie
się przekonania o istnieniu zewnętrznego źródła rozwiązywania problemów,
które objawia się w twoim życiu. Jeśli pragniesz wieść bogate, dostatnie
i sensowne życie, nie możesz liczyć na żadną zewnętrzną moc. Musisz
uwierzyć, że źródłem dobrostanu i sukcesu jest wyłącznie siła twojego
umysłu. W rzeczywistości ten sam umysł, który wynajduje przeszkody na
drodze do upragnionego życia, jest jednocześnie źródłem intencji, które
urzeczywistnią twoje pragnienie. W tym tkwi prawdziwy sekret.
Musisz sam o siebie zadbać. To jest prawdziwa magia.
Mówię to jako neurochirurg, który badał i operował mózg, jako
neuronaukowiec z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem w badaniu
ludzkiego umysłu, jako praktyk technik duchowych, który wspólnie z Dalajlamą i innymi przywódcami duchowymi uczył współczucia tysiące
ludzi, a także jako człowiek, który do tego wszystkiego doszedł dzięki
ciężkiej pracy.
Manifestacja jest kultywowaniem żarliwej wiary w możliwość. Będąc
dzieckiem, dobitnie uświadomiłem sobie, jak wielkim ograniczeniem w życiu człowieka są negatywne okoliczności. Wychowałem się w biednej
rodzinie, z ojcem uzależnionym od alkoholu i matką chorą na przewlekłą
depresję, ze skłonnościami samobójczymi. Wydawało mi się, że życie jest
karą albo przekleństwem, albo - co było najgorsze - chaotycznym,
rządzonym przez przypadek bałaganem, pozbawionym harmonii i przyczyny.
Może ty również usiłujesz odkryć sens w tym, co wydaje się przypadkową
egzystencją, może zastanawiasz się, dlaczego ty i twoi bliscy
doświadczacie niezasłużonego cierpienia, któremu nie jesteś w stanie
zapobiec. Te zmagania zaczynają ograniczać wizję możliwości, coraz
bardziej i bardziej ją zawężają.
Latami godziłem się na to, by zewnętrzne okoliczności decydowały o warunkach, w jakich żyłem. Nie wierzyłem, że jestem w stanie dokonać
jakiejś istotnej zmiany. Często tak się dzieje, kiedy przeżywamy traumę:
ból i wstrząs wywołane druzgocącym doświadczeniem przejmują nadmierną,
trudną do pokonania władzę nad umysłem, a konfrontacja budzi
przerażenie. Badacze zajmujący się epigenezą odkryli2, że ten
ból jest na tyle silny, że może modyfikować nie tylko nasze geny, ale
również geny następnych pokoleń. Umysł i ciało organizują się w taki
sposób, aby uniknąć podobnej traumy w przyszłości. W tym procesie
świadomość zostaje uwięziona w pułapce reagowania na niepewny i przerażający świat zewnętrzny, zamiast wyobrażać sobie możliwe zmiany.
To pozbawia nas energii, uwagi i koncentracji, dzięki którym moglibyśmy
realnie zmienić swoje życie; nasza moc ulega rozproszeniu. Nieświadomie
wymieniamy wewnętrzną siłę sprawczą na myślenie magiczne. Marny interes.
Świat naprawdę bywa bardzo niesprawiedliwy i ta niesprawiedliwość może
zniszczyć ludzkie marzenia. I choć kiedyś postrzegałem świat jako
niesprawiedliwy dla mnie, dzisiaj wiem, że mnóstwo ludzi doznaje jeszcze
większej niesprawiedliwości zarówno indywidualnej, jak i systemowej.
Żyją w społeczeństwach, w których przynależność rasowa, klasowa,
religijna, orientacja seksualna, ekspresja płci oraz inne arbitralnie
przyjęte kryteria są powodem tworzenia strukturalnych blokad
ograniczających zdolność do manifestowania. Inni ludzie, dotknięci
poważnymi chorobami ciała i umysłu, nie doznają ulgi w cierpieniu, co
również podkopuje ich wiarę w umiejętność manifestowania.
Manifestowanie nie jest lekarstwem na wszelkie cierpienia ani
rozwiązaniem problemów. Podobnie jak w wypadku innych aktywności
człowieka jest ograniczone wieloma czynnikami, na które nie mamy wpływu,
i niezależnie od naszych intencji to rzeczywistość ma ostatnie słowo.
Mając to na uwadze, wykorzystanie technik manifestacji z dużym
prawdopodobieństwem pomoże wprowadzić zmiany, jeśli istnieje taka
możliwość.
Duże wrażenie wywarła na mnie historia jeńca z czasów wojny
wietnamskiej, który praktykował postawę "długoterminowego
niespecyficznego optymizmu". Nie wiedział, kiedy zostanie wyzwolony i czy w ogóle to nastąpi, więc uznał, że nie ma wpływu na swoją aktualną
sytuację: próba walki z wrogiem prawdopodobnie zakończyłaby się śmiercią
albo utratą chęci do życia z poczucia beznadziejności. Świadome
praktykowanie optymizmu pozwoliło mu wytrwać w nadziei na zmianę
sytuacji. Wykorzystał moc umysłu, aby zachować wiarę w szanse
uwolnienia. To uczyniło go odporniejszym. Dzięki optymistycznemu
nastawieniu po oswobodzeniu spoglądał z nadzieją w przyszłość, zamiast
rozpamiętywać minione wydarzenia.
Uważam, że manifestowanie jest w istocie praktykowaniem dobrego
samopoczucia, zaangażowania w świecie i dobrego życia. Dzięki tej
praktyce kultywujemy dyspozycyjny optymizm3, definiowany jako
ogólna skłonność do oczekiwania pomyślnych rezultatów w ważnych
dziedzinach życia. Badania ujawniły imponujące korzyści zdrowotne
wynikające z dyspozycyjnego optymizmu: lepsze funkcjonowanie układu
krążenia, przyspieszone gojenie ran, a nawet spowolnienie postępu
chorób. Podczas gdy niektórzy uznają, że jedyną miarą udanej
manifestacji są konkretne rezultaty, według mnie takie podejście jest
błędem. Prawdziwym darem systematycznego wizualizowania intencji jest
życie w optymistycznym poczuciu, że los działa na naszą korzyść, dzięki
czemu stajemy się zarówno wrażliwsi, jak i odporniejsi, niezależnie od
tego, co przynoszą zewnętrzne okoliczności.
Praktyka manifestacji znana jest od tysięcy lat. To, co dzisiaj
kojarzymy z manifestacją, wywodzi się z tradycyjnych hinduskich świętych
ksiąg Wedy. W upaniszadzie Mundaka znajdujemy następujące twierdzenie:
"Jaki świat człowiek o czystym zrozumieniu wyobraża sobie w swoim
umyśle, jakie pragnienia pielęgnuje, ten świat zdobywa i pragnienia
urzeczywistnia" (3.2.10)4. Budda podobnie komentował potężną moc
myśli w kształtowaniu naszego doświadczania świata, co wyraził w następujących słowach: "Do czego zmierza mnich w swoim myśleniu i rozważaniach, ku temu skłania się jego świadomość"5.
W XIX wieku ruch religijny Nowej Myśli stworzył pojęcie "prawa
przyciągania", czerpiąc z różnorodnych źródeł religijnych i filozoficznych, włącznie z alchemią, amerykańskim transcendentalizmem,
chrześcijańskimi pieśniami gospel i hinduizmem. Istotą tego poglądu jest
przekonanie, że myśli determinują naturę doświadczeń pojawiających się w życiu jednostki: pozytywne myśli przynoszą pomyślne doświadczenia, a negatywne - przeciwnie. Nowa Myśl zainspirowała większość opracowań na
temat manifestowania z literatury popularnej w kulturze Zachodu, od
Napoleona Hilla Myśl i bogać się, przez Moc pozytywnego myślenia
Normana Vincenta Peale'a (1952), po najbardziej znany, choć nie
najlepszy Sekret Rhondy Byrne.
Pojęcie prawa przyciągania doprowadziło do niefortunnego nieporozumienia
co do natury manifestacji. Po pierwsze została skojarzona z egocentryczną ewangelią dobrobytu, promowaną przez naszą
materialistycznie zorientowaną kulturę, która każe wierzyć, że bogactwo,
mieszkanie w rezydencji i posiadanie drogiej limuzyny przynoszą
szczęście, więc należy dokonać niezbędnych zmian w zachowaniu, aby
zrealizować te pragnienia. Jednak najbardziej szkodliwe było
upowszechnianie przekonania, że bolesne i niesprawiedliwe doświadczenia,
które nas spotykają, są skutkiem naszego myślenia. Mam nadzieję, że
dzięki tej książce przyjmiesz koncepcję manifestacji jako drogi
prowadzącej do życia z sensem i celem, a finalnie uświadomisz sobie, co
naprawdę jest ważne.
Manifestowanie przez długi czas było ograniczane do tego samego
pseudonaukowego, naszpikowanego frazesami obszaru New Age co astrologia,
tarot i wiara w moc kryształów. Do niedawna nie istniały możliwości
naukowego badania procesów w mózgu, które urzeczywistniają intencje.
Znaczący rozwój obrazowania umożliwił obserwowanie transformacji
dokonujących się w ośrodkowym układzie nerwowym na poziomie komórkowym,
genetycznym, a nawet molekularnym. Obecnie mówimy o manifestowaniu w ujęciu kognitywnej neuronauki i funkcji wielkoskalowych sieci
mózgowych6. To nam pokazuje, że manifestowanie nie jest
programem szybkiego bogacenia się ani mylnie rozumianym systemem
spełniania życzeń, lecz przejawem nadzwyczajnej zdolności mózgu do
zmiany, samoleczenia i przetwarzania samego siebie, znanej jako
neuroplastyczność.
Neuroplastyczność to ogólny termin określający trwającą całe życie
zdolność mózgu do modyfikacji, zmiany oraz przystosowywania struktury i funkcji pod wpływem doświadczenia, ale również poprzez powtarzanie i intencję, co umożliwia tworzenie nowych połączeń i eliminowanie tych
nieefektywnych, które już nam nie służą. Poprzez ukierunkowanie uwagi
jesteśmy w stanie faktycznie zmieniać nasze mózgi, wytwarzając więcej
substancji szarej w obszarach odpowiadających za uczenie się, działanie
i pozwalających na manifestowanie. Adaptując się, mózg wprowadza zmiany,
które mogą radykalnie i pozytywnie wpływać na wszystko - od choroby
Parkinsona po przewlekłe bóle i nadpobudliwość psychoruchową z zaburzeniami uwagi (ADHD). To dzięki neuroplastyczności zmieniamy mózg
za pomocą intencji i praktykowania manifestowania naszej wizji
rzeczywistości.
Zasadniczo manifestowanie jest procesem intencjonalnego wbudowywania do
podświadomości myśli i wyobrażeń o upragnionym życiu. Wszyscy
manifestujemy zamiary, a że nie mamy wiedzy ani żadnego przeszkolenia,
rezultaty bywają przypadkowe, niejasne i nieścisłe. Chcąc świadomie
manifestować, trzeba się nauczyć, jak przejąć moc uwagi i nią kierować,
oraz zrozumieć mechanizmy fizjologiczne, które pozwalają ukierunkować
uwagę oraz poznać przeszkody i błędne przekonania ograniczające
możliwości w tym zakresie. Upragniony cel, na który świadomie kierujemy
uwagę, staje się ważny dla mózgu. Wbudowanie celu dokonuje się za pomocą
procesu tagowania wartości7, czyli sposobu podejmowania przez
mózg decyzji o tym, co jest istotne i warte zapisania w najgłębszych
strukturach podświadomości. Kiedy wizualizujemy, wzbudzamy silne
pozytywne emocje, a one są dla systemu selektywnej uwagi sygnałem, aby
otagować upragniony cel jako bardzo istotny i powiązać go z systemem
nagrody. Wizualizacja jest skuteczna, ponieważ mózg, o dziwo, nie
odróżnia fizycznie przeżywanej rzeczywistości od tej intensywnie
wyobrażonej.
Gdy cel zostanie osadzony w podświadomości, mózg pracuje jak pies
myśliwski, szukając okazji do jego realizacji i angażując w to
wyszukiwanie pełną moc świadomego i nieświadomego umysłu. Kiedy okazja
się pojawi, dostrzegamy ją i reagujemy, podejmując niezbędne działania
zbliżające nas do celu. Powtarzamy procedurę wbudowywania zamierzeń
wielokrotnie. Po wykorzystaniu wszystkich sposobów manifestowania celu
przyjmujemy, że to wszystko, co można zrobić, i nie przywiązujemy się do
wyniku. Manifestacja kieruje się własnym harmonogramem, który może, choć
nie musi być zgodny z naszym. W rzeczywistości nie wszystkie nasze cele
będą się manifestować, istnieje wiele powodów, dlaczego tak się dzieje,
niekoniecznie oczywistych w danym momencie.
W mojej pierwszej książce Mózg i serce - magiczny duet opisałem
historię doniosłego spotkania, które przydarzyło mi się w dzieciństwie i na zawsze odmieniło moje życie. Dorastając w regionie High Desert w Kalifornii, zaznałem biedy; zakleszczony w bolesnej sytuacji rodzinnej
byłem przekonany, że w wyniku jakiejś klątwy moje życie jest
bezwartościowe i zdane na łaskę okoliczności. Pewnego letniego dnia, gdy
moi rodzice wdali się w kłótnię, wsiadłem na rower i pojechałem jak
najszybciej i jak najdalej od domu. Cały pokryty kurzem trafiłem do
sklepu z artykułami dla iluzjonistów, gdzie siedziała miła kobieta o imieniu Ruth. Miała na sobie luźną, kolorową sukienkę i spojrzała na
mnie znad czytanej książki. Nosiła okulary z łańcuszkiem okalającym jej
szyję. Przywitała mnie nadzwyczaj promiennym uśmiechem, którego
naturalność sprawiła, że poczułem się dobrze, czułem, że jestem tu
bezpieczny. Wyjaśniła mi, że sklep jest własnością jej syna, a ona nie
ma pojęcia o magii. Po dwudziestominutowej rozmowie stwierdziła, że
zamierza spędzić w mieście sześć tygodni tego lata, i zaproponowała, że
jeśli będę codziennie przychodził do sklepu, nauczy mnie innej magii.
Przez sześć tygodni karmiła mnie ciasteczkami z czekoladą i wprowadzała
w tajniki "prawdziwej magii", jak nazywała metody, za pomocą których
mogłem odprężyć ciało, ujarzmić myśli, otworzyć serce oraz sprecyzować i zwizualizować moje zamiary. Na zapleczu magicznego sklepu spędziłem
wiele godzin na włochatym, brązowym dywanie, naprzeciwko Ruth siedzącej
na metalowym krześle - ten szczęśliwy czas był pierwszym moim kontaktem
z neuroplastycznością. Życzliwość i uwaga Ruth przeprogramowały mój
mózg.
Pomimo mojej początkowej niepewności, zmieszania i obaw Ruth nauczyła
mnie dystansowania się od swoich myśli na tyle, abym zobaczył, że są to
po prostu myśli, które przepływają jedna po drugiej przez mój umysł i znikają. Na początku reagowałem lękiem lub agresją na przerażający głos
i katastroficzne obrazy pojawiające się w mojej głowie, ale dowiedziałem
się, że negatywne myśli mogę zastąpić pozytywnymi, akceptującymi. Mogę
odrzucić głos mówiący: "Tacy jak ty nigdy niczego nie osiągną" i zastąpić go głosem osoby, jaką chciałem być, wiodącej takie życie, o jakim marzyłem. Odkryłem, że mam mózg, który można zmienić, stworzyć
nowe ścieżki prowadzące do uzdrowienia poprzez powtarzanie intencji.
Dzięki pomocy Ruth odkryłem w sobie wewnętrzną siłę.
Wówczas jeszcze nie rozumiałem, że to, czego mnie nauczyła Ruth, dzisiaj
nazwalibyśmy manifestowaniem. Była w niej swoista magia i to, co mi
przekazała, też było magiczne. Jej praktyczne rady pomogły mi poznać
siłę ludzkiego mózgu i serca, na długo zanim zostałem neurochirurgiem.
Podniesiony na duchu dzięki życzliwości i trosce Ruth dałem się
pochłonąć wizjom upragnionej przyszłości, to był pierwszy krok do
manifestowania w rzeczywistość życia, o jakim marzyłem. Od wskazówek
wziętych z zewnętrznego świata przeszedłem do wyborów zrodzonych w trakcie intymnego dialogu wewnętrznego, który prowadziłem ze sobą
każdego dnia.
To była ciężka praca i często miałem ochotę się poddać. Pamiętam, że
kiedy się irytowałem, Ruth mówiła: "Cierpliwości, Jim, cierpliwości.
Musisz być cierpliwy. Przekształcanie mózgu wymaga czasu".
Niełatwo być wytrwałym, zwłaszcza że nie wiedziałem dokładnie, co się
dzieje i co będzie potem. Jednak wyćwiczyłem w sobie cierpliwość i nauczyłem się, jak być obecnym i słuchać. A raczej myślałem wówczas, że
umiem słuchać.
Życzliwość, uwaga i cierpliwość Ruth zmieniły bieg mojego życia, a lekcje, których mi udzieliła, stały się fundamentem wszystkiego, co
udało mi się w życiu osiągnąć. Wykorzystując praktyki Ruth, wyjechałem z rodzinnego miasta w High Desert do college'u, potem na studia medyczne,
po których zrobiłem specjalizację z neurochirurgii i ostatecznie stałem
się odnoszącym sukcesy przedsiębiorcą w branży medycznej. Jednak gdzieś
po drodze straciłem kontakt z własnym sercem i drogo za to zapłaciłem -
nie tylko finansowo, najbardziej ucierpiały moje osobiste relacje z ludźmi.
Ruth niezmiennie podkreślała, jak ważne jest otwarcie serca. Niezależnie
od tego, do czego dążyłem, jak wzniosły cel pragnąłem osiągnąć, zawsze
przekierowywała mój umysł ku serdecznej więzi z samym sobą i z innymi.
Przygnębiało mnie to, że magia obecna w każdym człowieku tak często jest
nierozumiana, komercjalizowana lub przedstawiana jako coś, do czego
tylko wybrani mają dostęp. Podczas gdy w naszej kulturze powszechne jest
traktowanie manifestowania jako sposobu na zdobycie majątku i dobrobytu,
dostępnego tylko nielicznym szczęśliwcom, dla mnie jest codzienną
praktyką dobrostanu promującego pomyślny rozwój, pełnię i otwarte
zaangażowanie w sprawy otaczającego świata. Podczas gdy tak zwana
ewangelia dobrobytu przekonuje, że głównym motorem manifestowania jest
pragnienie, moją misją jest przekazanie, że w rzeczywistości jest nim
nasza zdolność ukierunkowywania uwagi.
Kiedy pisałem książkę Mózg i serce, nie miałem pojęcia, że zyska tak
szeroki oddźwięk. Nie spodziewałem się, że zainspiruje najpopularniejszy
zespół k-popowy BTS do nagrania trzeciego albumu Love Yourself: Tear.
Nie oczekiwałem, że pod wpływem książki powstanie piosenka Magic Shop,
że będę rozmawiał na temat adaptacji filmowej mojej opowieści z aktorem
Jonem Hammem ani tego, że zainspiruję szesnastolatkę do stworzenia
aplikacji na telefon opartej na mojej koncepcji alfabetu serca8.
Wierzyłem szczerze, że niezależnie od liczby sprzedanych egzemplarzy
książki, jeśli dzięki niej zmieni się na lepsze życie choćby jednej
osoby, to już będzie wystarczająca korzyść. Po wydaniu książki
otrzymałem tysiące wiadomości od czytelników. Do dziś co miesiąc
odbieram dwieście do trzystu maili. Dostaję też listy pisane odręcznie
na kartkach wyrwanych z żółtych bloków1 albo wykaligrafowane na
pięknym papierze czerpanym, wysyłane z Japonii, Rumunii, Afryki
Subsaharyjskiej i z sąsiedniej Północnej Kalifornii. Dzięki tak
serdecznemu odzewowi na moją historię uwierzyłem w to, że nie jesteśmy
sami nawet w chwilach najgłębszej beznadziei, rozpaczy i lęku. Każdy ma
jakieś rany, a jeśli tylko potrafimy szczerze o nich rozmawiać, budujemy
głębokie więzi.
Wsłuchując się w reakcje czytelników na moją książkę, zauważyłem, że
znaczną część wiadomości otrzymałem od osób cierpiących i poszukujących
w sobie mocy, dzięki której będą w stanie uleczyć rany i poprawić
sytuację życiową. Warunki, w jakich żyją ci ludzie, bardzo się różnią,
lecz tęsknoty są uderzająco podobne. Potrzebują konkretnej wiedzy o tym,
jak działa wizualizacja, aby manifestować swoje marzenia. Książka Mózg
i serce przedstawia moją osobistą drogę manifestowania od ubóstwa do
dobrobytu i powrotu do współczucia - istoty tego, czego uczyła mnie
Ruth. To historia jednego człowieka, z jej niepowtarzalnymi wzlotami i upadkami, atutami i komplikacjami.
Magia umysłu jest poświęcona twojej podróży. Chcę ci pokazać, jak
można wykorzystać potencjał mózgu, aby realizować zamiary, szczegółowo
wyjaśnię też, jak wygląda mechanizm działania z perspektywy neuronauki.
Przeprowadzę cię przez sześć kroków, które mnie i wielu innym osobom
umożliwiły manifestowanie intencji. Są one wynikiem moich wieloletnich
badań nad umysłem z perspektywy neuronaukowca oraz osoby praktykującej
medytację. W tych sześciu krokach zawierają się wszystkie aspekty
procesu manifestowania: uzyskanie mocy skupiania umysłu, precyzyjne
określenie tego, na czym nam naprawdę zależy, usunięcie istniejących w umyśle przeszkód, osadzenie intencji w podświadomości, zaangażowane
dążenie do celu oraz wyzbycie się przywiązania do wyniku. Ponadto
przedstawię różne historie manifestowania, w nadziei, że zainspirują
cię, byś zaczął żyć i pisać własną opowieść.
Jeszcze kilka lat temu niemożliwe było szczegółowe przedstawienie
mechanizmów działania manifestacji, ponieważ są one najnowszym odkryciem
neuronauki. Teraz można się odciąć od pseudonauki i mistycyzmu i wskazać
konkretne mechanizmy działania układu nerwowego, na których opierają się
relaksacja, zdystansowanie, współczucie i wizualizacja - nauki odebrane
od Ruth. Wierzę, że zrozumiałe przedstawienie podstaw naukowych
manifestowania wzbudzi w czytelnikach zaufanie do praktyki i pozwoli ją
wykorzystać w celu samoleczenia, wprowadzania zmian we własnym życiu i zrozumienia, jaką moc zmieniania świata posiadają.
Przeciwnie niż mogłoby się wydawać, czytając Sekret, manifestowanie
nie dotyczy tylko nielicznych ani nie jest kontrolowane przez tajemne
stowarzyszenie jednoprocentowców. Manifestowanie jest bezwarunkowo
egalitarną praktyką, dostępną dla każdego, kto zdobędzie się na to, aby
wyjść poza swoje bezpośrednie fizyczne, mentalne i emocjonalne
uwarunkowania. W konsekwencji przedstawiłem tutaj historie bardzo
różnych osób: od ambitnych studentów medycyny i neuroatypowych
nastolatków, przez polinezyjskich mistrzów nawigacji po hollywoodzkie
supergwiazdy - oni wszyscy manifestują swoje intencje, stosując reguły
zgodne z obecną wiedzą z dziedziny neuronauki.
Mam też nadzieję, że mówiąc otwarcie o własnych błędach, ustrzegę
czytelników przed ich popełnieniem, zwłaszcza gdy chodzi o decyzję,
czego naprawdę warto pragnąć, co daje prawdziwe szczęście.
Zanim zaczniemy, jeszcze ostatnie słowo. W książce zamieściłem
ćwiczenia, które pomogą ci dokładnie określić, w jakim miejscu
znajdujesz się obecnie, i pójść naprzód, tam, gdzie chcesz być. Są
logicznie powiązane z prezentowanymi wyjaśnieniami. Niezależnie od tego,
z myślą o czytelnikach, którzy potrzebują bardziej ustrukturyzowanego
planu, w ostatnim rozdziale połączyłem wszystkie etapy praktyki, tworząc
sześciotygodniowy program.
Bloki z żółtymi, liniowanymi kartkami zaprojektowane dla ludzi, którzy robią dużo odręcznych notatek, żółty kolor nie męczy wzroku tak jak biały (przyp. tłum.). [wróć]
Rozdział 1
Ze szczątków
Co manifestuję obecnie?
Znajomość rzeczywistych uwarunkowań naszego życia jest źródłem, z którego musimy czerpać siłę do życia i motywację do działania9.
- Simone de Beauvoir
Może jeszcze nie wiesz lub w to nie wierzysz, ale już manifestujesz
swoje życie. Rzecz w tym, czy takie życie cię zadowala.
Był rok 2000; właśnie rozpoczął się internetowy boom. Pewnego ranka
obudziłem się jako posiadacz 78 milionów dolarów, willi we Florencji,
dworku w stylu Cape Cod o powierzchni 700 metrów kwadratowych,
położonego na skarpie z widokiem na Newport Bay, oraz ferrari, porsche,
mercedesa, bmw i range rovera, zaparkowanych w moim wielostanowiskowym
garażu. Właśnie wpłaciłem zaliczkę na zakup wyspy o powierzchni ponad
2,6 tysiąca hektarów w Nowej Zelandii. Mojej własnej wyspy zapewniającej
całkowitą prywatność, wyspy z czterema domami i plażami nad intensywnie
turkusową wodą. Byłem przekonany, że ubóstwo czasów dzieciństwa
pozostało daleko za mną.
Wydawało się, że wszystko, czego pragnąłem i na co pracowałem,
zmaterializowało się. Jednak, jak wielu innych, którzy wierzyli w nieograniczone możliwości oferowane przez Dolinę Krzemową, odkryłem, że
całe moje bogactwo zniknęło w ciągu sześciu tygodni. Nagle
oprzytomniałem, jakby mnie ktoś wybudził z sennego koszmaru, a każdy
kolejny dzień przynosił coraz gorsze wieści.
Pożyczyłem 15 milionów w banku Krzemowej Doliny z zabezpieczeniem w postaci akcji firmy z branży technologii medycznej. Od kilku miesięcy
nie kontaktowałem się z doradcą bankowym, ale kiedy pewnego ranka
komórka zadzwoniła po raz tysięczny, wiedziałem, że nieuniknione
nadeszło i nie ma ucieczki.
- Halo?
- Jak się masz, Jim? - usłyszałem pozornie pogodny głos bankowca.
Wiedział, co odpowiem. Obserwował kryzys firm internetowych i dobrze
wiedział, że moje zabezpieczenie jest warte prawie tyle co nic.
Powiedział mi tylko to, co już wiedziałem.
- Jim, jesteś spłukany i zadłużony, chyba że masz inne aktywa, o których
nie wiem. - I po chwili zapytał: - Co w tej sytuacji zrobimy?
- Sprzedaj wszystko - odpowiedziałem bez namysłu.
- Wygląda na to, że nie masz wyboru. Porozmawiamy za kilka tygodni,
kiedy się przekonamy, jak się rozwija sytuacja.
Wkrótce musiałem sprzedać willę we Florencji, anulować zakup "mojej"
wyspy w Nowej Zelandii, sprzedać wszystkie samochody, pozostawiając
tylko jeden, i wystawić na sprzedaż rezydencję nad zatoką Newport. Wtedy
nikt w niej nie mieszkał. Byłem w separacji z żoną, córka wyjechała do
college'u, a ja mieszkałem w Dolinie Krzemowej, gdzie byłem dyrektorem
firmy z branży technologii medycznej, którą założył mój przyjaciel.
Niechętnie wróciłem do pustego domu, aby go przygotować do sprzedaży, i tam dopadły mnie bolesne dowody na to, że wszystkie moje marzenia
spełzły na niczym. Zbliżając się do domu, widziałem ogród, który z wielkim entuzjazmem i troską pielęgnowała kiedyś moja żona. Teraz
rośliny zwiędły i obumarły. Pożółkłe azalie i zwiędłe kamelie zdradzały
brak zainteresowania ze strony ogrodnika, który obiecywał, że do niego
zajrzy. Dom wyglądał jak opuszczony.
Jednak najbardziej bolesna była nieobecność jednej osoby. Ze ścian w pokojach sterczały gwoździe i haczyki, ale nie było obrazów.
Wyjeżdżając, moja żona zabrała wszystkie rodzinne zdjęcia, a wraz z nimi
wspomnienie, że kiedyś tu mieszkała rodzina. W pokoju dziennym nad
kominkiem odcinał się jasny prostokąt i pusty hak, ślady po cennej
botanicznej grafice bawarskiego mistrza Basiliusa Beslera
przedstawiającej irysy z kłączami. Wyszperaliśmy ją w antykwariacie we
Florencji podczas jednej z naszych "łowieckich" podróży.
To były szczęśliwe czasy. W tym samym miejscu znaleźliśmy stare,
szesnasto- i siedemnastowieczne mapy, które nam się bardzo spodobały,
więc je kupiłem. Pamiętam uczucie szczęścia, że sprawiłem jej radość.
Pamiętam lot w pierwszej klasie i pobyt w pięciogwiazdkowym hotelu. I spojrzenie żony, kiedy powiedziała: "Dziękuję".
Jakże inne były te odległe wspomnienia od pełnej urazy ciszy, jaka
między nami zaległa, kiedy coraz bardziej się od siebie oddalaliśmy.
Wzdrygałem się na wspomnienie bolesnego braku intymności pod koniec,
kiedy dodatkowe dyżury i długie godziny pracy stanowiły dobrą wymówkę,
aby nie podejmować prób naprawienia utraconych więzi, i słowa żony: "Już
cię nie znam".
Wszedłem do pokoju córki, w którym stały jeszcze meble, usiadłem na
łóżku i pomyślałem o niej, o tym, jak wiele naszych wspomnień wiąże się
z tym domem. Pamiętałem też słowa, które wypowiedziała, wyjeżdżając:
"Nie będę tęsknić za tym miejscem". Z początku nie zrozumiałem, co miała
na myśli, ale później sobie uświadomiłem, że jej uczucia były skutkiem
tego, co działo się pomiędzy mną i jej matką. W jakiś sposób oddaliłem
się od własnego życia. Nawet wtedy, kiedy przebywałem z rodziną, mój
umysł był gdzie indziej: szarpany bolesnymi lub idealizowanymi
wspomnieniami albo wybiegający w przyszłość ku kolejnej operacji, ku
następnemu sukcesowi finansowemu, ku tym wspaniałym chwilom, które
nadejdą, kiedy wreszcie będę miał dostatecznie dużo, aby czuć, że w końcu jest okej. Równocześnie zapomniałem cieszyć się tym, co mam, i pielęgnować więzi z najbliższymi osobami w moim życiu.
Gdy szedłem przez główny i dalej przez kameralny salon, w myślach
wyświetlały mi się slajdy z życia, którego już nie było. Minąłem mój
gabinet z wielkim, granatowym fotelem zdobionym mosiężnymi ćwiekami,
gdzie popijałem porto i paliłem z przyjaciółmi cygara ze szkatułki,
którą nabyłem na aukcji na rzecz Big Brothers Big Sisters of America. Na
tabliczce wygrawerowano moje nazwisko. Czułem się ważny, kiedy siadałem
w tym fotelu i spoglądałem na tabliczkę, wyjmując cygaro. Usiadłem i przesunąłem po niej palcami. Nie czułem się ważny ani mocny. Czułem się
mały.
Teraz, kiedy byłem sam, dom wydawał się śmieszny i pretensjonalny.
Pokoje były zbyt duże i nadęte, wypełnione gorącym powietrzem, pełne
niczego. Przypominałem miniaturowego człowieczka błąkającego się po
wielkim domku dla lalek z mnóstwem niepotrzebnych sprzętów. Meble
sprawiały wrażenie dziwnie niematerialnych. Z głębi mojego jestestwa
wypłynęło zmysłowe wspomnienie dzieciństwa. Bieda jest paradoksalna: z jednej strony przytłaczająca swoim ciężarem, a z drugiej naznaczona
dziwną lekkością, jakby wszystko miało zaraz ulecieć.
Włożyłem dużo wysiłku, by stworzyć rodzinę opartą na mocnych
fundamentach, ponieważ ta, w której się urodziłem, tak często była
pozbawiona oparcia. Nic bardziej mnie nie upokorzyło ani nie poniżyło
niż eksmisja z mieszkania. Zastępca szeryfa stojący przed naszymi
drzwiami z nakazem wyprowadzki w ręku. Nasze rzeczy na chodniku.
Sąsiedzi obserwujący to wszystko z zaciekawieniem lub współczuciem. I moje myśli: "Mam nadzieję, że mama znajdzie dla nas jakiś nocleg".
Pamiętam, jak siedzieliśmy z mamą na kanapie przy krawężniku, a obok
cały nasz dobytek. Siostra wyprowadziła się wcześniej, brata nie było w domu. Zawsze w takich momentach wychodził, może chciał uniknąć
zakłopotania i zawstydzenia wobec gapiów z sąsiedztwa.
Mama otoczyła mnie ramieniem i powiedziała: "W porządku, synu. Będzie
dobrze. Znajdziemy jakieś lokum".
Będąc dzieckiem, pod nieobecność starszego brata zakradałem się do jego
pokoju i przeglądałem stare egzemplarze "Architectural Digest", które
wyszukałem w stosie gromadzonych przez niego książek i czasopism, by
czerpać artystyczne inspiracje. Mój brat był niezwykłym artystą, zawsze
znajdował skarby pobudzające jego kreatywność. Oglądałem domy, które
robiły na mnie wrażenie wyjątkową przytulnością albo ekscentrycznością -
z tarasem na dachu zwróconym ku morzu lub wielkim kominkiem
zapewniającym ciepło podczas rodzinnych spotkań. Po kryjomu wydzierałem
kartki i dołączałem do mojej kolekcji gromadzonej w zielonej tekturowej
teczce, którą trzymałem w szufladzie ze skarpetkami. Były to czasopisma
z lat sześćdziesiątych i wczesnych siedemdziesiątych XX wieku i ta wizja
perfekcyjnej amerykańskiej rodziny niepodzielnie zawładnęła moją
dziecięcą wyobraźnią. Przez lata zgromadziłem pokaźne archiwum detali
architektonicznych, więc kiedy Ruth poleciła, abym sobie wyobraził mój
wymarzony dom, mogłem czerpać obrazy z mojej kolekcji.
Stworzyłem w wyobraźni obraz samego siebie stojącego na balkonie dworku
w stylu Cape Cod i obserwującego ciemnoniebieskie fale na otwartym
morzu. Ten obraz powracał do mnie co noc - czułem na policzkach powiew
morskiej bryzy i smak soli na języku, wpatrywałem się we wzburzone wody
przypływu. Doświadczenie było tak żywe, odczuwane wszystkimi zmysłami,
że kiedy naprawdę stanąłem na górnym tarasie mojej willi z widokiem na
Newport Bay, nie byłem zaskoczony nowością. A ściślej: mój mózg się już
przyzwyczaił i odbierał tę sytuację jako dobrze znaną i komfortową.
Podczas tych poranków i bezsennych nocy, kiedy praktykowałem
wizualizację i medytację, zaprogramowałem swój mózg tak, by marzenia
dawały mi poczucie komfortu. To jeden z paradoksów manifestowania: na
długo przed zakupem rezydencji wyobrażenie górnego tarasu i powiewu
wiatru przekształciły się z niewiarygodnej fantazji w namacalną
rzeczywistość. Zanim wyszedłem na taras w realnym życiu, mój mózg już
wcześniej oczekiwał mnie tam. Jego oczekiwania i towarzysząca im stała
koncentracja podświadomości na tej wizji sprawiły, że rezydencja stała
się samospełniającym proroctwem.
Przybity snuciem się po domu, usiadłem na szczycie schodów w samym jego
sercu, oparłem głowę na rękach i zastanawiałem się, co mam dalej robić.
Wzruszyłem ramionami, czując urazę do żony o to, że pozostawiła za sobą
pustkę i wszystkie bolesne i trudne zadania, które teraz spadły na mnie.
Gardło ściskała tęsknota za córką, która wyjechała do college'u.
Zaciskałem szczęki z wściekłości na siebie za cały ten bałagan, który
sam sobie zafundowałem.
Myśli kłębiły się w mojej głowie, przeskakując od spraw do załatwienia
do gorzkiej obawy o przyszłość. Ale ostatecznie w umyśle dźwięczało
jedno pytanie: "Co przeoczyłem?". Czułem się tak, jakby pacjent będący
pod moją opieką umarł, chociaż bardzo skrupulatnie zaplanowałem
leczenie. Wszystko zrobiłem dobrze, zdobyłem to, co chciałem, ale
poniosłem porażkę. Sukces, który osiągnąłem, powinien być wzniosłym
doświadczeniem, a ja czułem się tak, jakbym znalazł się na dnie.
Odpowiedź pojawiła się podczas układania listy czekających mnie zadań.
Kiedy się z tym uporałem, znalazłem w garderobie kilka kartonów ze
starymi rzeczami. Przeglądałem pudło z książkami i nagle mój wzrok padł
na coś o wiele cenniejszego: pudełko po cygarach, w którym trzymałem
swoje skarby, kiedy byłem dwunastoletnim chłopcem. Nie zaglądałem do
niego od czasów college'u. Usiadłem na podłodze, położyłem je na
kolanach i zdjąłem wieczko. Poczułem subtelny zapach minionych czasów. W środku znajdował się pierścień z rżniętym rubinem z Lancaster High
School, pomarszczona plastikowa nakładka na kciuk służąca do sztuczek
prestidigitatorskich ze znikającym papierosem lub chustką i rzecz
najcenniejsza: podniszczony zeszyt w czarno-białej okładce zawierający
zapiski z czasów przyjaźni z Ruth.
W środku była moja lista życzeń.
Iść do college'u.
Zostać lekarzem.
Mieć milion dolarów.
Mieć rolexa.
Mieć porsche.
Mieszkać w rezydencji.
Mieć swoją wyspę.
Osiągnąć sukces.
Znalazłem tam również zapisane chłopięcym pismem zdania, w których
rozpoznałem okruchy mądrości Ruth:
Kompas serca. To, czego pragniesz, nie zawsze jest tym, czego
potrzebujesz.
Ludzie, którzy ranią innych, często sami są najbardziej zranieni.
Spojrzałem na pudełko po cygarach, w którym trzymałem moje skarby. Serce
mi się ścisnęło, kiedy zdałem sobie sprawę, że pomimo wielu
zgromadzonych rzeczy, wszystko, co kiedykolwiek naprawdę posiadałem,
mieściło się w tym niewielkim, trzydziestocentymetrowym pudełku.
Człowiek nie może posiadać więcej, niż może pokochać, a ja nie
otworzyłem serca szerzej niż wtedy, kiedy układałem moją listę.
Posiadłość, wyspa, samochody, a nawet rodzina nie zmieściły się w wąskiej przestrzeni wewnątrz mnie, a teraz wszystko odeszło i być może
zostanie odnalezione przez kogoś, kto potrafi to naprawdę zatrzymać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki