Rozdział 1
Niewinność jest siłą
Osho,
czy hipotezy o istnieniu Boga nie da się jakoś wykorzystać? Na samą
myśl, że całkiem odrzucę ideę Boga, zaczynam się bać.
Jest już za późno! Gdy ktoś zaczyna
nazywać Boga hipotezą, znaczy to, że cała idea dotycząca Boga już padła.
Te tak zwane religie nigdy nie nazwą Boga hipotezą. Dla nich Bóg nie
jest naszą hipotezą; to raczej my jesteśmy jego dziełem. Jest on
najczystszym źródłem egzystencji, jest najbardziej egzystencjalną
istotą. Nazywając Boga hipotezą, umieszczasz go w tej samej kategorii, w której funkcjonuje hipoteza geometrii Euklidesa czy inne hipotezy, które
są oparte na założeniach i mogą okazać się prawdziwe lub fałszywe.
Rozstrzygające są w tej kwestii eksperymenty, doświadczenia, choć i one
nie będą stanowiły ostatecznych wyników, gdyż przyszłe eksperymenty mogą
je obalić.
Hipoteza jest założeniem, które chwilowo zostaje zaakceptowane jako
prawda; jednak tylko chwilowo - nikt nie może stwierdzić, czy jutro
także będzie prawdą. Można to prześledzić przez trzysta lat rozwoju
nauki. Coś, co było prawdą dla Newtona, nie jest prawdą dla Rutherforda.
Coś, co było prawdą dla Rutherforda, nie jest prawdą dla Alberta
Einsteina... Lepiej przeprowadzone doświadczenia, lepsze przyrządy -
wszystko to ma wpływ na zmiany hipotez.
Żaden teolog nie nazwie Boga hipotezą, ponieważ dla niego Bóg jest samą
prawdą i nie zależy od jakichkolwiek eksperymentów. Jeśli nie możesz go
odnaleźć - twój błąd, ale nie jest to dowód, że Bóg nie istnieje. Jeśli
odniesiesz sukces, to oczywiście potwierdzisz, że Bóg istnieje; jeśli
zaś odniesiesz porażkę, to będzie to znaczyć jedynie, że... poniosłeś
porażkę - Bóg i tak będzie istniał.
Hypothesis to termin naukowy, nie koncepcja teologiczna. A nauka jest
bardzo uczciwa. Z teologią jest całkiem inaczej - brak jej uczciwości.
Już samo słowo theology wskazuje na nieuczciwość, nieszczerość; theo
znaczy "Bóg", logy to "logika", a przecież nikt do tej pory nie
wskazał żadnego logicznego argumentu w związku z Bogiem. Każdy argument
przeczy istnieniu Boga i żaden, przynajmniej do tej pory, nie udowodnił
jego istnienia. A oni ciągle nazywają to teologią - "logiką Boga".
Uczciwiej byłoby, gdyby teolodzy nazywali Boga hipotezą, ale przecież
nie można zbudować kultu wokół hipotezy, prawda? Wiedzą, że to jedynie
hipoteza - może słuszna, może błędna, ale hipoteza... Kult nie jest
możliwy, jeśli nie ma pewności; kult wymaga ślepej wiary. Nawet jeśli
przemawiają przeciwko niemu wszystkie dowody, to i tak nie są one brane
pod uwagę. Takie właśnie jest znaczenie słowa "wiara". Wiara nie jest
logiką - jest całkowicie nielogiczna. Nazwanie idei Boga hipotezą
oznaczałoby zniszczenie wszystkich kościołów, świątyń, synagog...
Słowo hypothesis jest bardzo znaczące: wolno ci wątpić, ponieważ
możesz eksperymentować, poszukiwać i znajdować. Jest to jedynie czasowe
stwierdzenie, od którego można zacząć. Bo od czegoś zawsze trzeba
zacząć. Zaczynamy więc od hipotezy. Jednak budować wokół niej kult?
Dlaczego ksiądz ma cię wykorzystywać? Używanie słowa "hipoteza" jest
niedozwolone w kręgach ludzi religijnych. Nigdy nie zgodzą się nawet na
to, aby Boga nazwać ideą, ponieważ idea istnieje tylko w twoim umyśle,
jest twoją projekcją. Dla nich Bóg nie jest ideą, ale jedyną prawdą.
W Indiach, gdzie religia przybrała bardzo subtelne formy, mówi się, że
ty jesteś ideą w umyśle Boga - nie na odwrót. Bóg nie jest ideą w twoim
umyśle, ponieważ masz w nim mnóstwo śmieci: są tam twoje koszmary, twoje
marzenia, wszelkie pragnienia. I Bóg miałby stanowić jedną z tych
kategorii? Twoje idee zmieniają się co chwila. Są jak chmury, które
wciąż zmieniają kształt.
Kiedy byłeś dzieckiem, miałeś zupełnie inne niż teraz idee. Kiedy
dorastałeś, byłeś młodym człowiekiem, miałeś inne idee, a i one się
zmienią, kiedy się zestarzejesz. Doświadczenie zmienia wszystko.
Pozostanie przy tej samej idei przez całe życie byłoby niemożliwe -
jedynie wyjątkowy idiota może tego dokonać. Jeśli posiadasz chociaż
odrobinę inteligencji, to twoje idee z wiekiem będą się zmieniać.
Dla religijnych ludzi nazywanie Boga ideą byłoby niemożliwe do
zaakceptowania; tym bardziej niemożliwe jest nazywanie go hipotezą.
Dlatego właśnie twierdzę, że jest za późno.
Nazywasz Boga ideą, a przecież medytacja polega na tym, aby pozostawać w takim stanie umysłu, w którym nie ma żadnych idei, nawet idei Boga.
Gautama Budda mówi: "Jeśli spotkasz mnie na ścieżce, natychmiast obetnij
mi głowę. Po co ja tam? Przeszkadzałbym ci. Myślenie o mnie byłoby
przeszkodą". To jak rzucanie kamienia do spokojnego jeziora - powstaje
tyle fal, miliony fal. Najprostsza myśl wrzucona do cichego jeziora
twojego umysłu wytwarza miliony fal i może zabrać cię daleko od ciebie
samego.
Każda idea oddala cię od samego siebie. Dlatego medytację definiuje się
jako świadomość bez żadnych myśli. W medytacji nie ma możliwości
oddalenia się od siebie samego. Jesteś po prostu ześrodkowany w swojej
własnej istocie. Nie ma żadnego obiektu, który mógłbyś zobaczyć. Jesteś
pozostawiony sam ze sobą. Twoja świadomość zaczyna zajmować się sobą.
Świadomość jest jak światło. Światło jest tutaj, my wszyscy jesteśmy
tutaj; światło pada na nas, na ściany, na zasłony, na wszystko, co się
tu znajduje. To wszystko są obiekty. Teraz pomyśl przez chwilę: jeśli
wszystkie obiekty zostaną stąd usunięte, pozostanie jedynie światło,
które na nic nie pada. Światło jest nieświadome, ale ty jesteś świadomy.
Kiedy więc usuniesz wszystkie obiekty, twoja świadomość pada sama na
siebie, zwraca się ku samej sobie. Wchodzi do środka, ponieważ nic jej
nie przeszkadza.
To właśnie jest znaczenie słowa "obiekt" - to coś, co przeszkadza,
wzbudza obiekcje, powstrzymuje, hamuje. Dokąd możesz się udać, kiedy nie
ma żadnego obiektu? Musisz zwrócić się ku samemu sobie; świadomość
nabiera świadomości samej siebie. Nie ma tu żadnej idei Boga.
W normalnych stanach umysłu idee to po prostu śmieci. W tym niezwykłym
stanie, w którym umysł nie istnieje, idee także nie istnieją. Możesz
więc wrzucić Boga do kategorii śmieci albo włożyć go tam, gdzie żadne
obiekty nie są dozwolone.
Ludzie po prostu nie mogą używać terminu "idea" na określenie Boga. To
termin używany przez filozofów, tak samo jak termin "hipoteza" używany
jest przez naukowców. Dla ludzi religijnych Bóg jest jedyną
rzeczywistością. Używając wobec niego określenia "idea", posuwasz się za
daleko - oddalasz się od tak zwanej rzeczywistości Boga.
Twoje pytanie jest jednak ważne z kilku powodów. Pytasz, czy hipoteza
jest w jakikolwiek sposób użyteczna. Jest użyteczna, ale nie dla ciebie,
lecz dla tych, którzy chcą cię wykorzystywać: dla księdza, rabina,
papieża, dla całej armii takich ludzi na świecie. Jakie znaczenie miałby
papież bez hipotezy dotyczącej Boga? Kim byłby śankaracharja? Po prostu
nikim! Kim byłby Jezus? Nie można przecież być synem hipotezy - bardzo
dziwnie by to wyglądało... Nie można być mesjaszem hipotezy. Byłby to
naprawdę cudaczny świat, gdyby hipotezy zaczęły przysyłać nam mesjaszów...
Dla wszystkich tych, którzy was wykorzystują, a robią to od tysiącleci,
Bóg musi być rzeczywisty. Wykorzystywali was i będą wykorzystywać nadal
z prostego powodu - boicie się odrzucić tę ideę. To zaś wskazuje na
bardzo ważny element waszej istoty. Dlaczego boicie się porzucić ideę
Boga? Zapewne ta idea w jakiś sposób chroni was przed lękiem i kiedy ją
odrzucicie, zaczniecie się bać. To pewien rodzaj psychologicznej
ochrony.
Dziecku zwykle towarzyszy lęk. A przecież w łonie matki nie bało się
niczego. Nie słyszałem, żeby jakiekolwiek dziecko w łonie matki myślało
o chodzeniu do synagogi, do kościoła, o czytaniu Biblii, Koranu albo
Gity... Tym bardziej nie przejmowałoby się tym, czy Bóg istnieje, czy nie.
Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby dziecko w łonie matki było choćby
trochę zainteresowane Bogiem, diabłem, niebem, piekłem. Po co? Ono już
jest w niebie. Nie może być mu lepiej. Jego schronieniem jest ciepłe,
przytulne łono. Pływa w życiodajnych wodach. Może będziecie się dziwić,
ale przez tych dziewięć miesięcy dziecko rośnie szybciej niż przez całą
resztę swojego życia, przez kolejnych dziewięćdziesiąt lat. W ciągu
dziewięciu miesięcy przebywa ono długą podróż - od bycia niemalże
niczym, drobinką, do stania się istotą. Przez dziewięć miesięcy
przechodzi ono przez miliony lat ewolucji: od pierwszej żyjącej istoty
aż do teraz. Przechodzi przez wszystkie fazy. Jego życie jest absolutnie
bezpieczne. Nie ma potrzeby pracy, lęku przed głodem; wszystko jest
dostarczane przez ciało matki. Życie przez dziewięć miesięcy w łonie
matki, w tej pełni bezpieczeństwa, jest przyczyną problemu, który tworzą
wasze tak zwane religie. Kiedy bowiem dziecko opuszcza łono matki, od
razu zaczyna się bać. A powód jest oczywisty. Straciło dom, straciło
poczucie bezpieczeństwa. To ciepłe otoczenie, które było jego całym
światem, nagle przestało istnieć, a ono znalazło się w dziwnym świecie,
o którym nic nie wie. I na dodatek musi zacząć samodzielnie oddychać...
Tak, po kilku sekundach dziecko zdaje sobie sprawę, że musi zacząć
oddychać samodzielnie, że oddech matki już mu nie pomoże. Aby dać
dziecku dowód, że musi sobie radzić samo, lekarz obraca je do góry
nogami i daje klapsa w pośladki. Co za początek! Jakież powitanie!
Dzięki takiemu klapsowi dziecko zaczyna oddychać.
Czy zwróciłeś uwagę na to, że kiedy zaczynasz się bać, zmienia się twój
oddech? Jeśli wcześniej tego nie zaobserwowałeś, możesz to zrobić teraz.
Kiedy tylko zaczynasz się czegoś obawiać, twój oddech natychmiast się
zmienia. Zawsze. Kiedy zaś jesteś spokojny, w domu, niczego się nie
boisz, możesz poczuć, jak twój oddech staje się harmonijny, głęboki i coraz bardziej miarowy. Podczas głębokiej medytacji zdarza się czasem,
że czujesz, jakby się zatrzymał. Nie zatrzymuje się, oczywiście, ale ty
czujesz, jakbyś prawie nie oddychał.
Początkowo dziecko boi się wszystkiego. Przez dziewięć miesięcy
przebywało w ciemności, a w nowoczesnym szpitalu, w którym przyszło na
świat, pełno jest jarzących się jasnych świateł. Dla jego oczu, jego
źrenic, które nigdy nie widziały światła - nawet płomyka świecy - to
zbyt wiele. To światło stanowi szok dla jego oczu.
Lekarz nie zwleka ani chwili: przecina pępowinę, która łączyła dziecko z matką - jego ostatnią nadzieję na poczucie bezpieczeństwa. Dobrze wiemy,
że młode żadnego innego gatunku nie jest tak bezbronne jak dziecko
ludzkie.
Dlatego to nie konie wymyśliły hipotezę Boga. Słonie także nigdy nie
rozpatrywały idei Boga - nie mają takiej potrzeby. Dziecko słonia
natychmiast zaczyna chodzić, rozglądać się dookoła i poznawać świat. Nie
jest tak bezbronne jak dziecko ludzkie. I to dzięki tej bezbronności
mogą funkcjonować rodziny, społeczeństwa, kultury, religie, filozofie.
Zwierzęta nie zakładają rodzin z jednej prostej przyczyny - dziecko nie
potrzebuje rodziców. Tymczasem człowiek musiał wymyślić pewien system.
Matka i ojciec muszą być razem, aby troszczyć się o dziecko. Jest ono
owocem ich miłości, jest ich dziełem. Jeśli dziecko ludzkie będzie
pozostawione samo sobie, tak jak to jest w przypadku wielu zwierząt, nie
ma żadnej szansy na przetrwanie! Gdzie znajdzie jedzenie? Kogo o nie
poprosi? I o co będzie prosić?
Może pojawiło się zbyt wcześnie? Jest kilku biologów, którzy twierdzą,
że ludzkie dziecko rodzi się przedwcześnie - dziewięć miesięcy ciąży mu
nie wystarcza, dlatego na świecie pojawia się całkowicie bezbronne.
Jednak ciało matki jest nieprzystosowane do tego, by nosić dziecko
dłużej niż dziewięć miesięcy - kobieta by umarła, a jej śmierć oznacza
także śmierć dziecka.
Obliczono, że jeżeli dziecko mogłoby żyć w łonie matki przez co najmniej
trzy lata, to być może nie byłaby wcale potrzebna rodzina - ojciec,
matka, społeczeństwo, kultura, Bóg ani ksiądz... Ale dziecko nie może żyć
przez trzy lata w łonie matki! Ta dziwna sytuacja biologiczna wywarła
wpływ na ludzkie zachowania, myślenie, strukturę rodziny, społeczeństwa
i to ona jest przyczyną tego lęku.
Kiedy dziecko przychodzi na świat, od razu doświadcza strachu.
Doświadcza go także człowiek przed śmiercią. Bo narodziny to pewien
rodzaj śmierci. Powinniście o tym pamiętać. Popatrzcie na to z perspektywy dziecka. Żyło ono w pewnym określonym świecie, w którym było
mu wspaniale. Nie miało żadnej potrzeby, niczego nie pragnęło. Po prostu
cieszyło się istnieniem, cieszyło się swoim rozwojem i nagle zostało
wyrzucone. Dla dziecka takie przeżycia to jak doświadczanie śmierci -
śmierci jego dotychczasowego świata, jego bezpieczeństwa; to jak strata
jego przytulnego domu.
Naukowcy mówią, że jeszcze nie udało się stworzyć tak przytulnego domu
jak łono matki. Wszyscy próbują - nawet nasze domy powstają w wyniku
prób stworzenia tak przytulnego domu. Próbowaliśmy produkować łóżka
wodne, aby odtworzyć podobne warunki.
Mamy wanny z gorącą wodą - leżąc w nich, możesz mieć namiastkę tego, co
czułeś jako embrion. Jeśli wiesz, jak przygotować naprawdę wspaniałą
gorącą kąpiel, to na pewno dodajesz do wody sól - bo wody płodowe są
słone; zawierają taką samą ilość soli jak woda morska. Tylko jak długo
można leżeć w wannie?
Mamy też redukujące bodźce komory deprywacyjne, w których próbuje się
odtworzyć takie same warunki, jakie panowały w utraconym matczynym
łonie.
Zygmunt Freud nie był człowiekiem oświeconym; właściwie był trochę
szalony, ale czasem nawet szaleńcy śpiewają piękne pieśni... Niekiedy i on
miewał ciekawe pomysły. Uważał, na przykład, że pomysł współżycia
mężczyzny z kobietą jest niczym innym jak tylko próbą powrotu do
kobiecego łona... Może coś w tym jest... Ten człowiek był szalony, jego idea
naciągana, a jednak nawet takiego człowieka trzeba uważnie wysłuchać.
Czuję, że w tych jego pomysłach jest trochę racji: człowiek poszukuje
łona, tego samego przejścia, którym przybył na ten świat. Nie dotarł do
łona - tak, to prawda. Ale stworzył wiele innych rzeczy: adaptował
jaskinie, budował domy, skonstruował samolot. Kiedy patrzysz na wnętrze
samolotu, bez trudu możesz sobie wyobrazić, że pewnego dnia ludzie będą
latać samolotami zanurzeni w rurach z ciepłą, słoną wodą... Samolot już
teraz daje ci tego namiastkę, chociaż może nie jest ona zbytnio
zadowalająca.
Dziecko w łonie matki nie zna niczego innego. My próbujemy odtworzyć
podobne warunki. Naciśnij guzik w samolocie, a zaraz pojawi się
stewardesa. Chcemy, żeby było jak najwygodniej, ale nie jesteśmy w stanie odtworzyć tak komfortowych warunków, jakie panują w łonie. Tam
nie musisz nawet naciskać guzika: zanim jeszcze poczujesz głód, już
jesteś karmiony; kiedy tylko potrzebujesz tlenu, natychmiast go
dostajesz. Nie musisz za nic odpowiadać.
Jeżeli dziecko wychodzące z łona matki cokolwiek czuje, to zapewne jest
to poczucie, że doświadcza śmierci. Nie czuje, że się rodzi - to
niemożliwe. To tylko my tak myślimy, ponieważ stoimy na zewnątrz, i to
tylko nam się wydaje, że są to narodziny.
A pewnego dnia, po raz drugi, po wszystkich tych trudach życia... Tak,
człowiek czegoś dokonał: posiada mały dom, ma rodzinę, grono przyjaciół,
trochę ciepła, jakiś zakątek w pięknym miejscu na świecie, w którym może
odpocząć, być sobą, gdzie jest akceptowany. To trudne - całe życie o coś
walczył, a potem nagle, pewnego dnia, czuje, że znowu zostaje z tego
swojego świata wyrzucony. Ponownie przychodzi lekarz - ten, który dał mu
klapsa w pośladek! Wtedy miało to sprawić, że zacznie oddychać, ale tym
razem, o ile wiem...
Teraz wszyscy jesteśmy po tej stronie, a drugiej strony nikt z nas nie
zna. Druga strona pozostaje w sferze naszej wyobraźni. Dlatego mamy
niesamowite fantazje na temat nieba i piekła. My jesteśmy po tej
stronie, a obok nas umiera człowiek. Dla nas on umiera, ale być może dla
niego są to narodziny. Tylko on to wie, choć nie może odwrócić się i powiedzieć nam: "Nie martwcie się, nie jestem martwy. Jestem żywy". Nie
mógł odwrócić się, wychodząc z łona matki, aby raz jeszcze popatrzeć i powiedzieć każdemu: "Do widzenia". I teraz także nie może powiedzieć nam
wszystkim: "Do widzenia" ani poprosić: "Nie martwcie się. Ja nie
umieram. Ja się odradzam".
Hinduska idea reinkarnacji jest po prostu projekcją zwykłych narodzin.
Dla łona - jeśli mogłoby ono myśleć - dziecko jest martwe. Dziecku
wydaje się, że umiera. A jednak ono się rodzi - nie była to śmierć, lecz
narodziny. Hindusi nałożyli taki sam schemat na śmierć. Z tej strony
wygląda to na śmierć, ale z drugiej... Tyle że druga strona jest wytworem
naszej wyobraźni - możemy uczynić ją taką, jaką tylko chcemy.
Każda religia przedstawia drugą stronę w inny sposób, ponieważ w każdej
kulturze są inne warunki geograficzne, inna historia. Tybetańczyk, na
przykład, nie myśli o drugiej stronie jako o miejscu chłodnym - to, co
chłodne, budzi w nim lęk, a zimne jest wręcz nieakceptowalne.
Tybetańczyk myśli, że człowiek umarły jest ciepły, w nowym świecie, w którym zawsze jest ciepło. Tymczasem Hindus nie może wyobrażać sobie, że
zawsze miałoby tam być ciepło - po czterech miesiącach upałów rocznie w Indiach ma tego dość! Jeśli więc przez całą wieczność ma być tak gorąco,
to on się chyba tam ugotuje! Religia hinduistyczna nie wspomina o klimatyzacji, ale w opisach raju istnieje coś w tym rodzaju - powietrze
jest zawsze chłodne, nigdy gorące, nigdy zimne, ale chłodne. I zawsze
panuje wiosna, indyjska wiosna, bo na świecie są różne rodzaje wiosen,
ta jednak jest właśnie indyjska. Kwitną wszystkie kwiaty, wiatr niesie
piękne zapachy, ptaki śpiewają, wszystko wokół jest ożywione i... nie jest
gorąco, ale chłodno. O tym zawsze mówią: przepływa chłodne powietrze.
Te idee wymyśla twój umysł. Gdyby tak nie było, raj byłby taki sam dla
Tybetańczyków, dla Hindusów, dla muzułmanów. Nie byłoby żadnej różnicy.
Muzułmanie nie wyobrażają sobie, że ten ich inny świat mógłby być
pustynią; tak wiele wycierpieli na arabskich pustyniach... Na tamtym
świecie wszędzie muszą być oazy; żadnych pustyń, same oazy. Nie tak jak
tu na Ziemi - jedna oaza co setki kilometrów.
My snujemy domysły, ale dla człowieka, który umiera, jest to ten sam
proces, którego już raz doświadczył. Jest to znany fakt, że w godzinie
śmierci, jeśli człowiek nie jest nieprzytomny, nie pozostaje w śpiączce,
zaczyna przypominać sobie całe swoje życie. Wraca wtedy do początku - do
chwili narodzin. To wydaje się bardzo ważne, że opuszczając ten świat,
patrzy na wszystko, co mu się przytrafiło. Cały kalendarz przesuwa się w ciągu paru sekund, jakby oglądał film. A w czasie tego dwugodzinnego
filmu muszą pokazać wiele lat... Gdyby film toczył się w czasie
rzeczywistym, przesiedziałbyś w kinie całe lata, a przecież nikt nie
może sobie na to pozwolić. Dlatego daty zmieniają się szybko.
W chwili śmierci dzieje się to bardzo szybko. W mgnieniu oka przepływa
całe życie i zatrzymuje się na momencie urodzin. Ten sam proces
następuje ponownie - życie zatoczyło pełne koło.
Dlaczego chcę, żebyś o tym pamiętał? Ponieważ twój Bóg jest niczym innym
jak tylko strachem, który powstał pierwszego dnia i z każdym dniem
stawał się coraz większy. Dlatego człowiek w młodych latach może być
ateistą - może sobie na to pozwolić - ale z wiekiem staje się to coraz
trudniejsze. Kiedy przed śmiercią zapytasz go, czy nadal jest ateistą,
odpowie, że się waha. Boi się, ponieważ nie wie, co się stanie potem.
Cały jego świat znika.
Mój dziadek nie był człowiekiem religijnym. Było mu bliżej do Greka
Zorby: jedz, pij i raduj się, bo nie ma innego świata, a wszystko wokół
to jeden wielki nonsens... Tymczasem mój ojciec był bardzo religijny -
zapewne z powodu dziadka, taka reakcja na jego niereligijność. W mojej
rodzinie wszystko stało na głowie. Mój dziadek był ateistą, a przez to
mój ojciec stał się teistą. Więc kiedy mój ojciec szedł do świątyni,
dziadek zawsze się z niego śmiał i mówił: "Znowu? No idź, idź marnować
życie przed tymi głupimi posągami!".
Uwielbiam Zorbę z wielu powodów. Jednym z nich jest to, że odnalazłem w nim swojego dziadka. Tak bardzo lubił jeść, że nie miał zaufania do
nikogo - sam przygotowywał swoje posiłki. Byłem gościem w tysiącach
domów w Indiach, ale nigdy nie jadłem niczego tak smacznego jak potrawy
przygotowywane przez mojego dziadka. Tak bardzo to kochał, że co tydzień
przygotowywał ucztę dla wszystkich swoich przyjaciół; wtedy gotował
przez cały dzień.
Moją matkę i moje ciotki, a także służących i kucharzy - wszystkich
wyrzucał z kuchni, bo kiedy gotował, nikt nie miał prawa mu
przeszkadzać. Wyjątek robił dla mnie i pozwalał mi patrzeć. Mawiał: "Ucz
się, nie polegaj na innych ludziach. Tylko ty wiesz, co ci smakuje. Któż
inny mógłby to wiedzieć?".
Odpowiadałem mu, że to mnie całkowicie przerasta. Że jestem zbyt leniwy,
ale chętnie będę obserwował. Cały dzień gotować? Nie, nie byłbym w stanie tego robić. Toteż niczego się nie nauczyłem, ale patrzenie
sprawiało mi ogromną radość. Dziadek pracował, jakby był rzeźbiarzem czy
muzykiem, a może malarzem; gotowanie nie było jedynie gotowaniem - dla
niego było sztuką. A jeśli cokolwiek mu się nie udało, nawet odrobinę,
natychmiast to wyrzucał i wszystko zaczynał od nowa, aż przyznał, że
danie jest doskonałe.
Tak mi to wyjaśniał: "Jestem perfekcjonistą. Więc jeśli coś nie jest
doskonałe... po prostu dobre, ale niedoskonałe... nie mam zamiaru częstować
tym nikogo. Kocham moje potrawy".
Potrafił też przyrządzać wiele wspaniałych drinków... Tak czy owak,
cokolwiek robił, cała rodzina załamywała ręce. Twierdzili, że jest
upierdliwy. Nie wpuszczał nikogo do kuchni, a wieczorem zapraszał
wszystkich ateistów z całego miasta. Ignorując reguły dźinijskie, czekał
z jedzeniem do zachodu słońca. Nigdy nie jadał wcześniej. A dźinizm
nakazuje jeść, zanim zajdzie słońce, bo po zachodzie słońca spożywanie
posiłków jest zakazane. A on tylko, raz za razem, wysyłał mnie, żebym
sprawdzał, czy słońce już zaszło...
Irytował wszystkich, ale nie mogli się na niego złościć, ponieważ był
głową rodziny, najstarszym mężczyzną - złościli się więc na mnie. To
było dla nich łatwiejsze. Pytali, czemu ciągle biegam, żeby sprawdzić,
czy zaszło słońce. Narzekali, że ten starzec sprowadzi na mnie zgubę.
Bardzo żałowałem, że książka o Greku Zorbie wpadła w moje ręce, kiedy
dziadek już umierał. Jedyne, o czym myślałem w czasie jego pogrzebu, to
to, że byłby szczęśliwy, gdybym przetłumaczył tę książkę i mu ją
przeczytał. Bo czytałem mu wiele książek. Dziadek był niewykształcony:
umiał się podpisać - to wszystko. Nie potrafił czytać ani pisać, ale był
z tego bardzo dumny.
Zwykł mawiać, że to dobrze, iż jego ojciec nie zmuszał go do chodzenia
do szkoły. Inaczej by go zepsuł. Uważał, że książki bardzo psują ludzi.
Powiedział mi kiedyś:
- Pamiętaj, że twój ojciec jest zepsuty, twoi wujkowie są zepsuci...
Ciągle czytają te religijne księgi, pisma, a wszystko to są śmieci.
Kiedy oni czytają, ja żyję. Uwierz mi, lepiej jest poznawać poprzez
życie. Ale oni nie będą mnie słuchać. Wyślą cię na uniwersytet. Nie będę
w stanie ci pomóc, ponieważ jeśli twój ojciec i twoja matka się uprą, to
będziesz studiował. Ale pamiętaj jedno: nie zagub się w książkach.
Cieszyły go małe rzeczy. Pewnego dnia zagadnąłem go...
- Każdy wierzy w Boga... Dlaczego ty nie wierzysz, baba? - Nazywałem go
baba, bo w Indiach tak się określa dziadka.
Odpowiedział mi na to:
- Ponieważ ja się nie boję. - Bardzo prosta odpowiedź. - Dlaczego
miałbym się bać? Nie ma czego się bać. Nie zrobiłem nic złego, nie
skrzywdziłem nikogo. Przeżyłem swoje życie radośnie. Jeśli jakiś Bóg
istnieje i kiedyś go spotkam, na pewno nie będzie na mnie zły. To raczej
ja mógłbym być zły na niego. Zapytałbym go, dlaczego stworzył ten świat
takim, a nie innym. Nie, ja się niczego nie boję.
Kiedy umierał, znów go o to spytałem. Lekarze mówili, że będzie żył
jeszcze kilka minut. Jego puls z wolna stawał się niewyczuwalny, jego
serce przestawało bić, ale był w pełni świadomy.
- Baba, mam jedno pytanie... - powiedziałem.
A on otworzył oczy i odrzekł:
- Wiem, jakie to pytanie... Dlaczego nie wierzę w Boga? Wiedziałem, że
znów mnie o to zapytasz na łożu śmierci. Uważasz, że śmierć napawa mnie
strachem? Żyłem tak radośnie i taką pełnią, że nie żałuję, iż umieram.
Co miałbym robić jutro? Wszystko już zrobiłem i nie mam nic więcej do
zrobienia. A ponieważ mój puls zwalnia i moje serce bije coraz słabiej,
myślę, że wszystko będzie jak najlepiej. Czuję się bardzo spokojny,
bardzo wyciszony. Czy umrę całkowicie, czy będę żył... nie sposób teraz
tego stwierdzić. Ale pamiętaj jedno: nie boję się.
Mówisz, że z chwilą, kiedy myślisz o porzuceniu idei Boga, narasta w tobie lęk. To prosta wskazówka, że tłumisz w sobie ten lęk kamieniem,
jakim jest idea Boga. Kiedy zaś wyrzucisz kamień, twój lęk nagle się
pojawi.
Miałem w szkole nauczyciela, który był dobrze wykształconym braminem.
Szanowało go prawie całe miasto. Mieszkał obok. Do jego domu prowadziła
wąska ścieżka biegnąca z boku mojego domu. Tuż za domem rosła wielka
miodla indyjska... Bramin nauczał sanskrytu i ciągle prowadził wykłady o Bogu, modlitwie i oddawaniu czci. W zasadzie to indoktrynował umysły
wszystkich wokół.
Powiedziałem mu, że mój dziadek nie wierzy w Boga, a kiedy pytam go,
czemu nie wierzy, zawsze mi odpowiada, że po prostu się nie boi.
Zapytałem bramina, czy bardzo się boi. Ciągle wbija słowo "Bóg" do
naszych głów i słyszę, jak co rano śpiewa przez trzy godziny tak głośno,
że przeszkadza wszystkim sąsiadom. Jednak nikt nie może mu zwrócić
uwagi, bo są to pieśni religijne. Gdyby był to taniec nowoczesny albo
gdyby grał muzykę jazzową, to każdy skarżyłby się, że mu to przeszkadza.
Ale ponieważ śpiewa pieśni religijne, nikt nie odważy się nawet
zaprotestować, mimo że przeszkadza wszystkim każdego ranka od piątej
rano do ósmej - a trzeba dodać, że ma bardzo donośny głos...
Spytałem go więc:
- Czego się pan tak bardzo boi, że aż musi się pan modlić codziennie
przez trzy godziny? To chyba ogromny lęk, skoro przez trzy godziny
dziennie przekonuje pan Boga, aby pana chronił.
- Niczego się nie boję. Twój dziadek jest łotrem. Nie słuchaj go. On cię
zepsuje - odpowiedział.
Chciałbym wspomnieć, że obaj byli w podobnym wieku.
- To dziwne. On uważa, że to pan mnie psuje, a pan uważa, że psuje mnie
mój dziadek. Jeśli chodzi o mnie, to nie zamierzam nikomu dać się
zepsuć. Wierzę mojemu dziadkowi, kiedy mówi, że niczego się nie boi, ale
co do pana... nie mam pewności.
- Dlaczego?
- Dlatego, że mijając drzewo miodli w nocy, zaczyna pan śpiewać.
Ludzie wierzą, że w miodlach mieszkają duchy, toteż zwykle nikt nie
zbliża się do nich nocą. Jednak on musiał przechodzić obok drzewa,
ponieważ tędy prowadziła ścieżka do jego domu. Gdyby chciał dotrzeć do
domu inną drogą, musiałby nadłożyć prawie kilometr i dojść do domu z przeciwnej strony. Korzystanie z dłuższej drogi było dla niego zbyt
uciążliwe, więc znalazł sobie strategię - mijając miodlę, zaczynał
śpiewać. Śpiewał, kiedy tylko wchodził na ścieżkę.
Powiedziałem mu więc:
- Słyszałem, jak pan śpiewa. Co prawda nie robi pan tego tak głośno jak
o poranku, ale słyszałem, jak śpiewa pan, mijając miodlę. Wiem, że
zamieszkują ją duchy, więc nie sądzę, że robi pan coś złego.
- Jak się o tym dowiedziałeś?
- Często siedzę niedaleko drzewa w ciemnościach. A pan, przechodząc
tamtędy, zaczyna głośniej śpiewać i szybciej iść. To widziałem na własne
oczy i słyszałem na własne uszy. Po co pan śpiewa, jeśli się pan nie
boi? A jeśli się pan boi, to chyba poranne śpiewy do Boga są
bezużyteczne... Czyżby nie mógł on ochronić pana przed tymi duchami?
- Od dzisiaj nie będę już śpiewał - obiecał.
I rzeczywiście, przestał. Nie śpiewał, chociaż chadzał ścieżką szybciej
niż zwykle.
Co miałem zrobić? Usiadłem więc na drzewie z pustą puszką po oleju, a kiedy przechodził, uderzyłem w puszkę i zrzuciłem mu ją na głowę.
Szkoda, że nie widzieliście całej tej sytuacji! Uciekał, krzycząc:
"Bhoot! Bhoot!", a bhoot w języku hindi oznacza "duch".
Tradycyjne ubrania w Indiach nie wyglądają tak jak na Zachodzie, chociaż
te zachodnie są wygodniejsze. Stroje hinduskie może i są bardziej
luksusowe, ale na pewno mało praktyczne. Jeśli pracujesz w polu albo w fabryce, taki strój jest nawet niebezpieczny, bo szata jest długa i luźna, może więc wkręcić się w jakiś mechanizm. Także dhoti - dolna
warstwa ubrania - jest luźne. Przywodzi to na myśl czasy, kiedyś ten
kraj przeżywał bardzo dobre lata...
Nie możesz dać stroju hinduskiego żołnierzom - nie byliby w stanie
walczyć! Pokonałoby ich ubranie. Nawet uciekać by nie mogli, bo ubranie
uniemożliwiałoby im ucieczkę. Czy ja mógłbym biegać w mojej szacie?
Niemożliwe. Prędzej bym umarł, niż zdołał pobiec.
W każdym razie... Bramin bardzo się przestraszył... Kiedy puszka spadła na
niego, robiąc przeraźliwy hałas, jego dhoti opadło, a on tak bardzo
się bał, że wbiegł do domu bez niego, całkiem nago! Zgubione dhoti
zostało przy drzewie. Zszedłem więc z drzewa, wziąłem dhoti, swoją
puszkę i oddaliłem się z tego miejsca.
W domu zapanował chaos. Wszyscy sąsiedzi biegali, pytając, co się stało.
A on opowiadał:
- Ten chłopak ciągle robi coś złego. Dziś rano powiedział mi, żebym nie
śpiewał mantr, bo świadczą one o tym, że się boję. Postawił przede mną
wyzwanie. Jutro spotkam się z nim, żeby porozmawiać o dzisiejszym
zdarzeniu. To z jego powodu na stare lata zostałem pośmiewiskiem!
Wszyscy sąsiedzi widzieli, jak biegłem nago!
A nie ma jak w Indiach pokazać się nago, zwłaszcza jeśli jest się
szanowanym kapłanem albo naukowcem...
Następnego dnia rano bramin przyszedł do naszego domu. Był bardzo
poważny. Wiedziałem, że się zbliża, wziąłem więc puszkę i włożyłem do
niej jego dhoti. Kiedy zobaczył, że zbliżam się z puszką, zapytał:
- Co to jest?
- Niech pan zaczyna pierwszy. Odgrażał się pan, że przyjdzie ze mną
porozmawiać. Ja także chcę z panem porozmawiać. Zachodzi więc pytanie,
kto będzie rozmawiał z kim? Może mi pan wymierzyć karę, jaką pan tylko
chce, ale proszę pamiętać, że otworzę tę puszkę przed całą szkołą.
- A co w niej jest?
- Jest w niej bhoot, duch, który tak pana przestraszył.
- Czy to nie jest ta puszka, która spadła wczoraj z drzewa?
- Oczywiście, że ta.
- Zabierz ją stąd, bo jest niebezpieczna.
- Proszę jednak zajrzeć do środka i zobaczyć, co się w niej znajduje. -
I otworzyłem puszkę, a potem wyjąłem z niej jego dhoti. - Proszę
przynajmniej zabrać swoje dhoti - powiedziałem.
- Ale jak ci się to udało?
- Jak pan myśli, kto to wszystko zaaranżował? Powinien pan mi
podziękować, że zadałem sobie trud wspięcia się na drzewo, hałasowania
puszką i rzucenia jej na pana, a następnie zabrania pańskiego dhoti,
zgubionego w ciemności. Potem uciekłem, zanim ktokolwiek mnie złapał.
Zrobiłem to, aby zaniechał pan tych kłamstw.
Od tamtego dnia mężczyzna przestał chodzić tamtą ścieżką. Wiedział, że
wszystko to było moją sprawką, ale wolał wybrać dłuższą drogę. Zapytałem
go, dlaczego to robi, skoro doskonale wie, że to ja zainicjowałem całe
to wydarzenie. Powiedział mi, że nie wierzy mi ani trochę. I nie ma
zamiaru ryzykować. Podejrzewa, że mogłem zabrać puszkę i jego dothi
dopiero rano, a w nocy przestraszył go nie kto inny jak sam duch. Nie
dał się przekonać, że to ja siedziałem wieczorem na drzewie...
Tymczasem moja rodzina dobrze o tym wiedziała, bo widzieli, jak wchodzę
na drzewo. Ale nawet oni bali się, że to duch miodli we mnie wstąpił.
Powiedziałem im, że są naprawdę dziwni; przecież przyznałem się, po co
więc wymyślają jakieś nowe interpretacje, twierdząc, że wstąpił we mnie
duch i stąd to wszystko. Nie potrafili przyjąć do wiadomości prostych
faktów.
Kiedy pojawia się strach, znaczy to, że musisz się z nim zmierzyć. Nic
ci nie pomoże zasłanianie się ideą Boga.
Jeśli coś zniszczy twoją wiarę, to nie możesz jej już odbudować. Skoro
spotkałeś mnie, to już nie będziesz wierzył w Boga, ponieważ
rzeczywistością jest wątpienie, a wiara to jedynie fantazja. Żadna
fikcja nie może równać się z faktami. Od teraz Bóg będzie dla ciebie
jedynie hipotezą; twoja modlitwa będzie bezużyteczna. Będziesz cały czas
pamiętał, że to tylko hipoteza; nie będziesz potrafił o tym zapomnieć.
Bo kiedy raz usłyszysz prawdę, nie będziesz mógł jej zapomnieć. To jedna
z cech prawdy - nie musisz jej pamiętać.
O kłamstwach musisz pamiętać cały czas. Mógłbyś przecież zapomnieć, co
nakłamałeś. Kłamca potrzebuje lepszej pamięci niż człowiek, który
posługuje się prawdą, ponieważ człowiek prawdomówny nie potrzebuje
niczego pamiętać. Kiedy mówisz kłamstwa, musisz mieć dobrą pamięć.
Kłamałeś jednemu człowiekowi i kłamałeś drugiemu człowiekowi, okłamałeś
wiele różnych osób. Musisz to wszystko uporządkować w swoim umyśle i pamiętać, co komu powiedziałeś. A kiedy ktoś pyta cię o twoje kłamstwa,
znów musisz kłamać. Kłamstw nie da się powstrzymać...
Prawda jest jak celibat - nie posiada dzieci, nie wstępuje w związki
małżeńskie. Wystarczy, że raz zrozumiesz, iż Bóg jest niczym innym jak
tylko hipotezą tworzoną przez kapłanów, polityków, elity władzy,
pedagogów - wszystkich tych, którzy chcą trzymać cię w niewoli
psychicznej, którzy odnoszą korzyści z twojego zniewolenia... Oni wszyscy
chcą utrzymywać cię w strachu, abyś zawsze się bał, drżał wewnątrz
siebie, ponieważ jeżeli się nie boisz, to jesteś niebezpieczny.
Możesz być albo człowiekiem tchórzliwym, bojaźliwym, gotowym, by się
podporządkować, poddać, człowiekiem bez godności, bez szacunku dla
samego siebie, albo możesz niczego się nie bać. Wtedy jednak będziesz
buntownikiem - to nieuniknione. Możesz być człowiekiem wierzącym albo
zbuntowaną duszą. Ludzie, którzy nie chcą, abyś się buntował, bo to
godzi w ich interesy, wywierają na ciebie nacisk, warunkują twój umysł
chrześcijaństwem, judaizmem, islamem, hinduizmem i utrzymują twoje
wewnętrzne rozedrganie.
Na tym opiera się ich władza, a każdy, kto pragnie władzy, czyje życie
jest nieustannym dążeniem do władzy, odnosi wielkie korzyści z hipotezy
Boga.
Jeśli boisz się Boga - a wierząc w niego, musisz się bać - będziesz
wykonywał jego nakazy i przykazania, postępował zgodnie z tym, co
napisano w świętych księgach, co mówi mesjasz, boskie wcielenie; musisz
słuchać Boga i jego agentów. Rzecz w tym, że sam Bóg nie istnieje -
istnieją jedynie jego agenci. To bardzo dziwny biznes...
Tak, religia to najdziwniejszy biznes. Nie ma Boga, ale są mediatorzy:
ksiądz, biskup, kardynał, papież, mesjasz... cała hierarchia. Jednak na
samej górze nie ma nikogo. Jezus bierze swój autorytet i władzę od Boga,
gdyż jest jego jednorodzonym synem. Papież bierze swój autorytet od
Jezusa - jest jego jedynym prawdziwym przedstawicielem. I ciągnie się to
niżej i niżej, aż do najniższego w hierarchii księdza. Ale Boga nie ma.
Jest tylko twój strach.
Prosiłeś o wynalezienie Boga, bo nie mogłeś wytrzymać samotności. Nie
potrafiłeś zmierzyć się z życiem, jego pięknem, radością, cierpieniem i lękiem. Nie byłeś w stanie doświadczać tego wszystkiego samodzielnie,
bez nikogo, kto by cię chronił, kto trzymałby nad twoją głową parasol.
Chciałeś Boga ze strachu. A wszędzie jest pełno kłamców, którzy zrobią
to, o co poprosisz. Kiedy więc poprosiłeś, powiedzieli: "Wiemy, że Bóg
istnieje. Wystarczy, że odmówisz tę modlitwę...".
Tołstoj napisał piękne opowiadanie. Zwierzchnik Rosyjskiej Cerkwi
Prawosławnej usłyszał, że trzech mężczyzn, którzy mieszkają pod drzewem
na wyspie na jeziorze, zyskało ogromną sławę. Był to dla niego ogromny
problem, ponieważ wierni przestali przychodzić do niego, a zaczęli
odwiedzać tych trzech świętych ludzi.
Chrześcijańskie słowo "święty" jest bardzo dziwne... W każdym języku słowo
"święty" i słowa pochodne cieszą się ogromnym szacunkiem. Jednak w chrześcijaństwie słowo to oznacza jedynie, że ktoś został wyświęcony
przez papieża, że otrzymał jego certyfikat. Joannę d'Arc wyświęcono
trzysta lat po tym, jak pewien nieomylny papież spalił ją żywcem. Widać
po upływie trzystu lat zmienili zdanie, skoro ludzie darzyli jej pamięć
coraz większym szacunkiem. Wtedy to papież pomyślał, że najwyższy czas
ogłosić ją świętą. Najpierw ogłoszono ją czarownicą i spalono żywcem - a zrobił to jeden nieomylny papież - następnie zaś inny nieomylny papież,
po upływie owych trzystu lat, ogłosił ją świętą. Rozkopano jej grób, a szczątki, uznane teraz za relikwie, poświęcono. I tak oto stała się
świętą.
Chrześcijańskie znaczenie słowa "święty" jest brzydkie. Jego
odpowiednikiem w sanskrycie jest słowo sant - oznacza ono kogoś, kto
dotarł, kogoś, kto poznał satya. Sat oznacza najwyższą prawdę, a ktoś, kto do niej dotarł, nazywany jest właśnie sant. Nie jest to ktoś
z certyfikatem! Nie jest to stopień ani tytuł, który ktoś inny mógłby ci
nadać.
A zatem... Patriarcha bardzo się złościł, ponieważ wierni wiele mówili mu
o tych trzech świętych. Zastanawiał się, w jakiż to sposób zostali oni
świętymi. Przecież żadnemu z nich nie dał certyfikatu. Sytuacja powoli
stawała się po prostu nieznośna. Ludzie, jak to ludzie - ciągle ich
odwiedzali. Patriarcha zdecydował więc, że musi sam odwiedzić tych
trzech mężczyzn, dowiedzieć się, w jaki sposób i jakim prawem ogłosili
siebie świętymi! Nawet ich nie zna, nikt go nawet o tym oficjalnie nie
poinformował, a przecież to w jego gestii leży mianowanie człowieka
świętym. Był bardzo niezadowolony.
I któregoś dnia popłynął tam swoją łodzią. Zresztą bardzo piękną - w końcu był on najwyższym kapłanem, a więc w sprawach dotyczących religii
był ważniejszy niż car. Nawet car i caryca przybywali, aby się mu
pokłonić... Przez całą drogę zadawał sobie pytanie, kim są ci trzej
nieznani, anonimowi głupcy i dlaczego ogłosili siebie świętymi. Kiedy
przybył na miejsce, ujrzał trzech prostych, starych mężczyzn siedzących
pod drzewem. Natychmiast wstali, pokłonili się mu i zapytali:
- Czemu Jego Świątobliwość się trudził? Wystarczyło nas wezwać, a przybylibyśmy natychmiast.
Hierarcha, nieco udobruchany, zapytał ich:
- Kto mianował was świętymi?
- Nic na ten temat nie wiemy. Nie wiedzieliśmy, że jesteśmy święci. Kto
tak powiedział?
Hierarcha zorientował się, że ci trzej nie mają żadnego wykształcenia i nie wiedzą nic na temat chrześcijaństwa czy religii w ogóle. Zapytał
więc:
- Jak się modlicie? Czy znacie modlitwę? Bez niej nie możecie nawet być
chrześcijanami, a tym bardziej świętymi!
- Jesteśmy niewykształceni i nikt nigdy nie uczył nas żadnej modlitwy.
Jednak jeśli nam wybaczysz, powiemy ci, jaką sami stworzyliśmy modlitwę.
- Co? Stworzyliście sami modlitwę!? Dobrze, chętnie jej posłucham.
I jeden z mężczyzn powiedział do drugiego:
- Powiedz mu, to ty ją wymyśliłeś.
Wszyscy trzej byli jednak bardzo onieśmieleni, więc w końcu zdecydowali,
że powiedzą ją razem. Ich modlitwa była bardzo prosta: "Stanowisz Trójcę
- Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Jest was trzech i nas także jest
trzech. Zmiłujcie się nad nami". Następnie powiedzieli patriarsze:
- Oto cała nasza modlitwa. Nic więcej nie wiemy. Słyszeliśmy, że on jest
w trzech osobach, a i my także jesteśmy we trzech. Czego więcej
potrzeba? Niech się zmiłuje nad nami, bo on jest w trzech osobach i my
także jesteśmy trzej.
- To nie do pomyślenia! Robicie parodię z religii!
- Powiedz nam więc, jaka powinna być nasza modlitwa, a będziemy ją
powtarzać.
Patriarcha powiedział im całą modlitwę, długą modlitwę używaną w Kościele prawosławnym. Wysłuchali jej, ale po chwili poprosili:
- Chwileczkę. Prosimy o powtórzenie, ponieważ modlitwa jest bardzo długa
i możemy jej nie zapamiętać. Nasza modlitwa jest króciutka i dlatego
nigdy jej nie zapominamy. Jest bardzo prosta. To dlatego pamiętamy, że
on jest w trzech osobach, nas także jest trzech... Prosimy o miłosierdzie.
Twoja modlitwa jest zbyt trudna. Moglibyśmy ją zapomnieć albo popełnić
jakiś błąd...
Powtórzył modlitwę drugi raz, potem trzeci, aż w końcu mężczyźni
powiedzieli, że będą starali się tak modlić.
Patriarcha czuł się bardzo zadowolony, że sprowadził tych trzech głupców
na właściwą drogę. Nie mógł uwierzyć, że mieli taką prostą modlitwę i że
to ona przydała im miano świętych. Cieszył się więc bardzo, że zrobił
dobry uczynek. Bo tacy właśnie są ci dobroczyńcy...
Kiedy był już na środku jeziora, ujrzał, że ci trzej mężczyźni biegną za
nim, prosząc, aby zaczekał, ponieważ zapomnieli jednak słów jego
modlitwy. Nie mógł uwierzyć swoim oczom: biegli po wodzie!
Patriarcha pokłonił się im do stóp i rzekł:
- Wybaczcie mi. Odmawiajcie swoją modlitwę. Jest doskonała. Nie musicie
przybywać do mnie, aby o cokolwiek mnie pytać. Jeśli ja będę chciał was
o coś zapytać, to przyjdę do was. Sam już nie wiem, która modlitwa jest
właściwa.
Ci trzej mężczyźni udowadniają jedną prostą prawdę: fakt, że jesteś
wierzący, jeszcze wcale nie dowodzi istnienia Boga. Twoja wiara może dać
ci pewną spójność, pewną siłę. Jednak wiara musi być niewinna. Ci trzej
mężczyźni nie ukrywali za swoją wiarą żadnego strachu. Nie chodzili do
kościoła, aby uczyć się modlitw, nie pytali nikogo o to, czym jest Bóg i gdzie można go znaleźć. Byli po prostu niewinnymi ludźmi i to z tej ich
niewinności wypływała wiara.
Wiara nie dowodzi istnienia Boga, udowadnia jedynie, że niewinność jest
wielką siłą.
Oczywiście, to tylko opowiadanie, ale niewinność naprawdę stanowi siłę.
Tak, możesz chodzić po wodzie, ale tylko dzięki swojej niewinności. I to
z powodu niewinności istnieje wiara. Zdarza się to jednak bardzo rzadko,
ponieważ każdy rodzic i każde społeczeństwo niszczą niewinność dziecka,
jeszcze zanim zorientuje się ono, że w ogóle ją posiada. Wmuszają ci
jakieś wierzenia, a ty je akceptujesz, ponieważ się boisz. Kiedy jest
ciemno, matka mówi ci, żebyś się nie bał, bo Bóg jest wszędzie i patrzy
na ciebie.
Słyszałem o pewnej katolickiej zakonnicy, która kąpała się w ubraniu.
Inne zakonnice zaczęły się o nią martwić, myśląc, że zwariowała. Ona
jednak wytłumaczyła, że robi tak, bo wie, że Bóg jest wszędzie, a więc
znajduje się także w łazience. A pokazywanie się nago przed Bogiem uważa
za nieprzyzwoite.
Być może ta kobieta wydaje się głupia, ale ma w sobie pewien rodzaj
niewinności. Jej wiara powstaje dzięki niewinności i nie jest tu ważne,
w co wierzy.
Niewinność daje siłę, ale jest ciągle niszczona i dlatego właśnie mówię
wam, że chciałbym, abyście ją odzyskali, abyście stali się znowu
niewinni. Ale żebyście mogli stać się znów niewinni, musicie przejść
przez kilka etapów. Musicie odrzucić ideę Boga, która sprawia, że się
nie boicie. Musicie przejść przez strach i zaakceptować go jako część
ludzkiej rzeczywistości. Nie trzeba przed nim uciekać. Trzeba wejść w niego bardzo głęboko, a im głębiej wnikniesz w swój lęk, tym mniej
będziesz go odczuwał. Kiedy dotrzesz do samego dna strachu, z rozbawieniem stwierdzisz, że nie było się czego bać. A kiedy strach
zniknie, pojawi się niewinność, która stanowi najwyższe dobro - czystą
esencję religijnego człowieka.
Niewinność jest siłą, jedynym cudem, jaki istnieje.
Dzięki niewinności może zdarzyć się wszystko, ale nie uczyni cię ona
chrześcijaninem ani muzułmaninem. Dzięki niej staniesz się po prostu
zwykłą ludzką istotą, która w pełni akceptuje swoją zwyczajność, cieszy
się nią i jest wdzięczna całej egzystencji; nie odczuwa wdzięczności do
żadnego Boga, ponieważ jest on tylko narzuconą z góry ideą.
Tymczasem egzystencja nie jest ideą. Jest wszystkim wokół ciebie i w tobie. Kiedy jesteś całkowicie niewinny, pojawia się w tobie głęboka
wdzięczność - nie nazwę jej modlitwą, ponieważ modlić można się o coś,
ale nazwę ją głęboką wdzięcznością. O nic nie prosisz, ale zanosisz
podziękowania za coś, co już zostało ci dane.
A otrzymałeś tak wiele. Czy na to zasłużyłeś? Egzystencja obdarza cię
tak szczodrze, że twój brak wdzięczności jest wręcz obrzydliwy.
Powinieneś być wdzięczny za to wszystko, co otrzymałeś. Bo twoja
wdzięczność jest czymś naprawdę pięknym, a egzystencja obdarza cię coraz
szczodrzej. Im więcej otrzymujesz, tym bardziej jesteś wdzięczny. Ten
proces nigdy się nie kończy.
Pamiętaj jednak, że hipoteza Boga zniknęła. W chwili kiedy nazwałeś ją
hipotezą, cała koncepcja Boga upadła. Czy boisz się, czy nie - nie
możesz jej przywrócić. To skończone. Teraz jedyne, co ci pozostało, to
wejść w swój strach. W milczeniu wejdź w niego, aby poznać jego głębię.
Czasem zdarza się, że ten strach wcale nie jest taki znów głęboki.
Oto opowieść zen.
Wędrujący nocą mężczyzna zsunął się ze skały. Bojąc się, że spadnie
setki metrów w dół, złapał się wystającej gałęzi. Słyszał, że miejsce, w którym się znajduje, jest przepastną otchłanią. W ciemności nie widział
nic oprócz bezdennej przepaści. Krzyczał, ale wracało do niego jedynie
echo własnych słów - wokół nie było nikogo. Wyobraźcie sobie, jak
straszna była dla niego ta noc. Bał się, że w każdej chwili może zginąć.
Jego ręce były zmarznięte i coraz słabszy stawał się jego uścisk... Kiedy
nastał świt, wędrowiec popatrzył w dół i zaśmiał się - nie było tam
żadnej przepaści. Kilkadziesiąt centymetrów niżej była półka skalna.
Mógł na niej wygodnie spać przez całą noc. Tymczasem on trząsł się ze
strachu aż do samiuteńkiego rana.
Mogę wam powiedzieć, z własnego doświadczenia, że strach nie ma
głębokości większej niż kilkadziesiąt centymetrów. I tylko od was
zależy, czy chcecie wisieć na gałęzi i zamienić swoje życie w koszmar,
czy wolicie puścić gałąź i stanąć na własnych nogach. Naprawdę nie ma
się czego bać.
Rozdział 2
Jezus - jedyny zapomniany syn Boga
Osho,
powiedziałeś, że Bóg nie jest ani hipotezą, ani ideą. Czym wobec tego
jest? Czy ktokolwiek kiedykolwiek spotkał Boga?
Bóg z pewnością nie jest hipotezą.
Hipoteza odnosi się jedynie do obiektywnej nauki. Możesz z nią
eksperymentować, dzielić ją, analizować.
To właśnie mówił Karol Marks: "Dopóki Bóg nie zostanie udowodniony w laboratorium naukowym, nie zamierzam go akceptować". Znaczenie jego słów
jest takie, że może on zaakceptować Boga jako hipotezę, ale hipoteza
sama w sobie nie jest prawdą. Konieczny jest dowód naukowy.
Jeśli jednak Bóg znajdzie się w laboratorium naukowym, zostanie włożony
do probówki, podzielony i przeanalizowany, a my będziemy wiedzieli, że
wszystko, z czym mamy do czynienia, składa się na całość, którą nazwiemy
Bogiem, to skąd wiadomo, czy to Bóg, który stworzył świat? Skoro Marks
zaakceptowałby Boga jedynie pod takim warunkiem, oznacza to, że Bóg musi
zostać zredukowany do rangi przedmiotu.
A wtedy stworzenie sobie Boga nie byłoby wcale takie trudne. Kiedy
przeanalizujesz wszystkie składniki, wszystkie części, to nie będzie
problemu, żeby go odtworzyć. Opatentuj swoje odkrycie i zacznij
produkować kolejne egzemplarze Boga. Jednak taki wyprodukowany Bóg nie
będzie tym Bogiem, o którego mnie pytacie.
Bóg nie jest hipotezą i nie może nią być, ponieważ już samo słowo
"hipoteza" zabiera mu grunt spod nóg. Boga nie da się udowodnić. Jeśli
nauka miałaby udowodnić istnienie Boga, to naukowiec stałby się kimś
ważniejszym niż Bóg. Biedny Bóg byłby jedynie szczurem laboratoryjnym.
Przygotowujesz różne pudełka, a Bóg przemieszcza się z jednego do
drugiego, abyś mógł sprawdzić poziom jego inteligencji.
Delgado - psycholog - byłby bardzo zadowolony, gdyby złapał Boga w swoją
pułapkę na myszy; bo wszystko, co wiedzą o ludziach psycholodzy, zostało
sprawdzone na myszach. Najpierw testowali myszy, a później próbowali
odnieść swoje wyniki do istot ludzkich. Byłoby niehumanitarne kroić
człowieka, torturować go i przeprowadzać na nim eksperymenty. Jednak
bardzo dziwne jest to, że mysz potrafi dostarczyć informacji, które
pozwalają zrozumieć ludzki umysł i ludzką psychologię. Czyż człowiek nie
jest bardziej rozwinięty? Możesz dostosować swoje odkrycia do ludzkich
rozmiarów, ale to nie zmienia faktu, że dotyczą one myszy.
Zgodnie z tym, co twierdzą wszystkie pseudoreligie, Bóg jest twórcą
tego, co istnieje. Twierdzą one, że stworzył także nas. Gdyby uczynić
Boga hipotezą, to wtedy my bylibyśmy jego stwórcami. Nastąpiłaby zamiana
ról - twórca stałby się stworzeniem. Pseudoreligie nigdy się na to nie
zgodzą. Ja też się na to nie godzę, ale z zupełnie innych powodów.
Nie mogę się z tym zgodzić, ponieważ Bóg jest ponad wszystkim; nikt nie
może być powyżej Boga. Naukowiec musi być obserwatorem, znajdować się
wyżej, aby dokładnie widzieć. Wtedy jednak Bóg stałby się badanym
przedmiotem. Naukowiec umieściłby elektrody w umyśle Boga, stworzyłby
pilota, dzięki któremu decydowałby, kiedy Bóg ma się śmiać, a kiedy
płakać, kiedy biegać, a kiedy stać. Z tego powodu pseudoreligie nie mogą
się na to zgodzić. Twierdzą, że Bóg nie został stworzony, że nie jest
przedmiotem; jest stwórcą. To on ciebie stworzył, więc nie możesz w żadnym razie znaleźć się powyżej niego.
Nawet dla stworzenia hipotezy potrzebne jest jakieś prawdopodobieństwo -
nie pewność, ale przynajmniej prawdopodobieństwo. Bóg nie jest nawet
prawdopodobny. Moje powody są więc całkowicie odmienne. Naukowiec
zaczyna od hipotezy, ponieważ dostrzegł w niej jakieś
prawdopodobieństwo, jakąś możliwość, jakiś potencjał.
Bóg jest jedynie słowem, które nic w sobie nie zawiera - pustym słowem
bez żadnego znaczenia.
Być może trzeba interpretować Biblię w nieco inny sposób? Mówi się w niej: "Na początku było Słowo. A Słowo było u Boga. I Bogiem było
Słowo". W takim kontekście prawdą zdaje się to, że początek Boga jest
niczym innym jak tylko słowem. Następnie słowo zaczęło gromadzić na
sobie mech - z upływem czasu ludzie nadawali mu coraz większe znaczenie.
A to, jakie nadawali mu znaczenie, wynika z ich potrzeb. Powinniście to
zapamiętać.
Bóg jest wszystkowiedzący, ponieważ wiedza człowieka jest bardzo
ograniczona - jest jak mały płomyk świecy, który rozjaśnia niewielką
przestrzeń wokół. Poza tą małą przestrzenią wszystko jest ciemnością, a ciemność powoduje strach. Kto wie, co się w niej kryje? Potrzebny jest
ktoś, kto wiedziałby wszystko. A jeśli taki ktoś nie istnieje, to trzeba
go wymyślić.
Bóg jest wynalazkiem stworzonym z psychologicznych potrzeb człowieka.
Jest wszystkowiedzący. Ty nie możesz taki być bez względu na to, ile
wiesz i co wiesz. Egzystencja jest tak ogromna, a człowiek tak maleńki,
że nie ma sensu nawet sobie wyobrażać, iż w tym maleńkim mózgu zmieści
się cała wiedza dotycząca przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.
Nawet głupiec wie, że są to jedynie mrzonki, jednak życie w świecie
otoczonym zewsząd ciemnością jest trudne. Nie możesz nawet być pewien
tego, co wiesz, ponieważ nieznane jest tak ogromne, że gdybyś dowiedział
się jeszcze trochę więcej, mogłoby się okazać, że nic nie wiesz.
Tak zresztą się dzieje. Im więcej człowiek wie, tym bardziej uświadamia
sobie, że wczorajsza wiedza dzisiaj jest już tylko ignorancją. A co
powiedzieć o wiedzy współczesnej? Być może jutro ona także okaże się
ignorancją.
Istniała ogromna potrzeba psychologiczna, aby zaistniał ktoś, kto wie
wszystko.
Kapłani wykonali więc kawał dobrej roboty, wymyślając Boga.
Pomogło to rozwiązać wiele spraw. Człowiek stał się bardziej pewny
siebie, bardziej stabilny, mniej bojaźliwy, ponieważ istnieje
wszystkowiedzący, przenikliwy, wszechobecny Bóg. Jedyne, co jest ci
potrzebne, to wiedza, jak pozyskać jego przychylność. Wiedzę tę posiada
ksiądz i może się nią z tobą podzielić. Każda religia udaje, że dzierży
klucz, który otwiera wszystkie drzwi. A jeśli zdobędziesz taki klucz,
będziesz jak bogowie, będziesz wszystko wiedział, będziesz wszędzie,
gdzie tylko zechcesz, i zostaniesz obdarzony wielką mocą. Po prostu
przyjrzyj się, a zobaczysz w tych słowach trzy podstawowe potrzeby
człowieka.
Ludzka wiedza jest bardzo ograniczona, bardzo uboga. Bo co tak naprawdę
wiemy? Każdy drobiazg wskazuje na twoją ignorancję.
Nasza moc... Jaką moc posiadamy? Być może człowiek jest jedynym
zwierzęciem na świecie, które nie ma mocy... Czy możesz walczyć z lwem
albo z tygrysem? Na pewno nie, bo przecież nie potrafiłbyś walczyć nawet
z psem czy kotem. Jak mógłbyś się obronić, gdyby zaatakowało cię sto
tysięcy much? Nigdy nie myślałeś, że mogłyby zaatakować cię muchy, a gdyby kiedyś zaczęły zajmować się polityką i zaatakowały cię zbiorowo,
nie miałbyś szans na przeżycie. Byłbyś bezbronny.
Mówimy o muchach, a przecież w Południowej Afryce są nawet rośliny,
które potrafią pochwycić ptaki i inne zwierzęta, wyssać je całkowicie, a resztki wyrzucić. Istnieją nawet opowiadania science fiction o roślinach
atakujących ludzi. W tych opowiadaniach rośliny są na tyle wielkie, że
mogą złapać człowieka, jeśli ten znajdzie się w pobliżu: ich gałęzie
pochwycą cię niczym trąby słoni i zgniotą. Następnie roślina wyciągnie z ciebie całą krew. Cóż to za doskonała operacja - gałęzie penetrujące
twoje ciało i wysysające krew! Jak gruba jest twoja skóra? Wystarczy
lekko zadrapać i od razu pokazuje się krew. A te rośliny żywią się
krwią, pożerają ludzi. Kiedy zaczynają zjadać człowieka, on ciągle
jeszcze żyje...
Te opowieści o pożerających ludzi roślinach wydają się może przesadzone,
ale nie są bezpodstawne; rośliny posiadają pewien rodzaj mózgu, pewien
rodzaj umysłu. Udowodniono, że myślą, czują, mają emocje, uczucia, że
kochają i nienawidzą. Na to wszystko zdobyto naukowe dowody.
Już dwadzieścia pięć wieków temu Budda i Mahawira mówili, że nie wolno
niszczyć roślin, ponieważ są one żywe. Ludzie najpierw śmiali się z tego
i nie wierzyli. Ani Budda, ani Mahawira nie posiadali dowodów naukowych.
Mówili na podstawie własnych doświadczeń, które zdobyli, siedząc w ciszy
pod drzewami. Budda wielokrotnie odczuwał, że drzewo nie jest martwe, że
tętni życiem. Były to jednak tylko doświadczenia osobiste, których nie
potrafił udowodnić.
Udało się to innemu Hindusowi. Nazywał się Jagadis Chandra Bose i poświęcił całe życie, aby za pomocą metod naukowych przekonać się, czy
Budda i Mahawira mieli rację. Ostatecznie potwierdził, że rośliny są
żywe, że odbierają bodźce. A to był zaledwie początek... Coraz więcej
badaczy zaczęło się tym tematem zajmować.
Wkrótce okazało się, że rośliny posiadają pewien system, który można
porównać do mózgu, choć nie wygląda on jak mózg ludzki. Ludzie uważają,
że każdy mózg wygląda tak, jak wyglądają mózgi ludzkie. To głupie! Jeśli
istnieje tak wiele różnych rodzajów ciał, to dlaczego nie może istnieć
wiele różnych mózgów? Wkrótce więc okazało się, że rośliny posiadają
pewien rodzaj mózgu.
Kilka lat temu stwierdzono również, że rośliny wyposażone są nie tylko w pewien system poznawania rzeczywistości, który nazywamy umysłem, ale
także w serce. Oczywiście, nie bije ono jak ludzkie serce; rośliny
posiadają własny rodzaj serca. Jeśli chirurg roślin chciałby znaleźć u ciebie serce bądź mózg, to najpewniej by go nie znalazł, ponieważ
szukałby innych narządów niż te, które posiada człowiek.
Tak, rośliny mają swoje uczucia i emocje. Jeśli, przykładowo, ogrodnik
podchodzi do drzewa, aby je podlać, ono odczuwa szczęście, które można
zmierzyć na wykresach podobnych do kardiogramu. Taki "szczęśliwy" wykres
staje się harmonijny, rytmiczny, jak gdyby był zapisem piosenki. Jeśli
zaś do drzewa podchodzi ktoś z siekierą, aby je ściąć... Choćby był
jeszcze daleko, wykres ulegnie zmianie. Może ten człowiek nawet nie
powiedział, że ma zamiar ściąć drzewo, a jedynie o tym pomyślał - ma
intencję, którą drzewo potrafi wychwycić. Jeśli nie zbliża się do drzewa
z zamiarem ścięcia go, a jedynie niesie w ręku siekierę, to wykres nie
ulega zmianie. Jeśli natomiast zamierza ściąć drzewo, wykres traci
harmonijność, pojawiają się zmiany, zygzaki - drzewo trzęsie się ze
strachu. Jeśli zostanie ścięte, wykresy okolicznych drzew także zaczną
się zmieniać. One też czują się zranione, ponieważ ich kolega,
przyjaciel, sąsiad został ścięty.
To bardzo możliwe, skoro rośliny posiadają uczucia, emocje, pewien
rodzaj myślenia... Wcale bym się nie zdziwił, gdyby od czasu do czasu
wpadały we wściekłość. Posiadają wszystko, co jest do tego potrzebne. A człowiek wyrządził im tyle krzywd, że mają wszelkie prawo się gniewać.
Ciągle niszczymy drzewa, inne rośliny... Trzeba położyć temu kres! I zbliża się on wielkimi krokami... Przecież człowiek zniszczył już niemal
całe środowisko!
Po ukończeniu szkoły średniej pojechałem na Uniwersytet Hinduski w Benaresie, ponieważ jest to największy uniwersytet w całych Indiach. Ale
zostałem tam jedynie przez dwadzieścia cztery godziny... Zatrzymałem się u doktora Rajbaliego Pandeya, ówczesnego szefa wydziału historycznego.
Usiłował przekonać mnie, abym został na dłużej. Twierdził, że nie znajdę
lepszego miejsca w całych Indiach, że ten uniwersytet ma najlepszych
naukowców, najlepszych profesorów i doskonałą infrastrukturę.
Wytłumaczyłem mu jednak, że nie wyjeżdżam z powodu uniwersytetu, ale
przez niego. Bardzo się zdziwił, wprost nie mógł w to uwierzyć.
Poznałem go przypadkowo. Podróżowałem z nim w tym samym przedziale
pociągu do Dżabalpuru. Na miejsce dojechaliśmy z opóźnieniem, przez co
doktor spóźnił się na pociąg, który miał go zabrać z Dżabalpuru do
Gondii. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Następny pociąg miał dopiero za
dwadzieścia cztery godziny. Gondia to malutkie miasteczko, więc kursuje
tam tylko jeden pociąg na dobę, a podróż do Gondii z Dżabalpuru trwa
dwanaście godzin.
Zaproponowałem mu więc, żeby przenocował u mnie; mieszkałem wtedy u jednego z moich wujków. I właśnie w takich okolicznościach go poznałem.
Rano zabrałem go ze sobą na spacer...
Dżabalpur jest zatopiony w zieleni, rośnie tam tyle drzew, że prawie nie
widać domów. Powiedział mi wtedy, że nienawidzi drzew, ponieważ są one
wrogami ludzkości. Jeśli choćby przez pięć lat nie będzie się ich
wycinać, to zajmą całe miasto i zniszczą wszystkie domy.
Jest nieco prawdy w tym, co mówił, ponieważ człowiek zbudował wszystkie
te miasta, wycinając drzewa. Jeśli więc pozwolić drzewom odrosnąć,
zniszczyłyby tę tak zwaną cywilizację. To wtedy też powiedział mi, że
jeżeli kiedykolwiek przyjadę do Benaresu, mogę zatrzymać się u niego.
Traf chciał, że dwa lata później faktycznie musiałem tam pojechać, więc
chętnie skorzystałem z zaproszenia. O poranku wybierałem się na spacer,
a on zaproponował, że skoro przyłączył się do mnie podczas spaceru w Dżabalpurze, to i tym razem chętnie to zrobi.
Benares jest miastem gołym - całkiem pozbawionym drzew. Cały kampus
uniwersytecki to tylko budynki i budynki... A te są piękne; były budowane
dzięki wsparciu maharadżów indyjskich. Chcieli oni stworzyć wspaniały
uniwersytet, który dorównałby innym znanym na świecie uniwersytetom,
takim jak Cambridge, Oxford czy Harvard. Zbudowano więc przepiękne
budynki, pokryto je marmurem, ale nie pozostawiono żadnych drzew.
Powiedziałem doktorowi, że nareszcie zrozumiałem, dlaczego przeszkadzały
mu drzewa, które ja tak kocham. I dodałem, że nie wytrzymałbym w tym
mieście. To prawda, że trzeba wyciąć drzewa, aby zbudować domy i miasta,
ale to nie znaczy, że muszą one być niszczone całkowicie. Bo wtedy
człowiek także umiera. W świecie potrzebna jest bowiem równowaga -
przecież drzewa ciągle dostarczają nam tlen. Kiedy bierzesz wdech,
wciągasz tlen. Jest on absorbowany przez twój system krwionośny, a następnie wydychasz dwutlenek węgla. Drzewa przyswajają dwutlenek węgla
- to ich pokarm. Dlatego kiedy spalasz drzewo, otrzymujesz węgiel.
Węgiel nie jest niczym innym jak tylko stałą formą dwutlenku węgla.
Drzewa żyją dzięki dwutlenkowi węgla, człowiek żyje dzięki tlenowi - to
dobra przyjaźń. Drzewa nie muszą niszczyć cywilizacji ani my nie musimy
niszczyć ich. Powinniśmy zgodnie koegzystować. To jedyny sposób na
życie.
A jednak nie dopatrzyłem się tam choćby jednego drzewa. Po dwudziestu
czterech godzinach pobytu w tym mieście czułem, że wysycham. Bo kiedy
nie ma wokół zieleni, oczy tracą blask... Nie, nie mogłem zostać na tym
uniwersytecie. I nieważne, że ma wspaniałych profesorów, wielkie
biblioteki i bardzo wygodne budynki - ja wolę wielkie stare drzewa.
Jeździłem po całych Indiach, żeby znaleźć uniwersytet lepszy niż ten,
który miałem w Dżabalpurze. Kiedy zobaczyłem Sagar, od razu wiedziałem,
że tam zostanę. To małe miasto, położone nad jeziorem i niewyobrażalnie
piękne: z jednej strony ma jezioro, a z drugiej wzgórza, na których
położony jest uniwersytet; otaczają go wielkie drzewa i panuje tam
spokój. Benares był bardzo zatłoczony i rozjazgotany za sprawą
dziesięciu tysięcy studentów, podczas gdy Sagar jest niewielkie i ma
nowy uniwersytet. Tam właśnie zostałem.
I któregoś dnia przybył tam Rajbali Pandey z cyklem wykładów
historycznych. Zdziwił się, że wybrałem to miejsce. Sądził, że podjąłem
studia w Dżabalpurze. Wyjaśniłem mu, że szukałem miejsca, które będzie
mi najbardziej odpowiadać, i zdecydowałem się właśnie na to. Drzewa w Dżabalpurze są piękne, ale nie takie wielkie i nie takie stare. A jeśli
do tego dołożyć wzgórza i kwitnące lotosy... To było miejsce dla mnie.
Człowiek uczynił naturze tyle krzywd, że kiedy mówię, iż pewnego dnia
natura się zezłości, wiem, że nie jest to żadne science fiction - to
możliwe. Gdyby te wszystkie drzewa, które ścinamy, niszczymy,
zjednoczyły się... Oczywiście, nie sądzę, że wiedzą cokolwiek na temat
związków zawodowych, i nie słyszały słynnego hasła Karola Marksa
"Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się! Nie macie do stracenia
nic prócz swych kajdan. Do zdobycia macie cały świat". Jeśli
zamienilibyśmy słowo "proletariusze" i dokonali kilku drobnych korekt,
hasło mogłoby brzmieć: "Drzewa wszystkich krajów, łączcie się! Nie macie
do stracenia nic, nawet swych kajdan, a do odzyskania macie cały
świat!".
Jeśli drzewa zaczną was atakować, to czy wydaje wam się, że przeżyjecie,
że pomoże wam wasza broń jądrowa? Wykluczone! Zdarzało się już parę
razy, że scenariusze science fiction stawały się rzeczywistością. Kiedyś
w Afryce pewien gatunek ptaka zaczął nagle atakować ludzi; zanim
wytrzebiono groźne ptaki, paru ludzi zginęło. Zdarzyło się to także w Indonezji. Całe stado pewnego gatunku ptaków zaczęło atakować ludzi,
próbując ich oślepić. Setki ludzi w wyniku tych ataków straciły oczy. Na
co dzień nie myślimy, że coś takiego może się zdarzyć, więc nie jesteśmy
przygotowani, kiedy to się faktycznie dzieje.
Ponieważ wiemy, że może się zdarzyć pożar - mamy straż pożarną. Ponieważ
zdarzają się przestępstwa - mamy policję. Mamy także armię - na wypadek
gdyby ktoś zaatakował nasz kraj. Kiedy jednak ptaki usiłują wykłuć
ludziom oczy, to zanim coś uda się z tym zrobić, wiele osób ucierpi. I to przez jeden gatunek ptaka...
Gdyby wszystkie ptaki, wszystkie zwierzęta i wszystkie rośliny
zdecydowały pewnego dnia, że mają już dość i zamierzają pozbyć się
ludzi, to nie ma sposobu, aby ludzkość zdołała się uratować. Wszystkie
armie, cała zgromadzona broń, łącznie z bronią nuklearną, zda się na nic
- dopiero wtedy zrozumiecie, jacy jesteście słabi.
Wydaje wam się, że będziecie obronieni, dlatego zapomnieliście o swojej
słabości. Ale przypomnijcie sobie początki człowieka, kiedy nie miał on
nic i czuł się bardzo niepewnie. Pomyślcie o czasach, zanim człowiek
nauczył się posługiwać ogniem. Jaka była jego sytuacja? Jego pozycja?
Był najsłabszym zwierzęciem na Ziemi!
Ogień jest chyba najważniejszym odkryciem człowieka, bo na pewno nie
jest nim broń nuklearna. Ogień dał człowiekowi ogromną odwagę. Mógł w nocy rozpalić ognisko i spać przy nim. Zwierzęta obawiały się ognia, nie
zbliżały się więc do niego. Wcześniej sen był niemożliwy. Jeśli zasnąłeś
- był to twój koniec. Każde zwierzę mogło cię pokonać.
Polowałeś cały dzień, a nocą nie mogłeś zasnąć. W ciągu dnia łatwiej
było przeżyć - można przecież wejść na drzewo albo schować się w jaskini. Co jednak możesz zrobić nocą, zwłaszcza kiedy zaśniesz? Wielu
zwierząt, które żyły w tamtych czasach, już nie ma. A przecież żyły na
Ziemi zwierzęta wielokrotnie większe od słonia. Istniały krokodyle wiele
razy większe niż te żyjące w naszych czasach. Nie musiały nawet gryźć -
połykały człowieka w całości!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki